Umykająca panna młoda - Jennifer Probst - ebook

Umykająca panna młoda ebook

Jennifer Probst

4,5

Opis

Genevieve McKenzie jeszcze niedawno sądziła, że wiedzie idealne życie i lada dzień poślubi czarującego lekarza, który jest spełnieniem jej marzeń.

Los sprawia, że w dniu ceremonii ucieka sprzed ołtarza przez okno kościoła i ląduje prosto w ramionach… najlepszego przyjaciela! Od tego momentu nic już nie jest proste. Gdzie kończy się przyjaźń, a zaczyna miłość? Czy dla tych dwojga nie jest już za późno na prawdziwe uczucie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 556

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: SEARCHING FOR BEAUTIFUL Copyright © by Jennifer Probst Original publisher Gallery Books a division of Simon and Schuster Inc.

Copyright © for the Polish translation by Akapit Press Sp. z o.o., Łódź 2017

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Tłumaczenie: Anna Dobroń, Iwona Żółtowska

Korekta: Magdalena Granosik, Joanna Pietrasik

Skład: Witold Kowalczyk

Zdjęcie na okładce: iStock by Getty Images

Wydanie I, Łódź 2017

ISBN 978-83-65345-33-2

AKAPIT PRESS Sp. z o.o. 93-410 Łódź, ul. Łukowa 18 B tel. 42 680 93 70www.akapit-press.com.pl [email protected]

Skład wersji elektroniczej: [email protected]

Rozdział 1

Trzeba się stąd wydostać.

Zgięta wpół Genevieve MacKenzie próbowała zaczerpnąć powietrza. Welon przejrzysty i lekki jak obłok muskał twarz niczym figlarne palce, którym zebrało się na łaskotanie. Paniczny strach szarpał trzewia. Genevieve uniosła rękę i zerwała haftowaną perłami koronkę, dłonie oparła na kolanach i błagała niebiosa, by wrócił jej zdrowy rozsądek.

Wkrótce miała wyjść za mąż. Lada chwila. Za pięć minut. Rozgadana, przejęta rodzina stała u drzwi, czekając, aż na progu pojawi się panna młoda w cudownej śnieżnobiałej sukni. Dawid ubrany w smoking czekał z księdzem i drużbą przy ołtarzu. Oczyma wyobraźni ujrzała falujące złote włosy narzeczonego, jego ujmujący uśmiech, lśniące zielone oczy. Doskonały w każdym celu; jak zwykle.

Gdy się ubierała, do domu przybył posłaniec z dwoma tuzinami białych róż muśniętych smugą pąsu. Na bileciku było napisane: Wkrótce będziesz tylko moja. Druhny westchnęły rozkosznie. Tylko Isabella, siostra bliźniaczka Genevieve, toczyła wokół umęczonym wzrokiem i z głuchym charkotem złapała się za gardło. Została po cichu ofuknięta przez resztę towarzystwa; pobłażliwie, bo dziewczyny się mitygowały w nadziei, że podczas ślubu i wesela Isabelle zachowa się, jak należy. Siostry przeżywały dotąd liczne wzloty i upadki, ale jakimś cudem Izzy zgodziła się włożyć suknię druhny.

Kate, najlepsza przyjaciółka Genevieve, natychmiast umieściła róże w wazonie. Królowały dumnie na stole w jadalni, okupowanym przez grupkę przejętych, rozchichotanych pań. Aleksa, starsza siostra panny młodej, dokuczała mężowi, bo w dniu ich ślubu nic nie dostała. Sprowokowała tym swoim marudzeniem tyradę rozżalonego Nicka oraz narzekanie ojca panny młodej, że programy telewizyjne tworzą wśród młodych kobiet fałszywe oczekiwania dotyczące życia uczuciowego.

Genevieve uśmiechała się przez cały czas, udzielała właściwych odpowiedzi i kurczowo ściskała w dłoni bilecik. Wkrótce pomknęła do łazienki, rozpaczliwie starając się powstrzymać mdłości.

Panna młoda nie powinna tak reagować. Oczywiście przypisała te objawy zdenerwowaniu i nie zwracając uwagi na mdłości, wgramoliła się do eleganckiej limuzyny. Kiwała głową i odpowiadała trajkoczącym druhnom. Limuzyna pożerała kilometry, mknąc w stronę kościoła, a Genevieve w myśli analizowała rozmaite drobiazgi z obawy, że coś przegapiła. Dawid nie tolerował żadnych zaniedbań, a ślub i wesele z trzema setkami gości zapewne przyciągnie dziennikarzy, a także osobistości z wyższych sfer. Genevieve chciała wynająć profesjonalną organizatorkę imprez, ale Dawid nalegał, żeby uporali się z wyzwaniem o własnych siłach. Rzecz jasna, ochoczo przytaknęła. Byłoby miło, gdyby zrobili wszystko we dwoje, zamiast polegać na obcej osobie. Ogarnęło ją znużenie, lecz je zbagatelizowała. Tak naprawdę sama jedna zajmowała się dosłownie wszystkim, a ostatnich kilka dni zeszło jej na trzykrotnym sprawdzaniu każdego drobiazgu.

Druhny w kreacjach z jedwabiu o morelowym odcieniu, z orchideami wśród barwnych wstążek prezentowały się zachwycająco. Dom weselny przezornie zaklepała rok wcześniej, powołując się na liczne znajomości. Strzelisty pałac w Tarrytown słynął ze wspaniałych ogrodów, sklepionych sufitów, sali bankietowej idącej w zawody z pałacem Buckingham oraz francuskiej kuchni. Genevieve wolałaby bawić się na luzie w Mohonk Moutain House blisko rodzinnych stron. Na szczęście Dawid zgodził się przynajmniej na ślub kościelny. Wymogła też na nim, żeby Izzy uczestniczyła w ślubie i weselu. Dawid jej nie znosił, ale Genevieve uparła się, więc teraz miała przy sobie całą rodzinę.

Limuzyna zajechała przed kościół. Genevieve szła z pochyloną głową, nie patrząc w obiektywy fotoreporterów błyskających fleszami. Kate podtrzymywała długi wyszywany perłami tren spływający na chodnik. Absurdalnie droga, markowa suknia Very Wang pochodziła z innego świata, z baśni o księżniczkach i oblubienicach wystrojonych w tiul, koronki, brylanty i perły. Genevieve brakło tchu.

Dusiła to w sobie, gdy zapłakana matka poprawiała welon, mówiąc, że nigdy w życiu nie była z niej tak dumna. Aleksa promieniała radością, a śliczna siostrzeniczka Lily z koszyczkiem różanych płatków, w balowej sukni wzorowanej na kreacjach druhen wyglądała jak mały elf. Taylor, druga siostrzenica i młodsza druhna, paradowała w jasnej sukni barwy dostarczonych niedawno róż. Gina, szwagierka panny młodej, puściła oko do najbliższych i oznajmiła, że bohaterka dnia potrzebuje chwili samotności, by ochłonąć, nim pójdzie do ołtarza. Genevieve ukradkiem odetchnęła z ulgą, gdy drzwi zamknęły się za grupką pań. Błogosławiona cisza zapadła w zakrystii.

Wszystko układało się wzorowo, tak właśnie miało być.

Wzorowo jak życzył sobie Dawid.

Genevieve dyszała ciężko, próbując wziąć się w garść. Zza drzwi dobiegał szmer głosów i organowa muzyka. Panna młoda chwiejnym krokiem podeszła do barwnych witrażowych okien ozdobionych wizerunkiem Madonny z Dzieciątkiem i szarpnęła klamkę. Daremnie. Pociemniało jej w oczach. Ratunku! Musiała natychmiast zaczerpnąć świeżego powietrza. Dłoń ozdobiona francuskim manikiurem zacisnęła się na staromodnej klamce i szarpała desperacko. Lśnił nieskazitelny brylant ciążący na palcu. Udało się wreszcie uchylić okno. Genevieve przysunęła twarz do szpary, łapczywie wdychając rozgrzane powietrze. Za jakie grzechy totalne załamanie dopadło ją w ostatniej chwili? Zapewne dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wielkim przeżyciem jest ślub i wesele. Zaraz otworzy drzwi, ruszy ku ołtarzowi i wypowie słowa małżeńskiej przysięgi. Kochała Dawida. To oczywiste. Była jego królewną; codziennie powtarzał, ile dla niego znaczy, i dopingował, żeby pracowała nad sobą, doskonaląc się ustawicznie. Byli nowoczesną, wzorową parą godną zazdrości: dwoje chirurgów ratujących ludzkie życie, wspierających akcje charytatywne, zmieniających świat. Kochali się do szaleństwa.

Wkrótce będziesz tylko moja.

Wzdrygnęła się i obserwowała nieskazitelny trzykaratowy brylant lśniący na serdecznym palcu. Symbol podległości. Małżeńska przysięga obowiązuje aż po kres. On jej nigdy nie pozwoli odejść.

Zmykaj!

Wewnętrzny głos, od dawna tłumiony z obawy przed naganą, wreszcie zabrzmiał i wrzeszczał swoje. Genevieve zacisnęła dłoń na ramie okna. Bzdura. Nie mogła uciec.

Jasna sprawa. Takie rzeczy zdarzają się jedynie w filmach. Poza tym nie mogła tego zrobić Dawidowi.

No wiej!

Dwa lata Dawid uczył ją panowania nad rozbuchaną uczuciowością i kierowania się zdrowym rozsądkiem, stanowiącym według niego jądro ludzkiej osobowości. Gardził bezładem, spontanicznością oraz intuicyjnym podejmowaniem decyzji. Perorował o ich skutkach: śmierci i zniszczeniu, aż stłumił w niej szaleńczy głos śpiewający pieśń wolności, nieco fałszywie, ale radośnie. Wystraszona i zdeterminowana Genevieve łudziła się, że tamten zew umilkł na wieki i nigdy więcej go nie usłyszy, ale przy jej zezowatym szczęściu łobuz odezwał się właśnie teraz, buntowniczy i chorobliwie dziecinny jak dawniej.

Zmykaj, nim będzie za późno!

Umysł Genevieve pracował gorączkowo. Czasu miała niewiele. Gdy do zakrystii wtargną najbliżsi, będzie po wszystkim. Usłyszy od nich kojące słowa o lękach panny młodej i zostanie poprowadzona do ołtarza. Poślubi Dawida. I wszystko się zmieni.

To dobrze, prawda? Marzyła o małżeństwie. Na zawsze. Razem. Z Dawidem.

Spojrzała na zamknięte drzwi. Kilka następnych chwil mogło zmienić bieg całego jej życia. Nie miała czasu na ważenie argumentów, liczenie zysków i strat oraz tworzenie eleganckich wywodów. Zdała się na intuicję, która wspierała ją skutecznie, ilekroć na stole leżało ranne dziecko. Takich decyzji, przesądzających o życiu i śmierci, nawet Dawid nie mógł kwestionować, bo podejmowała je w głębi ducha jako chirurg, kobieta i człowiek niezłomny.

Wiej!

Genevieve nie traciła czasu.

Z bijącym sercem, zdyszana szarpnęła klamkę opornego okna, żeby otworzyć je szerzej. Uchyliło się do połowy. Czuła na sobie karcący wzrok Dzieciątka Jezus, ale wiedziała, że da radę. Pierwszy raz w życiu błogosławiła swe hobbickie wymiary. Wcisnęła tułów między ramę i framugę okna, a następnie pochyliła się do przodu, torując sobie drogę ku wolności.

Rozdział 2

Wolf zapalił papierosa i rozejrzał się, zdjęty poczuciem winy. Sawyer byłby wściekły, a Julietta patrzyłaby karcącym wzrokiem. Była w tym prawdziwą mistrzynią. Na szczęście tamci dwoje siedzieli we Włoszech, tysiące kilometrów stąd, więc go nie przyłapią. Oficjalnie nie został przez nich adoptowany, lecz uratowali go, dali nowe życie i kochali jak rodzonego syna. Obiecał sobie, że wypali tylko jednego papierosa, a napoczętą paczkę wyrzuci do kosza.

Dym wciągnięty w płuca natychmiast ukoił nerwy. Wolf był pewny, że nikt go nie przyłapie, bo lada chwila miała się zacząć ceremonia ślubna. Powinien usiąść zaraz w głównej nawie, przy ołtarzu, wraz z rodziną Genevieve i uśmiechając się, patrzeć, jak najlepsza przyjaciółka wiąże się z głupkiem. Tak właśnie uczyni. Za parę minut. Teraz potrzebował chwili samotności i szybkiego dymka. Potem z udawanym entuzjazmem dotrwa do końca uroczystości.

Odezwało się poczucie winy. Ależ z niego drań. Dawid Riscetti idealnie pasował do Genevieve i bez wątpienia był godny, żeby ją poślubić. To nie jego wina, że Wolf nie umiał pozbyć się wrażenia, jakby coś tu było nie tak. Wielokrotnie przyłapywał doktorka na tym, że obserwuje Genevieve z satysfakcją posiadacza taksującego walory klaczy wyścigowej, a nie utalentowanej, samodzielnej kobiety. Irytował też Wolfa ciągłym strofowaniem narzeczonej. Z drugiej strony, Genevieve wcale nie dawała do zrozumienia, że ma z tym problem, a o narzeczonym mówiła w samych superlatywach. Cholera, kocha go tak bardzo, że da się zaobrączkować. Kimże jest Wolf, żeby ich oceniać? Nic przecież nie wiedział o związkach.

Gdyby drążył sprawę, zabawiając się w psychologa, uznałby zapewne, że jest wściekły na Genevieve, bo zmieniła jego życiowe priorytety. Przez długich pięć lat przesiadywali w knajpach, oglądali filmy i trzymali się razem, jak przystało na dwoje najlepszych przyjaciół. Inne dziewczyny leciały na jego pieniądze, przywileje oraz męskie atuty. Genevieve była wyjątkiem. Kurczę, od pierwszego wejrzenia przypadli sobie do gustu. Była szczera i rzeczowa niczym Julietta oraz inne kobiety z jego przybranej rodziny. Instynktownie i spontanicznie polubili się od pierwszego wejrzenia.

Dawid, rzecz jasna, od początku kręcił nosem na ich zażyłość. W minionym roku Genevieve mnożyła wymówki i raz po raz odwoływała spotkania, żeby ugłaskać narzeczonego.

Mniejsza z tym. Trzeba to przeboleć.

Wolf stłumił ponure westchnienie. Zabrzmiały kościelne dzwony. Limuzyny stały rzędem przy krawężniku. Na schodach kręciło się paru reporterów. Ślub popularnego doktorka był dla mediów łakomym kąskiem, inaczej nie przyciągnąłby takich tłumów. Wolf cofnął się parę kroków, bo nie miał ochoty spotkać spóźnialskich i witać się z weselnymi gośćmi. Kręty zaułek i cienista arkada chroniły go przed ciekawskimi spojrzeniami. Z przyjemnością dopalił papierosa i wygładził klapy smokingu. Uważał, żeby nie zabrudzić eleganckich lakierków. Mimo wielu lat przepracowanych w korporacji i świecie mody zawsze wolał zwykłe ciuchy i czuł się kiepsko, nosząc garnitur oraz markową bieliznę, która kosztowała więcej, niż wynosił roczny dochód przeciętnego pracownika. Kto by pomyślał? Głodujący włóczęga bez dachu nad głową stał się milionerem zaliczanym w prasie ekonomicznej do grona ekspansywnych bogaczy, choć miał tylko dwadzieścia sześć lat.

Stłumił ponure myśli, żeby się w nich całkiem nie pogrążyć, i wrócił do rzeczywistości. To dzień ślubu Genevieve, więc powinien być przy niej, zamiast popalać za kościołem i użalać się nad sobą. Rozdeptał obcasem niedopałek, poprawił mankiety i zrobił w tył zwrot.

– Rany boskie!

Z przerażeniem kontemplował niecodzienny widok.

Panna młoda leżała na chodniku jak długa z uniesionymi kończynami, spowita prześliczną chmurą białej koronki, migotliwych pereł i klejnotów. Serce w nim zamarło, drgnęło i ponownie zaczęło bić. Jezu, ależ ona śliczna. Zawsze była wyjątkowa pod każdym względem, ale dziś przypominała misterną figurynkę z weselnego tortu. Domyślił się, że zerwała welon, bo starannie upięty kok był przekrzywiony i sterczały z niego spinki. Włosy zwilgotniałe od potu zbuntowały się i skręciły w pierścionki, nie dając się ujarzmić. Genevieve zerknęła karcąco na Wolfa niebieskimi oczyma podkreślonymi czarną kreską i perłowym cieniem do powiek. Rzadko się malowała, ale dziś ciemne oczy odcinały się wyraźnie od sercowatej buzi, tworząc zmysłową aurę, którą rzadko dostrzegał u przyjaciółki. Ozdobione kryształkami dwunastocentymetrowe obcasy ślubnych szpilek wystawały spod sztywnej halki. Mignęły mu zgrabne nogi i podwiązki z białej koronki, ale panna młoda błyskawicznie obciągnęła spódnicę i sapnęła gniewnie.

– Cholera, kopcisz pety w dniu mego ślubu? Podobno rzuciłeś. Julietta cię zabije.

– Wątpię, jeśli mnie nie zakablujesz – wykrztusił niepewny, czy ma halucynacje.

– Chciałbyś – burknęła. – Nie życzę sobie, żebyś wykitował na raka płuc. Przestań się gapić i nie stój jak słup. Pomóż mi wstać. Ledwie się ruszam w tej kiecce.

Znów ujrzał zwykłą Genevieve: najlepszą kumpelę, upierdliwą marudę, najwspanialszą dziewczynę na świecie.

– Wszystko w porządku? – Przyskoczył do niej i pomógł się podnieść. – Wypadłaś przez okno?

– Tak. Jestem cała. – Ledwie mogła ustać w absurdalnie wysokich szpilkach. Machnęła ręką. – Biodra omal nie utknęły, ale dałam radę.

Spokojnie otrzepała śnieżnobiałą suknię, jakby skakanie z okna zakrystii to była normalka. Niesamowita dziewczyna.

– Skarbie, stylizujesz się na uciekającą pannę młodą? A może na wypadek pożaru chciałaś sprawdzić, czy można się stąd szybko ewakuować?

Buńczuczna mina zniknęła. Genevieve uniosła głowę; usta jej drżały.

– Mam kłopoty. Pomożesz mi?

Zachował kamienną twarz, choć dłonie miał spocone. Stało się coś złego, więc musiał teraz dla niej ruszyć głową.

– Wystawiamy pana młodego?

– Tak.

Wolf uznał, że potraktuje ten incydent jak wielką przygodę.

– Świetnie. Wyciągnę cię z tego. Zdejmuj buty.

– Są tam dziennikarze? – Genevieve zrzuciła szpilki.

– Nie panikuj. Poradzimy sobie, ale trzeba się pospieszyć. Daj rękę.

Wsunęła drobną łapkę w jego dłoń. Ścisnął ją lekko i obiecał sobie, że choćby przyszło mu walczyć z całym państwem islamskim, uratuje Genevieve i znajdzie dla niej bezpieczne schronienie. Czas na rozmowy będzie później.

– Auto zaparkowałem w głębi ulicy, więc całkiem blisko. Chodź.

Zbiegli po bocznych schodach, obeszli zakrystię i pomknęli między rzędami malowniczo rozmieszczonych kwitnących krzewów. Genevieve zwalniała, narzekając na skrawki kory i żwir o ostrych krawędziach

– Ou!

– Ach, te baby! Rusz się, idziemy zbyt wolno. – Przyciągnął Genevieve do siebie, wziął ją na ręce, otuloną chmurami jedwabiu, tiulu i koronki, przedarł się przez gąszcz pędów wierzb płaczących.

– Wierzyć mi się nie chce, że zaparkowałeś tak daleko. Z tego wniosek, że przyjechałeś w ostatniej chwili. Taki z ciebie przyjaciel.

– Powinnaś się cieszyć, że zwlekałem. Teraz łatwiej mi ratować twój tyłek.

Westchnęła. Przyspieszył kroku, czując, że nadchodzi u niej moment załamania i całkowitej zapaści. Jeśli nie zdążą i ktoś ich przyłapie podczas ucieczki, będzie straszna draka. Zanurkował pod zwisający konar, przeciął ogród za kościołem i gwałtownie skręcił w prawo. Genevieve milczała. Wolf podejrzewał, że lada chwila uświadomi sobie, że działała pod wpływem szalonego impulsu, i oznajmi, że chce wrócić.

Ciekawe, co zmusiło ją do ucieczki. Poważna sprawa, nie można tego zlekceważyć. Mowy nie ma, żeby odtransportował pannę młodą z powrotem do zakrystii.

W końcu na horyzoncie pojawił się mercedes kabriolet. Wolf sięgnął do kieszeni po kluczyk, wyłączył alarm i otworzył drzwi.

– Wsiadaj.

– Wolf, obawiam się, że popełniłam błąd. – Genevieve drżały usta. – Chyba powinnam wrócić.

– Chcesz za niego wyjść? Powiedz szczerze, z głębi serca.

Przygryzła dolną wargę. Twarz wyrażała strach, wstyd, upokorzenie.

– Nie – wykrztusiła. Kiwnął głową i popchnął ją lekko w stronę auta.

– W takim razie postępujesz właściwie. Rozwiążemy ten problem. Obiecuję.

Przełknęła ślinę. Kiwnęła głową. Wsiadła do samochodu.

Wolf nie tracił czasu. Wskoczył do środka, uruchomił silnik, podniósł dach, zawrócił na trzy i po własnych śladach pędem oddalił się od kościoła, jakby to był siódmy krąg piekieł, niebezpieczny dla ludzkich dusz.

Gdy wyjechali na główną ulicę i nikt ich nie ścigał, Wolf zerknął na pasażerkę. Opadła na oparcie fotela, włosy zsunęły się na kark, uroczy profil wyglądał niczym wykuty z marmuru. Spoglądała w szybę, jakby obserwowała na niej własne życie, które wymknęło się jej z rąk. W pewnym sensie naprawdę tak było.

Wolf domyślił się, czego jej teraz potrzeba.

Włączył odtwarzacz i z głośników buchnęła muzyka zespołu Guns N’ Roses: mocna, głośna, pierwotna. Żadnych rozmów.

Tylko jazda.

Rozdział 3

Wolf skręcił na parking galerii handlowej i wyłączył silnik. Badawczym spojrzeniem obrzucił Genevieve, która była nazbyt znużona, by się uśmiechnąć. Nie musiała nigdy ukrywać przed nim prawdziwych uczuć. Uświadomiła sobie, że jeśli lada chwila nie wyskoczy ze ślubnej kreacji, załamie się całkowicie.

– Zostań w aucie. Zaraz wrócę. Kupić ci jakiś napój? Może wodę?

Genevieve kiwnęła głową.

– Poproszę mineralną.

– Zablokuj drzwi. Szyby są przyciemnione, więc nikt cię nie zobaczy.

Zamrugała, uświadamiając sobie, że jej życie to ruiny i zgliszcza.

– Zostawiłam komórkę. Muszę jakoś zawiadomić najbliższych, że nic mi nie jest.

– Tak zrobimy, ale poczekaj spokojnie parę minut, dobra?

Kiwnęła głową i odprowadziła go spojrzeniem, gdy maszerował do supermarketu. Gapiły się na niego małolaty koczujące u wejścia. Zawsze przyciągał spojrzenia, ale w smokingu wyglądał zabójczo. Wysoki, smukły, świetnie umięśniony, z prowokacyjnym tatuażem uosabiał młodzieńczy bunt i aż się prosił, żeby go obłaskawić. Różnił się zdecydowanie od Dawida obdarzonego anielską powierzchownością i łagodnym urokiem.

Dawid…

Nagle uświadomiła sobie całą potworność swojego postępku. Umknęła, zostawiając go przy ołtarzu. Podobno go kochała. Był jej przełożonym, ordynatorem chirurgii, na której rozpoczęła zawodową karierę. Wszystkie swoje ruchomości dawno przeniosła do jego mieszkania. Miodowy miesiąc mieli spędzić na Bermudach; bilety lotnicze zakupione. Rodzice zapewne popłakują, upokorzeni i wściekli na córkę. Dotąd to Izzy, nie ona, działała im na nerwy. Genevieve była grzeczną dziewczynką i prymuską, nie sprawiała żadnych kłopotów.

Co teraz pocznie? Jak wróci do dawnego życia?

Myśli kłębiły się w głowie niczym rój wściekłych pszczół gotowych do ataku. Przycisnęła palce do skroni, obawiając się, że mózg jej eksploduje.

Drzwi auta otworzyły się i Wolf rzucił na siedzenie dwie plastikowe torby i butelkę wody mineralnej.

– Proszę. Najpierw się napij. Wyglądasz, jakbyś miała wykitować.

Przełknęła łyk wody i spojrzała na niego, czekając na dalsze instrukcje. Uśmiechnął się lekko, kucnął przy aucie. Bez słowa wsunął palce w jej potargane kasztanowate włosy i powyciągał z nich szpilki. Masował skórę głowy i przeczesywał palcami loki, aż opadły swobodnie. Genevieve przyglądała się dobrze znanym rysom twarzy zatroskanego o nią mężczyzny. Mocna kwadratowa szczęka. Wąsik nad górną wargą i zmysłowa bródka. Wyrazisty błękit oczu przenikliwych niczym laser, dyskredytujących bez pardonu ludzką gadaninę i towarzyską grę pozorów. Dawniej golił głowę, ale teraz zapuścił włosy, a ciemne kędziory łagodziły nieco ostry wyraz twarzy. Wytatuowany wąż oplatał szyję, jakby go dusił. Genevieve zawsze fascynowały tatuaże. Czarny wąż pełzł po torsie, wspinał się na ramię i kończył za uchem. Można by pomyśleć, że ustawicznie coś szeptał. Wolf ćwiczył nałogowo, więc pod ubraniem rysowały się potężne mięśnie: kaloryfer na brzuchu i wydatne bicepsy. Spojrzała na jego nadgarstki osłonięte bliźniaczymi opaskami widocznymi spod podwiniętych rękawów koszuli. Nigdy go bez nich nie widziała. Te gadżety stały się modne dzięki jego zdjęciom reklamującym męską bieliznę. Popularnego modela naśladowało tylu chłopaków, że skórzane bransolety uznano za prawdziwy hit.

Ciekawe, że od pierwszego spotkania Wolf i Genevieve wydawali się stworzeni na przyjaciół. Szczera rozmowa, wolna od kokieterii i płytkiego erotyzmu, przesądziła o przyszłości. Stał się jej ulubionym kumplem płci odmiennej, najlepszym kolegą na świecie. Kate była dla niej żeńską bratnią duszą, Wolf zaś męską.

Sięgnął za plecy, aby rozpiąć rząd perłowych guzików i ruchem głowy wskazał torby.

– Kupiłem ciuchy. Przebierz się.

Wyjęła dżinsowe szorty, T-shirt i klapki.

– W pomarańczowym wyglądam okropnie.

Wolf stłumił uśmiech.

– Wybór jest tu skromny. Oprócz tych ciuchów był jedynie rozmiar XXL.

– Wybacz. Każda panna młoda umykająca sprzed ołtarza staje się nieco zołzowata.

Przesiadła się na tylną kanapę auta i zdjęła suknię. Z rozkoszą odetchnęła wreszcie pełną piersią, gdy wyplątała się z dopasowanej kreacji. Natychmiast pozbyła się także podwiązek i pończoch, wskoczyła w luźne ciuchy i oderwała metki z cenami. Wyjęła z torby paczkę frotek, pospiesznie związała loki w krótki kucyk i wysiadła z samochodu.

Wolf kiwnął głową.

– Świetnie. Kupiłem przekąski na drogę. Częstuj się, kiedy ci przyjdzie ochota.

Genevieve zajrzała do reklamówki zawierającej suchy prowiant. Było w czym wybierać: batoniki, ciastka, pikantne chipsy, pęk kabanosów.

– Znalazłeś tu kokosanki? Sądziłam, że teraz to rzadkość.

– Ja też. Miałem fart.

– Dokąd jedziemy?

– Zaszyjemy się na parę dni nad jeziorem, w letnim domu Sawyera. Poczekamy tam, aż sprawa przycichnie, a ty się pozbierasz.

– Muszę uspokoić rodzinę. – Zatroskaną Genevieve znów ogarnęła panika.

– Już to zrobiłem. Wysłałem SMS-y Aleksie i Kate. To z nimi przede wszystkim chciałaś się skontaktować, prawda?

– Tak. – Objęła talię ramionami i zacisnęła je mocno, kołysząc się na piętach. – Co im napisałeś?

– Że ci przykro z powodu ucieczki, ale nie możesz poślubić Dawida. Musisz się pozbierać, potem zadzwonisz. Na razie sobie radzisz, ale przez jakiś czas nie będziesz się odzywać.

– A wesele? Gdzie się podzieją goście? Co z prasą?

– Aleksa i Kate to świetny tandem. Uporają się ze wszystkim. – Głos Wolfa brzmiał władczo i zdecydowanie. – Pozwól, że teraz ja się tobą zaopiekuję.

– Dzięki. – Odprężyła się natychmiast. Tak. Niech Wolf na krótki czas zajmie się jej sprawami. Ona się przyczai, podejmie decyzje i posprząta bałagan, którego narobiła. Ale nie teraz.

– Nie ma za co. Jedziemy.

Wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę. Mercedes gnał z wiatrem w zawody, gdy przemierzali stan Nowy Jork, oddalając się od Verily. Wjechali na autostradę, zmierzając ku północy. Muzyka grała głośno, opuścili dach i wiatr szarpał włosy Genevieve, krajobrazy w pędzie rozmywały się kojąco. Genevieve jadła czekoladowy batonik, a Wolf raczył się chipsami i pił słodki napój gazowany.

Zamknęła oczy i udawała, że jedzie na weekendową wycieczkę. Przez cały ubiegły rok Dawid zatruwał jej życie, ilekroć chciała zobaczyć się z Wolfem. Stres i poczucie winy były nie do zniesienia. Narzeczony ciągle wytykał jej, że spędzają razem za mało czasu, a jej sporadyczne wypady z Wolfem wywoływały kryzysy w ich związku.

Genevieve uważała się za kobietę silną, odważną, pewną siebie, lecz ilekroć Dawid sprytnie nadużywał uroku osobistego, żeby postawić na swoim, powtarzała los Południowców z wojny secesyjnej w bitwie pod Gettysburgiem. Czekała ją porażka i kapitulacja. Dlatego wobec Wolfa ustawicznie szukała wymówek. Nienawidziła kłamstw, ale Dawid nagradzał ją za nie wyjątkową serdecznością i troską; wciąż podkreślał, jak dobrze im razem, jeśli tylko ona bardzo się stara. Dawno zapomniała, jak przyjemnie jest nie obawiać się, że powie coś głupiego albo okaże się mało zabawna czy umiarkowanie zmysłowa. Przy Wolfie mogła milczeć bez skrępowania, nie musiała w panice zagłuszać ciszy zajmującą rozmową.

Przy zjeździe z autostrady przybyło drzew i pól, a krajobraz wyglądał sielsko. Ruszyli w kierunku Saratoga Springs. Minęli urocze miasto pełne sklepów, promenad, widoków przypominających Verily i pomknęli dalej. Muzyka rockowa dudniąca z głośników kontrastowała z leśną ciszą, gdy przemierzali boczne drogi. Żwir leciał spod kół, jaskrawo ubarwione kwiaty migały za oknami wśród mnóstwa drzew i zarośli. Wolf ostro skręcił w prawo i ruszył wąską drogą biegnącą serpentynami po stromym górskim zboczu. Pięli się coraz wyżej, aż Wolf zahamował i wyłączył silnik.

– Jesteśmy na miejscu.

Genevieve wstrzymała oddech. Wakacyjny dom, stylowy i przytulny, natychmiast przypadł jej do gustu: otoczony gęstymi zaroślami, z szeroką werandą, na której stały dwa bujane fotele. Rzeźbione kopułki przy wejściu wyglądały na dzieło wytrawnego cieśli. Po obu stronach znajdowały się wielkie okna, a ścieżka brukowana kamiennymi płytami prowadziła do przepięknego ogrodu za domem, gdzie się rozwidlała. Jedna odnoga wiodła do miejsca na ognisko, druga ku niewielkiej altanie. W powietrzu brzmiał śpiew ptaków, grały świerszcze, brzęczały pszczoły; ciekawa odmiana po muzyce, której słuchali w samochodzie. Powietrze gorącego letniego popołudnia było parne i wonne, nozdrza Genevieve wypełniał zapach kwiatów i ziemi.

Tak. Doskonałe miejsce. Przemyśli tu wszystko i uporządkuje swoje sprawy.

– Pięknie – szepnęła. – Dlaczego Sawyer nie wynajął domu na lato?

– Zwykle tak robi, ale w tym miesiącu postąpił inaczej. Dom wzniesiono z dala od drogi, ale blisko FishCreek, wąskiej odnogi jeziora Saratoga. Sawyer zapowiedział, że gdybym chciał wyrwać się z miasta, pójść na ryby i trochę odetchnąć, mogę skorzystać z jego lokum.

– Kto by pomyślał, że przyjdzie ci tu ukrywać wariatkę, która umknęła sprzed ołtarza.

Wolf się nie uśmiechnął. Po raz pierwszy od początku ich ucieczki z jego oczu wyzierał głęboki niepokój. Odpowiedź miał na końcu języka, lecz Genevieve nie chciała i nie mogła jej teraz wysłuchać. Pospiesznie wygramoliła się z samochodu, zachowując kamienną twarz, która była jej tarczą i obroną. Wolf odczekał kilka sekund i pospieszył za nią.

Genevieve weszła do wakacyjnego domu. Słoneczne światło igrało na sosnowych deskach podłogi i wysokim suficie z potężnym belkowaniem. Kamienny kominek zajmował większą część ściany, przed nim leżał czerwony chodnik. Genevieve zwiedziła wnętrze, podziwiając specjalistyczny sprzęt wędkarski, zdjęcia dzikiej przyrody i swojski, przyjemny wystrój. W kuchni ujrzała dwukomorowy zlew, markowy sprzęt ze stali nierdzewnej i granitowe blaty w kolorze ciemnej czekolady.

– Nie podejrzewałam, że Sawyer jest zapalonym wędkarzem – oznajmiła. Wolf zachichotał.

– Nic z tych rzeczy. Wyciągnął nas tutaj w ubiegłym roku. Chciał przekonać Juliettę do uroków wiejskiego życia. Chełpił się, że złowi dla niej tonę ryb i przyrządzi je na kolację. Koniec końców zamówiliśmy pizzę.

– Biedaczek! – Genevieve parsknęła śmiechem. – Miliarder prowadzący sieć hoteli nie może być mistrzem we wszystkim.

– Jemu to powiedz. Naoglądał się w telewizji tych cholernych zawodów wędkarskich i postanowił zabawić się w wędkarza. Niestety, Julietta ani myśli tu wracać. Zdecydowanie woli miasto.

Genevieve wspominała spotkanie z Juliettą i Sawyerem podczas ich wizyty w Nowym Jorku. Na stałe mieszkali w Mediolanie. Bezdomnego Wolfa przygarnęli, gdy miał dziewiętnaście lat. Tych dwoje uosabiało jej życiowe marzenia. Prowadzili razem dochodową sieć piekarń i hoteli, byli dla siebie stworzeni i kochali się do szaleństwa. Łudziła się, że to samo znajdzie w związku z Dawidem.

Zdecydowanie odsunęła od siebie te rojenia.

– Sypialnie są na górze – powiedział Wolf. – Pojadę do miasta kupić żarcie i więcej ciuchów dla ciebie.

– Jak długo tu zostaniemy?

Spojrzał na nią. Twarz miał dziwnie zaciętą, ostre i surowe rysy; usta zawsze lekko skrzywione, jakby dotąd nie wyrósł z roli drażliwego nastolatka, którym był dawniej. Pod tą maską kryła się jednak wyjątkowa szlachetność, którą zawsze ją zadziwiał.

– Kiedy musisz wrócić do szpitala?

– Za tydzień. – Wzdrygnęła się, gdy dopadła ją bolesna rzeczywistość. – Wzięliśmy tydzień wolnego. Miodowy miesiąc. – Te słowa przyprawiły ją o lekkie mdłości.

– W takim razie jest sporo czasu. Będziemy żyć z dnia na dzień. A wracając do zakupów, masz jakieś specjalne życzenia?

Pokręciła głową.

– Nie. Całkowicie zdaję się na ciebie.

Te słowa wywarły na nim ogromnie wrażenie. Zrobił krok w jej stronę.

– Chcesz ze mną pojechać?

– Wolę odpocząć. – Genevieve uśmiechnęła się z trudem. – To był długi dzień. Do zobaczenia wkrótce.

Gdy zmarszczył brwi, omal nie parsknęła śmiechem, widząc jego zatroskaną minę. Po chwili kiwnął głową i ruszył ku drzwiom. Nogi się pod nią ugięły, gdy uświadomiła sobie, że zostaje sama. Żałosne. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio funkcjonowała bez towarzystwa, zadań do wykonania, nieprzekraczalnych terminów. Przez cały miniony rok czuła się jak chomik zamknięty w przezroczystej kuli i sama pewnie uznała, że tak ma być. Nawet wyspać się nie potrafiła, bo po kilku godzinach snu budziły ją koszmary dotyczące niezliczonych obowiązków i spraw do załatwienia. Nie była panią siebie. Nie miała też władzy nad własną duszą.

Pomaszerowała w głąb holu i weszła do łazienki. Zapaliła światło. Spojrzała w lustro.

Z trudem rozpoznała dziewczynę, która na nią patrzyła. Szatynka z włosami ciasno związanymi w kucyk. Pełne usta, wysokie kości policzkowe. Ostatnio znowu schudła, więc pomarańczowy T-shirt luźno zwisał z ramion.

Przyjrzała się uważniej swojemu odbiciu. Oczy, dawniej lśniące i niebieskie, były… puste. Blask zniknął; świeciły jedynie światłem odbitym. Kiedy to się stało? Zawsze była niespokojnym duchem, ale czuła się raczej szczęśliwa. Rzecz jasna, zbyt wiele brała na siebie i czuła brzemię odpowiedzialności, ale ciekawił ją wielki, skomplikowany świat i chciała wyraźnie zaznaczyć w nim swoją obecność. Trochę egoistka, lecz chirurdzy tak mają. Chciała być jak bogowie. Pragną pomagać ludziom, wspierać ich, leczyć. Odczuwała głód wiedzy, doświadczenia, niespodzianek. W ciągu minionego roku doświadczała jednak paraliżującego lęku. Jej wiedza i umiejętności były wciąż niewystarczające dla innych, dla świata, dla Dawida, a nawet dla niej samej.

Odwróciła się plecami do lustra.

*

Wolf pędził w stronę miasta, żeby jak najszybciej wrócić do letniego domu. Czuł się nieswojo, zostawiając Genevieve samą, ale rozumiał, że przyjaciółka musi dojść do siebie. Uciekali niemal cały dzień i gotów był się założyć, że Genevieve nadrabia miną, jakby nic się nie stało. Gdy uświadomi sobie, jak się sprawy mają, dopadną ją prawdziwe kłopoty.

Serce mu się ścisnęło. Nie widział jej dotąd w takim stanie. Gdy zapytał wprost, czy chce wyjść za Dawida, jej twarz przez moment wyrażała paniczny strach. Co jej zrobił tamten patałach? Biedaczka zaliczy potworny dół. Nie tylko zawiodła rodzinę zauroczoną panem młodym, lecz także pogrzebała swą karierę zawodową, bo podlegała mu w pracy. Genevieve nie lubiła stwarzać problemów nikomu, a zwłaszcza najbliższym. Wolf musiał jej pomóc przez to przejść. Jednego był stuprocentowo pewny: przede wszystkim należy chronić własną duszę. Boże drogi, znał to z własnego doświadczenia. Sam rzucił wszystko i przeszedł przez piekło. Ale warto było. Bolesne wizje przeszłości atakowały jego umysł, lecz je odepchnął. Musiał skupić się na Genevieve i zapewnić jej wszelką niezbędną pomoc.

Błyskawicznie załatwił sprawunki. Kupił trochę ubrań na zmianę, bieliznę, stroje do kąpieli, zgrzewkę wody mineralnej i sporo jedzenia. Wybór towarów wydał mu się skromny, ale miasto i jego okolice były idealną kryjówką na kilka dni. Większość przybyszów stanowili turyści zwabieni sławą toru wyścigowego w Saratodze lub centrum słynnych baseballistów w pobliskim Cooperstown.

Wrzucił torby do auta i sięgnął do kieszenie po komórkę. Fatalnie. Poczta głosowa zapchana wiadomościami od Aleksy, Kate, Izzy i matki Genevieve. Zastanawiał się, czy wspomnieć o tym przyjaciółce, ale odrzucił ten pomysł, uznając, że trudno jej będzie teraz stawić czoło konsekwencjom swego postępku. Ucieczka sprzed ołtarza wywołała lawinę zdarzeń. Genevieve potrzebowała czasu i on jej zapewni ten luksus.

Odsłuchał kilka wiadomości i natychmiast je skasował, bo niczego nie wnosiły. Aleksa zdecydowanie trzymała z siostrą, więc miał pewność, że uspokoi rodzinę. Żadnych wieści od Dawida. Co naprawdę działo się między narzeczonymi za elegancką fasadą? Czy Dawid krzywdził Genevieve? Dlaczego spanikowała na wzmiankę o facecie, którego omal nie poślubiła? A może lękała się tylko, że przez nią będzie cierpiał?

Wolf przejrzał SMS-y i pokiwał głową. Najbardziej wojownicza okazała się Kate, przyjaciółka od serca Genevieve, zdecydowana na wszystko, by jej bronić. Stłumił śmiech, czytając wiadomość:

Skopię ci tyłek, jeśli nie ujawnisz, gdzie się ukrywacie. Ona mnie potrzebuje.

Wolf napisał odpowiedź:

Potrzebuje czasu. Potem kop do woli. Daj jej dzień. Sam się nią zajmę.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.