Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Witajcie w kancelarii dwóch młodych prawniczek. Posłuchajcie opowieści o ludziach, zwierzętach i o tym, jak zmieniać świat na lepszy.
W życiu zawodowym Wrocławianek panuje pozorny spokój, a prywatnie? Justyna znowu mierzy się z procedurami medycznymi i nieudanym in vitro. Natalia angażuje się pro bono w działanie fundacji Serca na Czterech Łapach. Do walki o prawa braci mniejszych wciąga przyjaciółkę…
Czasem prawnikowi trudno zachować chłodny profesjonalizm.
Czasem zdarzają się sprawy, które śnią się po nocach.
Czasem trzeba mówić w imieniu tych, którzy nie mają głosu.
Drugi tom nowej serii autorki bestsellerowych CZTERDZIESTEK.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Data ważności licencji: 10/30/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt serii i okładkiANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL
Fotografie na okładcePixel-Shot/Adobe Stock, Martin/Adobe Stock, Abhi/Adobe Stock, nsit0108/Adobe Stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaANNA POINC-CHRABĄSZCZ / CHAT BLANC
KorektaANNA ZIENTEK
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN – LOREM IPSUM
Polish edition © Katarzyna Kostołowska, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7126-9
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna
do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą.
Człowiek jest mu winien poszanowanie,
ochronę i opiekę.
(z ustawy o ochronie zwierząt)
Wszystko to, co człowiek zwierzęciu wyrządził,
spadnie z powrotem na człowieka.
Pitagoras
Drewniana buda nie wzbudzała podejrzeń. Przynajmniej z daleka prezentowała się solidnie. Sporych rozmiarów, z zadaszeniem, stała w kącie uśpionego ogrodu, na tle uschniętych traw, których pióropusze niemrawo poruszały się w rytmie nadawanym przez podmuchy wiatru. Pies nie dawał oznak życia. Biedak pewnie kulił się w środku. Zimno przenikało do szpiku kości.
„Oby był zagrzebany w ciepłym kocu...”
Niebrzydka, choć zbyt chuda dwudziestoośmioletnia blondynka czaiła się za kutymi z żelaza sztachetami ogrodzenia posesji w podwrocławskiej Chrząstawie i było jej tym zimniej, im robiło się ciemniej. Nie minęła jeszcze szesnasta, ale niebo już zasnuwało się szarością. Wkrótce wieś miała utonąć w absolutnej czerni, a wtedy całą misję trafi szlag.
Marta, znana później jako Marta L., co teraz nawet przez myśl by jej nie przeszło, zrobiła Samsungiem kilka zdjęć budy i stojącej przy niej metalowej miski, po czym schowała telefon do kieszeni kurtki i ponownie włożyła rękawiczki. Poruszyła zgrabiałymi palcami. Najpierw dłoni, potem stóp. Buty miała ocieplane, ale – o czym właśnie się przekonała – przy niemal dziesięciostopniowym mrozie sztuczne futerko, jakim wyłożono jej obuwie made in China kupione w Pasażu Zielińskiego, bardziej ziębi, niż grzeje.
– Kurwa... – zaklęła bezgłośnie, obserwując właściciela posesji.
Andrzej Bis ją zaskoczył. Przyjechał znacznie wcześniej, niż założyła. Ta kobieta, która zadzwoniła do fundacji w sprawie psa, twierdziła, że sensem życia sąsiada jest zarabianie pieniędzy, w związku z czym Bis codziennie wraca z pracy dopiero późnym wieczorem. Cóż. Najwyraźniej dzisiaj zrobił sobie święto.
– Kurwa mać...
Marta zmrużyła oczy, wpatrując się w przysadzistego faceta w ciemnoniebieskich dżinsach i markowej puchowej kurtce odcinającej się jaskrawą czerwienią od ponurego zimowego tła. Nie sprawiał wrażenia sadysty ani psychola. Bynajmniej. Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem zwyczajnie, właściwie dość poczciwie, a ze względu na staranny ubiór to nawet lepiej niż gorzej. Ale i tak denerwował Martę, bo jakoś nie chciał zniknąć za drzwiami okazałego domu z szarej cegły. Kręcił się po obejściu w bezładzie i żółwim tempie, jakby zaimpregnowano go na mróz. Może to zasługa nadmiarowej tkanki tłuszczowej. Może tej kurtki. Z pewnością tak ciepłej, na jaką wyglądała.
Najpierw niespiesznie przenosił reklamówki z logo Lidla z bagażnika terenowej Toyoty do składziku, do którego pomiędzy połaciami uśpionego, brudnozielonego trawnika wiodła ścieżka wyłożona eleganckimi, chyba nawet marmurowymi płytami. Po trzeciej rundce zrobił sobie przerwę na papierosa. Oparł się plecami o jeden ze słupów podtrzymujących zadaszenie ogrodowej altany, na którym panoszyło się bezlistne pnącze. Latem musiało to wyglądać pięknie, teraz robiło nieco upiorne wrażenie. Roślina wyciągała w czerniejący nieboskłon nagie ramiona jakby w geście błagania o choćby jeden życiodajny promień słońca.
Facet tak palił i palił, chyba w nieskończoność, wydmuchując z płuc niewiarygodną ilość dymu i pary.
– Pieprzony mróz... – szepnęła Marta, a wydobywające się z jej ust powietrze także zamieniało się w białą mgłę.
Na facecie warunki pogodowe nie robiły żadnego wrażenia. Niektórzy wariaci lubią zimę. Choćby mroźną, ponurą i bezśnieżną.
– Właźże wreszcie do środka, człowieku... – syknęła Marta. Ze zniecierpliwieniem i szczękając zębami, nad czym już nie mogła zapanować.
Temperatura powietrza nie osiągnęła nawet minus dziesięciu stopni, ale ona, przez ten przedłużający się bezruch, odnosiła wrażenie, że znajduje się nie w południowej Polsce, ale na stacji antarktycznej Wostok, dajmy na to.
Potarła ramiona. Też miała na sobie puchówkę, jednak kupioną za śmieszne pieniądze w sieciówce. Na wyprzedaży oczywiście. No cóż... Nie każdy jest właścicielem największej w gminie firmy transportowej. Nie każdemu się świetnie powodzi. Nie każdy może sobie na wszystko pozwolić. Marta nie mieszkała w okazałej wiejskiej willi, za to w wynajmowanym mieszkaniu na wrocławskim Jagodnie. Dwudziestotrzymetrowa klitka pożerała połowę pensji sprzedawczyni w butiku z włoską bielizną we Wroclavii. Ale było tam ładnie. Pachnąco. I przede wszystkim cudownie ciepło.
Dziewczyna rozmarzyła się o chwili, w której wreszcie przekroczy próg kawalerki. Weźmie gorącą kąpiel, a potem zakopie się pod kocem na miękkiej kanapie z herbatą z miodem na podorędziu, obłożona trzema kotami, którymi opiekowała się na tak zwanym tymczasie, i jednym własnym – czarnym jak smoła i z uchem oberwanym przez jakiegoś anonimowego zwyrodnialca. Obejrzy kolejny odcinek Wikingów, albo raczej nie obejrzy, bo jak zwykle zaśnie w połowie. Uwielbiała takie wieczory. Miękkie światło lampki stojącej na komodzie, zapach paczuli z dyfuzora, jedwabiste kocie futro przy policzku, kocie mruczenie przy uchu, no i przystojny Ragnar, który potem przyjdzie do niej w pięknym śnie. Małe przyjemności, którym lubiła oddawać się zimą. Mikrokosmos, w którym było jej dobrze. Bezpiecznie. Daleko od niesprawiedliwości cholernego świata. Od jego okrucieństw. Od zaludniających go psycholi, których przez zaledwie kilka miesięcy wolontariatu w fundacji Serca na Czterech Łapach naoglądała się zbyt wielu.
Ale najpierw misja. Znacznie ważniejsza od wygód, za jakimi w tej chwili tęskniła i jakie nie każdemu były dane. Do jakich nie każdy mógł wrócić, o czym starała się pamiętać w chwilach, w których jej własny los jawił się jako zbyt marny. Misja polegała na sprawdzeniu stanu psa i sporządzeniu dokumentacji zdjęciowej. Donos pochodził od kobiety mieszkającej we wsi. Powiedziała przez telefon, że pies jest trzymany na krótkim łańcuchu i nigdy z niego niespuszczany, głodzony, kiedy właściciel wyjeżdża w interesach, i w ogóle zaniedbany tak, że „dosłownie żal patrzeć”.
– Z tym że wolałabym nie podawać nazwiska – zastrzegła. – To jest majętny człowiek. Ze znajomościami. Może mi zaszkodzić. Mnie i mojej rodzinie.
Takich telefonów odbierali w Sercach sporo. Zwłaszcza zimą, kiedy budy z przywiązanymi do nich psami wyłaniały się zza krzaków ogołoconych z liści. Zimą nędza zwierzęcego losu otwierała ludziom oczy. Tym wrażliwszym, bo zbyt wielu wciąż nie reagowało wcale albo ograniczało się do wzruszenia ramionami. To przecież tylko pies, a miejsce psa jest przy budzie. Że w budzie nie ma posłania? Ani słomy? Że pies na łańcuchu? Że na spacery niewyprowadzany? Że głodny? Że chory? Że marznie? Że woda w misce zamieniła się w lód? No i co z tego? Dajcie spokój. Zainteresujcie się lepiej biednymi ludźmi. Takich komentarzy Marta też nasłuchała się w fundacji zbyt dużo. Raz nawet od księdza, który nie widział nic niestosownego w tym, że pies biegający po terenie plebanii ma pod brzuchem guza wielkości piłki do kosza.
Zgłoszenia, które jednak – na całe szczęście lub nieszczęście – napływały, dotyczyły nieodpowiednich warunków przetrzymywania zwierząt lub znęcania się. Jeśli sprawa budziła najmniejsze wątpliwości, przyjętą zasadą działania było najpierw rozpoznanie. Tak jak podpowiedziała im mecenaska, z którą współpracowali. Ludzie są nie tylko wrażliwi i niewrażliwi. Bywają również złośliwi. Mściwi. Albo zazdrośni. Także tego Marta nauczyła się w Sercach.
Pamiętała interwencję w Kamieńcu Wrocławskim, dokąd wraz z innymi wolontariuszami i w towarzystwie umundurowanej policji pojechała odebrać zaniedbane zwierzę, które na widok właściciela „robi pod siebie ze strachu”, jak twierdziła kobieta po drugiej stronie linii telefonicznej. Przy zdezelowanej furtce powitał ich zarośnięty mężczyzna w wieku trudnym do określenia, od którego czuć było przetrawiony alkohol. W starych, poprzecieranych od zużycia ciuchach, ze zmierzwioną szczeciną siwych włosów na głowie, z zachrypniętym głosem i spracowanymi rękami o czarnych paznokciach, robił wrażenie równie przygnębiające jak całe obejście za jego plecami. Sterty nadgniłego drewna przykryte poplamionymi szmatami, żeliwna wanna z zagadkową zawartością, jakieś łopaty, jakieś worki jutowe, brudne kury grzebiące w mokrym klepisku przed wejściem do domu o zapadającym się dachu, odrapaną elewacją w kolorze błota i umierającymi pelargoniami na blaszanych parapetach.
– Państwo do mnie?
– Aspirant Ewa Wanat, Komisariat Policji w Siechnicach, ogniwo do spraw prewencji. Czy ma pan psa? – zapytała policjantka szorstkim, służbowym tonem. Miała cienkie brwi i już wcześniej dała się poznać Marcie jako nemezis oprawców zwierząt.
– A jakże. Mam.
– Chcemy go zobaczyć.
– Mojego Miśka? – zdziwił się mężczyzna.
Typowe w takich sytuacjach udawanie Greka.
– Pan poprowadzi – warknęła policjantka.
– Jasne. Tak. Oczywiście.
Furtka zazgrzytała i stanęła przed nimi otworem.
Kiedy przy wtórze gdakania przestraszonych kur szli ku drzwiom domu ścieżką udeptanego błota, Marta cieszyła się, że założyła kalosze i spodziewała się wszystkiego najgorszego.
Tyle że wtedy nic złego się nie wydarzyło. Misiek czekał za progiem. Owczarkowaty olbrzym. Przyjazny, ufny. Utykający na przednią łapę, ale zadbany. Z lśniącą sierścią. Dobrze odżywiony. Może nawet za bardzo. Zanim z ciekawością obwąchał przybyszów, polizał dłoń właściciela i poddał się pieszczocie, jaką ten obdarzył jego siwiejące uszy. Marcie zrobiło się ciepło na sercu. Nie tylko jej zresztą. Nawet kąciki ust służbistki Ewy drgnęły w nieznacznym uśmiechu, choć wciąż zachowywała czujny dystans.
– Dlaczego pies kuleje?
– Zwyrodnienie stawu. Paskudne, bo starość nie radość, jak to mówią. Tabletki dostaje, ale tylko przeciwbólowe. Pyralginę.
– Gdzie Misiek śpi? – zapytała Olga.
Nie odpuszczała żadnej trudnej akcji, choć miała mnóstwo innej roboty. Zażywna sześćdziesięciolatka, matka, babcia, rozwódka, księgowa, ale przede wszystkim prezeska fundacji. Zwierzętom poświęciła nie tylko życie, ale też część swojej posesji w Kiełczówku pod Wrocławiem, gdzie ulokowane było przytulisko Serc. Jej ulubione powiedzonko serwowane przy każdej możliwej okazji brzmiało: „Z wiekiem człowiek wreszcie docenia to, co najważniejsze, czyli święty spokój i psy”.
– A tutaj. Państwo zobaczą... – Mężczyzna wykonał zamaszysty ruch ręką, zapraszając ich do pokoju z meblościanką, kanapą i stołem pokrytym ceratą w kratę. – Ja to nie lubię się z nim rozstawać. Więc ze mną śpi. Wcześniej w kuchni, bo małżonka nie pozwalała, ale teraz... – urwał, żeby głębiej odetchnąć – teraz już jej wszystko jedno. Będzie ze cztery lata, jak mi umarła.
Udali, że nie widzą stojącej na stole napoczętej butelki wódki. Przybyli w innej sprawie. Skupili się na leżącym przy kanapie, okłaczonym kocu. Na misce z wodą tuż obok. Na garnku ubrudzonym resztką jakiegoś jedzenia.
– Czym pan go karmi? – zapytała Marta.
– Jak jest forsa, to saszetkami. Lubi je. Miękkie lepsze, bo on zębów prawie nie ma. A jak forsy braknie, to suchymi kulkami z Biedronki. Ale też je, bo jeść to on lubi. Nawet ziemniaki z sosem. Co nie, Misiek? – Sękata dłoń mężczyzny spoczęła na łbie psa, a ten znowu wyciągnął język, żeby ją polizać.
Zdarzały się więc i takie donosy.
Marta nie dociekała przyczyn ludzkiej podłości. Wolała wzruszać się tym, że ludzie mają serca. Bardzo różni ludzie. Także biedni, także pijacy, którym ktoś z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu chciał zaszkodzić lub po prostu uprzykrzyć życie. W tamtej chwili więź właściciela z psem ją wzruszyła. I właśnie dlatego teraz dokonywała rekonesansu, żeby nie przysparzać niepotrzebnej nieprzyjemności porządnemu właścicielowi. Żeby przed ewentualną interwencją potwierdzić prawdziwość doniesienia.
Nagle w uśpionej wsi podniósł się wieczorny rwetes. W jakimś gospodarstwie za plecami Marty rozległo się ujadanie. Do pierwszego psa natychmiast dołączył drugi, po chwili szczekał już cały wiejski chór. Ale pies w budzie nie odpowiadał sąsiadom. I właśnie to było najważniejsze. Niepokojące. Po plecach Marty przebiegł dreszcz grozy. Z napięciem wpatrywała się w budę coraz mniej wyraźnie rysującą się w mroku. Ani w niej, ani przy niej nic nie dawało znaku życia.
Na szczęście facet wreszcie skończył palić. Zgniótł niedopałek w popielnicy na żeliwnej nóżce stojącej przy altanie.
– W końcu... – mruknęła Marta. Z zimna nie czuła już własnych policzków. Wielu innych części ciała również nie.
Kiedy mężczyzna opróżnił bagażnik z ostatnich zakupów, klapa bagażnika Toyoty opadła, samochód mrugnął światłami, a jego właściciel zamknął za sobą drzwi willi. Okna ze szprosami rozjaśnił zimny błysk lamp, rzucając snopy światła na podwórko. Po chwili, kiedy rolety z cichym szumem opadły na kamienne parapety, znowu zapadł mrok. Marta wzniosła oczy ku czerniejącemu niebu. Dziękowała, choć sama nie wiedziała komu, bo nie była z żadnym bogiem za pan brat. Pewnie dlatego, że naoglądała się tyle zła.
Odczekała jeszcze kilka minut, by mieć pewność, że dom numer pięć już nie wypuści właściciela ze swoich gorących objęć. Rozcierając dłonie o zimne uda i żałując, że nie założyła pod dżinsy rajstop, wyobrażała sobie, że mężczyzna stoi pod prysznicem albo leży w wannie, co nie miało nic wspólnego z erotyką, za to z zazdrością o wodę w temperaturze trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. Co najmniej. Naprawdę wiele by dała, żeby się teraz móc w takiej zanurzyć.
– Dobra... – mruknęła, kiedy uznała, że już jest bezpiecznie.
W oknie połaciowym na piętrze błysnęło światło.
„Pewnie ma tam łazienkę”, pomyślała Marta.
Zmarzniętym kończynom nie było łatwo wspiąć się na metalowe sztachety i przedostać na drugą stronę płotu, ale Marta była młoda i wystarczająco gibka. Nie myślała już o tym, jak bardzo jej zimno, ale o akcji. Nie powinna tego robić. Wchodzić na czyjś teren bez uprzedzenia jak złodziejka. Tak, jasne. Prawniczka ostrzegała. Ale jak inaczej sprawdzić stan psa, skoro psa nie widać?
Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Kilkoma susami przemierzyła podjazd. Minęła Toyotę, by potem ostrożnie, jak najciszej podejść możliwie blisko budy. Bała się, że pies, wyczuwszy obcego, podniesie szczekaniem alarm. Nie miała pojęcia, jak by się wytłumaczyła, gdyby przyłapał ją właściciel zwierzęcia. Nie traciła jednak czasu na rozważania. Wyciągnęła telefon. Musiała zdjąć rękawiczkę, żeby włączyć w urządzeniu latarkę. Poświeciła prosto w otwór wejściowy do budy i zamarła.
– O nie...
Mróz znowu przeniknął ją do szpiku kości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
