W poszukiwaniu granic Ameryki - Stephen E. Ambrose - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis


Wyprawa, która zmieniła losy kontynentu i rozpaliła wyobraźnię Amerykanów!

Meriwether Lewis i William Clark na polecenie prezydenta Thomasa Jeffersona wyruszyli w pierwszą amerykańską ekspedycję ku zachodnim granicom kontynentu. Z początku galerą po Missisipi i Missouri, później kanoe, pieszo i konno, cierpiąc głód i wszelkie możliwe niedogodności, zdołali dotrzeć do wybrzeży Pacyfiku i następnie, nie tracąc nikogo z towarzyszy, wrócić bezpiecznie.

Na swojej drodze odkryli nie tylko nowe, żyzne ziemie, ale i nawiązali przyjazne kontakty z zamieszkującymi je plemionami indiańskimi. Niestety, ta początkowa życzliwość nie przełożyła się na dalsze porozumienie między kolonistami a rdzennymi mieszkańcami…
Ich niezwykła wyprawa była wielkim sukcesem i uzmysłowiła Amerykanom ogromny potencjał, jaki tkwił w ziemiach leżących na zachód od dawnych Trzynastu Kolonii.

Stephen Ambrose, autor bestsellerowej „Kompanii braci”, znakomity pisarz i historyk, tym razem zabiera nas w drogę razem z wielkimi odkrywcami amerykańskiego Zachodu i pozwala odkryć kulisy jednej z największych ekspansji terytorialnych w historii XIX wieku!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 990

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP

W dwudzieste siódme urodziny kraju, 4 lipca 1803 r., prezydent Thomas Jefferson ogłosił na łamach stołecznego „National Intelligencer”, że Stany Zjednoczone właśnie zakupiły od Napoleona terytorium zwane Luizjaną. Nie był to jedynie Nowy Orlean, ale cały obszar położony na zachód od zlewni rzeki Missisipi, szczególnie cała zlewnia rzeki Missouri. Całość obejmowała 825 000 mil kwadratowych, co oznaczało podwojenie obszaru kraju za cenę około 15 milionów dolarów — najkorzystniejszy zakup ziemi w dziejach.

Tego samego dnia prezydent wręczył Meriwetherowi Lewisowi list upoważniający go do zwracania się do wszystkich agend federalnego rządu USA, w każdym miejscu na świecie, o wszelką pomoc w ekspedycji badawczej do wybrzeży Oceanu Spokojnego. Upoważnił też Lewisa do zwracania się do „obywateli wszelkich krajów o dostarczenie Panu towarów, które będą Panu niezbędne”, podpisując „to upoważnienie do zaciągania pożyczek moją własną ręką” i w ten sposób kładąc na szali wiarygodność rządu Stanów Zjednoczonych. Musiał być to najbardziej nieograniczony kredyt zaufania udzielony przez któregokolwiek amerykańskiego prezydenta.

Lewis wyruszył już następnego dnia, 5 lipca 1803 r. Jego celem było znalezienie nieprzerwanej drogi wodnej, wiodącej na zachód przez dwie trzecie kontynentu, oraz odkrycie i opisanie tego, co Jefferson nabył od Napoleona.

Zakup Luizjany oraz ekspedycja Lewisa i Clarka rozciągnęły granice Stanów Zjednoczonych od morza do morza. Tak oto 4 lipca 1803 r. wyznacza początek istniejącego dzisiaj kraju. Obchody w 1976 r. ochrzczono Dwusetleciem, i było to właściwe określenie dla pierwotnych trzynastu kolonii, jednakże dopiero wraz z zakupem Luizjany oraz ekspedycją Lewisa i Clarka w skład kraju weszły dzisiejsze Stany Zjednoczone leżące na zachód od rzeki Missisipi. Dlatego za prawdziwe dwusetlecie uznawać można dopiero 4 lipca 2003 r.

Zakup Luizjany włączył do Stanów Zjednoczonych cały obszar leżący na zachód od rzeki Missisipi oraz na wschód od wododziału kontynentalnego, w tym dzisiejsze stany Luizjana, Arkansas, północno-wschodnie części Teksasu, Oklahomę, wschodnie Kolorado i Minnesotę. Podczas wyprawy Lewis i jego partner William Clark opisali Missouri, Kansas, Iowę, Nebraskę, obydwie Dakoty oraz Montanę — wszystkie nabyte właśnie w 1803 roku. Wyprawa umożliwiła też przejęcie przez Amerykę ogromnych posiadłości na północnym zachodzie — Idaho, Waszyngton i Oregon. Clark dołączył do Lewisa w październiku 1803 r. w Clarksville na Terytorium Indiany, miejscowości leżącej nad rzeką Ohio naprzeciw Louisville w Kentucky. Dlatego to Lewis był pierwszym człowiekiem, który przebył kontynent północnoamerykański na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Clark natomiast 7 października 1805 r. zapisał w dzienniku nieśmiertelne słowa: „Widać ocean! O radości!”.

Meriwether Lewis był obecny jako oficjalny amerykański świadek w dniu 9 marca 1804 r., gdy w St. Louis podniesiono amerykańską flagę po raz pierwszy na zachód od Missisipi. Później wraz z Williamem Clarkiem podnosili Gwiaździsty sztandar nad swymi obozowiskami po raz pierwszy wzdłuż Missouri, w Górach Skalistych oraz nad rzeką Kolumbia, czego zwieńczeniem była flaga podniesiona nad obozem rozbitym najdalej na zachodzie, koło dzisiejszej Astorii w stanie Oregon, na wybrzeżu Pacyfiku.

Thomas Jefferson dokonał tak wielu epokowych czynów, że głupotą byłoby ogłaszać to czy inne jego dokonanie — Deklarację Niepodległości, wolność wyznania, Rozporządzenie Północno-Zachodnie (Northwest Ordinance) z 1787 r. czy podobne, równie ważne — jako największe. W ramach Rozporządzenia Północno-Zachodniego zadbał o to, że gdy ludność Ohio, Indiany, Illinois i Wisconsin odpowiednio wzrośnie, wówczas terytoria te zostaną włączone do Unii jako pełnoprawne stany. Miały posiadać tę samą liczbę senatorów i reprezentantów, co pierwotne 13 stanów, wybierać własnych gubernatorów i tak dalej. Jefferson był pierwszym, który o tym pomyślał. Wszystkie wcześniejsze imperia były rządzone z „metropolii”, której król mianował gubernatorów i której parlamenty ustanawiały prawa. Jefferson powiedział „nie” takiemu systemowi zarządzania. Terytoria nie miały stać się koloniami, ale stanami, i to równoprawnymi z pierwotnymi członkami Unii. Nikt nie wie, jak potoczyłyby się dzieje, gdyby terytoriami leżącymi na zachód od Appalachów usiłowano zarządzać z Waszyngtonu.

Z pewnością najkorzystniejszym dokonaniem Jeffersona jako prezydenta był zakup Luizjany. Partia Federalistyczna sprzeciwiała się tej transakcji, głosząc, że w żadnym miejscu konstytucji nie ma wzmianki, by prezydent miał prawo nabywać dodatkowe ziemie. Ponadto twierdziła, że Stany Zjednoczone nie powinny były wydawać pieniędzy, których miały za mało, na zakup ziemi — której miały za dużo. Jefferson argumentował, że nigdzie w konstytucji nie zapisano, iż prezydent nie ma prawa nabywać dodatkowych ziem. Federaliści natomiast, upierając się, że tanie ziemie na Zachodzie były zupełnie niepotrzebne Stanom Zjednoczonym, wykopali sobie własny grób.

Jefferson zastosował także akt zwny Rozporządzeniem Północno-Zachodnim wobec terytoriów nabytych w ramach zakupu Luizjany — a później również rozszerzył to na posiadłości północno-zachodnie. W ten sposób Jefferson bardziej niż ktokolwiek inny przyczynił się do utworzenia imperium wolności, rozciągającego się od morza do morza.

Następnym ważnym posunięciem Jeffersona jako prezydenta było zorganizowanie, wyznaczenie celów oraz napisanie rozkazów dla wyprawy badawczej na drugi koniec kraju. Na dowódcę wybrał Meriwethera Lewisa, przydzielając mu — zgodnie z jego wolą — Williama Clarka jako współdowódcę.

Od roku 1803 i powrotu ekspedycji trzy lata później każdy Amerykanin korzystał z dokonanego przez Jeffersona zakupu Luizjany i z efektów zainicjowanej przez niego wyprawy Lewisa i Clarka. Dziś żyjemy w demokracji i cieszymy się całkowitą wolnością wyznania właśnie dzięki Jeffersonowi.

Często jestem pytany: „Jaki jest sekret dobrego pisania?”. Nieodmiennie odpowiadam: „Poślubić anglistkę”. Przed kolacją, po podwieczorku, Moira słucha tego, co napisałem w ciągu dnia, po czym mówi mi, że to jest dobre (jest żoną autora od bardzo wielu lat i dobrze wie, co powiedzieć w pierwszej kolejności). Potem jednak mówi „ale”, po czym sugeruje to dodać, tamto ująć, zmienić to słowo czy tę ilustrację i tak dalej. Pomaga mi też w zbieraniu materiałów. Siedziała obok mnie, przeglądając dokumenty w licznych bibliotekach, od Biblioteki Eisenhowera w Abilene w stanie Kansas przez kolekcję Nixona w Yorba Linda w Kalifornii po Bibliotekę Bancrofta w kalifornijskim Berkeley. Badania terenowe zawiodły nas pociągiem Union Pacific z Omahy do Sacramento, do Normandii, do Londynu, Paryża, do Belgii, Niemiec, dwa razy do Włoch, ostatnio zaś na Pacyfik Południowy, Środkowy i Północny.

Przebyliśmy razem każdy cal trasy wyprawy Lewisa i Clarka. Pewnego razu w 1976 r. przemierzaliśmy Szlakiem Lolo w górach Bitterroot. Szła krok w krok za mną (a jakżeby inaczej) i w pewnym momencie powiedziała: „Kroczenie śladami Lewisa przyprawia mnie o gęsią skórkę”. To słowa, jakich można było się spodziewać po anglistce.

Drugim sekretem jest znaleźć dobrego wydawcę. W moim przypadku przez ostatnie dwie dekady była to — i zawsze będzie — Alice Mayhew. Jest sławna, i nie bez powodu. Gdy pierwszy raz powiedziałem jej, że chciałbym w następnej książce pisać o Meriwetherze Lewisie, nalegała, bym zawarł w niej możliwie wiele o prezydencie Jeffersonie. Jak powiedziała, ludziom nigdy nie nudzi się czytanie o Jeffersonie. Miała — jak niemal zawsze — rację.

Cieszy nas przede wszystkim liczba ludzi spływających kajakami po nurtach Missisipi i Kolumbii, maszerujących z plecakami po górach Bitterroot, odwiedzających miejsca związane z wyprawą Lewisa i Clarka na całej długości szlaku. Lata obchodów Dwusetlecia 2003–2006 przyniosą wzrost liczby turystów. Pragniemy, by każdy Amerykanin zwiedził przynajmniej część szlaku. Jest to wasz obowiązek i przywilej jako Amerykanów. Gdy płyniecie lub maszerujecie śladem Korpusu Odkrywców, zabierajcie stamtąd jedynie zrobione przez siebie fotografie, pozostawiajcie zaś po sobie wyłącznie ślady stóp.

Ze sobą weźcie natomiast egzemplarz Dzienników Lewisa i Clarka. Niech to będzie wydanie Biddle’a, Moultona, jednotomowe wydanie De Voto lub którekolwiek z wydań skróconych. Przy ognisku zaś, czy to nad Missouri w stanie Missouri, czy to w Kansas, Nebrasce, Iowa, którejś z Dakot czy w Montanie, na przełęczy Lemhi w górach Bitterroot w Idaho czy nad brzegami Kolumbii w Waszyngtonie i Oregonie, gdziekolwiek się znajdziecie, czytajcie na głos te dzienniki. Często rozniecicie swe ogniska dokładnie tam, gdzie Lewis i Clark pisali swoje relacje o tym, co przytrafiło się tego dnia Korpusowi Odkrywców, o ziemiach, jakie przebyli, i o przygodach, które przeżyli w tym miejscu. Gwarantuję, że nieco praktyki umożliwi wam odczytywanie rozwlekłych zdań, w jakich lubowali się dowódcy, a gdy już nabierzecie wprawy, wasze dzieci, przyjaciele, rodzice czy ktokolwiek, kto zasiądzie razem z wami wokół ogniska, będzie uważnie nadstawiał ucha, by nie uronić ani słowa. Tak jak wy, tak jak ja, tak jak każdy Amerykanin, będą chcieli wiedzieć: i co było potem?

Stephen E. Ambrose

sierpień 2002 r.

PODZIĘKOWANIA

Od dwóch dekad chciałem napisać o wyprawie Lewisa i Clarka. Jako biografa przyciągali mnie obaj kapitanowie i chciałem ponadto opisać Lewisa, przeszkadzały mi jednak inne projekty; poza tym na rynku znajdowała się już dobra biografia, napisana przez Richarda Dillona i opublikowana w roku 1965. Ponieważ lubię Clarka tak samo jak Lewisa, i jako że biografii Clarka nie było, w roku 1992 skontaktowałem się z moim przyjacielem Harrym Fritzem z Wydziału Historii Uniwersytetu Montany z pytaniem, czy słyszał o kimś piszącym właśnie o nim. Harry powiedział mi, że biografię pisze James Ronda. Jako że Ronda jest dobrym historykiem i jednym z czołowych badaczy wyprawy Lewisa i Clarka w kraju, luka ta została więc wypełniona.

Jednakże Harry powiedział mi, że w ciągu trzydziestu lat od opublikowania biografii Dillona badania nad Lewisem i wyprawą posunęły się znacznie naprzód. Od roku 1965 odnaleziono wiele nowych dokumentów napisanych o Lewisie i przez Lewisa, w tym poprawione wydanie wspaniałego dzieła Donalda Jacksona pt. Letters of the Lewis and Clark Expedition (Listy z wyprawy Lewisa i Clarka). Co więcej, dostępne są dziesiątki znakomitych artykułów zamieszczonych w „We Proceeded On”, kwartalniku Lewis and Clark Trail Heritage Foundation. Co najlepsze, pojawiło się nowe wydanie dzienników opracowanych przez Gary’ego Moultona i opublikowanych przez wydawnictwo Uniwersytetu Nebraski, zawierające oprócz innych skarbów także dziennik Lewisa z rejsu w dół Ohio w 1803 r. Dzięki tym nowym źródłom i opracowaniom badacze Lewisa i Clarka opublikowali w wydawnictwach różnych uniwersytetów ponad 20 monografii o poszczególnych aspektach wyprawy.

Harry zachęcił mnie do napisania nowej biografii Lewisa, uwzględniającej te nowe materiały. Tak narodziła się ta książka.

Jestem wdzięczny wszystkim badaczom wyprawy Lewisa i Clarka, którzy pisali przede mną. Szczególne podziękowania winien jestem Arlenowi Large’owi i Gary’emu Moultonowi, którzy przeczytali rękopis i wskazali mi wiele błędów, jak i udzielili niezliczonych rad.

Nad wyraz wdzięczny jestem Johnowi Howardowi, Hansowi von Luckowi i Dickowi Wintersowi za nauczenie mnie, jaki powinien być dobry dowódca kompanii.

Nie potrafię już znaleźć słów na oddanie tego, jak wspaniałym wydawcą jest Alice Mayhew, muszę jednak podziękować jej za to, że swym ołówkiem wymazała niektóre co nazbyt chłopięce przejawy entuzjazmu dla kapitana Lewisa. Jej asystentka/szef sztabu/zastępca Elizabeth Stein stanowi wzorzec wydajności i cierpliwości w połączeniu z poczuciem humoru. Bez Liz praca z Alice byłaby niemożliwa; z Liz praca z Alice i całym zespołem redakcyjnym Simon and Schuster jest prawdziwą przyjemnością.

Oczywiście sprawdzanie pisowni programu WordPerfect nie radzi sobie z kreatywną pisownią Lewisa i Carka. Dlatego poprosiłem mego syna Hugh, absolwenta historii na Uniwersytecie Montany (gdzie Harry Fritz był jednym z jego nauczycieli), by porównał każdy cytat z wydaniem Moultona. To wymagające zadanie wykonał znakomicie. Uwzględniłem niemal wszystkie jego sugestie, począwszy od doboru słów po kwestie interpretacji.

Dziękuję wszystkim, którzy dołączyli do nas na tym czy innym odcinku szlaku, dzieląc trudy, problemy i sukcesy.

Jednakże Moira i ja zawdzięczamy najwięcej dzieciom i wnukom, którzy z nieodmiennym entuzjazmem wspierają nasze wycieczki. Są źródłem ogromnej dumy i nadają sens naszemu życiu. Razem szliśmy śladami Szalonego Konia i Custera oraz Lewisa i Clarka — i były to najlepsze dni naszego życia. Bez nich nie byłoby tej książki.

Naszym marzeniem jest, że i one kiedyś będą zabierały swoje wnuki końmi przez Lolo czy kajakiem w dół Missouri albo pod namioty na przełęcz Lemhi z okazji Dnia Niepodległości, i że dla nich będzie to tym samym, czym było dla nas — najwspanialszym doświadczeniem cementującym rodzinne więzi.

1

MŁODOŚĆ

1774–1792 r.

Z wyglądającego na zachód okna w pomieszczeniu, w którym 18 sierpnia 1774 r. narodził się Meriwether Lewis, można dostrzec przełęcz Rockfish w górach Blue Ridge, przerwę w łańcuchu górskim wprost zachęcającą do wędrówek. Wirgiński Piedmont w roku 1774 nie był pograniczem — rozciągał się poza łańcuchem górskim Alleghenów, zaś kulturalne życie plantacji toczyło się tu od niemal pokolenia — jednakże pogranicze nie było czymś odległym. Przypominały o tym ślady dawnego szlaku spędu bizonów, prowadzące znad rzeki Rockfish do przełęczy. Jeleni było mnóstwo, niedźwiedzie czarne były częstymi gośćmi. Przeciwko wilkom prowadzono wojnę na wyniszczenie. W każdej rzece znaleźć można było bobry, a w lasach stada indyków. Jesienią i wiosną rzeki były czarne od dzikich kaczek i gęsi[1].

Lewis urodził się w miejscu, do którego Zachód przyciągał odkrywców, a Wschód mógł zapewnić wykształcenie i wiedzę. Gdzie wspaniale było polować i gdzie społeczność plantatorów zapewniała wyrafinowanie i oświecenie. Mógł tam nauczyć się umiejętności niezbędnych w głuszy i jednocześnie kształcić swój umysł w zagadnieniach takich jak geodezja, polityka, historia naturalna i geografia.

W roku 1774 Wirgińczycy często myśleli o Zachodzie, mimo że najważniejszym wydarzeniem była Herbatka Bostońska, uchwalenie rezolucji popierających kolonię Massachusetts przez wirgińską Izbę Mieszczan, rozwiązanie tejże przez królewskiego gubernatora lorda Dunmore i późniejsze spotkanie członków rozwiązanej izby w tawernie Raleigh, gdzie powołany Komitet Korespondencyjny rozesłał listy wzywające do zwołania powszechnego kongresu amerykańskich kolonii. We wrześniu w Filadelfii zebrał się Pierwszy Kongres Kontynentalny, i tak rozpoczęła się rewolucja.

W oczach rewolucjonistów lord Dunmore był złoczyńcą. W końcu musiał uciec z Wirginii i zamieszkać na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego. W roku 1774 jednakże wyświadczył Wirginii ogromną przysługę, organizując wyprawę kolonialnej milicji do Ohio. Wirgińczycy zmusili Szaunisów, Ottawów i inne plemiona do prowadzenia tzw. wojny lorda Dunmore’a, która zakończyła się pokonaniem Indian. Wyrzekli się oni na rzecz Wirgińczyków prawa do polowań w Kentucky, zgodzili się też na nieskrępowany dostęp do brzegów i żeglugę na rzece Ohio. Przed upływem sześciu miesięcy Kompania Transylwańska posłała Daniela Boone’a do wypalenia szlaku wiodącego przez przełęcz Cumberland na trawiaste łąki Kentucky.

Tymczasem rząd brytyjski w ramach Ustawy o Quebecu z 1774 r. postanowił powstrzymać prącą przez góry falę Wirgińczyków, rozszerzając granice Kanady aż po rzekę Ohio. Oznaczało to pozbawienie Wirginii jej zachodnich roszczeń, groziło pokrzyżowaniem marzeń i planów niezliczonych osób żyjących ze spekulacji ziemią, w tym George’a Washingtona, oraz utworzenie wysoce scentralizowanego przedstawicielstwa korony faworyzującego Kościół rzymskokatolicki. Groziło to, że w dolinie Ohio zapanują rządy nie protestanckich Wirgińczyków, ale katolickich Francuzów z Kanady. Było to jedno z tak zwanych „nieznośnych praw”, które stały się przyczyną rewolucji.

Meriwether Lewis urodził się w przededniu rewolucji w świecie ogarniętym konfliktem pomiędzy Amerykanami a rządem brytyjskim o panowanie nad terenami leżącymi na zachód od Appalachów. Urodził się w kolonii żywiącej nieposkromione ambicje na zachodzie, kolonii wiodącej w parciu Amerykanów przez góry, i w hrabstwie będącym prawdziwą kolebką odkrywców.

Jego rodzina od początku była częścią ruchu na zachód. Thomas Jefferson opisał przodków Lewisa jako „jedną ze znamienitych rodzin” Wirginii, i jedną z najstarszych. Pierwszym przybyłym do Ameryki Lewisem był Robert, Walijczyk i oficer armii brytyjskiej. Rodzinne motto głosiło: „Omne Solum Forti Patria Est”, czyli „Dla dzielnego ojczyzną cała ziemia” (lub też „Wszystkie czyny dzielnego są dla ojczyzny”). Robert przybył w roku 1635 z królewskim nadziałem 33,333⅓ akrów ziemi w Wirginii. Miał liczne potomstwo, w tym pułkownika Roberta Lewisa, odnoszącego wspaniałe sukcesy na wirgińskim pograniczu w XVIII w. w hrabstwie Albemarle. W chwili śmierci pułkownik Lewis był wystarczająco zamożny, by pozostawić każdemu ze swej dziewiątki dzieci rozległe plantacje. Jego piąty syn, William, odziedziczył 1896 akrów, niewolników oraz dwór o nazwie Locust Hill, zwykły wiejski dom z bali, lecz bardzo komfortowy i pełen cennych rzeczy, w tym wielu stołowych sreber. Leżał on ledwie siedem mil na zachód od Charlottesville, w zasięgu wzroku od Monticello[2].

Jeden z Lewisów, stryj ojca Meriwethera Lewisa, należał do Rady Królewskiej. Inny, Fielding Lewis, poślubił siostrę George’a Washingtona[3]. Jeszcze inny krewniak, Thomas Lewis, w roku 1746 towarzyszył ojcu Thomasa Jeffersona, Peterowi, w wyprawie na Northern Neck, leżący między rzekami Potomac i Rappahannock. Thomas był pierwszym Lewisem prowadzącym dziennik odkryć. Miał talent do obrazowych opisów koni „potykających się o skały na urwiskach”, chłodu, deszczu i dojmującego głodu. Opisywał zachwyt z powodu zabicia „jednego starego niedźwiedzia i trzech niedźwiadków”. Opisał górzysty teren, gdzie znajdowali się tak „często w skrajnym niebezpieczeństwie, że to mordercze miejsce nazwano Czyśćcem”. Jedna z rzek była tak zdradziecka, że nazwali ją Styks „z powodu przeraźliwego wyglądu miejsca, który wystarczał, by zasiać strach w sercu każdej ludzkiej istoty”[4].

W roku 1769 trzydziestojednoletni wówczas William Lewis poślubił swą kuzynkę, dwudziestodwuletnią Lucy Meriwether. Rodzina Meriwetherów także pochodziła z Walii i posiadała rozległe ziemie — w roku 1730 w jej rękach znajdowały się 17 952 akry w pobliżu Charlottesville. Motto rodowe głosiło „Vi et Consilio”, czyli „Siła i Rada”. George R. Gilmer, późniejszy gubernator Georgii, pisał o rodzinie: „Każdy, kto widział lub rozmawiał z kimś z Meriwetherów, słyszał coś, co kazało mu spojrzeć lub rozmawiać ponownie”. Jefferson powiedział o pułkowniku Nicholasie Meriwetherze, ojcu Lucy: „Był jednym z najrozsądniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem”[5]. Nicholas służył jako dowódca wirgińskiego pułku w katastrofalnej wyprawie Braddocka, w roku 1755.

Rodziny Lewisów i Meriwetherów od dawna były ze sobą związane i spowinowacone. W latach 1725–1774 doszło do jedenastu małżeństw między członkami obu rodzin. Nicholas Meriwether II (1667–1744) był pradziadkiem Lucy Meriwether i dziadkiem Williama Lewisa. Ślub Lucy i Williama łączył dwie linie dziedziczące szczególne zalety — i pewne wady. Według Jeffersona, rodzina była „skłonna do nastrojów hipochondrii. Była to wrodzona skłonność we wszystkich głównych gałęziach rodu”[6].

Mimo jednak hipochondrycznych tendencji Wiliama Lewisa, czy też opisywanej przez Jeffersona w innym miejscu melancholii, a najpewniej zjawiska dzisiaj znanego jako depresja — Jefferson przedstawił swego sąsiada i przyjaciela jako człowieka „o mocnym umyśle i silnym charakterze, odważnego, przedsiębiorczego i o niezwykłej sile ciała”[7].

Rok po ślubie Williamowi i Lucy urodziło się pierwsze dziecko, córka, której nadali imię Jane. Meriwether Lewis urodził się w roku 1774. Trzy lata później urodził się Reuben, drugi syn.

W roku 1775 wybuchła wojna. Jefferson zapisał, że w chwili jej wybuchu William Lewis „radował się pobytem w domu z żoną i małymi dziećmi, a sprzyjająca mu fortuna rozwiewała zmartwienia”. Mimo to „porzucił to wszystko, by wesprzeć wyzwolenie swego kraju od obcych uzurpacji”[8]. Tak jak generał Washington, Lewis służył bez żołdu, jednakże w odróżnieniu od Washingtona pokrywał wszystkie swe wydatki, traktując to jako patriotyczny obowiązek wobec swego kraju.

Meriwether Lewis prawie nie znał swego ojca, jako że porucznik Lewis przebywał poza domem przez większość spośród pierwszych pięciu lat życia swego syna. Służył jako dowódca jednego z pierwszych pułków utworzonych w Wirginii, zaciągając się w lipcu 1775 r. We wrześniu był już porucznikiem w szeregach milicji hrabstwa Albemarle. Gdy jednostkę wcielono do Armii Kontynentalnej, został porucznikiem wojsk regularnych.

W listopadzie 1779 r. porucznik Lewis spędził krótki urlop z rodziną w Cloverfields, należącej do Meriwetherów plantacji, na której wychowała się jego żona Lucy. Pożegnał się, dosiadł konia i ruszył w stronę brodu Sekretarza na wezbranej rzece Rivanna. Podczas próby przeprawy nurt porwał jego konia, który utonął. Lewis zdołał dopłynąć do brzegu i — dygocąc z zimna — dotrzeć do Cloverfields. Wdało się zapalenie płuc. Zmarł przed upływem dwóch dni[9].

W końcu XVIII w. ludzie byli bezsilni w kwestiach zdrowotnych. Żyli w nieustannym lęku przed nagłą śmiercią z powodu choroby, zarazy, epidemii, zapalenia płuc czy wypadku. Ich listy zawsze zaczynały się i zwykle kończyły zapewnieniami o dobrym zdrowiu autora listu i pytaniami o zdrowie adresata. Śmierć szanowanego i podziwianego ojca była doświadczeniem bolesnym, ale też powszechnym. Jaki wpływ wywarła ona na małego Meriwethera, tego się nie dowiemy. W każdym razie szybko zajęła się nim jego rozległa rodzina.

Nicholas Lewis, starszy brat Williama Lewisa, został opiekunem Meriwethera. On sam także był postacią na wskroś bohaterską. W 1776 r. dowodził pułkiem milicji w wyprawie przeciwko podburzanym i wspieranym przez Brytyjczyków Czirokezom. Jefferson chwalił jego odwagę i powiedział, że Nicolas Lewis „był drogi dla wszystkich znajomych z racji swej niezłomnej prawości, dwornego usposobienia, szczodrego serca, ujmującej skromności i dobrych manier. We wszystkich prywatnych sporach w swym hrabstwie był rozjemcą wybieranym równie chętnie przez obie strony”[10].

Mniej niż pół roku po śmierci ojca w życiu Meriwethera pojawił się inny mężczyzna. 13 maja 1780 r. jego matka poślubiła kapitana Johna Marksa. Ówczesne wirgińskie wdowy zwykły jak najszybciej wychodzić ponownie za mąż, a tradycja rodzinna głosiła, że wybór kapitana Marksa podyktowany był wolą pierwszego męża Lucy, przekazaną jej na łożu śmierci[11].

Lucy Meriwether Lewis-Marks była niezwykłą kobietą. Urodziła pięcioro dzieci, w tym dwoje Johnowi Marksowi (Johna Hastingsa, urodzonego w 1785 r., i Mary Garland, urodzoną w roku 1788). Miała silny organizm — pochowała dwóch mężów i dożyła niemal 86 urodzin. Jefferson nazwał ją „czułą” matką. Była szczupłą, na pierwszy rzut oka delikatną, niebieskooką szatynką, „o nobliwej twarzy i władczym spojrzeniu”. Rodzinna historia mówi o niej: „Jej pozycja jako głowy rozległej rodziny wraz ze spartańskim usposobieniem, w tych czasach niepokoju ujawniła drzemiące w niej autokratyczne cechy. Mimo to (…) zachowała wielką słodycz charakteru, była gorliwą chrześcijanką, pełną współczucia dla wszelkiej choroby i strapienia”.

Znana była szeroko z wytwarzanych przez siebie lekarstw. Uprawiała specjalne zioła, które rozdawała swym dzieciom, swoim niewolnikom i sąsiadom. Znała także właściwości lecznicze dzikich roślin. Zadbała, by nauczyć swojego syna wszystkiego, co wiedziała na temat ziołolecznictwa.

Choć więc była po spartańsku surowa, jej syn kochał ją bardzo. Chociaż po ukończeniu 14 roku życia przebywał z nią rzadko, był wiernym i oddanym korespondentem.

31 marca 1805 r. napisał do niej z „fortu Mandan, 1609 mil powyżej ujścia Missouri”, by przybliżyć jej niektóre ze swych przygód podczas rejsu w górę rzeki, i by powiadomić ją, że właśnie wyrusza w nieznane. „Czuję idealną pewność, że osiągniemy Ocean Spokojny tego lata”. Miało być to proste, pisał, gdyż wszyscy członkowie wyprawy byli w dobrym zdrowiu i w „znakomitych nastrojach, wierzymy w ekspedycję i nie możemy się doczekać wymarszu”.

Matki jednakże zwykle się niepokoją, więc dodał: „Możesz spodziewać się mnie w [hrabstwie] Albemarle [w Wirginii] mniej więcej za dwanaście miesięcy, w końcu września. Proszę, byś nie pozwalała sobie na niepokój względem mego losu, gdyż zapewniam Cię, że czuję się równie bezpiecznie, jak gdybym był w Albemarle. Jedyną różnicą między 3000 i 4000 a 130 milami jest, że nie mam przyjemności widywać się z Tobą tak często, jak czyniłem to [mieszkając] w Waszyngtonie”[12].

Kobieta wzbudzająca tyle troski i miłości potrafiła także samodzielnie poprowadzić wyprawę w głuszę, zarządzać plantacją czy kierować świniobiciem. Pewnego wieczoru, gdy do Locust Hill wpadli pijani brytyjscy oficerowie, porwała za karabin i przegnała ich. Innym razem myśliwi z Locust Hill i okolicznych plantacji oddzielili się od nagonki. Ogary przygnały jelonka na trawnik przed domem. Lucy chwyciła za karabin, wybiegła na zewnątrz i zastrzeliła zwierzę. Gdy przygnębieni myśliwi wrócili z pustymi rękoma, jelenia szynka rumieniła się już nad ogniem.

Jej kuchnia słynęła na całe hrabstwo. Jefferson szczególnie cenił jej peklowane wirgińskie szynki. Zarządca jego majątku zapisał, że „co roku sprowadzałem ich kilka dla jego wyłącznego użytku”. Posiadała niewielką bibliotekę, którą bardzo ceniła. Miała ona dla niej wartość tak wielką, że zadbała o umieszczenie w testamencie szczegółowych instrukcji co do podziału księgozbioru pomiędzy dzieci.

„Jej osobowość była idealna — powiedział jeden ze znajomych panów — a jej działalność ponad jej płeć”. Nawet po wielu latach „Babcia Marks” była widywana, jak konno jeździ do chorych po hrabstwie Albemarle. Według ówczesnej relacji, jeszcze po siedemdziesiątce zachowała „szlachetne rysy, delikatną figurę i władcze spojrzenie”[13].

Gubernator Georgii George Gilmer opisał ją tak: „Była szczera, prawdomówna, przedsiębiorcza i bezgranicznie dobra”. Jak dodał, „Meriwether Lewis odziedziczył po swej wspaniałej matce energię, odwagę, pracowitość i rozsądek”[14].

Jako dziecko Meriwether chłonął silnie antybrytyjskie uczucia. Były one czymś naturalnym dla każdego chłopca w rodzinie patriotów, dorastającego w latach wojny. Umocnił je zajazd pod dowództwem pułkownika Banastre’a Tarletona, który w roku 1781 najechał Albemarle. Jefferson pisał: „Zniszczył wszystkie me zasiewy zboża i tytoniu, spalił wszystkie stodoły przechowujące zbiory z zeszłego roku, zabrawszy z nich wcześniej, co chciał. Zużył, jak się należało spodziewać, całe moje stada bydła, owiec i świń na wyżywienie swego wojska, i zabrał ze sobą wszystkie zdolne do pracy konie. Źrebakom poderżnął gardła, spalił także wszystkie płoty na plantacji, tak by pozostawić ją całkowicie spustoszoną. Zabrał też ze sobą około 30 niewolników”[15].

Tarleton rozkazał także spalić wszelkie akta sądowe hrabstwa. Ten czyn został ostro i słusznie potępiony przez wielebnego Edgara Woodsa w jego historii hrabstwa Albemarle z 1932 r.: „Trudno wyobrazić sobie na wojnie czyn bardziej oburzający, bardziej przeciwny prawdziwemu duchowi cywilizacji, a do tego bardziej bezcelowy z wojskowego punktu widzenia, niż niszczenie archiwów publicznych”[16].

Gdy Meriwether miał osiem czy dziewięć lat, jego ojczym kapitan Marks przeniósł się z liczną grupą Wirgińczyków do kolonii rozwijanej przez generała Johna Matthewsa nad rzeką Broad, w północno-wschodniej Georgii. Z dziejów tego marszu w głuszę zachowało się niewiele, łatwo jednak sobie wyobrazić chłopca obserwującego z zapartym tchem przemarsz koni, bydła, wołów, świń, psów, wozów, niewolników, innych dzieci, dorosłych — co wieczór zajętego przy rozbijaniu obozu, za dnia polującego na jelenie, indyki i oposy, łowiącego ryby w wodach przecinających szlak strumieni, przyglądającego się, a może i pomagającego w gotowaniu, zwijającego co rano rzeczy i wyruszającego w dalszą drogę, maszerującego przez obie Karoliny wzdłuż wschodnich zboczy gór, zaznajamiającego się z ogromem swego kraju i uczącego się samodzielnego życia w głuszy.

Meriwether mieszkał w Georgii przez trzy, może cztery lata. Był to kraj pograniczny, toteż nauczył się umiejętności pogranicznika. Doświadczenia te uwielbiał. Jefferson napisał później, że „już w dzieciństwie słynął z przedsiębiorczości, śmiałości i rozwagi. Gdy miał ledwie osiem lat, miał zwyczaj wyruszać w środku nocy ze swymi psami, by polować na szopy pracze i oposy (…). W tym działaniu przeszkodzić nie mogły mu ani pora roku, ani okoliczności; rzucał się w zimowe śniegi i zamarznięte rzeki w poszukiwaniu zwierzyny”[17].

Mniej więcej w tym czasie, jak głosi rodzinna legenda, ośmio- czy dziewięcioletni Meriwether szedł z przyjaciółmi przez pole w drodze powrotnej z polowania. Nagle ruszył na niego rozjuszony byk. Jego towarzysze z zapartym tchem patrzyli, jak chłopiec unosi swój karabin i spokojnie strzela do zwierzęcia, kładąc je trupem[18].

Inna ulubiona rodzinna opowieść o młodym Meriwetherze wiąże się z zagrożeniem indiańskim. Gdy jeden z domów stał się celem napaści, dawni Wirgińczycy zebrali się w innym, celem obrony. Potem jednak doszli do wniosku, że jest ich zbyt mało, by obronić farmę przed zorganizowanym atakiem, postanowili zatem skryć się w lesie. Gdy nadszedł zmierzch, pewien głodny i niezbyt rozgarnięty uciekinier rozniecił ogień, by ugotować posiłek. Blask ogniska przyciągnął Indian. Padł strzał. Kobiety krzyknęły na trwogę, mężczyźni rzucili się do karabinów, rozpętało się coś na kształt paniki. W ogólnym zamieszaniu tylko dziesięcioletni Meriwether zachował wystarczającą przytomność umysłu, by zalać ognisko wiadrem wody i ugasić je, tak by Indianie nie mogli widzieć sylwetek białych rysujących się wyraźnie na tle ognia[19]. Przyjaciel rodziny zauważył: „Za młodu wykształcił surowe zwyczaje i siłę organizmu. W niebezpieczeństwie zachowywał całkowite panowanie nad sobą”[20].

Ciekawy i dociekliwy, a jednocześnie opanowany i odważny, Meriwether radował matkę pytaniami o jej zioła i o dzikie rośliny używane przez nią jako lekarstwa. Chciał poznać nazwy i cechy drzew, krzewów, traw i porostów; ssaków, ryb, ptaków i owadów. Chciał poznawać przebieg i przyczyny najróżniejszych procesów. Od jednego z dorosłych członków społeczności w Georgii nauczył się czytać i pisać, jak również nieco o świecie przyrodzonym. Zachowała się na ten temat anegdota: Gdy powiedziano mu, że wbrew jego obserwacjom Słońce nie krąży wokół Ziemi, Meriwether podskoczył jak mógł najwyżej, po czym zapytał nauczyciela: „Skoro to Ziemia się kręci, dlaczego wylądowałem w tym samym miejscu?”[21].

Pragnął więcej wiedzy. W Georgii zdobyć jej nie mógł. Był jednak młodzieńcem dość zamożnym i odpowiedzialnym, jako że zgodnie z obowiązującymi w Wirginii prawami pierworództwa odziedziczył cały majątek ojca. W jego skład wchodziła plantacja licząca niemal 2000 akrów, 520 funtów w gotówce, 24 niewolników i 147 galonów whisky. Choć zarządzał tym wszystkim Nicholas Lewis, Meriwether wkrótce miał to przejąć. Jego matka zgodziła się na powrót syna do Wirginii, gdy chłopiec miał około 13 lat. Miał zdobyć formalne wykształcenie i przygotowywać się do wypełniania obowiązków plantatora.

W osiemnastowiecznej Wirginii nie było publicznych szkół. Synowie plantatorów kształcili się u prywatnych nauczycieli, niemal zawsze kaznodziejów lub pastorów, którzy uczyli ich łaciny, matematyki, nauk przyrodniczych i gramatyki angielskiej. Biograf Jeffersona Dumas Malone pisze, że „wszyscy synowie wielkich właścicieli ziemskich mieli do czynienia z zaletami i wadami prywatnego nauczania. Jakość tego nauczania była często wysoka, lecz oczywiście różniła się w zależności od dostępności nauczycieli”[22]. Wszyscy oni byli przepracowani, a ich „szkoły” nazbyt zatłoczone. Znalezienie miejsca było trudne. Mimo pomocy jego opiekuna Nicholasa Lewisa i przyjaciela ojca — Thomasa Jeffersona — podjęcie nauki zajęło Meriwetherowi szereg miesięcy, być może nawet rok.

Jego pierwszy zachowany list, datowany na 12 maja 1787 r., zaadresował do „Najukochańszej Matki”. W tym czasie najpewniej nie znalazł jeszcze nauczyciela. Rozpoczął, skarżąc się, że nie otrzymał od niej żadnego listu, po czym przyznał: „Jakimiż słowy mógłbym opisać pragnienie spotkania się z Tobą, gdy siadam do pisania, skoro jednak dziś rzecz to niemożliwa, porzucę ten temat i więcej o nim nie wspomnę”. Z radością donosił, że wszyscy Lewisowie i Meriwetherowie z hrabstwa Albemarle byli w dobrym zdrowiu. Przekazał też plotkę, że „Kuzyn Thomas Meriwether się ożenił” i pytał, czy coś o tym wiedziała. Kończąc, pisał: „Żyję w Nadziei otrzymania od Ciebie listu, który jest jedynym sposobem dowiedzenia się o Twoim Zdrowiu i Dobrobycie. Zdrowie dopisuje mi obecnie i mam nadzieję, że i Tobie. Jestem Twoim zawsze kochającym Synem”[23].

Kolejny zachowany list Meriwethera do matki, niedatowany, napisany z Cloverfields, relacjonował rodzinne nowinki oraz problemy, jakie napotykał w swych staraniach o znalezienie szkoły. Jego szwagier, Edmund Anderson, który poślubił w roku 1785 jego wówczas piętnastoletnią starszą siostrę Jane, przygotowywał się do założenia interesu w Richmondzie i „znalazłby się tam już wcześniej, gdyby miasta tego nie nawiedziła ospa szalejąca okrutnie i dopóki zaburzenie to nie zaniknie, pozostaną tam, gdzie są” — czyli w Hanover. „Siostra [Jane] i Dzieci mają się dobrze; dzieci bardzo wyrosły, ale nie dostrzegłem oznak pojawienia się następnego”.

Meriwether pragnął uczyć się u pastora Matthew Maury’ego, syna jednego z nauczycieli Thomasa Jeffersona, jednakże dotychczas mu się to nie udało. „Mam nadzieję, że Reubin [młodszy brat pozostały w Georgii] chodzi do szkoły, choć sam jeszcze nie trudnię się tym zajęciem — pisał. — Robert Lewis i ja zwróciliśmy się do Pana Maury’ego wkrótce po mym powrocie [do Albemarle], ten jednak powiadomił nas, że nie może nas w żadnym razie przyjąć przed najbliższą wiosną i że to co pragnęlibyśmy poznać, nazbyt przeszkadzałoby mu w nauczaniu łaciny, wolałby więc nie przyjmować nas wcale”.

Dlatego też Meriwether zwrócił się do wielebnego Jamesa Waddella, jednakże nie był pewien powodzenia. „Jeśli nie udam się do pana Waddella, z pewnością pójdziemy do niejakiego pana Williamsona, młodego Szkota, który naucza w odległości około dziesięciu mil od tego miejsca i którego gorąco polecali tak pan Maury, jak pan Waddell. W takiej to sytuacji czekam obecnie już od trzech tygodni”[24].

Jesienią 1787 r. Reuben odwiedził Cloverfields. Na odjezdnym poprosił Meriwethera, by następnej jesieni przybył do Georgii. 7 marca 1788 r. Meriwether napisał do Reubena, że nie będzie to możliwe „z powodu mego pobytu w szkole. Wkrótce po Twym odjeździe zacząłem uczyć się u pastora Maury’ego i trwało to do Bożego Narodzenia, i spodziewałem się kontynuować jeszcze przez co najmniej sześć miesięcy, jeśli nie cały rok. Jednakże kuzyn William D. Meriwether powiedział, że nie uważa tego za przydatne, jako że dość dobrze poznałem angielską gramatykę, a geografii mogę nauczyć się w Domu. Dlatego postanowiłem zamieszkać u Wuja Peachy Gilmera i uczyć się u tamtejszego nauczyciela, by zapoznać się z figurami; tu obecnie przebywam”.

Niemożność wyjazdu do Georgii nie była mu miła. „Bardzo chciałbym zaczerpnąć nieco z waszych rozrywek, łowienia ryb i polowania” — pisał Reubenowi. Był jednakże zdecydowany doskonalić się i pisał, że musi „robić coś, co bez wątpienia będzie dla mnie bardziej korzystne w przyszłości” — czyli zdobyć wykształcenie[25].

W czerwcu 1788 r. opiekun Meriwethera zapłacił siedem funtów za mieszkanie, wyżywienie i czesne. W styczniu 1789 r. zapłacił 13 funtów, w lipcu zaś kolejne dwa. Tego lata Meriwether mógł udać się z wizytą do Georgii.

Jesienią uczył się u doktora Charlesa Everitta. Jego szkolny kolega i kuzyn, Peachy Gilmer, pięć lat młodszy od Meriwethera, doktora Everitta nie cierpiał. Zdaniem Gilmera, był on „nękany bardzo złym zdrowiem, miał arbitralny i melancholijny temperament, był małostkowy, kapryśny i niemiły pod każdym względem. (…) Wymyślał okrutne kary dla uczniów (…). Jego metoda nauczania była tak zła, jak tylko można sobie wyobrazić. Nie znosił przerywania. Rzadko prosiliśmy o pomoc, uczyliśmy się źle, nie czyniliśmy postępów i nabieraliśmy złych nawyków”.

Młody Gilmer pisał o Meriwetherze: „Zawsze wyróżniał się nieustępliwością, co we wczesnych latach jego życia wydawało się jedynie uporem w dążeniu do błahostek właściwych temu wiekowi. Miał wojowniczą naturę, ogromną stałość dążeń, samokontrolę i niezłomną odwagę. Był sztywny i pozbawiony wdzięku, miał krzywe nogi, w towarzystwie niezgrabny i sztywny, był niemal pozbawiony elastyczności. Rysy jego twarzy robiły wrażenie przyjazne; wiele osób uważało go za przystojnego”[26].

Meriwether uwielbiał, jak ujął to Jefferson, „szwendać się”. W góry, z wizytą do Jane i innych krewnych, czy aż do Georgii, dokąd przynajmniej raz udał się w pojedynkę. W późniejszym okresie swego życia na wypowiedziane półżartem uwagi matki co do jego skłonności do włóczenia się, odpowiedział ze śmiechem, że skłonność tę odziedziczył po niej[27].

Dokumenty hrabstwa Albemarle dowodzą, że opiekun Meriwethera był człowiekiem skrupulatnym. Jego rachunki zawierają zakupy: „1 par. klamr pod kolana”, „10 guzików do kamizelki”, „2 chust. jedwab”, „1 nożyk”. Wielokrotnie wpisywano też „pieniądze kieszonk.”. Uwagę przyciąga wyjątkowy wpis: „kwarta whisky dla czarnej dziewuchy”. Inny podaje: „1 kwarta rumu i 1 funt cukru”[28].

W roku 1790 Meriwether przeniósł się do wielebnego Jamesa Waddella, który bardzo różnił się od wybuchowego Everitta. Meriwether nazwał Waddella „bardzo uprzejmym uczonym”. W sierpniu pisał do matki: „Spodziewam się pozostać [tu] na osiemnaście miesięcy do dwóch lat. Dopełnia się tu wobec mnie wszelkich wymogów uprzejmości, co nie daje mi jakiegokolwiek powodu do żalu za domem czy bliskimi. Jak tylko ukończę moją edukację, z pewnością mnie ujrzycie”[29].

W październiku 1791 r. pisał do matki, donosząc, że otrzymał list od wuja Thomasa Gilmera (ojca Peachy’ego), „który zawiera bardzo pomyślne wiadomości na temat Twojego zdrowia oraz szkolnej pilności i postępów mych braci”. Pisał, że dopiero co powrócił z wizyty u swej siostry Jane, która dała mu do przeczytania list napisany przez matkę tego lata. Dowiedział się z niego, że kapitan Marks zmarł; powtórnie owdowiała matka miała pod opieką Reubena i dwójkę młodszych dzieci. Pani Marks pragnęła, by Meriwether przybył do Georgii celem zorganizowania przeprowadzki jej i jej podopiecznych z powrotem do Wirginii.

„Uczynię to z ogromną dozą radości — pisał matce Meriwether — lecz nie będę mógł wcześniej niż za osiemnaście miesięcy lub dwa lata”. Obiecał jej, że Locust Hill zawsze będzie jej domem i że „możesz polegać na mojej wierności, że uczynię Twoje położenie tak komfortowym, jak tylko będę w stanie”[30].

W kwietniu 1792 r. Meriwether napisał do matki, że z jej listów do Jane dowiedział się o jej pragnieniu powrotu do Wirginii tej wiosny. „To oraz nalegania siostry niecierpliwej, by Cię ujrzeć, skłoniły mnie do porzucenia szkoły i natychmiastowego podjęcia przygotowań do wyprawy”. Zatrudnił cieślę z Monticello, by ten wykonał odpowiedni powóz; miał być on gotów na 1 maja. Meriwether musiał jeszcze nabyć konie i zgromadzić nieco gotówki. „Jeśli nie uda mi się zebrać odpowiedniej kwoty z bliskich czynszów, spieniężę mój tytoń, by zwlekać tak krótko, jak to możliwe. Wyruszę w drogę około 15 maja”[31].

Tak też uczynił. Przed nadejściem jesieni dotarł do Georgii, zorganizował przeprowadzkę matki, jej dzieci wraz z niewolnikami, zwierzętami i dobytkiem, doprowadził bezpiecznie wszystkich do Wirginii, osiadł w Locust Hill i rozpoczął życie plantatora i głowy domu.

Tak skończyła się edukacja Meriwethera Lewisa. Czego zdołał się nauczyć? Łaciny za mało, by używać jej w swoich późniejszych pismach, ani też żadnego nowożytnego języka obcego. Za mało ortografii, by swobodnie i właściwie zapisywać angielskie słowa — choć przecież żył w cudownych czasach ortograficznej swobody, gdy człowiek tak dobrze wykształcony i oczytany jak Jefferson miał trudności z konsekwentną pisownią. Wykształcił dobitny, żywy, potoczysty styl pisania.

O jego lekturach możemy jedynie wnioskować na podstawie odniesień z jego pism. Sugerują one, że liznął nieco historii starożytnej, trochę Miltona i Szekspira, i co nieco z nowszej historii Wielkiej Brytanii. Pilnie studiował dzienniki odkrywców, zwłaszcza zaś opowieści o wyprawie kapitana Jamesa Cooka.

Dość dobrze nauczył się arytmetyki, zdobył też solidne podstawy w botanice i historii naturalnej. Uczył się wszystkiego, co mógł o geografii. Słowem przyswoił tyle wiedzy, ile potrzebował wówczas wykształcony Wirgińczyk, znający nieco klasyków i posiadający rozsądne rozeznanie w filozofii. Jedyną specjalistyczną wiedzą, jakiej od niego oczekiwano, były tajniki prowadzenia plantacji. Tę właśnie dziedzinę zaczął więc zgłębiać.

Być może czynił to z pewnym żalem, jako że wysoko cenił wykształcenie. Przez całe życie dbał, by Reubenowi, jego przyrodniemu bratu Johnowi Marksowi i przyrodniej siostrze Mary Marks nie zabrakło zapału ani pieniędzy do dalszego kształcenia. Ostatni akapit jego listu do matki z 31 marca 1805 r., pisanego z fortu Mandan, daleko w górze Missouri brzmi: „Muszę prosić Cię, nim zakończę ten list, o wysłanie Johna Marksa do college’u w Williamsburgu, gdy tylko uzna się, że zdobył wykształcenie wystarczające do wstąpienia na tę uczelnię. Musisz bowiem wiedzieć, że troszcząc się o jego przyszły dobrobyt, musisz raczej uszczuplić jego majątek niż pozwolić, by jego kształcenie zostało zaniedbane lub pozostało niekompletne”[32].

Zapewne będąc osiemnastolatkiem, pragnąłby kontynuować edukację, wstąpić do „college’u” Williama and Mary, jednak tak być nie mogło. Był teraz odpowiedzialny za matkę, brata, Johna i Mary Marksów, niewolników w Locust Hill i cały odziedziczony majątek. Zamiast zdobywać wiedzę z książek w college’u Williama i Mary, miał oto uczyć się w szkole, jaką była funkcjonująca plantacja. W wieku osiemnastu lat stał się przywódcą niewielkiej gminy liczącej około dwu tuzinów niewolników i niemal 2000 akrów ziemi. Odtąd miał zgłębiać tajniki zarządzania, uczyć się rodzajów gleby, zasiewów, destylacji, stolarki, kowalstwa, szewstwa, tkactwa, bednarstwa i ciesielki, zarzynania, rozbierania i oprawiania krów i owiec, konserwowania warzyw i mięs, naprawy pługów, bron, pił i karabinów, dbania o konie i psy, opieki nad chorymi i całym mnóstwem innych zadań, jakie składały się na prowadzenie plantacji.

W wieku osiemnastu lat zdany był tylko na siebie. Wcześniej odbył wiele podróży po południowej części Stanów Zjednoczonych. Dowiódł, że jest samodzielnym, ukształtowanym i pewnym siebie nastolatkiem, stając się młodzieńcem niebywale dumnym ze swej „ogromnej stałości dążeń i samokontroli” — według słów Peachy’ego Gilmera. Cieszył się doskonałym zdrowiem, był bardzo sprawny fizycznie, był też czułym i troskliwym opiekunem matki i rodziny. Innymi słowy — był gotów.

2

PLANTATOR

1792–1794 r.

Mówiło się, że wirgińscy plantatorzy rodzili się w siodle. Że przeszliby pięć mil na piechotę po konia, by ostatnią milę przebyć wierzchem.

Pewien badacz ujął to tak: „W kraju pozbawionym większych osiedli, w którym poszczególne plantacje były od siebie odległe, jazda konna nie była okazjonalną rozrywką, ale codzienną koniecznością. Umiejętność obchodzenia się z końmi była wśród mieszkańców plantacji czymś oczywistym”[33]. Musieli wiedzieć wszystko o wyborze, obroczeniu, rozpłodzie i trosce o konie.

Meriwether Lewis był doskonałym i nieulękłym jeźdźcem od czasu, gdy mógł już siąść na końskim grzbiecie. Potrafił znakomicie ocenić przydatność konia i poznał wszelkie tajniki obchodzenia się z nimi. Jefferson, który uważał, że oswojenie koni stało się przyczyną degeneracji ludzkiego ciała, zachęcał młodych do odbywania częstych wędrówek. Lewis skorzystał z jego rady i stał się znakomitym wędrowcem; w ten sposób jego stopy były równie nawykłe do trudów, co jego siedzenie. Jako chłopiec i młodzieniec wędrował na modłę wirgińską — boso. Wnuk Jeffersona twierdził, że po raz pierwszy założył buty jako dziesięciolatek. Według Jeffersona młody Lewis polował boso nawet w śniegu[34].

Za oczywistą — poza jazdą konną i wędrówką — uznawano umiejętność tańca. Znajomość kroków była wręcz niezbędna do życia towarzyskiego. „Wirgińczycy są ludźmi o żywej krwi — pisał pewien podróżnik. — Będą tańczyć albo umrą”. Jak Jefferson, Lewis uczył się w szkole wielebnego Maury’ego tańczyć menueta, reela oraz tańców lokalnych. W roku urodzenia Lewisa pewien człowiek zanotował w dzienniku: „Każdy młody dżentelmen podróżujący przez kolonię (…) powinien cokolwiek znać się na tańcu, boksie, grze na skrzypcach, szpadzie i kartach”[35]. Brak dowodów, by Lewis nauczył się gry na skrzypcach, jednakże pozostałe warunki z tej listy spełniał.

Oczywiście nie wszyscy wirgińscy plantatorzy czy ich synowie byli wzorcami cnót. Tak jak toczono przy stołach wzniosłe i pouczające debaty, jak często odwoływano się do wspólnego dobra i ideałów, tak i niekiedy istniały pokusy nazbyt silne, by oprzeć mógł się im młody, zdrowy, zamożny młodzieniec.

Ojciec Jeffersona zmarł, gdy Thomas był chłopcem. Wiele lat później w liście do wnuka Jefferson zawarł słynną myśl:

Gdy przypominam sobie, że w wieku 14 lat spadła na mnie całość odpowiedzialności za opiekę i kształcenie siebie samego, bez krewnego czy przyjaciela gotowego służyć mi radą czy pomocą, i gdy przypominam sobie najróżniejsze złe towarzystwa, z którymi od czasu do czasu przestawałem, bardzo dziwię się, że nie przystałem do któregoś z nich i nie stałem się równie bezużyteczny dla społeczeństwa co i oni (…).

Ze względu na moją pozycję często znajdowałem się wśród graczy na wyścigach, karciarzy, namiętnych myśliwych, naukowców i przedstawicieli wolnych zawodów, a także ludzi wybitnych. Wiele razy pytałem siebie, co wolę: ekscytację odczuwaną w chwili zabicia lisa, zwycięstwa ulubionego konia? A może przeforsowanie swego zdania dzięki umiejętnej argumentacji w sądzie czy w dostojnym Zgromadzeniu narodu? Jaką reputację winienem wybrać? Reputację dżokeja? Łowcy? Mówcy? A może uczciwego reprezentanta praw mojego kraju?[36]

Jest zupełnie możliwe, że Jefferson mówił do Lewisa niczym Poloniusz, tak jak pisał do swego wnuka. Lewis z pewnością miewał momenty przemyśleń podobnych do tych, o których pisał Jefferson. W 31 urodziny napisał: „Dzisiaj ukończyłem trzydziesty pierwszy rok życia (…). Rozmyślałem sobie, że dotychczas dokonałem niewiele, nawet bardzo niewiele, by powiększyć dobrobyt rasy ludzkiej czy poszerzyć zakres wiedzy dla kolejnych pokoleń. Z żalem wspominałem liczne godziny spędzone na bezczynności, teraz zaś dojmująco odczuwam brak wiedzy, którą przyniosłyby mi te same godziny wykorzystane rozważniej”. Doszedł więc do wniosku: „Odtąd żyć dla ludzkości, tak jak dotychczas żyłem dla siebie”[37].

Taki wniosły, przesycony idealizmem język — oraz odzwierciedlane przezeń uczucia i szczere pragnienie doskonalenia się — były typowe dla wirgińskich ziemian. Była to wręcz konwencja, element społecznego standardu, tak jak posiadanie dobrych manier.

Wirgiński dżentelmen miał być gościnny i szczodry, dworny w relacjach z równymi sobie, szarmancki wobec kobiet i dobry dla osób z niższych warstw społecznych. Standardy uprzejmości były wyśrubowane. Jefferson zauważył pewnego razu, że uprzejmość była sztucznym dobrym humorem, cennym elementem utrzymywania pokoju i spokoju. Odwiedzanie burdeli, cudzołóstwo, nadmierne pijaństwo i inne podobne słabości były dość powszechne i tolerowane, o ile nie zaburzały relacji pomiędzy członkami ziemiaństwa. Do niewybaczalnych grzechów zaliczały się kłamstwo i złośliwe usposobienie[38].

Poza nieustępliwością Lewis przez całe życie szczycił się swą uczciwością. Cechy te były ważne dla jego pewności siebie. Jego słowo — pisane czy mówione — było dla niego zobowiązaniem.

Mniej godnym podziwu elementem kodu postępowania wirgińskiego dżentelmena bywało picie, które mogło stawać się nadmiernym. Pewien angielski podróżnik tuż po wojnie o niepodległość zapisał swoje uwagi o typowym plantatorze z Albemarle. „Wstaje około ósmej, wypija coś, co nazywa »Julep«, czyli dużą szklankę rumu posłodzoną cukrem, potem zaś obchodzi, a raczej objeżdża swoją plantację, przygląda się stadom, dogląda zasiewów, by wrócić około dziesiątej na śniadanie z zimnego mięsa czy szynki, smażonej mamałygi, tostów i cydru (…). Około dwunastej czy pierwszej wypija toddy na apetyt do obiadu, do którego zasiada o drugiej. Zwykle pija kolejne toddy aż do wieczora. Przez cały ten czas nie jest pijany ani trzeźwy, ale w stanie podchmielenia (…) gdy chodzi do sądu, na wyścigi konne czy na walki kogutów, zwykle upija się wówczas tak bardzo, że jego żona posyła paru Murzynów, by sprowadzili go bezpiecznie do domu”[39].

Można wątpić, czy opisywany przez Anglika plantator rzeczywiście był tak bardzo typowy, jednakże należy mieć na uwadze, że właśnie takich ludzi można było spotkać pośród osób współczesnych osiemnastoletniemu panu na Locust Hill.

Zarządzanie plantacją wymagało zwracania uwagi na szczegóły i posiadania zmysłu obserwacji. Lewis był w tym doskonały. Jefferson opisał go jako „skrupulatnego i uważnego rolnika, obserwującego wnikliwie wszelkie napotkane rośliny i owady”[40].

Lewis nie siał ani nie żął własnymi rękoma. Nie czynił tego nikt spośród wirgińskich ziemian. Gdy Jefferson, Lewis czy jakikolwiek inny właściciel niewolników pisał, że zasiał to czy tamto, albo że zbudował taki płot czy inny budynek, nie zamierzał sugerować, że dokonał tego własnymi rękoma. Pracę wykonywali jego niewolnicy. „Ciężko pracują tylko biedni Murzyni — pisał pewien podróżnik. — Przykro mi mówić, ale jest im źle. Niewiarygodny jest trud, jaki jest udziałem tych nieszczęśników, i cudem natury jest, że mogą temu sprostać”[41].

Lewis potrafił z powodzeniem powiększać swoje posiadłości, co także stanowiło umiejętność niezbędną wirgińskiemu plantatorowi. Prowadząc Locust Hill, zdołał pozyskać osiemsetakrową posiadłość nad rzeką Red w hrabstwie Montgomery, przejąć prawa do 180 akrów ziemi posiadanej przez kapitana Marksa oraz nabyć kolejną parcelę w hrabstwie Clarke.

Taka nieustanna ekspansja była konieczna, ponieważ ówczesne wirgińskie plantacje były prowadzone z niebywałym marnotrawstwem. Tereny nisko położone lub podmokłe obsiewano kukurydzą celem zapewnienia pożywienia niewolnikom i zwierzętom. Ziemie żyzne — które rozpoznawano po tym, że rósł na nich las — zachowywano na tytoń. Plantatorzy kazali niewolnikom obrączkować duże drzewa i pozostawiać do uschnięcia, oborywując je dookoła. Niewolnicy przy pomocy motyk tworzyli grzędy na tytoń, nie usuwając ich. Po trzech kolejnych latach zbiorów na takich „polach” przez kolejny rok czy dwa siano pszenicę, po czym porzucano je odłogiem, pozwalając im ponownie zarosnąć drzewami. Plantatorzy puszczali swe bydło luzem, nie wykorzystywali zwierzęcego nawozu, i praktykowali tylko najbardziej prymitywny płodozmian. Zamiast tego po prostu kierowali swoich niewolników na nowe tereny i powtarzali cały proces. System ten pozwalał plantatorom na wykorzystywanie do maksimum dwóch rzeczy, których im nigdy nie brakowało — ziemi i niewolników. Tytoń, jedyna uprawa na sprzedaż, zależny był od niemalże niewyczerpanych zasobów obu tych czynników.

Żądza ziemi Wirgińczyków i wynikająca z niej dzika spekulacja nią była wręcz zadziwiająca. Przed wojną o niepodległość George Washington posiadał dziesiątki tysięcy akrów w regionach Tidewater i Piedmont i ponad 63 000 akrów za Appalachami. I pragnął więcej[42]. Jefferson odziedziczył po ojcu ponad 5000 akrów w Tidewater. Wraz z ręką żony przypadło mu 11 000 akrów. Jednakże, choć posiadał wiele ziemi, wśród plantatorów Wirginii nie zaliczał się do wielkich posiadaczy[43].

Tytoń wyjaławiał glebę tak szybko, że nigdy nie było jej dość, natomiast nigdy nie zapewniał zysków wystarczających na ich odłożenie. Spekulacja ziemią prowadzona była na kredyt, obietnice i weksle, nie za gotówkę, dlatego plantatorzy mieli zawsze wiele ziemi i mało gotówki. Nie dziwi więc fakt, że obsesją Jeffersona było zdobycie dla Stanów Zjednoczonych własnego imperium.

Kultura uprawy tytoniu stanowiła zmasowany atak na środowisko dla hodowania rośliny wręcz szkodliwej dla zdrowia ludzi i jakości gleby, nie wspominając o politycznych i moralnych skutkach korzystania z pracy niewolników. Jednakże wirgińscy plantatorzy, a nawet człowiek tak pomysłowy jak Jefferson, nie widzieli żadnej alternatywy. A tę mieli przecież pod samym nosem.

Niemieccy emigranci uprawiający rolę w dolinie Shenandoah mieli zupełnie inne podejście do ziemi niż ich odpowiednicy wywodzący się z Anglii. Niemcy nie otrzymali ogromnych nadziałów ziemi od angielskiego króla czy jego gubernatora. Swoje względnie nieduże gospodarstwa musieli kupić. Ponieważ pochodzili z kraju, w którym gospodarstwo tradycyjnie pozostawało w rękach jednej rodziny przez pokolenia, a nawet całe wieki, myśleli o długofalowych korzyściach, nie o szybkim zysku. Dokładnie więc karczowali swoje pola, orali głęboko, by powstrzymać erozję, swe krowy umieszczali w wielkich oborach, ich odchodów używali jako nawozu, i utrzymywali precyzyjny płodozmian. Pracowali własnymi rękoma, a pomoc zapewniali im synowie i krewni. Na ich polach nie było miejsca dla nadzorców, chłopów pańszczyźnianych czy niewolników — czyli dla ludzi niezainteresowanych dobrobytem rodzinnego gospodarstwa[44].

Choć Jefferson nie wspominał o niemieckich farmerach z Wirginii, porównywał praktyki plantatorów z praktyką rolników europejskich i tłumaczył, że rolnictwo europejskie stoi na znacznie wyższym poziomie z prostego powodu: „Ponieważ posiadamy tyle ziemi, ile tylko chcemy. W Europie chodzi o uzyskanie najwięcej z posiadanej ziemi, jako że nie brak siły roboczej. U nas trzeba uzyskać najwięcej z siły roboczej, jako że nie brak ziemi”[45].

W latach przed wojną o niepodległość życie na wirgińskiej plantacji miało wiele zalet. Panowała na niej względna niepodległość polityczna. Organizowano bale i kolacje oraz liczne inne rozrywki. Panowała wolność wyznania. Jakość dysput politycznych na temat natury człowieka i roli rządu nie znalazła równej nigdy później; najlepsze z tych dysput zniosą porównanie z poziomem retoryki politycznej starożytnych Aten.

Życie w Monticello w latach po wojnie o niepodległość było przyjemne dla oka, ucha, języka i intelektu. Wyobraźmy sobie tylko spędzanie wieczoru w gościnie u Thomasa Jeffersona, po całym dniu konnych przejażdżek wśród żywopłotów, pól i potoków, na łowach za lisem, jeleniem czy niedźwiedziem. Wieczorną zabawę rozpoczynały toasty za myśliwych. Stół uginałby się pod ciężarem słodkich ziemniaków, strączków grochu, kolb kukurydzy, najróżniejszego pieczywa, orzechów, dzikiego ptactwa, szynki, jeleniny, kaczek, mleka i piwa — pochodzących wyłącznie z okolicy. Tylko wina pochodziłyby z Francji i należały do najlepszych z dostępnych wówczas w Ameryce, osobiście wybranych przez gospodarza. Jeśli przyjęcie byłoby wyszukane, rozmowy toczyłyby się po angielsku, francusku, włosku i niemiecku. Jefferson przygrywałby na skrzypcach do najróżniejszych tańców — chyba, że akurat by rozmawiał.

Większość gości uznawała Jeffersona za najwspanialszego ze znanych im rozmówców. Czarował i zachwycał tak politycznych przeciwników, jak i przyjaciół. „Spędziłem wieczór z Panem Jeffersonem, z którym uwielbiam przebywać” — pisał John Quincy Adams w Paryżu w 1785 r. Później dodał: „Nie można spędzić godziny z tym człowiekiem bez przeżycia czegoś cudownego”. Przed wyborami 1800 r. Abigail Adams pisała o Jeffersonie: „Jest jednym z wyborowych ludzi na tej ziemi”[46].

Także goście Jeffersona byli wyborowi. Czy pochodzili z Europy, czy z Ameryki, byli ludźmi oświecenia, świetnie wykształconymi, niebywale ciekawymi świata, oczytanymi i zgłębiającymi wszelkie nowe dziedziny wiedzy, zwłaszcza jednak historię naturalną i geografię. Byli czynni politycznie, mieli wyrobione zdanie w kwestiach sprawowania władzy, własne poglądy na temat natury ludzkiej. Byli też błyskotliwi w rozmowach, niestroniący od żartów i gotowi szczerze śmiać się, gdy sami stawali się ich celem.

Życie na plantacjach hrabstwa Albemarle po wojnie o niepodległość miało w sobie coś z pobytu w Edenie, jednakże i w tym ogrodzie czaił się wąż. Błyskotliwe życie społeczne, intelektualne, gospodarcze i polityczne Wirginii opierało się na plecach niewolników. Na nich także krzyżowały się blizny, jako że niewolnictwo opierało się na pejczach. Nie każdy pan chłostał swoich niewolników — Jefferson niemal na pewno nie czynił tego nigdy; na temat Lewisa w tej kwestii źródła milczą — jednakże każdy pan musiał pozwalać swojemu nadzorcy korzystać z pejcza wedle jego uznania, a czasem i chęci. Niewolnictwo opierało się na terrorze i przemocy — nie było innego sposobu, by zmusić ludzi do pracy bez wynagrodzenia.

Największa z chlub wirgińskich ziemian stanowiła jedną tylko stronę medalu. Twierdzili oni, że potrafią przewodzić, że kierowanie ludźmi przychodziło im w sposób naturalny. Edmund Burke pisał o tym. Choć sam sprzeciwiał się niewolnictwu, zauważył, że właściciele niewolników zaliczali się do najbardziej czynnych bojowników o prawa człowieka właśnie dlatego, że posiadali niewolników. „Tam, gdzie jest ogromna liczba niewolników, jak w Wirginii, ludzie wolni są zdecydowanie najbardziej dumni i zazdrośnie strzegą własnej wolności (…). Dla panów niewolników rozkosz dominacji zlewa się z duchem wolności, umacnia go, i czyni go niezwyciężonym”[47]. Stąd krytyka zawarta w kłopotliwym pytaniu doktora Samuela Johnsona: „Jak to jest, że najgłośniej za wolnością wyją nadzorcy Murzynów?”[48].

Nikt nie uczynił dla wolności więcej niż Thomas Jefferson, autor między innymi Deklaracji Niepodległości i Wirgińskiego Statutu o Wolności Religijnej. Niewielu też bardziej od Jeffersona skorzystało na pracy niewolników.

Nikt też lepiej niż Jefferson nie rozumiał ceny, jaką płaciła Wirginia za niewolnictwo, przede wszystkim przez wpływ systemu na młodych mężczyzn. W swych Notes on the State of Virginia pisał: „Cała wymiana pomiędzy panem a niewolnikiem to nieustanne podsycanie najbardziej burzliwych emocji — najbardziej nieposkromionego despotyzmu z jednej strony, i degenerującego poniżenia z drugiej. Widzą to nasze dzieci i uczą się je naśladować (…). Jeśli dla rodzica nie wystarczy filantropia czy miłość własna, by poskromić niepohamowane uczucia względem niewolnika, powinna mu do tego całkowicie wystarczyć obecność dziecka. Zwykle jednak nie wystarcza. Rodzic wpada w pasję, dziecko się przygląda, łapie bakcyla gniewu, imituje te same postawy wobec małych niewolników, uwalnia najgorsze drzemiące w nim emocje, i w ten sposób od dziecka wychowywany i kształcony ku tyranii, nie może uniknąć naznaczenia nią z ohydnymi konsekwencjami. Uchronić się przed deprawacją w takich warunkach może jedynie ktoś wyjątkowy”[49].

Jefferson wiedział, o kim pisze, i nie znał nikogo wyjątkowego pod tym względem.

Niewolnictwo było niezbędne plantatorom tytoniu, ponieważ ich metody upraw były tak bardzo rozrzutne i wymagające ogromnego nakładu pracy. Rozkwitło ono na amerykańskim Południu po wojnie o niepodległość wskutek postępu technicznego. Gdy Jefferson został prezydentem, w Anglii rozpowszechniły się już maszyny parowe Jamesa Watta, stanowiące napęd przy przędzeniu, tkaniu i drukowaniu bawełny, co doprowadziło do ogromnego popytu na ten surowiec. Jednocześnie odziarniarka Eli Whitneya umożliwiła oddzielanie bawełny kosmatej od ziaren. Do jej uprawy potrzeba było niewolników i ziemi; ziemia była dostępna w Alabamie, Georgii i Missisipi. Niewolników było pod dostatkiem na plantacjach Wirginii. Były to podstawy gospodarcze życia wirgińskich ziemian, których głównym towarem eksportowym wkrótce stali się niewolnicy.

Jefferson nienawidził niewolnictwa, mimo że przynosiło mu zyski. Uważał je za przekleństwo dla Wirginii i pragnął jego zniesienia w całych Stanach Zjednoczonych. Jednakże nie za swego życia. Powiedział, że jego pokolenie nie było gotowe na taki krok. Reformę tę zamierzał pozostawić kolejnemu pokoleniu Wirgińczyków i był pewien, że uczynią oni ją pierwszym południowym stanem, w którym proceder ten zostanie zniesiony. Sądził, że młodzieńcy wchodzący w dorosłość w powojennej Wirginii byli znakomicie przygotowani, by doprowadzić amerykańską rewolucję do ostatecznego sukcesu, ponieważ, jak mówił, ci młodzieńcy „żywili się zasadami wolności tak, jakby wyssali je z mlekiem matki”[50].

Ze wszystkich sprzeczności, jakich pełne było życie Jeffersona, żadna nie była większa. Miał nadzieję i spodziewał się, że Wirgińczycy z pokolenia Lewisa i Clarka zniosą niewolnictwo — mimo że rozumiał, iż każdy wychowywany jako właściciel niewolników musiałby być kimś wyjątkowym, by nie zostać przez to zdeprawowanym. Należy też zaznaczyć, że — o ile wiadomo — o swym marzeniu o młodych Wirgińczykach wiodących stan ku emancypacji nigdy nie wspomniał ani słowem najbliższym sobie młodym obywatelom Wirginii, czyli Meriwetherowi Lewisowi i Williamowi Clarkowi.

Jefferson ożenił się dopiero na rok przed 30 urodzinami. Lewis nie ożenił się nigdy. Byli pod tym względem wyjątkowi. Jak zauważył Jefferson, bardzo niewielu młodych ziemian kontynuowało edukację pod ukończeniu 20 lat, jako że żenili się bardzo wcześnie i wkrótce mieli na utrzymaniu rodziny. Musieli nieustannie dbać o zarządzanie swymi plantacjami.

Stosunek wobec kobiet i relacje z nimi stanowią centralny element osobowości i charakteru każdego mężczyzny, jednakże element ten był rzadko omawiany, zwłaszcza wśród osiemnastowiecznych wirgińskich ziemian. Jefferson, który pisał niemalże o wszystkim, o kobietach napisał bardzo niewiele, a o swej matce i żonie prawie nic. Lewis o swej matce nie pisał nigdy.

Wyjątkiem w przypadku Jeffersona były uwagi na temat kontrastu pomiędzy Amerykankami i paryżankami. W Ameryce — cieszył się Jefferson — kobiety znały swoje miejsce, którym był dom, a dokładniej, pokój dziecięcy. Zamiast szwendać się frywolnie po mieście, jak to czyniły Francuzki, uganiające się za modą lub mieszające się w politykę, Amerykanki zadowalały się „miłymi i spokojnymi rozrywkami domowego życia”, i nigdy nie trapiły swoich pięknych główek polityką[51].

Cudzoziemscy podróżnicy byli zwykle dość podobnego zdania, zazwyczaj uznając wirgińskie kobiety za nudne i nieciekawe. Pozbawione jakiegokolwiek wpływu na politykę czy zarządzanie plantacją, otoczone niewielką grupą niewolników domowych, kobiety z wirgińskich plantacji zwykle stawały się leniwe, kapryśne, sfrustrowane i nieszczęśliwe. Wielki ornitolog Alexander Wilson w liście z 1809 r., opisując swą podróż na południe, stwierdził: „Nic nie zaskoczyło mnie bardziej niż zimna, melancholijna rezerwa niewiast z najlepszych rodzin (…). Stare i młode, panny i mężatki, wszystkie są takie nudne, lodowate, mdłe i zachowują się z rezerwą zwykle cechującą samotne stare panny. Nawet we własnych domach rzadko powiedzą obcemu coś więcej niż »tak« i »nie«”.

Istniały oczywiście wyjątki, na przykład córki Jeffersona i matka Lewisa. Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się jednak, że mężczyzn kierujących wirgińskimi plantacjami w latach po wojnie o niepodległość ominęła arcyważna część życia — pozbawili się lub też zostali pozbawieni pełnej, otwartej, opartej na wzajemnym szacunku relacji z kobietami.

W odróżnieniu od białych mieszkanek plantacji, zauważył Wilson, „murzyńskie dziewki są żywiołowe i radosne”. Winthrop Jordan, autor błyskotliwego studium White Over Black: American AttitudesToward the Negro (Biali nad czarnymi: Amerykańskie postawy wobec Murzynów) spekulował, że mdły chłód cechujący białe kobiety na plantacjach „przejawiał się ze względu na konieczność unikania jakiegokolwiek podobieństwa do kobiet z innej rasy”[52].

Dalej pisze Jordan, że na plantacjach: „Tradycyjne europejskie podwójne standardy dla płci przeszły karykaturalną polaryzację. Więcej swobody seksualnej dla białych mężczyzn oznaczało mniej tejże dla białych kobiet”[53]. Pytanie, czy Lewis korzystał z ciał swoich niewolnic, czy też nie, nie znajduje żadnej odpowiedzi w źródłach. To, że wielu właścicieli tak czyniło, jest oczywistością, a dowodów na to dostarczała populacja Mulatów. To, czy czynił to Jefferson, jest tematem wielu spekulacji, sporów i kontrowersji, opartych w całości na bardzo skąpych dowodach. Naukowiec może stwierdzić dziś, po upływie dwóch wieków, że charakter relacji z kobietami Jeffersona i Lewisa jest niemal nieznany i niemożliwy do wyjaśnienia.

Jefferson pisał, że gdyby Lewis poświęcił życie rolnictwu, „jego talent do obserwacji, przynoszący mu szczegółową wiedzę o roślinach i zwierzętach swego kraju, uczyniłyby z niego wyróżniającego się gospodarza”[54]. Choć jednak był w tym dobry, Lewis prowadził Locust Hill tylko z konieczności, nie z chęci. On sam pragnął podróżować i odkrywać.

11 maja 1792 r. amerykański kapitan Robert Gray wpłynął swym żaglowcem „Columbia” w ujście rzeki, ustalając przy okazji jego długość i szerokość geograficzną, po czym nadał jej nazwę zapożyczoną od nazwy statku. Jefferson, który od czasu uzyskania niepodległości dwukrotnie usiłował zorganizować amerykańską wyprawę przez kontynent, zaproponował Amerykańskiemu Towarzystwu Filozoficznemu w Filadelfii zorganizowanie zbiórki celem zatrudnienia śmiałego podróżnika i przeprowadzenia ekspedycji na Pacyfik. Wśród darczyńców znaleźli się: George Washington, Robert Morris i Alexander Hamilton.

Usłyszawszy o tym projekcie, Lewis zwrócił się do Jeffersona i — jak pisał ten ostatni — „gorąco polecił się mi jako wykonawca tego przedsięwzięcia. Powiedziałem mu o propozycji, iż wybrany śmiałek powinien udać się w drogę z jednym tylko towarzyszem, celem uniknięcia niepokojów wśród Indian. Nie zniechęciło go to”[55].

Dobre zdanie Jeffersona o Lewisie jednakże nie było aż tak dobre. W każdym razie pominął nastoletniego Lewisa, wybierając zamiast niego francuskiego botanika André Michaux, który wyruszył w drogę w czerwcu 1793 r. Ledwie jednak dotarł do Kentucky, gdy Jefferson odkrył, iż był on tajnym agentem Republiki Francuskiej, którego głównym zadaniem nie było dokonywanie odkryć i gromadzenie próbek, ale zorganizowanie amerykańskiej armii ochotniczej celem zaatakowania hiszpańskich posiadłości na zachód od Missisipi. Po naleganiach Jeffersona rząd francuski odwołał więc Michaux.

Lewis tymczasem nadal pracował w Locust Hill. Jednakże spokojne życie plantatora czyniło go coraz bardziej nieszczęśliwym. Jego matka powróciła już do rodzinnego domu i była doskonale przygotowana do prowadzenia plantacji. Jego pragnienie ujrzenia nowych ziem, odkrywania, doświadczania i podróżowania było niezaspokojone. Tak więc, jak pisał Jefferson: „W wieku 20 lat, ulegając dążeniom młodości i pragnieniu bardziej burzliwych przeżyć, wstąpił jako ochotnik do oddziału milicji zwołanego przez gen. Washingtona”, celem stłumienia tzw. Whiskey Rebellion[56].

3

ŻOŁNIERZ

1794–1800 r.

Whiskey Rebellion z roku 1794 była największym zagrożeniem dla jedności Stanów Zjednoczonych pomiędzy uzyskaniem niepodległości a wybuchem wojny secesyjnej. Podział Północ–Południe wynikający z powszechności lub braku niewolnictwa nie miał z nią nic wspólnego; w tym przypadku spór wybuchł pomiędzy Wschodem a Zachodem.

Bezpośrednia przyczyna była dość prosta: nowy podatek. Sekretarz skarbu Alexander Hamilton pragnął zwiększyć władzę i możliwości działania rządu federalnego. Ponadto tenże potrzebował pieniędzy. Hamilton nałożył więc podatek akcyzowy na whisky, główny produkt ziem położonych za Appalachami.

Mieszkańcy pogranicza czuli się zaniedbani, niezrozumiani i poniewierani. W regionie brakowało gotówki, a mimo to Hamilton domagał się opłacania podatku w takiej postaci. Podatek nałożony na alkohol oznaczał płacenie za to, co pogranicze wytwarzało i sprzedawało, nie było to obciążenie od tego, co kupowano — czyli dokładnie dotyczyło tego, co Ojcowie Założyciele nazwali „wewnętrznymi” podatkami narzucanymi przez Anglię przed wojną o niepodległość. Patrząc na to ogólniej, mieszkańcy pogranicza skarżyli się, że nakładający podatki rząd łamał zapewnienia złożone zachodnim osadnikom, a dotyczące ochrony przed Indianami, nie budował na zachodzie dróg ani kanałów oraz faworyzował bogatych spekulantów ziemią — największym i najznaczniejszym, z nich był sam prezydent Washington — pogardzając prostymi, ciężko pracującymi pionierami, usiłującymi zdobyć ziemię i zbudować domy.

Farmerzy pogranicza zbuntowali się więc. Odmówili płacenia nowego podatku, strzelali do urzędników skarbowych i palili ich domy. Prezydent Washington, zaniepokojony tymi „oznakami zamieszek i przemocy”, w sierpniu 1794 r. powołał 13 000 milicji z Wirginii, New Jersey, Pensylwanii i Marylandu celem stłumienia rebelii.

Washington potrzebował ochotników, ponieważ regularna armia, licząca zgodnie z ustawami 5424 oficerów i żołnierzy, znajdowała się na wyprawie przeciwko Indianom w kraju Ohio pod wodzą generała majora Anthony’ego Wayne’a. Wyprawę zorganizowano po dwóch kompromitujących i kosztownych klęskach poniesionych przez armię w tejże krainie, w roku 1790 przez generała Josiaha Harmara, a w roku następnym przez generała Arthura St. Claira. Zwycięstwa zachęciły Indian do nasilenia ataków na osiedla pogranicza, co z kolei stało się z jedną z przyczyn Whiskey Rebellion. Mieszkańcy wschodniego wybrzeża mogli obawiać się istnienia stałej armii. Na Zachodzie domagali się jej utworzenia dla własnej ochrony.