Umysł mojego umysłu. Cykl Patternists. Tom 2 - Octavia E. Butler - ebook + książka

Umysł mojego umysłu. Cykl Patternists. Tom 2 ebook

Octavia E. Butler

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Mary jest niebezpiecznym eksperymentem. Jej stwórca, Doro, istota nieśmiertelna, od pokoleń kształtuje ludzkość, wyszukując jednostki obdarzone niezwykłymi zdolnościami, na przykład telepatią, i krzyżuje je ze sobą, by stworzyć nową podrasę bezwzględnie posłuszną jego woli. Mary, owoc tych krzyżówek, jest młodą czarną kobietą, która mieszka na ubogich przedmieściach Los Angeles i nie ma pojęcia, jak ogromną moc wkrótce posiądzie.

Doro wie, że musi obchodzić się z Mary ostrożnie. W przeciwnym razie dziewczyna skończy jak jego wcześniejsze eksperymenty: zabije się, albo zginie z jego ręki. Doro nie podejrzewa jednak, że dojrzewające zdolności telepatyczne Mary mogą wkrótce dorównać jego własnej potędze.

Łącząc obdarzonych mocami ludzi w sieć Powiązanych, Mary stworzy możliwość, by raz na zawsze ludzie uwolnili się spod władzy Dora. Czy odmieni bieg dziejów ludzkości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 294

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Mind of My Mind

Copy­ri­ght © 1977 by Octa­via E. Butler

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Mag­da­lena Gór­nicka

Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

Pro­jekt gra­ficzny serii, pro­jekt okładki oraz ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Van­rad

Redak­tor serii: Andrzej Misz­kurka

ISBN 978-83-68919-76-9

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227335010 www.dres­sler.com.pl

Dla Octa­vii, M., Har­lana i Sida

Prolog

Doro

W For­syth na połu­dniu Kali­for­nii wdowa po Dorze została pro­sty­tutką. Doro zosta­wił ją samą na pół­tora roku. Za długo. Ze względu na córkę, którą mu uro­dziła, powi­nien odwie­dzać je czę­ściej. Teraz było już pra­wie za późno.

Doro obser­wo­wał ją, nie dając znać, że jest w mie­ście. Wpro­wa­dziła się do nowego miesz­ka­nia w dziel­nicy bie­doty i Doro widział, jak męż­czyźni wcho­dzą tam jeden za dru­gim. Widział też, że kiedy sama wycho­dzi z domu, więk­szość czasu spę­dza w miej­sco­wych barach.

Pod­czas jego pół­to­ra­rocz­nej nie­obec­no­ści prze­pro­wa­dziła się z domu, który jej kupił – dro­giego, w dobrej dziel­nicy. I cho­ciaż zosta­wił roz­po­rzą­dze­nia w miej­sco­wym banku, by dosta­wała przy­zwo­itą mie­sięczną pen­sję, na­dal potrze­bo­wała męż­czyzn. I alko­holu. Nie był tym zasko­czony.

Kiedy zapu­kał do drzwi, chciał przede wszyst­kim spraw­dzić, czy z córką wszystko w porządku. Gdy jej matka otwo­rzyła, ode­pchnął ją i bez słowa wszedł do środka.

Była mocno wsta­wiona i beł­ko­tli­wie zawo­łała za nim:

– Ej, chwila! A kim ty jesteś, żeby tu…?

– Spo­kój, Rina.

Oczy­wi­ście naj­pierw go nie roz­po­znała. Nosił ciało, któ­rego wcze­śniej nie widziała. Ale jak wszy­scy jego ludzie poznała go, gdy tylko prze­mó­wił. Wpa­try­wała się w niego zdu­miona oczami wiel­kimi jak spodki.

Na kana­pie sie­dział jakiś męż­czy­zna i pocią­gał porto Santa Fe z butelki. Doro obrzu­cił go wzro­kiem i pole­cił Rinie:

– Pozbądź się go.

Męż­czy­zna od razu zaczął pro­te­sto­wać. Doro go zigno­ro­wał i poszedł do sypialni, w któ­rej jedy­nymi meblami były łóżko i komoda bez jed­nej nogi. W rogu na pod­ło­dze leżała sterta brud­nych ubrań. Na resz­cie pod­łogi deski były gołe – bez wykła­dziny.

Doro przy­glą­dał się temu by­naj­mniej nie­zdzi­wiony, z kamienną miną. Odsło­nił koł­drę, która przy­kry­wała dziew­czynkę – mała spała nago, zoba­czył siniaki i opuch­nię­cia na ple­cach oraz nogach. Pokrę­cił głową i wes­tchnął, sta­ran­nie przy­krył dziecko z powro­tem i wró­cił do salonu, gdzie męż­czy­zna i Rina obrzu­cali się teraz wyzwi­skami. Doro cze­kał w mil­cze­niu, aż nabrał pew­no­ści, że Rina szcze­rze, a wręcz roz­pacz­li­wie usi­łuje pozbyć się „gościa”, lecz męż­czy­zna nie zamie­rzał sobie pójść. Wtedy pod­szedł do niego Doro.

Facet był niski i drobny, w zasa­dzie spra­wiał wra­że­nie chłopca. Rina mogłaby go po pro­stu wyrzu­cić, ale tego nie zro­biła. A teraz było już za późno. Chwiej­nie cof­nęła się od niego, bez słowa, nagle prze­ra­żona wido­kiem Dora.

Męż­czy­zna nie­pew­nie wstał, żeby sta­nąć z nim twa­rzą w twarz. Doro zauwa­żył, że odsta­wił butelkę i wyjął z kie­szeni duży scy­zo­ryk. Nóż łatwo prze­ciął jego mię­śnie brzu­cha, ale Doro nie poczuł bólu. Bły­ska­wicz­nie porzu­cił swoje ciało, kiedy tylko dotknęło go ostrze.

Zasko­cze­nie i gniew były pierw­szymi emo­cjami, które Doro poczuł w umy­śle męż­czy­zny. Zasko­cze­nie, gniew, a potem strach. Zawsze był strach. A potem ule­głość. Nie wszyst­kie ofiary Dora pod­da­wały się tak łatwo, ale tę na wpół znie­czu­liło wino. Zoba­czyła Dora tak, jak widziały go tylko jego ofiary. A potem, oszo­ło­miona, oddała mu życie nie­mal bez walki. Doro pożarł ją, choć nie był to szcze­gól­nie sycący posi­łek.

W chwili gdy męż­czy­zna roz­ciął brzuch Dora, prze­ra­żona Rina cicho krzyk­nęła i zaczęła pod­no­sić dłoń do ust. Kiedy Doro pożarł ofiarę, dłoń Riny dotknęła warg.

Doro stał nie­zręcz­nie, zdez­o­rien­to­wany, czuł lek­kie mdło­ści, nowo prze­jęte ciało na­dal ści­skało zakrwa­wiony nożyk. Na pod­ło­dze leżało to, które Doro miał na sobie, kiedy wszedł. Było silne, zdrowe, w dosko­na­łej kon­dy­cji fizycz­nej. To, które teraz nosił, nie mogło się z nim rów­nać. Spoj­rzał na Rinę z iry­ta­cją. Rina sku­liła się w sobie i przy­warła ple­cami do ściany.

– A ty co? – zapy­tał. – Sądzisz, że tutaj jesteś bez­piecz­niej­sza?

– Nie rób mi krzywdy. Pro­szę.

– Czemu bijesz trzy­let­nie dziecko, Rina?

– To nie ja! Przy­się­gam. Pobił ją facet, który odpro­wa­dził mnie wie­czo­rem do domu dwa dni temu. Mary obu­dziła się z krzy­kiem, miała chyba jakiś zły sen, i on…

– Do jasnej cho­lery. – Doro skrzy­wił się z odrazą. – To ma być wytłu­ma­cze­nie?

Rina zaczęła cicho szlo­chać, po policz­kach pły­nęły jej łzy.

– Ty nic nie wiesz – wyszep­tała. – Nie rozu­miesz, jak to jest mieć tutaj tego bachora. – Jej słowa nie brzmiały już beł­ko­tli­wie, mimo że pła­kała. Otrzeź­wił ją strach. Otarła oczy. – Naprawdę jej nie ude­rzy­łam. Wiesz, że nie odwa­ży­ła­bym się kła­mać. – Przez chwilę wpa­try­wała się w Dora, a potem pokrę­ciła głową. – Ale chcia­łam ją wal­nąć, wiele razy. Na trzeźwo już nawet trudno mi wytrzy­mać z nią w pobliżu… – Spoj­rzała na sty­gnące na pod­ło­dze ciało i zaczęła drżeć.

Doro pod­szedł do niej. Zesztyw­niała z prze­ra­że­nia, gdy jej dotknął. Potem, po chwili, kiedy uświa­do­miła sobie, że Doro tylko ją obej­muje, pozwo­liła mu zapro­wa­dzić się na kanapę.

Usia­dła z nim, powoli się roz­luź­niała, napię­cie opusz­czało jej ciało. Kiedy do niej prze­mó­wił, ton jego głosu był łagodny, nie było w nim groźby.

– Rina, zabiorę Mary do mnie. Znajdę dla niej dom.

Długą chwilę mil­czała. Nie pośpie­szał jej. Spoj­rzała na niego, potem zamknęła oczy, pokrę­ciła głową. W końcu oparła głowę na jego ramie­niu i powie­działa cicho:

– Jestem chora – powie­działa. – Obie­caj, że mi się polep­szy, kiedy ją zabie­rzesz.

– Będziesz zdrowa jak przed uro­dze­niem Mary.

– Jak wtedy? – Prze­szedł ją dreszcz. – Nie. Wtedy też byłam chora. Chora i zupeł­nie sama. Jeśli zabie­rzesz Mary, nie wró­cisz już do mnie, prawda?

– Nie, nie wrócę.

– Mówi­łeś: „Chcę, żebyś miała dziecko”. A ja odpo­wia­da­łam: „Nie zno­szę dzieci, szcze­gól­nie małych”. A ty: „Wszystko jedno, to nie ma zna­cze­nia”. I fak­tycz­nie nie miało.

– Mam ją zabrać, Rina?

– Nie. Ale zabie­rzesz tego trupa? – Pchnęła nogą jego poprzed­nie ciało.

– Przy­ślę kogoś, żeby się tym zajął.

– Sama nie potra­fię nic zro­bić – powie­działa. – Ręce mi się trzęsą i cza­sem sły­szę głosy. Pocę się, boli mnie głowa, chcę pła­kać albo krzy­czeć. Nic mi nie pomaga oprócz alko­holu. I może poczu­ła­bym się lepiej, gdy­bym zna­la­zła faceta.

– Od tej pory nie będziesz już tyle piła.

Zapa­dło kolejne dłu­gie mil­cze­nie.

– Zawsze żądasz tak cho­ler­nie dużo. Z męż­czyzn też mam zre­zy­gno­wać?

– Jeśli wrócę i znowu zoba­czę Mary całą w sinia­kach, zabiorę ją. A jeśli sta­nie się jej cokol­wiek gor­szego, zabiję cię.

Spoj­rzała na niego bez stra­chu.

– Czyli mogę mieć męż­czyzn, jeśli nie będę im pozwa­lała zbli­żać się do Mary? Niech będzie.

Doro wes­tchnął. Chciał coś powie­dzieć, ale tylko wzru­szył ramio­nami.

– Nic na to nie mogę pora­dzić – dodała. – Coś jest ze mną nie tak. To nie moja wina.

– Wiem.

– To przez cie­bie taka jestem. Powin­nam cię za to znie­na­wi­dzić.

– Ale mnie nie nie­na­wi­dzisz. I nie musisz się przede mną tłu­ma­czyć. Nie obwi­niam cię.

Gła­skał ją czule, zasta­na­wia­jąc się, jak to jest, że Rina aż tak bar­dzo pra­gnie żyć, że godzi się na codzienną despe­racką walkę o to życie. Rodząc córkę, wyko­nała zada­nie, dla któ­rego przy­szła na świat. Tego od niej wyma­gał, podob­nie jak od innych, od jej dłu­giej linii przod­ków. Był taki czas, kiedy ludzi jak ona po pro­stu się pozby­wał, gdy tylko już uro­dzili lub spło­dzili dosta­tecz­nie liczne potom­stwo, któ­rego pra­gnął. Siłą rze­czy byli mar­nymi rodzi­cami, a ich dzieci miały lepiej w rodzi­nach przy­bra­nych. Teraz jed­nak, jeśli tacy ludzie chcieli żyć po tym, jak już prze­stali mu słu­żyć, pozwa­lał im. Trak­to­wał ich życz­li­wie za dawną wierną służbę. Ich wdzięcz­ność czy­niła z nich czę­sto jego naj­lep­szych słu­żą­cych pomimo ich pozor­nej sła­bo­ści. Ta sła­bość mu jed­nak nie prze­szka­dzała. Rina miała rację. To była jego wina – rezul­tat jego pro­gramu hodow­la­nego. Kiedy Rina była trzeźwa, tak naprawdę nale­żała do grona jego ulu­bień­ców.

– Będę ostrożna – zapew­niła. – Nikt wię­cej Mary nie tknie. Zosta­niesz ze mną na tro­chę?

– Tylko na kilka dni. Żeby ci pomóc w prze­pro­wadzce.

Spoj­rzała na niego wystra­szona.

– Nie chcę się prze­pro­wa­dzać. Nie zniosę już życia w samot­no­ści tam, gdzie miesz­ka­łam.

– Nie wyślę cię z powro­tem do naszego sta­rego domu. Prze­niosę cię tylko o kilka ulic, na Dell Street, gdzie mieszka jedna z two­ich krew­nych. Ma dwa miesz­ka­nia obok sie­bie, zaj­miesz jedno z nich.

– Nie mam już tutaj żad­nych żyją­cych krew­nych.

Uśmiech­nął się.

– Rina, w tej czę­ści For­syth masz pełno krew­nych. Tak naprawdę wła­śnie dla­tego tu wró­ci­łaś. Nie znasz ich i więk­szo­ści byś nawet nie polu­biła, ale powin­naś mieć ich bli­sko.

– Czemu?

– Powiedzmy, że dla­tego, żebyś nie była sama.

Wzru­szyła ramio­nami, nie rozu­mie­jąc, ale było jej wszystko jedno.

– Jeśli ludzie stąd są moimi krew­nymi, to czy to też twoi ludzie?

– Oczy­wi­ście.

– A… ta kobieta, która będzie moją sąsiadką… kim ona dla mnie jest?

– Twoją cio­teczną babką, daleką krewną.

Prze­ra­że­nie Riny powró­ciło.

– Chcesz powie­dzieć, że ona jest jak ty? Nie­śmier­telna?

– Nie. Nie jest jak ja. Ona nie zabija – przy­naj­mniej nie tak, jak ja. Nosi to samo ciało, w któ­rym się uro­dziła. I nie zrobi ci krzywdy. Będzie umiała pomóc ci z Mary.

– Wszystko dla Mary. Biedna dziew­czyna, musi być dla cie­bie ważna.

– Jest bar­dzo ważna.

Rina zmie­niła się nagle w zatro­skaną matkę i spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem.

– Ale nie będzie po pro­stu taka jak ja? Chora? Wariatka?

– Na początku będzie, ale potem z tego wyro­śnie. Wiesz, że tak naprawdę to nie cho­roba.

– Dla mnie to cho­roba. Ale zatrzy­mam Mary przy sobie i prze­pro­wa­dzę się, jak powie­dzia­łeś, do domu tej mojej babki. Jak ona ma na imię?

– Emma. Przy­brała takie imię dla żartu jakieś sto pięć­dzie­siąt lat temu. „Emma” ozna­cza babkę albo przod­ki­nię.

– To zna­czy, że jest kimś, komu mogę zaufać? I że będzie pil­no­wała, żebym nie robiła Mary krzywdy?

– Tak.

– Nie będę robiła jej krzywdy. Nauczę się być dla niej… przy­naj­mniej tro­chę lep­szą matką. Na tyle mnie stać – wycho­wam dziecko, które będzie dla cie­bie ważne.

Poca­ło­wał ją, bo jej wie­rzył. Gdyby dziew­czynka nie była tak ważna dla jego hodowli, nie pil­no­wałby jej cały czas. Po chwili wstał i wyszedł zadzwo­nić do jed­nego ze swo­ich ludzi, żeby przy­je­chał i pozbył się zwłok z miesz­ka­nia.

Emma

Emma robiła sobie w kuchni śnia­da­nie, kiedy usły­szała, że ktoś dzwoni do drzwi. Pokuś­ty­kała przez jadal­nię do przed­po­koju, ale drzwi otwo­rzyły się same i do środka wszedł jakiś szczu­pły młody męż­czy­zna.

Emma zatrzy­mała się, wypro­sto­wała zwy­kle zgar­bione ciało i wpa­try­wała się pyta­jąco w mło­dego czło­wieka. Nie bała się. Ostat­nio chciało ją okraść dwóch mało­let­nich wła­my­wa­czy i mocno ich zasko­czyła.

– To ja, Em – powie­dział męż­czy­zna z uśmie­chem.

Emma roz­luź­niła się, rów­nież się uśmiech­nęła, ale jej ciało nie przy­gar­biło się z powro­tem.

– Co tu robisz? Mia­łeś być w Nowym Jorku.

– Nagle zda­łem sobie sprawę, że od dłuż­szego czasu nie zaglą­da­łem do jed­nej z moich pod­opiecz­nych.

– Chyba nie masz na myśli mnie?

– Twoją krewną, dziew­czynkę.

Emma unio­sła brew, a potem głę­boko wes­tchnęła.

– Usiądźmy, Doro. Proś mnie, o co chcesz, ale w wygod­nym fotelu.

O dziwo, Doro spra­wiał wra­że­nie onie­śmie­lo­nego.

Usie­dli w salo­nie.

– Czyli o co cho­dzi?

– Widzę, że masz loka­tora w dru­gim miesz­ka­niu – zauwa­żył.

– Rodzinę – odparła. – Pra­wnuka. Nie­dawno umarła mu żona. On pra­cuje, a ja doglą­dam jego dzieci, kiedy wra­cają ze szkoły.

– Jak szybko możesz go stąd wypro­wa­dzić?

Emma wpa­try­wała się w niego z kamienną twa­rzą.

– Pyta­nie brzmi: czemu mia­ła­bym go w ogóle stąd wypro­wa­dzać.

– Mam dziew­czynkę, z którą za kilka lat jej matka już sobie nie pora­dzi. Ale na razie to ją trzeba chro­nić przed matką.

– Doro, dzieci pra­wnuka naprawdę potrze­bują mojej pomocy. Wiesz, że prze­cho­dzą trudny okres, nawet ze wspar­ciem.

– Ale tym dzie­cia­kom może pomóc pra­wie każdy, Em. A tylko tobie ufam na tyle, żeby powie­rzyć ci opiekę nad tą dziew­czynką.

Emma zmarsz­czyła brwi.

– Matka ją mal­tre­tuje?

– Na razie tylko pozwala, żeby mal­tre­to­wali ją inni.

– Dziew­czynka mia­łaby chyba lepiej w rodzi­nie adop­cyj­nej.

– Wolał­bym tego unik­nąć. Praw­do­po­dob­nie będzie bar­dzo potrze­bo­wała przy sobie kogoś z rodziny. A ty jesteś jej jedyną krewną, któ­rej mogę ją bez­piecz­nie powie­rzyć. Sta­nowi część eks­pe­ry­mentu, bar­dzo dla mnie waż­nego, Em.

– Bar­dzo dla cie­bie waż­nego. Dla cie­bie! A co mam zro­bić z pra­wnu­kiem i jego dziećmi?

– Na pewno znaj­dzie się jakieś wolne miej­sce w two­ich apar­ta­men­tow­cach. A do dzieci możesz opła­cić opie­kunkę. Już teraz utrzy­mu­jesz Bóg wie ilu ubo­gich krew­nych. Unie­siesz jesz­cze jed­nego.

– Nie o to cho­dzi.

Oparł się wygod­niej w fotelu i sie­dział, patrząc na nią.

– Czyli mi odma­wiasz?

– Ile lat ma ta dziew­czynka?

– Trzy.

– I na kogo wyro­śnie?

– Na tele­patkę. Mam nadzieję, że będzie umiała kon­tro­lo­wać swoją zdol­ność lepiej niż kto­kol­wiek z mojej hodowli. Liczę też, że odzie­dzi­czy kilka innych talen­tów po ciele, w któ­rym ją spło­dzi­łem.

– Jakich innych talen­tów?

– Em, nie mogę ci zdra­dzić wszyst­kiego. Gdy­bym ci powie­dział, za kilka lat wyczy­ta­łaby to w two­ich myślach.

– A co za róż­nica? Czemu mia­łaby nie wie­dzieć, kim będzie?

– Ponie­waż to eks­pe­ry­ment. Lepiej, jeśli naturę swo­ich zdol­no­ści będzie pozna­wała powoli, z doświad­cze­nia. Jeśli jest choć tro­chę podobna do swo­ich przod­ków, im wol­niej będzie to odkry­wać, tym lepiej dla jej oto­cze­nia.

– Kim byli jej przod­ko­wie?

– Byli efek­tami nie­po­wo­dzeń w hodowli. Groź­nych nie­po­wo­dzeń.

Emma wes­tchnęła.

– Efek­tami nie­po­wo­dzeń, które zeszły z tego świata.

Zasta­na­wiała się, co by powie­dział, gdyby odmó­wiła pomocy. Jeśli tylko mogła, wolała nie mieć nic wspól­nego z jego pro­jek­tami. Zawsze cho­dziło w nich o dzieci, zawsze cho­dziło o jego pro­gramy hodow­lane. Przez całe cztery tysiące lat życia oprócz pierw­szych kilku stu­leci mozol­nie two­rzył wokół sie­bie rasę ludzi. Ist­nie­nie jego samego było wyni­kiem przy­pad­ko­wej muta­cji sprzed tysiąc­leci. Ist­nie­nie jego ludzi było rezul­ta­tem wielu dużo bar­dziej pla­no­wa­nych muta­cji oraz nie­mal czte­rech tysięcy lat kon­tro­lo­wa­nej hodowli. Miał teraz kilka sil­nych zmu­to­wa­nych ludz­kich odmian, które łączył według wła­snego pomy­słu albo trzy­mał w izo­la­cji. A za sobą miał nie­wy­po­wie­dzianą liczbę pora­żek, nie­bez­piecz­nych albo tylko god­nych poża­ło­wa­nia, któ­rych pozby­wał się tak swo­bod­nie, jak inni zarzy­nali bydło.

– Powiedz mi cho­ciaż cokol­wiek, jakie nadzieje wią­żesz z tą dziew­czynką – popro­siła Emma. – Na jakie nie­bez­pie­czeń­stwo chcesz mnie nara­zić?

Poło­żył dłoń na jej kości­stym ramie­niu.

– Na mini­malne. Em. Jeśli będziesz miała swój udział w jej wycho­wa­niu, powinna wyro­snąć na kogoś w miarę dają­cego się kon­tro­lo­wać. Tak naprawdę myśla­łem, żebyś to ty ją wycho­wy­wała.

– Nie! Abso­lut­nie nie. Wycho­wa­łam już dosyć dzieci. Wię­cej mi nie trzeba.

– Myśla­łem, że tak wła­śnie powiesz. Dobrze. Po pro­stu pozwól mi ją umie­ścić razem z matką w miesz­ka­niu obok, gdzie będziesz miała na obie oko.

– A co z nią zro­bisz, kiedy doj­rzeje? To zna­czy, jeśli okaże się hodow­la­nym suk­ce­sem?

Wes­tchnął.

– Cóż, chyba mogę ci powie­dzieć. Zamie­rzam jej użyć w pró­bie połą­cze­nia aktyw­nych tele­pa­tów. Chcę spró­bo­wać skrzy­żo­wać ją z innym tele­patą w taki spo­sób, żebym żad­nego z nich nie zabił. I mam nadzieję, że ona i chło­pak, któ­rego mam na myśli, będą dosta­tecz­nie sta­bilni, by pozo­stać w parze i nie poza­bi­jać się nawza­jem. To byłby począ­tek.

Emma go słu­chała i krę­ciła głową. Ileż ludz­kich ist­nień zmar­no­wał przez te wszyst­kie lata w pogoni za marze­niem!

– Doro, oni ni­gdy nie byli razem. Zostaw ich, pro­szę, w spo­koju. Niech sobie żyją oddziel­nie. Kiedy na siłę ich nie łączysz, w natu­ralny spo­sób się uni­kają.

– Chcę ich mieć razem. Sądzisz, że zarzu­ci­łem swój plan?

– Cią­gle mam nadzieję, że go zarzu­cisz dla dobra two­ich ludzi.

– I mam się zado­wo­lić cią­giem woju­ją­cych ple­mion, bo tak to teraz wygląda? Więk­szość z nich nawet szcze­gól­nie nie trzyma się razem. To po pro­stu rodziny, któ­rych człon­ko­wie raczej się nie lubią, choć zwy­kle potrze­bują być bli­sko sie­bie. Mam zbiór rodzin, które abso­lut­nie nie tole­rują człon­ków moich innych rodzin. Za to dość dobrze tole­rują zwy­kłych ludzi. Już dawno temu wymie­sza­liby się znowu z popu­la­cją ogólną, gdy­bym ich nie pil­no­wał.

– Może powinni się wymie­szać? Byliby szczę­śliwsi.

– A ty była­byś szczę­śliw­sza bez swo­ich darów, Emmo? Chcia­ła­byś być zwy­kłym czło­wie­kiem?

– Oczy­wi­ście, że nie. Ale ilu ludzi ma taką pełną kon­trolę nad swo­imi zdol­no­ściami, jak ja? A ilu spę­dza życie w skraj­nym nie­szczę­ściu, bo mają „dary”, nad któ­rymi nie panują? Ani nawet ich nie poj­mują. – Wes­tchnęła. – W każ­dym razie za mnie nie możesz przy­pi­sać sobie zasług. Jestem pra­wie takim samym przy­pad­kiem, jak ty. Moje ple­mię zostało oddzie­lone od jed­nej z two­ich rodzin setki lat przed moimi naro­dzi­nami. Zmie­szali się z ludem, wśród któ­rego zna­leźli schro­nie­nie jako ucie­ki­nie­rzy, a jed­nak zdo­łali mnie wydać na świat.

I Doro od tam­tej pory usi­ło­wał powie­lić ten szczę­śliwy traf jej naro­dzin. Znała go już od trzy­stu lat, w swo­ich róż­nych wcie­le­niach uro­dziła mu trzy­dzie­ścioro sied­mioro dzieci. Żadne z nich nie było szcze­gól­nie dłu­go­wieczne. A ci potom­ko­wie, któ­rzy mogliby żyć bar­dzo długo, byli umę­czo­nymi ludźmi, nie­sta­bil­nymi psy­chicz­nie. Popeł­niali samo­bój­stwa. Reszta żyła tyle, ile zwy­kle żyje czło­wiek, i umarła śmier­cią natu­ralną. Już Emma się o to zatrosz­czyła. Jeśli cho­dzi o wnu­ków, nie wszyst­kich potra­fiła mieć pod kon­trolą, ale chro­niła swoje dzieci. Już na samym początku zna­jo­mo­ści z Dorem ostrze­gła, że jeśli zabije choć jedno jej dziecko, wię­cej nie uro­dzi mu żad­nego.

Począt­kowo Doro zbyt wysoko cenił linię Emmy i ją samą, żeby uka­rać ją za tę „aro­gan­cję”. Póź­niej, gdy już przy­wykł do Emmy, do tego, że jest nie­śmier­telna, zaczął cenić ją nie tylko jako mate­riał hodow­lany. Stała się jego towa­rzyszką, żoną, do któ­rej zawsze powra­cał. Oboje od czasu do czasu poślu­biali inne osoby, ale takie związki były na chwilę.

Przez pewien czas Emma wie­rzyła w jego marze­nie o stwo­rze­niu nowej ludz­kiej rasy. W miarę jed­nak, jak dowia­dy­wała się wię­cej o tym, jakimi meto­dami Doro speł­nia to marze­nie, jej zapał słabł. Żadne marze­nie nie jest warte, by czy­nić ludziom to, co on im czy­nił.

Wła­śnie przez tę jego bez­na­miętną goto­wość do mor­do­wa­nia osta­tecz­nie miała go dość po mniej wię­cej dwóch wie­kach związku. Odwró­ciła się od niego ze wstrę­tem, kiedy zamor­do­wał młodą kobietę, która na jego żąda­nie uro­dziła mu troje dzieci. Dla Emmy ta kro­pla prze­lała kie­lich gory­czy.

Do tego czasu jed­nak Doro zdą­żył już zbyt mocno wro­snąć w jej życie, stał się dla niej zbyt ważny. Nie mogła po pro­stu od niego odejść, nawet gdyby jej na to pozwo­lił. Potrze­bo­wała go, cho­ciaż już go nie chciała. I nie zamie­rzała być dłu­żej jedną z osób, które popie­rają jego mordy. Droga ucieczki była tylko jedna i Emma zaczęła się do niej przy­go­to­wy­wać. Czy­niła przy­go­to­wa­nia do śmierci.

A Doro, zasko­czony, prze­ra­żony, zaczął się w pewien spo­sób popra­wiać. Dał jej słowo, że nie będzie wię­cej zabi­jał ludzi ze swo­jej hodowli, któ­rzy stali się już dla niego bez­u­ży­teczni. Potem popro­sił ją, by żyła. Osta­tecz­nie przy­szedł do niej jak czło­wiek do czło­wieka i bła­gał, by go nie zosta­wiała. I nie zosta­wiła go. Już ni­gdy wię­cej niczego jej nie naka­zał.

– Weź­miesz do sie­bie tę matkę z dziec­kiem, Em?

– Tak. Wiesz, że wezmę. Bie­dac­twa.

– Nie aż takie bie­dac­twa, jeśli mi się powie­dzie.

Skrzy­wiła się z dez­apro­batą.

Doro się uśmiech­nął.

– I na doda­tek będę cię czę­ściej odwie­dzał, kiedy dziew­czyna pozo­sta­nie tuż obok.

– To już coś.

Ujęła obiema dłońmi jedną z dłoni Dora i przy­glą­dała się, jak są różne. Jego dłoń była gładka i miękka. Była to dłoń mło­dego męż­czy­zny, który naj­wy­raź­niej ni­gdy nie spla­mił się fizyczną pracą. Jej dło­nie były jak pta­sie szpony, twarde, chude, z wyraź­nymi żyłami i ścię­gnami. Zaczęła je wypeł­niać i wygła­dzać, pro­sto­wać dłu­gie palce, aż stały się dłońmi mło­dej kobiety, pięk­nymi, ale dziw­nie wyglą­da­ją­cymi u pomarsz­czo­nych star­czych rąk.

– Szkoda, że to dziew­czynka, nie chło­pak – powie­działa. – Oba­wiam się, że na razie mnie nie polubi. Przy­naj­mniej dopóki nie doro­śnie na tyle, by wyraź­nie widzieć, kim jesteś.

– Nie chcia­łem chłopca – odparł. – Mia­łem już kło­poty z chłop­cami… w tym szcze­gól­nym zada­niu, które chcę jej powie­rzyć.

– Aha.

Zasta­na­wiała się, ilu chłop­ców zabił, ponie­waż „miał z nimi kło­poty”.

– Chcia­łem dziew­czynę i chcia­łem, żeby była jedną z naj­młod­szych z poko­le­nia aktyw­nych. Oba te czyn­niki pomogą ją kon­tro­lo­wać. Zmniej­szą praw­do­po­do­bień­stwo, że się kie­dyś zbun­tuje prze­ciw moim pla­nom.

– Chyba nie doce­niasz dziew­cząt – powie­działa Emma. Teraz ciała nabie­rały jej ramiona, zaokrą­gliła je, były już nie chude, a szczu­płe. Pod­nio­sła dłoń do twa­rzy. Prze­su­nęła pal­cami po czole i policzku, które sta­wały się gład­kie i bez skazy. – Cho­ciaż dla dobra tej dziew­czynki – cią­gnęła – mam nadzieję, że aku­rat ją oce­niasz nale­ży­cie.

Doro przy­glą­dał się jej z zain­te­re­so­wa­niem, jak zawsze, gdy zmie­niała kształt.

– Nie rozu­miem, dla­czego spę­dzasz tyle czasu w ciele sta­rej kobiety – przy­znał.

Odchrząk­nęła.

– Jestem stara. – Mówiła teraz cichym, mło­dzień­czym kontr­al­tem. – A więk­szość ludzi zosta­wia brzydką sta­ru­chę w spo­koju.

Dotknął wygła­dzo­nej skóry na jej policzku. Na jego twa­rzy malo­wała się tro­ska.

– Potrzebny ci ten pro­jekt, Em. Nawet jeśli się przed nim opie­rasz. Zosta­wi­łem cię samą na zbyt długo.

– Nie do końca. – Uśmiech­nęła się. – Naresz­cie skoń­czy­łam trzy powie­ści, które pla­no­wa­łam napi­sać jesz­cze, kiedy ostatni raz miesz­ka­li­śmy razem. Spi­sa­łam histo­rię – moją histo­rię. Kry­tycy zachwy­cili się jej reali­zmem. Moje pisar­stwo jest nie­zwy­kle suge­stywne, zmu­sza do reflek­sji. Jestem uro­dzoną pisarką.

Roze­śmiał się.

– Dokończ zmie­niać postać, a coś ode mnie dosta­niesz. Będziesz miała co opi­sy­wać.

Część I

część I

Rozdział 1

1

Mary

Aku­rat byłam w moim pokoju, czy­ta­łam książkę, kiedy ktoś zaczął walić do drzwi, z całej siły, jak poli­cja. Pomy­śla­łam, że to fak­tycz­nie poli­cja, ale kiedy wsta­łam i wyj­rza­łam przez okno, zoba­czy­łam, że to tylko jeden z klien­tów Riny. Nie zawra­ca­ła­bym sobie głowy odpo­wie­dzią, ale typ kopał w drzwi, jakby chciał je wywa­żyć. Poszłam do kuchni i wzię­łam jedną z naszych żeliw­nych patelni – dużą aku­rat na dwa jajka. Potem pode­szłam do drzwi.

Debil był pijany.

– Hej – wybeł­ko­tał. – Gdzie jest Rina? Powiedz Rinie, że chcę z nią poga­dać.

– Riny nie ma. Niech pan wróci po połu­dniu, o pią­tej.

Zachwiał się na chod­niku, wpa­try­wał się we mnie.

– Chyba wyra­zi­łem się jasno. Powiedz Rinie, że chcę z nią poga­dać.

– A ja powta­rzam, że jej nie ma! – Zatrza­snę­ła­bym mu drzwi przed nosem, ale wie­dzia­łam, że będzie tylko dalej kopał, jeśli nie dotrze do niego, co mówię.

– Nie ma jej?

– Nie ma.

– No dobrze. – Zmru­żył oczy i mie­rzył mnie wzro­kiem. – A ty?

– Ja nie. – Zaczę­łam zamy­kać drzwi. Nie­na­wi­dzę takich scen, serio.

Typ ode­pchnął mnie i wma­sze­ro­wał do środka. Wła­śnie tyle mogę – jestem niska i chuda. Dzie­więć­dzie­siąt osiem fun­tów1. Mam dzie­więt­na­ście lat, a wyglą­dam na trzy­na­ście. Typy odno­szą błędne wra­że­nie.

– Czło­wieku, zabie­raj się stąd – ostrze­głam go. – Wróć o pią­tej. To Rina się kurwi, nie ja.

– Może czas, żebyś się nauczyła? – Wbi­jał we mnie wzrok. – A co tam masz w ręku?

Nic wię­cej nie mówi­łam. Już spró­bo­wa­łam bez prze­mocy.

– Pytam, kurde, co tam masz…

Dosko­czył do mnie. Ustą­pi­łam w bok i wyrżnę­łam go z całej siły w ten jego durny łeb. Zosta­wi­łam go na pod­ło­dze, gdzie upadł, wzię­łam torebkę i wyszłam. Niech Rina albo Emma się nim zajmą.

Nie wie­dzia­łam, dokąd idę. Chcia­łam po pro­stu być jak naj­da­lej od domu. Bolała mnie głowa, od czasu do czasu sły­sza­łam głosy – jakieś słowo, krzyk, czyjś płacz. Sły­sza­łam je w gło­wie. Według Dora to zna­czyło, że jestem już bli­sko prze­miany. Doro mówił, że to dobrze. Żało­wa­łam, że nie mogę mu oddać tro­chę tego cier­pie­nia i obłędu, niech zoba­czy, jak „to dobrze”. Bez prze­rwy czu­łam się strasz­nie, a on zaglą­dał do mnie tylko od czasu do czasu, sze­roko uśmiech­nięty.

Poszłam na Maple Ave­nue, a stam­tąd aku­rat odjeż­dżał auto­bus. Do Los Ange­les. Pomy­śla­łam „a co mi tam” i wsia­dłam. Nie żeby w Los Ange­les było cokol­wiek dla mnie. Ni­gdzie nie było cze­goś dla mnie, chyba że był tam Doro. Jeżeli mia­łam szczę­ście, Rina i Emma zdą­żyły już zna­leźć typa na pod­ło­dze w salo­nie i zadzwo­niły po Dora. Zawsze po niego dzwo­niły, kiedy uwa­żały, że grożę wybu­chem. A teraz sprawy miały się tak, że wybu­chem gro­zi­łam non stop.

Wysia­dłam z auto­busu w cen­trum Los Ange­les i poszłam do apteki. Dopiero w środku przy­po­mnia­łam sobie, że jedyne pie­nią­dze wyda­łam na bilet na auto­bus. Wsu­nę­łam fiolkę aspi­ryny do torebki i wyszłam. Kilka lat temu Doro zapo­wie­dział, że pora­chuje mi kości, jeśli kie­dy­kol­wiek zła­pią mnie na kra­dzieży. Kradnę, odkąd skoń­czy­łam sie­dem lat, i jesz­cze ni­gdy mnie nie zła­pali. Kie­dyś regu­lar­nie kra­dłam pre­zenty dla Riny – kiedy jesz­cze uda­wa­łam, że fakt, że jest moją matką, coś dla mnie zna­czy. W każ­dym razie teraz wie­dzia­łam, co będę robić w Los Ange­les. Będę robić „zakupy”.

Nie sta­ra­łam się za bar­dzo, ale zdo­by­łam parę rze­czy. Fajne radyjko Sony – takie z tych małych. Po pro­stu wyszłam z nim z dys­kontu, kiedy sprze­dawca, który mi je poka­zy­wał, odszedł na chwilę, żeby powstrzy­mać jakie­goś smarka zamie­rza­ją­cego roz­wa­lić ustawkę z pla­sti­ko­wych tale­rzy na wysta­wie. Zwi­nę­łam też per­fumy. Ale nie podo­bał mi się ich zapach, więc je wyrzu­ci­łam. Zwi­nę­łam cztery aspi­ryny i tro­chę prze­stała mnie boleć głowa. Zwi­nę­łam bluzkę i drugą, bez ple­ców, i parę sztuk cał­kiem kon­kret­nej sztucz­nej biżu­te­rii. Biżu­te­rię też wyrzu­ci­łam po bliż­szej inspek­cji. Tan­deta. I zgar­nę­łam dwie książki. Zawsze mam książki. Gdy­bym nie miała co czy­tać, serio bym osza­lała.

W dro­dze powrot­nej do For­syth ktoś w mojej gło­wie wrzesz­czał jak opę­tany. Do tego czu­łam, jakby ktoś inny przy­wa­lił mi w twarz. Cza­sem mi się mie­szało, nie wie­dzia­łam, co mi się naprawdę przy­da­rza, a co tylko wyła­puję przy­pad­kowo z cudzych umy­słów. Tym razem, kiedy to się zda­rzyło, aku­rat wsia­da­łam do auto­busu i po pro­stu zamar­łam. Pano­wa­łam nad sobą na tyle, żeby ustać na nogach, żeby nie upaść z krzy­kiem na zie­mię po tym wyraź­nie odczu­tym cio­sie w twarz. Ale nie można zatrzy­mać się na schod­kach do auto­busu na rogu Siód­mej i Broad­way o pią­tej po połu­dniu. To grozi utratą życia.

Nie stra­to­wali mnie, tylko po pro­stu prze­su­wali ze stopni. Ktoś ode­pchnął mnie od drzwi auto­busu. Ktoś inny zepchnął mnie sobie z drogi. Nie potra­fi­łam zare­ago­wać. Mogłam tylko stać, prze­cze­kać to.

A potem było już po wszyst­kim. W ostat­niej chwili dosta­łam się z powro­tem do auto­busu, zanim odje­chał z przy­stanku. Musia­łam stać całą drogę do For­syth. Zro­bi­łam, co mogłam, żeby prze­wró­cić parę osób przy wysia­da­niu.

Nie chcia­łam wra­cać do domu. Nawet jeśli Rina i Emma zadzwo­niły po Dora, jesz­cze nie zdą­żył przy­je­chać. Nie chcia­łam słu­chać jazgotu Riny. Ale potem zaczę­łam myśleć o tym jej klien­cie. Jak mocno go wal­nę­łam? Może go zabi­łam? Posta­no­wi­łam wró­cić do domu i spraw­dzić. I tak nie było nic innego do roboty. For­syth to mar­twe mia­sto. Mia­sto boga­tych, sta­rych ludzi, w więk­szo­ści bia­łych. Get­tem nie można było nazwać nawet połu­dniowo-zachod­niej czę­ści, gdzie miesz­ka­ły­śmy, a w każ­dym razie nie get­tem raso­wym. Żyła tam masa bie­doty wszyst­kich ras – do wyboru, do koloru – a każdy wypru­wał sobie żyły, żeby się stam­tąd wydo­stać. Oprócz nas. Doro zdra­dził mi, że Rina już raz żyła poza get­tem, ale wró­ciła. Ni­gdy nie mia­łam matki za szcze­gól­nie roz­gar­niętą.

Miesz­ka­ły­śmy na samym rogu Dell Street i For­syth Ave­nue, poszłam więc wzdłuż Dell Street chod­ni­kiem po prze­ciw­nej stro­nie niż nasz dom. Chcia­łam zoba­czyć, czy za rogiem stoją jakieś radio­wozy, zanim wejdę do środka. Gdyby jakieś stały, poszła­bym dalej przed sie­bie. Wie­dzia­łam co prawda, że Doro wyplą­tałby mnie ze wszyst­kich kło­po­tów, w jakie pew­nie wpa­dłam. Ale wie­dzia­łam rów­nież, że pra­wie by mnie zabił. To nie było tego warte.

Rinna i Emma na mnie cze­kały. Nie byłam zasko­czona. Musia­ły­śmy ode­grać małą dramę.

Rina: Czy ty sobie zda­jesz sprawę, że mogłaś zabić czło­wieka?! Chcesz, żeby­śmy poszły sie­dzieć?!

Emma: Nie możesz cho­ciaż raz w życiu pomy­śleć? Dla­czego go tutaj zosta­wi­łaś? Mogłaś cho­ciaż przyjść po mnie, przy­naj­mniej tyle. Na miłość boską, dziew­czyno…

Rina: Czemu tak go wal­nę­łaś? Powiesz nam?

Nie dały mi dojść do słowa.

Rina: To jakiś nie­szko­dliwy eme­ryt, do cho­lery. Nic by ci nie zro­bił…

Emma: Doro już tu jedzie, Mary, więc lepiej, żebyś miała porządne wytłu­ma­cze­nie.

W końcu udało mi się dojść do głosu.

– Albo bym go wal­nęła, albo by mnie wyru­chał.

– Boże drogi – jęk­nęła Rina. – Nie możesz powstrzy­mać się od takiego języka nawet przy Emmie?

– Uży­wam takiego języka, jakiego mnie nauczy­łaś, mamu­siu. Poza tym, co mam niby powie­dzieć? Że „byśmy się kochali”? Z mojej strony nie byłoby w tym miło­ści. A gdyby mu się udało, już na pewno bym go zabiła.

– Zaję­łaś się tym dość solid­nie – zauwa­żyła Emma. Powoli się uspo­ka­jała.

– A tak w ogóle, to co z nim zro­bi­ły­ście? – zapy­ta­łam.

– Zawio­zły­śmy go do szpi­tala. – Wzru­szyła ramio­nami. – Pęk­nię­cie czaszki.

– W szpi­talu nie mówili?

– Przy tym, jak śmier­dział? Zgar­bi­łam się jesz­cze bar­dziej i opo­wie­dzia­łam, że wnuk za dużo wypił, prze­wró­cił się i upadł na głowę.

Roze­śmia­łam się. Emma zawsze uda­wała sta­ruszkę, żeby wzbu­dzić współ­czu­cie u obcych, a przy­naj­mniej, żeby uśpić ich czuj­ność. Kiedy nie było z nią Dora, wyglą­dała na zasu­szoną, drobną sta­ro­winkę. Ale to były tylko pozory. Raz widzia­łam, jak jakiś typ pró­bo­wał wyrwać jej torebkę, kiedy kuś­ty­kała ulicą. Zła­mała mu rękę.

– To był naprawdę twój wnuk? – zapy­ta­łam.

– Oba­wiam się, że tak.

Spoj­rza­łam na Rinę z nie­sma­kiem.

– Nie możesz zna­leźć sobie do dyma­nia kogoś spoza rodziny? Boże!

– Nie twoja sprawa.

– Na twoim miej­scu nie obru­sza­ła­bym się aż tak bar­dzo na słowo „kazi­rodz­two”, Mary – zauwa­żyła Emma, w zasa­dzie szcze­rząc na mnie zęby. To nie był uśmiech.

Rzadko kiedy się doga­dy­wa­ły­śmy. Poza tym uwa­żała, że Doro to jej pry­watna wła­sność. Wsta­łam i poszłam do mojego pokoju.

***

Następ­nego dnia przy­je­chał Doro.

Pamię­tam, jak kie­dyś – mia­łam wtedy jakieś sześć lat – sie­dzia­łam mu na kola­nach i z wytę­że­niem przy­glą­da­łam się jego naj­now­szej twa­rzy.

– Chyba powin­nam mówić do cie­bie „tatu­siu”, prawda? – zapy­ta­łam.

– Na twoim miej­scu tak bym mnie nie nazy­wał – odparł. I się uśmiech­nął. – Za jakiś czas prze­sta­nie ci się podo­bać.

Nie rozu­mia­łam, byłam bar­dzo upar­tym dziec­kiem. Nazy­wa­łam go „tatu­siem”. Chyba mu to nie prze­szka­dzało. Ale oczy­wi­ście prze­stało mi się póź­niej podo­bać. Na­dal mnie to tro­chę uwie­rało, a Doro i Emma o tym wie­dzieli. Mia­łam wra­że­nie, że oboje mieli z tego uży­wa­nie.

Tym razem Doro był czarny. Ulżyło mi, bo przy oka­zji ostat­nich paru wizyt był biały. Po pro­stu wszedł wcze­śnie rano do mojego pokoju i usiadł na moim łóżku. To mnie obu­dziło. Widzia­łam tylko wiel­kiego obcego typa, który sie­dzi z boku na mojej koł­drze.

– Powiedz coś – popro­si­łam szybko.

– To ja – powie­dział.

Roz­luź­ni­łam chwyt na ostrym nożu z czub­kiem, z któ­rym spa­łam, i pod­nio­słam się z pościeli.

– Mogę cię poca­ło­wać czy ty też się na mnie rzu­cisz? – zapy­ta­łam.

Odsło­nił koł­drę i prze­su­nął dło­nią po kra­wę­dzi mate­raca tuż przy ścia­nie. Oczy­wi­ście zna­lazł mój nóż. Trzy­ma­łam go wsu­nięty w uchwyt do pod­no­sze­nia mate­raca. Wyrzu­cił go za drzwi.

– Zostaw noże i patel­nie w kuchni, tam jest ich miej­sce – powie­dział.

– Ten typ chciał mnie zgwał­cić, Doro.

– Kie­dyś kogoś zabi­jesz.

– Wyłącz­nie, jeśli będę musiała. Jeżeli ludzie zosta­wiają mnie w spo­koju, odwdzię­czam się tym samym.

Pod­niósł z pod­łogi parę moich dżin­sów i rzu­cił mi je w twarz.

– Ubie­raj się – pole­cił. – Chcę ci coś poka­zać. Chcę, żeby nawet do cie­bie w końcu dotarło.

Wstał i wyszedł z pokoju.

Rzu­ci­łam dżinsy z powro­tem na pod­łogę i pode­szłam do szafy po jakieś czy­ste ubra­nia. Głowa już z powro­tem zaczy­nała mnie boleć.

Zawiózł mnie pod miej­skie wię­zie­nie. Zapar­ko­wał pod murem i po pro­stu sie­dział w aucie.

– I co teraz? – zapy­ta­łam.

– Ty mi powiedz.

– Doro, po co mnie tu przy­wio­złeś?

– Już mówi­łem. Żeby do cie­bie tra­fiło.

– Ale co ma tra­fić? Że wła­śnie tutaj skoń­czę, jeśli nie będę grzeczna? Boże! Jedźmy już stąd. – Czu­łam, że zaczyna być ze mną źle. I zaraz będzie naprawdę fatal­nie. Wyczu­wa­łam sygnały nawet naj­słab­szych emo­cji.

– Dla­czego mamy stąd jechać? – zapy­tał.

– Moja głowa…! – Czu­łam, że tracę nad sobą kon­trolę. – Doro, pro­szę.

Zaczę­łam się drzeć. Pró­bo­wa­łam jakoś to prze­trzy­mać. Wyłą­czyć się, tak jak poprzed­niego dnia. Zamro­zić. Ale tkwi­łam w samym środku kosz­maru. Takiego, w któ­rym ściany ze wszyst­kich stron suną ku tobie, żeby cię zgnieść, a ty nie możesz się wydo­stać. Takiego, w któ­rym jesteś zamknięty w jakimś ciem­nym, wąskim miej­scu i nie możesz się wydo­stać. Takiego, w któ­rym jesteś zamknięty w zoo jak zwie­rzę i nie możesz się wydo­stać!

Ni­gdy nie bałam się ciem­no­ści. Nawet kiedy byłam mała. I ni­gdy nie bałam się małych, cia­snych miejsc. A jedyne miej­sce ze ścia­nami zaci­ska­ją­cymi się jak ima­dło widzia­łam w kiep­skim fil­mie. Ale pod tym wię­zie­niem wrzesz­cza­łam ile sił w płu­cach. Zaczę­łam machać rękami i nogami jak opę­tana, aż Doro mnie chwy­cił i przy­trzy­mał, żebym nie wysko­czyła z samo­chodu. O mały włos spo­wo­do­wałby przeze mnie wypa­dek, kiedy pró­bo­wał odje­chać.

W końcu, kiedy byli­śmy już spory kawa­łek drogi od wię­zie­nia, uspo­ko­iłam się. Sie­dzia­łam zgięta wpół na fotelu pasa­żera i trzy­ma­łam się za głowę.

– Sądzisz, że jak długo zacho­wa­ła­byś nawet taką jasność umy­słu jak teraz, gdy­byś miała wokół sie­bie nagro­ma­dze­nie emo­cji z wię­zie­nia? – zapy­tał.

Mil­cza­łam.

– Więk­szo­ści więź­niów w ogóle nie obcho­dzą cudze myśli i stra­chy – dodał. – Nie podoba im się, że sie­dzą, ale uznają, że to do prze­ży­cia. Ty byś tak nie potra­fiła. Nie wola­ła­byś raczej zostać zgwał­cona, niż tra­fić w takie miej­sce, choćby na krótko?

– Masz aspi­rynę? – zapy­ta­łam. Głowa bolała mnie tak, że pra­wie sły­sza­łam, jak ten ból pul­suje. A moją nową fiolkę z aspi­ryną z jakie­goś głu­piego powodu zosta­wi­łam w domu na szafce noc­nej.

– W schowku – powie­dział. – Ale nie mam wody.

Pogrze­ba­łam w schowku, zna­la­złam aspi­rynę i połknę­łam cztery tabletki. Doro zatrzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle i przy­glą­dał się, co robię.

– Zaszko­dzisz sobie w ten spo­sób.

– Dzięki tobie już teraz nie jest ze mną naj­le­piej.

– Nie słu­chasz. Mówię do cie­bie, a ty nie słu­chasz. Więc dla two­jego wła­snego dobra muszę ci takie rze­czy poka­zy­wać.

– Odtąd będę słu­chała. Po pro­stu mi mów. – Uło­ży­łam się w fotelu i cze­ka­łam, aż aspi­ryna zacznie dzia­łać. Wtedy zda­łam sobie sprawę, że Doro nie wie­zie mnie do domu. – Dokąd jedziemy? Chyba nie masz dla mnie kolej­nej nie­spo­dzianki?

– Mam. Ale nie taką, o jakiej myślisz.

– A jaką? Dokąd jedziemy?

– Tutaj.

Byli­śmy na South Ocean Ave­nue, w dobrej czę­ści dziel­nicy han­dlo­wej, w cen­trum For­syth. Doro wjeż­dżał na par­king przed Orman­sem, jed­nym z naj­lep­szych skle­pów w mie­ście.

Zapar­ko­wał, zga­sił sil­nik i oparł plecy o fotel.

– Chciał­bym, żebyś na chwilę prze­stała zapa­mię­tale odgry­wać swoją rolę – powie­dział. – Prze­stań być jędzo­watą córką Riny.

Spoj­rza­łam na niego z ukosa.

– Przy tobie zwy­kle jej nie gram.

– Może dziś za słabo się sta­rasz. Dobrze, sądzisz, że mogła­byś wejść do tego sklepu i kupić sobie – nie ukraść – coś innego niż dżinsy?

– Na przy­kład co?

– Chodź. – Wysiadł z auta. – Zobaczmy, w czym będzie ci ład­nie.

Wie­dzia­łam, w czym ład­nie wyglą­dam. A przy­naj­mniej w miarę przy­zwo­icie. Ale po co się spi­nać, skoro jedy­nym typem, któ­rym byłam zain­te­re­so­wana, był Doro, a do niego w żaden spo­sób nie potra­fi­łam dotrzeć? Trudno, albo miał dla mnie czas, albo nie miał. A skoro nie miał, mogłam nawet cho­dzić nago, a on i tak by nie zwra­cał na mnie uwagi.

Wyłącz­nie na jego prośbę wybra­łam parę sukie­nek, jakieś cał­kiem fajne spodnie i kilka innych rze­czy. Niczego nie ukra­dłam. Ból głowy osłabł i teraz tylko ćmił, a moje odbi­cie w lustrze w przy­mie­rzalni poka­zy­wało już nie wiedźmę, tylko po pro­stu dziwną dziew­czynę. Doro powie­dział kie­dyś, że oprócz oczu i koloru skóry z wyglądu bar­dzo przy­po­mi­nam Emmę – to zna­czy jej młod­szą wer­sję. Moje oczy – zda­niem Emmy zie­lone jak świa­tło na skrzy­żo­wa­niu – i moja skóra, koloru sła­bej kawy, były darami od ciała bia­łego czło­wieka, które Doro miał na sobie, gdy zapłod­nił Rinę. Jakie­goś bie­daka z reli­gij­nej kolo­nii kon­tro­lo­wa­nej przez Dora w Pen­syl­wa­nii. Doro miał wszę­dzie swo­ich ludzi.

Kiedy stwier­dził, że już wybra­łam wystar­cza­jąco dużo, zapła­cił za to cze­kiem na więk­szą sumę, niż w życiu widzia­łam. Miał jakiś sys­tem zała­twia­nia spraw ban­ko­wych kore­spon­den­cyj­nie, w wielu ban­kach. Pole­cił, żeby dostar­czono mu to wszystko do hotelu, w któ­rym się zatrzy­mał. Kiedy wyszli­śmy ze sklepu, zapy­ta­łam, czemu kazał dostar­czyć zakupy do hotelu?

– Chcę, żebyś ze mną została kilka dni – wyja­śnił.

Zdzi­wi­łam się, ale uważ­nie popa­trzy­łam mu w oczy.

– Okej.

– Będziesz musiała się przy­zwy­czaić do pew­nej myśli. I dla two­jego dobra wolał­bym, żebyś pode­szła do tego na spo­koj­nie. Krzycz sobie i wrzeszcz, kiedy jesteś bez­pieczna.

– O Boże. A co się takiego sta­nie, że mia­ła­bym krzy­czeć i wrzesz­czeć?

– Wycho­dzisz za mąż.

Popa­trzy­łam na niego. Kie­dyś powie­dział te same słowa do Riny, te albo inne, podobne. Do Emmy – Bóg wie ile razy. Naj­wy­raź­niej przy­szedł czas na mnie.

– Za cie­bie, tak?

– Nie.

Aż do tego momentu nie bałam się.

– A za kogo?

– Za jed­nego z moich synów. Abso­lut­nie z tobą nie­spo­krew­nio­nego, jeśli cię to inte­re­suje.

– Za obcego? Wytrza­sną­łeś jakie­goś obcego typa i mam za niego wyjść?

– I wyj­dziesz. – Nie uży­wał ze mną czę­sto tego tonu, i z nikim innym chyba też nie. Był zare­zer­wo­wany na sytu­acje, kiedy Doro kazał czło­wie­kowi coś robić, i zabi­jał za odmowę. Spo­kojny, lodo­waty ton głosu.

– Doro, a może ty zosta­niesz nim? Przej­mij jego ciało i wtedy wyjdę za cie­bie.

– Chcesz powie­dzieć, że mam go zabić?

– Bez prze­rwy zabi­jasz ludzi.

Pokrę­cił głową.

– Zasta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek z tego wyro­śniesz.

– Z czego?

– Z total­nej pogardy dla ludz­kiego życia, oprócz wła­snego, oczy­wi­ście.

– Grubo! Kurde, dia­beł we wła­snej oso­bie usi­łuje pra­wić mi kaza­nie!

– Może po prze­mia­nie zaczniesz myśleć ina­czej.

– Jeśli tak, to nie wiem, jak potem będę umiała cię znieść.

Uśmiech­nął się.

– Nie zda­jesz sobie z tego sprawy, ale to naprawdę może być pro­blem. Jesteś mode­lem eks­pe­ry­men­tal­nym. Twoi przod­ko­wie mieli ze mną kło­poty.

– Nie mów o mnie, jak­bym była jakiś nowym samo­cho­dem. – Zmarsz­czy­łam brwi. – Jakie kło­poty?

– Nie­ważne. Nie będę mówił o tobie, jak­byś była nowym samo­cho­dem.

– Zaraz, zaraz – powie­dzia­łam poważ­niej­szym tonem. – Pytam serio, Doro. Jakie kło­poty?

Nie odpo­wie­dział.

– Kto­kol­wiek z nich jesz­cze żyje?

Nie odpo­wie­dział.

Wzię­łam głę­boki oddech, patrzy­łam przez szybę.

– Okej, czyli jak mam uni­kać kło­po­tów z tobą?

Objął mnie ramie­niem, a ja z jakie­goś powodu, zamiast się wzdry­gnąć i odsu­nąć, przy­tu­li­łam się do niego.

– Ja ci nie grożę – powie­dział.

– Ow­szem, gro­zisz. Opo­wiedz mi o tym twoim synu.

Zawiózł mnie na Palo Verde Ave­nue, gdzie miesz­kają bogaci ludzie. Zatrzy­mał auto przed białą, otyn­ko­waną dwu­pię­trową rezy­den­cją. Z hisz­pań­skimi dachem, wiel­kimi łukami drzwi, kępami palm w ogro­dzie, sta­ran­nie przy­strzy­żo­nymi krze­wami i z ogromną poła­cią traw­nika od frontu. Posia­dłość zaj­mo­wała cały kwar­tał ulic.

– To jego dom – oznaj­mił Doro.

– Cho­lera – wybur­cza­łam. – Należy do niego? Cały?

– Od góry do dołu.

– O Boże. – Nagle coś mi przy­szło do głowy. – On jest biały?

– Ow­szem.

– Jezu, Doro. Czło­wieku, co ty chcesz ze mną zro­bić?

– Pró­buję zapew­nić ci pomoc. Będzie ci potrzebna.

– A co on niby potrafi, czego ty nie umiesz? Boże, prze­cież wystar­czy, że on na mnie spoj­rzy i… Doro, już sam fakt, że mieszka w tej czę­ści mia­sta, świad­czy o tym, że to nie­od­po­wiedni typ. Pal­nie do mnie coś głu­piego i się poza­bi­jamy.

– Na twoim miej­scu nie wda­wał­bym się z nim w bójki. To jeden z moich aktyw­nych.

Aktywny: jeden z ludzi Dora, któ­rzy już prze­szli prze­mianę i zmie­nili się w potwory, na jakie ich sobie wyho­do­wał. Emma była taką aktywną. Rina, mimo jej „dobrej” rodziny, była tylko uta­joną. Ni­gdy nie prze­szła prze­miany, więc jej zdol­no­ści nie roz­wi­nęły się w pełni.

– A na czym polega jego zdol­ność? – zapy­ta­łam.

– To bar­dzo wyjąt­kowy dar. Jest tele­patą. Moim naj­lep­szym tele­patą, przy­naj­mniej do czasu, aż ty przej­dziesz prze­mianę.

– Chcesz, żeby czy­tał w moich myślach?

– Nie będzie miał zbyt wiel­kiego wyboru. Jeśli będzie­cie miesz­kać w jed­nym domu, prę­dzej czy póź­niej zacznie ci czy­tać w myślach, podob­nie jak ty w jego.

– To zna­czy, że on nie kon­tro­luje swo­jej zdol­no­ści tak samo, jak ja?

– Ma nad nią znacz­nie wię­cej kon­troli. Wła­śnie dla­tego będzie umiał ci pomóc pod­czas two­jej prze­miany. Ale żaden z moich tele­pa­tów nie potrafi cał­ko­wi­cie odgro­dzić się od świata. Cza­sem prze­ni­kają do nich rze­czy, któ­rych wcale nie chcą odczu­wać. Naj­czę­ściej jed­nak po pro­stu są wścib­scy i wkra­dają się do cudzych myśli.

– I nie chcesz go zała­twić wła­śnie dla­tego, że jest aktywny? Tym razem bez mora­li­zo­wa­nia.

– Tak. Jest zbyt rzadki i zbyt cenny, żeby go bez­tro­sko zabi­jać. Ty też. Ty i on nie jeste­ście dokład­nie tacy sami, ale sądzę, że róż­ni­cie się na tyle, by się uzu­peł­niać.

– On wie o mnie?

– Wie.

– I co?

– Ma takie same obawy, jak ty.

– Fan­ta­stycz­nie. – Zgar­bi­łam się na sie­dze­niu. – Doro… powiedz mi, po co ten ślub? Nie muszę za niego wycho­dzić, żeby dostać od niego tę niby pomoc. Kurde, nawet nie muszę za niego wycho­dzić, żeby zro­bił mi dziecko, jeśli o to ci cho­dzi.

– Osta­tecz­nie może mi o to cho­dzić, ale naj­pierw muszę zoba­czyć, jak prze­szłaś prze­mianę. Na razie chcę tylko, żeby­ście oboje uświa­do­mili sobie, że rów­nie dobrze może­cie się zaak­cep­to­wać. Chcę stwo­rzyć z was zwią­zek, w któ­rym mimo wszystko będzie­cie się nawza­jem sza­no­wali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W przy­bli­że­niu 45 kg (przyp. tłum.). [wróć]