44,90 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 228
Rok wydania: 2024
Tytuł oryginału: Writing Down the Bones. Freeing the Writer Within
Przekład: Ewa Pater-Podgórna
© 1986, 2005 by Natalie Goldberg Preface to the Thirtieth Anniversary Edition © 2016 by Natalie Goldberg Foreword © 2016 by Julia Cameron Foreword © 2016 by Bill Addison © for the Polish edition 2024 by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o. This translation of Writing Down the Bones is published by Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o. by arrangement with Shambhala Publications, Inc. and Macadamia Literary Agency, Warsaw
Redakcja: Kamila Wrzesińska Korekta: Agnieszka Zygmunt-Bisek Projekt okładki: Sylwia Budzyńska Ilustracja na okładce: iStock, Olga_Z
ISBN 978-83-68021-74-5
Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o. ul. Marszałkowska 4 lok. 5 00-590 Warszawa www.relacja.net
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Wszystkim osobom, które uczyłam, uczę i będę uczyć
Życzę, byśmy spotkali się w niebiańskiej kawiarni i mogli pisać w nieskończoność
– JULIA, NO CHODŹ! Jest cudownie! – Głos Natalie Goldberg przebijał się przez ryk Rio Grande. Próbowała zachęcić mnie do pływania, zapewniając, że miejsce jest bezpieczne i spokojne. Wcale tak nie było. Prąd był silny i wyłącznie wytrawna pływaczka – taka jak Natalie – mogła rzucić wyzwanie tej głębi.
– No chodź! – zawołała ponownie. – Przeżyjesz zachwyt. – I tak, zarażona jej entuzjazmem, wstąpiłam w nurt rzeki, silny i szybki jednocześnie. Zaraz straciłam grunt pod nogami i zaczęłam krztusić się wodą. Natalie tylko się śmiała. – Czy nie jest cudownie? – wołała. – Spróbuj się rozluźnić.
Natalie poddawała się prądowi rzeki. – Doskonale ci idzie – zapewniała, podczas gdy ja w myślach pisałam swój nekrolog: „Pisarka skacze do wody i tonie”.
Gdy poproszono mnie o napisanie przedmowy do jubileuszowego, trzydziestego wydania książki Uwolnij wewnętrzny głos, złapałam się na wspomnieniu tamtego popołudnia nad Rio Grande i entuzjazmu Natalie, który skusił mnie do opuszczenia bezpiecznego brzegu. „Przecież ona uczy w ten sam sposób” – zdałam sobie sprawę. Ponad milion czytelników i czytelniczek podążyło za nią i z odwagą skoczyło w wielką głębię słów. „Po prostu się zanurz” – zachęca Natalie-nauczycielka. „Zacznij tam, gdzie jesteś”. Zainspirowani jej przekonaniem, że w każdym z nas kryją się żywe opowieści tylko czekające na spisanie, uczniowie Natalie zostawiają kolejne znaki na papierze, niesieni jej uskrzydlającymi wskazówkami. Uwolnij wewnętrzny głos to zbiór krótkich esejów. Zgodnie z tym, czego sama uczy, Natalie otwiera go esejem: Umysł, pióro i papier początkującego. Potem przychodzi czas, by odepchnąć się od brzegu. „Nie przerywaj pisania” – zaleca. „Niczego nie wykreślaj, nie przejmuj się pisownią, interpunkcją i gramatyką; odpuść kontrolę; nie myśl – szczególnie logicznie, uderzaj w najczulsze punkty”.
Innymi słowy – skacz na głęboką wodę.
– Masz ochotę na pomidora? – Dwadzieścia lat później spędzam z Natalie inne popołudnie. Tym razem stoimy przy blacie w jej kuchni, a ona namawia mnie, bym wzięła choć jeden soczysty kęs. Pomidor pochodzi z jej uprawy, zerwała go własnoręcznie. Choć nie nawykłam do wgryzania się w pomidory jak w brzoskwinie, Natalie pokazuje mi, ile odwagi trzeba, by zobaczyć w tym warzywie coś wartego zjedzenia samego w sobie, a nie tylko zwyczajny składnik potraw.
„Przecież ona uczy w ten sam sposób” – pojawiło się w mojej głowie. Wszystko jest kwestią pobudzenia apetytu. I kwestią spełnienia. Teksty Natalie są pełne smakowitych szczegółów. Zerwany w ogrodzie pomidor ma w sobie potencjał, by stać się bohaterem osobnego eseju.
„Wplataj do pisania oryginalne szczegóły” – poleca swoim uczniom i uczennicom Natalie. Nasze życie jest pełne detali takich jak dojrzały, czerwony pomidor jedzony prosto z krzaka. Teksty Natalie są jak pokarm dla ducha, a jej apetyt na życie porusza – jest o czym myśleć.
Santa Fe lipiec 2015 r.
GDY PRZEDSTAWIAM SIĘ jako krytyk kulinarny, który jeździ po kraju i za granicę, by smakować potrawy w restauracjach serwujących wszystkie możliwe kuchnie świata, często słyszę w odpowiedzi: „Ale niesamowita praca! Jak się w ogóle zostaje kimś takim?”. Krótka wersja odpowiedzi brzmi: w 2002 roku pożegnał się ze mną „Creative Loafing”, miesięcznik z wydarzeniami kulturalnymi z Atlanty. Odpowiedź pełna to: wszystko przez Natalie Goldberg i Uwolnij wewnętrzny głos.
Przyjaciółka z liceum sprezentowała mi kopię Głosu na moje dwudzieste pierwsze urodziny, w 1993 roku. Wiedziała, że uwielbiam jedzenie, i w dopisku na stronie tytułowej zasugerowała, że mógłbym napisać coś o restauracji, w której wspólnie pochłonęliśmy sterty pływających w sosie żeberek z grilla. Wskazówki zawarte w tej książce zacząłem jednak w pełni przyswajać dopiero rok później, po odebrania dyplomu uczelni wyższej. Studiowałem śpiew i aktorstwo i trzymałem się mocno utartych definicji sukcesu: albo człowiek od razu zdobywa sławę i staje się gwiazdą estrady lub srebrnego ekranu, albo jest skazany na porażkę. Wpadłem na pomysł, że ćwiczenia z pisania – podstawy podejścia opisanego przez Natalie Goldberg – pomogą mi w układaniu tekstów piosenek. Stało się jednak inaczej – pisanie stało się moim sposobem na utrzymanie, a książkę tę zacząłem traktować jak przewodnik po życiu.
„Potrzebujesz dać sobie jak najwięcej miejsca i nie określać celu” – mówi Natalie w trzecim eseju. (Na prowadzone przez nią warsztaty dotarłem wiele lat później, jednak intymny klimat, w jakim wypowiada się w książce, sprawił, że odniosłem wrażenie, jakbyśmy dawno przeszli na „ty”). Ta wskazówka uciszyła jęk w moim mózgu. Podobnie działała sama praktyka pisania: siadałem w kawiarni, notowałem jakiś temat na stronie notatnika i poruszałem piórem, nie zatrzymując się ani na chwilę, by zastanowić się, co właściwie piszę. Z początku moje sesje trwały dziesięć minut, stopniowo wydłużając się do dwudziestu, trzydziestu i wreszcie do godziny.
Praktyka pisania była w stanie pomieścić wszystko: krwiste mięso moich emocji i zamglone zwierciadła wspomnień. Przewróciłem do góry nogami każdy zakamarek mojego życia, ale ostatecznie stało się to, co Natalie zapowiedziała na stronie: „Pisarze na ogół kończą na pisaniu o swoich obsesjach”. Ja pisałem przede wszystkim o jedzeniu. W tamtym czasie często się przeprowadzałem i pracowałem w różnych restauracjach jako specjalista od deserów. Wypełniałem notatniki przemyśleniami na temat kruszonek owocowych (z płatkami owsianymi czy bez?), smaków lodów (a gdyby tak połączyć czerwoną pomarańczę z karmelem?), po czym płynnie przechodziłem we wspominki o zapiekance z dorsza, którą moja babcia przyrządzała w Wielki Piątek, albo o chiles rellenos, które tak mi smakowały w Arizonie. Głos i praktyka pisarska nauczyły mnie zaufania do własnego umysłu i przenoszenia moich myśli na papier w klarowny sposób.
To z kolei zaprowadziło mnie do mojego obecnego zajęcia: zawodowo piszę o jedzeniu. Po ośmiu latach pisarskich wprawek, idąc za radą Natalie, założyłem grupę pisarską, w której każdy zajmował się bliżej takim rodzajem tekstów, jaki był dla niego bądź dla niej najbardziej atrakcyjny. Miałem całe segregatory wycinków z recenzjami restauracji pisanymi przez najlepszych krytyków kulinarnych z całego kraju. Umówiłem się na spotkanie z wieloletnim felietonistą „Creative Loafing”, który z kolei skontaktował mnie z redaktorką do spraw kulinarnych tego tytułu. Okazało się, że szuka nowego krytyka i dała mi próbne zadanie – miałem zrecenzować podmiejską włoską knajpę The Roasted Garlic. Dwukrotnie wybrałem się tam na kolację i nadeszła pora, by zabrać się za pisanie. Panika obezwładniła mnie zupełnie, wpatrywałem się tępo w ekran laptopa. Jak tu zacząć? Ach, no tak: narzucić sobie dyscyplinę czasową. Umówiłem się ze sobą na dwadzieścia minut. Czas – start! Opisałem olbrzymie dania obsypane skarmelizowaną cebulką, mozzarellą i kiełbasą i stosy pudełek na wynos, w których zabieraliśmy niedojedzone porcje. Zawiązała się opowieść; czułem się pewien swoich opinii. Po oddaniu tekstu przyszła odpowiedź redakcji: „Naprawdę nigdy wcześniej się nie publikowałeś? Masz bardzo mocny głos”. Redaktorka zleciła mi kolejne recenzje. Każdą z nich rozpoczynałem od praktyki pisarskiej (wciąż tak robię). Dziewięć miesięcy później dostałem w tej gazecie etat; cztery lata doświadczenia w tym miejscu otworzyły mi drogę do publikacji gościnnych w „San Francisco Chronicle”, „Dallas Morning News”, „Atlanta Magazine” i wreszcie do obecnego stanowiska w „Eater”.
Przez te wszystkie lata czułem niesłabnący zachwyt dla Głosu – ta książka to coś więcej niż motywacyjny przewodnik dla początkujących pisarzy. Bliżej jej do literackiej biografii pisarki. Natalie udokumentowała proces, przez który przeszła, dzięki czemu dziś jest w stanie spotkać się z czytelnikami w dowolnym punkcie ich drogi. Gdy czuję się osamotniony w sztuce pisania albo gdy coś mnie blokuje czy coś jest niejasne – sięgam po Głos i zawsze znajduję w nim pocieszenie i ulgę. (A do tego po lekturze mam straszą ochotę na czekoladę). Nieważne, czy jesteś uznanym powieściopisarzem, początkującą eseistką, dziennikarzem śledczym, nad którym wisi termin, czy po prostu istotą ludzką, która pragnie głębszego wejścia w swoje życie – mądrości zawarte w tej książce stanowią zbiór niezwykle przydatnych narzędzi, dzięki którym pisarze i pisarki wyrażają się z jeszcze większą pełnią. I mówię to z perspektywy dwudziestu dwóch lat doświadczeń.
Atlanta, Georgia lipiec 2015 r.
NAJLEPSZA ROBOTA, jaką w życiu złapałam, polegała na tym, że na dwa lata objęłam stanowisko poetki-rezydentki w dużej szkole podstawowej w centrum miasta Minneapolis w stanie Minnesota. Razem z uczniami studiowaliśmy dzieła wielkich twórców japońskiego haiku, wiersze D.H. Lawrence’a, Williama Carlosa Williamsa, Franka O’Hary, a nawet kilka akapitów Gertrudy Stein. Pod koniec pierwszego roku mój szacunek do uczniów był ogromny. Nie dyskryminowałam ich ze względu na wiek, nie zachowywałam się protekcjonalnie. Pokazywałam im nawet wiersze, które wtedy pisałam – skomplikowane, gęste od znaczeń utwory – i ufałam ich reakcjom. Trzecioklasiści, których spotkałam na swojej drodze, byli niezwykle otwarci i szczerzy, a mimo to nieskażeni doświadczeniem, choć potrafili już czytać i pisać – połączenie idealne. Wracam do tego myślami dzisiaj, co niezwykłe; jest maj, żonkile w końcu wyszły z ziemi w naszym północnym klimacie, a ja przeczytałam w klasie długi lament, który napisałam na temat wszystkich ludzi, których znałam, kochałam i straciłam.
Po skończonym czytaniu pokręciłam głową z rezygnacją. „Nie mam pomysłu na tytuł. Pomożecie?”.
Siedzący w pierwszym rzędzie szczupły dziewięciolatek, kościsty i pociągły, w białym T-shircie i beżowych spodniach, przechylił głowę i podniósł rękę. Zdarza mi się zapominać, jak ma na imię, więc w głowie nadałam mu swoje, które wydaje mi się bardzo zbliżone do właściwego: Raphael Lamar James. Odezwał się czystym, wyważonym głosem – a wiązy za oknem aż buchały pierwszym ładunkiem zieleni:
– Pani Goldberg, co pani powie na „Niech świat wróci do moich korzeni”?
– Skąd to wziąłeś? – O mały włos spadłabym z krzesła.
Rozłożył ręce i pokręcił głową. – Po prostu pomyślałem, że będzie pasować.
– Raphaelu Lamarze, nigdy cię nie zapomnę – przyrzekłam uroczyście i równo z dzwonkiem, podkreślającym moje ostatnie słowa i półprawdę.
I faktycznie wciąż o nim pamiętam. Zgubiłam gdzieś imię, chociaż dźwięk tamtego dzwonka obija mi się po czaszce od tylu lat. Powtarza jedno zdanie: tamten trzecioklasista rozumiał, o co chodzi. Że w końcu trzeba przyjąć świat, przestać gonić i – jak mówimy w zen – „odłożyć «ja» na półkę”.
Ponad trzydzieści lat temu, gdy ja sama miałam trzydzieści lat, napisałam tekst, który dziś znany jest jako Uwolnij wewnętrzny głos, i poczułam przerażenie na myśl o domykaniu tej szczeliny, która nie pozwalała mi żyć ze sobą w pełnej zgodzie, w końcu odłożyć swoje „ja” na półkę. Byłam przekonana, że spotkam się z kpiną i krytyką, zupełnie jak w szkole i w domu. Byłam też jednak zdeterminowana, by poznać samą siebie, utrwalić to, co widziałam i czułam, dać swojemu umysłowi przyzwolenie na bieganie luzem, bez ograniczeń i cenzury. Nie miałam pojęcia, że przełamywałam tym samym paradygmat, który narósł wokół pisania – jego pojmowania i nauczania – w moim kraju. W tamtych czasach w księgarni próżno szukać było półek wypełnionych instruktażowymi książkami inspirującymi do pisania. Odwagę, by zaufać swojemu umysłowi i przelewać słowo po słowie na papier, musiałam zdobyć sama.
Gotowy manuskrypt rozesłałam do siedmiu dużych nowojorskich wydawnictw. Cztery z nich wysiliły się na tyle, że odesłały mi tekst z informacją o odrzuceniu i kilkoma akapitami uwag kpiących z tego, co proponowałam – że pisanie jest dostępne dla wszystkich, że można je ćwiczyć i że nie należy do garstki wybrańców. Żałuję, że nie zachowałam tych listów – wtedy nie mogłam ich zdzierżyć i trafiły do kosza.
Następnie podesłałam tekst do wydawcy ze stosunkowo młodego, mniejszego wydawnictwa. Dołączyłam liścik: „Chętnie umówię się na lunch”. Syn mojej kuzynki urządzał bar micwę w Bostonie, gdzie swoją siedzibę miała Shambala. Postanowiłam wybrać się na wschód pod pretekstem spraw rodzinnych i na miejscu spróbować popchnąć sprawy do przodu.
Redaktorka przeczytała manuskrypt w nocy przed spotkaniem i nad miską zupy cebulowej złożyła mi propozycję wydania książki. Udawałam nieporuszoną, ale gdy wyszłam i ruszyłam na dworzec, zalałam się łzami – ktoś chciał wydać moją książkę.
Czego nauczyłam się o pisaniu przez te trzydzieści lat? Mam na koncie czternaście książek, a to, co zawarłam w Głosie, stanowi fundament, na którym oparłam i zbudowałam swój pisarski styl. Fundament, który pomaga mi zachować szczerość, pokazuje, jak przetrwać trudniejsze chwile i jak porzucić myślenie dyskursywne i skosztować prawdziwego mięsa naszych umysłów i otaczającego nas ze wszech stron życia.
Wiele osób z aspiracjami pisarskimi podświadomie szuka spokoju, korzystnych okoliczności, potwierdzenia naszego szczęścia czy analizy uszkodzeń, w nadziei, że uda im się objąć ogrom cierpienia i mu zaradzić.
Podczas wyjazdów i warsztatów pisarskich często powtarzam: „Nie uczę was, byście pisali w tym tygodniu, ale byście kontynuowali ćwiczenia po wyjeździe”. Pisanie książki to praca ulotna, wymagająca skupienia na szczególe. Niezbędne jest przyjęcie szerszej perspektywy. Traktuj pisanie jak związek na całe życie.
Ktoś mi bliski zażartował kiedyś: „Epitafium na nagrobku Natalie? DZIAŁAJ bez końca”.
Czemu by nie? Pisanie pozwala nam wygładzić krawędzie i stopić się ze wszystkim.
To dla mnie olbrzymi zaszczyt, że Głos jest czytany od tylu lat. I, co nawet ważniejsze, że okazał się tak pomocny.
Dziękuję.
maj 2015 r.
ROK TEMU, w grudniową noc w Santa Fe w Nowym Meksyku, wybrałam się na przyjęcie urodzinowe młodego filmowca, którego znałam przelotnie. Pół godziny spędziłam blisko stołu z bufetem, rozmawiając ze świeżo poznanym trzydziestoparolatkiem. Nie było wątpliwości, że to poważny poeta; powiedziałam mu, że kiedyś też byłam poetką, zanim napisałam pierwszą książkę. Przerzucaliśmy się dowcipnymi docinkami. Bawiłam się świetnie.
Niespodziewanie wyraz jego twarzy się zmienił. – No dobrze, to co właściwie napisałaś? – spytał.
– Różne książki – odparłam – ale najbardziej znaną jest Uwolnij wewnętrzny głos.
– Nie żartuj! – Wytrzeszczył oczy w zdziwieniu. – Myślałem, że już nie żyjesz.
Nawet się nie zająknęłam: – Nie, jeszcze się trzymam. Ciągnę swój wózek, wciąż piszę.
Wybuchliśmy śmiechem.
Nie musiał mówić nic więcej. Wszystko zrozumiałam: czytał mnie w liceum. Wszystkie książki, które wtedy czytał, napisali zapewne nieżyjący już mężczyźni – lub kobiety. Żaden z autorów omawianych w szkole średniej nie ma prawa być żywy.
Uwolnij wewnętrzny głos wydano w 1986 roku. Często opowiadam na spotkaniach autorskich, że gdyby książka wyszła w latach pięćdziesiątych, okazałaby się kompletną klapą. A tak pojawiła się w Stanach Zjednoczonych akurat w takim momencie, że czekały na nią całe hordy Amerykanów, pragnących oddać się ekspresji. Pisanie jest egalitarne; przecina linie geograficzne, granice klasy, płci i ras. Dostaję listy od przeróżnych fanek i fanów: wicedyrektorów agencji ubezpieczeniowych na Florydzie, robotników z Nebraski, pracowników kamieniołomu w Missouri, więźniów z Teksasu, prawniczek, lekarzy, działaczy na rzecz praw homoseksualistów, gospodyń domowych, bibliotekarzy, nauczycielek, księży, polityków. Wkrótce po publikacji rozpoczęła się prawdziwa rewolucja w pisaniu. W księgarniach zaczęły funkcjonować osobne działy z książkami na ten temat. Któraś z moich uczennic powiedziała wtedy: „Już rozumiem! Pisanie jest nową religią”.
„Ale czemu” – pytali inni – „nagle wszyscy chcą pisać?”.
Myślę, że nie każdy marzy o napisaniu wielkiej powieści, jednak każdy chciałby przed śmiercią opowiedzieć swoją historię – o tym, do czego doszedł, co myśli, co czuje i co widzi. Pisanie przypomina podążanie ścieżką, na której spotykamy siebie i wchodzimy ze sobą w intymną relację. Pomyśl o tym: mrówki tego nie robią. Ani trawy. Ani rasowe konie, górskie wiązy, domowe koty, trawa czy kamienie. Pisanie jest unikatowe dla gatunku ludzkiego. Możliwe, że zapisane jest wręcz w naszym DNA. Powinno być wymienione w tekście Deklaracji niepodległości, w jednej linii z innymi niezbitymi prawami człowieka: „do życia, do wolności i do poszukiwania szczęścia – oraz do pisania”.
Pisanie jest też tanie. Wystarczy pióro, papier (albo komputer, jeśli wolisz) i ludzki umysł. Jakie niezgłębione zaułki percepcji można eksplorować? Jaka to była jesień, kiedy to księżyc stał się ważny w twoim życiu? Kiedy zbierałaś te idealnie dojrzałe borówki? Jak długo czekałeś na swój pierwszy prawdziwy rower? Kim są twoje anioły? O czym myślisz? O czym nie myślisz? Na co patrzysz? Na co nie patrzysz? Pisanie karmi pewność siebie, uczy trwania w przebudzeniu.
Za praktyką pisarską proponowaną w książce Uwolnij wewnętrzny głos stoi licząca dwa tysiące lat praktyka zgłębiania tajników umysłu. Nie jest to więc owoc wyłącznie kreatywnego procesu Natalie. Chciałam, by tekst był dobrze ukorzeniony, wsparty o solidne fundamenty. Kiedy zaczęłam pisać, miałam już za sobą dziesięć lat regularnej medytacji, z czego sześć z nich pod przewodnictwem japońskiego mistrza zen. Skąd się biorą myśli? Wspomnienia, pomysły, a nawet słowo nawet? Medytacja i praktyka pisarska idą ze sobą w parze. Im lepiej rozumiemy ludzki umysł – nasze podstawowe narzędzie pisarskie – tym lepsze, pewniejsze będzie nasze pisanie.
Kiedy niniejsza książka pojawiła się na rynku, okrzyknięto mnie geniuszem. Uśmiechnęłam się, słysząc to, ale wiedziałam, że to nie o mnie. Jedyny przebłysk geniuszu, jakim się wykazałam, to splecenie zen z pisaniem. Szczerze, z trzewi pragnęłam zrozumieć, jak wieść pisarskie życie. Zawsze bardzo tego chciałam, ale nie wiedziałam, jak to zrobić – w szkole nas tego nie nauczyli. Poddałam się na etapie studiów. Ale pragnienie trwało gdzieś podskórnie, poza moją wiedzą. Byłam zakochana w czytaniu i w literaturze. Znałam historie, których nie znał nikt inny: o mojej rodzinie, o pierwszym pocałunku, ostatniej wizycie u fryzjera, zapachu szałwii wśród skał i mojej przyjaźni z roślinami porastającymi pustkowia Nebraski. Musiałam zwolnić i zgłupieć (przestać brać wszystko za pewnik), a potem obserwować i zauważać, jak wszystko się ze sobą łączy, że z myślami można złapać kontakt i przenieść je na papier.
Dziś chciałabym znów dostać za zadanie napisanie opowiadania na temat „Co robiłam w wakacje”. Kiedy pisałam podobne w piątej klasie szkoły podstawowej, byłam przerażona i umiałam jedynie zanotować: „Było ciekawie. Było miło. Świetnie się bawiłam”. Dostałam nawet niezłą ocenę. Ale mimo to zastanawiałam się wciąż, jak to się naprawdę robi? Dziś to dla mnie oczywiste. Trzeba mówić prawdę i to ze szczegółami: Moja mama zafarbowała włosy na rudo, a paznokcie u stóp malowała na srebrno. Oszalałam na punkcie gry w chińczyka i wbiegania w zraszacz, łapałam owady do słoika i karmiłam je trawą. Ojciec dużo czasu spędzał, siedząc przy stole kuchennym, wpatrując się przed siebie, nie odzywając się, z puszką budweisera w dłoni.
Jakaż to świetna okazja, by przypomnieć sobie o własnym zauroczeniu blondwłosym chłopakiem, który mieszkał parę domów dalej, o materiale na temat niesprawiedliwości na tle rasowym, który zobaczyłam w telewizji, a który wprawił mnie w osłupienie i ból, o tym, że bałam się, że moja siostra jest ładniejsza ode mnie, o sałatce zrobionej razem z babcią. Ale wtedy nie wiedziałam, jak o tym opowiadać.
W tej książce uczę tego nas wszystkich – uczniów starszych i młodszych.
Szczerze pragnę, aby ta książka znalazła się w programie nauczania wszystkich szkół publicznych i prywatnych, aby uczniowie nauczyli się zasad praktyki pisarskiej, lepiej poznali siebie, poczuli radość w wyrażaniu się i zaufali temu, co myślą. Kiedy człowiek połączy się ze swoim umysłem, to jest właśnie tym, kim jest, i zyskuje wolność.
Dawno temu czytałam literackie przykazania Jacka Kerouaca. Cztery z nich wzięłam sobie na tej drodze szczególnie do serca:
Akceptuj utratę na zawsze Bądź pokorny wobec wszystkiego, otwarty, słuchający Bez strachu czy wstydu o godność twojego doświadczenia, języka i wiedzę Kochaj swoje życie
Uwierz mi – ty też możesz znaleźć dla siebie miejsce na przepastnej przestrzeni pisarstwa. Zmieszczą się wszyscy.
A teraz bardzo proszę, idź już – i pisz, aż zacznie się kurzyć.
grudzień 2004 r.
Przez cały okres nauki szkolnej byłam uważana za chodzący ideał. Zależało mi na tym, żeby nauczyciele mnie lubili. Uczyłam się o przecinkach, dwukropkach i średnikach. Pisałam wypracowania pełne okrągłych zdań – nudne i bez polotu. Wyprane z własnych/oryginalnych przemyśleń czy autentycznych emocji. Ochoczo dostarczałam nauczycielom treści, których – jak sądziłam – oczekiwali.
Na studiach zakochałam się w literaturze. Wpadłam po uszy. W kółko przepisywałam wiersze Gerarda Manleya Hopkinsa, w ten sposób ucząc się ich na pamięć. Czytałam na głos Johna Miltona, Shelleya, Keatsa, a następnie padałam zemdlona na swoje wąskie łóżko w pokoju w akademiku. Studiowałam pod koniec lat sześćdziesiątych, więc na mojej liście lektur królowali pisarze-mężczyźni, na ogół nieżyjący, pochodzący z Anglii lub innych części Europy. Byli wysoce oderwani od mojej codzienności i choć ich uwielbiałam, żaden nie pisał o sprawach, które dotyczyły mnie samej. Chyba podświadomie przyjęłam, że pisanie nie leży w moim zasięgu. Nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym zostać pisarką – skrycie fantazjowałam za to o mężu-poecie.
Skończyłam studia i wkrótce odkryłam, że nikt nie zatrudni mnie, bym czytała powieści lub omdlewała pod wpływem poezji. Razem z trójką znajomych w przyziemiu Newman Center w Ann Arbor w stanie Michigan założyliśmy knajpkę, w której przygotowywaliśmy i podawaliśmy zdrowe lunche. Był początek lat siedemdziesiątych i rok przed otwarciem restauracji po raz pierwszy skosztowałam awokado. Nazwaliśmy to miejsce Naked Lunch (Nagi lunch), inspirując się tytułem powieści Williama Burroughsa. Nagi lunch to „chwila, gdy siedzący przy stole zastygają nad tym, co mają na widelcach”. Poranki spędzałam na pieczeniu muffinek z borówkami albo – jeśli wzięła mnie na takie ochota – z masłem orzechowym. Oczywiście zastanawiałam się, czy będą smakować naszym klientom, choć z drugiej strony wiedziałam, że gdy wkładam w pieczenie serce, to zazwyczaj babeczki się udają. I tak otworzyliśmy restaurację. Zniknęła zewnętrzna instancja, która mogłaby wystawić nam szóstkę w szkole – pozostał wewnętrzny kompas. Od tego punktu zaczęłam uczyć się zaufania do własnego umysłu.
Był chyba wtorek, gotowałam ratatouille na lunch. Gotowanie w gastronomii oznacza, że nie kroi się jednej cebuli i jednego bakłażana. Blat był zawalony cebulami, bakłażanami, cukiniami, pomidorami i czosnkiem. Na krojeniu warzyw spędziłam kilka godzin. Wieczorem, gdy wracałam z pracy do domu, wstąpiłam do księgarni Centicore przy State Street i zaczęłam przechadzać się bez celu między regałami. Moją uwagę przykuł cienki tomik wierszy Fruits and Vegetables (Owoce i warzywa) Eriki Jong. (Jong nie zdążyła jeszcze wydać Strachu przed lataniem i była wtedy nadal autorką stosunkowo nieznaną). Pierwszy wiersz, na który trafiłam po otwarciu książki, opowiadał o gotowaniu bakłażanów! Byłam zdumiona: „Czy to znaczy, że można pisać o czymś takim?”. O czymś tak zwyczajnym? O rzeczach, które robiłam na co dzień? Coś przeskoczyło w moim mózgu. Wróciłam do domu z postanowieniem, żeby pisać o tym, co znam, i ufać własnym myślom i uczuciom, bez wyglądania poza siebie. Nie chodziłam już do szkoły: wolno mi było mówić to, co chciałam. Zaczęłam pisać o swojej rodzinie, bo nikt nie mógł mi powiedzieć, że robię to źle. W końcu nikt nie znał mojej rodziny tak dobrze, jak ja sama.
Wszystko to wydarzyło się piętnaście lat temu. Bliska mi osoba powiedziała kiedyś: „Zaufaj miłości, a zaprowadzi cię tam, gdzie potrzebujesz”. Ja dodałabym: „Zaufaj temu, co kochasz, rób to bez wahania, a zaprowadzi cię tam, gdzie potrzebujesz”. Poczuciem bezpieczeństwa za bardzo się nie przejmuj. Gdy zaczniesz robić to, co chcesz, głębokie, wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa i tak się pojawi. Czy osoby o wysokich zarobkach faktycznie są tak bezpieczne, jak może się wydawać?
Przez ostatnie jedenaście lat prowadziłam warsztaty z pisania na University of New Mexico, w Lama Foundation, dla hipisów w Taos w stanie Nowy Meksyk, dla zakonnic w Albuquerque, dla młodocianych przestępców z Boulder, na Uniwersytecie Minnesoty; w Northeast College, w szkole zawodowej w Norfolk w stanie Nebraska, w Minnesocie w ramach akcji Poeci do Szkół, w swoim domu w formie regularnych spotkań w niedzielne wieczory, dla grup gejów. Moje metody się nie zmieniają. Uczę wciąż tych samych, prostych prawd: zaufania do własnych myśli i budowania wiary w moc własnego doświadczenia – i w ogóle mnie to nie nuży. Wręcz przeciwnie, wciąż pogłębiam swoje rozumienie tych podstaw.
W 1974 roku zaczęłam praktykować medytowanie w pozycji siedzącej. W latach 1978–1984 przyjęłam oficjalne nauki zen pod skrzydłami nauczyciela roshiego Dainina Katagiriego (roshi to jeden z tytułów mistrzów zen) w Minnesota Zen Center w Minneapolis. Gdy się spotykaliśmy, zadawałam mu różne pytania na temat buddyzmu i często trudno mi było zrozumieć odpowiedź, dopóki nie powiedział: „Wiesz, to tak samo, kiedy podczas pisania…”. Gdy porównywał coś do procesu pisania, wówczas rozumiałam. Jakieś trzy lata temu zapytał: „Po co przychodzisz na medytację siedzącą? Czemu nie uczynisz z pisania swojej formy praktyki zen? Jeśli zanurzysz się w to głęboko, poniesie cię wszędzie”.
To jest książka o pisaniu. Mówi też o pisaniu jako rodzaju praktyki i formie wsparcia w odkrywaniu życia i utrzymywaniu równowagi psychicznej. To, jak opowiadam o pisaniu, można przełożyć na bieganie, malowanie czy cokolwiek innego, co kochasz i czym zajmujesz się w życiu. Przeczytałam kilka rozdziałów mojemu znajomemu, Johnowi Rollwagenowi, prezesowi firmy Cray Research, a on stwierdził: „Natalie, ale ty piszesz o biznesie. Właśnie tak wygląda prowadzenie interesów. Nie widzę różnic”.
Pisania nie uczymy się w jednolity, linearny sposób. Nie istnieje instrukcja typu od-A-do-B-do-C, której wypełnienie sprawi, że staniesz się dobrym pisarzem bądź pisarką. Nie ma jednej prawdy na temat pisania, która wyczerpuje wszystkie wątki. Tych prawd jest więcej. Praktykowanie pisania oznacza stawianie czoła swojemu życiu we wszystkich jego przejawach. Nauczysz się, jak nastawić skręconą kostkę, ale te same umiejętności nie sprawdzą się przy zakładaniu plomby w dziurawym zębie. Znajdziesz w tej książce rozdział, w którym będę cię zachęcać do pisania precyzyjnego i konkretnego, co ma pomóc na bolączki rozwlekłych dygresji – ale w kolejnym przeczytasz, żeby odpuścić kontrolę i dać się w pisaniu nieść falom emocji. To ma z kolei zachęcić cię do wyrażania tego, co chce się wyrazić gdzieś głęboko w tobie. W jednym rozdziale radzę, by urządzić sobie rodzaj pracowni, osobne miejsce do pisania, tylko po to, by w następnym napisać: „Wyjdź z domu, byle dalej od brudnych garów. Idź pisać do kawiarni”. Różne techniki sprawdzają się w różnych okolicznościach. Każda chwila ma inne potrzeby. Nie ma jednej zawsze działającej metody. I nie jest tak, że jedna jest dobra, a druga zła.
Kiedy prowadzę zajęcia, zachęcam swoich uczniów do pisania z trzewi, o tym, co najważniejsze; do przebudzenia swojego wewnętrznego głosu. Zdaję sobie przy tym sprawę, że nie wystarczy rzucić: „Dobra, to piszcie możliwie klarownie i z serca”. W ramach warsztatów próbujemy się z różnymi technikami i metodami. W końcu każdy z uczniów dociera do swojego sposobu działania i zyskuje jasność odnośnie do tego, co i jak chce opowiadać. Rzadko kiedy jednak kończę warsztaty podsumowaniem tego typu: „A więc na trzecich zajęciach zajmowaliśmy się tym i tamtym – teraz na pewno wiecie, jak pisać”.
Podobnie rzecz się ma z lekturą tej książki. Można ją czytać po prostu od początku do końca, co jest szczególnie dobrym pomysłem przy pierwszym podejściu. Można też otworzyć ją na dowolnym rozdziale i czytać od środka – każdy tworzy bowiem osobną, zamkniętą całość. Postaraj się rozluźnić i chłoń słowa całym ciałem i umysłem – jak przez osmozę. Nie ograniczaj się do lektury. Pisz. Zaufaj sobie. Poznaj swoje potrzeby. Używaj tej książki.
LUBIĘ PROWADZIĆ zajęcia pisarskie dla początkujących. Staram się wówczas przywołać w sobie stan umysłu osoby, która dopiero zaczyna; przypomnieć sobie, co myślałam i jak odczuwałam pisanie na samym początku. W pewnym sensie trzeba wracać do tego punktu zawsze, gdy siadamy do pisania. Nawet jeśli przed dwoma miesiącami napisaliśmy coś naprawdę dobrego, to wcale nie mamy pewności, że uda się to powtórzyć. Przy każdym początku zastanawiamy się, jakim cudem robiliśmy to wcześniej. Za każdym razem wyruszamy w nową podróż bez mapy.
Dlatego kiedy na warsztatach powtarzam tę samą historię, to mam na uwadze, że moi uczniowie słyszą ją po raz pierwszy. Zaczynam razem z nimi – od podstaw.
Po pierwsze, wybierz odpowiednie pióro. Musi sunąć po papierze gładko i szybko, bo strumień myśli i tak płynie szybciej, niż porusza się ręka. Nie potrzebujesz dodatkowych opóźnień wywołanych przez opór narzędzia. Zwykły długopis, ołówek czy flamaster piszą raczej wolno. Przejdź się do sklepu papierniczego i wybierz wygodne dla siebie pióro. Wypróbuj różne rodzaje. Nie kombinuj za bardzo i nie kupuj nic drogiego. Ja najczęściej używam tanich piór wiecznych firmy Sheaffer, które kosztują niecałe dwa dolary sztuka. Mają wymienne wkłady. Przez lata przerobiłam ich setki, w każdym możliwym kolorze. Trochę ciekną, ale piszą szybko. Dostępne w sprzedaży są również pióra kulkowe – one też piszą szybko, choć nieco trudniej utrzymać nad nimi kontrolę. Ważne, żeby wyraźnie czuć, jak pióro pracuje na papierze, w tym jego opór.
Kolejna sprawa to notatnik. To ważna rzecz – narzędzie pracy jest dla pisarza tym, czym młotek i gwoździe dla stolarza. (Co za szczęście – dla nas finansowy próg wejścia do zawodu jest niski!). Niektórzy wybierają drogie notesy w twardych oprawach. Są niezgrabne i ciężkie, a do tego ładne, co wywołuje presję, że powstające w nich zapiski muszą być dobre. A tu chodzi o coś zgoła innego: masz mieć poczucie, że nawet jeśli napiszesz coś strasznie słabego, to nic się nie stanie. Daj sobie masę przestrzeni do eksplorowania pisania. Tani notes z spiralnym grzbietem sprawi, że wyjdziesz z założenia, że możesz szybko go wypełnić i kupić kolejny. Poza tym łatwiej zabrać go ze sobą. (Kupując torebki, często zwracam uwagę na to, czy zmieszczą mój notes).
Garfield, Muppety, Myszka Miki, Gwiezdne Wojny. Lubię, gdy zeszyt ma zabawną okładkę. Największy wybór jest we wrześniu, kiedy rozpoczyna się rok szkolny. Kosztują odrobinę więcej niż te z prostymi okładkami, ale mam z nich frajdę. Trudno mi brać samą siebie na poważnie, kiedy otwieram zeszyt ze Snoopym. Wyraziste okładki pomagają mi też uporządkować je w pamięci – „O tak, zeszłego lata pisałam w zeszytach ze scenami z rodeo”. Przetestuj różne rodzaje – czyste, w linie i w kratkę. W twardych i miękkich okładkach. Dobierz taki, z którym będzie ci po prostu dobrze.
Wielkość notatnika też ma znaczenie. Mały notes zmieści się w kieszeni, ale zaprasza raczej myśli małego formatu. Co też jest w porządku. William Carlos Williams, popularny poeta amerykański i pediatra zarazem, wiele wierszy stworzył w przerwach między kolejnymi wizytami, korzystając z bloczków recept.
Detal Doktorku, szukałem cię Wiszę ci dwa dolce. Jak leci? U mnie dobrze. Jak będę miał kasę To ci ją przyniosę1.
W zbiorach jego twórczości znajdziesz więcej poematów, które mieszczą się na receptowym druczku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Cytaty (jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie w przekładzie Ewy Pater-Podgórnej) William Carlos Williams, „Detail” [w:] The Collected Earlier Poems (Nowy Jork: New Directions, 1938). [wróć]
