Układanka - Henrik Fexeus - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Układanka ebook i audiobook

Henrik Fexeus

4,6
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Po odkryciu prawdy o swoim dzieciństwie David próbuje pogodzić się ze wspomnieniami, które przez lata pozostawały ukryte. Jednocześnie usiłuje odnaleźć się w uczuciu do Florence – relacji naznaczonej traumą, której oboje doświadczyli.

Gdy kariera Florence wisi na włosku, a David nagle staje się persona non grata, szybko okazuje się, że przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. W tym samym czasie Hanna, szwagierka Florence, pada ofiarą tajemniczych gróźb, które mogą zburzyć jej dotychczasowe życie.

Za wydarzeniami kryją się mroczne motywy i ludzie gotowi przekroczyć każdą granicę, by osiągnąć swoje cele.

Pogrążeni w chaosie, David i Florence muszą ustalić, kto stoi za tym wszystkim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 412

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 26 min

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
4,6 (33 oceny)
22
9
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
takbardzolesna

Całkiem niezła

dziwna ale dla fanów sensacji polecam
00
ilonawolinska

Dobrze spędzony czas

„Układanka” jest dla mnie udaną kontynuacją i kolejnym thrillerem, w którym autor pokazuje, że największe zagadki mogą kryć się nie tylko w wydarzeniach, lecz także w ludzkiej pamięci i psychice. Po pierwszym tomie wiedziałam, że chcę poznać dalsze losy Davida Lunda i Florence. Po lekturze „Układanki” wiem natomiast, że historia, którą Fexeus dla nich przygotował, wciąż skrywa kilka kart, które dopiero czekają na odkrycie. Gorąco polecam!
00
pchelut

Nie oderwiesz się od lektury

„Układanka” to drugi tom serii Mementoserien, thriller, który mocno opiera się na psychologii, pamięci, traumie oraz manipulacji. Pierwszy tom bardzo mi się podobał, dlatego byłam ciekawa jego kontynuacji - i mogę powiedzieć, że autor mnie nie zawiódł! Dostajemy wielowątkową intrygę, która wciąga od samego początku. Poszczególne elementy układanki nie od razu tworzą całość, a my razem z bohaterami próbujemy odkryć, co tak naprawdę się wydarzyło. Ponownie mamy mocne psychologiczne wątki: pamięć, traumę, rodzinne tajemnice oraz pytanie, czy można ufać własnym wspomnieniom. Krótkie rozdziały i zmienne perspektywy nadają fabule dynamiki, a historia z każdą stroną nabiera rozpędu. Autor świetnie podsuwa mylne tropy, dzięki czemu trudno przewidzieć rozwiązanie. Złożone relacje między bohaterami sprawiają, że nie tylko oni nie mogą sobie ufać - czytelnik również nie zawsze wie, komu wierzyć. Przez całą powieść towarzyszy nam mroczny i niepokojący klimat, pełen sekretów, tajemniczych wiadomo...
00
Strzalka_czyta

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna kontynuacja! Czyta się błyskawicznie
00
Szabo555

Nie oderwiesz się od lektury

Druga część chyba jeszcze bardziej sensacyjna niż pierwsza. Cały czas się coś dzieje. Warto zacząć od pierwszej części. Polecam
00



Tytuł ory­gi­nału: Pus­sel­ma­ka­ren

Copy­ri­ght © 2025 Hen­rik Fexeus First publi­shed by Book­mark, Swe­den Publi­shed by arran­ge­ment with Nor­din Agency AB, Swe­den Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ewa Woj­cie­chow­ska

All rights rese­rved

Redak­cja: Jacek Ring Korekta: Kata­rzyna Nowa­kow­ska, Alek­san­dra Płotka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Magda Palej Zdję­cia na okładce: © mblach/envato.com, © wire­stock/envato.com, ©Luna­Kate/envato.com, © Natu­re­sCharm/envato.com, © prze­mek­klos/envato.com Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788384570753

Nie wie, gdzie wybuchł pożar. Jej sio­stra krzy­czy, że nie zro­biła tego spe­cjal­nie, że upu­ściła świeczkę, bo się wystra­szyła. Ale teraz pali się już wszę­dzie. Płoną pod­łogi, ściany. To musi być wina sio­stry. Nie ma innego wyja­śnie­nia.

Mama i sio­stra wrzesz­czą do sie­bie i na nią. Tato spra­wia wra­że­nie, jakby dopiero się obu­dził. Zata­cza się, idąc w ich stronę.

Wszystko dzieje się za wolno.

I ona już wie, że wszy­scy zginą.

Dwunasty grudnia

To, co wpra­wia Hannę Tap­per w stan prze­ra­że­nia, to nie złu­dze­nie, że świat roz­padł się nagle na dwie czę­ści. Nie, krew tężeje w jej żyłach z powodu nara­sta­ją­cego w niej powoli trud­nego do opi­sa­nia uczu­cia, że coś jest nie tak. Jak gdyby ktoś prze­me­blo­wał rze­czy­wi­stość, gdy na krótką chwilę spoj­rzała w bok. Patrzy na stół w kuchni i pró­buje sobie przy­po­mnieć tam­ten dzień, kiedy Ber­nard, jej mąż, przy­niósł go do domu pierw­szego wspól­nego lata. Poma­lo­wała go na jasno­nie­bie­ski kolor jesz­cze tego samego wie­czoru. Ber­nard uznał, że Hanna wygląda sek­sow­nie w ciu­chach robo­czych i… ochrzcili ten stół. Póź­niej farba schła znacz­nie wol­niej, niż się spo­dzie­wali, a bluza Hanny popla­miła się na ple­cach na nie­bie­sko.

Dla odmiany aku­rat wtedy jej nie bolało.

Powinna się uśmiech­nąć na to wspo­mnie­nie. Albo wręcz pomy­śleć, że było pod­nie­ca­jące. Jed­nak z jakiejś przy­czyny wydaje jej się nie­rze­czy­wi­ste, jakby to ni­gdy się nie wyda­rzyło. Jak zacho­wać nie­wzru­szoną minę, gdy świat pró­buje nas wytrą­cić z rów­no­wagi? Hanna tłu­ma­czy sobie, że obecna sekunda niczym się nie różni od tej, w któ­rej otwie­rała list. Ale mimo to wszystko wokół niej zamarło, jakby czas sta­nął w miej­scu. A może jest wręcz odwrot­nie? Może czas pędzi na zła­ma­nie karku? Za oknem, po dru­giej stro­nie nie­bie­skiego stołu, pada lekki śnieg. Pokrył ich malutki traw­nik cie­niutką war­stewką bia­łego pudru. Płatki zdają się zawie­szone w powie­trzu. Podob­nie jak puls Hanny.

– Co tam masz? – pyta Ber­nard. – Ktoś nam przy­słał życze­nia na święta?

Hanna się wzdryga. Choć nie, tak jej się tylko wydaje. Na zewnątrz wygląda spo­koj­nie. Jedy­nie w jej wnę­trzu coś wibruje. I nie chce, żeby Ber­nard to dostrzegł. Mąż stoi obok niej i ści­ska w ręce resztę kore­spon­den­cji przy­nie­sio­nej ze skrzynki. Hanna kręci głową. Ma nadzieję, że ma obo­jętną minę.

– Ktoś musiał się pomy­lić – odpo­wiada, bez­tro­sko wyma­chu­jąc kartką w powie­trzu.

Ale ciało ją zdra­dza. Jak zawsze. Błysz­cząca pocz­tówka zgnio­tła się w kur­czo­wym uści­sku jej dłoni. Trzy lata temu naresz­cie udało się jej zajść w ciążę, mimo pro­te­stów leka­rzy. I to tu, na tym stole. Potem opra­wiła w ramki bluzę popla­mioną farbą i zamie­rzała ją wrę­czyć Ber­nar­dowi, gdy będzie mu prze­ka­zy­wała wia­do­mość, że został tatą. Ale poro­niła, zanim obraz zdą­żył zawi­snąć na ścia­nie.

Ber­nard kła­dzie na stole pocztę, zło­żoną głów­nie z ulo­tek rekla­mo­wych, po czym wyj­muje kartkę z dłoni Hanny. Przy­gląda się ilu­stra­cji przed­sta­wia­ją­cej męż­czy­znę w stroju żeglar­skim, który mówi coś, co wydru­ko­wano w chmurce nad jego głową. Marsz­czy czoło.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – odczy­tuje.

Następ­nie otwiera kartkę.

Hanna wie, że jej mąż nie ma szans tego zro­zu­mieć.

Trzęsą jej się nogi, ale nie chce upaść przy Ber­nar­dzie. Opiera dłoń na stole i wbija wzrok w pół­mi­sek z wędli­nami, który został tam po lun­chu.

– Dziwne – stwier­dza Ber­nard, obra­ca­jąc kartką, jakby szu­kał w niej ukry­tej tre­ści. – Uro­dziny obcho­dzisz dopiero w maju. W dodatku w środku jest pusto.

Hanna wzru­sza ramio­nami.

– Może to kolejna reklama? – rzuca Ber­nard. – Cho­ciaż… pew­nie masz rację. Ktoś musiał się pomy­lić.

Hanna przy­ta­kuje, choć tak naprawdę nie słu­cha jego słów. Ber­nard wresz­cie kła­dzie kartkę na stole, a Hanna uświa­da­mia sobie, że długo wstrzy­my­wała oddech.

– Ja dosta­łem furę pism z urzędu skar­bo­wego – oznaj­mia jej mąż. – Lepiej od razu się nimi zajmę. Pew­nie cho­dzi o reje­stra­cję mojej nowej firmy.

Ber­nard zgar­nia swoje listy i wycho­dzi. Hanna opada na krze­sło. Tylko sekundy dzie­liły ją od osu­nię­cia się na zie­mię. Wyj­muje z kie­szeni inha­la­tor i bie­rze trzy głę­bo­kie wde­chy, nie odry­wa­jąc wzroku od kartki leżą­cej na stole. Potem odkłada lek na astmę i wsuwa sobie dło­nie pod kolana. Jakby się bała, że kartka ją popa­rzy, jeśli jej dotknie.

Ber­nard w jed­nym się nie pomy­lił. Kartka nie jest zaadre­so­wana do niej. Ale Hanna wie, do czy­ich rąk powinna tra­fić. Czyje uro­dziny wypa­dają tego dnia. Opatrz­ność zadbała nie tylko o to, by nie mogła zało­żyć wła­snej rodziny – nie dane było jej nawet zacho­wać pierw­szej.

Życze­nia są dla Cath­rin.

Jej sio­stry, która nie żyje od dwu­dzie­stu lat.

David zerka na Flo­rence roz­ma­wia­jącą przez tele­fon. Wyszli na spa­cer z Kre­ski­nem i David żałuje, że nie wło­żył cie­plej­szej kurtki. Za to bul­dog fran­cu­ski wydaje się nie­po­ru­szony chło­dem i szczeka rado­śnie, pró­bu­jąc kłap­nąć wiru­jące w powie­trzu płatki śniegu. I za każ­dym razem, kiedy mu się to udaje, robi zdzi­wioną minę, że pła­tek się roz­pusz­cza. Nie napa­dało zbyt wiele bia­łego puchu, ale cienka war­stewka pokry­wa­jąca zie­mię iskrzy się w słońcu. Ścieżka mean­druje mię­dzy drze­wami w zagaj­niku rosną­cym za osie­dlem dom­ków sze­re­go­wych, z któ­rych jeden należy do Davida. Kre­skin biega luzem. Zna drogę na pamięć.

David się cie­szy, że Flo­rence jest sku­piona na roz­mo­wie i nie patrzy w jego stronę, bo jest pewien, że ma na twa­rzy idio­tyczny uśmiech. Wciąż nie może uwie­rzyć, że Flo­rence Tap­per, dla któ­rej rzu­ciłby się na łeb, na szyję w oko cyklonu albo wdra­pał na wul­kan i któ­rej widok spra­wia, że zapiera mu dech, jest jego. Choć ma zara­zem pra­wie cał­ko­witą pew­ność, że lada chwila zrobi coś, co ją do niego znie­chęci.

Flo­rence się roz­łą­cza i posyła mu uśmiech.

– Prze­stań się na mnie gapić – mówi. – Nie widzisz, że pró­buję pra­co­wać?

– Komar ci tu sie­dział – odpo­wiada David, muska­jąc dło­nią jej szyję tuż nad czer­wo­nym sza­li­kiem.

Nie ma ręka­wi­czek i dotyk jej skóry powo­duje, że prze­cho­dzi go dreszcz pod­nie­ce­nia. Wciąż nie potrafi dotknąć Flo­rence, nie czu­jąc natych­mia­sto­wej chęci rzu­ce­nia się na nią i zdar­cia z niej ubra­nia. I nie­ważne, że tem­pe­ra­tura sięga trzech stopni poni­żej zera, bo jego ciało pło­nie takim ogniem, że mogłoby sto­pić cały śnieg w pro­mie­niu kilku metrów. David zdaje sobie sprawę, że to reak­cja w stylu macho, pry­mi­tywny zwie­rzęcy instynkt, a on prze­cież skoń­czył już trzy­dzie­ści pięć lat, ale jest, jak jest. I Flo­rence chyba dobrze odczy­tuje jego sygnały, bo odsuwa jego dłoń od swo­jej szyi.

– Serio? – pyta, uno­sząc jedną dłoń. – Komar? W grud­niu?

Minęły dopiero dwa mie­siące, odkąd ofi­cjal­nie zostali parą. Choć czy naprawdę ofi­cjal­nie? Flo­rence wciąż się tro­chę krzywi, kiedy David nazywa ją swoją dziew­czyną.

– Może jed­nak poje­dziesz ze mną jutro do Norrköpingu? – pyta ją. – Tylko pomyśl, dwie noce w hotelu. Tylko ty i ja. Byłoby super­ro­man­tycz­nie.

Flo­rence spo­gląda na niego i marsz­czy czoło.

– Niech no się zasta­no­wię… – mówi. – Pro­po­nu­jesz mi wspólny wypad na Next­Tech, targi przy­cią­ga­jące publicz­ność zło­żoną w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z mania­ków kom­pu­te­ro­wych płci męskiej…

– Wyjąt­kowo inte­li­gent­nych ludzi – wtrąca David.

– …któ­rzy przy­jeż­dżają tam po to, żeby posłu­chać innych mania­ków…

– Przed­się­bior­ców.

– …a wie­czo­rami chleją piwo i grają w lase­rowy paint­ball?

– To… nie jest obo­wiąz­kowe.

Flo­rence gła­dzi się po bro­dzie, uda­jąc zamy­śle­nie.

– Pod­czas gdy alter­na­tywą dla tego wyjazdu jest pozo­sta­nie w domu, w ciszy wła­snego miesz­ka­nia, z kie­lisz­kiem wina i zacho­wy­wa­nie się jak doro­sły czło­wiek? – dodaje, bio­rąc Davida pod łokieć. – Łatwy wybór – kwi­tuje.

Wyj­muje z kie­szeni zgry­zioną piłkę, na któ­rej widok Kre­skin zaczyna wyma­chi­wać kró­ciut­kim ogon­kiem.

– Poza tym ktoś musi się zająć tym potwo­rem – dorzuca, po czym posyła piłkę łukiem w powie­trze, wzdłuż ścieżki.

Kre­skin star­tuje za zabawką z takim zapa­łem, jakby pierw­szy raz prze­ży­wał taką frajdę.

– A mówiąc cał­kiem poważ­nie, mam już plany – oznaj­mia Flo­rence. – Umó­wi­łam się z moim daw­nym pro­mo­to­rem. Zapro­sił mnie do Restau­ra­cji Gon­do­len.

– Ha! Gdy nie ma kota, myszy har­cują! – wykrzy­kuje David. –  To zna­czy… yyy… Cho­dziło mi o to, że… Niech to szlag. Źle się wyra­zi­łem.

– On ma sie­dem­dzie­siąt lat – odpo­wiada Flo­rence, opusz­cza­jąc pięść, którą przed momen­tem lekko zdzie­liła Davida w pierś.

David wzdy­cha. Potrafi poznać, kiedy prze­grał. Ale chwyta rękę Flo­rence i przy­ci­ska ją z powro­tem do swo­jej klatki pier­sio­wej. Pła­tek śniegu wylą­do­wał na jej rzę­sach. Serce Davida bije mocno, jakby pró­bo­wało wysko­czyć i spo­cząć na dłoni Flo­rence. Chciałby jej wyja­śnić, że dni spę­dzane bez niej są naj­nud­niej­szym cza­sem w jego życiu. Ale nic nie mówi.

Wyda­rze­nia z minio­nej jesieni zbli­żyły ich do sie­bie. Zawdzię­cza to wszyst­kiemu, co David wtedy odkrył, począw­szy od faktu, że jest jed­nym z trojga braci – w dodatku tro­jacz­ków – aż do tra­gicz­nej śmierci Johana Arvids­sona i Klausa Nordströma. Johan był jego tera­peutą i poma­gał Davi­dowi radzić sobie z przy­pa­dło­ścią pole­ga­jącą na tym, że nie pamię­tał pierw­szych dwu­na­stu lat swo­jego życia. Klaus Nordström był komen­dan­tem sztok­holm­skiej poli­cji i człon­kiem taj­nego klubu zwa­nego Towa­rzy­stwem. To wła­śnie ono zle­ciło Joha­nowi opiekę nad Davi­dem oraz zadba­nie o to, by ni­gdy sobie nie przy­po­mniał wyda­rzeń z dzie­ciń­stwa w Smålandii. I jesie­nią David i Flo­rence musieli się zmie­rzyć z zagro­że­niem ze strony człon­ków tej orga­ni­za­cji.

Czyż można przejść razem taką próbę ognia i się do sie­bie nie zbli­żyć? Pierw­szy lep­szy psy­cho­log po week­en­do­wym kur­sie doszedłby do wnio­sku, że wła­śnie dla­tego David jest prze­ko­nany, że kocha Flo­rence. Ale prawda jest taka, że zapa­łał do niej uczu­ciem na długo przed wyda­rze­niami z jesieni. I po pro­stu potrze­bo­wał tro­chę czasu, by to zro­zu­mieć.

Ale mimo to nic nie mówi. Flo­rence już kilka razy nazwała go „straszną przy­lepą”. David ni­gdy wcze­śniej o tym nie myślał, ale zapewne fakt, że dora­stał w towa­rzy­stwie dwóch braci bliź­nia­ków, wytwo­rzyła w nim potrzebę bycia bli­sko dru­giej osoby. I pew­nie z tej samej przy­czyny – para­dok­sal­nie – pod­świa­do­mie sabo­to­wał wszyst­kie swoje dotych­cza­sowe związki. Spra­wiał, że jego part­nerki zaczy­nały tra­cić oddech. Tłam­sił je i przy­śpie­szał pro­ces zbli­ża­nia się do sie­bie. Ale tym razem nie chce popeł­nić tego błędu.

Kre­skin wraca z piłką. Pod­biega do Davida i kła­dzie się na boku w śniegu, jakby doznał nagłego para­liżu. Ale za moment prze­wraca się na grzbiet, z łap­kami w powie­trzu i piłką w zębach. David wie, o co mu cho­dzi.

– Kto jest dooobrym pie­skiem? – mówi i schyla się nad zwie­rza­kiem, żeby podra­pać go po brzu­chu. – Poka­za­łeś piłce, kto tu rzą­dzi? Poka­za­łeś?

Kre­skin mru­czy z zachwytu.

– Masz jakieś wie­ści od Samira? – Ku roz­cza­ro­wa­niu bul­doga David się pro­stuje i prze­nosi wzrok na Flo­rence. – Poli­cja coś usta­liła?

Media długo roz­pi­sy­wały się o podwój­nym zabój­stwie Arvids­sona i Nordströma. A w pierw­szych dniach prze­ści­gały się w wymy­śla­niu teo­rii na temat zaan­ga­żo­wa­nia komen­danta w tę tajem­ni­czą sprawę. Poli­cja kon­se­kwent­nie odma­wiała komen­ta­rzy, więc po jakimś cza­sie zain­te­re­so­wa­nie dzien­ni­ka­rzy osła­bło. Ale David i Flo­rence wie­dzą, że śled­czy mogą natra­fić na trop pro­wa­dzący pro­sto do Davida i jego matki. I dzięki Sami­rowi – ich uszom i oczom w komen­dzie – są na bie­żąco z usta­le­niami w śledz­twie.

Kre­skin naj­wy­raź­niej znu­dził się cze­ka­niem, bo wstaje i kła­dzie piłkę u stóp Flo­rence. Ta ją pod­nosi i rzuca w kępę drzew przy ścieżce. Psiak przez krótką chwilę młóci śnieg łap­kami, po czym wresz­cie star­tuje z miej­sca, nabiera pręd­ko­ści, z głu­chym pac­nię­ciem prze­bija niską zaspę i wpada w zaro­śla.

– Wciąż szu­kają powią­zań mię­dzy Klau­sem a Joha­nem – odpo­wiada Flo­rence. – Są prze­ko­nani, że poza­bi­jali się nawza­jem.

To w poło­wie prawda, bo Johan zabił Klausa. A odci­ski pal­ców Klausa zna­la­zły się na ręko­je­ści noża, któ­rym pozba­wiono życia Johana. Śled­czy nie mają jed­nak poję­cia, że Johana zamor­do­wał San­dro, nie są świa­domi rów­nież tego, że San­dro polo­wał na Davida.

– San­dro wyko­nał nie­złą robotę, zni­ka­jąc po wszyst­kim bez naj­mniej­szego śladu – dodaje Flo­rence. – Poza tym poli­cja nie wie, że ty i ja tam byli­śmy i wszystko widzie­li­śmy.

Nie­stety nie mogą być pewni, że tak pozo­sta­nie. Wystar­czy, że któ­ryś ze śled­czych albo co bar­dziej zago­rza­łych repor­te­rów ruszy głową i powiąże Davida z tymi tra­gicz­nymi wyda­rze­niami. Bo to wła­śnie on jest wspól­nym mia­now­ni­kiem łączą­cym Johana i Klausa.

Spo­śród drzew dobiega szcze­ka­nie Kre­skina.

– Może już czas, żeby­śmy się ode­zwali do Urbana? – pro­po­nuje David. – Wiem, że musimy być ostrożni, ale żaden trop nie wska­zuje na niego, a ja chciał­bym go o coś zapy­tać i bar­dzo mi zależy na uzy­ska­niu odpo­wie­dzi.

– Znik­nął jeden z two­ich braci – odpo­wiada Flo­rence. – Naprawdę uwa­żasz, że Urban wie, co się z nim stało?

David dora­stał z dwoma braćmi. Kiedy jeden z nich zmarł, David i drugi brat pró­bo­wali uciec z domu. David ude­rzył się w głowę i stra­cił przy­tom­ność oraz pamięć, ale bratu się udało. I od tam­tego dnia minęły dwa­dzie­ścia trzy lata.

Urban Jacobs­son to nie tylko naj­więk­szy w kraju pro­du­cent śru­bek i wła­ści­ciel nie­ru­cho­mo­ści, ale w dodatku jedyna osoba – znana Davi­dowi i Flo­rence – która w swoim cza­sie nale­żała do Towa­rzy­stwa. I w odróż­nie­niu od Klausa jesie­nią pró­bo­wał im pomóc. Bez Urbana David do dziś błą­dziłby w ciem­no­ści. Albo byłby mar­twy.

– Pomy­śla­łam o tym samym – dodaje Flo­rence i ponow­nie wyj­muje tele­fon. – Może rze­czy­wi­ście już pora się do niego ode­zwać.

– Na pewno się ucie­szy… – komen­tuje David z krzy­wym uśmiesz­kiem.

Pod­czas gdy Flo­rence szuka w kon­tak­tach nazwi­ska Urbana, David wcho­dzi do zagaj­nika. Gdzie, u dia­bła, podziewa się ten pies? W końcu dostrzega Kre­skina. Bul­dog ma całą mordkę w śniegu i wła­śnie zako­puje coś z zapa­łem w świeżo wygrze­ba­nym dołku. Spod war­stewki ziemi wystaje coś łudząco podob­nego do czer­wo­nej piłki.

– Kre­skin, gdzie masz piłkę? – pyta go David.

Psiak odwraca głowę w jego stronę, sta­wia uszy i ziaje, pod­czas gdy jego tylne łapki zako­pują skarb.

– Zgu­biła się? – zaga­duje go dalej David. – Co za szkoda! Musimy wra­cać do domu.

Kre­skin wydaje trium­falne szczek­nię­cie i prze­biega obok swo­jego pana. Wraca na ścieżkę, nie oglą­da­jąc się w tył. David kręci głową.

Pod­cho­dzi do Flo­rence, gdy ta wła­śnie koń­czy roz­mowę.

– Mia­łeś rację, mój tele­fon nie spra­wił mu przy­jem­no­ści – stwier­dza Flo­rence. – Ale zgo­dził się z nami spo­tkać dziś po połu­dniu.

David odpo­wiada jej kiw­nię­ciem głowy.

– Ale nie rób sobie zbyt wiel­kich nadziei – dodaje Flo­rence na widok jego miny. – Twój brat znik­nął dawno temu. Moim zda­niem szanse na to, że wciąż żyje i że Urban wie, gdzie go zna­leźć, są bar­dzo nie­wiel­kie.

– Wiem – przy­znaje David i ponow­nie przy­ta­kuje.

Mimo to nie porzuca nadziei. Przez całe świa­dome życie czuł się nie­kom­pletny. Jakby gdzieś po dro­dze zgu­bił kawa­łek sie­bie. I gdyby się jed­nak oka­zało, że jego brat żyje i w dodatku Urban wie, gdzie jest… poczułby się tak, jakby odna­lazł tę bra­ku­jącą część.

Przy­staje, obej­muje Flo­rence i mocno ją przy­tula. Wciąga do płuc jej zapach. Flo­rence pach­nie zimo­wym słoń­cem, let­nimi kąpie­lami, przy­godą i obiet­nicą. David znów karci się w myślach za swoje sza­blo­nowe myśle­nie. Jej cie­pło prze­nika jego ubra­nie i dociera do jego ciała. Flo­rence nie pró­buje się wyswo­bo­dzić.

– Kiedy wró­cimy, będziesz moja – szep­cze, wtu­lony ustami w jej włosy. – Zdą­żymy przed spo­tka­niem z twoją sio­strą.

– Nie sądzi­łam, że po wczo­raj­szym tak szybko odzy­skasz siły – odpo­wiada Flo­rence, przy­wie­ra­jąc do niego jesz­cze moc­niej.

Jego ciało reaguje natych­miast. Flo­rence unosi kącik ust, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona z efektu, jaki na nim wywarła.

– Lepiej dotrzy­maj obiet­nicy – szep­cze mu do ucha. – Bo jeśli nie dotrzy­masz, przez cały tydzień zmy­wasz gary.

Hanna spo­gląda na pier­niczki przez szybkę pie­kar­nika.

– Niech to jasny szlag! – wykrzy­kuje i otwiera drzwiczki.

Cia­steczka są czarne jak węgielki. Dosłow­nie przed chwilą wyglą­dały na wciąż nie­upie­czone, więc zosta­wiła je jesz­cze na moment, ale led­wie zdą­żyła się odwró­cić, a już się spa­liły.

– Co się dzieje? – pyta Ber­nard, zaglą­da­jąc do kuchni.

Odka­słuje, gdy swąd spa­le­ni­zny dociera do jego noz­drzy. Hanna czuje, że zaraz się roz­pła­cze. Pró­buje powstrzy­mać łzy. To nie­nor­malne, ryczeć z powodu spa­lo­nych cia­stek. Ale kura­cja hor­mo­nalna wytrą­ciła ją z rów­no­wagi. Hanna wie, że to jedyny powód jej zmien­nych nastro­jów, jed­nak ta wie­dza w niczym jej nie pomaga. Świat sprzy­siągł się prze­ciwko niej, a ona czuje się jak stara baba. W dodatku tak bez­na­dziejna, że nie potrafi nawet upiec dur­nych pier­nicz­ków.

– Spo­koj­nie, no już… Prze­cież to nic takiego – uspo­kaja ją Ber­nard.

Wyj­muje bla­chę z pieca i kła­dzie ją na pod­stawce. Potem przy­tula Hannę.

– To tylko kilka cia­stek – mówi.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – Hanna pociąga nosem. – Założę się, że twoje ide­alne sio­stru­nie ni­gdy nie spa­liły pier­nicz­ków. Zwłasz­cza Flo­rence…

– Moż­liwe, że masz rację. Ale w przy­padku Flo­rence tylko dla­tego, że ni­gdy w życiu nie posu­nęła się do tego, żeby spró­bo­wać je upiec.

– Ale gdyby się posu­nęła, na pewno wyszłyby jej świetne! Ona i David będą mieli śliczne dzieci…

Ber­nard odsuwa żonę na odle­głość wycią­gnię­tych rąk i zagląda jej w oczy.

– Nie wybie­gajmy tak daleko w przy­szłość – mówi.

– Wiesz, o co mi cho­dzi – mam­ro­cze Hanna, spusz­cza­jąc wzrok.

To z jej winy nie mogą się docze­kać dziecka. Nie­ważne, co mówi o tym Ber­nard. Zaczęło się, kiedy była nasto­latką. Pod­czas mie­siączki strasz­nie bolał ją brzuch. To wła­ści­wie nie był ból, tylko uczu­cie, jakby ktoś kroił jej ciało nożem. Mie­siąc w mie­siąc. W końcu leka­rze posta­wili dia­gnozę: endo­me­trioza. Hanna była wtedy za młoda, żeby zro­zu­mieć wszyst­kie szcze­góły, ale dotarło do niej tyle, że będzie cier­piała ból do końca życia i zapewne nie zaj­dzie w ciążę drogą natu­ralną.

W dodatku jedyny lek przy­no­szący ulgę w cier­pie­niu obni­żał poziom estro­genu, przez co prze­stała mieć owu­la­cję. Ow­szem, zła­go­dziło to ból, ale mogła zapo­mnieć o zało­że­niu rodziny. Nie wspo­mi­na­jąc o ocho­cie na seks. W zamian przy­szło jej się pogo­dzić z dodat­ko­wymi pięt­na­stoma kilo­gra­mami na wadze i kiep­ską cerą. Lata mię­dzy pięt­na­stymi a dwu­dzie­stymi pią­tymi uro­dzi­nami nie były naj­lep­szym okre­sem w jej życiu.

Ale potem poznała Ber­narda i pierw­szy raz ujrzała świa­tełko w tunelu. Bar­nard zapro­po­no­wał, żeby spró­bo­wali metody in vitro. Ale Han­nie nie wycho­dziło nawet to. I wła­śnie zaczęli piątą próbę. Być może ostat­nią. Ber­nard nie poru­sza tego tematu, ale już raz wspo­mniał o adop­cji. Hanna byłaby na jego miej­scu strasz­nie roz­cza­ro­wana, więc jest pewna, że wła­śnie tak czuje się jej mąż. Mimo że on mówi coś innego.

Jej rodzice, Sören i Anita, też ucie­szy­liby się z wnu­ków. Wpraw­dzie mają już Adama, bra­tanka Hanny, i twier­dzą, że są tym usa­tys­fak­cjo­no­wani, ale Hanna wie, jaka jest prawda.

Zwłasz­cza że sio­stry jej męża mnożą się na potęgę. Pomi­ja­jąc Flo­rence, która jest na tyle bez­czelna, że nawet nie pró­buje. Ale na pewno, jak więk­szość kobiet, uważa macie­rzyń­stwo za oczy­wi­stość. Ma wybór. I jeśli tylko zapra­gnie mieć dziecko, na pewno zaj­dzie w ciążę bez zdej­mo­wa­nia ubrań.

Hanna zerka w lustro i zamiera na swój widok. Kim­kol­wiek jest osoba patrząca na nią z dru­giej strony, nie życzy sobie nią być. Pie­przone hor­mony. Wie, że nie ma powodu zło­ścić się na Flo­rence. Ale dobrze jest troszkę sobie ulżyć.

– Muszę jesz­cze chwilkę popra­co­wać nad arty­ku­łem o tacie – mówi, osu­sza­jąc łzy skraw­kiem papieru do pie­cze­nia. – Zna­la­złam jesz­cze parę osób, z któ­rymi warto prze­pro­wa­dzić wywiad. Mam nadzieję, że powie­dzą mi wię­cej, niż zdo­ła­łam usta­lić do tej pory. Szcze­rze mówiąc, nie spo­dzie­wa­łam się, że tak trudno będzie skło­nić ludzi do mówie­nia o nim. Przy­po­mnisz mi, o któ­rej mamy być u two­jej sio­stry?

– Phi­lo­mene pro­siła, żeby­śmy wpa­dli koło siód­mej – odpo­wiada Ber­nard. Zerka na zega­rek. – Przy­po­mi­nam przy oka­zji, że idziemy do mojej sio­stry i two­jego brata. Na wypa­dek gdy­byś zapo­mniała, że są mał­żeń­stwem.

– Świet­nie. Zdążę upiec nową por­cję pier­nicz­ków.

Flo­rence nie zdą­żyła nawet otwo­rzyć drzwi w win­dzie, bo Marco, kie­rowca i „czło­wiek od wszyst­kiego” Urbana Jacobs­sona, robi to za nią. Uśmie­cha się przy tym od ucha do ucha.

– Flo­rence! – wykrzy­kuje. Ujmuje jej twarz obiema dłońmi i cmoka ją w policzki. – Me alle­gro de verte!

Jego bujne wąsy łasko­czą ją w brodę.

– Ja też się cie­szę, że cię widzę, Marco – odpo­wiada.

– Urban czeka na was w salo­nie. – Pro­wa­dzi ich kory­ta­rzem do miesz­ka­nia. – Nie­stety señora Kic­kan wła­śnie wyszła.

Drzwi do „skrom­nego” apar­ta­mentu Jacobs­sona w kamie­nicy przy Narvavägen są otwarte na oścież. Nie­wy­klu­czone, że cena najmu tego lokum byłaby naj­wyż­sza w całym mie­ście, gdyby nie fakt, że Urban jest wła­ści­cie­lem całego budynku.

Hol wyło­żony mar­mu­rem wydaje się Flo­rence więk­szy, niż zapa­mię­tała. Ma wra­że­nie, że zmie­ści­łoby się w nim jej całe miesz­ka­nie. Przy­po­mina sobie, co Marco wła­śnie powie­dział o Kic­kan, i zerka na Davida. On chyba myśli o tym samym. Byłoby lepiej, gdyby żona Jacobs­sona wzięła udział w tej roz­mo­wie. Wła­dza, jaką spra­wuje nad mężem, pomo­gła im już nie raz.

Marco odchrzą­kuje i podaje im dwie pary folio­wych ochra­nia­czy na buty.

– La señora kazała poło­żyć białą wykła­dzinę w salo­nie –  wyja­śnia.

„No jasne” – myśli Flo­rence. „Biała wykła­dzina. W środku zimy”. Zakłada worki z gumką na obu­wie. David robi to samo. Potem wcho­dzą scho­dami na pię­tro. Echo roz­nosi sze­lest ochra­nia­czy na par­kie­cie, ale gdy wkra­czają do salonu, wszyst­kie dźwięki cichną. Wykła­dzina wygląda jak koł­dra puszy­stego śniegu.

Flo­rence spo­dzie­wała się, że gigan­tyczny tele­wi­zor na ścia­nie będzie włą­czony i zoba­czy frag­ment któ­re­goś z ulu­bio­nych pro­gra­mów Jacobs­sona. Ten rekin biz­nesu ma bowiem sła­bość do reality show dla gospo­dyń domo­wych w dowol­nym ame­ry­kań­skim mie­ście. Ale ekran jest czarny, a Urban czeka na nich na środku salonu. To zły znak.

– Flo­rence! Davi­dzie! – wypo­wiada ich imiona i wita się z nimi kiw­nię­ciami głowy. – Domy­ślam się, Flo­rence, że popro­si­łaś o spo­tka­nie, żeby­śmy mogli for­mal­nie zakoń­czyć współ­pracę? Zatrud­ni­łem cię do repre­zen­to­wa­nia Davida, a to już nie­po­trzebne. Mam pod­pi­sać jakiś papier?

– Yyy… Oczy­wi­ście, przy­go­tuję roz­li­cze­nie – odpo­wiada Flo­rence. – Nie trzeba nic pod­pi­sy­wać, jutro prze­ślę ci mailem fak­turę. Ale nie w tej spra­wie dzwo­ni­łam. Mamy do cie­bie jesz­cze jedno pyta­nie.

Urban demon­stra­cyj­nie wzdy­cha i siada w fotelu. Zakłada nogę na nogę i łączy dło­nie w pira­midkę. „Okej” – myśli Flo­rence. „Znowu gramy w tę grę. Niech ci będzie”. Ona też jest w tym dobra.

– Wy dwoje zawsze wymy­śla­cie coś nowego – komen­tuje Jacobs­son.

Popeł­nił błąd, sia­da­jąc. Flo­rence robi dwa kroki w jego stronę i teraz, chcąc z nią roz­ma­wiać, Urban musi patrzeć w górę.

– Brat Davida – zaczyna praw­niczka. – Ten, któ­remu udało się uciec.

Jacobs­son ma nie­wzru­szoną minę.

– Rozu­miem, dla­czego o nim wcze­śniej nie wspo­mnia­łeś – włą­cza się David. – Do któ­re­goś momentu wciąż była szansa na to, że nic sobie nie przy­po­mnę. Ale teraz już wiem, że ktoś mu wtedy pomógł. Że całą tę naszą ucieczkę zor­ga­ni­zo­wał ktoś z Towa­rzy­stwa. I nawet jeśli cie­bie tam nie było, musia­łeś coś wie­dzieć. To wszystko, o co pro­szę. Powiedz mi, jak mogę odna­leźć brata.

Flo­rence wie, że David bar­dzo się stara nie budzić w sobie wiel­kich nadziei. Jego brat mógł prze­cież uto­nąć w jezio­rze tam­tej pamięt­nej nocy. Mimo to sły­szy w jego gło­sie nutkę despe­ra­cji. Bo jego brat rów­nie dobrze może być pilo­tem samo­lo­tów pasa­żer­skich, wykła­dać na uni­wer­sy­te­cie, pra­co­wać jako prze­wod­nik gór­ski w Andach albo zawo­dowo grać w pokera. A może jest bez­domny? Wszystko jest moż­liwe.

Urban kręci głową.

– Nie powi­nie­neś tu przy­cho­dzić – mówi do Davida. – Gdyby Towa­rzy­stwo się dowie­działo, że tu jesteś… – Milk­nie w poło­wie zda­nia.

Zapada cisza nazna­czona nie­wy­po­wie­dzianą groźbą.

– Ale się nie dowie – odpo­wiada Flo­rence. – Bo nikomu nie powiesz o naszej wizy­cie, prawda?

Urban roz­gląda się po pokoju. Zawie­sza wzrok za ple­cami Davida i Flo­rence i robi taką minę, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

– Chyba nie sądzi­cie, że już po wszyst­kim? – odzywa się po chwili.

Flo­rence zerka na Davida. Jacobs­son ni­gdy wcze­śniej nie był skłonny do takich wyznań.

– Nie sły­sze­li­śmy o Towa­rzy­stwie, odkąd napu­ściło na nas San­dra i Esbena – odpo­wiada Flo­rence. – Wygląda na to, że się wyco­fali, kiedy wkro­czyła poli­cja.

Jacobs­son kręci głową.

– To nie Towa­rzy­stwo zatrud­niło San­dra – wyja­śnia. – On to zro­bił. I szcze­rze wąt­pię, żeby się wyco­fał. Pew­nie tylko czeka na odpo­wied­nią oka­zję. Ale co ja tam wiem? Już od dawna nie zwie­rza nam się ze swo­ich pla­nów.

– O kim ty mówisz? – pyta David.

– Sądzę, że wiesz. W swoim cza­sie spo­ty­ka­łeś go czę­ściej niż nas.

David chwyta Flo­rence za przed­ra­mię, a ona zagląda mu w oczy. I przez sekundę widzi w nich prze­ra­żo­nego dzie­się­cio­latka.

– Ale nie po to tutaj przy­szli­ście – kon­ty­nu­uje Urban, choć prze­ma­wia tonem nie­do­pusz­cza­ją­cym żad­nych pytań. – W kwe­stii two­jego brata wie­cie wła­ści­wie wszystko. To było dawno temu. Muszę się pofa­ty­go­wać do mojej skrytki ban­ko­wej i zaj­rzeć do sta­rych papie­rów. Spo­tkajmy się ponow­nie pod koniec tygo­dnia. Dam wam wszyst­kie mate­riały, jakie posia­dam. W zamian za obiet­nicę, że póź­niej zosta­wi­cie mnie w spo­koju. Nie chcę mieć z tym wię­cej do czy­nie­nia. – Robi pauzę, ale po chwili znów się odzywa, tym razem o wiele przy­jaź­niej­szym tonem: – Nic chcę cię roz­cza­ro­wy­wać, Davi­dzie, ale od dłu­giego czasu nie mam żad­nych wie­ści.

– Ale on żyje? – rzuca David.

W jego oczach pło­nie tak wiel­kie pod­eks­cy­to­wa­nie, że Flo­rence boi się eks­plo­zji.

– Nie mam poję­cia – odpo­wiada Urban. – Ale mam nadzieję, że tak. Po tym, ile dla niego prze­szli­śmy…

– My? – pyta David z naci­skiem. – Czyli kto?

– To… Nie mogę tego zdra­dzić – stwier­dza Jacobs­son i odchrzą­kuje. – Nie gadaj za dużo na ten temat.

Urban milk­nie i marsz­czy czoło. Flo­rence daje Davi­dowi dys­kretny znak dło­nią, by odpu­ścił. Nie chce, by Jacobs­son poczuł się posta­wiony pod ścianą i wyco­fał się ze zło­żo­nej przed chwilą obiet­nicy. Zwłasz­cza w sytu­acji, gdy nie ma przy nim Kic­kan, która jako jedyna jest w sta­nie wepchnąć go na wła­ściwy tor.

– Bar­dzo dzię­ku­jemy – mówi z sze­ro­kim uśmie­chem. – Prze­ślę mailem doku­menty doty­czące naszej współ­pracy i będę cze­kać na wia­do­mość w spra­wie tych papie­rów. Obie­cuję, że potem nie będziesz musiał nas wię­cej oglą­dać.

Wysi­liła się na rze­czowy, pro­fe­sjo­nalny ton, żeby roze­gnać emo­cje obu­dzone wcze­śniej­szą roz­mową. Bo pod ich wpły­wem Urban mógłby się wyco­fać.

– Prze­każ, pro­szę, nasze ser­deczne pozdro­wie­nia swo­jej wspa­nia­łej żonie – dodaje. – I Pau­li­nie.

Wszy­scy troje żegnają się uści­skami dłoni, po czym Flo­rence i David wra­cają do holu. Marco czeka tam na nich, by ode­brać ochra­nia­cze na obu­wie. Flo­rence świa­do­mie zakoń­czyła spo­tka­nie wspo­mnie­niem Pau­liny – doro­słej córki Jacobs­sona, z którą odzy­skał kon­takt dzięki Davi­dowi i Flo­rence. Nie może tego powie­dzieć wprost, ale Urban jest im winien przy­sługę.

Napo­leon stoi na pomo­ście i patrzy na zamar­z­niętą zatokę. Już pra­wie noc. Choć to nie ma zna­cze­nia, bo słońce i tak zaszło już około trze­ciej po połu­dniu. Chłody przy­szły w tym roku wcze­śniej niż zwy­kle i traw­nik za ple­cami Napo­leona wygląda jak gładka biała koł­dra. Jedyne ślady, jakie na niej widać, to odci­ski jego butów pro­wa­dzące nad brzeg. Lubi tu przy­cho­dzić wie­czo­rami. Uważa, że pomo­sty mają w sobie coś wyjąt­ko­wego. Kuszą ilu­zją sta­łego lądu, ale w rze­czy­wi­sto­ści są tylko kru­chymi języ­kami wysta­wio­nymi w chaos i mrok. I sto­jąc na pomo­ście, stoi się nad otchła­nią.

Napo­leon kręci głową. Nie ma czasu na filo­zo­fo­wa­nie, nie­ważne, czy Nie­tz­sche miał rację, czy nie. Spo­gląda na tele­fon w swo­jej dłoni. Już naj­wyż­sza pora na następny krok, bo poli­cja zdą­żyła tro­chę ochło­nąć. Potem nagle sobie uzmy­sła­wia, że skoro San­dro nie żyje, już nikt nie nazywa go „Napo­leonem”. Bo to San­dro wymy­ślił to prze­zwi­sko. Mimo to podoba mu się taka ksywka, cho­ciaż cesarz Napo­leon Bona­parte, jak na jego gust, za bar­dzo rzu­cał się w oczy. Ale było w nim zara­zem coś, co spra­wia, że Napo­leon posta­na­wia zostać przy tym pseu­do­ni­mie. To prak­tyczne mieć dru­gie imię dla tej czę­ści sie­bie, która musi cza­sem… wziąć sprawy w swoje ręce. Ist­nieje więc on oraz Napo­leon. Nie ozna­cza to, że doznał nagłego roz­sz­cze­pie­nia jaźni. Nie, by­naj­mniej nie osza­lał. Po pro­stu dzięki temu w jego spra­wach będzie pano­wał więk­szy porzą­dek.

Począt­kowy plan nie zakła­dał wyeli­mi­no­wa­nia Davida Lunda, tylko porządne nastra­sze­nie go. Ale, jak to bywa z pla­nami, po dro­dze uległ on pew­nej mody­fi­ka­cji. David Lund oka­zał się o wiele bar­dziej uparty, niż Napo­leon prze­wi­dy­wał, więc osta­tecz­nie musi znik­nąć. To jedyne roz­wią­za­nie. I w zależ­no­ści od tego, jak sprawy się ułożą – a to, co wyda­rzyło się do tej pory, prze­kro­czyło jego naj­śmiel­sze wyobra­że­nia – może się oka­zać, że ta część planu zosta­nie zre­ali­zo­wana bez więk­szej zwłoki. Na szczę­ście w Towa­rzy­stwie wciąż są osoby, które zdają sobie sprawę z powagi sytu­acji. I które zapła­ci­łyby zbyt wysoką cenę, gdyby David zaczął mówić.

Napo­leon odblo­ko­wuje tele­fon, wybiera numer i wci­ska zie­loną słu­chawkę. I gdy tylko sły­szy głos po dru­giej stro­nie, zaczyna wyja­śniać, co ma być zro­bione. Nie trwa to długo, bo osoba, z którą roz­ma­wia, jest bystra i nie trzeba jej niczego powta­rzać. Nie to, co ta roz­hi­ste­ry­zo­wana, cia­sto­wata oferma Urban Jacobs­son.

Wiatr hula po Baggensfjärden, zdmu­chu­jąc z zatoki śnieg. Napo­leon obej­muje się rękami, bo prze­nika go chłód. Zaczął wdra­żać nowy plan już kilka tygo­dni temu i do tej pory wszystko układa się po jego myśli.

Szu­ka­jąc w apa­ra­cie kolej­nego numeru, rusza z powro­tem do domu. Chwilę póź­niej dzwoni do Urbana.

Cia­sto­wate ofermy mają jedną zaletę – da się je for­mo­wać wedle wła­snej woli.

Flo­rence wysiada z tak­sówki pro­sto w zaspę. Wresz­cie dotarli do Phi­lo­mene i Micha­ela. Spóź­nieni, bo David aż nadto wywią­zał się ze zło­żo­nej jej wcze­śniej obiet­nicy. Flo­rence boi się nawet spoj­rzeć na zega­rek. W dodatku w jed­nym bucie ma teraz mnó­stwo śniegu.

Prze­kli­na­jąc pod nosem, wyciąga stopę ze skó­rza­nego trze­wika. Natych­miast wpada do niego jesz­cze wię­cej bia­łego puchu. David wysiada po dru­giej stro­nie, z Kre­ski­nem na rękach. Uśmie­cha się łobu­zer­sko na widok Flo­rence balan­su­ją­cej na jed­nej nodze, z butem w dłoni, pró­bu­ją­cej wytrze­pać z niego śnieg.

– Jedno słowo i nie żyjesz – war­czy Flo­rence.

David prze­suwa po ustach pal­cem wska­zu­ją­cym zetknię­tym z kciu­kiem, jakby zapi­nał zamek bły­ska­wiczny. Zaraz potem udaje, że wyrzuca klu­czyk. Ale wciąż się uśmie­cha. Tak bez­czel­nie, że Flo­rence chęt­nie wymie­rzy­łaby mu poli­czek. Ale David jest na to zbyt przy­stojny. Zwłasz­cza kiedy ma taką zado­wo­loną minę. W odróż­nie­niu od niego wcale nie jest taka pewna, czy czeka ich wspólna przy­szłość, nie­mniej jed­nak podoba jej się to, co łączy ich obec­nie. Ale jej były mąż nauczył ją jed­nego – że wła­sne uczu­cia mogą być złudne. David zdą­żył już nawet zapro­po­no­wać, by razem zamiesz­kali, na co Flo­rence zare­ago­wała ata­kiem paniki. Jej zda­niem dobrze jest tak, jak jest. Przy­naj­mniej zanadto się nie zra­nią, kiedy przyj­dzie im ze sobą zerwać.

Ulica, na któ­rej zosta­wiła ich tak­sówka, jest słabo oświe­tlona. Ciem­ność roz­pra­sza tylko kilka usta­wio­nych z rzadka latarni. Za to miesz­kańcy nie­wiel­kich drew­nia­nych domów dali z sie­bie wszystko, by to nad­ro­bić, deko­ru­jąc ogródki lamp­kami i sta­wia­jąc gwiazdy bożo­na­ro­dze­niowe we wszyst­kich oknach.

– Czy ci ludzie powa­rio­wali? – mam­ro­cze Flo­rence, wciąż pod­ska­ku­jąc z butem w ręce. – Założę się, że ude­ko­ro­wali ogrody na święta już we wrze­śniu i pew­nie nie śpią po nocach z obawy, że sąsiad powiesi w tym roku wię­cej gir­land ledo­wych i postawi wię­cej świe­cą­cych reni­fe­rów.

– A mnie się podoba – oznaj­mia David. – Dzięki temu robi się przy­tul­nie. No i przy­po­mnia­łem sobie, że sam mam na tym polu zale­gło­ści. A ty? Ude­ko­ro­wa­łaś już okna?

– Gray­son zabiera swoje rze­czy dopiero w przy­szłym tygo­dniu – odpo­wiada Flo­rence, wcią­ga­jąc trze­wik. – Nie kiwnę pal­cem, dopóki jego graty nie znikną z mojego miesz­ka­nia.

Ma mokro w pal­cach. Kre­skin pró­buje się wyrwać z objęć Davida i o mało mu się to udaje.

– Zaraz cię pusz­czę – mówi do niego David. – Nie chcę tylko, żebyś zmie­nił się w bał­wana. Dokąd idziemy? – zwraca się do Flo­rence.

Ta poka­zuje ski­nie­niem głowy na dom po ich pra­wej stro­nie. W odróż­nie­niu od pozo­sta­łych ani na nim, ani w ogródku nie ma kolo­ro­wych lam­pek i dmu­cha­nych miko­ła­jów. I tak się tym odróż­nia, że ów brak ozdób świą­tecz­nych wydaje się coś mani­fe­sto­wać. Lecz prawda jest taka, że Phi­lo­mene jest zain­te­re­so­wana deko­ra­cjami bożo­na­ro­dze­nio­wymi w takim samym stop­niu, jak Flo­rence. Kiedy Phil i Michael docze­kali się dziecka, pod­jęli próbę uczy­nie­nia domu nieco bar­dziej przy­tul­nym, kie­ro­wani tą samą ambi­cją, która napę­dza wszyst­kich świeżo upie­czo­nych rodzi­ców. Ale gdy ich syn Adam zaczął mówić i już jako dwu­la­tek oznaj­mił, że świą­teczne ozdoby są „nie­prak­tyczne”, dali sobie spo­kój. Flo­rence jest pewna, że zro­bili to z poczu­ciem ulgi.

Wpraw­dzie kiedy była tu ostatni raz, dom był ude­ko­ro­wany od pod­łóg po sufity, bo Adam obcho­dził wła­śnie dzie­siąte uro­dziny i Phil posta­no­wiła się posta­rać. Ale naj­wy­raź­niej wszystko wró­ciło już do normy, co Flo­rence odno­to­wuje z uzna­niem.

– Oke­eej… – wysa­puje David, jakby nagle zaczął się stre­so­wać. – Mówisz, że zaraz spo­tkam twoje sio­stry… Léontine i Phi­lo­mene. No wła­śnie. Tak. Będą tam. No i twój brat. Ber­nard. On też będzie. Kto jesz­cze?

Prze­mie­rzają nie­wielki ogró­dek przed domem i kie­rują się do drzwi. Śnieg skrzypi pod nogami, a wokół jest tak baj­kowo, że David czuje się jak na pocz­tówce.

– Hanna, żona Ber­narda – odpo­wiada Flo­rence. – Jest sio­strą Micha­ela, męża Phi­lo­mene. Wiem, że to tro­chę dziwny układ, ale tak się poro­biło w mojej rodzi­nie. Na pewno będą też rodzice Hanny, Anita i Sören. No i dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine, ale one zaszyją się w jakimś ciem­nym miej­scu.

David spo­gląda na Flo­rence sze­roko otwar­tymi oczami.

– Jesteś pewna, że o nikim nie zapo­mnia­łaś? – pyta sar­ka­stycz­nym tonem.

– Jestem. To zna­czy… oczy­wi­ście będą też mama i tato. Czyli Anders i Svea. Wła­ści­wie na początku uma­wia­li­śmy się u nich w domu, ale wyszło ina­czej.

– Innymi słowy, będzie caaała twoja rodzina – stwier­dza David, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę. – No dobrze. Świet­nie. Nie ma się czym stre­so­wać.

– Ech, masz prze­cież ochro­nia­rza – rzuca Flo­rence, zer­ka­jąc wymow­nie na Kre­skina. – A jeśli atmos­fera zrobi się za gęsta, zawsze możesz uciec do pokoju Adama i pograć na Xbok­sie.

– Już lubię tego chło­paka – stwier­dza David.

Flo­rence wci­ska dzwo­nek.

Kilka sekund póź­niej otwiera im Phil, ubrana w zie­lony swe­ter upstrzony czer­wo­nymi i bia­łymi kulecz­kami uda­ją­cymi bombki cho­in­kowe, ale jakimś cudem nie spra­wia wra­że­nia, jakby było jej w nim nie­wy­god­nie.

– Jeste­ście wresz­cie! – wykrzy­kuje, po czym odsuwa się na bok, by prze­pu­ścić gości w drzwiach. – Witamy!

David bie­rze głę­boki wdech.

Zosta­wiw­szy okry­cia w przed­po­koju, prze­cho­dzą do salonu. Z ukry­tych gło­śni­ków sączą się świą­teczne prze­boje, a w powie­trzu unosi się zapach grza­nego wina, przez co nawet Flo­rence udziela się atmos­fera przy­ję­cia gwiazd­ko­wego. Michael wycho­dzi z kuchni i wrę­cza im po kubku gorą­cego trunku.

– Dobrze wam zrobi – mówi i wyciąga rękę do Davida. – Michael – przed­sta­wia się. – Jestem mężem Phi­lo­mene i tatą Adama. W kuchni jest bufet, czę­stuj­cie się. Hanna napie­kła pysz­nych pier­nicz­ków.

David ści­ska dłoń gospo­da­rza, a potem wita się z pozo­sta­łymi człon­kami rodziny. Flo­rence jest cie­kawa, jak się przy tym czuje. Ni­gdy dotąd nie zasta­na­wiała się nad tym, jak dużą ma rodzinę, ale w isto­cie – kiedy zejdą się wszy­scy, mały dom jej sio­stry wypeł­nia się po brzegi. David ma tylko mamę, z którą w dodatku nie utrzy­muje kon­taktu, więc spę­dzałby święta samot­nie, nie licząc Kre­skina.

Psiak dostaje miskę wody. Kiedy zaspo­kaja pra­gnie­nie, wpada do salonu i o mało nie pod­cina Ber­narda. Biega jak sza­lony, nie dając się nikomu pogła­skać, ale gdy wraca do przed­po­koju, nagle staje jak wryty, siada i wpa­truje się w schody. Kilka stopni wyżej stoi Adam. Trzyma w dłoni żółtą piłeczkę z buźką Smi­ley. Ści­ska ją ryt­micz­nymi ruchami. To piłeczka odstre­so­wu­jąca, którą dostał od Hanny. Flo­rence rzadko widuje sio­strzeńca bez niej.

Chło­piec i pies mie­rzą się przez chwilę wzro­kiem. Potem Adam się schyla i pod­suwa Kre­ski­nowi pod nos naj­pierw rękę, potem piłkę. Flo­rence jesz­cze ni­gdy nie widziała bul­doga sie­dzą­cego w takim sku­pie­niu. A gdy Adam zaczyna go gła­skać, mogłaby przy­siąc, że psiak dosłow­nie się roz­pływa.

– Ten twój David ma dodat­kowe punkty za futrzaka – szep­cze jej do ucha Phil. – Jeśli go rzu­cisz, zadbaj o to, żeby zwie­rzak został z tobą.

– Ja też życzę ci wszyst­kiego dobrego na nad­cho­dzące święta – odpo­wiada Flo­rence.

Stu­kają się kub­kami z grza­nym winem.

W salo­nie sie­dzi rów­nież dwoje nasto­let­nich dzieci Léontine. Alvar i Naomi. Rodzeń­stwo zaszyło się w kącie, jak prze­po­wie­działa Flo­rence. Odkąd Alvar dorósł na tyle, by samo­dziel­nie wybie­rać sobie ubra­nia, nosi wyłącz­nie czerń, ale jeśli Flo­rence nie myli wzrok, dostrzega reni­fera na jego swe­trze. A kon­kret­nie szkie­let zwie­rzę­cia. Mało­laty sie­dzą z nosami w tele­fo­nach i robią wszystko, by spra­wiać wra­że­nie, iż nie biorą udziału w czymś tak bez­na­dziej­nym jak przy­ję­cie z oka­zji Dnia Świę­tej Łucji. W dodatku o jeden dzień za wcze­śnie. I w towa­rzy­stwie całej rodziny. Ale oboje pogry­zają tra­dy­cyjne bułeczki sza­fra­nowe pie­czone spe­cjal­nie na tę oka­zję. W śnież­no­bia­łych wło­sach Naomi, co do któ­rych Flo­rence od dawna żywi poważne podej­rze­nie, że są peruką, ale boi się zapy­tać, tkwi maleńka, ale krwi­sto­czer­wona spinka.

Rodzice zdą­żyli już porwać Davida i opo­wia­dają mu z oży­wie­niem o nowym domu we Fran­cji.

– To wła­ści­wie nie jest dom – wtrąca Léontine. – Tylko chatka. W dodatku grozi zawa­le­niem.

– Ale jaka malow­ni­cza! – pro­te­stuje tato. – I stoi tak bli­sko win­nicy, że wycho­dząc na dwór, można się potknąć o krzew wino­ro­śli!

– W takim razie uwa­żaj­cie, żeby się nie poła­mać – dorzuca ze śmie­chem Hanna.

David odwraca się w jej stronę.

– Flo­rence mi powie­działa, że jesteś dzien­ni­karką – mówi. – Pra­cu­jesz nad jakimś arty­ku­łem?

Hanna posyła szwa­gierce kar­cące spoj­rze­nie. Flo­rence bie­rze duży łyk wina. Alko­hol spływa jej cie­płą falą do żołądka. Podzi­wia zaan­ga­żo­wa­nie Davida. Poza tym tech­nika skła­nia­jąca innych do mówie­nia o sobie jest bar­dzo sku­teczna. Nie może wie­dzieć, że Hanna to trudny przy­pa­dek.

– Tak, ale nie sądzę, żeby to tak naprawdę zacie­ka­wiło kogoś oprócz mnie – odpo­wiada Hanna ze zmarsz­czo­nym czo­łem. – Pra­cuję nad por­tre­tem mojego bio­lo­gicz­nego ojca. Dla sobot­niego dodatku „Dagens Nyhe­ter”.

– Bio­lo­gicz­nego? – powta­rza David zasko­czo­nym tonem.

Zerka nie­pew­nie na Flo­rence.

Ta dostrzega zagu­bie­nie w jego spoj­rze­niu. „Cho­lera jasna” – prze­klina w myślach. Nie opo­wie­działa mu o tym. Ale nie spo­dzie­wała się, że ten temat wyj­dzie już w jego pierw­szej roz­mo­wie ze szwa­gierką.

– Sören i Anita adop­to­wali mnie po śmierci moich rodzi­ców – wyja­śnia Hanna. – Byłam wtedy dziec­kiem i nie­wiele pamię­tam.

– Oj, prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łem – tłu­ma­czy się David.

Znów patrzy bez­rad­nie na Flo­rence, która sączy resztkę wina. Jest zła na sie­bie, bo Hanna i tak już za nią nie prze­pada, a teraz jesz­cze to. Rado­sne dźwięki świą­tecz­nych prze­bo­jów nie roz­pra­szają krę­pu­ją­cej ciszy. Na szczę­ście kilka sekund póź­niej robi to dobie­ga­jący z kory­ta­rza trium­falny okrzyk Micha­ela.

– Adam i ja pra­co­wa­li­śmy nad tym cudem całe przed­po­łu­dnie! – oznaj­mia gospo­darz, sta­jąc w progu salonu.

Ostroż­nie wcho­dzi do środka i sta­wia na stole domek z pier­nika opa­trzony przy­cze­pio­nym do dachu szyl­dem „Hotel Dziadka i Adama”.

– Ale dziadka jesz­cze nie ma! – pro­te­stuje Adam, nie prze­ry­wa­jąc gła­ska­nia Kre­skina.

Psiak leży na ple­cach i wysta­wia brzuch do dra­pa­nia.

– Och, kocha­nie… – wtrąca Anita. – Sören zła­pał okropne prze­zię­bie­nie i musiał zostać w domu. Nie chciał cię zara­zić. Dla­tego przy­szłam sama.

– Okej, w takim razie nie możemy go zjeść! – zarzą­dza Adam. – Domek jest dla dziadka.

Michael kła­dzie pier­ni­kowe arcy­dzieło na ławie przed kanapą. Nie zabra­kło w nim szcze­gó­łów – jest nawet Święty Miko­łaj przy­mie­rza­jący się do wej­ścia do komina, szyld ma ramkę z gala­retki mali­no­wej, a pod ścia­nami budynku są kłębki waty uda­jące śnieg.

– Jasne, że zacze­kamy, aż kie­row­nik hotelu wyzdro­wieje – zapew­nia Michael, otrze­pu­jąc dło­nie z okrusz­ków. – Może zadzwo­nisz do dziadka przez Face­Time i poka­żesz mu nasze dzieło?

Adam przy­ta­kuje i wraca do gła­ska­nia Kre­skina.

– Wra­ca­jąc do tematu, ojciec Hanny był wiel­kim filan­tro­pem. – Ber­nard obej­muje swoją żonę ramie­niem. – Wspie­rał wiele orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych i wiele z nich prze­sta­łoby ist­nieć bez jego wspar­cia. A przy tym zawsze trzy­mał się w cie­niu. Naj­wyż­szy czas, żeby ludzie poznali jego zasługi, bo minęło już dwa­dzie­ścia lat.

– Od czego? – dopy­tuje ostroż­nie David.

Przy stole zapada cisza. Anita zamarła w poło­wie gestu, z kub­kiem grza­nego wina w dro­dze do ust. Wszy­scy patrzą na Hannę, a ona wpa­truje się we wła­sne kolana.

– Od jego śmierci – odpo­wiada po chwili. – Od wypadku, w któ­rym zgi­nęła cała moja rodzina.

Trzynasty grudnia

Annie żałuje, że zabrała łyżwy. Jak za każ­dym razem, kiedy wybie­rają się na wycieczkę. Sie­dzi na zwa­lo­nym pniu i bez entu­zja­zmu wiąże sznu­ro­wa­dła. Po chwili pod­nosi wzrok i patrzy na swoją rodzinę. Mąż Oskar sie­dzi obok niej w cien­kiej pucho­wej kurtce i mruży oczy w jaskra­wym słońcu. Uśmie­cha się bar­dzo sze­roko i Annie zaczyna się mar­twić, że pęk­nie mu twarz. Jej pomysł na udany dzień spro­wa­dza się do deski serów i dobrego serialu na Net­flik­sie. I doprawdy nie wie, jak to się stało, że ma w rodzi­nie samych entu­zja­stów sportu.

W tym roku lód skuł Baggensfjärden wcze­śniej niż zwy­kle. A skoro tak, to prze­cież oczy­wi­ste, że trzeba jeź­dzić po zatoce na łyż­wach aż do zmierz­chu. W dodatku dziś nie­dziela, więc co stoi na prze­szko­dzie, by zerwać się z łóżka zaraz po wscho­dzie słońca? Przy­naj­mniej tak filo­zo­fuje jej mąż. Ich dwaj syno­wie też kochają aktyw­ność na świe­żym powie­trzu, cho­ciaż wciąż led­wie odróż­niają czubki łyżew od pięt. Oskar zało­żył je chłop­com, zanim zawią­zał swoje, i patrząc na niego, Annie musi przy­znać, że ten jego rado­sny uśmiech jest zaraź­liwy.

Dziś przy­pada Dzień Świę­tej Łucji, więc chłopcy uparli się, by wło­żyć tra­dy­cyjne białe alby, do tego Annie musiała przy­kleić do ich kasków papie­rowe spi­cza­ste cza­peczki ude­ko­ro­wane gwiazd­kami. Poszło jej cał­kiem nie­źle, choć uważa, że efekt wygląda idio­tycz­nie. Sama pry­snęła sobie we włosy lakie­rem z bro­ka­tem i to musi wystar­czyć.

– Trzy­maj­cie się bli­sko brzegu, dopóki do was nie dołą­czymy! – woła do synów, po czym wraca do sznu­ro­wa­nia łyżew i robi to jak naj­wol­niej.

Ow­szem, pogoda dopi­sała. Drzewa są opró­szone śnie­giem, który skrzy się milio­nami kolo­ro­wych iskier. Dalej na zatoce widać innych łyż­wia­rzy w gru­bych sza­li­kach i kolo­ro­wych czap­kach. Wielu z nich, w tym doro­słych, ma na sobie białe alby. Nie­któ­rzy trzy­mają się za ręce i Annie mogłaby przy­siąc, że wyczuwa w powie­trzu zapach bułe­czek sza­fra­no­wych i gorą­cej cze­ko­lady. Panuje wręcz nie­przy­zwo­ita sie­lanka.

– Mamo! – woła Egil. Star­szy, dwu­na­sto­letni syn odda­lił się od brzegu mimo zakazu rodzi­ców. – Naje­cha­łem na jakiś dziwny kamień!

– Świet­nie… – wzdy­cha Oskar, który zdą­żył nieco spo­chmur­nieć. – Wła­śnie zaostrzy­łem mu łyżwy…

Annie wstaje i rusza w stronę chłopca. Tym­cza­sem młod­szy syn, czte­ro­letni Eskil, pod­nosi się z czwo­ra­ków i za moment znów ląduje na pupie, by­naj­mniej nie ostatni raz tego dnia. Papie­rowa cza­peczka odcze­pia się od jego kasku.

Kamień, na który naje­chał Egil, ma ten sam kolor, co ota­cza­jąca go pokrywa z lodu, i wydaje się ide­al­nie okrą­gły. Wystaje na nie wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów i ma podob­nej dłu­go­ści śred­nicę. Ale chło­piec ma rację. Jest w tym kamie­niu coś nie­zwy­kłego. Powleka go dziwna powłoka, która przy­wo­dzi na myśl… skórę. W pierw­szej chwili Annie wpada na pomysł, że to główka kapu­sty, bo warzywo robi się podob­nie szkli­ste, gdy się je usmaży. Ale łyżwa Egila prze­cięła powłokę i obna­żyła biały kamień ukryty pod spodem. Annie nie wie dla­czego, ale nagle robi jej się nie­swojo.

– Pod­jedź do swo­jego brata – naka­zuje chłopcu nie­pew­nym gło­sem. – Pomóż mu przy­cze­pić cza­peczkę do kasku.

– A tato nie może tego zro­bić? – pyta Egil.

– Jedź do niego. Już! – powta­rza Annie.

Chło­piec wzdy­cha i rusza w stronę zwa­lo­nego pnia, do bra­ciszka i taty. Annie trąca czub­kiem łyżwy dziwny kamień. Zdziera skra­wek powłoczki i sły­szy cichy zgrzyt. Znów robi jej się nie­do­brze. Jest coraz bar­dziej prze­ko­nana, że to, na co patrzy, by­naj­mniej nie jest kamie­niem. Prze­cze­suje dło­nią włosy spry­skane bro­ka­tem i scho­dzi na klęczki, by się lepiej przyj­rzeć zna­le­zi­sku. Odgar­nia ręka­wiczką war­stwę zmro­żo­nego śniegu i dostrzega, że w isto­cie to, co wzięła za kamień, jest czub­kiem cze­goś więk­szego. Usuwa jesz­cze tro­chę bia­łego puchu i nagle wydaje krzyk prze­ra­że­nia.

– Co się dzieje, kocha­nie?! – woła Oskar.

Annie kręci głową. Sły­szy nie­po­kój w gło­sie męża, lecz nie ma odwagi mu odpo­wie­dzieć. Daje mu ręką znak, żeby nie pod­cho­dził. „Oddy­chaj” – upo­mina się w myślach. „Spo­koj­nie oddy­chaj”.

Pomy­liła się. Jasny kamień nie jest kamie­niem. A powłoka na nim nie tylko przy­wo­dzi na myśl skórę. To jest skóra.

Czternasty grudnia

David patrzy, jak Pär znika w tłu­mie, sla­lo­mu­jąc mię­dzy ludźmi w kie­runku oble­ga­nego baru. Kon­fe­ren­cja odbywa się w cen­trum kon­cer­to­wym i kon­fe­ren­cyj­nym Louis De Geer w Norrköpingu. Przy­je­chało na nią pra­wie pół­tora tysiąca pro­gra­mi­stów z całej Szwe­cji. Firma Davida odde­le­go­wała jego, Bjar­nego i Pära. I teraz, po dzie­się­ciu godzi­nach wykła­dów, uczest­nicy marzą tylko o tym, by zwil­żyć gar­dła i posłu­chać naj­go­ręt­szych bran­żo­wych plo­tek.

Po dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach w daw­nym domu Davida i jego mamy, które roze­grały się dwa mie­siące temu, był prze­ko­nany, że trudno mu będzie wró­cić do pracy. Oka­zało się jed­nak, że wła­śnie ona oka­zała się naj­lep­szą tera­pią. Bo kiedy David pisze kod, wszystko staje się czarno-białe. Coś albo działa, albo nie. Trzeba na bie­żąco wyszu­ki­wać błędy i wszystko widać gołym okiem. I nawet jeśli pro­gra­mo­wa­nie pro­wa­dzi cza­sem do nie­ocze­ki­wa­nego rezul­tatu, to i tak nic w porów­na­niu z cha­osem, jaki panuje w jego gło­wie. David zaczął odzy­ski­wać wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Choć więk­szość z nich to tylko frag­menty. I wciąż nie potrafi roz­strzy­gnąć, któ­rym z nich może zaufać, a któ­rym nie. W dodatku dalej nie umie opi­sać swo­jej rela­cji z matką. Do nie­dawna zakła­dał, że cierpi ona na zabu­rze­nia zdol­no­ści do odczu­wa­nia empa­tii i z tego powodu ni­gdy nie oka­zy­wała mu cie­płych uczuć. Ale tam, w ich daw­nym domu, nie­ocze­ki­wa­nie ujaw­niła inną twarz. A potem znowu znik­nęła.

Kiedy David pro­gra­muje, w jego gło­wie nie ma miej­sca na te wszyst­kie myśli. Bo jak­kol­wiek skom­pli­ko­wany czy zaplą­tany byłby kod, i tak zawsze będzie tylko tym, czym jest. Flo­rence żar­to­wała sobie z tej kon­fe­ren­cji, ale David naprawdę się cie­szy, że tu przy­je­chał.

Nie­ofi­cjalna część prze­nio­sła się do Pubu Bishops Arms – szwedz­kiego odpo­wied­nika McDo­nalda, bo więk­szość uczest­ni­ków mieszka w Grand Hôtelu sąsia­du­ją­cym z cen­trum kon­fe­ren­cyj­nym. Kiedy David wszedł do baru, od razu pomy­ślał, że rzadko wystrój jakie­goś miej­sca – w tym wypadku pseu­do­bry­tyj­ski, z wykoń­cze­niem z ciem­nego drewna – tak bar­dzo gry­zie się z klien­telą. Wszy­scy tu mają na sobie pod­ko­szulki z hasłami i żar­tami zro­zu­mia­łymi wyłącz­nie dla tych, któ­rzy znają dany język pro­gra­mo­wa­nia albo ubrali się w jasne pasia­ste koszule z sie­ciówki MQ, a do tego wło­żyli obo­wiąz­kowe oku­lary w dru­cia­nych opraw­kach. Wygląda na to, że owa klien­tela dzieli się rów­nież na dwa wyraźne pod­typy – ten, który, jak David, spę­dza sporo czasu na siłowni, oraz ten, który inwe­stuje czas w pie­lę­gno­wa­nie piw­nego brzu­cha. I nawet gdyby więk­szość tych ludzi nie miała na szyi smy­czy z kon­fe­ren­cyj­nym iden­ty­fi­ka­to­rem, każdy by się zorien­to­wał, że lokal został prze­jęty przez ner­dów.

Dla Davida to sami swoi. I jest z tego dumny.

Zerka na zega­rek, a potem roz­pro­sto­wuje plecy. Kręgi pro­te­stują w reak­cji na ten nie­czuły ruch. Jezu, naprawdę już kwa­drans po ósmej? Ostat­nia pre­lek­cja miała się skoń­czyć o wpół do szó­stej. Kto powie­dział, że ludzie z branży IT to mało­mówni intro­wer­tycy nie­na­wi­dzący wystę­po­wać na sce­nie?

– No i co myśli­cie o Manu­elu Riddersjö? – pyta Pär, który wła­śnie wró­cił z baru z trzema butel­kami piwa i miseczką cze­goś, co przy ogrom­nej dawce dobrej woli można by nazwać mini­ka­ba­no­sami. Sta­wia piwo na sto­liku przed Davi­dem i Bjar­nem, po czym sięga do naczy­nia i wkłada sobie kieł­ba­skę do ust. Bjarne ma na sobie pod­ko­szu­lek z logo zespołu Run DMC prze­ro­bio­nym na RUN CMD. David uśmie­cha się i kręci głową.

– Osią­gnął nie­zły suk­ces, co nie? – mówi dalej Pär. – Wie­dzia­łem, że zaczął jako bar­dzo młody chło­pak, ale jego histo­ria i tak zwala z nóg.

Manuel Riddersjö to praw­dziwa legenda – nie tylko wielki biz­nes­men, ale rów­nież wizjo­ner w branży IT. Był nasto­lat­kiem, kiedy stwo­rzył swoją pierw­szą grę, a działo się to aku­rat w cza­sach, kiedy na rynek wcho­dziła gra­fika 3D, i pod­czas gdy jego kon­ku­renci sku­piali się na mode­lo­wa­niu poli­go­nal­nym i two­rze­niu trój­wy­mia­ro­wych świa­tów, Manuel poszedł w prze­ciwną stronę. Nadał swo­jej grze nazwę Dom i opie­rała się ona przede wszyst­kim na przy­go­dzie tek­sto­wej. Innymi słowy, nikomu nie­znany Szwed stwo­rzył coś na pod­sta­wie prze­sta­rza­łej tech­no­lo­gii. To nie miało prawa się udać. Ale gra została prze­tłu­ma­czona na wszyst­kie wiel­kie języki i sprze­dała się w milio­nach egzem­pla­rzy. A ponie­waż Manuel stwo­rzył Dom w poje­dynkę, nie­mal z dnia na dzień został milio­ne­rem. I to wszystko przed dwu­dziestką. David mógłby się zało­żyć, że wielu uczest­ni­ków tego­rocz­nej kon­fe­ren­cji Next­Tech wybrało sobie ten zawód wła­śnie dzięki Manu­elowi.

Pod­czas pre­lek­cji Riddersjö wyja­śnił, że jego wizja zwią­zana z Domem spro­wa­dzała się do tego, by móc „kon­tro­lo­wać dys­try­bu­cję pew­nej nar­ra­cji”. Cokol­wiek to miało zna­czyć. I jak zwy­kle, Manuel miał na sobie rzu­ca­jący się w oczy strój – białą mary­narkę ozdo­bioną set­kami migo­czą­cych krysz­tał­ków, naszy­tych tak, jakby wylano je z wia­derka na ramiona, a one ście­kły na pierś.

Kiedy go słu­chali, Pär poka­zał w któ­rejś chwili na łysego męż­czy­znę sto­ją­cego w pół­cie­niu z boku sceny. Ubrany w ciem­no­szary gar­ni­tur, czarny kra­wat i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, sta­no­wił istne prze­ci­wień­stwo barw­nego Manu­ela. Pär wyja­śnił kole­gom, że to Pas­cal, mąż Riddersjö. Są parą, odkąd Manuel zaczął pisać swoją grę, ale tak naprawdę Pas­cal wciąż pozo­staje jedną wielką zagadką.

– Zgoda, zdolny z niego czło­wiek – przy­znaje Bjarne, się­ga­jąc po butelkę piwa. – Ale nie jestem pewien, czy świat potrze­bo­wał cze­goś takiego jak Sho­utOut.

– Gdyby nie on go stwo­rzył, prę­dzej czy póź­niej zro­biłby to ktoś inny – odpo­wiada Pär i pakuje do ust następną kieł­ba­skę. – On po pro­stu zawsze jest kilka kro­ków przed innymi.

Sho­utOut był dru­gim dziec­kiem Riddersjö. Świeżo upie­czony milio­ner wyko­rzy­stał część pie­nię­dzy na zało­że­nie forum inter­ne­to­wego. Miał wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata.

Naj­waż­niej­sza zasada forum spro­wa­dzała się do tego, że ci, któ­rzy z niego korzy­stają, pono­szą pełną odpo­wie­dzial­ność za zamiesz­czane przez sie­bie tre­ści. I tak to dzia­łało przez jakiś czas – forum prędko zaro­iło się od teo­rii spi­sko­wych, plo­tek i hejtu. Póź­niej poja­wił się Fla­sh­back, sko­pio­wał pomysł i osta­tecz­nie to on zyskał więk­szą popu­lar­ność. Mimo to Sho­utOut wciąż cie­szy się dużym zain­te­re­so­wa­niem i w pew­nym sen­sie panuje na nim więk­sza swo­boda wypo­wie­dzi niż na Fla­sh­backu.

– Bo naj­ge­nial­niej­szym posu­nię­ciem Manu­ela nie było wcale samo forum – cią­gnie Pär – tylko fakt, że komen­to­wa­nie jest płatne, a samo czy­ta­nie już nie.

David też słu­chał pre­lek­cji Riddersjö, ale nie był aż tak zachwy­cony jak kolega.

– Czyli wszy­scy mogą patrzeć, jak ktoś cię ata­kuje, ale jeśli chcesz odpo­wie­dzieć, musisz wysko­czyć z kasy – pod­su­mo­wuje. – To demo­kra­cja w naj­cy­nicz­niej­szym wyda­niu.

– Myślałby kto, że taki z cie­bie ide­ali­sta! – Pär się śmieje. –  Po pro­stu mu zazdro­ścisz, bo nie stać cię na takie dro­gie ciu­chy.

Kiedy Manuel Riddersjö doro­bił się wiel­kich pie­nię­dzy, stwo­rzył wła­sne impe­rium medialne. Obec­nie ogra­ni­czało się ono do współ­fi­nan­so­wa­nia dwóch komer­cyj­nych sta­cji tele­wi­zyj­nych oraz pro­wa­dze­nia wydaw­nic­twa publi­ku­ją­cego kilka cza­so­pism. Sam przy­znał pod­czas wykładu, że słowo dru­ko­wane nie jest dziś naj­lep­szą formą zarobku, ale nie można pozwo­lić, by co ambit­niej­sza kul­tura i poli­tyka uto­nęły w komer­cyj­nym wrza­sku.

– O wilku mowa… – wtrąca Bjarne, poka­zu­jąc ski­nie­niem głowy na drzwi.

W progu stoi Manuel Riddersjö we wła­snej oso­bie. Wciąż ma na sobie tę samą krzy­kliwą mary­narkę, a na twa­rzy ten sam uśmiech wyra­ża­jący pyta­nie: Gdzie się podziały kamery? Pas­cal stoi za nim, jak zwy­kle w cie­niu. W lokalu zapada cisza. Wszyst­kie spoj­rze­nia spo­czy­wają na zna­nym przed­się­biorcy. Davi­dowi prze­myka przez myśl, że wcale by się nie zdzi­wił, gdyby pia­ni­sta w kącie też nagle prze­stał grać. Bo to tego typu wej­ście.

Manuel omiata wzro­kiem tłum i ma przy tym taką minę, jakby nie zauwa­żył wra­że­nia, jakie robi na zebra­nych. Kiedy dociera spoj­rze­niem do sto­lika Davida, ten mógłby przy­siąc, że Riddersjö leciutko drgnął i zatrzy­mał na nim wzrok odro­binę dłu­żej. Ale wcale go to nie dziwi, bo pod­czas pre­lek­cji zadał Manu­elowi pyta­nie, czy zde­cy­do­wał się na wej­ście do biz­nesu medial­nego po to, by móc „kon­tro­lo­wać dys­try­bu­cję pew­nej nar­ra­cji”. Riddersjö udzie­lił mu wyuczo­nej odpo­wie­dzi.

Moment prze­mija. Manuel toczy wzro­kiem dalej, a jego twarz przez cały czas wyraża tę samą pew­ność sie­bie. I za chwilę, jakby za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, tłum w barze wraca do prze­rwa­nych roz­mów.

– Nie patrz­cie w tamtą stronę, ale on idzie pro­sto do nas – mam­ro­cze Bjarne.

Pas­cal prze­suwa dło­nią po łysej gło­wie i rusza do baru, ale Manuel rze­czy­wi­ście kie­ruje się do ich sto­lika.

– Cześć! – rzuca, wycią­ga­jąc rękę do Davida.

Pär krztusi się kieł­ba­ską.

– Dzięki za pyta­nie, które zada­łeś pod­czas mojego wystą­pie­nia – mówi Riddersjö, pre­zen­tu­jąc gar­ni­tur śnież­no­bia­łych zębów. – Nie każdy ma odwagę o to pytać. Ale cie­szę się, że to zro­bi­łeś, bo mia­łem szansę się do tego usto­sun­ko­wać.

– Prze­pra­szam, jeśli moje pyta­nie zabrzmiało jak próba posta­wie­nia cię pod ścianą – odpo­wiada David. – Ale nasu­nęło mi się jako coś oczy­wi­stego.

Pär ma taką minę, jakby miał ochotę zapaść się pod zie­mię.

– No wła­śnie! – wykrzy­kuje Manuel i uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej. – Masz na imię David, dobrze zapa­mię­ta­łem?

David zerka w dół na swój iden­ty­fi­ka­tor. Riddersjö przy­mruża powieki, jakby cze­kał na reak­cję. Pod­szedł do nich nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia sekund temu i wypo­wie­dział same miłe słowa pod adre­sem Davida, lecz mimo to David nie może oprzeć się wra­że­niu, że ten młody rekin biz­nesu pró­buje go wyba­dać. Manuel mil­czy jesz­cze przez kilka sekund, po czym wyj­muje z kie­szeni wizy­tówkę i podaje ją Davi­dowi. Zerka w stronę baru, ale Pas­cal dla odmiany stoi zwró­cony ple­cami do niego.

– Dzwoń do mnie śmiało, jeśli będziesz miał jakąś sprawę – rzuca pół­gło­sem do Davida.

Davi­dowi na moment odbiera mowę, więc tylko przy­ta­kuje.

– Was też miło było poznać – dodaje Manuel, spo­glą­da­jąc na Pära i Bjar­nego.

Pär ujmuje dłoń przed­się­biorcy z takim wyra­zem twa­rzy, jakby zaraz miał się roz­paść na atomy.

W końcu Manuel się odwraca i odcho­dzi, żeby dołą­czyć do Pas­cala.

– Mogę zoba­czyć? – pyta Pär i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyciąga wizy­tówkę z ręki Davida.

Stu­diuje ją przez chwilę i waży na pal­cach.

– Nie sądzi­łem, że w dzi­siej­szych cza­sach wciąż używa się wizy­tó­wek – mówi. – Ale może tak trzeba, kiedy się wej­dzie na odpo­wied­nio wysoki poziom. Na tej jest przy­naj­mniej kod QR.

– Fan­boy prze­mó­wił… – rzuca David.

Odbiera kar­to­nik i chowa go do kie­szeni mary­narki wiszą­cej na opar­ciu krze­sła.

– Czy mi się wyda­wało, czy wielki Manuel Riddersjö wła­śnie pró­bo­wał cię pode­rwać? – pyta Bjarne, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

– Nie mam poję­cia – odpo­wiada David.

Marsz­czy czoło.

Wciąż mu się wydaje, że Manuel chciał mu coś powie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał, uznaw­szy, że nie jest to prze­zna­czone dla postron­nych uszu. Choć to nie­do­rzeczny pomysł, bo David spo­tkał go dziś pierw­szy raz. Ale mimo wszystko… Zerka kątem oka za plecy Pära. Manuel stoi przy barze oto­czony wia­nusz­kiem pro­gra­mi­stów i na nowo odpa­lił swój uśmiech za milion dola­rów. Za to Pas­cal patrzy w inną stronę. I choć wciąż ma na nosie oku­lary prze­ciw­sło­neczne, David mógłby przy­siąc, że świ­druje wzro­kiem wła­śnie jego.

Flo­rence bie­rze głę­boki wdech i otwiera drzwi do Restau­ra­cji Gon­do­len. Przy­szła dwie minuty przed cza­sem usta­lo­nym z Mar­ku­sem Stråhlem. Ale jeśli się nie zmie­nił, sie­dzi przy sto­liku co naj­mniej od dzie­się­ciu minut. „Wylu­zo­wany” – to słowo, któ­rego ni­gdy by nie użyła, opi­su­jąc swo­jego daw­nego men­tora. Ale był jed­nym z naj­lep­szych praw­ni­ków w kraju. I wła­ści­wie cią­gle nim jest, choć obec­nie nie pra­cuje już tyle co daw­niej.

Flo­rence odby­wała prak­tyki w jego kan­ce­la­rii, kiedy miała dwa­dzie­ścia jeden lat, i Stråhle, uwa­żany za postrach wszyst­kich mło­dych adep­tów prawa, nie­mal od razu wziął ją pod swoje skrzy­dła. Nie tylko został jej men­to­rem, ale też zro­dziła się mię­dzy nimi przy­jaźń. Ponie­waż jed­nak branża, którą sobie wybrali, nie pozo­sta­wia wiele czasu na życie pry­watne, w ostat­nich latach pra­wie się nie widy­wali. Ale utrzy­my­wali kon­takt. Kiedy więc Mar­kus nagle zadzwo­nił i popro­sił ją o spo­tka­nie, Flo­rence uznała to za ważne wyda­rze­nie. I teraz, scho­dząc po schod­kach do sali restau­ra­cyj­nej, czuje, jakby znów była dwu­dzie­sto­latką.

– Weź się w garść! – upo­mina samą sie­bie w dro­dze do szatni. –  Jesteś już doro­sła!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki