Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Mary jest niebezpiecznym eksperymentem. Jej stwórca, Doro, istota nieśmiertelna, od pokoleń kształtuje ludzkość, wyszukując jednostki obdarzone niezwykłymi zdolnościami, na przykład telepatią, i krzyżuje je ze sobą, by stworzyć nową podrasę bezwzględnie posłuszną jego woli. Mary, owoc tych krzyżówek, jest młodą czarną kobietą, która mieszka na ubogich przedmieściach Los Angeles i nie ma pojęcia, jak ogromną moc wkrótce posiądzie.
Doro wie, że musi obchodzić się z Mary ostrożnie. W przeciwnym razie dziewczyna skończy jak jego wcześniejsze eksperymenty: zabije się, albo zginie z jego ręki. Doro nie podejrzewa jednak, że dojrzewające zdolności telepatyczne Mary mogą wkrótce dorównać jego własnej potędze.
Łącząc obdarzonych mocami ludzi w sieć Powiązanych, Mary stworzy możliwość, by raz na zawsze ludzie uwolnili się spod władzy Dora. Czy odmieni bieg dziejów ludzkości?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Mind of My Mind
Copyright © 1977 by Octavia E. Butler
Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja
Korekta: Elwira Wyszyńska, Magdalena Górnicka
Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń
Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon
Nazwa serii: Vanrad
Redaktor serii: Andrzej Miszkurka
ISBN 978-83-68919-76-9
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227335010 www.dressler.com.pl
Dla Octavii, M., Harlana i Sida
W Forsyth na południu Kalifornii wdowa po Dorze została prostytutką. Doro zostawił ją samą na półtora roku. Za długo. Ze względu na córkę, którą mu urodziła, powinien odwiedzać je częściej. Teraz było już prawie za późno.
Doro obserwował ją, nie dając znać, że jest w mieście. Wprowadziła się do nowego mieszkania w dzielnicy biedoty i Doro widział, jak mężczyźni wchodzą tam jeden za drugim. Widział też, że kiedy sama wychodzi z domu, większość czasu spędza w miejscowych barach.
Podczas jego półtorarocznej nieobecności przeprowadziła się z domu, który jej kupił – drogiego, w dobrej dzielnicy. I chociaż zostawił rozporządzenia w miejscowym banku, by dostawała przyzwoitą miesięczną pensję, nadal potrzebowała mężczyzn. I alkoholu. Nie był tym zaskoczony.
Kiedy zapukał do drzwi, chciał przede wszystkim sprawdzić, czy z córką wszystko w porządku. Gdy jej matka otworzyła, odepchnął ją i bez słowa wszedł do środka.
Była mocno wstawiona i bełkotliwie zawołała za nim:
– Ej, chwila! A kim ty jesteś, żeby tu…?
– Spokój, Rina.
Oczywiście najpierw go nie rozpoznała. Nosił ciało, którego wcześniej nie widziała. Ale jak wszyscy jego ludzie poznała go, gdy tylko przemówił. Wpatrywała się w niego zdumiona oczami wielkimi jak spodki.
Na kanapie siedział jakiś mężczyzna i pociągał porto Santa Fe z butelki. Doro obrzucił go wzrokiem i polecił Rinie:
– Pozbądź się go.
Mężczyzna od razu zaczął protestować. Doro go zignorował i poszedł do sypialni, w której jedynymi meblami były łóżko i komoda bez jednej nogi. W rogu na podłodze leżała sterta brudnych ubrań. Na reszcie podłogi deski były gołe – bez wykładziny.
Doro przyglądał się temu bynajmniej niezdziwiony, z kamienną miną. Odsłonił kołdrę, która przykrywała dziewczynkę – mała spała nago, zobaczył siniaki i opuchnięcia na plecach oraz nogach. Pokręcił głową i westchnął, starannie przykrył dziecko z powrotem i wrócił do salonu, gdzie mężczyzna i Rina obrzucali się teraz wyzwiskami. Doro czekał w milczeniu, aż nabrał pewności, że Rina szczerze, a wręcz rozpaczliwie usiłuje pozbyć się „gościa”, lecz mężczyzna nie zamierzał sobie pójść. Wtedy podszedł do niego Doro.
Facet był niski i drobny, w zasadzie sprawiał wrażenie chłopca. Rina mogłaby go po prostu wyrzucić, ale tego nie zrobiła. A teraz było już za późno. Chwiejnie cofnęła się od niego, bez słowa, nagle przerażona widokiem Dora.
Mężczyzna niepewnie wstał, żeby stanąć z nim twarzą w twarz. Doro zauważył, że odstawił butelkę i wyjął z kieszeni duży scyzoryk. Nóż łatwo przeciął jego mięśnie brzucha, ale Doro nie poczuł bólu. Błyskawicznie porzucił swoje ciało, kiedy tylko dotknęło go ostrze.
Zaskoczenie i gniew były pierwszymi emocjami, które Doro poczuł w umyśle mężczyzny. Zaskoczenie, gniew, a potem strach. Zawsze był strach. A potem uległość. Nie wszystkie ofiary Dora poddawały się tak łatwo, ale tę na wpół znieczuliło wino. Zobaczyła Dora tak, jak widziały go tylko jego ofiary. A potem, oszołomiona, oddała mu życie niemal bez walki. Doro pożarł ją, choć nie był to szczególnie sycący posiłek.
W chwili gdy mężczyzna rozciął brzuch Dora, przerażona Rina cicho krzyknęła i zaczęła podnosić dłoń do ust. Kiedy Doro pożarł ofiarę, dłoń Riny dotknęła warg.
Doro stał niezręcznie, zdezorientowany, czuł lekkie mdłości, nowo przejęte ciało nadal ściskało zakrwawiony nożyk. Na podłodze leżało to, które Doro miał na sobie, kiedy wszedł. Było silne, zdrowe, w doskonałej kondycji fizycznej. To, które teraz nosił, nie mogło się z nim równać. Spojrzał na Rinę z irytacją. Rina skuliła się w sobie i przywarła plecami do ściany.
– A ty co? – zapytał. – Sądzisz, że tutaj jesteś bezpieczniejsza?
– Nie rób mi krzywdy. Proszę.
– Czemu bijesz trzyletnie dziecko, Rina?
– To nie ja! Przysięgam. Pobił ją facet, który odprowadził mnie wieczorem do domu dwa dni temu. Mary obudziła się z krzykiem, miała chyba jakiś zły sen, i on…
– Do jasnej cholery. – Doro skrzywił się z odrazą. – To ma być wytłumaczenie?
Rina zaczęła cicho szlochać, po policzkach płynęły jej łzy.
– Ty nic nie wiesz – wyszeptała. – Nie rozumiesz, jak to jest mieć tutaj tego bachora. – Jej słowa nie brzmiały już bełkotliwie, mimo że płakała. Otrzeźwił ją strach. Otarła oczy. – Naprawdę jej nie uderzyłam. Wiesz, że nie odważyłabym się kłamać. – Przez chwilę wpatrywała się w Dora, a potem pokręciła głową. – Ale chciałam ją walnąć, wiele razy. Na trzeźwo już nawet trudno mi wytrzymać z nią w pobliżu… – Spojrzała na stygnące na podłodze ciało i zaczęła drżeć.
Doro podszedł do niej. Zesztywniała z przerażenia, gdy jej dotknął. Potem, po chwili, kiedy uświadomiła sobie, że Doro tylko ją obejmuje, pozwoliła mu zaprowadzić się na kanapę.
Usiadła z nim, powoli się rozluźniała, napięcie opuszczało jej ciało. Kiedy do niej przemówił, ton jego głosu był łagodny, nie było w nim groźby.
– Rina, zabiorę Mary do mnie. Znajdę dla niej dom.
Długą chwilę milczała. Nie pośpieszał jej. Spojrzała na niego, potem zamknęła oczy, pokręciła głową. W końcu oparła głowę na jego ramieniu i powiedziała cicho:
– Jestem chora – powiedziała. – Obiecaj, że mi się polepszy, kiedy ją zabierzesz.
– Będziesz zdrowa jak przed urodzeniem Mary.
– Jak wtedy? – Przeszedł ją dreszcz. – Nie. Wtedy też byłam chora. Chora i zupełnie sama. Jeśli zabierzesz Mary, nie wrócisz już do mnie, prawda?
– Nie, nie wrócę.
– Mówiłeś: „Chcę, żebyś miała dziecko”. A ja odpowiadałam: „Nie znoszę dzieci, szczególnie małych”. A ty: „Wszystko jedno, to nie ma znaczenia”. I faktycznie nie miało.
– Mam ją zabrać, Rina?
– Nie. Ale zabierzesz tego trupa? – Pchnęła nogą jego poprzednie ciało.
– Przyślę kogoś, żeby się tym zajął.
– Sama nie potrafię nic zrobić – powiedziała. – Ręce mi się trzęsą i czasem słyszę głosy. Pocę się, boli mnie głowa, chcę płakać albo krzyczeć. Nic mi nie pomaga oprócz alkoholu. I może poczułabym się lepiej, gdybym znalazła faceta.
– Od tej pory nie będziesz już tyle piła.
Zapadło kolejne długie milczenie.
– Zawsze żądasz tak cholernie dużo. Z mężczyzn też mam zrezygnować?
– Jeśli wrócę i znowu zobaczę Mary całą w siniakach, zabiorę ją. A jeśli stanie się jej cokolwiek gorszego, zabiję cię.
Spojrzała na niego bez strachu.
– Czyli mogę mieć mężczyzn, jeśli nie będę im pozwalała zbliżać się do Mary? Niech będzie.
Doro westchnął. Chciał coś powiedzieć, ale tylko wzruszył ramionami.
– Nic na to nie mogę poradzić – dodała. – Coś jest ze mną nie tak. To nie moja wina.
– Wiem.
– To przez ciebie taka jestem. Powinnam cię za to znienawidzić.
– Ale mnie nie nienawidzisz. I nie musisz się przede mną tłumaczyć. Nie obwiniam cię.
Głaskał ją czule, zastanawiając się, jak to jest, że Rina aż tak bardzo pragnie żyć, że godzi się na codzienną desperacką walkę o to życie. Rodząc córkę, wykonała zadanie, dla którego przyszła na świat. Tego od niej wymagał, podobnie jak od innych, od jej długiej linii przodków. Był taki czas, kiedy ludzi jak ona po prostu się pozbywał, gdy tylko już urodzili lub spłodzili dostatecznie liczne potomstwo, którego pragnął. Siłą rzeczy byli marnymi rodzicami, a ich dzieci miały lepiej w rodzinach przybranych. Teraz jednak, jeśli tacy ludzie chcieli żyć po tym, jak już przestali mu służyć, pozwalał im. Traktował ich życzliwie za dawną wierną służbę. Ich wdzięczność czyniła z nich często jego najlepszych służących pomimo ich pozornej słabości. Ta słabość mu jednak nie przeszkadzała. Rina miała rację. To była jego wina – rezultat jego programu hodowlanego. Kiedy Rina była trzeźwa, tak naprawdę należała do grona jego ulubieńców.
– Będę ostrożna – zapewniła. – Nikt więcej Mary nie tknie. Zostaniesz ze mną na trochę?
– Tylko na kilka dni. Żeby ci pomóc w przeprowadzce.
Spojrzała na niego wystraszona.
– Nie chcę się przeprowadzać. Nie zniosę już życia w samotności tam, gdzie mieszkałam.
– Nie wyślę cię z powrotem do naszego starego domu. Przeniosę cię tylko o kilka ulic, na Dell Street, gdzie mieszka jedna z twoich krewnych. Ma dwa mieszkania obok siebie, zajmiesz jedno z nich.
– Nie mam już tutaj żadnych żyjących krewnych.
Uśmiechnął się.
– Rina, w tej części Forsyth masz pełno krewnych. Tak naprawdę właśnie dlatego tu wróciłaś. Nie znasz ich i większości byś nawet nie polubiła, ale powinnaś mieć ich blisko.
– Czemu?
– Powiedzmy, że dlatego, żebyś nie była sama.
Wzruszyła ramionami, nie rozumiejąc, ale było jej wszystko jedno.
– Jeśli ludzie stąd są moimi krewnymi, to czy to też twoi ludzie?
– Oczywiście.
– A… ta kobieta, która będzie moją sąsiadką… kim ona dla mnie jest?
– Twoją cioteczną babką, daleką krewną.
Przerażenie Riny powróciło.
– Chcesz powiedzieć, że ona jest jak ty? Nieśmiertelna?
– Nie. Nie jest jak ja. Ona nie zabija – przynajmniej nie tak, jak ja. Nosi to samo ciało, w którym się urodziła. I nie zrobi ci krzywdy. Będzie umiała pomóc ci z Mary.
– Wszystko dla Mary. Biedna dziewczyna, musi być dla ciebie ważna.
– Jest bardzo ważna.
Rina zmieniła się nagle w zatroskaną matkę i spojrzała na niego z niepokojem.
– Ale nie będzie po prostu taka jak ja? Chora? Wariatka?
– Na początku będzie, ale potem z tego wyrośnie. Wiesz, że tak naprawdę to nie choroba.
– Dla mnie to choroba. Ale zatrzymam Mary przy sobie i przeprowadzę się, jak powiedziałeś, do domu tej mojej babki. Jak ona ma na imię?
– Emma. Przybrała takie imię dla żartu jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. „Emma” oznacza babkę albo przodkinię.
– To znaczy, że jest kimś, komu mogę zaufać? I że będzie pilnowała, żebym nie robiła Mary krzywdy?
– Tak.
– Nie będę robiła jej krzywdy. Nauczę się być dla niej… przynajmniej trochę lepszą matką. Na tyle mnie stać – wychowam dziecko, które będzie dla ciebie ważne.
Pocałował ją, bo jej wierzył. Gdyby dziewczynka nie była tak ważna dla jego hodowli, nie pilnowałby jej cały czas. Po chwili wstał i wyszedł zadzwonić do jednego ze swoich ludzi, żeby przyjechał i pozbył się zwłok z mieszkania.
Emma robiła sobie w kuchni śniadanie, kiedy usłyszała, że ktoś dzwoni do drzwi. Pokuśtykała przez jadalnię do przedpokoju, ale drzwi otworzyły się same i do środka wszedł jakiś szczupły młody mężczyzna.
Emma zatrzymała się, wyprostowała zwykle zgarbione ciało i wpatrywała się pytająco w młodego człowieka. Nie bała się. Ostatnio chciało ją okraść dwóch małoletnich włamywaczy i mocno ich zaskoczyła.
– To ja, Em – powiedział mężczyzna z uśmiechem.
Emma rozluźniła się, również się uśmiechnęła, ale jej ciało nie przygarbiło się z powrotem.
– Co tu robisz? Miałeś być w Nowym Jorku.
– Nagle zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie zaglądałem do jednej z moich podopiecznych.
– Chyba nie masz na myśli mnie?
– Twoją krewną, dziewczynkę.
Emma uniosła brew, a potem głęboko westchnęła.
– Usiądźmy, Doro. Proś mnie, o co chcesz, ale w wygodnym fotelu.
O dziwo, Doro sprawiał wrażenie onieśmielonego.
Usiedli w salonie.
– Czyli o co chodzi?
– Widzę, że masz lokatora w drugim mieszkaniu – zauważył.
– Rodzinę – odparła. – Prawnuka. Niedawno umarła mu żona. On pracuje, a ja doglądam jego dzieci, kiedy wracają ze szkoły.
– Jak szybko możesz go stąd wyprowadzić?
Emma wpatrywała się w niego z kamienną twarzą.
– Pytanie brzmi: czemu miałabym go w ogóle stąd wyprowadzać.
– Mam dziewczynkę, z którą za kilka lat jej matka już sobie nie poradzi. Ale na razie to ją trzeba chronić przed matką.
– Doro, dzieci prawnuka naprawdę potrzebują mojej pomocy. Wiesz, że przechodzą trudny okres, nawet ze wsparciem.
– Ale tym dzieciakom może pomóc prawie każdy, Em. A tylko tobie ufam na tyle, żeby powierzyć ci opiekę nad tą dziewczynką.
Emma zmarszczyła brwi.
– Matka ją maltretuje?
– Na razie tylko pozwala, żeby maltretowali ją inni.
– Dziewczynka miałaby chyba lepiej w rodzinie adopcyjnej.
– Wolałbym tego uniknąć. Prawdopodobnie będzie bardzo potrzebowała przy sobie kogoś z rodziny. A ty jesteś jej jedyną krewną, której mogę ją bezpiecznie powierzyć. Stanowi część eksperymentu, bardzo dla mnie ważnego, Em.
– Bardzo dla ciebie ważnego. Dla ciebie! A co mam zrobić z prawnukiem i jego dziećmi?
– Na pewno znajdzie się jakieś wolne miejsce w twoich apartamentowcach. A do dzieci możesz opłacić opiekunkę. Już teraz utrzymujesz Bóg wie ilu ubogich krewnych. Uniesiesz jeszcze jednego.
– Nie o to chodzi.
Oparł się wygodniej w fotelu i siedział, patrząc na nią.
– Czyli mi odmawiasz?
– Ile lat ma ta dziewczynka?
– Trzy.
– I na kogo wyrośnie?
– Na telepatkę. Mam nadzieję, że będzie umiała kontrolować swoją zdolność lepiej niż ktokolwiek z mojej hodowli. Liczę też, że odziedziczy kilka innych talentów po ciele, w którym ją spłodziłem.
– Jakich innych talentów?
– Em, nie mogę ci zdradzić wszystkiego. Gdybym ci powiedział, za kilka lat wyczytałaby to w twoich myślach.
– A co za różnica? Czemu miałaby nie wiedzieć, kim będzie?
– Ponieważ to eksperyment. Lepiej, jeśli naturę swoich zdolności będzie poznawała powoli, z doświadczenia. Jeśli jest choć trochę podobna do swoich przodków, im wolniej będzie to odkrywać, tym lepiej dla jej otoczenia.
– Kim byli jej przodkowie?
– Byli efektami niepowodzeń w hodowli. Groźnych niepowodzeń.
Emma westchnęła.
– Efektami niepowodzeń, które zeszły z tego świata.
Zastanawiała się, co by powiedział, gdyby odmówiła pomocy. Jeśli tylko mogła, wolała nie mieć nic wspólnego z jego projektami. Zawsze chodziło w nich o dzieci, zawsze chodziło o jego programy hodowlane. Przez całe cztery tysiące lat życia oprócz pierwszych kilku stuleci mozolnie tworzył wokół siebie rasę ludzi. Istnienie jego samego było wynikiem przypadkowej mutacji sprzed tysiącleci. Istnienie jego ludzi było rezultatem wielu dużo bardziej planowanych mutacji oraz niemal czterech tysięcy lat kontrolowanej hodowli. Miał teraz kilka silnych zmutowanych ludzkich odmian, które łączył według własnego pomysłu albo trzymał w izolacji. A za sobą miał niewypowiedzianą liczbę porażek, niebezpiecznych albo tylko godnych pożałowania, których pozbywał się tak swobodnie, jak inni zarzynali bydło.
– Powiedz mi chociaż cokolwiek, jakie nadzieje wiążesz z tą dziewczynką – poprosiła Emma. – Na jakie niebezpieczeństwo chcesz mnie narazić?
Położył dłoń na jej kościstym ramieniu.
– Na minimalne. Em. Jeśli będziesz miała swój udział w jej wychowaniu, powinna wyrosnąć na kogoś w miarę dającego się kontrolować. Tak naprawdę myślałem, żebyś to ty ją wychowywała.
– Nie! Absolutnie nie. Wychowałam już dosyć dzieci. Więcej mi nie trzeba.
– Myślałem, że tak właśnie powiesz. Dobrze. Po prostu pozwól mi ją umieścić razem z matką w mieszkaniu obok, gdzie będziesz miała na obie oko.
– A co z nią zrobisz, kiedy dojrzeje? To znaczy, jeśli okaże się hodowlanym sukcesem?
Westchnął.
– Cóż, chyba mogę ci powiedzieć. Zamierzam jej użyć w próbie połączenia aktywnych telepatów. Chcę spróbować skrzyżować ją z innym telepatą w taki sposób, żebym żadnego z nich nie zabił. I mam nadzieję, że ona i chłopak, którego mam na myśli, będą dostatecznie stabilni, by pozostać w parze i nie pozabijać się nawzajem. To byłby początek.
Emma go słuchała i kręciła głową. Ileż ludzkich istnień zmarnował przez te wszystkie lata w pogoni za marzeniem!
– Doro, oni nigdy nie byli razem. Zostaw ich, proszę, w spokoju. Niech sobie żyją oddzielnie. Kiedy na siłę ich nie łączysz, w naturalny sposób się unikają.
– Chcę ich mieć razem. Sądzisz, że zarzuciłem swój plan?
– Ciągle mam nadzieję, że go zarzucisz dla dobra twoich ludzi.
– I mam się zadowolić ciągiem wojujących plemion, bo tak to teraz wygląda? Większość z nich nawet szczególnie nie trzyma się razem. To po prostu rodziny, których członkowie raczej się nie lubią, choć zwykle potrzebują być blisko siebie. Mam zbiór rodzin, które absolutnie nie tolerują członków moich innych rodzin. Za to dość dobrze tolerują zwykłych ludzi. Już dawno temu wymieszaliby się znowu z populacją ogólną, gdybym ich nie pilnował.
– Może powinni się wymieszać? Byliby szczęśliwsi.
– A ty byłabyś szczęśliwsza bez swoich darów, Emmo? Chciałabyś być zwykłym człowiekiem?
– Oczywiście, że nie. Ale ilu ludzi ma taką pełną kontrolę nad swoimi zdolnościami, jak ja? A ilu spędza życie w skrajnym nieszczęściu, bo mają „dary”, nad którymi nie panują? Ani nawet ich nie pojmują. – Westchnęła. – W każdym razie za mnie nie możesz przypisać sobie zasług. Jestem prawie takim samym przypadkiem, jak ty. Moje plemię zostało oddzielone od jednej z twoich rodzin setki lat przed moimi narodzinami. Zmieszali się z ludem, wśród którego znaleźli schronienie jako uciekinierzy, a jednak zdołali mnie wydać na świat.
I Doro od tamtej pory usiłował powielić ten szczęśliwy traf jej narodzin. Znała go już od trzystu lat, w swoich różnych wcieleniach urodziła mu trzydzieścioro siedmioro dzieci. Żadne z nich nie było szczególnie długowieczne. A ci potomkowie, którzy mogliby żyć bardzo długo, byli umęczonymi ludźmi, niestabilnymi psychicznie. Popełniali samobójstwa. Reszta żyła tyle, ile zwykle żyje człowiek, i umarła śmiercią naturalną. Już Emma się o to zatroszczyła. Jeśli chodzi o wnuków, nie wszystkich potrafiła mieć pod kontrolą, ale chroniła swoje dzieci. Już na samym początku znajomości z Dorem ostrzegła, że jeśli zabije choć jedno jej dziecko, więcej nie urodzi mu żadnego.
Początkowo Doro zbyt wysoko cenił linię Emmy i ją samą, żeby ukarać ją za tę „arogancję”. Później, gdy już przywykł do Emmy, do tego, że jest nieśmiertelna, zaczął cenić ją nie tylko jako materiał hodowlany. Stała się jego towarzyszką, żoną, do której zawsze powracał. Oboje od czasu do czasu poślubiali inne osoby, ale takie związki były na chwilę.
Przez pewien czas Emma wierzyła w jego marzenie o stworzeniu nowej ludzkiej rasy. W miarę jednak, jak dowiadywała się więcej o tym, jakimi metodami Doro spełnia to marzenie, jej zapał słabł. Żadne marzenie nie jest warte, by czynić ludziom to, co on im czynił.
Właśnie przez tę jego beznamiętną gotowość do mordowania ostatecznie miała go dość po mniej więcej dwóch wiekach związku. Odwróciła się od niego ze wstrętem, kiedy zamordował młodą kobietę, która na jego żądanie urodziła mu troje dzieci. Dla Emmy ta kropla przelała kielich goryczy.
Do tego czasu jednak Doro zdążył już zbyt mocno wrosnąć w jej życie, stał się dla niej zbyt ważny. Nie mogła po prostu od niego odejść, nawet gdyby jej na to pozwolił. Potrzebowała go, chociaż już go nie chciała. I nie zamierzała być dłużej jedną z osób, które popierają jego mordy. Droga ucieczki była tylko jedna i Emma zaczęła się do niej przygotowywać. Czyniła przygotowania do śmierci.
A Doro, zaskoczony, przerażony, zaczął się w pewien sposób poprawiać. Dał jej słowo, że nie będzie więcej zabijał ludzi ze swojej hodowli, którzy stali się już dla niego bezużyteczni. Potem poprosił ją, by żyła. Ostatecznie przyszedł do niej jak człowiek do człowieka i błagał, by go nie zostawiała. I nie zostawiła go. Już nigdy więcej niczego jej nie nakazał.
– Weźmiesz do siebie tę matkę z dzieckiem, Em?
– Tak. Wiesz, że wezmę. Biedactwa.
– Nie aż takie biedactwa, jeśli mi się powiedzie.
Skrzywiła się z dezaprobatą.
Doro się uśmiechnął.
– I na dodatek będę cię częściej odwiedzał, kiedy dziewczyna pozostanie tuż obok.
– To już coś.
Ujęła obiema dłońmi jedną z dłoni Dora i przyglądała się, jak są różne. Jego dłoń była gładka i miękka. Była to dłoń młodego mężczyzny, który najwyraźniej nigdy nie splamił się fizyczną pracą. Jej dłonie były jak ptasie szpony, twarde, chude, z wyraźnymi żyłami i ścięgnami. Zaczęła je wypełniać i wygładzać, prostować długie palce, aż stały się dłońmi młodej kobiety, pięknymi, ale dziwnie wyglądającymi u pomarszczonych starczych rąk.
– Szkoda, że to dziewczynka, nie chłopak – powiedziała. – Obawiam się, że na razie mnie nie polubi. Przynajmniej dopóki nie dorośnie na tyle, by wyraźnie widzieć, kim jesteś.
– Nie chciałem chłopca – odparł. – Miałem już kłopoty z chłopcami… w tym szczególnym zadaniu, które chcę jej powierzyć.
– Aha.
Zastanawiała się, ilu chłopców zabił, ponieważ „miał z nimi kłopoty”.
– Chciałem dziewczynę i chciałem, żeby była jedną z najmłodszych z pokolenia aktywnych. Oba te czynniki pomogą ją kontrolować. Zmniejszą prawdopodobieństwo, że się kiedyś zbuntuje przeciw moim planom.
– Chyba nie doceniasz dziewcząt – powiedziała Emma. Teraz ciała nabierały jej ramiona, zaokrągliła je, były już nie chude, a szczupłe. Podniosła dłoń do twarzy. Przesunęła palcami po czole i policzku, które stawały się gładkie i bez skazy. – Chociaż dla dobra tej dziewczynki – ciągnęła – mam nadzieję, że akurat ją oceniasz należycie.
Doro przyglądał się jej z zainteresowaniem, jak zawsze, gdy zmieniała kształt.
– Nie rozumiem, dlaczego spędzasz tyle czasu w ciele starej kobiety – przyznał.
Odchrząknęła.
– Jestem stara. – Mówiła teraz cichym, młodzieńczym kontraltem. – A większość ludzi zostawia brzydką staruchę w spokoju.
Dotknął wygładzonej skóry na jej policzku. Na jego twarzy malowała się troska.
– Potrzebny ci ten projekt, Em. Nawet jeśli się przed nim opierasz. Zostawiłem cię samą na zbyt długo.
– Nie do końca. – Uśmiechnęła się. – Nareszcie skończyłam trzy powieści, które planowałam napisać jeszcze, kiedy ostatni raz mieszkaliśmy razem. Spisałam historię – moją historię. Krytycy zachwycili się jej realizmem. Moje pisarstwo jest niezwykle sugestywne, zmusza do refleksji. Jestem urodzoną pisarką.
Roześmiał się.
– Dokończ zmieniać postać, a coś ode mnie dostaniesz. Będziesz miała co opisywać.
część I
1
Akurat byłam w moim pokoju, czytałam książkę, kiedy ktoś zaczął walić do drzwi, z całej siły, jak policja. Pomyślałam, że to faktycznie policja, ale kiedy wstałam i wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że to tylko jeden z klientów Riny. Nie zawracałabym sobie głowy odpowiedzią, ale typ kopał w drzwi, jakby chciał je wyważyć. Poszłam do kuchni i wzięłam jedną z naszych żeliwnych patelni – dużą akurat na dwa jajka. Potem podeszłam do drzwi.
Debil był pijany.
– Hej – wybełkotał. – Gdzie jest Rina? Powiedz Rinie, że chcę z nią pogadać.
– Riny nie ma. Niech pan wróci po południu, o piątej.
Zachwiał się na chodniku, wpatrywał się we mnie.
– Chyba wyraziłem się jasno. Powiedz Rinie, że chcę z nią pogadać.
– A ja powtarzam, że jej nie ma! – Zatrzasnęłabym mu drzwi przed nosem, ale wiedziałam, że będzie tylko dalej kopał, jeśli nie dotrze do niego, co mówię.
– Nie ma jej?
– Nie ma.
– No dobrze. – Zmrużył oczy i mierzył mnie wzrokiem. – A ty?
– Ja nie. – Zaczęłam zamykać drzwi. Nienawidzę takich scen, serio.
Typ odepchnął mnie i wmaszerował do środka. Właśnie tyle mogę – jestem niska i chuda. Dziewięćdziesiąt osiem funtów1. Mam dziewiętnaście lat, a wyglądam na trzynaście. Typy odnoszą błędne wrażenie.
– Człowieku, zabieraj się stąd – ostrzegłam go. – Wróć o piątej. To Rina się kurwi, nie ja.
– Może czas, żebyś się nauczyła? – Wbijał we mnie wzrok. – A co tam masz w ręku?
Nic więcej nie mówiłam. Już spróbowałam bez przemocy.
– Pytam, kurde, co tam masz…
Doskoczył do mnie. Ustąpiłam w bok i wyrżnęłam go z całej siły w ten jego durny łeb. Zostawiłam go na podłodze, gdzie upadł, wzięłam torebkę i wyszłam. Niech Rina albo Emma się nim zajmą.
Nie wiedziałam, dokąd idę. Chciałam po prostu być jak najdalej od domu. Bolała mnie głowa, od czasu do czasu słyszałam głosy – jakieś słowo, krzyk, czyjś płacz. Słyszałam je w głowie. Według Dora to znaczyło, że jestem już blisko przemiany. Doro mówił, że to dobrze. Żałowałam, że nie mogę mu oddać trochę tego cierpienia i obłędu, niech zobaczy, jak „to dobrze”. Bez przerwy czułam się strasznie, a on zaglądał do mnie tylko od czasu do czasu, szeroko uśmiechnięty.
Poszłam na Maple Avenue, a stamtąd akurat odjeżdżał autobus. Do Los Angeles. Pomyślałam „a co mi tam” i wsiadłam. Nie żeby w Los Angeles było cokolwiek dla mnie. Nigdzie nie było czegoś dla mnie, chyba że był tam Doro. Jeżeli miałam szczęście, Rina i Emma zdążyły już znaleźć typa na podłodze w salonie i zadzwoniły po Dora. Zawsze po niego dzwoniły, kiedy uważały, że grożę wybuchem. A teraz sprawy miały się tak, że wybuchem groziłam non stop.
Wysiadłam z autobusu w centrum Los Angeles i poszłam do apteki. Dopiero w środku przypomniałam sobie, że jedyne pieniądze wydałam na bilet na autobus. Wsunęłam fiolkę aspiryny do torebki i wyszłam. Kilka lat temu Doro zapowiedział, że porachuje mi kości, jeśli kiedykolwiek złapią mnie na kradzieży. Kradnę, odkąd skończyłam siedem lat, i jeszcze nigdy mnie nie złapali. Kiedyś regularnie kradłam prezenty dla Riny – kiedy jeszcze udawałam, że fakt, że jest moją matką, coś dla mnie znaczy. W każdym razie teraz wiedziałam, co będę robić w Los Angeles. Będę robić „zakupy”.
Nie starałam się za bardzo, ale zdobyłam parę rzeczy. Fajne radyjko Sony – takie z tych małych. Po prostu wyszłam z nim z dyskontu, kiedy sprzedawca, który mi je pokazywał, odszedł na chwilę, żeby powstrzymać jakiegoś smarka zamierzającego rozwalić ustawkę z plastikowych talerzy na wystawie. Zwinęłam też perfumy. Ale nie podobał mi się ich zapach, więc je wyrzuciłam. Zwinęłam cztery aspiryny i trochę przestała mnie boleć głowa. Zwinęłam bluzkę i drugą, bez pleców, i parę sztuk całkiem konkretnej sztucznej biżuterii. Biżuterię też wyrzuciłam po bliższej inspekcji. Tandeta. I zgarnęłam dwie książki. Zawsze mam książki. Gdybym nie miała co czytać, serio bym oszalała.
W drodze powrotnej do Forsyth ktoś w mojej głowie wrzeszczał jak opętany. Do tego czułam, jakby ktoś inny przywalił mi w twarz. Czasem mi się mieszało, nie wiedziałam, co mi się naprawdę przydarza, a co tylko wyłapuję przypadkowo z cudzych umysłów. Tym razem, kiedy to się zdarzyło, akurat wsiadałam do autobusu i po prostu zamarłam. Panowałam nad sobą na tyle, żeby ustać na nogach, żeby nie upaść z krzykiem na ziemię po tym wyraźnie odczutym ciosie w twarz. Ale nie można zatrzymać się na schodkach do autobusu na rogu Siódmej i Broadway o piątej po południu. To grozi utratą życia.
Nie stratowali mnie, tylko po prostu przesuwali ze stopni. Ktoś odepchnął mnie od drzwi autobusu. Ktoś inny zepchnął mnie sobie z drogi. Nie potrafiłam zareagować. Mogłam tylko stać, przeczekać to.
A potem było już po wszystkim. W ostatniej chwili dostałam się z powrotem do autobusu, zanim odjechał z przystanku. Musiałam stać całą drogę do Forsyth. Zrobiłam, co mogłam, żeby przewrócić parę osób przy wysiadaniu.
Nie chciałam wracać do domu. Nawet jeśli Rina i Emma zadzwoniły po Dora, jeszcze nie zdążył przyjechać. Nie chciałam słuchać jazgotu Riny. Ale potem zaczęłam myśleć o tym jej kliencie. Jak mocno go walnęłam? Może go zabiłam? Postanowiłam wrócić do domu i sprawdzić. I tak nie było nic innego do roboty. Forsyth to martwe miasto. Miasto bogatych, starych ludzi, w większości białych. Gettem nie można było nazwać nawet południowo-zachodniej części, gdzie mieszkałyśmy, a w każdym razie nie gettem rasowym. Żyła tam masa biedoty wszystkich ras – do wyboru, do koloru – a każdy wypruwał sobie żyły, żeby się stamtąd wydostać. Oprócz nas. Doro zdradził mi, że Rina już raz żyła poza gettem, ale wróciła. Nigdy nie miałam matki za szczególnie rozgarniętą.
Mieszkałyśmy na samym rogu Dell Street i Forsyth Avenue, poszłam więc wzdłuż Dell Street chodnikiem po przeciwnej stronie niż nasz dom. Chciałam zobaczyć, czy za rogiem stoją jakieś radiowozy, zanim wejdę do środka. Gdyby jakieś stały, poszłabym dalej przed siebie. Wiedziałam co prawda, że Doro wyplątałby mnie ze wszystkich kłopotów, w jakie pewnie wpadłam. Ale wiedziałam również, że prawie by mnie zabił. To nie było tego warte.
Rinna i Emma na mnie czekały. Nie byłam zaskoczona. Musiałyśmy odegrać małą dramę.
Rina: Czy ty sobie zdajesz sprawę, że mogłaś zabić człowieka?! Chcesz, żebyśmy poszły siedzieć?!
Emma: Nie możesz chociaż raz w życiu pomyśleć? Dlaczego go tutaj zostawiłaś? Mogłaś chociaż przyjść po mnie, przynajmniej tyle. Na miłość boską, dziewczyno…
Rina: Czemu tak go walnęłaś? Powiesz nam?
Nie dały mi dojść do słowa.
Rina: To jakiś nieszkodliwy emeryt, do cholery. Nic by ci nie zrobił…
Emma: Doro już tu jedzie, Mary, więc lepiej, żebyś miała porządne wytłumaczenie.
W końcu udało mi się dojść do głosu.
– Albo bym go walnęła, albo by mnie wyruchał.
– Boże drogi – jęknęła Rina. – Nie możesz powstrzymać się od takiego języka nawet przy Emmie?
– Używam takiego języka, jakiego mnie nauczyłaś, mamusiu. Poza tym, co mam niby powiedzieć? Że „byśmy się kochali”? Z mojej strony nie byłoby w tym miłości. A gdyby mu się udało, już na pewno bym go zabiła.
– Zajęłaś się tym dość solidnie – zauważyła Emma. Powoli się uspokajała.
– A tak w ogóle, to co z nim zrobiłyście? – zapytałam.
– Zawiozłyśmy go do szpitala. – Wzruszyła ramionami. – Pęknięcie czaszki.
– W szpitalu nie mówili?
– Przy tym, jak śmierdział? Zgarbiłam się jeszcze bardziej i opowiedziałam, że wnuk za dużo wypił, przewrócił się i upadł na głowę.
Roześmiałam się. Emma zawsze udawała staruszkę, żeby wzbudzić współczucie u obcych, a przynajmniej, żeby uśpić ich czujność. Kiedy nie było z nią Dora, wyglądała na zasuszoną, drobną starowinkę. Ale to były tylko pozory. Raz widziałam, jak jakiś typ próbował wyrwać jej torebkę, kiedy kuśtykała ulicą. Złamała mu rękę.
– To był naprawdę twój wnuk? – zapytałam.
– Obawiam się, że tak.
Spojrzałam na Rinę z niesmakiem.
– Nie możesz znaleźć sobie do dymania kogoś spoza rodziny? Boże!
– Nie twoja sprawa.
– Na twoim miejscu nie obruszałabym się aż tak bardzo na słowo „kazirodztwo”, Mary – zauważyła Emma, w zasadzie szczerząc na mnie zęby. To nie był uśmiech.
Rzadko kiedy się dogadywałyśmy. Poza tym uważała, że Doro to jej prywatna własność. Wstałam i poszłam do mojego pokoju.
***
Następnego dnia przyjechał Doro.
Pamiętam, jak kiedyś – miałam wtedy jakieś sześć lat – siedziałam mu na kolanach i z wytężeniem przyglądałam się jego najnowszej twarzy.
– Chyba powinnam mówić do ciebie „tatusiu”, prawda? – zapytałam.
– Na twoim miejscu tak bym mnie nie nazywał – odparł. I się uśmiechnął. – Za jakiś czas przestanie ci się podobać.
Nie rozumiałam, byłam bardzo upartym dzieckiem. Nazywałam go „tatusiem”. Chyba mu to nie przeszkadzało. Ale oczywiście przestało mi się później podobać. Nadal mnie to trochę uwierało, a Doro i Emma o tym wiedzieli. Miałam wrażenie, że oboje mieli z tego używanie.
Tym razem Doro był czarny. Ulżyło mi, bo przy okazji ostatnich paru wizyt był biały. Po prostu wszedł wcześnie rano do mojego pokoju i usiadł na moim łóżku. To mnie obudziło. Widziałam tylko wielkiego obcego typa, który siedzi z boku na mojej kołdrze.
– Powiedz coś – poprosiłam szybko.
– To ja – powiedział.
Rozluźniłam chwyt na ostrym nożu z czubkiem, z którym spałam, i podniosłam się z pościeli.
– Mogę cię pocałować czy ty też się na mnie rzucisz? – zapytałam.
Odsłonił kołdrę i przesunął dłonią po krawędzi materaca tuż przy ścianie. Oczywiście znalazł mój nóż. Trzymałam go wsunięty w uchwyt do podnoszenia materaca. Wyrzucił go za drzwi.
– Zostaw noże i patelnie w kuchni, tam jest ich miejsce – powiedział.
– Ten typ chciał mnie zgwałcić, Doro.
– Kiedyś kogoś zabijesz.
– Wyłącznie, jeśli będę musiała. Jeżeli ludzie zostawiają mnie w spokoju, odwdzięczam się tym samym.
Podniósł z podłogi parę moich dżinsów i rzucił mi je w twarz.
– Ubieraj się – polecił. – Chcę ci coś pokazać. Chcę, żeby nawet do ciebie w końcu dotarło.
Wstał i wyszedł z pokoju.
Rzuciłam dżinsy z powrotem na podłogę i podeszłam do szafy po jakieś czyste ubrania. Głowa już z powrotem zaczynała mnie boleć.
Zawiózł mnie pod miejskie więzienie. Zaparkował pod murem i po prostu siedział w aucie.
– I co teraz? – zapytałam.
– Ty mi powiedz.
– Doro, po co mnie tu przywiozłeś?
– Już mówiłem. Żeby do ciebie trafiło.
– Ale co ma trafić? Że właśnie tutaj skończę, jeśli nie będę grzeczna? Boże! Jedźmy już stąd. – Czułam, że zaczyna być ze mną źle. I zaraz będzie naprawdę fatalnie. Wyczuwałam sygnały nawet najsłabszych emocji.
– Dlaczego mamy stąd jechać? – zapytał.
– Moja głowa…! – Czułam, że tracę nad sobą kontrolę. – Doro, proszę.
Zaczęłam się drzeć. Próbowałam jakoś to przetrzymać. Wyłączyć się, tak jak poprzedniego dnia. Zamrozić. Ale tkwiłam w samym środku koszmaru. Takiego, w którym ściany ze wszystkich stron suną ku tobie, żeby cię zgnieść, a ty nie możesz się wydostać. Takiego, w którym jesteś zamknięty w jakimś ciemnym, wąskim miejscu i nie możesz się wydostać. Takiego, w którym jesteś zamknięty w zoo jak zwierzę i nie możesz się wydostać!
Nigdy nie bałam się ciemności. Nawet kiedy byłam mała. I nigdy nie bałam się małych, ciasnych miejsc. A jedyne miejsce ze ścianami zaciskającymi się jak imadło widziałam w kiepskim filmie. Ale pod tym więzieniem wrzeszczałam ile sił w płucach. Zaczęłam machać rękami i nogami jak opętana, aż Doro mnie chwycił i przytrzymał, żebym nie wyskoczyła z samochodu. O mały włos spowodowałby przeze mnie wypadek, kiedy próbował odjechać.
W końcu, kiedy byliśmy już spory kawałek drogi od więzienia, uspokoiłam się. Siedziałam zgięta wpół na fotelu pasażera i trzymałam się za głowę.
– Sądzisz, że jak długo zachowałabyś nawet taką jasność umysłu jak teraz, gdybyś miała wokół siebie nagromadzenie emocji z więzienia? – zapytał.
Milczałam.
– Większości więźniów w ogóle nie obchodzą cudze myśli i strachy – dodał. – Nie podoba im się, że siedzą, ale uznają, że to do przeżycia. Ty byś tak nie potrafiła. Nie wolałabyś raczej zostać zgwałcona, niż trafić w takie miejsce, choćby na krótko?
– Masz aspirynę? – zapytałam. Głowa bolała mnie tak, że prawie słyszałam, jak ten ból pulsuje. A moją nową fiolkę z aspiryną z jakiegoś głupiego powodu zostawiłam w domu na szafce nocnej.
– W schowku – powiedział. – Ale nie mam wody.
Pogrzebałam w schowku, znalazłam aspirynę i połknęłam cztery tabletki. Doro zatrzymał się na czerwonym świetle i przyglądał się, co robię.
– Zaszkodzisz sobie w ten sposób.
– Dzięki tobie już teraz nie jest ze mną najlepiej.
– Nie słuchasz. Mówię do ciebie, a ty nie słuchasz. Więc dla twojego własnego dobra muszę ci takie rzeczy pokazywać.
– Odtąd będę słuchała. Po prostu mi mów. – Ułożyłam się w fotelu i czekałam, aż aspiryna zacznie działać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że Doro nie wiezie mnie do domu. – Dokąd jedziemy? Chyba nie masz dla mnie kolejnej niespodzianki?
– Mam. Ale nie taką, o jakiej myślisz.
– A jaką? Dokąd jedziemy?
– Tutaj.
Byliśmy na South Ocean Avenue, w dobrej części dzielnicy handlowej, w centrum Forsyth. Doro wjeżdżał na parking przed Ormansem, jednym z najlepszych sklepów w mieście.
Zaparkował, zgasił silnik i oparł plecy o fotel.
– Chciałbym, żebyś na chwilę przestała zapamiętale odgrywać swoją rolę – powiedział. – Przestań być jędzowatą córką Riny.
Spojrzałam na niego z ukosa.
– Przy tobie zwykle jej nie gram.
– Może dziś za słabo się starasz. Dobrze, sądzisz, że mogłabyś wejść do tego sklepu i kupić sobie – nie ukraść – coś innego niż dżinsy?
– Na przykład co?
– Chodź. – Wysiadł z auta. – Zobaczmy, w czym będzie ci ładnie.
Wiedziałam, w czym ładnie wyglądam. A przynajmniej w miarę przyzwoicie. Ale po co się spinać, skoro jedynym typem, którym byłam zainteresowana, był Doro, a do niego w żaden sposób nie potrafiłam dotrzeć? Trudno, albo miał dla mnie czas, albo nie miał. A skoro nie miał, mogłam nawet chodzić nago, a on i tak by nie zwracał na mnie uwagi.
Wyłącznie na jego prośbę wybrałam parę sukienek, jakieś całkiem fajne spodnie i kilka innych rzeczy. Niczego nie ukradłam. Ból głowy osłabł i teraz tylko ćmił, a moje odbicie w lustrze w przymierzalni pokazywało już nie wiedźmę, tylko po prostu dziwną dziewczynę. Doro powiedział kiedyś, że oprócz oczu i koloru skóry z wyglądu bardzo przypominam Emmę – to znaczy jej młodszą wersję. Moje oczy – zdaniem Emmy zielone jak światło na skrzyżowaniu – i moja skóra, koloru słabej kawy, były darami od ciała białego człowieka, które Doro miał na sobie, gdy zapłodnił Rinę. Jakiegoś biedaka z religijnej kolonii kontrolowanej przez Dora w Pensylwanii. Doro miał wszędzie swoich ludzi.
Kiedy stwierdził, że już wybrałam wystarczająco dużo, zapłacił za to czekiem na większą sumę, niż w życiu widziałam. Miał jakiś system załatwiania spraw bankowych korespondencyjnie, w wielu bankach. Polecił, żeby dostarczono mu to wszystko do hotelu, w którym się zatrzymał. Kiedy wyszliśmy ze sklepu, zapytałam, czemu kazał dostarczyć zakupy do hotelu?
– Chcę, żebyś ze mną została kilka dni – wyjaśnił.
Zdziwiłam się, ale uważnie popatrzyłam mu w oczy.
– Okej.
– Będziesz musiała się przyzwyczaić do pewnej myśli. I dla twojego dobra wolałbym, żebyś podeszła do tego na spokojnie. Krzycz sobie i wrzeszcz, kiedy jesteś bezpieczna.
– O Boże. A co się takiego stanie, że miałabym krzyczeć i wrzeszczeć?
– Wychodzisz za mąż.
Popatrzyłam na niego. Kiedyś powiedział te same słowa do Riny, te albo inne, podobne. Do Emmy – Bóg wie ile razy. Najwyraźniej przyszedł czas na mnie.
– Za ciebie, tak?
– Nie.
Aż do tego momentu nie bałam się.
– A za kogo?
– Za jednego z moich synów. Absolutnie z tobą niespokrewnionego, jeśli cię to interesuje.
– Za obcego? Wytrzasnąłeś jakiegoś obcego typa i mam za niego wyjść?
– I wyjdziesz. – Nie używał ze mną często tego tonu, i z nikim innym chyba też nie. Był zarezerwowany na sytuacje, kiedy Doro kazał człowiekowi coś robić, i zabijał za odmowę. Spokojny, lodowaty ton głosu.
– Doro, a może ty zostaniesz nim? Przejmij jego ciało i wtedy wyjdę za ciebie.
– Chcesz powiedzieć, że mam go zabić?
– Bez przerwy zabijasz ludzi.
Pokręcił głową.
– Zastanawiam się, czy kiedykolwiek z tego wyrośniesz.
– Z czego?
– Z totalnej pogardy dla ludzkiego życia, oprócz własnego, oczywiście.
– Grubo! Kurde, diabeł we własnej osobie usiłuje prawić mi kazanie!
– Może po przemianie zaczniesz myśleć inaczej.
– Jeśli tak, to nie wiem, jak potem będę umiała cię znieść.
Uśmiechnął się.
– Nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale to naprawdę może być problem. Jesteś modelem eksperymentalnym. Twoi przodkowie mieli ze mną kłopoty.
– Nie mów o mnie, jakbym była jakiś nowym samochodem. – Zmarszczyłam brwi. – Jakie kłopoty?
– Nieważne. Nie będę mówił o tobie, jakbyś była nowym samochodem.
– Zaraz, zaraz – powiedziałam poważniejszym tonem. – Pytam serio, Doro. Jakie kłopoty?
Nie odpowiedział.
– Ktokolwiek z nich jeszcze żyje?
Nie odpowiedział.
Wzięłam głęboki oddech, patrzyłam przez szybę.
– Okej, czyli jak mam unikać kłopotów z tobą?
Objął mnie ramieniem, a ja z jakiegoś powodu, zamiast się wzdrygnąć i odsunąć, przytuliłam się do niego.
– Ja ci nie grożę – powiedział.
– Owszem, grozisz. Opowiedz mi o tym twoim synu.
Zawiózł mnie na Palo Verde Avenue, gdzie mieszkają bogaci ludzie. Zatrzymał auto przed białą, otynkowaną dwupiętrową rezydencją. Z hiszpańskimi dachem, wielkimi łukami drzwi, kępami palm w ogrodzie, starannie przystrzyżonymi krzewami i z ogromną połacią trawnika od frontu. Posiadłość zajmowała cały kwartał ulic.
– To jego dom – oznajmił Doro.
– Cholera – wyburczałam. – Należy do niego? Cały?
– Od góry do dołu.
– O Boże. – Nagle coś mi przyszło do głowy. – On jest biały?
– Owszem.
– Jezu, Doro. Człowieku, co ty chcesz ze mną zrobić?
– Próbuję zapewnić ci pomoc. Będzie ci potrzebna.
– A co on niby potrafi, czego ty nie umiesz? Boże, przecież wystarczy, że on na mnie spojrzy i… Doro, już sam fakt, że mieszka w tej części miasta, świadczy o tym, że to nieodpowiedni typ. Palnie do mnie coś głupiego i się pozabijamy.
– Na twoim miejscu nie wdawałbym się z nim w bójki. To jeden z moich aktywnych.
Aktywny: jeden z ludzi Dora, którzy już przeszli przemianę i zmienili się w potwory, na jakie ich sobie wyhodował. Emma była taką aktywną. Rina, mimo jej „dobrej” rodziny, była tylko utajoną. Nigdy nie przeszła przemiany, więc jej zdolności nie rozwinęły się w pełni.
– A na czym polega jego zdolność? – zapytałam.
– To bardzo wyjątkowy dar. Jest telepatą. Moim najlepszym telepatą, przynajmniej do czasu, aż ty przejdziesz przemianę.
– Chcesz, żeby czytał w moich myślach?
– Nie będzie miał zbyt wielkiego wyboru. Jeśli będziecie mieszkać w jednym domu, prędzej czy później zacznie ci czytać w myślach, podobnie jak ty w jego.
– To znaczy, że on nie kontroluje swojej zdolności tak samo, jak ja?
– Ma nad nią znacznie więcej kontroli. Właśnie dlatego będzie umiał ci pomóc podczas twojej przemiany. Ale żaden z moich telepatów nie potrafi całkowicie odgrodzić się od świata. Czasem przenikają do nich rzeczy, których wcale nie chcą odczuwać. Najczęściej jednak po prostu są wścibscy i wkradają się do cudzych myśli.
– I nie chcesz go załatwić właśnie dlatego, że jest aktywny? Tym razem bez moralizowania.
– Tak. Jest zbyt rzadki i zbyt cenny, żeby go beztrosko zabijać. Ty też. Ty i on nie jesteście dokładnie tacy sami, ale sądzę, że różnicie się na tyle, by się uzupełniać.
– On wie o mnie?
– Wie.
– I co?
– Ma takie same obawy, jak ty.
– Fantastycznie. – Zgarbiłam się na siedzeniu. – Doro… powiedz mi, po co ten ślub? Nie muszę za niego wychodzić, żeby dostać od niego tę niby pomoc. Kurde, nawet nie muszę za niego wychodzić, żeby zrobił mi dziecko, jeśli o to ci chodzi.
– Ostatecznie może mi o to chodzić, ale najpierw muszę zobaczyć, jak przeszłaś przemianę. Na razie chcę tylko, żebyście oboje uświadomili sobie, że równie dobrze możecie się zaakceptować. Chcę stworzyć z was związek, w którym mimo wszystko będziecie się nawzajem szanowali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. W przybliżeniu 45 kg (przyp. tłum.). [wróć]
