W deszczu - Anna Dąbrowska - ebook

W deszczu ebook

Anna Dąbrowska

4,3

Opis

Aleks, perkusista znanego zespołu, postanawia wrócić po wielu latach do swojego rodzinnego domu. Mężczyzna chce w końcu uwolnić się od wspomnień tragicznych wydarzeń, jakie kiedyś się tu rozegrały, a także zrozumieć, jak to się stało, że dziewczyna, którą kochał jako nastolatek, niespodziewanie zniknęła z jego życia. Wkrótce czeka go zaskakujące spotkanie, które stanie się początkiem niezwykłej historii miłosnej...
W deszczu” to wzruszająca opowieść o poszukiwaniu własnej recepty na szczęście, zmaganiu z przeszłością i nadziei na to, że przyszłość przyniesie odpowiedzi nawet na te najtrudniejsze pytania.

Małe kropelki wydawały się spadać z coraz większą siłą. Słyszałem w nich muzykę. Kiedy czujesz się zakochany, zawsze słyszysz własną melodię, nawet w cykaniu konika polnego na łące. Ja słyszałem ją W deszczu.
Staliśmy, przemoczeni do suchej nitki, a mimo to tak pięknie błyszczały kobiece tęczówki, kiedy złapaliśmy się za ręce i zakręciliśmy. Zachowywaliśmy się jak małe dzieci. Między taktami kropel, w odgłosie śmiechu odkryliśmy wolność, której tak bardzo pragnęliśmy.


Anna Dąbrowska – inowrocławianka. Mama i żona. Niepoprawna marzycielka i fanka zespołu Thirty Seconds To Mars. Uwielbia koty, pić duże ilości herbaty, czytać i tworzyć piękne zdania. W swoich książkach stawia na emocje. Wydała dziesięć powieści i dwie antologie. Każda z jej historii zostaje niezwykle ciepło przyjęta przez Czytelniczki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Nigdy nie trać nadziei, nawet kiedy wydaje ci się, że gorzej być nie może – nadzieja to początek wszystkiego.

Aleksander Dumas

Tę historię dedykuję Grażynce Stando. Grażynko, wiem jak bardzo „deszcz” zmienił Twoje życie, ale gdyby nie on, nie uśmiechałabyś się dzisiaj tak szeroko. Twój uśmiech bywa zaraźliwy, a ja lubię się nim zarażać.

Wyjdź ze mną na deszcz podnieś głowę, nie bój się weź głęboki wdech niech swobodnie spływa z rzęs Wyjdź ze mną na deszcz niech nam gęsto spływa z rzęs weź głęboki wdech podnieś głowę, nie bój się

Wyjdź ze mną na deszcz, Kortez

Prolog

Nigdy nie chciałem być postrzegany jako ktoś uprzejmy, bo uprzejmość niosła ze sobą więcej wad niż zalet. Wymagała powiedzenia porannego dzień dobry i wieczornegodobry wieczór. A co, jeśli poranek zaczął się od stąpnięcia lewą nogą, zaś wieczór kończył się bezsilnością? Dlaczego należało ukrywać przez nieznajomymi i znajomymi swoje emocje? Dlaczego należało przyklejać na twarz szeroki uśmiech, kiedy serce wyło z rozpaczy? Dlaczego ludzie tak bardzo wstydzili się pokazywać to, co naprawdę czuli? Może wtedy życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłoby nie o tyle prostsze, co przyjemniejsze. Tylko… Ludzie nie znosili prawdy. Nienawidzili słuchać niepochlebnych opinii o sobie, bo reagowali na to obrazą. Nie chcieli też otrzymywać odpowiedzi na swoje poranne pytanie: Witaj, Aleksandrze! Jak się miewasz?

– Naprawdę tak bardzo interesuje cię, jak się miewam? Jeśli szukasz nowego tematu do plotek, to odpowiedź brzmi: palę, pieprzę i chleję. Czasami także zdarza mi się coś ukraść. Zaspokoiłem twoją ciekawość?

Po takiej odpowiedzi twarze ludzi zalewały się purpurą, oni sami spuszczali głowę i uciekali gdzie pieprz rośnie. Nasza znajomość automatycznie zmieniała status na nieznajomi. Bezpowrotnie. Nie płakałem z tego powodu. Było mi to nawet na rękę. Grunt, żeby zostawili mnie w spokoju.

To oni przyczynili się do tego, że od nich stroniłem. Uciekałem od normalności, bo byłem popieprzony na różne sposoby. Jednym się to podobało, innych odrzucało. W końcu zyskałem status fiksata i robiłem tylko to, co budziło społeczną dezaprobatę, bawiąc się przy tym wyśmienicie za dnia, bo nocą… Nocą tęskniłem za tym wszystkim, co utraciłem. Nocą najgłośniej słyszałem szloch swojego serca. Nocą słyszałem brzęk butelek, które ojciec roztrzaskiwał na podłodze zaraz po ich opróżnieniu.

Nocą powinno się zamykać powieki i spać, a ja miałem szeroko otwarte oczy. Wpatrywałem się w sufit i ścierałem płynące łzy. Tylko wtedy byłem w pełni sobą. Mogłem płakać do woli, bo noc zasłaniała wszystko, co znajdowało się dookoła. Stanowiła kurtynę, za którą mogłem być prawdziwy. Kiedy odchodziła, pozostawiając po sobie dzień, nakładałem na twarz maskę fiksata, która precyzyjnie wpasowywała się w moje rysy.

Wstałem z łóżka, dotykając bosymi stopami podłogi. Była zimna. Wręcz lodowata. Podszedłem do okna i zobaczyłem, że niebo przestaje być czarne. Złocista poświata nad horyzontem stawała się coraz wyraźniejsza. Spojrzałem do tyłu na drzwi pomalowane czarną farbą. Obok nich, na ścianie pokazały się jeszcze senne promienie brzasku. To był idealny moment, by Aleksander Jabłoński włożył na twarz maskę.

Rozdział 1

WCZEŚNIEJ

Było mi smutno, bo mój najlepszy przyjaciel właśnie stał przy samochodzie swoich rodziców i wkładał do środka metalową puszkę, w której trzymaliśmy nieżywe owady. To była nasza tajemnica, o której dorośli nie mieli zielonego pojęcia. Może tak było lepiej, bo wiadomo, że rodzice lubili się czepiać. Ganili nas – dzieci – za to, że zadajemy zbyt wiele pytań, ale oni sami zbyt często nie rozumieli spraw, które powinny być dla nich logiczne. Byliśmy dzieciakami, które chciały odkryć coś wielkiego i udowodnić wszystkim, że w małym ciele krył się wielki potencjał wynalazcy. Pragnęliśmy natrafić na coś naprawdę ekstra! Dostać nagrodę jako odkrywcy i stać się milionerami! Dlatego zaczęliśmy kolekcjonować owady, a właściwie ich zwłoki.

Pewnego dnia mój przyjaciel Jasiu dowiedział się z programu w telewizji, że owady mogą pomóc w zidentyfikowaniu ludzkiego ciała. Po kilku godzinach od śmierci zwłoki zwabiały swoim zapachem pewne gatunki much, które składały w ranach swoje jaja. Byliśmy tą informacją zarówno przerażeni, jak i zafascynowani. Mieliśmy piękne marzenia o rozwiązaniu kryminalnej zagadki. Dlatego zbieraliśmy chrząszcze, ważki, motyle oraz turkucie podjadki. Wkładaliśmy je do szklanego słoika i zakręcaliśmy wieczka. Po kilkunastu godzinach wyciągaliśmy zwłoki i przenosiliśmy je do metalowej puszki. Wierzyliśmy, że odkryjemy zupełnie niespodziewany okaz insektów. Niestety… Częściej odkrywaliśmy potworny fetor zatykający nasze nosy po otworzeniu puszki.

Wiedziałem, że będzie mi brakowało Jasia. Spędziliśmy razem najaktywniejsze dwa wakacyjne sezony swojego życia. Dzieliliśmy się swoimi sekretami, a teraz mieliśmy się już nigdy nie zobaczyć. Każdy z nas miał zachować wszystkie tajemnice i zabrać je ze sobą do grobu.

Sekretem Jasia była podsłuchana rozmowa rodziców o bracie. Za bardzo go nie chciał, bo zdradził mi, że małe dzieci wcale nie były fajne. Wciąż albo spały, albo płakały, albo robiły śmierdzące kupy.

O fuuuj! – wzdrygnąłem się z obrzydzeniem na tę nowinę. Na miejscu kolegi też nie chciałbym mieć brata. Ani siostry, bo dziewczynki nie były fajne. Były głośne i piskliwe. Ja opowiedziałem Jasiowi, jak znalazłem moją mamę zapłakaną i zachowałem się jak prawdziwy bohater, bo podbiegłem do niej i przytuliłem jej ciało do siebie. Nie byłem pewien, czy coś ją bolało, czy może była głodna, ale z jej policzków kapały łzy wielkości oczek pływających na powierzchni rosołu. Nie lubiłem patrzeć na smutek. Zwłaszcza na mokre oczy mamy. Tatuś chyba nigdy nie płakał. Był zuchem, jak ja. Zuch musiał być dzielny i potrafić powstrzymać łzy nawet wtedy, gdy zdarł sobie kolano do krwi, a to często mi się zdarzało. Nie płakałem też, kiedy spadłem z roweru i mocno się poobijałem. Kiedy moje całe ramię wytatuowane było siniakami, w oczach nie tliły się łzy. Ani wtedy, gdy użądliła mnie osa, chociaż wiedziałem, że było to niebezpieczne.

Dzisiaj także obiecałem sobie nie płakać. Nie wyszedłem z domu, by pożegnać przyjaciela. Wiedziałem, że kiedyś go jeszcze zobaczę i wtedy będziemy leżeć obok siebie i rozmawiać. Nawet przez całą noc. Nieważne, że będą bolały nas usta i języki… Opowiem mu wszystko, co wydarzy się od jutrzejszego dnia w moim życiu. Opiszę, jak będzie wyglądał tort na moje dziewiąte urodziny oraz jakie to uczucie nie mieć już ani jednego mleczaka w buzi. Odruchowo otworzyłem usta i poruszyłem zębem w górnej szczęce. Ruszał się. Moment jego wypadnięcia był już bliski.

To mój ostatni mleczny ząb. Kiedy wypadnie, nie będę już dzieckiem – tak sobie tłumaczyłem. – Wyrosną mi wąsy i broda, będę mężczyzną. A gdy nastanie ten moment, nigdy nie ożenię się z kobietą… Dziewczyny za często płaczą i nie zachowują się jak zuchy.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi i nim podbiegłem, żeby je otworzyć, mama zdążyła wejść do środka.

– Przyszłam sprawdzić, co tak zajmuje twój cenny czas, że nie zdołasz znaleźć chwili, by pożegnać się z przyjacielem?

W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie byłem pewien, czy odpowiedź, że czytałem książkę, wystarczy. Nie lubiłem kłamać, bo usłyszałem kiedyś, że każde kłamstwo wychodzi na jaw. Po co zatem kłamać? Rozejrzałem się, próbując szybko wymyślić dostatecznie wiarygodny powód mojego pobytu w pokoju. Niestety absolutnie nic nie przykuło mojej uwagi. Przeniosłem smutne oczy na twarz mamy. Wszystkie nasze sąsiadki zgodnym chórem twierdziły, że wyglądałem jak jej wierna kopia, a ja się oburzałem. Nie byłem dziewczynką, by wyglądać jak własna mama! Byłem chłopcem! Zuchem jak tata! Poza tym nie płakałem… No, może kilka razy się zdarzyło, ale byłem wtedy bardzo mały, a małym dzieciom wiele się wybaczało. Mama wpatrywała się we mnie tymi swoimi dużymi, niebieskimi oczami i czekała cierpliwie na odpowiedź.

– Nie chcę się żegnać z Jasiem. Wolę spotkać się z nim, kiedy zostanie Janem – odparłem i stanąłem przy oknie, spoglądając na wątłego chłopca z wielkimi okularami na nosie.

– Rozumiem, ale to twoja ostatnia szansa powiedzieć mu coś miłego. Kiedy obaj staniecie się młodymi mężczyznami, nie powiecie sobie tego, co możecie powiedzieć dzisiaj. Na twoim miejscu pobiegłabym do niego i podała mu dłoń. Tak po prostu, Aleks.

Mamie wszystko wydawało się proste, bo była duża. Duża w sensie nie gruba, ale wysoka i ładna. Byłem dumny, że zechciała zostać akurat moją mamą.

– Ale ja nie chcę się z nim żegnać – wyznałem stanowczo. Poczułem, że moje serce szybciej zastukało gdzieś w okolicy piersi.

– Dlaczego, Aleks?

– Bo ja nie płaczę. A pożegnania tak się właśnie kończą!

Starałem się być nieustępliwy.

Usiadłem na brzegu łóżka i skrzyżowałem ręce na kolanach. Mama usiadła obok. Odsunęła z policzka falę złocistych włosów i wbiła we mnie swoje duże oczy. Przybrały one kolor nieba w pięknym słonecznym dniu. Moje tęczówki miały podobny kolor, tylko w odcieniu wzburzonego morza przed sztormem. Kiedyś na wakacjach widziałem rozkołysane fale uderzające z całą siłą o brzeg. Towarzyszył im złowrogi podmuch wiatru, który szczypał w oczy.

– Jaś był twoim najlepszym kolegą i jak do tej pory jedynym przyjacielem, jakiego miałeś, więc nie chcę, byś sprawił mu przykrość i nie poszedł się z nim pożegnać. Wiem, że pożegnania nie są łatwe i przyjemne, ale to ostatni moment, by powiedzieć mu coś miłego. Być może twoje słowa zostaną z nim na zawsze. Być może Jaś w trudnych chwilach będzie je sobie przypominał i to spowoduje, że poczuje się lepiej. Jeśli go lubisz, to pożegnaj się z nim dla niego, a nie dla siebie. Dobrze?

Czułem, że nie wygram z mamą. Brakowało mi silnych argumentów, by ją przekonać, że nie powinienem tego robić. Skinąłem głową i bez słowa wyszedłem z pokoju.

Moje serce trzepotało boleśnie w klatce piersiowej. Odbijało się od żołądka i unosiło ku górze, po czym lądowało na swoim miejscu i zaczynało proces odbijania od nowa. Zachowywało się jak piłeczka do gry w ping-ponga.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, poczułem, jak zmiękły mi nogi.

Oddychaj – mówiłem do siebie w myślach. – Cały czas oddychaj. Nawet głośno. Tylko oddychaj.

Podszedłem do Jasia i wpatrzyłem się w niego najintensywniej, jak tylko potrafiłem. Chciałem zapamiętać na zawsze postać chudego chłopca ubranego w granatowe spodenki, bluzkę w kolorowe paski, z wielkimi okularami na nosie, które wydawały się nieproporcjonalne do wielkości głowy. Stanąłem obok niego i głośno westchnąłem.

– Miałem się nie żegnać, ale… – Chciałem mu tyle powiedzieć, jednak słowa utknęły w gardle. Do oczy napłynęły łzy.

Jestem zuchem. Jestem zuchem. Jestem zuchem – powtarzałem w myślach. – Dam radę. Dam radę. Dam radę. Tylko muszę oddychać. Nawet głośno.

– Jesteś moim jedynym przyjacielem. Pewnie nie znajdę już nikogo takiego jak ty – oznajmiłem i poczułem, że moje serce przestało się odbijać. Stanęło we właściwym miejscu i się uspokoiło.

– Znajdziesz, bo wszyscy cię lubią. Mnie lubiłeś tylko ty.

Nie zaprotestowałem, bo wiedziałem, że to była prawda. Jaś miał tylko mnie. Ja bawiłem się jeszcze z kilkoma kolegami. Graliśmy razem w piłkę, Jaś uczył się indywidualnie i nie miał szansy poznania innych dzieci.

Co było w moim przyjacielu takiego wyjątkowego? Hm… Może to, że często z jego nosa leciała krew. Lekarze w swej bezradności załamywali ręce, nie znajdując przyczyny krwotoków. Przypuszczali, że to wina złej krzepliwości krwi. Jaś był zatem częstym bywalcem szpitali, gdzie kłuto go dużymi igłami. Co chwila badano jego nos, co musiało być bardzo nieprzyjemne. Pewnego dnia jego rodzice postanowili przeprowadzić się nad jezioro, by chłopiec mógł oddychać zdrowszym powietrzem. Kupili dom obok nas i staliśmy się najbliższymi sąsiadami. Mój był duży. Chyba trzy razy większy niż dom Jasia, ale to się nie liczyło. Chciałem, by mój przyjaciel wyzdrowiał, a jego skóra nabrała innego odcienia niż blady. Niektóre dzieci nazywały go „trupkiem” i było mi przykro z tego powodu. Próbowałem go chronić – najlepiej, jak tylko potrafiłem.

Pewnego razu nie mogłem znieść, jak starszy chłopiec dokuczał Jasiowi. Podbiegłem do niego i z całej siły uderzyłem w brzuch. Miałem przechlapane u swoich rodziców, ale właśnie w tym momencie narodziła się nasza przyjaźń.

– Chcę ci powiedzieć, że nigdy nie znajdę sobie przyjaciela, bo jesteś nim tylko ty. Wiem, że zaraz wyjeżdżasz do dużego miasta, będziesz miał brata i twoje życie się zmieni… – Po moim policzku popłynęła łza. – Nie chcę powiedzieć ci żegnaj, bo to zbyt trudne słowo. Wiem, że kiedyś się spotkamy. Ja będę wtedy Aleksandrem, a ty Janem.

Twarz przyjaciela wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Mogłem zobaczyć każdą żyłę pod jego skórą, co było nieco przerażające. Czułem, że to był dobry moment, by odejść. Musiałem odejść, bo chciałem pobyć sam.

– Do zobaczenia, Jasiu – powiedziałem i podałem mu dłoń, którą lekko uścisnął.

– Nie zapomnij o mnie, Aleks – poprosił łamiącym się głosem.

Nie zapomnę – wyszeptałem w myślach, powstrzymując łzy. Przytaknąłem głową i wysunąłem dłoń z uścisku przyjaciela. Odwróciłem się i odszedłem.

Wbiegłem do domu i udałem się do pokoju.

Po raz pierwszy poczułem pustkę, która ściskała moje serce. Wtuliłem twarz w poduszkę i oddychałem. Spokojnie i miarowo. Kiedy poczułem delikatny dotyk ciepłej dłoni na karku, wzdrygnąłem się. Mama przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła, a ja nie zaprotestowałem. Wtuliłem w jej bluzkę zapłakaną twarz.

– Płacz, mój aniołku. Płacz…

Nie chciałem płakać, ale łzy same wypływały z moich oczu. Przestałem być zuchem i ten stopień przestał się dla mnie liczyć. Chciałem zatrzymać przyjaciela przy sobie, by móc dalej zbierać z nim owady. By móc go chronić przed złymi żartami innych dzieci. Chciałem, by powrócił i by wszystko znowu było takie jak tydzień temu. Nie pragnąłem jutra.

– Straciłem przyjaciela – wyszlochałem, ocierając płynące łzy.

– Znajdziesz sobie nowego, kochanie – poradziła mama.

– Żaden inny nie będzie nim. Jaś był dla mnie kimś ważnym.

– Wierzę, że wkrótce się spotkacie.

Także chciałem w to wierzyć.

– Mamo, chcę psa. – Ta prośba sama wydostała się z moich ust.

– Psa? – Na twarzy mamy malowało się ogromne zaskoczenie. – Obawiam się, że nie spełnię twojej prośby…

– Booooo?

– Bo tata nie przepada za zwierzętami.

– Ale nie czułbym się wtedy tak bardzo samotny… Będę się nim opiekował. Obiecuję!

Próbowałem przekonać mamę do kupna psa wszystkimi argumentami, jakie przychodziły mi do głowy.

– Nie, Aleks. Musisz to zrozumieć – powiedziała spokojnie, po czym wstała i wyszła z pokoju.

Pozbawiła mnie nadziei na to, że będzie lepiej. Straciłem przyjaciela i szansę na posiadanie psa.

Czy mogło mi się przytrafić coś gorszego?

Rozdział 2

TERAZ

Nie wiedziałem, czy rozpad zespołu był idealnym momentem, by udać się na zasłużone wakacje w rejs dookoła świata, na który namawiała mnie od kilkunastu dni Elin. Była ona szwedzką przyjaciółką, która zawsze wyczekiwała mojego telefonu. Jedna wiadomość i rzucała wszystko, by ze mną być. Ustawiała własne życie według mojego grafiku, a mnie to odpowiadało. Dawałem jej swoją fizyczność, bo nie potrafiłem ofiarować duszy bądź serca. Byliśmy raczej nietypową parą, o ile w ogóle ją stanowiliśmy. Ona była piękna i prócz zgrabnego ciała nie potrafiłem dostrzec niczego, co zatrzymałoby przy niej moje myśli. Po prostu była, kiedy jej potrzebowałem, i odchodziła, kiedy wyczuwała, że nie mam nastroju na jej obecność. Nigdy się ze mną nie sprzeczała, nie wyrażała odmiennego zdania i akceptowała to, kim dla siebie byliśmy. Nie określiłbym tego mianem układu, bo nie mieliśmy ustalonych zasad bycia ze sobą. Nie potrafiłem też nazwać nas „parą”, bo nie traktowałem Elin jako swojej dziewczyny. Nie byłem w niej zakochany. Traktowałem ją dobrze, ale i nieco powierzchownie. Nie przytulałem publicznie, nie odpisywałem na czułe sms-y, nie interesowałem się jej życiem. Po prostu stanowiłem w nim pewien epizod, który wkrótce musiał się zakończyć. Nie chciałem spędzić z nią tych wakacji, bo postanowiłem zmierzyć się z demonami przeszłości, a raczej stanąć twarzą w twarz z jednym z nich.

– Aleks! – Poczułem na plecach silne, męskie uderzenie i ono wyrwało mnie ze stanu kontemplacji. Spojrzałem na kumpla z zespołu, który właśnie odpalał papierosa. Robił to powoli, wręcz teatralnie. Normalni ludzie czynili to rutynowo i szybko, ale Kosma potrafił przemienić coś zwykłego w niezwykłość. Przyłożył końcówkę papierosa do ust i delikatnie upajał się jego smakiem, a ja ulatującym dymem. – Poczęstować cię szlugiem? – zapytał, spoglądając prosto w moje oczy.

– Ograniczam papierosy, alkohol, narkotyki i… – Zawahałem się, próbując na szybko wymienić jeszcze kilka przykładów, ale ich zasoby najwyraźniej się wyczerpały.

– I seks? – zapytał Kosma.

Uśmiechnąłem się. W ostatnim czasie przestałem zapraszać Elin do swojego łóżka i nawet nie odczułem braku fizycznej miłości. Chyba zaczynało być ze mną naprawdę źle. Moja męskość popadła w depresję.

– Też – potwierdziłem i spuściłem głowę.

– Kiedy jej powiesz o tym, że wyjeżdżasz?

– Myślisz, że zauważyłaby moje nagłe zniknięcie? – zapytałem i zacząłem bawić się źdźbłem trawy. Zawijałem je na palcu i odwijałem, aż cienki, ale ostry brzeg przeciął mi naskórek.

– Uważam, że tak. Ona cię lubi, stary. To widać gołym okiem.

– Też ją lubię i tylko tyle mogę jej ofiarować. Na uczucie nie może liczyć, bo ja już chyba nigdy nie doświadczę stanu zakochania. Właściwie to nie zależy mi na motylach w brzuchu.

– Jesteś już na nie za stary – skwitował szczerze.

Wzruszyłem ramionami.

– Możliwe. Kochałem tylko jeden, jedyny raz.

– I twierdzisz, że więcej nie pokochasz. – Kosma dokończył za mnie zdanie.

– W tej chwili jestem o tym głęboko przekonany.

– No i dobrze. Tam gdzie rozkwita miłość, tworzą się kłopoty.

– Wiem – odparłem, cofając się myślami do przeszłości. Zamknąłem na chwilę powieki i ujrzałem jej ciemne oczy. Moje serce zabiło szybciej, a wtedy podniosłem powieki. Nie chciałem wracać do przeszłości i rozpamiętywać tego, co było.

– Stary, przyszedłem ci przypomnieć, że jutro są urodziny Elin, i uważam, że powinieneś się na nich pojawić.

Uniosłem lewą brew, bo kompletnie o tym zapomniałem. Moja przyjaciółka zaprosiła wszystkich członków zespołu, ale Kuba od razu odmówił przyjścia na przyjęcie. Od jakiegoś czasu wydawał się przygnębiony. Być może otworzył szeroko oczy i odkrył drugie oblicze swojej żony, która wydawała się być wpatrzona bardziej w każdego muzyka stąpającego po ziemi niż we własnego męża? Kuba był w naszej grupie gitarzystą – wymiataczem strun.

– Postaram się na nich być i zwinąć najszybciej, jak się da – odparłem.

– Chyba że się upijesz i pozwolisz Elin osiodłać swojego rumaka.

Roześmiałem się, a razem ze mną Kosma.

Był niezwykle charyzmatyczną osobą, ale nikogo nie wpuszczał do swojego świata. Nie spotykał się z kobietami. Nie bzykał. Nie pił. Nie ćpał. Wydawać by się mogło, że to najporządniejszy facet z naszego zespołu, ale on nosił w sobie jakiś mroczny sekret, który powodował kompletną alienację. Kosma był królem na scenie, jednak gdy z niej schodził, jego twarz przybierała wyraz posągu. Wszystkie emocje ulatywały z niego gdzieś wysoko, wyżej niż dym puszczany z trzymanego przez wokalistę papierosa.

– Dosyć się naujeżdżała mojego ogiera. Za dwa dni powiem jej, że wracam do ojczyzny.

Kolega wydął wargi i skinął głową, po czym z powrotem włożył papierosa do ust. Rozmowa o Elin była skończona.

Nie znosiłem garden party, czyli przyjęć ogrodowych, które były słodsze niż miód. Wszystko wydawało się takie idealne i z góry zaprogramowane. Elin zaplanowała każdą część wieczoru, a wszyscy goście odgrywali bezbłędnie powierzone im role. Wszyscy prócz mnie. Nie włożyłem różowej koszuli, którą mi podarowała, i byłem jedyną osobą, nie licząc członków załogi cateringu, która miała na sobie czarny podkoszulek, skórzaną kurtkę i wytarte dżinsy. Nie zgodziłem się też na wręczenie ogromnego bukietu kwiatów w trakcie prezentowania urodzinowego tortu. Nie chciałem się poddać grafikowi, bo nie bawiła mnie sztuczność. Nie zamierzałem brać udziału w nudnym przedstawieniu i udawać wielkiego uczucia do El. Miałem w dupie, co o mnie szeptali wszyscy dookoła. Zdążyłem się przyzwyczaić, że to inni zawsze mówili, a ja należałem do tych, którzy woleli milczeć.

– Kochanie, nie stój tak osobno. Zaraz zjawią się paparazzi i na zdjęciach będziesz zdecydowanie lepiej wyglądał w towarzystwie przyjaciół – poradziła, a ja spojrzałem na jej twarz. Wpatrywałem się w nią dokładnie, powoli spacerując oczami po skórze przykrytej nieskazitelnym makijażem i nie potrafiłem dopatrzeć się czegoś więcej niż tylko jej infantylności, którą nie była w stanie przykryć spora warstwa pudru.

– Będę stał w miejscu, w którym dobrze się czuję – odparłem spokojnie i wyciągnąłem z kieszeni kurtki pudełko z papierosami. Próbowałem rzucić palenie, ale w chwilach stresu, takich jak ta, koiłem nerwy papierosem.

– Aleks, proszę… – wymówiła ze łzami w oczach. Wiedziałem, że się nie rozpłacze, bo łzy zniszczyłyby jej idealny makijaż, nad którym pracowała kilkadziesiąt minut zatrudniona wizażystka. – Dzisiaj są moje urodziny, więc chciałabym, byś zachowywał się co najmniej przyzwoicie.

Uniosłem prawą brew i wyciągnąłem z pudełka papierosa, którego następnie zapaliłem.

– Aleks, mówię do ciebie!

– Wszystkiego najlepszego, El – odparłem, wydmuchując dym.

Przewróciła oczami i odeszła powoli, kręcąc tyłkiem. Nie dawała po sobie poznać, że nasza wymiana zdań nie poszła po jej myśli. Grała szczęśliwą kobietę, spełnioną w pracy i w związku. Wszyscy jej znajomi także odgrywali role szczęściarzy, których dramaty omijały szerokim łukiem. Ci ludzie wyglądali jak plastikowe lalki i tacy właśnie byli. Ich środek był pusty, tak samo jak wnętrza gumowych zabawek. Sztuczne uśmiechy, fałszywe przyjaźnie zawierane dla korzyści majątkowych to nie moja bajka.

– Ubrany najbardziej ponuro, a daje po oczach! – Usłyszałem znajomy głos, więc się odwróciłem, a wtedy ujrzałem Kosmę ubranego w fioletową koszulę. Jego zielone oczy i czarne, opadające na czoło kosmyki włosów mocno kontrastowały z barwą ubrania.

– Widzę, że uległeś zachciankom kapryśnej księżniczki – zaśmiałem się. – Siema, stary! – rzuciłem radośnie, podając kumplowi dłoń na powitanie.

– Zaraz zwijam się do chaty, więc stwierdziłem, że kwadrans wytrzymam w różowej koszuli.

– Ale włożyłeś fioletową.

– Czyli nie do końca uległem kaprysom twojej księżniczki.

Skinąłem głową. Nie chciałem rozmawiać o Elin, tylko modliłem się, by to pajacowate przyjęcie nareszcie się skończyło. Strasznie się czułem wśród różowych klaunów i klaunic.

– Aleks, idę wręczyć prezent twojej lubej i zmywam się.

– Zabierz mnie ze sobą. Zapłacę ci za tę usługę – zaproponowałem chytrze.

– Nie stać cię – odparł żartobliwie Kosma i poklepał mnie po ramieniu, po czym wmieszał się w tłum. A ja zostałem.

Stałem w ustronnym miejscu pod płotem i paliłem papierosa. Zastanawiałem się, co ci ludzie mają w głowach, godząc się na noszenie różowych łaszków. Nie chciałem być w tym miejscu, wśród tych ludzi. Czułem się samotny, chociaż dookoła tętniło życie – słychać było śmiech i rozmowy.

Tak nie powinno wyglądać moje życie.

A może to przeznaczona dla mnie kara za to co, wydarzyło się dawniej?

Wciąż nad tym myślałem. Zastanawiałem się każdego pieprzonego wieczora nad dwoma błąkającymi się po głowie wspomnieniami. A może byłoby inaczej, gdyby…

Gdybym wszystkiego nie spierdolił – dopowiedział rozum.

Wciąż myślałem o dwóch momentach własnego życia. Wciąż dociekałem, co było prawdą, a co kłamstwem. Ile tajemnic zacierał na naszej drodze czas? Ile jego sekretów będziemy w stanie odkryć?

Nim uświadomiłem sobie, co robię, odkładałem pustą szklankę po drinku na tacę kelnera. Odpłynąłem myślami daleko. Często czyniłem to, by móc zrozumieć wybory ludzi i nauczyć się oddychać mimo konsekwencji, jakie na mnie nałożyli.

Gestem przywołałem innego kelnera, który nieśmiało się uśmiechnął. Nie odwzajemniłem radosnej miny, tylko wlałem w siebie kolejną porcję alkoholu. Chciałem poczuć ten błogi stan, w którym nie myśli się o przeszłości i przyszłości, tylko się żyje, choć czasami jest to byle jakie życie. Bezcelowa egzystencja i nic więcej. Ocierałem wilgotne kąciki ust i piłem. Piłem, by zapomnieć o tym, gdzie się znajdowałem, i dlatego, że znowu zahaczyłem myślami o przeszłość. Nie chciałem do niej wracać, bo wypompowywała ze mnie wszystkie siły. Kiedy je traciłem, leżałem w łóżku i wpatrywałem się w sufit. Wpadałem w stan apatii. Po kilku dniach naciągałem na twarz maskę pozorów i szedłem na imprezę. Wyrzucałem z siebie to, co przez kilka dni próbowałem ukryć.

– Aleks! Co ty wyprawiasz?! – usłyszałem obok siebie głos El, mimo że wciąż jej nie widziałem. Kiedy podchodziła blisko, nie czułem jej obecności. Mój żołądek nie kurczył się nerwowo, serce nie łomotało w piersi, a puls nie przyspieszał.

Tak było i tym razem. Spojrzałem w jej smutne oczy i odparłem tylko, że za kilka dni wyjeżdżam. Reszta potoczyła się sama.

Najpierw były łzy, histeria i celne uderzenie w moją twarz. Zabolało. Szkoda, że ten cios nie był w stanie odebrać bólu, jaki zadałem Elin słowem koniec. Koniec stawał się zawsze nowym początkiem innej drogi. Nasze drogi się rozeszły. Teraz. Zrujnowałem różowe urodziny El, ale nie chciałem, by strawiły mnie pozory i po pewnym czasie wypluły tylko niezjadliwe resztki mojego wnętrza. W świecie większych pieniędzy, sław i karierowiczów brakowało miejsca na rzecz, której pragnąłem najbardziej na świecie.

Pragnąłem w końcu być sobą.

Chciałem ściągnąć maskę i móc swobodnie oddychać.

Nareszcie móc oddychać.

– Nieźle wczoraj zaszalałeś – stwierdził Kosma, spoglądając na moją wymęczoną twarz. – Oj, Aleks… Myślałem, że to ja byłem czarną owcą naszego zespołu, ale uświadomiłem sobie, że ty szedłeś tuż za mną i deptałeś mi po piętach.

– Zawsze skrobałem ci marchewki – powiedziałem niby żartobliwie i poczułem suchość w ustach. Chyba za dużo wczoraj wypiłem. – Powiesz mi, jak się tutaj znalazłem? – Rozejrzałem się dookoła, by sprawdzić, czy w moim pokoju nie było nikogo prócz kumpla. Nie chciałem spotkać tu Elin i słuchać jej kazań, które zrozumiałbym po szwedzku piąte przez dziesiąte.

– Wybrałeś mój numer i zacząłeś bełkotać, więc wsiadłem w samochód i pospieszyłem ci z pomocą. Nie lubię nikomu pomagać, lecz tym razem zrobiłem wyjątek. – Kosma ściszył głos. Jego twarz wydawała się tak nienaturalnie posągowa, jakby był jedną z figur woskowych Muzeum Madame Tussaud. – Kiedy zapominałem tekstu na koncertach, ty niby specjalnie wkładałeś w te miejsca swoją solówkę. Uderzałeś pałeczkami o werbel gwałtowniej niż zawsze. Czasami pajacowałeś, by odciągnąć ode mnie uwagę publiczności, dlatego jestem ci winien kilka przysług.

Skinąłem głową, przypominając sobie początki naszego zespołu. Stres powodował, że nie potrafiliśmy grać. Nasze palce sztywniały i odmawiały posłuszeństwa. Miałem największą ogładę sceniczną i musiałem scalać nasz zespół. Wielokrotnie ratowałem Kosmę z opresji, robiąc z siebie niepoczytalnego perkusistę, ale dzięki temu stałem się jakiś. A muzyk nie może być przezroczysty.

– Widziałeś się z Elin? – zapytałem, wstając z łóżka. Pierdolone pragnienie drapało moje migdałki.

– Na szczęście nie. Słyszałem tylko plotki o tym, co jej zrobiłeś.

– Zjebałem jej urodzinowe przyjęcie.

– Miej to w dupie – poradził.

I bez jego rad miałem to w czterech literach. El była tylko pustą lalą, której zależało na kasie i sławie. Nie miała własnego zdania w konkretnych sprawach. Wszystko robiła pod publikę, na pokaz. Irytowało mnie to cholernie, aż w końcu frustracja przekroczyła stan alarmowy, zapalając wszystkie czerwone światełka w mojej głowie.

– Mam – odrzekłem i zacząłem łapczywie pić wodę ze szklanki, nie zważając, że spływała mi ona strużkami z kącików ust. Musiałem zaspokoić pragnienie. Postawiłem pustą szklankę na ławie i otarłem wierzchem dłoni wilgotne ślady na brodzie. Usiadłem i spojrzałem na Kosmę. – Jutro wyjeżdżam. Zaczynam nowe życie.

– Trzymaj się zatem i zrób w życiu coś, z czego będziesz dumny. – Mówiąc to, poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu, posłał zdawkowy uśmiech, który przedarł się przez mrok na jego twarzy, i wyszedł z pokoju. Bez pożegnania. Może to i lepiej…

Ja pożegnałem się tylko raz w życiu, i to na wyraźną prośbę mojej mamy. Nigdy więcej nie pożegnałem się z nikim, dlatego szanowałem Kosmę za jego bezpretensjonalność.

Bałem się powrotu do domu nad jeziorem, wciąż pamiętając, ile przykrych wspomnień w sobie skrywał. Nie mogłem jednak wciąż uciekać od stanięcia oko w oko z ojcem, który ułożył swoje życie od nowa. Najpierw zniszczył je własną głupotą, dotknął dna i wypłynął na powierzchnię odmieniony.

Czy byłem gotowy stanąć naprzeciwko niego jako dorosły mężczyzna, który już nie potrzebował trzymać dłoni w jego portfelu?

Czy byłem gotowy wybaczyć mu to, co zaserwował mi po śmierci mamy?

Czy byłem gotowy, by zapytać, co się stało z Kaylą?

Miałem tyle pytań, na które pragnąłem otrzymać odpowiedzi. Czułem, że prawda pomoże mi rozpocząć życie od nowa. Stałem się mężczyzną, który nie mógł wciąż uciekać przed własnym ojcem. Mężczyzną, który poczuł, że nadszedł czas na konfrontację. Ojciec zamienił moje życie w piekło, a ja próbowałem zapomnieć o przeszłości. Żyć tak, jakbym nie pamiętał dnia wczorajszego. Ucieczka od wspomnień nie była najbardziej skuteczną formą terapii, więc nadszedł czas na zmierzenie się z demonami przeszłości. Czasami należało stanąć na ringu tylko po to, by wywołać w przeciwniku strach. Tak właśnie zamierzałem uczynić.

Koniec ucieczek. Koniec urwanych zdań. Koniec udawania, że nie pamiętałem wydarzeń z przeszłości.

Rozdział 3

WCZEŚNIEJ

Dzień przed moimi dziewiątymi urodzinami poczułem się prawie dorosły. Wyleciał mi ostatni mleczny ząb, który zgodnie z tradycją w moim domu należało schować pod poduszką i oczekiwać spotkania z zębową wróżką, by ta zabrała zgubę, zostawiając w zamian słodycze. Teraz nie mogłem się zbyt szeroko uśmiechać na przyjęciu urodzinowym, bo byłem szczerbaty.

– Hm… To takie nieprofesjonalne być poważnym na własnych urodzinach – powiedziałem do siebie i podszedłem do biurka. Wysunąłem górną szufladę i zabrałem z pudełka odrobinę białej plasteliny, z której ulepiłem nowy ząb. Próbowałem go przykleić, ale jego kształt ulegał zmianie. Raz się wydłużał, innym razem masa się przerwała i powstawała dziura. Byłem zły, bo chciałem mieć chociaż jedno zdjęcie z uśmiechem. Po wielu niefortunnych próbach wstawienia w szparę nowego zęba postanowiłem przykleić nowy nabytek na klej, który tata trzymał w garażu. Musiałem się do niego zakraść i uważać, by nikt mnie tam nie zobaczył, bo tata nie lubił, aby ktokolwiek w nim przebywał.

Po obiedzie opracowałem plan włamania. Wiedziałem, że po południu mama zawsze jechała do miasta załatwiać jakieś sprawunki, a tato zapewne będzie siedział w swoim biurze i rozmawiał przez telefon. Wtedy obiecałem sobie to zrobić.

Szkoda, że nie ma Jasia – pomyślałem o przyjacielu z uczuciem pustki w sercu. – On stanąłby na czatach, a w razie zagrożenia szczekałby jak pies.

I znowu pies.

Bardzo marzyłem o czworonożnym przyjacielu. Potrzeba posiadania psa zrodziła się w mojej głowie tuż po przeczytaniu lektury Lassie, wróć, a wzmogła się wtedy, kiedy serce próbowało jakoś zagłuszyć tęsknotę za Jasiem. W każdym razie potrzebowałem psa, by być naprawdę szczęśliwym. Musiałem zmusić tatę do pokochania zwierząt. Musiałem.

Musiałem też być bardzo czujny i ukraść klej, którym mama przykleiła obcasy do zimowych kozaków i skleiła ceramiczny wazon, który otrzymała od mojej babci ze strony taty.

Moja głowa była tak przeciążona nowymi pomysłami, że z tego wszystkiego zasnąłem. Obudziłem się, kiedy mama wróciła do domu, a tata grzebał coś pod maską samochodu.

– W takim razie nie mogę się uśmiechać – powiedziałem na głos i wyszedłem z pokoju. Obok znajdowała się sypialnia rodziców, z której wydobywał się cichy szloch. Mama znowu płakała. Nie byłem pewny, czy ona czasami też nie tęskniła za Jasiem? Jeśli tak było, mogła mi o tym powiedzieć i wtedy mocno bym ją przytulił i powiedział coś miłego. Mężczyzna powinien tulić w ramionach swoją kobietę. Tak przynajmniej usłyszałem w telewizji.

Uchyliłem drzwi i bez pukania wszedłem do środka. Mama siedziała na podłodze przy łóżku i szlochała. Kiedy mnie dostrzegła, zaczęła wycierać płynące po policzkach łzy. Jej oczy stały się intensywnie niebieskie. Uśmiechnęła się do mnie i zaproponowała, że usmaży mi naleśniki. Tylko że ja nie miałem na nie ochoty. Nie chciałem też, by płakała. Lubiłem obserwować jej uśmiechniętą twarz i lśniące radością oczy. A teraz jej tęczówki przysłaniała wilgoć…

Usiadłem obok mamy i złapałem ją za rękę. Nie powiedziała nic, ja też milczałem. Poczułem się bardzo dorosły, w końcu przestałem być właścicielem mleczaków. Siedziałem obok długo i wsłuchiwałem się w jej oddech, który stawał się coraz bardziej spokojny.

– Mamo, jestem bardzo głodny – powiedziałem specjalnie, by wydostać nas z tego pokoju-pułapki.

– To co? Naleśniki mogą być? – zapytała, a ja ochoczo pokiwałem głową.

– Mamo, wciąż wierzę, że jutrzejszy dzień będzie bardzo wyjątkowy – powiedziałem i złapałem ją za rękę. Szliśmy na dół po schodach, które jej zdaniem były zdradliwe, czyli strome.

– Będzie, bo dzień urodzin zawsze musi być wyjątkowy.

– Chodzi mi o pieska. Wierzę, że go dostanę. Nie chcę innych prezentów. Marzę tylko o psie.

Mama nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Stwierdziłem zatem, że wciąż istniała nadzieja, by tata zgodził się na zwierzaka.

Siedząc w kuchni, nie poruszałem już tego tematu. Pilnie obserwowałem mamę, która całkiem zabawnie krzątała się po pomieszczeniu. Mama była szczupła i niska, a kuchnia duża. Naprawdę duża. Kuchnia Jasia była niewielka i urządzona staromodnie (to słowo zasłyszałem u taty), ale za to panował w niej przyjemny ścisk. Tata Jasia, chcąc otworzyć lodówkę, musiał otrzeć się o plecy swojej żony, która zawsze pichciła coś pysznego na kuchence. Kiedy wracał z ogórkiem kiszonym w ręce, radośnie mierzwił włosy syna, a ten posyłał mu szeroki uśmiech. U nas w kuchni nigdy nikt nie ocierał się o siebie ani nawet się nie uśmiechał, kiedy dochodziło do spotkania dwóch par oczu.

– Proszę – powiedziała mama, podstawiając pod moją brodę talerzyk ze zwiniętym naleśnikiem. Zajrzałem w ciepły rulonik i zobaczyłem, że wypływał z niego czerwony dżem. Uśmiechnąłem się radośnie i ugryzłem kęs.

Do kuchni wszedł tata, który otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę z wodą. Zamknął ją i przeszedł obok mnie, zachowując się tak, jakby nikogo nie zauważył.

Kiedy wyszedł, mamusia złapała się obiema dłońmi za brzuch i zaszlochała.

Kęs jedzenia, który chciałem przełknąć, nagle stanął mi w gardle. Czułem, że się powiększa i nie wiedząc, co powinienem zrobić, wyplułem go na talerz. Następnie, zawstydzony własnym zachowaniem, pobiegłem do pokoju. Nie chciałem widzieć znowu płaczącej mamy, bo nie znałem przyczyny jej smutku.

Położyłem się na łóżku i podkuliłem kolana pod brodą. Chciałem pomóc mamie, tylko nie wiedziałem, jak to zrobić. Cały się trząsłem i czułem się taki bezradny. Przekręciłem się na drugi bok i złapałem za brzuch, który mnie rozbolał. Próbowałem go ściskać najmocniej, jak się dało, ale to nie było najlepszym sposobem, by powstrzymać ból. Odwróciłem się na drugi bok i pomyślałem o czymś przyjemnym. Wyobraziłem sobie tort z dziewięcioma świeczkami i szczekającego psa, który niespodziewanie zrywa się ze smyczy po to, by do mnie dobiec. Mój wymarzony piesek…

Chciałem także zobaczyć Jasia w jego wielkich okularach. Marzenia powodowały, że byłem szczęśliwy, a kiedy byłem szczęśliwy, czułem się lepiej.

Usiadłem i odsunąłem kosmyk włosów z twarzy. Zacząłem nadsłuchiwać jakiegoś dźwięku, który wydobywał się z głębi domu. To były głosy. Krzyki.

Wstałem z łóżka i wyszedłem z pokoju. Cicho i powoli przemierzałem korytarz i nadsłuchiwałem męskiego głosu, który wydobywał się z sypialni rodziców. Drzwi były uchylone, więc stanąłem pod ścianą i przez szparę obserwowałem, co działo się w środku. Chciałem wiedzieć. Miałem do tego prawo, bo pozbyłem się wszystkich mleczaków.

– Przestań ryczeć! Zrozumiano?! – wydzierał się ojciec, a matka zanosiła się płaczem, od którego dostałem gęsiej skórki na rękach. – Spakuj się, nawet teraz. – Mówiąc to, tata podszedł do szafy i zaczął z niej wyrzucać sukienki mamy. – Powiedziałem ci, że masz się zamknąć! – wrzasnął, a ja wstrzymałem oddech i poczułem, jak serce załomotało mi szybciej w piersi.

– Mam dość, Borysie! Rozumiesz?! – Z ust matki wydobył się długi jęk pełen bólu i cierpienia. – Za kilkanaście dni już mnie nigdy nie zobaczysz! – zawołała, płacząc.

Odsunąłem się od drzwi, nie chcąc zostać zauważonym. Wolałem nie widzieć, co działo się za drzwiami, a wszystko słyszeć.

Ciekawe, czy mamusia zabierze mnie ze sobą?

Rechot ojca odbijał się od ścian pokoju. Cofnąłem się o krok, czułem się nieswojo.

– Aleks pójdzie ze mną! W końcu będzie miał wymarzone zwierzę i normalny, kochający dom, jakiego potrzebuje dziecko!

– Uważasz, że nie stworzyłem mu idealnego domu?! Jak śmiesz tak mówić?! Jesteś niewdzięczną kobietą, Izabello! Dałem ci więcej, niż powinienem! Wiesz, jak będzie? Powiem ci! Uciekniesz do swojego kochasia z bękartem, którego w sobie nosisz, i będziecie we trójkę zlizywali tynk ze ścian! Aleks zostanie ze mną, bo żaden mądry sędzia w tym kraju nie powierzy dziecka takiej kretynce!

Usłyszałem zbliżające się kroki, więc ukucnąłem pod ścianą i ukryłem twarz między kolanami. Ojciec przeszedł obok, wcale mnie nie zauważając. Podniosłem głowę i patrzyłem, jak szedł po schodach. Stanąłem i spojrzałem za siebie, prosto w zszokowaną twarz matki.

– Aleks, dziecko… Co ty tutaj robisz? – zapytała, ocierając brzegiem swojej bluzki zapłakaną twarz. Pochyliła się, by nasze oczy znalazły się równym poziomie. – Czy słyszałeś naszą rozmowę. Moją i tatusia?

Otworzyłem usta i łapałem powietrze ustami. Nie chciałem przysparzać mamie dodatkowych trosk, więc zaprzeczyłem.

– Aleks, spójrz na mnie – poprosiła mama. – Czy coś usłyszałeś? – Jej oczy wciąż wypełnione były łzami.

Tylko oddychaj, nawet głośno – myślałem, wpatrując się w podpuchnięte miejsca pod oczami, na których pojawiły się cienkie, fioletowe żyłki.

– Nie, mamo – skłamałem i zobaczyłem, jak odetchnęła z ulgą.

Wtedy zrozumiałem, że kłamstwo potrafi być pożyteczne. Gdybym powiedział prawdę, matka byłaby smutna, a usłyszawszy nieprawdę, znacząco się uspokoiła, zaś rysy jej twarzy wyraźnie się rozpogodziły.

– Wstawaj, Aleks! To twój wielki dzień! – zawołała mama, rozsuwając zasłonki na przeciwne strony, by wpuścić jak najwięcej promieni słonecznych do mojego pokoju. Najpierw otworzyłem jedno oko, za chwilę kolejne i ziewnąłem ospale. – Wstawaj, śpiochu! Jeden raz w życiu obchodzi się dziewiąte urodziny! – Jej głos wydawał się taki dźwięczny.

Usiadłem na łóżku i przyjrzałem się mamie. Była wesoła. Niebieskie oczy tryskały iskrami szczęścia, a usta rozciągały się w uśmiechu. Przetarłem dłońmi powieki, chcąc się upewnić, że nic mi się nie przywidziało. Mama wydawała się radosna niczym skowronek. Uśmiechnąłem się do niej, czując, że ten dzień będzie niepowtarzalny! Zerwałem się z łóżka i przytuliłem do jej brzucha.

– Aleks, ostrożniej – poprosiła mama, mierzwiąc moje jasne włosy. Nagle schyliła się i pocałowała mnie w czoło, a ja oparłem głowę na jej ciepłych i miękkich wargach. – Życzę ci, synku, by spełniły się wszystkie twoje marzenia. Te małe i te wielkie, bo świat pozbawiony marzeń będzie tylko światem. A ja chcę, by spełnione marzenia stały się twoim życiem. Takim najwspanialszym. Kocham cię, Aleksandrze – wyszeptała do mojego ucha, a ja wtuliłem się jeszcze mocniej w jej ciało.

– Dziękuję – wymruczałem. A potem spojrzałem głęboko w jej niebieskie oczy, które lśniły. – Mamo… A czy to życie da mi pieska? – zapytałem z nadzieją.

Z oczu mamy zszedł blask i już wiedziałem, jak zabrzmi odpowiedź. Cofnąłem się, czując, że pod powiekami zapiekły mnie łzy. Położyłem się na łóżku, a twarz ukryłem pomiędzy poduszkami.

– Dlaczego nie mogę dostać psa? Dlaczego?! – zapytałem z pretensjami.

– Kochanie, może musisz zaczekać na odpowiedniego psa? Gdybyś otrzymał zwierzaka dzisiaj, nie byłby on wyjątkowy, bo zawsze myślałbyś o nim jak o urodzinowym prezencie. A ten wyjątkowy pojawi się w twoim życiu zupełnie niespodziewanie. Spojrzysz na niego i pokochasz go od pierwszego wejrzenia.

Słowa mamy dotarły do mojego serca i sprawiły, że jej uwierzyłem. Chciałem mieć wyjątkowego psa i mogłem na niego zaczekać. Miałem też wyjątkowego przyjaciela, z którego nosa wciąż leciała krew. Dla wszystkich dzieci Jaś był dziwolągiem, a ja uważałem, że wszyscy tak myślący nie mieli racji. Jaś był po prostu kimś innym. Kimś niezwykłym. Uniosłem zapłakaną twarz i pozwoliłem, by palce mamy otarły resztki łez.

– Obiecuję ci, że niedługo znajdziemy tego jedynego i wyjątkowego psa, dobrze?

– Obiecujesz? – zapytałem, czując się ponownie szczęśliwy.

– Obiecuję – odparła i przytuliła mnie do siebie.

Lubiłem trwać w takiej pozycji, bo czułem się bezpieczny.

– Aleks, ściągaj piżamkę i przebieraj się w ubranie, które leży na krześle. – Mówiąc to, mama wskazała na przygotowane przez siebie bluzkę w paski i granatowe spodenki. – Zejdź do kuchni na śniadanie, bo mam dla ciebie pierwszą niespodziankę.

– A ile będzie tych niespodzianek?

Mama przewróciła oczami i uśmiechnęła się tajemniczo.

– Kilka – odparła, po czym wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Spełniłem grzecznie jej polecenie i skradając się na palcach, poszedłem do kuchni, gdzie czekały na mnie balony! Mnóstwo balonów! Kolorowe szaleństwo! Uśmiechnąłem się i zaklaskałem, czując się tak bardzo szczęśliwy.

– Udała się niespodzianka? – zagadnęła niespodziewanie mama i wtedy odwróciłem się do tyłu, by na nią spojrzeć.

– Taaak! – zapiszczałem z ekscytacją.

– Zawiąż sznurowadło – poprosiła, spoglądając na moje tenisówki.

Ukucnąłem pod kuchennym blatem i zacząłem robić pierwszy supełek.