VERATH ALTHUUN - Dariusz Bujalski - ebook

VERATH ALTHUUN ebook

Dariusz Bujalski

0,0

Opis

Na pierwszy rzut oka to opowieść, która mogłaby należeć do świata klasycznego fantasy — pełna magii, pradawnych ruin i bohaterów kroczących ku nieznanemu.

Arel, wędrowiec bez wspomnień, trafia w miejsce, którego praw i zasad nikt nie potrafi wytłumaczyć. Wyrusza w podróż, która ma przynieść odpowiedzi, lecz każdy krok odkrywa coraz mroczniejsze warstwy rzeczywistości.

To historia o poszukiwaniu siebie, o cenie prawdy i o granicach, które istnieją tylko do chwili, gdy ktoś odważy się je przekroczyć. Zakończenie zaskoczy nawet tych, którzy są pewni, że wiedzą, dokąd prowadzi ta droga.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 397

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

Verath Althuun

 

Darek Bujalski

 

Wydanie drugie

 

ISBN 978-83-976964-2-6

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę dedykuję mojej ukochanej żonie Ewie

 

 

 

 

Prolog

 

Błysk.Za nim następny.

Usłyszał szczekanie psów. Ludzie z latarniami oddalali się od niego.

W świetle księżyca ujrzał dziewczynę — może piętnastoletnią, bardzo szczupłą, niemal wychudzoną. Miała na sobie mocno znoszoną suknię o nieokreślonym kolorze, która choć podarta i sprana, była czysta, jakby ktoś mimo wszystko starał się ją utrzymać w porządku. Rude włosy, rozczochrane i splątane, błyszczały w blasku jak żywy ogień.Twarz, usiana piegami, była zbyt surowa, by nazwać ją piękną, ale miała w sobie coś, co przyciągało wzrok — może przez przenikliwe oczy, a może przez sposób, w jaki stała. Niewinna, a jednocześnie gotowa do walki.

Dziewczyna przyłożyła palec do ust i szepnęła:

— Ciii…

Nie spuszczała z niego wzroku.

Drugą ręką dała mu znak, by szedł za nią.

Ruszyli cicho przez las, ostrożnie stąpając między korzeniami i mokrymi liśćmi. Las zdawał się wstrzymywać oddech; tylko z oddali dochodziło ujadanie psów. Dziewczyna prowadziła go pewnie, jakby znała każdy kamień i każdą ścieżkę. Wkrótce dotarli na niewielką polanę ukrytą głęboko między drzewami

Nagle z zarośli wyskoczyło zwierzę.

Ogromne, czarne, przypominające wilka, ale znacznie od niego. Poruszało się z niesamowitą gracją, jakby każdy jego krok był przemyślany i wyważony.

W jego obecności nawet noc wydawała się gęstsza. Sierść lśniła w blasku księżyca, gęsta i ciemna. Mięśnie grały pod skórą, tworząc harmonijne, idealne proporcje. Oczy — jarzące się delikatnym, nienaturalnym światłem — patrzyły na niego z uwagą. Nie było w nich ślepej wściekłości, lecz czysta świadomość, czujność, rozum.

Zamarł.Odruchowo zasłonił dziewczynę swoim ciałem, ale ta wysunęła się zza niego i uniosła rękę.— Nie bój się — powiedziała spokojnie.

Bestia zatrzymała się, powarkując nisko, po czym — jakby posłuszna niewidzialnemu rozkazowi — opuściła łeb i wycofała się w ciemność.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Kim ty jesteś? — zapytał szeptem.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.

— Póki co… jedyną osobą, która cię tu nie chce zabić.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I – Sariel

 

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

— Nie rozumiem. Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie zabić?

Dziewczyna zawahała się. Jej spojrzenie na moment pociemniało.

— Bo nie jesteś stąd. I ktoś bardzo się boi, że sobie przypomnisz, kim naprawdę jesteś.

Spuściła wzrok, jakby zbierała myśli.

— Od wczoraj… ludzie od Strażnika. A może nawet od samego Nadzorcy. Nie wiem.

Chodzili po wsi, rozpytywali. Mówili, że szukają kogoś bardzo groźnego. Kogoś, kto może… zburzyć porządek tego świata.

Zamilkła na chwilę.

— Pokazywali rysunek. Nie był dokładny, ale… trochę cię przypominał.

Ludzie bali się zadawać pytania. Kazali dzieciom zostać w domach.

Spojrzała na niego ostrożnie, jakby mierzyła jego reakcję.

— Jeśli to naprawdę ty, to musisz być kimś... bardzo ważnym. Albo bardzo niebezpiecznym.

Zrobił krok do tyłu i ściszył głos jeszcze bardziej.

— Czy… możesz mi jakoś pomóc? — zapytał.

Zawahała się, ściskając dłonie.

— Nie… właściwie sama nie wiem, co robić. Batko powiedział, że mam bardzo uważać. Boję się, że gdyby cię zobaczył, kazałby cię wydać.

— Kto to jest Batko? — zapytał.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie pozostało poważne.

— Batko to mój ojciec. Tak go zawsze nazywałam. To on mnie wychował... sam, po śmierci mamy. Zajmuję się nim, odkąd zachorował. A on... pilnuje, żebym nie włóczyła się po lesie.

Zrobiła krótką pauzę, jakby chciała coś dodać, ale się wahała.

— Jest dobry. Tylko... bardzo strachliwy. Zawsze mówi, że trzeba się trzymać z daleka od spraw, które nie są nasze. I boję się, że gdyby cię zobaczył... nie potrafiłby cię ukryć.

Nie dlatego, że chce źle. Tylko... dlatego, że tak bardzo się boi.

Stał przez chwilę bez słowa. Potem odetchnął głęboko i powiedział cicho:

— Nie wiem, co tu robię. Nie wiem, dlaczego ktoś chciałby mnie zabić. Nie wiem, dlaczego mnie wszyscy szukają.

Zawahał się.

— Nie wiem nawet, kim jestem.

Spojrzała na niego z uwagą, jakby próbowała go rozgryźć.

— Ja też nie wiem, kim jesteś — powiedziała cicho. — Ale... nie wyglądasz na człowieka takiego jak my. Wyglądasz na… wielkiego pana. Kogoś, kto nosił się dumnie. Może byłeś kimś ważnym. Może dalej jesteś.

Zamilkła na chwilę, po czym dodała:

— Nie umiem ci w tej chwili pomóc. Ale... zaprowadzę cię do osoby, która być może potrafi ci doradzić.

Bestia, która dotąd czaiła się w cieniu, podeszła ostrożnie. Obwąchała go, poruszyła ogonem i usiadła tuż przy nim, jakby chcąc pokazać, że go akceptuje. Nie wiedział, czy bardziej dziwi się temu, że bestia się przy nim uspokoiła, czy temu, jak naturalnie dziewczyna to przyjęła.

Uśmiechnęła się szerzej.

— Widzisz? On naprawdę cię polubił. A jeśli takie stworzenie ci ufa… to może znaczy, że jesteś dobrym człowiekiem.

— Nawet nie wiem, jak ci na imię — powiedział. — Zabierz mnie do tej osoby, której ufasz. Mam nadzieję, że mi pomoże.

Dziewczyna skinęła głową, ale zanim ruszyła, spojrzała na niego poważnie.

— Nazywam się Sariel — wyszeptała. — Ale nie mów nikomu. Tu imiona mają swoją cenę.

Zamilkła na chwilę, jakby sprawdzając, czy zrozumiał wagę jej słów. Potem, z lekkim zawahaniem, zapytała:

— A jak mam mówić do ciebie?

Roześmiał się cicho, pierwszy raz od chwili, gdy ją spotkał.

— Nie wiem — odpowiedział, kręcąc głową. — Wymyśl coś.

Sariel przyglądała mu się przez chwilę, mrużąc oczy w zamyśleniu, jakby szukała odpowiedniego słowa. W końcu uśmiechnęła się lekko.

— Nazwę cię Arel — powiedziała miękko. — Tak miał na imię ukochany mojej przyjaciółki.

Myślę, że to ci się spodoba.

Uniósł brwi lekko zdziwiony.

— Arel?

— Tak — powiedziała, kiwając głową. — To dobre imię dla kogoś, kto zaczyna wszystko od nowa.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a potem Sariel lekko skinęła głową w stronę ścieżki.

— Chodź, Arel. Musimy się spieszyć.

Ruszyli ostrożnie, stawiając kroki po miękkim, wilgotnym mchu.

Las był gęsty, a nocne cienie wydawały się niemal namacalne, jakby chciały zatrzymać ich w miejscu. Gałęzie nisko zwieszały się nad ich głowami, czasem musieli się schylać, by przedrzeć się dalej. Szli wąską, ledwo widoczną ścieżką, którą tylko Sariel zdawała się znać.

Bestia szła obok, bezszelestna jak cień, czujnie rozglądając się wokoło.

Od czasu do czasu dziewczyna zatrzymywała się, nasłuchując — wtedy wszyscy troje zastygali w bezruchu, jakby las trzymał oddech razem z nimi. Gdzieś w oddali rozlegało się pohukiwanie sowy, a czasem szelest – może zwierzęcia, może czegoś więcej. Powietrze pachniało mokrą ziemią i żywicą.

Arel raz po raz musiał odrywać się od swoich myśli, kiedy korzenie drzew nieoczekiwanie wyrastały mu pod nogami.

Nagle Sariel odwróciła się do niego i powiedziała półgłosem:

— Niedaleko stąd jest miejsce, w którym się zatrzymamy. Potem… dalej musisz iść sam.

Spojrzał na nią z niepokojem, ale nie zdążył nic powiedzieć. Sariel położyła mu dłoń na ramieniu.

— Jeśli spotkasz Wiedźmę… powiedz jej, że jesteś ode mnie. Nic więcej. Ona zrozumie.

Przez ułamek chwili niepokój przemknął jej po twarzy.

— Będzie cię badać. Patrz jej w oczy i mów prawdę. Inaczej ci nie pomoże.

Przybliżyła się jeszcze trochę i szepnęła:

— I nie bój się. Ona nie jest twoim wrogiem.

Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.

— Dziękuję ci, Sariel — powiedział. — Nie wiem, dlaczego mi pomagasz, ale… jestem ci wdzięczny.

Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.

— Może dlatego, że kiedyś ktoś też podał mi rękę, gdy najbardziej tego potrzebowałam — szepnęła. — A może po prostu tak miało być.

Odwróciła się i wskazała mu ścieżkę tonącą w ciemnościach między drzewami.

— Idź teraz. I pamiętaj, nie patrz za siebie.

Gdy miał już ruszyć, Sariel zatrzymała go jeszcze gestem.

— Zaczekaj. To Vaekhan. Będzie ci towarzyszył.

Jeśli będziesz mnie potrzebował, po prostu wyślij go.

— Kocham go. Ale jeszcze nigdy nie obdarzył nikogo taką sympatią jak ciebie. Masz w sobie jakąś moc, Arel. Żegnaj.

Zniknęła w ciemnościach.

Vaekhan długo patrzył za nią. Chłonął zapach, który był tylko dla niego — delikatny ślad Sariel, wciąż obecny między drzewami.

Potem odwrócił się do Arela przodem, trącił pyskiem jego dłoń, jakby dawał znak, by ruszył.

Został tylko on, Vaekhan i ścieżka, która czekała.

Las jakby zamknął się za Sariel, gdy zniknęła między drzewami. Arel spojrzał przed siebie — ścieżka była ledwie widoczna. Obok niego szła bestia. Masywna, milcząca, czujna. Jej kroki były ledwie słyszalne, ale Arel czuł jej obecność – jak cień, który nie opuszczał go ani na krok.

Szli długo. Gałęzie szurały nad ich głowami, co chwila z oddali dobiegał trzask, jakby coś ich śledziło.

Arel próbował nie oglądać się za siebie – pamiętał słowa Sariel:

— „Nie patrz. Idź.”

Powietrze ochłodło i nasiąkło wilgocią. Gdzieniegdzie ze ściółki unosiła się lekka mgła. W pewnym momencie ścieżka przestała być ścieżką — prowadziła przez zarośla, między powalonymi drzewami i głębokimi, ciemnymi kałużami.

W końcu dotarli do miejsca, w którym drzewa rozstępowały się nieco, tworząc półokrągłą polanę. Na jej skraju, niemal wrośnięta w ziemię, stała niska, omszała konstrukcja — ledwie widoczna w mroku.

Ziemianka.

Jej wejście przesłaniały korzenie i sucha trawa. Nie było światła ani dymu z komina.

Ze środka nie dochodził żaden odgłos. Arel zatrzymał się i spojrzał na bestię. Ta napięłą mięśnie, jakby czekała na znak.

Z bliska ziemianka wydawała się skromna i prosta, a jednak kryła w sobie coś, co kazało trzymać się od niej o krok dalej. Jej ściany porastały gęste mchy i porosty, spośród których przebijały drobne liście i kwiaty, jakby sama ziemia nie chciała pozwolić jej całkiem zniknąć w ciemności. Dach był częściowo zapadnięty i odsłaniał skrawek nieba, lecz wciąż wystarczał, by chronić to miejsce przed deszczem.

Tuż obok, na obrzeżach polany, biło niewielkie źródło. Strumień czystej, przejrzystej wody wypływał spod korzeni rosnącego nieopodal drzewa i snuł się między kamieniami oraz mchem, prawie bezgłośnie. Na jego powierzchni drżały odbicia gwiazd, a całość sprawiała wrażenie, jakby to sam las tchnął w to miejsce życie.

Wokół źródła rosły rzadkie rośliny, a ich liście lśniły od wilgoci. Zapach mokrej ziemi mieszał się ze świeżością wody, niosąc ze sobą dziwny, kojący spokój. Powietrze było chłodne i nieruchome, jakby to miejsce zapraszało do odpoczynku, a zarazem ostrzegało, by zachować czujność.

Zrobił krok naprzód. Ziemia pod jego stopami wydała głuche stęknięcie.

Arel już miał podejść bliżej, gdy usłyszał cichy szelest. Z wnętrza ziemianki wysunęła się sylwetka kobiety. Była wysoka i smukła, ubrana w prostą, ciemną suknię, która poruszała się lekko, jakby muskał ją wiatr, choć wokół panował bezruch. Jej włosy były ciemniejsze od nocy, a oczy jaśniejsze niż księżycowe światło. Była piękna — tak bardzo, że przez krótką chwilę nie potrafił nabrać powietrza.

Vaekhan warknął ostrzegawczo, lecz nie ruszył się z miejsca. Kobieta spojrzała na niego spokojnie, a bestia powoli usiadła, opuszczając ogon i wpatrując się w nią błyszczącymi, mądrymi oczami — pełnymi niepokoju i szacunku.

Kobieta przeniosła wzrok na Arela.

— Jesteś od Sariel — powiedziała łagodnie. Nie pytała. Po prostu wiedziała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II – Wiedźma

 

Stał naprzeciw niej nieruchomo. Nie mógł oderwać wzroku — nie tylko z powodu jej urody, ale też dlatego, że coś w niej… drżało. Była jak napięta struna ukrytej melodii. Czuł, że jeśli się odezwie, może wszystko zmienić. Albo wszystko zniknie.

Jej obecność była intensywna, niemal przytłaczająca. Zdawało mu się, że wokół nich zamknęła się niewidzialna granica. Działo się coś dziwnego, a jednak naturalnego i znajomego.

— Jesteś od Sariel — powtórzyła kobieta spokojnym i miękkim głosem, a jednak nie pozostawiającym miejsca na sprzeciw.

Arel przełknął ślinę, czując suchość w gardle.

— Tak — odpowiedział w końcu. — Nie wiem, kim jestem. Ale ona mówiła, że… ty możesz wiedzieć więcej.

Kobieta zbliżyła się o krok. Jej spojrzenie przeniknęło go na wylot, jakby chciała zajrzeć aż do najgłębszych zakamarków jego myśli. I wtedy poczuł to — coś, co zbliżało go do tajemnicy, ale jednocześnie budziło niepokój.

— Nie pytaj o moje imię — powiedziała cicho. — Jeszcze nie. Najpierw muszę zajrzeć głębiej.

Uniosła rękę. Vaekhan zamarł. Patrzył tylko, czujny i milczący, jak stworzenie, które rozumie więcej, niż powinno.

— Wejdź — powiedziała, wskazując ciemny otwór ziemianki. — Zanim będzie za późno.

Wszedł powoli do środka. Bestia ruszyła za nim i ułożyła się przy wejściu, niczym wartownik pilnujący granicy między światem a czymś, czego Arel jeszcze nie rozumiał.

Wnętrze było większe niż się spodziewał. Niskie sklepienie z korzeni wisiało tuż nad jego głową, a ściany ginęły pod pękami ziół, suszonych kwiatów i przedmiotów, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. Niektóre przypominały maski, inne wyglądały jak kości.

Pachniało mokrą ziemią, dymem i czymś, czego Arel nie potrafił nazwać — gorzkimi ziołami, żywicą albo magią tak starą, że dawno przestała potrzebować imienia.

Migotliwy blask ognia pełzał po omszałych ścianach, po butelkach, pękach suszonych liści i słojach wypełnionych substancjami, których barwa zmieniała się przy każdym drgnieniu płomienia. Jego wzrok przyciągnął przedmiot, który nie pasował do reszty ziemianki. Stał samotnie w cieniu, na niskim, kamiennym postumencie, jak relikwia pozostawiona przez dawno zapomniane bóstwo. Była to złota czara, choć słowo „naczynie” wydawało się wobec niej zbyt ubogie. Jej powierzchnię pokrywały runy wyryte z taką precyzją, że zdawały się pulsować własnym światłem. Na obrzeżu czary mieniły się świetliste punkty, żywe i niespokojne, układające się w schematy, które przesuwały się powoli niczym konstelacje pod zamkniętym niebem.

Czara nie miała dna. A przynajmniej tak się wydawało. Jej wnętrze było czarne i tak głębokie, że wzrok nie znajdował w nim żadnego oparcia. Gdy Arel spojrzał głębiej, poczuł, że coś mu odpowiada — nie głosem, lecz ruchem, ledwie uchwytnym drżeniem.

Wydobywał się z niej subtelny dźwięk. Prawie niesłyszalny, ale wibrujący w klatce piersiowej, w kościach, w samym sercu. Arel nie był pewien, czy słyszy go uszami, czy umysłem.

Coś w tej czarze sprawiało, że świat wokół wydawał się cichszy, odleglejszy, mniej ważny.

— Co to jest? — zapytał cicho, zachrypniętym głosem.

Wiedźma, która dotąd patrzyła na niego spokojnie, nagle spochmurniała. Jej spojrzenie stwardniało, a usta zacisnęły się w wąską linię. Cień przesunął się po jej twarzy, a w oczach pojawił się gniew — nie tyle na niego, ile na samą siebie.

Drgnęła, jakby coś w niej pękło. Zrobiła krok w jego stronę, uniosła dłoń, odruchowo, jakby chciała zasłonić czarę przed jego wzrokiem.

— Nigdy. Nigdy więcej nie patrz na to… — warknęła ostrym, ściszonym głosem.

— Nikt nie może się dowiedzieć, że to widziałeś.

Odwróciła wzrok, zaciskając pięści, a potem syknęła, bardziej do siebie niż do niego:

— Nie powinnam… nie powinnam była ci tego pokazać.

W jej głosie było coś więcej niż gniew. Jakby to, co Arel zobaczył, było sekretem, którego nawet ona nie chciała znać.

— To jedno z najstarszych narzędzi, jakie przetrwały. Należało do tych, którzy zbudowali ten świat. I nie znalazło się tu przez przypadek.

Każde jej słowo opadało ciężko, jakby wypowiadała coś, czego od dawna bała się nazwać. Ale w jej oczach czaiło się coś jeszcze — cień strachu. Jakby dotknęli czegoś, co powinno zostać zakopane głębiej niż ktokolwiek mógłby sięgnąć.

Czara pulsowała cichym światłem, a jej dźwięk stale drgał w powietrzu — jak echo, jak szept pradawnej mocy, której istnienie samo w sobie było niebezpieczne.

Przez chwilę słychać było tylko dźwięk i trzask ognia.

Kobieta stała naprzeciw niego, opierając się lekko o drewnianą laskę. Cień płomieni przesuwał się po jej twarzy, wydobywając ostre rysy i sprawiając, że wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Jej spojrzenie przeniknęło go na wskroś, jakby widziała wszystko, co skrywał głęboko w sobie. Miał wrażenie, że zapada się w siebie, a obrazy i emocje, których nie rozpoznawał, wypływają z głębi jego umysłu.

— Nie swój. Nie z tego świata — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.

Arel poczuł, jakby przez jego ciało przebiegł lodowaty dreszcz.

— Siadaj — nakazała, wskazując miejsce przy ogniu.

Usiadł ostrożnie, starając się nie rozglądać za bardzo po ziemiance. Kobieta usiadła naprzeciwko i przez dłuższą chwilę mierzyła go wzrokiem. Cienie tańczyły na ścianach, a każde trzaśnięcie ognia zdawało się zbyt głośne.

Po chwili przesunęła się bliżej i uklękła naprzeciwko niego, jej ruchy były precyzyjne, ciche, niemal rytualne. Położyła obie dłonie na jego skroniach. Jej palce były chłodne jak kamień.

— Nie walcz — szepnęła. — To, co zobaczysz, nie należy ani do przeszłości, ani do przyszłości. To prawda, która była z tobą od zawsze. Ukryta.

Arel zamknął oczy. Świat ucichł. Poczuł, że grunt pod świadomością zaczyna mu się osuwać, jakby coś wyciągało z niego wspomnienia, obrazy, emocje, których nie znał.

A potem — błysk.

Nie swój. Nie z tego świata.

Gdy otworzył oczy, kobieta już nie dotykała jego skroni. Wpatrywała się w niego, ale inaczej niż wcześniej. Teraz nie próbowała już ukrywać strachu.

— Nie jesteś stąd — powiedziała nerwowym głosem. — Ale jesteś tu, bo masz do zrobienia coś wielkiego.

Zamilkła na chwilę, jakby ważyła każde słowo. Spojrzała na niego smutnym, niemal przepraszającym wzrokiem.

— Nie jesteś stąd… ale tak naprawdę nie jesteś stąd. Nie z tej ziemi. Nie z tego czasu. Nawet nie z tego porządku.

Wzięła głęboki oddech, a jej głos zadrżał.

— Widzę tylko tyle: nie możesz ufać niczemu, co zobaczysz. I niczemu, co usłyszysz. Zdaj się na swój instynkt, on cię nie zawiedzie.

Jesteś poza zasięgiem mojej mocy.

— Boję się ciebie.

Wiedźma przez długą chwilę nie odrywała od niego wzroku. Jej spojrzenie jeszcze przez moment tkwiło w nim, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jego twarzy, a potem złagodniało. Odetchnęła głęboko.

— Jesteś zmęczony. Zmęczenie jest tutaj naturalne. Świat, który widzisz, jeszcze cię nie rozpoznaje. Ale nie martw się — jeśli będziesz uważnie patrzył, nauczysz się, jak go zmieniać.

Urwała, jakby właśnie przekroczyła granicę tego, co wolno jej było powiedzieć.

— To dobre zwierzę — powiedziała w końcu, kiwając głową w stronę Bestii. — Jego lojalność nie wzięła się z przypadku.

Arel nie wiedział, co powiedzieć. Wciąż nie był pewien, czy kobieta mu ufa, czy tylko go testuje. Nie wiedział nawet, czy on sam jej ufa.

— Nie jesteś pierwszy, który tu trafia — zaczęła nagle. — Ale dawno nie widziałam nikogo podobnego do ciebie.

Kobieta uśmiechnęła się krótko, bez cienia ciepła.

— Jeszcze nie wiem. Ale wiem, kim nie jesteś. Nie pasujesz tu…

Vaekhan podszedł bliżej i usiadł przy Arelu, jakby chciał go wesprzeć swoją obecnością. Jego bliskość dodała mu nieoczekiwanego spokoju. Wiedźma przyjrzała się zwierzęciu i po raz pierwszy wyglądała mniej surowo.

— On też jest inny. Tyle że zna swoje miejsce.

Arel pogładził Vaekhana po łbie. Nie wiedział, co odpowiedzieć.

Wiedźma przez chwilę jeszcze się wahała, po czym odwróciła się i zaczęła przygotowywać coś przy ogniu.

— Teraz odpocznij. A Bestia zostanie przy tobie.

Wiedźma podeszła do ciemnego kotła zawieszonego nad żarem i zanurzyła w nim drewnianą chochlę. Wywar był gęsty, pachniał korą, ziołami i czymś słodko-gorzkim, niepokojącym. Podała mu glinianą misę.

— Wypij. Zjedz. Potem się połóż. Jutro przyjdzie czas na pytania.

Arel upił pierwszy łyk. Smak był dziwny, ale kojący. Ciepło rozeszło się po jego wnętrzu powoli, uspokajając drżenie mięśni. Wiedźma spojrzała z czułością na Vaekhana, który leżał tuż przy progu, z czujnie uniesionymi uszami.

— Ty też coś dostaniesz do jedzenia — powiedziała łagodnie.

A potem pochyliła się nieco bliżej i dodała niemal szeptem:

— Przynajmniej ty wiesz, kim jesteś.

Arel zasnął niemal od razu po ostatnim łyku wywaru. Ciepło ognia i zapach suszonych mchów powoli odciągnęły go od rzeczywistości. Ale nie śnił. Nie było obrazów ani głosów. Żadnych wizji. Tylko ciemność. I cisza.

Obudził się tak nagle, jakby coś wyrwało go ze snu siłą. Otworzył oczy — ogień w palenisku wciąż się tlił, rzucając drgające cienie na ściany ziemianki. Wiedźma siedziała dokładnie tam, gdzie wcześniej: nieruchoma, milcząca, z zamkniętymi oczami. Oddychała powoli. Vaekhan leżał obok niego, czuwając. Jego oddech był równy i głęboki.

Arel podniósł się. Coś się zmieniło. Jakby zniknęła część ciężaru, którego wcześniej nawet nie zauważał.

Cicho wyszedł z ziemianki. Las o świcie wyglądał inaczej — nie był już groźny, lecz majestatyczny. Między drzewami unosiła się lekka mgła, a światło przeciskało się szerokimi smugami między gałęziami. Rosa błyszczała na liściach i pajęczynach rozwieszonych między gałęziami. Z oddali dochodził śpiew ptaków i szelest poruszanych wiatrem koron.

Arel ruszył w stronę strumienia. Woda była krystaliczna. Zanurzył w niej dłonie. Lodowaty dotyk natychmiast go otrzeźwił, a napięcie, które od wczoraj ściskało mu kark i ramiona, zaczęło powoli ustępować.

Poczuł się silniejszy, gotowy na wszystko, co miało nadejść.

Po chwili wrócił do ziemianki, gdzie Wiedźma czekała już przy ogniu — poważna, ale spokojniejsza niż wcześniej.

— Nazywam się Mireth — powiedziała cicho, niemal ze smutkiem.— Nikt nie zna mojego imienia. Ale czuję, że ty… ty musisz wiedzieć, kim jestem. Wyjdźmy na zewnątrz, pokażę Ci drogę.

Kiedy znaleźli się na zewnątrz. Mireth zatrzymała się naprzeciw niego. Jej głos był spokojny, ale w słowach pobrzmiewała smutna nuta.

— Im dłużej na ciebie patrzę, tym mniej rozumiem, kim… albo czym naprawdę jesteś.

Mireth nie zdążyła powiedzieć nic więcej, gdy coś przerwało ciszę poranka.

Najpierw był tylko trzask — jak łamana gałąź. Potem kolejny — bliższy i cięższy, jakby coś ogromnego torowało sobie drogę przez las. Ptaki zerwały się z drzew z gwałtownym furkotem.

Z krzaków wyrwał się cień. Ogromna sylwetka, parująca od wilgoci, z czarną, zmierzwioną sierścią. Zwierzę przypominało niedźwiedzia, ale jego oczy świeciły nienaturalnym blaskiem. Pysk był zbyt wydłużony, zęby zbyt długie. To nie był niedźwiedź. Stwór ryknął i rzucił się w ich stronę, miażdżąc krzewy i ściółkę, jakby były papierem.

Vaekhan natychmiast zerwał się z miejsca i stanął między bestią a Arelem, warcząc nisko, głucho, aż ziemia zadrżała pod stopami.

Mireth zrobiła krok w tył, szukając czegoś przy pasie.

Arel nie myślał.

W jego ciele coś się obudziło — coś, co nie potrzebowało rozkazów ani nauki.

 

W mgnieniu oka dopadł do Mireth i wyrwał jej zza pasa zakrzywiony nóż z błyszczącą klingą i rękojeścią owiniętą surową skórą.

 

Zwierzę skoczyło naprzód.

Arel zrobił unik, jakby ćwiczył to setki razy. Zsunął się nisko, prześlizgnął się pod pazurami bestii, tnąc jej bok jednym, płynnym ruchem. Ciemna, gęsta krew trysnęła na mech.

Stwór ryknął, zawrócił, próbując uderzyć go tylną łapą. Arela już tam nie było.

Podbiegł z drugiej strony, odbił się od jednego z drzew i zeskoczył na grzbiet potwora. Ostrze wbiło się głęboko, tuż pod łopatkę.

Potwór zawył z bólu tak głośno, że ptaki poderwały się nawet z dalszych koron. Miotał się wściekle, próbując zrzucić Arela, ale on trzymał się mocno, jakby znał każdy ruch tej walki.

— Teraz! — krzyknęła Mireth.

Vaekhan doskoczył i wgryzł się w gardło potwora.

Arel zeskoczył z grzbietu i dźgnął raz jeszcze. Wbił nóż ponownie, aż po rękojeść.

Zwierzę zaryczało po raz ostatni i padło na bok z głuchym łoskotem. Jeszcze przez chwilę drgało, potem zamarło.

Przez kilka uderzeń serca słychać było tylko oddech Arela. Krew ściekała z ostrza na mech.

Mireth patrzyła na niego w milczeniu.

Jego ręce — pewne, nieroztrzęsione — same ułożyły nóż tak, by oddać go kobiecie rękojeścią do przodu. Bez słowa. Jak ktoś, kto to robił tysiące razy.

Wiedźma zrobiła krok w jego stronę, nie spuszczając z niego wzroku.

— Na bogów… — szepnęła. — Naprawdę nie wiem, kim jesteś.

Siedzieli przy ognisku. Dym leniwie unosił się w górę. Słońce przebiło się przez korony drzew, a cień martwego stworzenia leżał już poza linią światła.

Mireth długo układała słowa w myślach. W końcu przemówiła:

— To, co tu zrobiłeś… to dopiero początek. W sąsiedniej krainie, po drugiej stronie Ciemnych Traktów, na zachodnim skraju puszczy, wznosi się samotne wzgórze. Tam znajdziesz miecz. Nie zwykły. Taki, który odpowie tylko na twój dotyk. Który rozpozna twoją prawdę.

— Musisz wyruszyć — powiedziała, patrząc na niego spokojnie.

Mireth przez chwilę milczała, splatając w dłoniach zioła.

— To, czego szukasz, nie jest zwykłym orężem — powiedziała. — Miecz spoczywa w miejscu zwanym dawniej Sanktuarium Miecza. Starsi znają je jeszcze jako Verathel. Od wieków ma jedno przeznaczenie i nie każdemu pozwoli się odnaleźć.

Arel uniósł wzrok.

— Skąd mam wiedzieć, gdzie szukać?

Wiedźma na chwilę zamilkła, szukając właściwej odpowiedzi.

— Gdy dotrzesz do miejsca, gdzie las milknie, a ziemia oddycha dziwnym światłem, znajdziesz Sanktuarium. Ale pamiętaj… prawdziwa odpowiedź nie leży w samym mieczu. Wszystko, co odkryjesz, prowadzi dalej — do skarbca Twierdzy Kręgu. Nie próbuj go szukać, dopóki nie będziesz gotów.

Mireth spojrzała na niego uważnie.

— Jeśli natkniesz się na fragmenty starej mapy, nie lekceważ ich. Zebrane razem wskażą drogę… nie do skarbca, lecz do miejsca, gdzie poznasz całą prawdę.

Jej głos złagodniał:

— Pamiętaj, Arel — nie każdy, kto szuka, chce naprawdę znaleźć.

Arel nie odpowiedział. Czuł, że nie ma wyboru. To było jak wezwanie.

Wiedźma podeszła do ciała zabitego stwora. Uklękła, po czym jednym precyzyjnym ruchem nacięła skórę przy karku i zaczęła oddzielać futro. Jej ruchy były szybkie, wprawne. Oczyściła skórę i natarła ją przyniesioną z ziemianki mieszaniną. Gdy skończyła, zwinęła futro ciasno i wręczyła mu pakunek.

— To wystarczy, by zapłacić za przejście przez granicę. Może też uratować ci życie, jeśli trafisz na kogoś, kto zna wartość tej skóry. Nie zbliżaj się do miasta o szklanych murach. Jeszcze nie. A jeśli spotkasz kogoś, kto zna twoje imię… nie ufaj mu.

Spojrzała na niego z powagą.

— Twoje pytania znajdą odpowiedzi. Ale najpierw... zdobądź miecz.

Arel podszedł do niej i spojrzał jej w oczy — ciemne, mądre. Zbliżył się i pocałował ją w czoło.

— Dziękuję — powiedział cicho.

— Cały czas mówisz, żeby nikomu nie ufać… A do tej pory spotkałem dwie osoby, którym mógłbym zaufać we wszystkim.

Uśmiechnął się lekko, ale w jego głosie pobrzmiewała powaga.

— Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Mam nadzieję… że dowiem się, kim jestem.

Mireth nie odpowiedziała, tylko skinęła głową — jedno, krótkie, głębokie skinienie. Jak pożegnanie.

Vaekhan podniósł się powoli. Jakby wyczuł, że nadszedł odpowiedni moment. Nie potrzebował rozkazu. Po prostu ruszył za Arelem, gdy ten odwrócił się od ziemianki.

Mireth patrzyła za nimi jeszcze przez chwilę. Potem zniknęła w cieniu wejścia, a las zamknął się wokół dwóch sylwetek — człowieka i bestii.