W obłędzie - Katarzyna Wolwowicz - ebook

W obłędzie ebook

Wolwowicz Katarzyna

3,9

15 osób interesuje się tą książką

Opis

„W obłędzie”, to małżeński thriller erotyczny z gatunku domestic noir. Historia przedstawiona odczuciami i przemyśleniami pojawiającymi się w umyśle zdradzonej kobiety, która podejrzewa męża o zabicie kochanki i zaczyna obawiać się o własne życie. Lęk, oskarżenia, poczucie zagrożenia, stłamszenia czy bycia manipulowaną oraz chęć odkrycia prawdy, to główne elementy powieści, w której prawda okazuje się bardziej przerażająca od podejrzeń…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (74 oceny)
36
13
12
7
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zosia27

Nie polecam

Mnóstwo błędów, książka nie przeszła chyba żadnej korekty. Do tego sporo zbędnych scen, chaos, bohaterowie zachowują się dziwnie, wręcz bez sensu - a końcówka jest śmiechu warta. Nie polecam.
30
annapigon

Z braku laku…

Czy ta książka w ogóle przeszła jakąś redakcję? Nie da się tego czytać, chyba nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym.
20
jusia289

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Wciągająca od pierwszych stron. Trzymająca w napięciu. Nieprzewidywalna. Mroczna. Uwielbiam książki Pani Kasi. Wszystkie za mną i wszystkie mogę polecić 😍
10
Malwi68

Dobrze spędzony czas

"W obłędzie" Katarzyny Wolwowicz to porywający małżeński thriller erotyczny z gatunku domestic noir. Książka porusza temat zdrady i jej konsekwencji, ukazując odczucia i przemyślenia głównej bohaterki, która podejrzewa swojego męża o zabicie kochanki. Autorka w mistrzowski sposób przedstawia lęki, oskarżenia, poczucie zagrożenia, stłamszenie i manipulację, które odczuwa Alicja, zmuszając czytelnika do wciągnięcia się w historię. "W obłędzie" Katarzyny Wolwowicz to fascynująca podróż przez psychikę zdradzonej kobiety, która zaczyna wątpić we wszystko, co do tej pory wydawało się pewne. Powieść wciąga w wir emocji, przedstawiając wstrząsający portret małżeńskiej zagłady. Główną siłą tej książki jest nie tylko intrygujący wątek kryminalny, ale także niezwykle wyrazista i skomplikowana postać głównej bohaterki. Autorka umiejętnie balansuje między jej wewnętrznymi konfliktami, ukazując subtelnie, jak powolnie ginie zaufanie do męża i jak stopniowo narasta w niej obawa o własne życie. Widz...
11
MsgNaz1975

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa, dająca do myślenia historia. Polecam.
00

Popularność




Katarzyna Wolwowicz

W obłędzie

Thriller małżeński

RedaktorAnna Płaskoń-Sokołowska

KorektorBeata Gołkowska

© Katarzyna Wolwowicz, 2023

„W obłędzie”, to małżeński thriller erotyczny z gatunku domestic noir. Historia przedstawiona odczuciami i przemyśleniami pojawiającymi się w umyśle zdradzonej kobiety, która podejrzewa męża o zabicie kochanki i zaczyna obawiać się o własne życie. Lęk, oskarżenia, poczucie zagrożenia, stłamszenia czy bycia manipulowaną oraz chęć odkrycia prawdy, to główne elementy powieści, w której prawda okazuje się bardziej przerażająca od podejrzeń…

ISBN 978-83-8351-416-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Katarzyna Wolwowicz

W OBŁĘDZIE

Drogi Czytelniku…

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest nie wiedzieć, w co i komu wierzyć? Albo jak czuje się człowiek, któremu świat wali się na głowę, a on robi wszystko, by trzymać się tych kilku pewnych kwestii i nie dać się zmiażdżyć? Czy myślisz, że wiesz, co może czuć kobieta, która odkrywa, że jej ukochany mąż, dla którego porzuciła całe swoje życie, okłamuje ją, a być może stanowi dla niej realne zagrożenie? Myślisz, że wiesz, co zrobiłbyś na jej miejscu? Jesteś pewien, że zachowałbyś się inaczej? Pewnie tak, bo nie ma na tym świecie nic bardziej oczywistego niż nasze wyobrażenia o tym, co byśmy zrobili, gdyby… Wszyscy jesteśmy przecież ekspertami od cudzego życia. I wszystko to, co sobie wyobrażaliśmy, zmienia się dopiero w chwili, kiedy taka historia spotyka nas samych. Dopiero wtedy odkrywamy, że nic nie jest tym, czym nam się wydawało, a rzeczywistość potrafi być bardziej przerażająca od wyobrażeń, chociaż usilnie staraliśmy się ją wypierać.

Wciągającej lektury!

PROLOG

— Jesteś pewna? — wymawia to pytanie niskim, zachrypniętym głosem, w którym słyszę pożądanie. Wiem, że tego chce. Potrzebuje tych doznań niemal tak mocno jak powietrza. I nie będę ukrywać, że ja też. Jeżeli można być jeszcze bardziej podnieconą, niż byłam przed chwilą, to właśnie taka się robię, słysząc jego głos.

— Jestem pewna — oznajmiam zdecydowanie i przesuwam splecione ręce nad głowę, przy wezgłowiu łóżka. Chcę, żeby już to zrobił, żeby wszedł we mnie i zabrał mi oddech, żebym czuła się całkowicie jego. Kiedy mnie zniewala, w pełni przejmując kontrolę nad sytuacją, odnajduję w tym akcie poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że to od niego zależy, co się ze mną stanie, i nie mam innego wyjścia, jak mu zaufać.

Muszę znów zacząć mu ufać. Choć to trudne po tym, jak przestałam. Zdaję sobie sprawę, że każdy człowiek popełnia błędy i on też po prostu zbłądził, kiedy rok temu nawiązał romans ze swoją studentką. Gówniara podeszła do mnie pewnego dnia i jakby nigdy nic oznajmiła, że sypia z moim mężem. Ale nie mogę koncentrować swojej złości na niej — to Szymon mnie zdradził, zawiódł zaufanie, którym go obdarzyłam. Zerwał niewidzialną łączącą nas latami nić porozumienia. Nie chcę też ciągle do tego wracać. Jest tutaj, wybrał mnie. Dla mnie zrezygnował z mieszkania we Wrocławiu i przeprowadził się na zadupie. Zaczęliśmy nowe życie, a ja obiecałam więcej do tego nie wracać. Budujemy nas na nowo, choć ze starymi przyzwyczajeniami i nawykami.

Czuję mocny uścisk i zimno metalu na skórze. Szymon przykuwa mnie kajdankami do ramy łóżka. Dyszy. Pochyla się nade mną, a w jego oczach widzę żądzę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Niebieskie, przenikliwe spojrzenie pochłania każdy centymetr mojego ciała. Ciepła dłoń gładzi moją skórę. Przesuwa nią po mojej szyi i piersiach. Przechodzi przeze mnie dreszcz, a ciało wygina się w oczekiwaniu. Pochyla się i przygryza moją brodawkę, a potem ślini ją lekko. Zimne powietrze poranka wpadające przez otwarte okno owiewa mokre miejsce. Gęsia skórka pojawia się nagle i jeszcze bardziej uwrażliwia mnie na wszystkie doznania. Mój mąż podsuwa mi pod pupę poduszkę, a potem wchodzi we mnie, trzymając mnie za uniesione biodra. Jego ruchy są płynne i rytmiczne, oddech urywany. Pchnięcia przybierają na sile, a ja zaczynam odczuwać przyjemny ból, za który nagradzam go, jęcząc. Seks zawsze był tą sferą życia, w której się dogadywaliśmy. Dlatego tak trudno było mi przyjąć do wiadomości, że mógł to robić z kimś innym. Jakbym mu nie wystarczała, nie dawała tego, czego potrzebuje, nie wychodziła naprzeciw jego pragnieniom.

— Aaa… cudownie — szepczę mu do ucha, kiedy kładzie się na mnie. Czuję jego ciężar i lepkość skóry, śledzę kroplę potu spływającą z jego klatki piersiowej na moją. Obejmuję go mocniej udami i zaciskam mięśnie Kegla.

— Nie… — jęczy błagalnie. — Nie zaciskaj, bo dojdę za szybko.

Ale ja jestem bezlitosna i gotowa na finał. Zaciskam…

— Poduszka — rzucam polecenie, ledwo zdolna wymówić to słowo.

Nasze ciała gnają już w jednym rytmie. Szymon zamyka mi usta pocałunkiem. Wsuwa w nie język, szukając mojego.

— Poduszka! — powtarzam głośniej, kiedy udaje mi się wyrwać.

Podnosi się na przedramionach, nie przestając się we mnie poruszać. Chwyta za leżącą obok mnie poduszkę. Jeszcze raz pyta wzrokiem: czy na pewno? Potem widzę już tylko ciemność. Zaczyna mi brakować tchu. Odruchowo próbuję się wyrwać z ucisku, płuca domagają się powietrza. Moje ciało wciska się w materac, popychane rytmicznymi, szybkimi ruchami, i mam wrażenie, że odpływam w niebyt. Nie myślę już o niczym, czuję tylko rozkosz. Wiem, że jestem mu całkowicie poddana, a on nie zrobi mi krzywdy. Da mi spełnienie, o jakim inne kobiety mogą tylko marzyć. Tracę oddech, odpływam i zarazem wstrząsa mną ekstaza. Fala rozkoszy rozlewa się po całym moim ciele. Szymon też dochodzi — czuję w sobie drżenia jego penisa. Po chwili wyłaniam się z ciemności. Poduszka ląduje obok, a mąż opada w moje ramiona. Nadal jest we mnie i to jedna z chwil, które najbardziej kocham w seksie. Wspólnie odczuwane spełnienie, dające poczucie bezgranicznej bliskości.

ROZDZIAŁ I

— Boże, jak tu cudownie! — rzucam, zachwycona miejscem, w którym przyszło mi żyć.

Zamaczam ciastko maślane w kawie i rozkoszuję się widokiem na góry. Wyciągam nagie nogi na oparcie stojącego obok krzesła; może złapią jeszcze trochę wrześniowego słońca, choć po tych ostatnich upalnych tygodniach są bardziej opalone niż kiedykolwiek. Pierwszy raz w życiu spędziłam całe lato poza miastem i moja skóra przyjęła to z prawdziwą rozkoszą.

Śniadanie zjedliśmy z Szymonem praktycznie w bieliźnie, teraz, wciąż nieubrani, sączymy aromatyczną kawę. Życie bywa piękne. Dni mijają nam beztrosko i błogo. Nigdzie się nie spieszymy, staramy się cieszyć chwilą. To jedno z zaleceń, jakie dała nam terapeutka. „Bądźcie razem, nawet wtedy jak nic się nie dzieje. Dzielcie codzienność, przebywajcie ze sobą jak najwięcej, uważni na swoje emocje”. Ostatnie tygodnie udawało nam się idealnie realizować to zadanie. Przeprowadzka na wieś bardzo nam w tym pomogła.

Mieszkamy w domu na wzgórzu, w malowniczej miejscowości Sosnówka koło Jeleniej Góry. Z tarasu można dosłownie dotknąć całego pasma Karkonoszy, których zbocza i szczyty niemal wchodzą nam do domu. U ich podnóża rozpościera się rozległy zalew. Wygląda jak tajemnicze jezioro wśród lasów, otulone górami. Magiczne, bajkowe, cieszące oko. Nie można w nim niestety pływać, ale sam widok wart jest milionów. Myślę, że gdybyśmy w tym momencie chcieli sprzedać dom i działkę, moglibyśmy nieźle zarobić. Kiedyś była to wakacyjna baza wypadowa wujka Tolka, jedynego brata mojego teścia. Dwa lata temu, kiedy zginął w wypadku samochodowym pod Trójmiastem, mój mąż dostał dom w spadku. Początkowo nie chciał go przyjąć, argumentując, że budynek jest w złym stanie technicznym i wymaga mnóstwa pracy, ale w końcu uległ moim namowom. Wtedy zaczęliśmy go remontować, unowocześniać, myśląc, że będzie to nasz letniskowy dom, a może kiedyś miejsce, w którym osiądziemy na emeryturze. Ale to, co zdawało się odległą przyszłością, nadeszło szybciej, niż planowaliśmy — właśnie ze względu na romans Szymona.

Nie mogłam dłużej mieszkać we Wrocławiu, codziennie pić kawy w Starbucksie w Pasażu Grunwaldzkim, gdzie każdy student architektury z Politechnice Wrocławskiej oblepiał mnie z ciekawości wzrokiem, szepcząc do kolegi: „Patrz, to ta, to ją Górski zdradził z laską z naszej uczelni”. Próbowałam, ale poległam. Wpadałam w obłęd, bo zdawało mi się, że wszyscy wytykają mnie palcami i o mnie mówią. Żyłam przytłoczona takimi urojeniami. Potrzebowałam odciąć się całkowicie, wyjechać. Nabrać dystansu i zobaczyć świat z innej perspektywy. A że remont domu na wzgórzu, jak go nazywamy, dobiegał końca, nie było lepszego miejsca na ucieczkę i rozpoczęcie wszystkiego od nowa. I tak koniec roku akademickiego był zarazem początkiem naszego życia tutaj.

— To prawda, pięknie tutaj — przyznaje mi rację mój mąż.

Podczas tamtych niedawnych wydarzeń na równi kochałam, co nienawidziłam Szymona. Dziś proporcje uległy zmianie. Znów przeważa miłość, a nienawiść zmieniła się w poczucie zawodu. Kiedy mu o tym powiedziałam parę dni temu, myślałam, że się ucieszy. Że uzna to za kolejny krok w kierunku uzdrowienia naszego związku, kamień milowy. Ale on spojrzał na mnie ze smutkiem i odparł, że wolałby, żebym czuła do niego nienawiść. Bo to dużo silniejsze i bardziej przesycone emocjami uczucie. Zawód kojarzy mu się z rezygnacją, a tego by nie przeżył. Nie wyobraża sobie, że mogłabym z niego zrezygnować, bo wtedy nie miałby już dla kogo żyć. Szymon zawsze wiedział, co powiedzieć. Od dnia, w którym go poznałam — jako młoda, dwudziestoletnia studentka — w klubie nocnym Metafora, zadziwiał mnie dojrzałością i odwagą wypowiedzi. Miał dwadzieścia osiem lat i przyszedł tam oblewać obroniony doktorat. Od razu go zauważyłam. Może i nie był najprzystojniejszym mężczyzną przy barze, ale na pewno jedynym, którego postura i pewność siebie budziły respekt, a spojrzenie intrygowało i przyciągało. Zawsze mówił, co myśli i czuje, a przy tym dobierał słowa tak, aby nie ranić rozmówcy. Potrafił zachować asertywność, ale też zawsze okazywał szacunek drugiej stronie.

Nigdy też nie słyszałam, żeby przeklinał, choć może robił to w jakimś innym, obcym języku. Bo tych zna wiele. Mówi biegle po angielsku i w tym języku prowadzi często wykłady oraz pisze artykuły do czasopism branżowych. Jako dziecko wychowywał się w Berlinie. Kiedy jego ojciec wyjechał za chlebem, po roku na obczyźnie sprowadził do siebie żonę i syna, dlatego Szymon świetnie zna też niemiecki. Studiował na Berlińskim Uniwersytecie Technicznym, gdzie kilka razy brał udział w programie wymiany studentów i wyjeżdżał do Finlandii. Spontanicznie nauczył się komunikować również po fińsku, choć jak sam twierdzi, średnio się w nim odnajduje. Szymon jest perfekcjonistą. Jeżeli mówi, że jest w czymś średni, to znaczy, że w porównaniu z innymi jest bardzo dobry. W każdym razie przekląć na pewno by umiał.

— Może pójdziemy jutro w góry? — pytam, nie odwracając wzroku od Śnieżki. To największy z widocznych tu szczytów. Pogoda zdaje się wręcz idealna. Letni upał powoli ustępuje wczesnej jesieni. Ranki są już chłodne, ale w ciągu dnia temperatura sięga nawet dwudziestu stopni. Słońce coraz niżej operuje na horyzoncie, a wiatr co rusz przesuwa chmury na niebie. Wymarzona aura na piesze wycieczki.

— Dobry pomysł — przyznaje mój mąż. — Tylko termin zły. — Mruży oczy i zerka w stronę gór. Widzę, że jego twarz, do tej pory zrelaksowana, przybiera wyraz niepokoju. Mięśnie mimiczne tężeją, szczęka się zaciska.

— A to dlaczego? — Obracam do niego głowę i się uśmiecham. Ten poranek wprawił mnie w dobry nastrój i nie mam zamiaru się boczyć. Mieszkając tutaj, nauczyłam się cieszyć tym, co przynosi los, a przynajmniej umieć znajdować we wszystkim jakieś pozytywy.

— Jutro rano mam wykłady. Wyjeżdżam o piątej. — Wymawia te słowa jakoś inaczej, nerwowo, jakby bał się mojej reakcji.

Spoglądam instynktownie na zegarek na przegubie lewej ręki, jakbym chciała obliczyć, ile zostało nam jeszcze czasu razem. Albo czy zdążymy odbyć tę wycieczkę dzisiaj. Nie zdążymy. Jest już prawie dwunasta. Zanim się zbierzemy i podjedziemy do Karpacza czy Szklarskiej Poręby, skąd wychodzą szlaki turystyczne, zrobi się pora obiadowa.

— Tak szybko? Przecież jeszcze nie październik. — Czuję coś na kształt zawodu. Byłam pewna, że mamy przed sobą całe dwa tygodnie. Niby wiedziałam, że ta chwila nadejdzie, ale starałam się o niej nie myśleć. A czas płynął zdecydowanie za szybko.

— No przecież ci mówiłem. — Szymon wzdycha i spogląda na mnie ze zniecierpliwieniem. Nie lubię, gdy tak na mnie patrzy. Jakbym po raz kolejny nie ogarniała rzeczywistości, a on musiał mi o niej przypominać. — Mam wykłady przygotowawcze dla nowych studentów.

— Aha, faktycznie — przytakuję, choć tak naprawdę nie zarejestrowałam, żebyśmy o tym rozmawiali. Czarne dziury w mojej pamięci to nic nowego. Zdarzają się, zwłaszcza gdy jestem narażona na silny stres. — Na ile jedziesz? — Spoglądam na niego łagodnie, choć wiele mnie to kosztuje. Wewnętrznie jestem rozedrgana, ale zrobię wszystko, by nie dać tego po sobie poznać.

— Na trzy dni — odpowiada, upijając kolejny łyk kawy.

— Mhmm… — Zamyślam się.

— No co?

— Nie, nic. — Wzruszam ramionami. To nie jest pierwszy raz, kiedy zostaję w domu sama. Odkąd zamieszkaliśmy tu trzy miesiące temu, Szymon wyjeżdżał już parę razy. Jednak perspektywa rozpoczęcia nowego roku akademickiego niesie ze sobą widmo częstszych i dłuższych rozstań. A poza tym to przecież właśnie na uczelni… Nie, nie będę o tym myślała. Nie chcę, żeby te wspomnienia mną zawładnęły. Nie pozwolę, żeby zniszczyły to, co zdążyliśmy razem wypracować.

— Alicja… — Szymon podchodzi do mnie i klęka między moimi nogami. — Przecież już o tym mówiliśmy. Przerabialiśmy ten temat wiele razy, kiedy rozważaliśmy przeprowadzkę. Wziąłem nowe godziny w jeleniogórskiej filii, ale to nie znaczy, że nie będę musiał jeździć do Wrocławia. Pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przeskoczyć i musisz zdawać sobie z tego sprawę.

— Wiem — przyznaję mu rację.

Jestem przyzwyczajona do jego wyjazdów. Nawet kiedy mieszkaliśmy we Wrocławiu, często wybywał z domu na sympozja lub do klientów, którzy zlecali mu ciekawe projekty w różnych zakątkach Europy. Szymon jest cenionym architektem i zawsze dużo pracował. Tylko że ja miałam wtedy swoje życie, byłam zajęta pracą, klubem fitness, koleżankami. Jakoś to wszystko pędziło do przodu. Tutaj jest inaczej i myśląc o zbliżającej się rozłące, nie potrafię się w tym odnaleźć. Nie wiem, jak poradzę sobie sama ze sobą. Ocieram palcem łzę, która spływa mi po policzku. Jestem szczerze zdziwiona swoją reakcją. Diabli wzięli moje postanowienie znajdowania we wszystkim pozytywnych stron.

— Ej, mała… — wzdycha i całuje wewnętrzną stronę mojego uda, wciąż klęcząc u moich stóp. — Nie musisz się niczego obawiać. Przecież ci obiecałem, prawda? — Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, które przenikają moją duszę na wylot. — Wierzysz mi?

— Tak, wierzę ci. To nie o to chodzi — kłamię. Bo tak naprawdę nie jestem niczego pewna. Kucam przy nim i wtulam się w jego rozgrzane od słońca ciało. Drewniane deski tarasu są średnio wygodne, ale nie mam ochoty przerywać naszego uścisku. — Po prostu przyzwyczaiłam się już do tego, że jesteś. Najpierw irytowało mnie, że wszystko robimy razem i że żadne z nas nie ma dokąd uciec. Ale teraz nie wyobrażam sobie spędzania czasu bez ciebie — wyznaję i zaraz łapię się na tym, że moje słowa brzmią jak w taniej operze mydlanej. Jak z brazylijskiego czy kolumbijskiego tasiemca, w którym destrukcyjna obsesja miłości włada sercami głównych bohaterów.

— Musimy wrócić do rzeczywistości. — Jego logiczne rozumowanie niemal sprawia mi ból. — Rozpoczyna się rok akademicki i nie będzie mnie częściej. Powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie.

— Powinnam — przyznaję cicho. — Tylko nie wiem jakie.

— Wróć do uprawiana sportu, poznaj jakieś koleżanki, spotykaj się z ludźmi. Dobrze ci to zrobi, poważnie.

Wiem, że ma rację, ale nie chcę dłużej rozmawiać. Nie jestem jeszcze gotowa na powrót do normalnego życia. Tak cudownie błogo było mi podczas wakacji. Zupełnie jakby zniknęły wszystkie nasze problemy, jakbyśmy liczyli się tylko my i nasza miłość. Dotykam palcami jego szorstkiej czarnej brody. Zapuścił ją kilka miesięcy temu, żeby zobaczyć, jak to będzie, i tak już zostało. Wygląda w niej dużo poważniej i dojrzalej. Łaskocze mnie, gdy się całujemy. Przesuwam opuszkami po jego wargach, a on całuje je pomału, patrząc mi prosto w oczy. Po raz kolejny tego dnia narasta we mnie podniecenie.

— Trzy dni miną bardzo szybko, zobaczysz, że… — Nie kończy. Nie ma jak. Moje usta mu to uniemożliwiają.

Siadam na nim okrakiem i całuję coraz bardziej namiętnie. Muszę się nim nacieszyć, zanim zniknie na te kilka dni. Kochamy się powoli i leniwie na tarasie naszego domu. Brak sąsiadów, którzy mogliby nas zobaczyć, to wielka zaleta tego miejsca. Do najbliższych zabudowań mieszkalnych jest kilkadziesiąt metrów — nie to co we Wrocławiu, gdzie w naszym nowoczesnym apartamentowcu każdy mógł każdego podejrzeć i podsłuchać, bo balkony niemal stykały się ze sobą. Tam nie było szansy na seks na powietrzu. Ludzie nie mają pojęcia, co tracą…

* * *

Wieczorem dopada mnie jakaś nostalgia. Szymon zamyka się w gabinecie. Musi popracować, przygotować się przed wykładami. Ja snuję się po domu. Zastanawiam się, czy nie otworzyć butelki wina, choć wiem, że będę musiała wypić ją sama. Mój mąż nie pije, gdy ma w planach poranną jazdę samochodem. W naszym związku to on jest tym bardziej odpowiedzialnym, przynajmniej jeżeli chodzi o codzienne sprawy.

— Kończysz już? — pytam, zaglądając do pokoju.

Szymon siedzi przy biurku i klika coś na laptopie. Nocna lampka na dębowym blacie rzuca pomarańczową poświatę, oświetlając mu połowę twarzy. Zdaje się zamyślony.

— Nie — odpowiada, nawet na mnie nie patrząc. Jest skupiony na zadaniu. — Potrzebuję jeszcze godziny. Albo dwóch.

Wzdycham i zrezygnowana wlokę się do kuchni. W szufladzie pod indukcją znajduję korkociąg, z barku nad blatem wyciągam butelkę Primitivo. Wlewam bordowy trunek do głębokiego kieliszka kupionego w Pepco w zestawie z dwoma innymi za jedyne osiem złotych. Zakup życia. Nawet gdyby miał posłużyć na jeden raz, to i tak się opłaca. Upijam duży łyk i już po chwili czuję, jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim wnętrzu. Może zdejmie ze mnie to dziwne napięcie, narastające z każdą godziną, odkąd Szymon powiedział mi o wyjeździe. Trzy dni szybko miną, ale co dalej? Co będę robiła podczas jego tygodniowych nieobecności? Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Myślę, że najwyższa pora to zrobić. Upijam drugi łyk i trzeci, a potem przechylam kieliszek do dna. Potrzebuję konkretnej dawki procentów, chcę się znieczulić, i to jak najszybciej. Uzupełniam kieliszek i znów szybko go opróżniam, ale z trzecim postanawiam poczekać. Czuję już błogostan i tak ma pozostać. Nie chcę jutro męczyć się z kacem. Może powinnam zadzwonić do terapeutki, zapytać, co teraz robić? Kazała nam spędzać jak najwięcej czasu razem, towarzyszyć sobie wszędzie, delektować się swoją wzajemną obecnością. Ciekawe, jak skomentuje taki obrót spraw. Łapię się na tym, że przedrzeźniam ją w myślach, jakbym chciała jej udowodnić, że jej rada jest głupia, nierealna, niemożliwa do zrealizowania. „Bądźcie razem — mówiła. — Wszędzie, gdzie tylko się da”. Phi! — parskam sarkastycznie. A niby jak, skoro znów wszystko jest dla niego ważniejsze ode mnie? Skoro znów potrzebuje pobyć sam? W swojej wyobraźni strzelam do niej głupie miny i żywo gestykuluję. Zaczyna mi się kręcić w głowie. Lekko, nie jestem przecież pijana. Weź się w garść, mówię sama do siebie.

Wychodzę na balkon przy sypialni i patrzę na podłogę, na której kochaliśmy się kilka godzin temu. Nagle w mojej głowie pojawia się niespodziewane pytanie: Czy jestem nimfomanką? Nie wiem, odpowiadam sama sobie. Odkąd Szymon mnie zdradził, potrzebuję sypiać z nim każdego dnia, często nawet po kilka razy. Mam świadomość, że nie jest to normalna reakcja. Zazwyczaj kobiety odcinają się od zdradzającego partnera, unikają bliskości. Potrzebują czasu, żeby znowu dopuścić go do tej intymnej sfery życia. Ja zareagowałam odwrotnie. Jakbym potrzebowała codziennych zapewnień, że znowu mnie pragnie, jakby musiał mi udowadniać, że wciąż go pociągam, i jakbym chciała się upewnić, że nie starczy mu już siły na bzykanie po bokach.

Trzy dni, powtarzam wciąż w myślach. Najdłuższy czas bez siebie — i bez seksu — od tamtego zdarzenia. Patrzę w stronę zalewu. Księżyc odbija się w tafli wody, mgła idzie od pola. Wieczorami nastrój robi się prawdziwie jesienny. Tajemniczy, może nawet złowieszczy. Nie wiem, czy nie będę się bała przesiadywać samotnie w ogrodzie wieczorami o tej porze roku. Wokoło nie mamy wielu sąsiadów. W sumie poznałam tylko jednych — małżeństwo w naszym wieku z dwójką dzieci. Mieszkają w drugim domu od nas po prawej stronie. Marcin i Rozalia. Lubią się kłócić, wręcz wydzierać na całą okolicę, ale potem echo niesie odgłosy ich miłości, kiedy się godzą, pomimo że dzieli nas jakieś sto metrów. Zakładam więc, że mają namiętne dusze. Mam tylko nadzieję, że ich dzieci są wtedy u dziadków. W pierwszym domu od nas na stałe nikt nie mieszka — właściciele wynajmują go jako domek letniskowy. Od około dwóch tygodni nocuje tam pewien mężczyzna. Widziałam go kilka razy, ale wydaje mi się dziwny. Głowę trzyma zawsze zwieszoną, nawet gdy spogląda na mnie wnikliwie. Wygląda to dosyć osobliwie, zwłaszcza że mam wrażenie, iż obserwuje mnie za każdym razem, kiedy wychodzę na ulicę od północnej strony domu. Tylko tam mamy możliwość się zobaczyć. Przypomina mi japońską postać z horroru. Zazwyczaj stoi nieruchomo, a gdy się porusza, jego ciało wygląda tak, jakby przesuwało się na ruchomej taśmie. Sunie w powietrzu niczym duch chcący zrobić mi krzywdę. Pocieram ramiona, bo na jego wspomnienie robi mi się zimno.

— Buu! — słyszę i podskakuję momentalnie, gdy mój mąż postanawia mnie zaskoczyć.

— Zwariowałeś? — ganię go i z dezaprobatą okładam po ramieniu. — Prawie umarłam ze strachu!

— Oj tam, oj tam… — Obejmuje mnie od tyłu i przytula. — Chłodno się zrobiło. Idziemy spać? — Jego usta delikatnie muskają mój kark.

— Ale jak to? Nie miałeś pracować? — Zerkam zdziwiona na zegarek. Ku mojemu zaskoczeniu pokazuje już dwudziestą trzecią. Stałam tu dwie godziny?

— Chyba będę musiał cię zanieść. — Szymon bierze mnie w ramiona i zanosi z powrotem do sypialni. — Wątpię, żebyś mogła dotrzeć tu bez potknięcia. — Patrzy na mnie jak na małą dziewczynkę, która coś przeskrobała.

— Niby dlaczego? — Naprawdę nie wiem, o co mu chodzi.

— Wypiłaś już całe wino. — Wskazuje na stojącą na komodzie przy wyjściu na balkon butelkę, a ja unoszę brwi ze zdziwienia.

— Ale… przecież ja tylko dwa kieliszki… — Patrzę to na niego, to na trzymane w rękach szkło. Nie wiem, jak to możliwe, ale ostatnie godziny umknęły mi z pamięci. — No dobrze, to ja pójdę spać. — Przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie się upiłam, i nie mam zamiaru się kłócić.

Mąż ściąga ze mnie ubranie i naciąga na mnie pachnącą proszkiem do prania koszulę nocną na ramiączkach.

— A leki? — Przypominam sobie, chcąc pokazać, że jestem odpowiedzialna i pamiętam o codziennej uzdrawiającej dawce. Tak naprawdę odstawiłam je jakiś czas temu. Myślę, że nie są mi już potrzebne. Choć ciągle nie przyznałam się do tego Szymonowi. Wie, że muszę je brać przez niego. Ta świadomość trzyma go przy mnie jeszcze bliżej. Co zrobi, gdy nie będą mi już potrzebne? Tak, boję się, że odejdzie, dlatego go okłamuję.

— Dziś nie bierz. Za dużo wypiłaś. Lepiej nie mieszać ich z alkoholem — mówi z troską, ale też z lekką naganą.

— Masz rację. — Kładę się i wtulam w jego ramiona.

Jest mi tak błogo, że nawet nie wiem, kiedy zasypiam.

* * *

Rano budzą mnie odgłosy nadchodzącej burzy. Pioruny rozdzierają niebo, raz po raz rozświetlając panujący w pokoju półmrok. Firanka przy otwartym oknie unosi się targana silnymi podmuchami. Przez ten wiatr zrobiło się ewidentnie chłodniej, choć wciąż nie jest zimno. Wręcz przeciwnie — w nocy się zgrzałam i ciągle zrzucałam z siebie kołdrę, którą mój mąż notorycznie przykrywał mnie na nowo. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo co rusz budziłam się pod nią spocona. Jest duszno. Jeszcze nie spadły pierwsze krople deszczu. Grzmoty się nasilają, teraz brzmią tak, jakby w niebie runęła wielka lawina. Moja babcia zawsze powtarzała, że podczas burzy los gra w górze kośćmi życia, próbując ustalić, co komu pisane.

Spoglądam w lewo na wciąż śpiącego Szymona. Nie wiem, jak to możliwe, że nie budzi go ten hałas. Nie mam pojęcia, która może być godzina, ale na pewno jest sporo przed budzikiem. Ja już nie zasnę. Zsuwam nogi na podłogę i na boso drepczę w stronę balkonu. Mamy ogromny balkon, właściwie taras okalający cały budynek. Można na niego wyjść z każdego pomieszczenia na piętrze. Jest drewniany, tak jak cały dom, ale zaprojektowany raczej w nowoczesnym stylu. Zamiast tradycyjnych, drewnianych przęseł, Szymon postawił na przezroczystą taflę szkła, która pozwala jeszcze pełniej chłonąć rozpościerające się wokół widoki. Wychodzę za próg i natychmiast owiewa mnie wilgotne, lepkie powietrze. Jest tak gęste, że można by w nim zawiesić siekierę. Mgła kładzie się na polach, wspina stokami na góry. Niemal nie widzę jeziora. Słyszę ćwierkanie ptactwa ukrytego w gałęziach licznych drzew i zaroślach. Para gęsi podrywa się do lotu, bijąc skrzydłami o taflę wody. Bardziej to słyszę, niż widzę. Opieram się o balustradę i rozglądam się. Nie potrafię się zdecydować, czy otaczająca mnie przyroda jest w tym momencie piękna czy złowieszcza. Chyba jedno i drugie. Wkoło zaczyna coraz bardziej szumieć. Deszcz zbliża się nieubłaganie. Już po chwili pierwsze krople spadają nieśmiało na moją skórę. Wystawiam twarz w kierunku nieba i trzaskających piorunów. Kocham burzę. Budzi we mnie głęboko skrywane pierwotne instynkty. Wyzwala emocje przykryte na co dzień konwenansami: dzikość, wolność, żądzę i szaleństwo. W poprzednim życiu musiałam być wilkiem, drapieżcą, tylko z wyglądu przypominającym udomowione zwierzę. Nigdy nie wiesz, co tak naprawdę kryje się w człowieku. Nikogo nie znasz w stu procentach. Nawet samego siebie.

Ściana deszczu pojawia się znienacka i niemal uderza mnie w twarz. W kilka sekund przemakam do suchej nitki, ale nadal stoję w miejscu, nie chowam się, choć balkon jest w części zadaszony. Spływająca po mnie strużkami woda przyjemnie pieści moją skórę. Łaskocze mnie, więc zaczynam się śmiać. Radośnie i beztrosko, jak dziecko taplające się w kałuży. Wyciągam ręce ku górze. Mam ochotę ściągnąć koszulę nocną i tańczyć nago w deszczu, ale chyba aż tak wyzwolona nie mogę tu być. Szymonowi by się to nie spodobało. Obracam się w stronę sypialni i próbuję go dostrzec przez otwarte drzwi. Nadal śpi, nic sobie nie robiąc z ulewy. Do głowy przychodzi mi pewien pomysł i instynktownie mrużę oczy, gdy go rozważam. Wchodzę do pokoju, zrzucam na podłogę przemoczoną koszulę i wspinam się na czworakach na mojego mężczyznę. Szymon się porusza, ale nie budzi. Zdzieram z niego kołdrę i siadam okrakiem na jego brzuchu. Krople deszczu spadają z moich włosów na jego ciało. W końcu otwiera oczy, początkowo nieco przerażony.

— Co ty robisz? — pyta skonsternowany, ścierając zimne krople ze skóry.

— Budzę cię — odpowiadam, potrząsając włosami, tak aby spadły na niego kolejne.

Nawet jeżeli nie jest to jego ulubiona forma pobudki, widok nagiej mokrej żony siedzącej na nim okrakiem musi działać na zmysły. Czuję to przez jego bokserki, wypełniające się coraz bardziej z każdą sekundą. Łapie mnie za ręce i przyciąga do siebie.

— Rozumiem, że chcesz mnie godnie pożegnać przed wyjazdem? — Całuje mnie w usta, po czym patrzy mi w oczy z ciekawością, ale nie inicjuje nic więcej.

— Muszę… — szepczę mu do ucha. Chcę powiedzieć coś więcej, ale wolę nie zaczynać tematu. Nie mogę mu przecież pokazać, jak bardzo się boję, że znowu mnie zdradzi. Działam więc instynktownie, tak jak to robię, odkąd dowiedziałam się o jego niewierności. Zabezpieczam się seksem.

— Alicja… — W jego głosie słyszę naganę. Doskonale wie, o co mi chodzi. Chce mnie z siebie zrzucić, ale tak mocno objęłam go udami, że ląduje na mnie. Dźwięk cichego pikania budzika wypełnia pokój. — Muszę iść pod prysznic. Za godzinę wyjeżdżam.

— Skoro i tak jestem już mokra, pójdę z tobą.

Wstaję i prowadzę go do łazienki. Tym razem nie protestuje.

Zasuwam szklaną taflę kabiny i puszczam z deszczownicy gorącą wodę. Szymon patrzy na mnie ze smutkiem. Nie tak wyobrażałam sobie naszą wspólną kąpiel. Ale mam nadzieję, że uda mi się jeszcze odwrócić sytuację na swoją korzyść. Biorę kostkę cytrynowego glicerynowego mydła, zakładam dwie szorstkie rękawice i zaczynam go myć. Poddaje mi się bez większego sprzeciwu, choć nie wydaje się zadowolony.

— Martwię się o ciebie — mówi w końcu, a ja czuję, że schodzi z niego napięcie powodowane skrywaniem emocji.

— Zupełnie niepotrzebnie — zapewniam, choć wiem, że jego obawy są uzasadnione. Oczywiście, że jeszcze nie zapomniałam, i oczywiście, że będę sobie wyobrażała najgorsze. Ale jeżeli chcę z nim być, muszę mu ponownie zaufać i nie wracać do tematu przy każdej możliwej okazji. Postanawiam zadziałać dobrze znanym mechanizmem, za którym nie raz już się kryłam. Mydło wypada mi z rąk, więc kucam, żeby je podnieść. Zostaję jednak na klęczkach i patrzę z dołu na Szymona. Woda oblewa moje ciało, łazienkę zaczyna wypełniać para. Mydlę rękawice i obmywam mu nogi. Wędruję pomału od kostek ku górze, starając się, żeby moje ruchy stopniowo budowały w nim podniecenie. W końcu mój mąż klęka przy mnie i przenika mnie spojrzeniem. Ściąga z moich dłoni rękawiczki.

— To może tym razem ja godnie cię pożegnam… — Ton jego głosu staje się chrapliwy, a oddech przyśpiesza.

Uśmiecham się do niego. Wiem, że moje starania nie poszły na marne.

— Proszę bardzo — szepczę. — Rób wszystko, na co masz ochotę.

Szymon kładzie mnie na kafelkach i całuje mój brzuch. Jego broda łaskocze mi skórę. Krople rozbijają się o jego plecy, rozpryskują na wszystkie kierunki. Czuję rozchodzące się po moim ciele ciepło, jestem podniecona i coraz bardziej wilgotna. Już po chwili mąż nurkuje głową między moimi udami. Wzdycham głośno, jest mi po prostu wspaniale. Szymon ma sprawny język, a co najważniejsze, lubi go używać. Mógłby bawić się tak ze mną godzinami. Wsuwa go we mnie głęboko, a potem wyciąga i zatacza kółka na łechtaczce i wargach. W tym czasie jedną ręką masuje moje piersi, a drugą ściska pośladek. Zaczynam dyszeć i wiem, że długo już nie dam rady się powstrzymywać.

— Szymon! — krzyczę w ekstazie, czując promieniującą od mojej kobiecości falę orgazmu.

— No. — Bierze mnie na ręce, jakbym była piórkiem, przewiesza przez ramię i klepie w tyłek. — A teraz idziesz odpocząć, bo ja muszę się przygotować do wyjazdu.

Już po chwili siedzę na łóżku, na którym mnie zostawił. Nie wiem, co się właściwie wydarzyło. To znaczy niby wiem — kochaliśmy się pod prysznicem, ja doszłam, a on teraz myje głowę. A jednak czuję dziwne ukłucie w sercu. Pierwszy raz od dawna nie leżeliśmy spleceni po miłosnym akcie, co więcej — to nie był prawdziwy seks. Szymon zajął się tylko mną i to tylko ja szczytowałam. Zaczynam się zastanawiać, czy zrobił to specjalnie, żeby zachować formę na Wrocław. Czyżby liczył na łut szczęścia podczas wieczornego wypadu z kolegami, na który umawiał się telefonicznie wczoraj wieczorem? A może ma zamiar spotkać się z nią? Głowa zaczyna mnie boleć, serce ściska bolesny skurcz.

Dosyć tego! — ganię sama siebie. Opanuj się!

ROZDZIAŁ II

Daję Szymonowi buziaka na pożegnanie i macham, gdy wycofuje z podjazdu. Potem patrzę w niebo. Deszcz przestał już padać, ale dzień będzie pochmurny. Kamienie szurają mi pod stopami, kiedy wychodzę za ogrodzenie wyrzucić śmieci.

— Dzień dobry — wołam do sąsiada obserwującego mnie z oddali. Zawsze uważałam, że to mężczyzna powinien pierwszy się przywitać, ale ten facet budzi we mnie dziwny lęk, który wolę zamaskować pozorną hardością.

On jednak nie odpowiada. Patrzy na mnie, stojąc nieruchomo na posesji domku letniskowego. Przez moje ciało przebiega zimny dreszcz. Ciemne chmury wiszą nad lasem. Od północnej strony budynku, na której znajduje się parking i szutrowa droga wyjazdowa prowadząca do wsi, otula nas ciemny las. Do tej pory uważałam, że to dobrze, bo jesteśmy choć z jednej strony chronieni przed wiatrem, jednak dziś ta ciemnozielona ściana drzew wcale nie kojarzy mi się z bezpieczeństwem. Nie wiem czemu, nagle wyobrażam sobie, jak sąsiad morduje mnie i zakopuje moje ciało właśnie w tym lesie. Zaczynam wariować. Tłumaczę sobie, że to tylko moja wybujała fantazja podsuwa mi takie głupie pomysły. Że czuję się rozbita, bo zostałam tu sama, a nie jestem do tego przyzwyczajona. Ale już tak mam, że w chwili zagrożenia przypuszczam atak, zbieram się więc w sobie i ruszam w kierunku tego człowieka. Chcę go poznać, porozmawiać chwilę i zdusić w zarodku tlące się we mnie chore obawy. Nie przeszkadza mi nawet, że na nogach mam tylko klapki, a deszcz pozostawił po sobie mnóstwo kałuż. Istny labirynt na tej żwirowej wąskiej drodze. Przeskakuję z jednego suchego miejsca na drugie i jestem już coraz bliżej.

— Dzień dobry! — krzyczę ponownie w stronę sąsiada. Dopiero teraz jestem w stanie zauważyć, że mężczyzna jest zdecydowanie starszy, niż przypuszczałam. Sądząc po sylwetce, ma około sześćdziesięciu lat, ale jego twarz poorana jest zmarszczkami jak u starca. Przeszywa mnie nieprzyjemna myśl, że musiał w życiu wiele przejść. Jego oczy są nieruchome, niemal czarne, i wpatrują się we mnie z zacięciem.

Nagle potykam się o wystający konar i upadam na mokrą drogę. Kiedy udaje mi się wstać i otrzepać z oblepiającego mnie drobnego żwiru, mężczyzny nie ma już na podwórku. Zniknął, rozpłynął się w powietrzu — lub po prostu miał mnie gdzieś i poszedł do domu.

Co za gbur, myślę z oburzeniem. Mam ochotę zapukać do jego drzwi, ale nie starcza mi determinacji i odwagi.

Wtedy do moich uszu dociera dźwięk kół obracających się na kamieniach.

— No cześć! — Blondynka o ustach pociągniętych czerwoną jak wino pomadką uśmiecha się do mnie radośnie.

Dopiero po chwili rozpoznaję w niej Rozalię Markiewicz, sąsiadkę z kolejnego domu. Poznałyśmy się kiedyś przy ruinach zamku księcia Henryka. Markiewiczowie podeszli do nas i przedstawili się, wyrażając nadzieję na wspólną kolację. Ale jakoś się nie składało. Albo my mieliśmy plany, albo oni wyjeżdżali na wakacje. I tak tylko sobie machamy, gdy spotykamy się na ulicy.

— Hej! — Po nieudanej próbie nawiązania rozmowy z ponurym sąsiadem naprawdę się cieszę, że ją widzę.

— Wpadniesz na kawę? — rzuca lekko, jakbyśmy przyjaźniły się od dawna.

— W sumie chętnie — odpowiadam, zanim zdążę pomyśleć. Ale przecież i tak nie mam nic lepszego do roboty.

— Świetnie! To wskakuj. — Pokazuje palcem miejsce pasażera. — W tych klapeczkach to i sto metrów wydaje się istnym maratonem, no nie? — Śmieje się głośno.

Ma rację. Omijając kałuże, przechodzę na drugą stronę jej niebieskiego terenowego mercedesa i wsiadam do środka. Rozalia jest energiczna i radosna. Siedząc przy niej, niemal czuję unoszące się w aucie pozytywne wibracje.

— Ojej… — przypominam sobie nagle. — Nie zamknęłam drzwi do domu! — Spoglądam za siebie.

— A daj spokój. — Macha ręką. — Tutaj i tak nikt nigdy nie chodzi, a już zwłaszcza w taką pogodę. — Patrzy w niebo, zbliżając się do przedniej szyby i na jej czole pojawiają się poziome zmarszczki. Zastanawiam się, ile może mieć lat. Na oko wygląda na jakieś czterdzieści, ale wiem, że pozory mogą czasem mylić. Jej mąż jest postawnym i przystojnym facetem, choć na bank przekroczył już pięćdziesiątkę.

— Ile masz lat? — wypalam, jakbym pytała o drogę. W sumie nie rozumiem, czemu w Polsce to wciąż temat tabu.

— Czterdzieści dwa — odpowiada bez ogródek Rozalia. — Mój Marcin o dziesięć więcej. A wy? — Nie patrzy na mnie, bo właśnie parkuje pod domem i skupia wzrok na kamerze cofania.

— Ja trzydzieści sześć, a Szymon czterdzieści cztery.

— No i fajnie — kwituje i wyciąga kluczyk ze stacyjki.

Gdy po chwili mijamy wyjątkowo zadbaną przestrzeń przed domem, Rozalia mówi:

— Szkoda, że nie możemy usiąść z kawą w ogrodzie.

Musiała włożyć dużo pracy w ten ogród. Chociaż mamy wrzesień, otacza nas jeszcze sporo kwitnących kwiatów, a rozmieszczenie krzewów i drzewek owocowych jest naprawdę przemyślane.

— Piękny! — zachwycam się i przystaję na chwilę.

— Prawda? To moja duma. — Puszcza do mnie oko i otwiera drzwi wejściowe. — Chodź.

Siadamy w kuchni, której jedna ze ścian jest w całości przeszklona. Fajnie to wygląda — jakby część domu wychodziła na ogród, a jednak nadal była zamknięta.

— Cieszę się, że w końcu dałaś się zaprosić — wyznaje Rozalia, stawiając przede mną filiżankę z kawą. — Cholerka, nie zapytałam, czy lubisz cynamon, i nasypałam…

— Lubię. — Upijam łyk, delektując się ciepłym aromatycznym napojem.

— A drożdżowe ciasto z jagodami? — Spogląda w oczekiwaniu, jakby miała nadzieję, że też potwierdzę.

— Pewnie! Uwielbiam jagody! — Zastanawiam się, co jest ze mną nie tak, że do ósmej rano zdążyłam tylko zabrać męża pod prysznic, a ona była już w sklepie po ciasto i wygląda przy tym, jakby szła na galę Oskarów.

— To super. — Mówi i od razu kroi nam po sporym kawałku. — Niestety minusem mieszkania na tym urokliwym zadupiu jest brak komunikacji. Rano codziennie zawożę dzieciaki na przystanek w Jeleniej, żeby mogły jakoś dojechać do szkoły.

Już wiem! Ja nie mam dzieci. Dlatego mogę się wylegiwać do której chcę i objadać ciastem u sąsiadów.

— Długo tu mieszkacie? — zmieniam temat. Myśl o braku dziecka zawsze mnie zasmuca.

— Jakieś dziesięć lat. Kupiliśmy ten dom od faceta, który postanowił wyjechać do pracy do Anglii. I powiem ci, że to była najlepsza decyzja w naszym życiu.

— Mam nadzieję, że kiedyś ja też tak powiem — wzdycham.

— A co? W domu coś się dzieje? — Rozalia przysuwa się z zaciekawieniem i patrzy na mnie w napięciu.

— Nie rozumiem?

— No… — Chyba szuka odpowiednich słów. — Pytam, czy w domu dzieją się jakieś dziwne rzeczy, wiesz… szczękanie łańcuchów, miganie światła i tym podobne.

Zastanawiam się, czy ona tak na poważnie, i dochodzę do wniosku, że tak. Choć przez chwilę wzięłam ją za wariatkę, zaraz zaczynam się śmiać.

— Nic z tych rzeczy! Nuda na maksa. A czemu pytasz?

— Nie wiesz? — Robi poważną minę.

Teraz to mnie zaintrygowała.

— Ale o czym miałabym wiedzieć? — Skupiam na niej całą uwagę.

— No, jak się tu sprowadziliście, to cała wieś plotkowała, że nawiedzony dom po Mularczyku został zasiedlony.

— Nawiedzony dom? — Mimowolnie się spinam. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak go nazywał, choć w sumie nie spotkałam dotąd nikogo, kto znałby jego historię. Poza Szymonem, ale on nie zająknął się ani słowem.

— O, kochana! — Sąsiadka odsuwa się ode mnie i gwiżdże pod nosem. — Widzę, że ty nie masz pojęcia, w co się wpakowałaś.

— Ej, ale… — Nie wiem, co powiedzieć. Dosłownie mnie zatkało.

I wtedy Rozalia zaczyna się głośno śmiać, niemal pokłada się na stole.

— Dobra, już dobra… — Nie przestaje rechotać. — Wystraszyłam cię, co?

— No, trochę — przyznaję. — Żartowałaś?

— I tak, i nie. — Nakłada mi drugi kawałek ciasta, ale nie wiem, czy go zjem, bo pierwszy chyba stanął mi w gardle. — Słuchaj, wasz dom ma swoją historię — zaczyna tłumaczyć już normalnym głosem, a ja oddycham z ulgą i zamieniam się w słuch. — Niestety, nie jest to miła historia, ale myślę, że powinnaś ją poznać, żeby nikt cię nie zaskoczył w przyszłości. Widzisz, ludzie mówią, że w waszym domu doszło kiedyś do morderstwa. — Rozalia patrzy na mnie uważnie, badając moją reakcję.

— Co? — niemal wykrzykuję, bo to wydaje mi się absurdalne.

— Podobno kilkadziesiąt lat temu jakaś grupka chłopaków zamordowała tam w okrutny sposób swoją koleżankę. Zakopali ją potem w piwnicy czy zamurowali… — Sąsiadka zastanawia się przez moment, ale w końcu macha ręką. — Zresztą, co człowiek, to inna wersja. Ciała nigdy nie odnaleziono, więc cała ta historia jest grubymi nićmi szyta, jak zresztą wszystkie historie o duchach. Ale fakty są takie, że dziewczyna zniknęła…

— Czekaj, czekaj — przerywam jej. Do tej chwili myślałam, że to jakaś zmyślona wiejska legenda, którą z nudów latami powtarzają między sobą ludzie. — Chcesz powiedzieć, że ta impreza w naszym domu naprawdę się odbyła i zaginęła podczas niej jakaś dziewczyna?

— No mówię przecież. — Patrzy na mnie, jakbym nie rozumiała po polsku. — Ten budynek był ponoć domem letniskowym niejakiego pana Mularczyka. Raczej ruderą, choć sporą, do której przyjeżdżał na weekendy, kiedy chciał powędkować w pobliskich stawach. Poza tymi kilkoma tygodniami w roku dom stał pusty. A wiesz, jak to nastolatki… — Przewraca oczami. Sama ma piętnastoletnie bliźniaki, więc pewnie wie, o czym mówi. — Lubią wymyślać sobie wyzwania i odwiedzać opuszczone domy. Ponoć wiele razy urządzali tam imprezy pod nieobecność gospodarza.

— Ale skąd mieli klucz? — To wszystko wydaje mi się dziwne.

— A, daj spokój. Ten dom nie wyglądał tak jak teraz. Bez problemu można było wybić szybę czy przeciąć kłódkę do ogrodu.

— Do ogrodu? Przecież tam jest tylko trawnik! Jesteś pewna, że mówisz o moim domu?

— Teraz jest trawnik, ale jak się tu sprowadziliśmy, to był niezły zagajnik. Wszystko zarośnięte starymi drzewami i krzakami. Latem to chyba nawet przejść się nie dało. A dom sypał się z każdej strony. Dopiero jak go kupiliście i zaczęliście remontować, nabrał takich kształtów jak teraz. No, a ogród całkiem wykarczowano. Choć osobiście uważam, że to akurat niedobrze. Mogliście zostawić parę drzew owocowych, mielibyście teraz urodzaj. — Rozalia gani mnie wzrokiem.

— Czuję się głupio — przyznaję. — Ale ja naprawdę nic o tym nie wiedziałam.

— O tej historii czy o ogrodzie?

— Ani o jednym, ani o drugim. Wszystkim zajmował się Szymon, ja… — Nie wiem, jak to powiedzieć, żebym nie wyszła na ignorantkę, która nie ogarnia rzeczywistości. — Mieliśmy parę innych problemów we Wrocławiu i to on był odpowiedzialny za remont. Jest architektem, więc wiesz… — dodaję pospiesznie, zadowolona, że znalazłam logiczny argument.

— Super. Mój Marcin jest dyrektorem liceum, więc w domu żaden z niego pożytek! — Śmieje się i porozumiewawczo puszcza do mnie oko.

— Też fajnie. Ale w takim razie dlaczego to nie on wozi dzieciaki do szkoły?

— Jedzie w inną stronę i musi być już na siódmą. A wy macie dzieci?

Myślę, że dobrze zna odpowiedź, ale chce znać powód tego stanu rzeczy.

— Nie. A wracając do duchów — znów zmieniam temat — to ta niby zamordowana dziewczyna u nas straszy, tak?

Rozalia chyba wychwyciła niezręczność, bo choć widzę w jej spojrzeniu zaciekawienie, wydaje się zmieszana i nie drąży.

— Tak. Starzy mieszkańcy Sosnówki mówią, że w domu Mularczyka działy się przez lata dziwne rzeczy. Widywano w nim jasną poświatę przemieszczającą się nocą po wnętrzu i ogrodzie. Czasem słychać było jęki. Zazwyczaj potem w całej wsi wysiadał prąd lub przychodziła burza. Mówi się nawet, że Mularczyk zginął przez Adelajdę… — Rozalia ścisza głos i rozgląda się po salonie, jakby chciała się upewnić, że jesteśmy same.

— Przez kogo? — pytam. To imię wydaje mi się nagle bardzo tajemnicze.

— Aaa! — wykrzykuje, czym prawie wbija mnie w fotel. — Nie mówiłam ci! Ta niby zabita dziewczyna miała na imię Adela. Ale że po latach byłaby już dorosłą kobietą, mieszkańcy wsi wołają na nią Adelajda. To znaczy na tego ducha. Mówi się, że Adelajda ukazała się staremu Mularczykowi, jak jechał na wakacje. Tak się wystraszył, że spowodował wypadek samochodowy, w którym zginął na miejscu.

— Nie, to już chyba dla mnie za dużo — przyznaję, nie wiedząc, czy się śmiać, czy płakać.

— Wiesz, jak to jest na wsiach. Ludzie nie mają co robić, to wymyślają historie. A im bardziej nierealna i straszna, tym lepiej. — Rozalia rozkłada ręce na boki, jakby chciała powiedzieć: tak już jest i nic z tym nie zrobisz, więc zaakceptuj to.

— Fajnie się siedzi, ale chyba już pójdę. Dzięki za kawę i ciasto. — Muszę przemyśleć sobie to dziwne spotkanie. Myślałam, że będę miała koleżankę od wspólnych wypadów i drinków, a tym czasem uraczono mnie historią o duchu błąkającym się po moim domu. W dodatku będę teraz sama przez trzy dni. Super. Nie żebym jakoś specjalnie w to wierzyła, ale wiem, jak działa podświadomość. Każdy dźwięk będzie dla mnie bardziej przerażający niż zwykle.

Próbuję wstać, ale Rozalia chwyta mnie za rękę i przytrzymuje.

— Poczekaj. Musisz wiedzieć coś jeszcze.

— Nie wiem, czy chcę — przyznaję szczerze.

— Chcesz. — Patrzy na mnie oczami wyrażającymi lęk i współczucie. — Ta dziewczyna zaginęła pod koniec września. Co roku jej ojciec przyjeżdża w te okolice i wynajmuje domek na kilka tygodni. Kiedyś ponoć pojawiał się, żeby jej szukać. Teraz pewnie tylko chce powspominać.

— Nie chcesz chyba powiedzieć, że… — Czuję zimny dreszcz przebiegający od karku w dół.

— Chcę. Ten człowiek z domu obok twojego to jej ojciec. Ale nie martw się. Jest raczej niegroźny.

— Raczej? — Przypominam sobie, że obserwuje mnie, odkąd przyjechał.

— Trzeba mu współczuć. To samotny, schorowany mężczyzna. Jego żona powiesiła się kilka lat po zniknięciu Adeli. Został sam na świecie. Może zachowuje się trochę dziwnie, ale kto by nie zwariował po stracie dziecka i żony?

To pytanie wisi nade mną, kiedy wracam do domu. Czy mieszka obok mnie wariat, pałający chęcią zemsty, czy tylko biedny, niegroźny starzec? Nie wiem i nie mam pojęcia, jak się zachowam, kiedy następnym razem go zobaczę. Czy będę na tyle odważna, żeby znów spróbować do niego podejść i porozmawiać? A może powinnam dać mu spokój, żeby w samotności przeżywał swoją żałobę? Sama nie miałam lekkiego życia i wiem, jak to jest kogoś stracić.

Jego sylwetka przemieszcza się za oknem, kiedy przechodzę koło domu letniskowego — posępna i przygarbiona, a jednocześnie nadal przerażająca. Przyśpieszam i przełykam ciężko ślinę. Dopiero kiedy docieram do swoich drzwi, widzę, że są uchylone. Narasta we mnie dziwne napięcie. Zamykam je od środka na oba zamki, obiecując sobie nie być taką lekkomyślną w przyszłości. Ale hej! Zaraz! Żadne duchy nie istnieją. Historia jest smutna i współczuję temu człowiekowi, jednak nic się tu nie wydarzyło i nie mam zamiaru się nakręcać.

Idę na górę, rozglądając się wnikliwie. Drewniane schody skrzypią pod moim ciężarem. Wnętrze domu jest ciemne i ponure jak pogoda za oknem. Wchodzę do łazienki i puszczam ciepłą wodę pod prysznicem. Wiem, że dziś rano już się kąpałam, ale gorąca woda zawsze pozwala mi się rozluźnić, a tego mi właśnie trzeba. Musi trochę spłynąć, zanim piec dwufunkcyjny zamontowany na dole ją ogrzeje. Gdy się rozbieram, słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości. To Szymon.

Dojechałem. Buziaki!

Zastanawiam się, czemu nie dzwoni. Ale nie będę mu robiła z tego powodu wyrzutów. Na szybko odpisuję tylko:

Wiesz, że dom na wzgórzu jest nawiedzony?

Tak, odpisuje lakonicznie i wysyła emotkę z duchem i śmiejącą się do łez buźką.

Może to głupie, ale trochę mnie uspokoił. Zna tę historię i nic sobie z niej nie robi, więc to tylko zwykła wiejska legenda. Nic więcej. Stojąc pod prysznicem, przypominam sobie nasz poranny seks — albo raczej półseks — i zdaję sobie sprawę, że już za nim tęsknię.

* * *

Całe popołudnie nie mogę sobie znaleźć miejsca. Dzwonię do mojej terapeutki i proszę ją o konsultację. Radzi mi wyjść do ludzi lub coś zwiedzić. Poznać jakieś nowe miejsca. Sprawdzić grafik zajęć fitness w okolicznych klubach. Wie, że przed wyjazdem byłam bardzo aktywna fizycznie. Wyraża też zaniepokojenie historią z duchem. W sumie nie wiem, czemu jej o tym wspomniałam. Pyta też, czy osobiście zaobserwowałam w domu coś dziwnego. Mam wrażenie, że chce ze mnie zrobić wariatkę — albo sama jest wariatką, która wierzy w paranormalne zjawiska — dlatego kończę rozmowę szybciej, niż planowałam, i piszę do swojej przyjaciółki.

Sylwię poznałam jeszcze jako nastolatka. Nie widujemy się często, bo Szymon za nią nie przepada, ale to jedna z tych osób, których można nie widzieć latami, a i tak ma się pewność, że pomogą w potrzebie. Ja też jestem zawsze do jej dyspozycji. Łączy nas trudna przeszłość. Poznałyśmy się w bidulu, do którego trafiłam na kilka miesięcy po tym, jak moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Miałam wtedy piętnaście lat. Siostra mamy, mieszkająca na stałe w Szwecji, od razu rozpoczęła procedurę adopcyjną, choć widziała mnie zaledwie parę razy. Nie żyły dobrze jako siostry. Innej rodziny nie miałam. Dopiero po sześciu miesiącach pozwolono nam zamieszkać razem. Ciotka Danka opiekowała się mną do mojej osiemnastki, dzieląc czas między Polskę a Szwecję. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość,

mogła z czystym sumieniem wyjechać na stałe, zostawiając mi we Wrocławiu kawalerkę i telefon, na który dzwoniła regularnie raz w tygodniu. Widywałyśmy się zawsze na święta. Chciała nawet, żebym przyjechała do Sztokholmu na studia, ale ja byłam kompletną nogą z języków obcych. Poszłam we Wrocławiu na SWPS i skończyłam studia z wyróżnieniem. Na drugim roku poznałam Szymona. Pobraliśmy się po dwóch latach.

Co do Sylwii, trudno mi wyjaśnić naszą relację komuś postronnemu. Kiedy jesteś w czarnej otchłani i świat wydaje ci się czystym złem, a nagle ktoś wyciąga do ciebie rękę, powstaje między wami więź na całe życie. Nawet, jeśli nie macie częstego kontaktu. Sylwia wyciągnęła mnie z rozpaczy po stracie rodziców. Pomogła mi przejść przez najtrudniejszy czas w moim życiu z uniesioną głową. Wspierała w trudnych chwilach. Była moim jedynym przyjacielem w domu dziecka. Odważna, roześmiana, szalona. Zawsze chętna do zabawy i nierozpamiętująca przeszłości. Chyba dlatego Szymon jej nie lubi. On jest statecznym, odpowiedzialnym człowiekiem, a Sylwia to wolny duch. Dziś jest, jutro jej nie ma. Nigdzie nie zagrzewa miejsca. Zmienia pracę i kochanków jak rękawiczki. To ona nauczyła mnie, jak się cieszyć seksem i wykorzystywać go do rozładowania emocji. W sumie mój mąż powinien być jej wdzięczny. Uśmiecham się na tę przewrotną logikę i piszę do przyjaciółki bez ogródek:

Przyjedziesz? Potrzebuję Cię!

Wiem, że się nie obrazi, że traktuję ją przedmiotowo.

No pewnie, dziewczyno! Gdziekolwiek jesteś, będę u Ciebie jutro!

* * *

Nazajutrz budzi mnie roześmiany głos. Natychmiast wracają wspomnienia wspólnych szalonych dni na studiach.

— Wstawaj, dziewczyno! — krzyczy Sylwia z drugiego końca pokoju.

Otwieram oczy i widzę, że buszuje w mojej szafie, by już po chwili wyciągnąć z niej jakąś kolorową kieckę. Podnoszę się na łokciach i uśmiecham szeroko.

— Jesteś!

— Oczywiście, że jestem! — Podbiega do mnie w podskokach i wskakuje do łóżka. Ściskamy się jak siostry, które dawno się nie widziały. — Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Tylko na mnie — dodaje poważniejszym tonem.

Wiem, że ma rację. Szymon jest dobrym mężem, ale mnie zawiódł. A kto raz zdradzi, może zdradzić ponownie. Sylwia nigdy mnie nie zdradziła, nigdy nie zrobiła niczego, co mogłoby mi zaszkodzić. Trwa przy mnie w najgorszych chwilach, jak przystało na prawdziwą przyjaciółkę.

— Jak tu weszłaś, wariatko? — pytam, nie mogąc opanować uśmiechu. Aż policzki zaczynają mnie boleć od skurczu mięśni. Przy niej czuję się naprawdę radosna i bezpieczna. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale Sylwia daje mi poczucie wolności i beztroski, jak powrót do domu po długiej i męczącej podróży.

— Drzwi były otwarte. — Gani mnie wzrokiem. — No, ja rozumiem, że jesteś żądna nowych przygód, ale może na noc jednak warto się zamykać? — Prawa brew unosi się jej wyżej od lewej, gdy tak na mnie spogląda, co wygląda dosyć komicznie.

— Cholera, byłam pewna, że wczoraj zamknęłam. — Próbuję sobie przypomnieć wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Nie wychodziłam z domu, a przecież po powrocie od Rozalii starannie zamknęłam drzwi… A, nie! Przyszedł listonosz z rachunkiem za prąd, racja!

— Ty sobie lepiej ustaw przypomnienie w telefonie na dwudziestą drugą: „Zamknąć drzwi wejściowe” — Śmieje się Sylwia i zeskakuje z łóżka. — Choć myślę, że na tym zadupiu grozi ci co najwyżej śmierć z nudów. Wiesz, że taksówkarz kręcił się po wsi dwadzieścia minut, zanim złapał zasięg GPS w telefonie i tylko cudem dostarczył mnie pod twój dom? Co my będziemy robiły na tym pustkowiu, gdzie psy dupami szczekają? — Energicznym krokiem podchodzi do okna wychodzącego na zachód. — Ooo… A ten facet, co tu robi? — mówi ciszej, jakby do siebie.

— Co? — Po plecach przechodzi mi zimny dreszcz. Oczyma wyobraźni widzę zmęczonego życiem, pooranego bruzdami starszego mężczyznę z domu obok, stojącego pod moim płotem i patrzącego na Sylwię martwym wzrokiem.

Podchodzę do niej i staję za jej placami, jakbym chciała się za nimi schronić, ale ona, nic sobie nie robiąc z kultury osobistej i dobrego wychowania, wychodzi na balkon i krzyczy do intruza, ile sił w gardle:

— Co to ma być? Czego się gapisz? Spierdalaj stąd, zanim psy spuszczę!

Jestem zszokowana, tym bardziej że przy ogrodzeniu nie widzę wcale ojca Adelajdy, ale jakiegoś młodego chłopaka z aparatem fotograficznym robiącego zdjęcia mojej posesji. Zbulwersowana wychodzę na balkon i też chcę coś krzyknąć. Może nie aż tak ostro, ale jakoś przecież powinnam zareagować. Tylko że nie ma to sensu, bo chłopak, spłoszony naszym widokiem, ucieka już przez łąki w dół zbocza.

— Gówniarz jeden! — prycha zbulwersowana Sylwia. — Mniemam, że musicie być tu sławni. I raczej nie chodzi o zdradę Szymona…

Swoją uszczypliwością przypomina mi wzmiankę w gazetce uczelnianej, w której w sarkastyczny, komiczny sposób przestrzegano, żeby podczas roku akademickiego wystrzegać się romansów z „niewłaściwymi osobami”. Oczywiście, w artykule nie padły żadne nazwiska, ale fakt, że tekst ukazał się parę tygodni po tym zdarzeniu oraz że napisała go koleżanka kochanki mojego męża, był dla mnie upokarzający. Tym razem jednak myślę, że nie chodzi o to. Uczelniane skandale seksualne nie trwają tak długo i nie wloką się za człowiekiem po przeprowadzce. A może się mylę?

— Chodź, idziemy coś zjeść — ordynuję, wracając myślami do rzeczywistości. — Mam świeże warzywa z lokalnego targu i twaróg w kostce, twój ulubiony.

— Czekaj, czekaj… — Sylwia patrzy gdzieś w dal. — No, no, zaczynam doceniać to miejsce. Z tej perspektywy wygląda na istny raj na ziemi. — Robi rozmarzoną minę, spoglądając na rozpościerające się przed nami góry. — Może zjemy tutaj?

— Pewnie, tylko musimy najpierw wszystko przygotować. — Cieszę się, że chce zjeść na świeżym powietrzu, bo ja też mam na to ochotę.

* * *

Po śniadaniu ruszamy w góry. Postanawiam założyć legginsy i koszulkę na ramiączkach, zamiast kolorowej sukienki wybranej mi przez Sylwię, co przyjaciółka przyjmuje z udawanym oburzeniem. Ona sama idzie odziana we wściekle różowe szorty i seledynowy top, bo jak mówi, szuka właśnie męża numer trzy, a w tym wieku nie jest to już takie proste jak kiedyś. Jest ode mnie trochę starsza, w zeszłym roku stuknęła jej czterdziestka. Poprzednich dwóch mężów trafiło jej się jak ślepej kurze ziarno i sama jasno to artykułuje.

Sylwia nigdy nie była zbyt emocjonalna. Wolała mieć, niż być, cieszyć się dobrem materialnym niż zaufaniem i miłością do mężczyzny, bo w to drugie jakoś nigdy nie wierzyła. Wierzyła za to w siłę swojego charakteru i w girlpower i nigdy ale to nigdy nie słyszałam, żeby obrażała jakąś kobietę. Choć w sumie do mężów, nawet tych byłych, też zawsze miała szacunek. Trafiła po prostu na facetów podobnych do niej, którzy mieli pieniądze i lubili się pokazać. Obaj wiedzieli, że nie jest to miłość aż po grób, ale też obaj potrafili się zachować z klasą po rozstaniu, zabezpieczając ją finansowo, dzięki czemu obecnie nie musi pracować. Dziewczyna ma szczęście, a ja często sobie żartuję, że jeżeli przyjdzie mi szukać drugiego męża, to jej pozostawię ostateczny wybór. Ba! Może nawet powierzę jej cały proces rekrutacyjny. Choć w głębi serca mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego robić. Mimo wszystko kocham Szymona i chcę z nim być.

Idziemy szlakiem od Michałowic. Bardzo go lubię, bo wiedzie niemal w całości przez las i dosłownie powala pięknymi widokami. Sporej wielkości kamienie pod nogami są dla nas dobrym treningiem po obfitym śniadaniu. Wraz z wysokością krajobraz się zmienia. Drzewa liściaste ustępują miejsca iglastym, a wysoka roślinność — niższej, jak choćby kosodrzewina, którą cenię za rozłożystość i siłę, ale i delikatność igieł. Kamienie stopniowo stają się coraz większe, by na końcu zachwycić nas widokiem górskiego skalistego klifu.

— Zajebiste macie te tereny! — przyznaje Sylwia tak energicznie, jakby dopiero co wstała z łóżka, podczas gdy ja próbuję złapać oddech po ostatnim wzniesieniu.

— Wiem. — Uśmiecham się dumna, choć przecież mieszkam tu dopiero od kilku miesięcy. — Lubię Śnieżne Stawki. Ta przestrzeń i wolność, a jednocześnie poczucie bezpieczeństwa płynące od otulających nas gór to coś, czego nie da się opisać. Trzeba to poczuć.

— Można się tu kąpać? — Przyjaciółka świdruje mnie wzrokiem i wiem, że nawet jeśli zaprzeczę, i tak wskoczy do lodowatej wody. Ona zawsze realizuje swoje pomysły, nawet te najbardziej szalone.

Rozglądam się dookoła, ale dziś wyjątkowo nie ma turystów. A kiedy znowu spoglądam na Sylwię, stoi już w samej bieliźnie i śmieje się w głos.