Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Czy bestialskie morderstwo popełnione na pielęgniarce w Reykjaviku ma związek z trzema ciałami i głową, odnalezionymi w piwnicy zasypanego popiołem wulkanicznym domu? Kim byli zamordowani i jak w tej piwnicy znalazły się ich zwłoki? Czego szukali w miasteczku? Czy ktoś ich pamięta? Czyżby byli jedynymi nieznanymi ofiarami "wojny dorszowej"? Thora, prawniczka znana z poprzednich powieści islandzkiej autorki, całkiem przypadkiem trafia na ślad dawnej zbrodni. Głównym podejrzanym staje się jej klient Markus. By udowodnić jego niewinność, Thora wraz ze swoją nieco ekscentryczną sekretarką musi odnaleźć prawdziwego sprawcę lub sprawców. Obie będą dążyć do wyjaśnienia tajemnic zaginionego pod lawą i popiołem miasteczka, powoli odsłaniając prawdę o wydarzeniach na wyspie Heimaey i o popełnionych tam niegdyś zbrodniach. Ale czy to wystarczy, żeby wyjaśnić sprawę zabójstwa pielęgniarki?
[Opis]
Cykl: Thora, t. 3
/W proch się obrócisz, Yrsa Sigurdardóttir, 2009 rok, ISBN 9788374956741, wydanie I, Muza/
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Aleksandra Skulteta w Tczewie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Tomaszewskiego w Kościanie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (3)
Książnica Pruszkowska im. Henryka Sienkiewicza w Pruszkowie (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (6)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 582
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Yrsa Sigurðardóttir
W PROCH
SIĘ
OBRÓCISZ
przełożył Jacek Godek
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Tytuł oryginału: Aska
Projekt okładki: Piotr Bogusławski
Redakcja: Stanisława Staszkiel
Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz
Korekta: Elżbieta Jaroszuk
© Yrsa Sigurðardóttir 2007. Published by agreement
with Veröld Publishing, Reykjavik, Iceland. All rights reserved
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2009
© for the Polish translation by Jacek Godek
ISBN 978-83-7495-674-1
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Warszawa 2009
Książkę dedykuję mojemu wydawcy
Péturowi Márowi Ólafssonowi
z wyrazami szczerej wdzięczności
za znakomitą współpracę
i bezgraniczną cierpliwość.
Często myślała o śmierci jako o kuszącej alternatywie. Ale dzisiaj akurat tak się nie czuła i w świetle tego, co się wydarzyło, można by to uznać za niefortunne. Kiedy po ciężkiej walce z rakiem umarł jej tata, zastanawiała się, jaki też jest cel tego wszystkiego. Jak krótkie i nic nieznaczące jest życie ludzkie. Jej ojciec był ostoją tej niewielkiej rodziny, a miesiąc później miała kłopoty z przywołaniem w pamięci jego twarzy bez wspomagania się fotografią. Była jedną z najbliższych mu osób. Zatem jak szybko inni musieli o nim zapomnieć? Po śmierci matki, jej samej i siostry nikt go nie będzie pamiętał, zupełnie jakby w ogóle nie stąpał po ziemi. Ta myśl przepełniła ją smutkiem i beznadzieją. Stanęła oko w oko ze swoim przeznaczeniem i uświadomiła sobie, że nigdy nie uporządkuje własnego życia, jak tego pragnęła. A przecież nikt inny nie zdoła opowiedzieć jej historii w sposób właściwy, a tym bardziej wyjaśnić złożonych zdarzeń, które ostatnio miały miejsce. Pociemniało jej w oczach, lecz jakoś się przemogła. Wiedziała, że następnym razem już jej się to nie uda.
Żeby tylko jej myśli nie były tak niejasne, a ona sama taka słaba! Leżała bez ruchu, nie mogła stawić żadnego oporu napastnikowi, nawet zasłonić głowy ręką. Wiedziała, że ktoś musiał jej coś podać. Takie otumanienie samo z siebie się nie brało. Na stoliku nocnym widziała fiolkę po lekach, ale nie przypominała sobie, by ją tam postawiła. Kiedy zmrużyła oczy, stwierdziła, że to silny środek przeciwbólowy, który dostała do domu po ostatnim zabiegu. Fiolka stała nienaruszona w jej apteczce przez wiele miesięcy i raczej nie do pomyślenia było, by sama ją tu przyniosła, a co dopiero zażyła lek w tak wielkiej ilości. Najprawdopodobniej ktoś wsypał tabletki do jej jedzenia. Doskonale pamiętała smak tych tabletek i wykluczała, by mogło go zabić wino, które piła. Nie, niesmak w ustach po wymiotach nie pochodził od pigułek. Ale to samo w sobie nic nie znaczyło. Znów zwymiotowała i zamknęła oczy, choć obawiała się, że już ich nigdy więcej nie otworzy. Ale lękała się na wyrost, zaraz bowiem je szeroko otworzyła - gdy straciła oddech i poczuta na głowie jakiś ciężar. I natychmiast czyjaś zimna dłoń zasłoniła jej oczy.
Serce biło jej szybko i nie zwolniło, kiedy druga ręka rozwarła jej usta, a ruchliwe palce wślizgnęły się między wargi. Wierzgała nogami, bo tylko w ten sposób mogła zaprotestować przeciwko przemocy. Ręka wyciągnęła jej język i wkrótce potem poczuła bolesne ukłucie. Słabość i ciepło rozchodziły się powoli po języku, w który właśnie coś jej wstrzyknięto. Wtedy ręka puściła język, zaciskając w zamian nos.
Jej myśli stawały się coraz bardziej mętne. A może była w szpitalu pod opieką lekarską? Nie mogła otworzyć oczu i nie czuła żadnego zapachu, ale taką miała nadzieję. Usłyszała cichy szept do ucha: „Już zaraz kończymy - rozluźnij się”. Czy to był lekarz, czy pielęgniarka? Bezskutecznie usiłowała przypomnieć sobie, kto ją odwiedził, zanim osłabła i zaczęła wymiotować. Przecież doskonale wiedziała, że ktoś do niej przyszedł, ale w tej chwili nie była w stanie przypomnieć sobie ani twarzy, ani imienia gościa. Nagle uświadomiła sobie, że musi kupić siostrze prezent na urodziny. Co jej podarować? Może sweter? Jest tyle eleganckich sweterków! Jednak dotarło do niej, że ani to czas, ani miejsce, by się nad tym zastanawiać. Nie tylko ciężko było jej się zorientować, gdzie jest. Miała również kłopoty z określeniem czasu. Był wieczór czy dzień? Ile czasu minęło od chwili, kiedy zrobiono jej zastrzyk w język - jeśli to się wydarzyło? Ręka puściła jej nos i znowu otworzyła usta. Te same palce wepchnęły się między zęby. Poznała je po smaku mydła. Palce szturchały język i czuła, że coś jest nie tak, jak być powinno. Spróbowała poruszyć językiem, ale się jej nie udało. A może miała wylew? Chyba tak mógł się objawiać. Nie pamiętała tego. Nagle palce z całej siły nacisnęły na język, wymiętoliły go i wepchnęły do gardła. Nieważne, jak bardzo starała się opierać i wyrwać go ze stalowego uścisku - język ani drgnął. Kolana siedzącego na niej człowieka przyciskały jej ramiona do boków. W rozpaczy starała się przywołać całą wiedzę na temat wylewu, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, czy jednym z objawów może być paraliż języka.
Niewyraźne przekleństwa, które zdawały się dobiegać z jakiejś beczki albo tunelu, dudniły jej w uszach. Nie widziała, czy to tylko jej wymysł, czy też słowa dobywają się z gardła osoby, która grzebie jej w ustach. Usiłowała coś powiedzieć i spodziewała się, że zabełkocze jak pacjent na fotelu dentystycznym, co z kolei przypomniało jej, że musi się umówić z dentystą; jedyne, co się z niej dobyło, to jęknięcie gdzieś z głębi trzewi. Język nadal się nie poruszał pomimo wciąż wysyłanych sygnałów z mózgu, tak że nie była w stanie zamienić dźwięków w słowa. Nagle palce jeszcze mocniej ucisnęły język. Czuła go w ustach, ale nie mogła nim poruszać. Znów zwymiotowała, kiedy wepchnięto go w krtań. Oczy szeroko się rozwarły i patrzyły na znajomy sufit.
Palce uwolniły nos, ciężar z brzucha i ramion ustąpił. Ale nawet się z tego nie cieszyła, bo rozpaczliwie starała się złapać oddech. Sparaliżowana strachem nie mogła myśleć jasno. Język utknął w krtani i nie dało się nim poruszać. Nogi kopały powietrze, wymachiwała nimi w górę i w dół na materacu, tak że wszystko się trzęsło. Ręce wędrowały do gardła i szczęk, palce zaczęły drapać miękką i gładką skórę. Może uda się jej wyskrobać dziurę, tak by mogła zassać powietrze?
A potem wszystko stało się czarne i zniknęła zupełnie, tak jak jej ojciec. Tylko że on, choć ze smutkiem, pożegnał się z życiem - w odróżnieniu od niej. Charkot, który się z niej wydobywał, usiłując jednocześnie zaistnieć poza jej ciałem, oraz walka o oddech ustały. Głowa wolno osuwała się na bok, by w końcu spocząć z otwartymi oczami w kałuży wymiocin. Zrobiło się zupełnie cicho, a po chwili ktoś włączył wieżę na drugim stoliku i zaczęła się z niej sączyć muzyka.
Wkrótce potem gość zamknął drzwi z tamtej strony, okazując tym samym więcej grzeczności niż do tej pory.
Prawniczka Thora Gudmundsdóttir uśmiechała się grzecznie do stojącego obok niej archeologa Hjortura Fridrikssona, lecz ten pozostawił jej pytanie bez odpowiedzi. Za długo to już trwało. Czuła się w tym domu fatalnie: swąd spalenizny i popiół drażniły jej oczy i nos, a do tego obawiała się, że dach może się w każdej chwili zawalić. Cała trójka, przeciskając się w głąb domu w kierunku drzwi prowadzących do piwnicy, musiała minąć ogromną kupę popiołu na wzorzystym dywanie w salonie. W tym miejscu dach nie wytrzymał. Thora na ten widok wsunęła pasek od kasku głęboko pod brodę, by mieć absolutną pewność, że kask nie spadnie jej z głowy. Przestępowała z nogi na nogę i zakłopotana często spoglądała na zegarek. Z piwnicy dobiegł nieokreślony łoskot. O co właściwie temu facetowi chodzi? Twierdził, że musi tam zejść na krótką chwilę, ale ani ona, ani archeolog nie mieli pojęcia, ile czasu według Markusa trwać miała ta „krótka chwila”.
Thora pokręciła głową. Nie miała ochoty dyskutować na temat planów swojego klienta z osobami trzecimi.
Thora wzruszyła ramionami. Oczywiście jej także przyszło to do głowy. Ale nie miała aż tak płodnej fantazji, by wyobrazić sobie, co też mogłoby być na tyle kłopotliwe czy koszmarne, żeby trzeba było to chronić przed wzrokiem osób postronnych. Krótki film o spółkowaniu gospodarzy? Raczej nie. Niewiele osób na początku lat siedemdziesiątych posiadało kamerę i raczej nie można się było spodziewać, by taśmy filmowe, których wówczas używano, przetrwały apokalipsę, która miała tu miejsce. Poza tym kiedy dom znikł pod popiołem i lawą, Markus Magnusson, który w tej chwili przebywał w piwnicy, miał zaledwie piętnaście lat i pewno nie był zdolny do wielkich wyczynów, jeśli chodzi o te rzeczy. Niemniej na dole znajdowało się coś, co sprawiało, że koniecznie musiał zejść tam jako pierwszy. Thora westchnęła. Jak to się dzieje, że właśnie jej ciągle trafiają się takie pokręcone sprawy? Nie znała żadnego prawnika, który mógłby się pochwalić równie dziwacznymi klientami. Postanowiła zapytać Markusa, co sprawiło, że zdecydowawszy się wystąpić o zakaz prawny odkopywania jego domu, zadzwonił akurat do jej niewielkiej kancelarii, a nie do którejś z większych. Jeśli oczywiście wyjdzie kiedyś z tej piwnicy. Postawiła kołnierzyk swojego sweterka, zasłaniając nozdrza, i w ten sposób próbowała oddychać. Tak było trochę lepiej. Widząc to, Hjortur się uśmiechnął.
Thora wzniosła oczy ku niebu.
Kiedy Thora zaczęła się zastanawiać, jak tu uzyskać prawny zakaz odkopywania domu Markusa, okazało się, że jemu chodzi jedynie o piwnicę. I wreszcie mogła szukać jakiegoś rozumnego rozwiązania, a Hjortur zaproponował właśnie taki układ. Dom zostanie odsłonięty i przewietrzony, a potem Markus jako pierwszy zejdzie do piwnicy i zabierze stamtąd, co tylko zechce. Po krótkim namyśle przystał na to i Thora odetchnęła z ulgą. Markus bowiem finansowo dałby sobie radę z beznadziejnym procesowaniem się, ponieważ do najuboższych nie należał. Jego rodzina posiadała jedno z największych przedsiębiorstw połowowych w Vestmannaeyjar i choć Thora absolutnie nie miała nic przeciwko wysokim honorariom za swoją pracę, nie przepadała za działaniem wbrew rozsądkowi i za dążeniem do celu, którego nie da się osiągnąć. Dlatego bardzo ją ucieszyło, że Markus przystał na propozycję Hjortura, i mogła skupić się na szczegółach dotyczących warunków zejścia Markusa do piwnicy, na zapewnieniu mu pierwszeństwa i tak dalej. Następnie podpisano umowę i pozostawało tylko czekać, aż dom zostanie odkopany.
Dlatego stali tutaj, archeolog i prawniczka, gapiąc się na krzywe drzwi prowadzące do piwnicy, podczas gdy facet, który w roku 1973 był nastolatkiem, zmagał się z jakąś potworną tajemnicą pod ich nogami.
W napięciu obserwowali poruszającą się klamkę, lecz ich ciekawość natychmiast zmieniła się w zdziwienie, kiedy drzwi ledwie się uchyliły. Zanim Thora ku nim podeszła, spojrzeli po sobie.
Thora się wyprostowała.
Hjortur spojrzał na Thorę. Nie wydawał się rozbawiony.
Thora przestępowała z nogi na nogę. Na Boga, cóż mogło się tam znajdować? Absolutnie nie chciało jej się schodzić w jeszcze większy mrok i zaduch. Z drugiej strony zgadzała się z Hjorturem, że muszą zakończyć sprawę tu i teraz. Zebrała się w sobie.
Markus ruszył schodami w dół. Promień jego latarki nie był w stanie przebić ciemności i pyłu, więc żadne z nich nie widziało końca schodów.
Thora skierowała snop światła pod nogi. Nie miała ochoty potknąć się na schodach i spaść do piwnicy głową w dół.
Thora zeszła z ostatniego schodka i stanęła obok niego.
Wszystko, co światło jej latarki wydobyło z mroku, wyglądało niewinnie: stare sanki, pogięta klatka dla ptaków, niezliczone kartony i nieokreślone graty porozrzucane tu i ówdzie, pokryte kurzem i brudem.
Thora zmrużyła oczy, żeby zobaczyć to coś, co spowodowało u Markusa aż takie zdenerwowanie. Dostrzegła jedynie trzy szare kopce popiołu. Przez chwilę snop światła po nich błądził. Sporo czasu minęło, nim zrozumiała, a latarka o mało nie wypadła jej z rąk.
Thora natomiast nie mogła oderwać oczu od zwłok. Markus miał rację. Jego sytuacja nie wyglądała dobrze.
Markus przez chwilę milczał. Następnie chrząknął i oświetlił kartonowe pudło leżące tuż obok nich.
Thora uniosła brwi i pomimo że za nic w świecie nie chciała przeciągać tego dziwnego przesłuchania, zapytała:
Markus pochylił się nad biurkiem, a szczerość patrzyła mu z oczu.
Thora cicho jęknęła. Przerwała Markusowi, nie chcąc dopuścić, by powiedział, że tylko ukrył tam czyjąś odciętą głowę.
Naczelnik komisariatu wydął wargi i wciągnął powietrze przez zęby, jakby chciał przewietrzyć przestrzeń między nimi.
Thora położyła dłoń na ramieniu Markusa, chcąc dać mu do zrozumienia, że winien zachować spokój.
Gudni wzruszył ramionami. Jak na swój wiek wyglądał znakomicie; szczupły, jeszcze nie zaczął łysieć. Thorze zdawał się irytująco podobny do Clinta Eastwooda, ale wrażenie było niekompletne, przeto najchętniej chwyciłaby wykałaczkę i wepchnęła mu ją w kącik ust. Policjant przez chwilę przyglądał się Thorze, jakby wiedział, co zaświtało w jej głowie, lecz po chwili znów zwrócił się do Markusa:
Zakłopotany Markus zaczął się wiercić na krześle. Miał przed sobą wieloletniego przedstawiciela władzy, który pamiętał, że w młodości zdarzało mu się kraść warzywa z ogródków, i nie omieszkał wspomnieć o tym na początku rozmowy.
Thora głęboko wciągnęła powietrze.
Podczas gdy trwały te przepychanki, Hjortur czekał na stronie i spokojnie obserwował wydarzenia. W końcu jednak się odezwał i Thora doszła do wniosku, że należy on do tych ludzi, którzy czują się źle w sytuacjach konfliktowych, nawet w charakterze milczących świadków.
Gudni bez słowa wpatrywał się w Hjortura. Thora była przekonana, że takie milczenie to jego tajemna broń podczas przesłuchań. Może wolał, żeby ludzie sami dalej mówili, nie wytrzymując nabrzmiałej konsternacją ciszy, i wypełniali ją nieprzemyślaną paplaniną. Ale archeolog najwyraźniej nie dał się złapać w tę pułapkę. Na twarzy Gudniego pojawił się nagle zimny uśmiech:
Wyglądało na to, że Markus zaczyna się denerwować, lecz po chwili się opanował i tylko głęboko westchnął.
Thora miała ochotę tupnąć nogą, ale w końcu zadowoliła się delikatnym stukaniem w ścianę dla podkreślenia swoich słów:
Thora westchnęła. Mogła tylko współczuć człowiekowi, który nagle stał się tak do siebie niepodobny. Dawna energia, żywiołowość i bezczelność teraz nagle gdzieś uleciały. Najwyraźniej źle zniósł odkrycie w piwnicy i Thora uwierzyła mu całkowicie, kiedy stwierdził, że po raz pierwszy zobaczył trzy ciała i głowę, po którą przyszedł. Nie zdążyła zapytać go o tę przedziwną sprzeczność, kiedy, już na górze, oznajmili Hjorturowi, że należy zadzwonić na policję. Widok pozbawionej tułowia głowy, odkształconej twarzy i - jak jej się wydawało - wywalonego języka sprawił, że nie była w stanie rozmawiać z Markusem tam na dole.
Thorę ucieszyła ta zmiana, ale nie miała pewności, czy plan im się uda.
Thora także uśmiechnęła się do niego. Rozejrzała się dookoła, by się upewnić, czy żaden z podwładnych Gudniego ich nie podsłuchuje.
Gudni rozparł się wygodnie na krześle i wyjął ostatnią kartkę z archaicznej, elektrycznej maszyny do pisania. Położył ją pedantycznie rewersem do góry na pozostałych kartkach, po czym podniósł wszystkie i odwrócił stosik. Następnie odłożył go na biurko i przekręcił w taki sposób, że tekst zwrócony był w kierunku Thory i Markusa.
Thora uśmiechnęła się przykładnie. Zasadniczo było jej wszystko jedno, czy Gudni jest zadowolony z obrotu sprawy, czy nie. Interes jej klienta został zabezpieczony. Pod koniec nieźle im nawet szło. Markus wprawdzie został przesłuchany w charakterze podejrzanego, ale w zaistniałej sytuacji właściwie nie było innego wyjścia. Głównie chodziło o to, by nie napytał sobie jeszcze większej biedy, mówiąc przedwcześnie zbyt wiele. Thora skinęła brodą w kierunku maszynopisu:
Markus znów się zarumienił.
Thora przerwała Markusowi, zanim zdążył zabrnąć dalej w opowieści o peregrynacji głowy przez piwniczną podłogę.
Niektóre dni w życiu mecenas Thory Gudmundsdóttir były tylko trochę gorsze od innych; musiała na przykład zawrócić do domu z drogi do pracy po to, by wyłączyć ekspres do kawy, albo dzwoniono ze szkoły, by odebrała swoją córeczkę Soley, bo w czasie przerwy dostała krwotoku z nosa. Ale zdarzały się też dni znacznie gorsze od innych. Musiała zapłacić duży rachunek, a przycisk tokena się zaciął, benzyna lała się do baku jej diesla i tak dalej, nic nie działało jak należy ani w domu, ani w pracy. Jeszcze przed południem Thora zorientowała się, że oto ma przed sobą jeden z takich nieszczęsnych dni. Zaczął się od długiego poszukiwania kluczyków do samochodu, które w końcu znalazła w śmieciach w pokoju swojego syna Gylfiego. Lodówka okazała się prawie pusta, a chleb, z którego Thora miała zamiar zrobić córeczce kanapki do szkoły, zaczynał pleśnieć. Poprzedniego wieczoru Thora planowała zrobić zakupy w drodze z lotniska, ale samolot wylądował tak późno, że wszystkie sklepy były już zamknięte. W pracy wcale nie działo się lepiej: kompletny rozgardiasz, Internet niedostępny z powodu „resetowania routera u providera”, a telefony nieczynne, bo elektryk remontujący pomieszczenie piętro wyżej niechcący naruszył kabel, którego nie powinien był dotykać. Przez lwią część przedpołudnia nie mieli zatem łączności ze światem poza telefonami komórkowymi. Rozdrażniło to sekretarkę Bellę, która nie godziła się użyczać swojej komórki firmie, ponieważ ta nie płaciła jej rachunków. Bragi, współwłaściciel kancelarii, z rozpaczą w oczach oddał jej więc w użytkowanie swój aparat. Tylko Bóg jeden wie, jakimi słowy dziewczę witać będzie dzwoniących klientów, tym bardziej że nie słynęło z uprzejmości.
Jak tylko naprawiono linię, zadzwonił Markus. Po grzecznym wstępie przeszedł do sedna rzeczy.
Thora doskonale rozumiała, że on chce się upewnić, czy Alda potwierdzi jego słowa. Niemniej wątpiła, czy telefon od niego byłby w stanie zmienić cokolwiek w jej zeznaniach. Bo albo powie prawdę, albo skłamie, ratując swoją skórę. A stając przed podobnymi wyborami, ludzie zazwyczaj nie widzą dalej niż czubek własnego nosa.
Thora miała niemal pewność, że tak właśnie jest, ale nie chciała martwić Markusa. Oczywiście możliwe było inne wytłumaczenie, choć to raczej mało prawdopodobne.
Markus głęboko wciągnął powietrze.
Gudni Leifsson, szef komisariatu policji w Vestmannaeyjar, wyłączył latarkę. Reflektory przywiezione przez policjantów z kryminalnego w Reykjaviku oświetlały całą piwnicę, w której odnaleziono ciała. Przy tym świetle wszystko było doskonale widać. Gudni stał obok człowieka kierującego śledztwem. Kiedy późnym wieczorem poprzedniego dnia cały oddział przyleciał na wyspę niewielkim aeroplanem, ten irytująco młody policjant przedstawił się mu jako Stefan. Najwyraźniej nadszedł czas, żeby Gudni zwolnił posadę. Zbyt często się bowiem zdarzało, że spotykał kolegów po fachu, którzy byli jeszcze w łonie matki, kiedy on zaczynał pracę. Patrzył przed siebie.
Stefan odwrócił się, by sprawdzić, kto go zagaduje. Na jego twarzy pojawił się na moment wyraz rozdrażnienia, co Gudni uznał za dowód na to, o czym już wiedział: policjanci z Reykjaviku nie życzą sobie, by wieśniak wtrącał się do śledztwa i utrudniał im prowadzenie rozpoznania w miejscu, gdzie znaleziono zwłoki. Tenże Stefan nie bardzo miał czas wysłuchać jego relacji o całym zdarzeniu, kiedy tu jechali razem z kilkoma bezimiennymi, jeszcze młodszymi policjantami. Owi członkowie świty przez całą drogę nie wypowiedzieli ani jednego słowa w obecności Gudniego.
Stefan spojrzał na Gudniego z oburzeniem.
Stefan obrzucił Gudniego ponurym wzrokiem.
- To dlatego, że on jest kretynem - odparł Gudni. - Zawsze był. - Zaświecił latarkę i ruszył w kierunku schodów. Bez pożegnania.
Dis naciskała klakson, wyciągając szyję, by cokolwiek dojrzeć znad kierownicy. Mały krańcowy domek szeregowy zdawał się pusty. Opadła na oparcie fotela. Co ta Alda sobie myśli? Nie ma jej w pracy od dwóch dni. Wprawdzie nic w tym tajemniczego, człowiek zawsze może złapać grypę, lecz było do niej niepodobne, że o tym nie uprzedziła i nie odpowiada na telefony. Alda wyróżniała się sumiennością, zawsze była punktualna i gotowa pracować więcej, niż od niej wymagano. Ze świecą szukać drugiej takiej pielęgniarki. Dis zdawała sobie sprawę, że bez niej ona i August nie poradzą sobie z prowadzeniem gabinetu. Toteż płacili jej dobrze i do wczoraj nie mieli do jej pracy żadnych zastrzeżeń. Nie mogli pojąć, że nie uprzedziła ich o chorobie wczoraj rano, tym bardziej że na ten dzień zaplanowali aż cztery zabiegi. Dis i August musieli wzajemnie sobie asystować, razem dokonywać zabiegów - oboje lekarze - zamiast korzystać z asysty wykwalifikowanej pielęgniarki. Przez to odwołali kilka konsultacji.
Co więcej, nawet wynajęty anestezjolog musiał podawać narzędzia podczas operacji, co samo w sobie było kuriozalne. Tak, musiało zdarzyć się coś wyjątkowego. Dis postanowiła więc wpaść do Aldy w przerwie na lunch. Ponownie popatrzyła przez przednią szybę, zastanawiając się, co też mogło jej się przytrafić. Była samotna i bezdzietna, więc istniała możliwość, że zasłabła i nikt tego nie zauważył. Dis wysiadła z samochodu.
Podeszła do garażu, który łączył domek Aldy z sąsiednim, i zajrzała do wnętrza przez szczelinę przy małych drzwiach pośrodku brązowej bramy garażowej. Zauważyła jakby zarys samochodu, zielonej, nowej toyoty Aldy, choć nie miała całkowitej pewności. Niemniej zwiastowało to coś złego. Alda w zasadzie nigdzie dalej nie wypuszczała się bez samochodu, a skoro była w domu, tym dziwniejsze wydawało się, że nie dała znaku życia. Dis podeszła do drzwi wejściowych. Kiedy uparcie naciskała dzwonek, ze środka dobiegał ją jego dźwięk. Przyłożyła ucho do drzwi w nadziei, że usłyszy Aldę, ale nie wyłowiła żadnych odgłosów świadczących o tym, że w domu znajduje się człowiek. Chociaż zdawało się jej, że słyszy radio. Mocniej docisnęła ucho do drzwi, zatykając drugie dłonią. Tak, tak. Nawet rozróżniła utwór. Stary szlagier Vilhjalma Vilhjalmssona o chłopcu, który woła swojego tatę. Dis wyprostowała się i zmarszczyła brwi. Nagle przemknęło jej przez myśl, że choć pracowała z Aldą od siedmiu lat, nie miała najmniejszego pojęcia o jej muzycznych gustach. Nigdy jakoś na ten temat nie rozmawiały. Chwyciła za klamkę. Drzwi okazały się niezamknięte.
- Aldo! - zawołała sprzed progu. Żadnej odpowiedzi, tylko przygnębiający głos Vilhjalma proszący tatę, by na niego poczekał. Dis pchnęła drzwi, a te otworzyły się na oścież. Weszła dalej i znów zawołała: - Aldo! Jesteś w domu? - Żadnej odpowiedzi. Piosenka się skończyła, ale po kilku sekundach znów rozbrzmiał jej początek. Musiała być odtwarzana z płyty CD, a sprzęt pewnie ustawiono na repeat. Stacje radiowe jeszcze tak nisko nie upadły, by puszczać wciąż ten sam kawałek. Dis wolnym krokiem zbliżyła się do schodów prowadzących na piętro. Jeśli Alda zaniemogła, najprawdopodobniej leży w łóżku w sypialni. Dis dotąd tylko raz odwiedziła Aldę, kiedy ta zaprosiła ją i Augusta wraz z małżonkami na kolację jakiś rok temu, ale wówczas siedzieli wyłącznie na dole. Przyjęcie okazało się wspaniałe, czego można się było spodziewać: smaczne jedzenie i wyborne wino, wszystko gustownie podane. Dis bardzo się wtedy dziwiła, że Alda nie znalazła sobie nikogo po rozwodzie, który zresztą miał miejsce, jeszcze zanim zaczęła pracę w gabinecie. Była bowiem wyjątkowo miłą kobietą dobiegającą pięćdziesiątki, pełną ciepła, sympatyczną, potrafiącą się odpowiednio zachować. Dis ponownie zawołała Aldę i weszła na schody. Żadnej odpowiedzi. Za to muzyka stawała się coraz wyraźniejsza z każdym pokonywanym schodkiem. Dis kierowała się na dźwięk z nadzieją, że Alda usnęła przy przygnębiającej piosence.
Głos Vilhjalma Vilhjalmssona dochodził zza półotwartych drzwi. Dis powtórzyła imię Aldy, ciszej niż przedtem. Nie chciała, żeby kobieta się wystraszyła, gdyby, co mało prawdopodobne, po prostu spała lub się ubierała. Dostrzegła fragment wyszywanej narzuty na łóżku. Otworzyła drzwi nogą szeroko, a kiedy jej oczom ukazała się sypialnia, zasłoniła usta dłonią. Muzyka dochodziła z odtwarzacza CD na nocnym stoliku, a obok niego zobaczyła pustą butelkę po winie, otwartą fiolkę z pigułkami i strzykawkę. Na łóżku leżała Alda. Nawet bez swojego wykształcenia medycznego Dis zorientowałaby się, że żadne zabiegi reanimacyjne nie mają w tej sytuacji sensu.
Thora opadła na oparcie krzesła i ciężko westchnęła. Rozważała, kogo poprosić o odebranie Soley ze szkoły - drugi dzień z rzędu. Jej mama nie wchodziła w rachubę. Uratowała Thorę poprzedniego wieczoru, kiedy ta musiała zostać dłużej w Vestmannaeyjar. A dziś na domiar złego rodzice wychodzili do teatru. Gdyby matka nie poszła na przedstawienie, na które wybierała się od miesięcy, Thora do śmierci musiałaby wysłuchiwać jej wymówek. Była to swego rodzaju sztuka dokumentalna na temat niesprawiedliwości, z jaką spotykają się kobiety we współczesnym świecie. Thora uśmiechnęła się do siebie. Tata natomiast w życiu nie będzie w stanie wyrazić jej wdzięczności, jeśli uwolni go od obowiązku pójścia do teatru. Postanowiła jednak nie naruszać równowagi panującej między rodzicami. Żal matki trwałby nieco dłużej niż ojcowska wdzięczność.
Postanowiła więc zadzwonić do swego byłego. Hannes absolutnie nie będzie uszczęśliwiony. Praca specjalisty od chirurgii urazowej nie jest mniej wymagająca niż zawód prawnika, a dni są długie i ciężkie. Jej eks-mąż zabiera dzieci do siebie w co drugi weekend, a czasem, kiedy jest w dobrym humorze, nawet prosi o dodatkowe spotkania, ale zazwyczaj miewa kłopot z dostosowaniem się do terminu, zwłaszcza kiedy dowiaduje się o tym z krótkim wyprzedzeniem. Hannes miał nową kobietę i nowe życie, koncentrujące się zasadniczo na nich dwojgu i ich potrzebach. Życie Thory zaś najmniej koncentrowało się na niej samej; obecnie cały swój czas poświęcała pracy, dwójce dzieci i wnukowi, który niedawno skończył roczek. Prawdę mówiąc, z wnukiem wiązało się czwarte dziecko - synowa. Nie skończyła jeszcze siedemnastu lat - była o rok młodsza od syna Thory, Gylfiego, i nie ustępowała mu niczym w niedojrzałości. Po tym skoku na głęboką wodę, w dorosłość, w jakiś dziwny sposób udało się młodym rodzicom utrzymać związek. Jeden tydzień mieszkali u Thory, na drugi szło dziewczę z synkiem do swoich rodziców. Bez Gylfiego. Nie najcieplejsze stosunki panowały między nim a rodzicami Siggi, gdyż ci zdawali się nie mieć zamiaru wybaczyć mu niefortunnej ciąży córki. Nie dało się tego ukryć przed nikim, nawet przed Gylfim, dlatego Thora była zadowolona, że zdecydował się mieszkać w swoim domu rodzinnym, kiedy Sigga przebywała u rodziców. Dzięki temu mogła się cieszyć synem nieco dłużej i dalej poświęcać czas na jego wychowanie, który to proces w chwili, kiedy niespodziewanie udało mu się zadbać o przyrost naturalny, daleki był od zakończenia.
Thora przycisnęła słuchawkę brodą i poprawiła zdjęcie wnuka, wybierając numer. Mały człowiek na chrzcie dostał imię Orri po wielu propozycjach, od których Thorę do tej pory przechodziły ciarki. Chłopiec był cudowny - blondynek z wielkimi oczami i wciąż pucułowatymi policzkami od pożywnego mleka z matczynej piersi, choć dawno już przeszedł na butelkę ze smoczkiem. Thorze zrobiło się ciepło na sercu i już cieszyła się na jego pobyt u niej w przyszłym tygodniu, choć zawsze, kiedy dołączał do nich z mamą, przybywało w domu obowiązków. Uśmiechnęła się do chłopczyka na fotografii i zacisnęła kciuki, kiedy w końcu ktoś odebrał po drugiej stronie.
- Cześć, Hannes. Nie wyświadczyłbyś mi drobnej przysługi? Nie dam rady odebrać Soley...
Dziewczyna na placu zabaw obserwowała karetkę podjeżdżającą pod dom. Rozszalała się na huśtawce i kręciła poziome półkola wokół osi. Dobrze, że syrena nie wyła, bo oznaczałoby to coś poważnego. Może kobieta tylko upadła i złamała nogę? Jej koleżance raz się to przytrafiło i wtedy przyjechała po nią karetka. Tinna wydęła policzki i powoli wypuszczała powietrze, zastanawiając się nad tym wszystkim. Grube policzki. Chude policzki. Nagle jej twarz zastygła w zamyśleniu. Miała już dowód na to, że nie tylko od jedzenia człowiek robi się gruby. Można utyć od samego powietrza. Zesztywniała. Wokół było pełno powietrza. Ono było wszędzie i nie dało się przed nim uciec. Musi postarać się mniej oddychać.
Z karetki dobiegł jakiś szczęk i Tinna znów skierowała tam swoją uwagę. Miała nadzieję, że ktoś w końcu wyjdzie z domu, i wtedy będzie wiadomo, co się stało, ale już samo zamieszanie wokół karetki było lepsze niż nic. Teraz nawet dom wydawał się jej bardziej interesujący. Może właśnie aresztowano kryjącego się wśród czterech ścian przestępcę, a ona tego nie zauważyła? Gdyby dom miał cienkie ściany, może jej wzrok przeniknąłby przez nie, zupełnie tak jak kiedyś będzie można patrzeć przez nią. Zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć, ale nic się nie zmieniło. Jednak coś się stało: radiowóz, który przyjechał tu wcześniej, pędził z włączonymi syrenami. Kiedy jej koleżanka złamała sobie nogę na szkolnym boisku, żaden wóz policyjny się nie pojawił, więc chyba nie przyjechali do tej kobiety z powodu wypadku. Jeżeli chodziło o złodzieja, to Tinna miała nadzieję, że zamkną go w więzieniu. To dobra kobieta, nie zasłużyła na nic złego. Huśtawka bujająca się wciąż na boki trzeszczała. Dziewczynka patrzyła, jak dwóch ludzi wysiada z karetki i wyciąga nosze. Cicho westchnęła. To nie zwiastowało niczego dobrego. Kiedy teraz się z nią spotka? Może będzie musiała leżeć wiele miesięcy w szpitalu? Ostatni pobyt Tinny w szpitalu trwał czterdzieści dni. Ale przecież to może poczekać. Nieraz czekała na coś wiele miesięcy. Na coś, co miało mniejsze znaczenie.
Tinna stanęła na huśtawce, żeby lepiej widzieć. Mocno się jej przytrzymała, bo zakręciło się jej w głowie po tak gwałtownym ruchu. Zamknęła oczy, nieprzyjemne uczucie jak zwykle minęło. Przypomniała sobie, że zawroty głowy są czymś równie dobrym jak omdlenia - oznaczają, że organizm spala tłuszcz. Kiedy Tinna ponownie otworzyła oczy, mężczyźni z noszami weszli już do domu, a na zewnątrz panował bezruch. Karetka stojąca przed domem zasłaniała drzwi. Tinna wyciągnęła się maksymalnie w górę, żeby zobaczyć, czy są otwarte, ale to nic nie dało. Powinna wrócić do domu czy może poczekać, aż wyniosą kobietę? W zasadzie nie musiała się spieszyć, bo w domu i tak nikogo nie było, mama pracowała do siedemnastej i nie dostała wolnego, choć w szkole nie było lekcji. W domu nic na nią nie czekało.
Ugięła kolana i zaczęła huśtać się na stojąco, mimo że specjalnie nie miała ochoty. Ogarnęło ją fajne uczucie, kiedy wiatr rozwiewał jej włosy, więc przyspieszyła nieco tempo, ale wtedy znów dotarło do niej, że powietrze nie jest jej sprzymierzeńcem. Zlęknione serce waliło w piersiach, gdy usiłowała wyhamować pęd huśtawki. Kiedy stanęła, od razu poczuła się lepiej i zaczęła się zastanawiać, co powie kobiecie, jak ujmie w słowa to, że wie, kim ona naprawdę jest. Tinna uśmiechnęła się do siebie. Ona z pewnością się zdziwi i ucieszy. Wciąż głęboko w jej pamięci tkwiło, jak jej tata zareagował na to, co kobieta chciała mu powiedzieć. Bo też i osioł jest z taty. Zły, pijany osioł, który nie rozumie Tinny, zupełnie jak mama. Ona zresztą jest o wiele gorsza, ciągle tylko gada i gada, że Tinna musi jeść. Czasem nawet płacze. Dlatego Tinna zawsze chętnie chodzi do taty w co drugi weekend, bo on się tak naprawdę w ogóle nią nie interesuje. Mówi jej, że musi jeść, ale tego nie egzekwuje tak jak mama. I to jej odpowiada. Jej tata do tego stopnia się nią nie interesuje, że nawet się nie zorientował, że ona słyszała wszystko, co zaszło między nim a tą kobietą, kiedy odwiedziła tatę. Tinna sama weszła do domu, a oni jej nie zauważyli, zresztą podniesiony i rozdrażniony głos taty spowodował, że wolała nie zwracać na siebie uwagi. Potrafiła nie rzucać się w oczy, do tego przecież dążyła: w końcu stać się niewidzialną. Gdyby już osiągnęła ten stan, mogłaby przemieszczać się pomiędzy nimi i obserwować ich twarze i mowę ciał, kiedy się kłócili. Ale tak dobrze jeszcze nie było, więc musiała zakraść się pod drzwi salonu i zadowolić się podsłuchiwaniem rozmowy. Kiedy ta już dobiegła końca, Tinna znów wyszła na dwór i zobaczywszy, że kobieta opuszcza dom, udała, że wraca. Jej tata był niezwykle skwaszony i przywitał ją bez zainteresowania, lecz ona nie dała po sobie poznać, że wie, co się stało, tak że w końcu tata się uspokoił i oglądał dalej ten swój mecz.
Kobieta, podobnie jak tata, nie wiedziała, że Tinna podsłuchiwała, może nawet nie miała pojęcia o jej istnieniu. Jednak w odróżnieniu od taty ucieszyłaby się z tego, że ktoś był świadkiem ich kłótni, i być może chciałaby poznać ją bliżej. Tinna spisała jej nazwisko i numer telefonu z kartki, którą pozostawiła na stoliku, żeby tata później mógł się z nią skontaktować. Było z tym trochę zachodu, bo tata porwał kartkę na strzępy i rozrzucił je po podłodze, tak że Tinna najpierw musiała poskładać skrawki papieru, żeby przeczytać to, co zostało zapisane. Znając nazwisko kobiety i numer jej telefonu, Tinna nie miała żadnych problemów z ustaleniem jej adresu. I czasem przychodziła tu, żeby popatrzeć na dom, nie wiedząc tak naprawdę, co spodziewała się zobaczyć. Przedwczoraj wieczorem coś jednak zwróciło jej uwagę. Wprawdzie nic specjalnego się nie wydarzyło, ale może później się to jakoś wyjaśni. Myślała o karteczce, którą porwał wiatr i która zaczepiła się o krzaki. Tinna ją zabrała i schowała u siebie w domu. Na pewno jest ważna. Była tego pewna, ale nie wiedziała dlaczego. Któregoś dnia to się wyjaśni.
Znów usiadła na huśtawce i oplotła słabowite łokcie brązowymi łańcuchami. Zapach żelaza na jej dłoniach przypominał ubiegłoroczne lato, kiedy chciała obrócić się na huśtawce w pionie o trzysta sześćdziesiąt stopni, przekonana, że w ten sposób uda jej się spalić tysiąc kalorii. Wciąż jeszcze ma brzydką bliznę na nodze po tej okropnie nieudanej próbie. Wtedy powietrze nie uczyniło jej grubą, lecz chudą. To wszystko było takie trudne - prawa natury zmieniały się i Tinna cały czas musiała się pilnować, jeśli nie chciała być gruba, grubsza, najgrubsza.
Wytężyła wzrok. Od ulicy dobiegły ją męskie głosy. Ponownie stanęła na huśtawce, by widzieć, jak wnoszą kobietę do karetki, lecz starała się to robić ostrożnie, obawiając się zawrotów głowy i upadku. Ale za nic w świecie nie chciała tego przegapić. Najpierw pojawił się policjant i otworzył drzwi karetki. Tuż za nim szli sanitariusze z noszami. Dziewczynka zesztywniała. Zmrużyła oczy i otrząsnęła się. Może da się to jakoś wyjaśnić? Może kobieta miała katar i nie powinno jej być zimno? Zeskoczyła z huśtawki i szybko ruszyła w kierunku chodnika. Policjant, który przytrzymywał tylne drzwi karetki, zauważył ją i przegonił.
Tinna nie odpowiedziała. Zawsze bała się dorosłych mężczyzn posiadających władzę, nieważne, czy to byli lekarze, dyrektorzy szkoły, kierowcy autobusów, czy inni, którzy w jakiś sposób chcieli jej rozkazywać. A tym policjantem w ogóle się nie przejmowała, patrzyła na niego jak na trójwymiarowy obraz na niewidzialnym ekranie. Był nierealny, jak sanitariusze, na których się gapiła. Tinna stała z otwartymi ustami i nie mogła oderwać wzroku od białego prześcieradła okrywającego kobietę nieruchomo leżącą na noszach. Nie cierpiała na katar. Była martwa podobnie jak nadzieje Tinny na inne, lepsze życie, w którym miała być piękna i podziwiana. Potrafiła czynić ludzi pięknymi. Tak powiedziała. Tinna odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie, nie wiedząc dokąd. Jeśli będzie biegła szybko, być może przegoni myśli i ucieknie od przykrych podejrzeń, że to może jej tata zrobił kobiecie krzywdę. Nie po raz pierwszy zresztą. Albo ten gość, który zakradł się do jej domu. Gość, któremu wypadła karteczka. A teraz nie myślała już o niczym innym jak tylko o tym, że spala kalorie. Spala, spala, spala.
Thora odłożyła torbę z zakupami i zaczęła szukać telefonu. Dzwonek był wyciszony. Starała się sobie przypomnieć, czy schowała aparat do prawej czy do lewej kieszeni żakietu, czy może włożyła go do torebki. W końcu zlokalizowała zgubę w lewej kieszeni, wśród drobnych monet i starych wydruków z karty VISA. Na wyświetlaczu zobaczyła numer Markusa. On może poczekać do jutra. Położyła telefon na stole i zabrała się za rozpakowywanie produktów, które nabyła w drodze do domu. Wkrótce miał się pojawić Hannes z Soley. Wyręczył Thorę, co więcej, życzliwie przyjął jej prośbę i zaproponował nawet, że zabierze córkę na basen. Thora miała nadzieję, że wreszcie nadchodzi to, co powinno, i w końcu jej stosunki z byłym małżonkiem staną się bardziej przyjazne.
Telefon zabrzęczał. Zamiast wziąć go do ręki i przeczytać esemesa, Thora pochowała wszystkie zakupy i włączyła piekarnik. Przeczytała instrukcję przyrządzania na opakowaniu gotowych lazanii i włożyła je do zimnego piekarnika wbrew sugestiom producenta. W końcu i tak efekt będzie ten sam: potrawa będzie gorąca. Następnie wzięła telefon, przeszła do salonu i rzuciła się na sofę.
Wiadomość wysłał Markus. Alda nie zyje. Policja chce sie ze mna spotkac jutro rano. Zadzwon.
Thora jęknęła. Wszystko wskazywało, że Markus zostanie jej klientem na dłużej. Usiadła i wybrała jego numer. Albo był największym pechowcem kraju, albo za tym wszystkim kryło się coś innego. Gorszego.
Markus uparcie pocierał czoło. Thora często gościła zrozpaczonych klientów w swoim gabinecie, więc już wiedziała, jak z nimi postępować. Nie było sensu pleść, że wszystko będzie w porządku, że nie powinien się przejmować, że wszystko szybko się wyjaśni i tym podobne. Zazwyczaj to tylko odraczało nieuniknioną poważną rozmowę. Właśnie wrócili z przesłuchania na komisariacie. Prawdę mówiąc, mogło pójść gorzej, ale mogło i lepiej. Markus strasznie się oburzył, kiedy poproszono go o próbkę DNA, ale w końcu się uspokoił i udostępnił policji zarówno swoją ślinę, jak i włos.
Thora puściła to mimo uszu.
Prawdę mówiąc, Thorze nigdy by nie przyszło do głowy, żeby mógł się zajmować czymś takim.
Ten się skrzywił.
Markus przez chwilę patrzył w milczeniu na Thorę.
Markus uśmiechał się ironicznie.
Thora kiwnęła głową. Ojciec Markusa niewątpliwie umęczył się, wynosząc sprzęt grający i podobne klamoty. Ekscytacja matki możliwością odkopania domu nie wykluczała oczywiście udziału jej męża w zbrodni, przecież spokojnie mógł podrzucić tam ciała bez wiedzy małżonki.
Markus kręcił głową.
