Uczucia niekonieczne - Aleksandra Domańska - ebook
NOWOŚĆ

Uczucia niekonieczne ebook

Aleksandra Domańska

0,0

Opis

„Uczucia niekonieczne” Aleksandry Domańskiej to zbiór miniatur literackich drukowanych w latach 2017–2025 w „Kwartalniku Literackim Wyspa”. Są one wyrazem tęsknoty za spowolnieniem zbyt szybkiego tempa życia, które tłumi uważność i spostrzegawczość. To zapis zdarzeń i spotkań w mikroskali charakteryzujących nasz czas.

Gdy kilka lat temu Ola Domańska zaproponowała naszej redakcji swoje krótkie teksty, byłem zachwycony ich treścią i formą. I tak się potoczyło. Za każdym razem, gdy dostaję nowy zestaw „Notatek”, czytam je z wielką radością, bo autorka potrafi z drobnego zdarzenia czy obserwacji wysnuć opowieść skłaniającą do dłuższego zamyślenia

Piotr Dobrołęcki, „Kwartalnik Literacki Wyspa”

 

Aleksandra Domańska – pisarka, reżyserka i scenarzystka, autorka esejów: „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki”, „Grzybowska 6/10. Lament”, „Bohatyrowicze. Szkice do portretu”, „Trójstyk. Gawęda o granicach”. W latach 2017–2025 stały współpracownik „Kwartalnika Literackiego Wyspa”, gdzie publikowała miniatury literackie pod wspólnym tytułem „Notatki”.

Jerzy Safka Szafjański, autor ilustracji – malarz, scenograf, performer i autor. Studiował malarstwo w ASP w Krakowie w pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego. Współtwórca teatru Auto Da Fe Theatre Company w Sydney, Australia. Autor wielu scenografii teatralnych, zarówno w Australii, jak w Polsce. Obecnie wykłada w Akademii Vistula w Warszawie.

Owa „ścieżka poznawcza” biegła w dwóch przeciwstawnych kierunkach, idąc więc ku poznaniu, trzeba by równocześnie pójść w dwie przeciwne strony – zarówno w prawo, jak i w lewo. A to przecież było niemożliwe i oznaczało jakiś dramat egzystencjalny, jakieś bolesne rozdarcie. I wzbudzało lęk, że poznanie, w odróżnieniu od Kielc, nie jest możliwym do osiągnięcia celem, lecz jakąś względnością, której szukać można zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, albo – co gorsza – jakimś zaprzeczeniem, bo poznanie dokonane na prawej ścieżce nie może być przecież tożsame z poznaniem dokonanym na ścieżce lewej. No, albo-albo…

/fragment/

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 105

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wydanie pierwsze

 

Redakcja i korekta: Ewa Tenderenda-Ożóg

 

Ilustracje, projekt okładki i opracowanie graficzne: Jerzy Safka Szafjański

 

Fotografia autorki: Marzena Stokłosa

 

Druk i oprawa: Totem.com.pl

 

Copyright © by Aleksandra Domańska, 2026

Copyright © Biblioteka Analiz, 2026

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-980493-1-3

Partnerem wydania jest Stowarzyszenie Autorów ZAiKS

 

Wydawca:

Biblioteka Analiz

ul. Mazowiecka 6/8

00-048 Warszawa

tel: 22 828 36 31

www.rynek-ksiazki.pl

Facebook.com/bibliotekaanaliz

Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

pamięci Marii Wasowskiej, z wdzięcznością za sąsiedztwo

Motto:

 

Reb Zebulun powiedział Naftalemu:

Gdy minie dzień, nie ma go już.

Co z niego zostaje? Tylko opowieść.

Gdyby nie opowiadano historyjek i nie pisano książek,

ludzie żyliby jak zwierzęta, tylko dniem bieżącym.

 

(Isaac Bashevis Singer, „Naftali Gawędziarz i jego koń Sus”, tłum. Elżbieta Petrajtis-O’Neill i Dorota Bogutyn)

Słowo wstępne

Siedziałyśmy kiedyś z moją sąsiadką, Marią Wasowską, wdową po Panu A z „Kabaretu Starszych Panów”, Jerzym Wasowskim, przy stole w jej saloniku, a ja opowiadałam jej o stworzonym na potrzeby jednej z moich książek fikcyjnym bycie, który nazwałam „sklepem rzeczy niekoniecznych”. W pewnej chwili Maria wstała i bez słowa poszła do drugiego pokoju, skąd wkrótce wróciła z małą karteczką, a właściwie skrawkiem papieru, na którym napisała ołówkiem dwa słowa: „uczucia niekonieczne”.

To będzie tytuł twej następnej książki – oznajmiła.

Wychodząc tamtego wieczoru z jej mieszkania, wzięłam ze sobą tę karteczkę, a gdy weszłam do siebie, rozejrzałam się, gdzie mogłabym ją przechować. Mój wzrok padł na stojącą na półce z książkami pamiątkową fotografię z wakacji na Suwalszczyźnie: siedzę na pomoście nad małym jeziorem Sudawskim z puszką piwa w garści i coś z ożywieniem mówię, a tą, do której się zwracam, jest moja ukochana suka, Bura, która tkwiąc przy mnie, by tak rzec, pysk w pysk, słucha i patrzy z politowaniem. Nie budziło żadnej wątpliwości, że obraz ten przedstawia „uczucia niekonieczne”, a więc karteczka z odręczną notatką Marii wylądowała za szybką tej właśnie fotografii, komentując odtąd jej treść. Mijały lata. Maria odeszła, pozostawiając w mej pamięci bardzo wiele ważnych wspomnień i znikomą ilość materialnych śladów naszych spotkań, z których ta notatka z niewykonaną wciąż dyspozycją była najważniejsza. Z czasem tekst zanotowany niegdyś odręcznie ołówkiem zamazał się, zblakł i zaczął znikać. Dziś prawie nie ma po nim śladu, jakby został zapisany atramentem sympatycznym, by ukryć go przed niewtajemniczonymi.

Tymczasem ja ostatnimi laty nawykłam czynić różne literackie notatki, których zebrała się spora garść. Przeglądając ten zbiór i szukając dla poszczególnych tekstów jakiegoś wspólnego mianownika, uświadomiłam sobie, że tym, co je spaja w jedno i charakteryzuje, jest to że są zapisem „uczuć niekoniecznych”. Nie jestem pewna, czy Maria zgodziłaby się ze mną, ale inaczej nie umiem wypełnić jej dyrektywy, zapisanej tamtego wieczoru na skrawku papieru ołówkiem sympatycznym.

1. Wyprawa po nic

Wyszłam powłóczyć się bez celu. I byłam zachwycona – bez powodu. Ot, taki nastrój, który niczym nie da się usprawiedliwić, ale gdy nas nawiedza, godny jest pielęgnowania. Więc tak sobie szłam i powtarzałam: to jest cud! Ile bowiem musiało złożyć się czynników, by mi teraz umożliwić ten powolny spacer. Szłam więc tak w zachwyceniu i o ludziach mijanych na ulicy myślałam, że wszyscy oni powinni podzielać teraz ten mój stan ducha. Ale nie miałam pewności, czy gdybym ich w tej sprawie zaczepiła, chcieliby lub mieliby czas, by mnie wysłuchać i zgodzić się ze mną. Zwłaszcza że na ich obliczach nie dostrzegałam radosnego uniesienia, prędzej troskę, napięcie lub chłód obojętności. Szłam, kontemplując cud istnienia, oni raczej myśleli, ile za kilo?

Gdy się wychodzi po nic, nie wzbudzają zainteresowania ci, którzy chcą na siebie zwrócić uwagę. Nudzi kolejna szykowna bryka, kolejna strojna dama, która majątek wydała na to, by ktoś na niej na chwilę zawiesił wzrok. W drodze po nic uwagę przykuwają oryginały, a ucho przestraja się z hałasu na ciszę. Kto by w pośpiechu, załatwiając pilne sprawy, zadał sobie trud, by usłyszeć – jak ja tym razem – co mamrocze do siebie jakaś stara wariatka, ustrojona w kolorowe szmaty i wyzywająco umalowana. A ona, idąc, powtarzała sobie: Gdzie jest ulica Dobra? No, gdzie jest ulica Dobra?

Idąc po nic, można wejść do przydrożnej pijalni czekolady, urządzonej w staroświeckim stylu, jakby czekała na przyjście Bolesława Prusa i bohaterów jego powieści. Można wtedy być świadkiem, jak przy stoliku trzy eleganckie starsze panie witają się z czwartą. Szybko można się zorientować, że to jakiś ich jour fixe, i że co tydzień tego samego dnia o tej samej porze spotykają się tutaj, by omówić sprawy. Jakie, nie wiadomo, ale w pewnym momencie usłyszeć czasem można coś o dzianinie. Jaki spokój!

Idąc po nic, można też w parku zwrócić życzliwą uwagę na starszą panią karmiącą kaczki. Ileż spokoju i w tej postaci. No i to najważniejsze spotkanie, które się może przytrafić, gdy, tak jak ja, idzie się po nic. Można spotkać tego pijaka-poetę, który tym razem zaczepił mnie celną uwagą: Ale pani szeleści. Fakt, idąc tak parkową aleją zasypaną liśćmi, szeleściłam. On zaś, wskazując na te, które w porywach wiatru dopiero co spadały na ziemię, oznajmił: Drzewa sobie poradzą i na wiosnę znów będą zielone. A my? Widząc, że nie tylko słucham, ale i uśmiecham się do niego z aprobatą, zadał jeszcze pytanie, które zabrzmiało pretensjonalnie: Niech mi pani powie, jaki jest sens robienia zupy pomidorowej w obliczu Wieczności? Jaki jest sens mycia zębów w obliczu Wieczności? Machnęłam ręką, nieco już zniecierpliwiona. Ale, ale… – nakazał uwagę – jaki ma sens Wieczność w obliczu niezrobionej zupy pomidorowej i nieumytych zębów? Ot, dialektyka! – wykrzyknął radośnie. No fakt – pomyślałam, ruszając dalej po nic – co by Wieczność bez nas zrobiła?... Bez naszej znikomości?... Istniałaby sobie tak wiecznie, nie mając okazji, by demonstrować swoje przewagi nad nami. Ot, co! Ale nie wiem – dodałam w myślach – czy rozmyślając nad tym, łatwiej mi będzie przemijać.

A potem szłam tak sobie dalej po nic i stwierdziłam, że niejeden twórca literatury z najwyższej półki jedzie do Florencji, by tam mieć godne zanotowania różne subtelne myśli, a autor literatury krytycznej jedzie na prowincję i w jej opisie brutalnie potem rzuca mięsem, a tu literatura snuje się ulicami i sama się pisze.

Gdy wracałam potem z wyprawy po nic, pijaka-poety na ławce już nie było. Możliwe, że gdzieś upadł i zazieleni się na wiosnę.

2. Pochłaniacze rzeczywistości

Krążyłam po mieście jak po wielkim atelier fotograficznym, ciągle uchylając się, by nie wpaść w czyjś kadr. Reporter z operatorem czekali pod urzędem państwowym na pojawienie się polityków, inni dziennikarze rejestrowali pikietę pod ministerstwem, poseł udzielał wywiadu – i to wszystko zapełnić miało później serwisy informacyjne w mediach. Jacyś skośnoocy turyści pstrykali zdjęcia na tle egzotycznych dla nich budowli, by je wrzucić z kolei na swoje social media lub zatrzymać w smartfonach na pamiątkę. Jedna dziewczyna fotografowała drugą dziewczynę, która wdzięczyła się w różnych pozach, nie przejmując się tym, że jej zachowanie z perspektywy przechodnia wydawało się dziwaczne. Profesjonalna modelka o ponętnie błyszczących w słońcu ustach i mrużąca zmysłowo oczy uwodziła wycelowany w nią obiektyw. A na schodach w parku, które stale są wykorzystywane jako sceneria zdjęć reklamowych czy ślubnych, jacyś podstarzali biegacze, inscenizując popisy sportowe, na umówiony przez filmowca sygnał wdrapywali się po stopniach do góry, by „nieoczekiwanie” stanąć przed kamerą i z zadyszką udzielać „spontanicznych” wywiadów. Lawirując w tym gąszczu kliknięć i ujęć, poczułam, że za obiektywami rejestrującymi wszystkie te zdarzenia stoi potwór pochłaniający rzeczywistość, a ona kurczy się i znika. Pozostają wizerunki.

Trzeba trafu, że tego dnia obejrzałam film „Dym” z Harveyem Keitelem w roli sprzedawcy cygar i fotoamatora, który codziennie punktualnie o godzinie ósmej rano fotografował róg Trzeciej Ulicy i Siódmej Alei na Brooklynie, kadrując go zawsze z tego samego punktu, nie bacząc na pogodę, światło czy poprawność warsztatową. Obiekt fotograficznej obserwacji nie miał żadnych szczególnych przymiotów, był banalny, brzydki, a zdjęcia nudne i bardzo do siebie podobne. Przedstawiały przypadkowych przechodniów nieświadomych tego, że znajdują się w kadrze. I często były nieostre, pozbawione formalnych upiększeń i „fotoszopów”. Zdjęcia te, staroświecko wywołane potem w ciemni, lądowały w albumach, aż zebrał się imponujący zbiór czterech tysięcy sztuk. Tych samych nudnych ujęć nudnego miejsca i przedstawiających nudne anonimowe osoby. To nie były wizerunki, to było życie. W całej swej zwyczajnej niezwykłości.

Na początku filmu jeden z jego bohaterów przywołał anegdotę z czasów panowania angielskiej królowej Elżbiety I. Jej faworyt, Walter Rolly (Raleigh), żeglarz i pisarz, kolonizator Ameryki, poszukiwacz El Dorado, który z tych podróży przywiózł do Anglii tytoń i upowszechnił palenie, kiedyś założył się, że potrafi zważyć dym. Zaoponowano, że to niemożliwe, bo to tak, jakby zważyć powietrze lub duszę ludzką – nie da się. Sir Walter najpierw położył na wadze całe cygaro i zważył je. Następnie zapalił i paląc, strącał cały popiół ostrożnie na szalkę. Kiedy skończył, do popiołu dołożył niedopałek i to wszystko zważył. Potem odjął wynik od wagi niewypalonego cygara – różnica to była waga dymu.

I pojęłam: medialny potwór pochłaniający rzeczywistość, zamieniając wszystko w wizerunek, odlicza od życia wagę dymu.

3. Prawo Kopernika- Greshama

Był majowy wieczór w Warszawie. Pod pomnikiem Kopernika zebrało się bardzo dużo młodych ludzi na rolkach. Akurat gdy ich mijałam, ruszyli Nowym Światem. Szłam wzdłuż tego ich przejazdu tylko trochę wolniej od nich, bo poruszali się niespiesznie, spacerowym, by tak rzec, krokiem. Na przedzie i z tyłu ochraniali ich policjanci, których wozy blokowały też ruch samochodowy, a wewnątrz kolumny porządku strzegli ubrani w odblaskowe kamizelki wolontariusze. Panowała cisza, uczestnicy jechali w milczeniu. Nawet mnie to trochę zdziwiło, że nie ma roześmianych grup, a tylko wiele osób trzymających się osobno. Okazało się, że to „Single Party” zorganizowane przez stowarzyszenie miłośników tego sportu, więc ludzie zapewne nie znali się, a tego wieczoru połączyło ich wspólne upodobanie do jazdy na rolkach. Przyglądałam im się z sympatią, a chwilami i z podziwem, gdy ktoś – pomimo panującego tłoku – wykonał jakąś efektowną ewolucję.

I tak wspólnie dotarliśmy do Ronda de Gaulle’a. Samochody w Alejach Jerozolimskich, wstrzymane przez policjantów, czekały, tworząc korki, a na przejściach dla pieszych – pomimo że działająca sygnalizacja świetlna upoważniała do przejścia – potężniał tłum przechodniów hamowanych na chodnikach przez straż porządkową. To utrudnienie zaskoczyło wszystkich, pomimo że w centrum Warszawy nierzadko ruch uliczny blokują różne demonstracje. Ale zwykle odbywają się one w ciągu dnia, mówi się o nich w mediach, a ten wieczorny przejazd rolkarzy, którzy na dodatek nic nie skandowali, nie nieśli sztandarów, nie hałasowali, był nieoczekiwany i zaskakujący, można nawet powiedzieć – „widmowy”, bo w rosnących ciemnościach przepływały przed nami w ciszy milczące cienie, skręcając z Nowego Światu w Aleje i mknąc w kierunku Marszałkowskiej.

Staliśmy cierpliwie, przyglądając się zjawom. I tylko jeden elegant, nawykły chyba do tego, że wszystko dzieje się w zgodzie z jego wolą, nie umiał ukryć irytacji. Ktoś zatarasował mu drogę, kwestionując jego niezbywalne prawo do przejścia ulicy na zielonym świetle. Dostrzegł to rolkarz ze służby porządkowej i poprosił o chwilę cierpliwości, co zamiast uspokoić eleganta, podnieciło go do działania: odepchnął ochroniarza tak, że ten zachwiał się i z trudem uniknął upadku, minął go i zaczął przedzierać się przez gromadę rolkarzy, zmuszając ich do gwałtownych manewrów i hamowania. Postawił na swoim: przeszedł, psując przyjazny nastrój imprezy. Rozejrzałam się po twarzach innych przechodniów. Po obu stronach ulicy zgromadziło się ich już niemało, kilkadziesiąt osób. Miny mieli różne, z pewnością było wśród nich wielu, którzy myśleli podobnie jak elegant. Ale teraz coś się zmieniło: przedtem wszyscy zostaliśmy zmuszeni do zatrzymania się, choć nikt nas o to nie poprosił, teraz elegant podpowiedział nam wszystkim, że mamy wybór – możemy skorzystać ze swego prawa i przejść przez ulicę na zielonym świetle, psując innym zabawę, lub zastosować się do apeli organizatorów i zaczekać, by gromada ludzi na rolkach mogła bezpiecznie przejechać. I – jak policjanci w radiowozach – przyczynić się do powodzenia imprezy. No i okazało się, że nikt więcej nie próbował przedzierać się przez ulicę, choć znów zapaliło się zielone światło. Czekaliśmy. A ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Warszawa, zatrzymana na moment przez miłośników rolek, jest sympatyczniejsza. Nie spieszy się tak, nie złości, nie skupia na swoich interesach, tylko przyjaźnie otwiera się na beztroską młodzieńczą zabawę.

Kto jednak z całego tego zdarzenia zapamiętał choć jedną ewolucję efektownie poruszającego się rolkarza? Kto zapamiętał cierpliwie czekających przechodniów? Lub policjanta doglądającego, by nikomu z uczestników nie stała się krzywda? W pamięci pozostał tylko ten, który zepsuł obraz tej imprezy, elegant, który gotów był zaburzyć jej przebieg i odebrać przyjemność innym, byleby postawić na swoim. To on był widoczny.

Prawo Kopernika-Greshama brzmi, że „gorszy pieniądz wypiera lepszy” i powiada: „jeśli jednocześnie istnieją dwa rodzaje pieniądza, pod względem prawnym równowartościowe, ale jeden z nich jest postrzegany jako »lepszy« (np. o wyższej zawartości kruszcu), to ten lepszy będzie gromadzony, a w obiegu pozostanie głównie ten »gorszy«”.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Słowo wstępne

1. Wyprawa po nic

2. Pochłaniacze rzeczywistości

3. Prawo Kopernika- Greshama

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Dedykacja