23 osoby interesują się tą książką

Opis

Bez wątpienia najwyżej oceniana, najgłośniejsza, najchętniej czytana powieść 2007 roku. Niekwestionowany bestseller nr 1 w ponad 20 krajach świata, sprzedany w imponującej ilości ponad 10 milionów egzemplarzy.

Poprzednia książka Hosseiniego zatytułowana Chłopiec z latawcem także zdobyła niebywałą popularność, a ostatnio została zekranizowana przez Marca Forstera.

Osią fabuły rozgrywającej się w Afganistanie w ciągu ćwierć wieku, są dzieje dwóch kobiet, które zrządzeniem losu poślubią tego samego mężczyznę, despotycznego Rasheeda. Mariam ma zaledwie 15 lat, kiedy zostaje wysłana do Kabulu, by zostać żoną szewca. Druga bohaterka, ambitna i wykształcona Laila, w wyniku wybuchu bomby traci całą rodzinę. Po traumatycznych przejściach dochodzi do siebie w domu Rasheeda i Mariam. Stopniowo między kobietami rodzi się trudna przyjaźń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 59 min

Lektor: Maria Peszek

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

CZĘŚĆ DRUGA

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

CZĘŚĆ TRZECIA

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

CZĘŚĆ CZWARTA

48

49

50

51

Posłowie

Podziękowania

Przypisy

O książce

Głęboko poruszająca historia o rodzinie, przyjaźni i ocaleniu dzięki miłości, rozgrywająca się na tle dramatycznych wydarzeń w Afganistanie. Jedna z najwyżej ocenianych, najgłośniejszych i najchętniej czytanych powieści pierwszej dekady XXI wieku.

Mariam ma zaledwie 15 lat, kiedy ojciec zmusza ją do małżeństwa z wziętym szewcem z Kabulu, człowiekiem starszym od niej o trzydzieści lat. Lajla, urodzona krótko przed rosyjską inwazją, marzy o podróżach i zdobyciu wykształcenia. Kiedy w wyniku wybuchu bomby traci całą rodzinę, zostaje przygarnięta do domu Raszida i Mariam. Wbrew żonie Raszid poślubia Lajlę w nadziei, że dziewczyna da mu upragnione dziecko. Mimo początkowej wrogości między kobietami rodzi się trudna przyjaźń. Rządy talibów wystawią ją na ciężką próbę…

KHALED HOSSEINI

Afgański autor piszący po angielsku, syn dyplomaty i nauczycielki, urodzony w 1965 r. w Kabulu, od 1980 r. mieszkający w USA. Ukończył studia medyczne na University of California w San Diego i przez blisko dziesięć lat pracował jako internista. W 2003 r. zadebiutował powieścią Chłopiec z latawcem, która przyniosła mu międzynarodową sławę. Została przełożona na 40 języków, a nakręcony na jej podstawie film – pod tym samym tytułem – odniósł ogromny sukces.

Z równie entuzjastycznym przyjęciem spotkała się druga powieść Hosseiniego, Tysiąc wspaniałych słońc, światowy bestseller w 2007 r. Jego trzecia książka, I góry odpowiedziały echem, została opublikowana w 2013 r.

W sierpniu 2018 r. ukaże się ilustrowane, przeznaczone dla czytelników w każdym wieku opowiadanie Hosseiniego o uchodźcach pt. Sea Prayer.

Pisarz jest „wysłannikiem dobrej woli” w Biurze Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) oraz założycielem Fundacji Khaleda Hosseiniego, która zajmuje się organizowaniem pomocy humanitarnej dla mieszkańców Afganistanu.

Tego autora

TYSIĄC WSPANIAŁYCH SŁOŃCCHŁOPIEC Z LATAWCEMI GÓRY ODPOWIEDZIAŁY ECHEM

Tytuł oryginału:A THOUSAND SPLENDID SUNS

Copyright © 2007 ATSS Publications, LLCAll rights reservedThe moral right of the author has been asserted

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Anna Jęczmyk 2008

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcia na okładce: Reephotoeasy/Shutterstock.com,Nastasia/Pexels, Victor Freitas/Pexels.com

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-319-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Książkę tę dedykuję Harisowi i Farah,noor1moich oczu,oraz kobietom Afganistanu

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Mariam miała pięć lat, kiedy po raz pierwszy usłyszała słowo harami.

Stało się to w czwartek. To musiał być czwartek, ponieważ Mariam pamiętała, że tego dnia była niespokojna i przejęta, a tak czuła się jedynie w czwartki, kiedy Dżalil odwiedzał ją w jej kolbie. By zająć się czymś do chwili, gdy go ujrzy i pobiegnie, machając do niego przez wysoką do kolan trawę, Mariam wspięła się na krzesło i zdjęła należący do jej mamy chiński zestaw do herbaty. Zestaw do herbaty był jedynym reliktem, jaki mama Mariam, Nana, odziedziczyła po swej matce, która osierociła Nanę w wieku pięciu lat. Nana bardzo ceniła sobie tę niebiesko-białą porcelanę, eleganckie wygięcie dzióbka dzbanka, ręcznie malowane małe ptaszki, chryzantemy i smoka na cukierniczce, który miał odpędzać zło.

I to właśnie ta ostatnia część zestawu wyślizgnęła się z rąk Mariam na drewnianą podłogę i pękła. Kiedy Nana zobaczyła cukiernicę, jej twarz poczerwieniała, górna warga zaczęła drżeć, a oczy, zarówno to nieruchome, jak i zdrowe, spoczęły na Mariam. Ani razu nie mrugnęła. Nana wyglądała na tak szaloną, że Mariam bała się, że dżinn znów wejdzie w ciało jej matki. Ale dżinn nie przyszedł, nie tym razem. Zamiast tego Nana złapała Mariam za nadgarstki, przyciągnęła ją do siebie i przez zaciśnięte zęby powiedziała:

— Ty niezdarna mała harami. Oto moja nagroda za wszystko, co musiałam znosić. Niezdarna mała harami, która tłucze rodzinne pamiątki.

Mariam nie zrozumiała tego wtedy. Nie wiedziała, co oznacza słowo harami — nieślubne dziecko. Nie była też na tyle dorosła, by dostrzec niesprawiedliwość, nie wiedziała, że to rodzice harami są winni, a nie harami, których jedynym grzechem jest, że się narodziły. Ale Mariam domyśliła się po sposobie, w jaki Nana wymawiała to słowo, że harami jest czymś obrzydliwym i wstrętnym jak robak czy czmychające spod nóg karaluchy, które Nana zawsze przeklinała i wymiatała z domu.

Później kiedy Mariam była starsza, zrozumiała znaczenie tego słowa. To przez sposób, w jaki Nana je wymawiała — a raczej nie tyle wymawiała, ile wypluwała — Mariam czuła się nim dotknięta do żywego. Wtedy zrozumiała, co Nana miała na myśli: harami jest niechcianą rzeczą, a ona, Mariam, jest nieślubnym dzieckiem, które nigdy nie będzie miało prawa do tego, co mają inni ludzie: miłości, rodziny, domu, akceptacji.

Dżalil nigdy nie nazywał tak Mariam. Dżalil mawiał, że jest jego małym kwiatuszkiem. Lubił sadzać ją sobie na kolanach i opowiadać jej historie, jak wtedy, gdy powiedział, że Herat, miasto, w którym 1959 roku Mariam przyszła na świat, było kolebką perskiej kultury, domem pisarzy, malarzy i sufich.

— Nie sposób było wyciągnąć nogi, bo od razu niechcący kopało się w tyłek jakiegoś poetę — śmiał się.

Dżalil opowiedział jej historię królowej Gauhar Szad, która w piętnastym wieku zbudowała słynne minarety jako odę do jej ukochanego Heratu. Opisywał zielone pola pszenicy za miastem, sady, krzewy winorośli ciężkie od dojrzałych owoców, zatłoczone bazary pod łukowymi sklepieniami.

— Rośnie tam drzewo pistacjowe — powiedział któregoś dnia Dżalil — a pod nim, Mariam dżun2, pochowany jest wielki poeta Dżami. — Nachylił się i dodał szeptem: — Dżami żył ponad pięćset lat temu. Naprawdę. Kiedyś cię tam zabrałem, tam gdzie rośnie to drzewo. Byłaś maleńka. Na pewno tego nie pamiętasz.

To była prawda — Mariam nie pamiętała. I choć przez piętnaście lat swojego życia mieszkała niedaleko od Heratu, nigdy nie miała zobaczyć drzewa z jego opowieści. Nigdy nie miała zobaczyć z bliska słynnych minaretów i nigdy nie miała zbierać owoców z sadów Heratu ani przechadzać się po polach pszenicy. Ale zawsze, kiedy Dżalil opowiadał, Mariam słuchała jak zaczarowana. Podziwiała Dżalila za jego rozległą wiedzę o świecie. Rozpierała ją duma, że ma ojca, który wie takie rzeczy.

— Jakie bogate kłamstwa! — sarkała Nana po wyjściu Dżalila. — Bogaty mężczyzna, opowiadający bogate kłamstwa. Nigdy nie pokazał ci żadnego drzewa. I nie daj mu się oczarować. Ten twój ukochany tata nas zdradził. Wyrzucił nas. Wyrzucił nas ze swojego wielkiego wspaniałego domu, jakbyśmy nic dla niego nie znaczyły. Zrobił to bardzo ochoczo.

Mariam słuchała tego posłusznie. Nigdy nie odważyła się powiedzieć Nanie, jak bardzo nie lubi, gdy mówi w ten sposób o Dżalilu. Prawda była taka, że przy nim Mariam wcale nie czuła się jak harami. Przez godzinę lub dwie, w każdy czwartek, Mariam czuła, że zasługuje na całe piękno i dobro, jakie życie ma do zaoferowania. I za to Mariam kochała Dżalila.

*

Choć musiała się nim dzielić.

Dżalil miał trzy żony i dziewięcioro dzieci — dziewięcioro prawowitych dzieci, których Mariam nie znała. Był jednym z najbogatszych ludzi w Heracie. Miał kino, którego Mariam nigdy nie widziała, ale na jej usilne prośby Dżalil opowiedział o nim, więc wiedziała, że fasadę zdobią niebieskie i jasnobrązowe płytki z terakoty, że w środku są prywatne loże, a sufit jest kratkowany. Podwójne wahadłowe drzwi prowadziły do holu wyłożonego płytkami ceramicznymi, gdzie wisiały oprawione w szkło plakaty z hinduskich filmów. We wtorki, powiedział jej kiedyś Dżalil, dzieci dostają lody za darmo.

Nana uśmiechała się łagodnie, kiedy o tym mówił. Odczekała, aż Dżalil opuści ich dom i dopiero wtedy uśmiechnęła się złośliwie i mruknęła:

— Obce dzieci dostają lody. A ty co dostajesz, Mariam? Opowieści o lodach.

Oprócz kina Dżalil posiadał również ziemię w Karruch, ziemię w Farah, trzy sklepy z dywanami, sklep odzieżowy i czarnego buicka roadmastera rocznik 1956. Był jednym z najbardziej ustosunkowanych ludzi w Heracie, przyjaźnił się z merem miasta i gubernatorem prowincji. Miał kucharza, kierowcę i trzy gosposie.

Nana była jedną z nich. Dopóki nie zaczął jej rosnąć brzuch.

Kiedy to się stało, cała rodzina Dżalila wzięła, jak opowiadała Nana, tak głęboki oddech, że wyciągnęła powietrze z całego Heratu. Jego teściowie przysięgali, że poleje się krew. Żony zażądały, by ją wyrzucił. A ojciec Nany, skromny rzemieślnik rzeźbiący w kamieniu, z pobliskiej wioski Gol Daman, wyrzekł się jej. Zhańbiony spakował manatki, wsiadł do autobusu jadącego do Iranu, po czym słuch o nim zaginął.

— Czasami — stwierdziła Nana któregoś ranka, karmiąc kurczaki przed kolbą — żałuję, że ojcu zabrakło odwagi, by naostrzyć nóż i postąpić honorowo. Tak mogło być dla mnie lepiej. — Rzuciła kolejną garść ziaren do kojca, zamilkła, spojrzała na Mariam i dodała: — Może lepiej również dla ciebie. Przynajmniej nie cierpiałabyś, wiedząc, że jesteś tym, kim jesteś. Ale on był tchórzem, ten mój ojciec. Brak mu było del, serca, aby to uczynić.

Dżalil też nie miał del, rzekła Nana, by postąpić honorowo. Przeciwstawić się rodzinie, żonom i teściom i wziąć odpowiedzialność za to, co uczynił. Zamiast tego za zamkniętymi drzwiami szybko dobito targu, który miał uratować jego twarz. Następnego dnia kazał jej spakować skromny dobytek i ją odesłał.

— Wiesz, co powiedział żonom na swoje usprawiedliwienie? Że ja go do tego zmusiłam. Że to była moja wina. Didi? Widzisz? Oto, co znaczy być kobietą na tym świecie.

Nana odstawiła miskę z karmą dla kurczaków i uniosła palcem podbródek Mariam.

— Spójrz na mnie, Mariam.

Mariam z ociąganiem podniosła wzrok.

Nana powiedziała:

— Naucz się tego, i to dobrze, córko. Tak jak igła kompasu zawsze wskazuje północ, tak oskarżycielski palec mężczyzny zawsze znajdzie kobietę. Zawsze. Pamiętaj o tym, Mariam.

2

Dla Dżalila i jego żon byłam szkarłatką. Bylicą. I ty też. A nawet jeszcze nie przyszłaś na świat.

— Co to jest szkarłatka? — spytała Mariam.

— Chwast — odpowiedziała Nana. — Coś, co wyrywasz i odrzucasz na bok.

Mariam odczuła wewnętrzny opór. Dżalil nigdy nie traktował jej, jakby była chwastem. Nigdy. Ale Mariam uznała, że rozsądniej jest zachować te przemyślenia dla siebie.

— Ale mnie w przeciwieństwie do chwastu trzeba było przesadzić, dać mi jedzenie i wodę. Z twojego powodu. Taką umowę zawarł Dżalil ze swoją rodziną.

Nana powiedziała, że odrzuciła propozycję zamieszkania w Heracie.

— Po co? Żebym całymi dniami oglądała, jak obwozi swoje żony kinczini po mieście?

Nie chciała również zamieszkać w pustym domu swojego ojca w wiosce Gol Daman, na zboczu wzgórza, dwa kilometry za Heratem. Wolała zamieszkać gdzieś na uboczu, w odosobnieniu, gdzie sąsiedzi nie wpatrywaliby się w jej brzuch, nie wytykali jej palcami, nie węszyli albo, co gorsza, obrażali nieszczerą uprzejmością.

— I uwierz mi — mówiła Nana — dla twojego ojca było to prawdziwą ulgą. Bardzo mu to pasowało, że znikłam mu z oczu.

To Mohsen, najstarszy syn Dżalila i jego pierwszej żony Chadidżi, zaproponował tę polanę. Znajdowała się pod wioską Gol Daman. Żeby do niej dotrzeć, trzeba było iść w górę wzgórza wyboistą zabłoconą ścieżką odchodzącą od głównej drogi łączącej Gol Daman z Heratem. Po obu jej stronach rosła wysoka do kolan trawa, wśród której jaśniały białe i żółte kwiatki. Ścieżka wiła się w górę aż do płaskiego pola, gdzie rosły strzeliste topole i kępy dzikich krzaków. Można było stamtąd dostrzec końce zardzewiałych łopat wiatraka w wiosce Gol Daman, a po obu stronach rozciągał się widok na cały Herat. Ścieżka kończyła się przy szerokim, pełnym pstrągów strumieniu, który spływał z gór Safed-koh otaczających wioskę Gol Daman. Dwieście metrów w górę strumienia, bliżej gór, rosła kępa wierzb. Pośrodku, w cieniu wierzb, znajdowała się ta polanka.

Dżalil pojechał ją zobaczyć. Kiedy wrócił, opowiadała Nana, mówił jak strażnik chełpiący się czystymi ścianami i lśniącą posadzką swojego więzienia.

— I tak twój ojciec zbudował dla nas tę mysią dziurę.

*

Kiedyś, kiedy Nana miała piętnaście lat, niewiele brakowało, a wyszłaby za mąż. O jej względy zabiegał chłopak z Szindandu, młody sprzedawca papug. Mariam znała tę historię bezpośrednio od Nany i choć Nana lekceważyła ten epizod, Mariam z jej pełnych nostalgii oczu wyczytała, że była wtedy szczęśliwa. Być może jedyny raz w życiu, w ciągu tamtych dni poprzedzających wesele Nana była wtedy naprawdę szczęśliwa.

Kiedy Nana o tym opowiadała, Mariam siedziała na jej kolanach i próbowała wyobrazić sobie swoją mamę szykującą się do włożenia sukni ślubnej. Wyobrażała ją sobie siedzącą na koniu, uśmiechającą się nieśmiało zza woalki, w zielonej sukni, z dłońmi pomalowanymi na czerwono henną, włosami obsypanymi srebrnym pyłem, warkoczykami utrwalonymi żywicą. Widziała muzyków grających na fletach szahnaj i bijących w bębny dohol, gromadę biegnących rozkrzyczanych dzieci na ulicy.

Potem, tydzień przed planowaną datą ślubu, w ciało Nany wszedł dżinn. Tego nie trzeba było Mariam opisywać. Widziała to na własne oczy wystarczająco dużo razy. Nana nagle traci przytomność, jej ciało napina się, sztywnieje, przewraca oczami, jej ręce i nogi drżą, jakby coś ją dusiło od wewnątrz, w kącikach ust pojawia się piana, biała, a czasem różowa, pomieszana z krwią. A potem senność, przerażająca dezorientacja, nieskładne mamrotanie.

Kiedy wiadomość dotarła do Szindandu, rodzina sprzedawcy papug odwołała ślub.

— Wystraszyli się — tak tłumaczyła to Nana.

Suknia ślubna została schowana. Kolejnych kandydatów nie było.

*

Dżalil i jego synowie, Farhad i Mohsen, zbudowali na polanie małą kolbę, w której Mariam miała przeżyć pierwsze piętnaście lat swojego życia. Zbudowali ją z suszonych na słońcu cegieł i obłożyli błotem i garściami traw. Były w niej dwa posłania, drewniany stół, dwa proste krzesła, okno i przybite do ścian półki, na których Nana ustawiła gliniane garnki i swój ukochany zestaw do herbaty. Dżalil zainstalował nowy żeliwny piecyk na zimę, a za domem ułożył stos polan. Na zewnątrz zrobił tandur, piec do pieczenia chleba, i kojec dla kur. Przyprowadził kilka owiec i zbudował dla nich koryto do karmienia. Farhadowi i Moshenowi kazał wykopać głęboki dół sto metrów za kępą wierzb i postawił na nim wychodek.

Dżalil mógłby wynająć robotników do zbudowania kolby, powiedziała Nana, ale tego nie uczynił.

— Jego koncepcja pokuty.

*

Według wersji Nany w dniu, w którym urodziła Mariam, nikt nie przyszedł jej pomóc. Stało się to w wilgotny, pochmurny dzień wiosną 1959 roku, opowiadała, w dwudziestym szóstym roku w większości spokojnego panowania króla Zahera Szaha. Dżalil nie zadał sobie trudu, aby wezwać lekarza czy położną, choć wiedział, że dżinn może wejść w jej ciało i wywołać w trakcie porodu atak. Leżała sama na podłodze, z nożem u boku, a pot oblewał całe jej ciało.

— Kiedy ból się nasilał, gryzłam poduszkę i krzyczałam, aż całkiem ochrypłam. A ty, Mariam dżun, wcale się nie spieszyłaś. Niemal przez dwa dni musiałam przez ciebie leżeć na zimnej twardej podłodze. Nie jadłam ani nie spałam, tylko parłam i modliłam się, żebyś wreszcie wyszła na zewnątrz.

— Przepraszam, Nano.

— Sama przecięłam pępowinę pomiędzy nami. Dlatego miałam nóż.

— Przepraszam.

Na twarzy Nany zawsze pojawiał się wtedy słaby uśmiech zatroskania i wciąż żywego oskarżenia lub niechętnego przebaczenia, Mariam nigdy nie była pewna. Maleńka Mariam nie zastanawiała się nad tym, jaka to niesprawiedliwość zmuszać dziecko, by przepraszało za sposób, w jaki przyszło na świat.

Kiedy wreszcie się nad tym zastanowiła, a miała wtedy mniej więcej dziesięć lat, nie wierzyła już w opowieść o swoich narodzinach. Wierzyła w wersję Dżalila, zgodnie z którą Dżalil, choć w tym czasie wyjechał z Heratu, załatwił Nanie szpital i opiekę lekarza. Leżała w czystym łóżku w jasno oświetlonym pokoju. Dżalil ze smutkiem pokręcił głową, kiedy dziewczynka opowiedziała mu o nożu.

Mariam zaczęła też powątpiewać, czy rzeczywiście Nana cierpiała przez nią aż dwa dni.

— Poinformowali mnie, że wszystko trwało jakąś godzinę — rzekł Dżalil. — Byłaś dobrą córką, Mariam dżun. Już od chwili narodzin byłaś dobrą córką.

— Nawet go tam nie było! — warknęła Nana. — Był w Tacht-e-Safar, jeździł sobie konno ze swoimi wspaniałymi przyjaciółmi.

Kiedy Dżalil dowiedział się, że ma kolejną córkę, powiedziała Nana, wzruszył ramionami, wciąż głaszcząc konia po grzywie, i został w Tacht-e-Safar przez kolejne dwa tygodnie.

— Prawda jest taka, że po raz pierwszy wziął cię w ramiona, dopiero kiedy miałaś miesiąc. Rzucił na ciebie okiem, stwierdził, że masz długą buzię, i od razu mi ciebie oddał.

Mariam z czasem zaczęła powątpiewać również w tę część historii. Tak, Dżalil przyznał, że jeździł wtedy konno w Tacht-e-Safar, ale kiedy otrzymał wiadomość, nie wzruszył ramionami, tylko wskoczył na konia i pognał do Heratu. Wziął ją w ramiona, przesunął kciukiem po jej łuszczących się brwiach i zanucił kołysankę. Mariam nie wyobrażała sobie, że Dżalil mógłby powiedzieć, że ma długą buzię, choć naprawdę jej twarz była pociągła.

Nana mówiła, że wybrała imię Mariam, ponieważ tak miała na imię jej matka. Dżalil twierdził, że to on wybrał to imię, ponieważ „mariam”, tuberoza, jest ślicznym kwiatkiem.

— Twoim ulubionym? — spytała Mariam.

— Tak, jednym z moich ulubionych — odpowiedział Dżalil z uśmiechem.

3

Jednym z najwcześniejszych wspomnień Mariam jest odgłos skrzypiących żeliwnych kół taczek podskakujących na kamieniach. Taczki przyjeżdżały raz w miesiącu obładowane ryżem, mąką, herbatą, cukrem, oliwą do gotowania, mydłem i pastą do zębów. Pchali je przyrodni bracia Mariam, zazwyczaj był to Mohsen i Ramin, czasem Ramin i Farhad. Pod górę, po zabłoconej ścieżce, kamieniach i żwirze, przez dziury i chaszcze chłopcy na zmianę pchali taczki aż do strumienia. Tam wózek trzeba było rozładować i przenieść wszystkie produkty na drugą stronę. Potem przeprowadzali taczki przez strumień i znów je ładowali. Kolejne dwieście metrów pchania, tym razem przez wysokie gęste trawy, pomiędzy kępami krzaków. Żaby uciekały im z drogi. Bracia odganiali muchy ze swoich spoconych twarzy.

— Ma służących — zauważyła Mariam. — Mógłby wysłać służących.

Turkot kół sprawił, że Mariam i Nana wyszły na zewnątrz. Mariam na zawsze zapamiętała Nanę taką, jak zazwyczaj wyglądała w Dniu Zaopatrzenia: wysoka koścista kobieta, stojąca boso w progu, jej nieruchome oko zmrużone tak, że widać tylko szparkę, ręce skrzyżowane na piersiach w arogancki, drwiący sposób. Krótko obcięte włosy, rozjaśnione od słońca, odkryte i nieuczesane. Wkładała źle dopasowaną szarą koszulę zapiętą pod samą szyję, a w kieszeniach miała kamyki wielkości orzechów.

Chłopcy siadali nad strumieniem i czekali, aż Mariam i Nana przeniosą produkty do kolby. Dobrze wiedzieli, że nie mogą podejść bliżej niż na trzydzieści metrów, choć Nana nie rzucała zbyt celnie i większość kamyków lądowała daleko od nich. Nana krzyczała na chłopców, wnosząc torby ryżu do domu i wyzywała ich, ale większości tych słów Mariam nie rozumiała. Przeklinała ich matki, robiła do nich pełne nienawiści grymasy. Chłopcy nigdy nie odpowiadali na te wyzwiska.

Mariam było ich żal. Muszą ich boleć ręce i nogi, myślała ze współczuciem, po pchaniu takiego ciężkiego ładunku. Żałowała, że nie może podać im wody. Ale nic nie mówiła, a gdy do niej machali, nie reagowała. Kiedyś, aby sprawić przyjemność Nanie, Mariam krzyknęła nawet na Mohsena, powiedziała, że jego usta przypominają tyłek jaszczurki — a potem dręczyło ją poczucie winy, wstyd i lęk, że chłopcy powtórzą to Dżalilowi. Ale Nana zaczęła śmiać się tak bardzo, pokazując zepsute przednie zęby, że Mariam pomyślała, że za moment dostanie ataku. Kiedy przestała, popatrzyła na Mariam i powiedziała: „Dobra z ciebie córka”.

Kiedy taczki były puste, chłopcy wstawali i ruszali w drogę powrotną, a Mariam czekała, aż znikną wśród wysokich traw i kwitnących chwastów.

— Wchodzisz do środka?

— Tak, Nano.

— Śmieją się z ciebie. Naprawdę. Słyszę ich.

— Już idę.

— Nie wierzysz mi?

— Już jestem.

— Wiesz, że cię kocham, Mariam dżun.

*

Rankami budziło ich dalekie beczenie owiec i wysokie dźwięki fletów używanych przez pasterzy z Gol Daman prowadzących stada na trawiaste wzgórze. Mariam i Nana doiły kozy, karmiły kury i zbierały jajka. Razem piekły chleb. Nana nauczyła córkę wyrabiać ciasto, rozpalać piec tandur i rzucać rozwałkowane ciasto na wewnętrzne ściany pieca. Nana nauczyła ją też szyć, gotować ryż i przyrządzać różne potrawy: potrawki z rzepą szalgham, szpinakowe sabzi, kalafior z imbirem.

Nana nie ukrywała, że nie lubi gości — i w gruncie rzeczy ludzi w ogóle — ale dla kilku osób robiła wyjątek. Był zatem wójt wioski Gol Daman, Habib Chan, brodaty mężczyzna o małej głowie i dużym brzuchu, który przychodził mniej więcej raz w miesiącu w towarzystwie służącego, który niósł kurczaka, a czasem garnek z ryżem kichiri albo koszyk malowanych jajek dla Mariam.

Potem była pulchna starsza kobieta, nazywana przez Nanę Bibi dżun, której zmarły mąż był kamieniarzem i przyjacielem ojca Nany. Bibi dżun zawsze przychodziła z jedną ze swych sześciu synowych i jednym albo dwoma wnukami. Szła ścieżką, utykając, nabzdyczona, i zawsze odstawiała widowisko, rozcierając sobie biodra i opadając z westchnieniem bólu na krzesło, które przysuwała jej Nana. Bibi dżun również zawsze przynosiła coś dla Mariam — pudełko słodkich diszleme albo koszyk pigw. Dla Nany zawsze miała najpierw narzekania na temat swego podupadającego zdrowia, a potem plotki z Heratu i Gol Daman, które opowiadała powoli i z przyjemnością, a jej synowa cichutko i grzecznie siedziała z tyłu za nią.

Ale Mariam najbardziej lubiła, oczywiście poza Dżalilem, mułłę Faizullaha, starszego wiejskiego nauczyciela Koranu, miejscowego achunda. Przychodził raz albo dwa razy w tygodniu z Gol Daman i uczył Mariam odmawianych pięć razy dziennie modlitw namaz oraz recytacji Koranu, tak samo jak niegdyś uczył Nanę, kiedy była dzieckiem. To mułła Faizullah nauczył Mariam czytać, cierpliwie zaglądał jej przez ramię, gdy jej usta bezdźwięcznie starały się powtórzyć litery, a palec wskazujący przesuwał się pod każdym słowem, z tak dużym naciskiem, że aż bielały jej paznokcie, zupełnie jakby chciała wycisnąć znaczenie z niezrozumiałych znaków. To mułła Faizullah trzymał jej dłoń, kierował ołówkiem, który ściskała przy każdym wznoszącym się alefie, każdym zawiniętym be, przy każdej z trzech kropek se.

Był wychudzonym, zgarbionym starcem z bezzębnym uśmiechem i białą brodą sięgającą aż do pasa. Zwykle przychodził sam, a czasem towarzyszył mu jego rudy, kilka lat starszy od Mariam syn Hamza. Kiedy się zjawiał, Mariam całowała go w rękę — to było tak, jakby całowała wiązkę gałązek pokrytych cienką warstwą skóry — a on całował ją w czoło i zaczynali lekcję. Potem oboje siadali przed kolbą, pogryzali orzeszki pinii, popijali zieloną herbatę i przyglądali się śmigającym między drzewami ptaszkom bolbol. Czasem spacerowali wśród brązowych opadłych liści i olszyn wzdłuż strumienia, w stronę gór. Mułła Faizullah w trakcie przechadzki przesuwał paciorki różańca tasbih i drżącym głosem opowiadał Mariam o tym, co widział w młodości, na przykład o dwugłowym wężu, którego znalazł w mieście Isfahan, w Iranie, na moście o trzydziestu trzech łukach, albo o arbuzie, którego kiedyś rozłupał przed Niebieskim Meczetem w mieście Mazar i odkrył, że nasiona w jednej połówce tworzą słowo „Allah”, a te w drugiej słowo „Akbar”.

Mułła Faizullah przyznał się Mariam, że czasem sam nie rozumie znaczenia niektórych słów Koranu. Ale powiedział, że lubi czarujący dźwięk arabskich słów, które wypływają z jego ust. Twierdził, że przynoszą mu ulgę, koją jego serce.

— Tobie również przyniosą ulgę, Mariam dżun — mówił. — Możesz przywołać je, gdy będą ci potrzebne. Nie zawiodą cię. Słowo boże nigdy cię nie zdradzi, moje dziecko.

Mułła Faizullah nie tylko opowiadał, ale również słuchał. Kiedy Mariam opowiadała, zawsze był skupiony na jej słowach. Potakiwał i uśmiechał się z wdzięcznością, jakby otrzymał upragniony przywilej. Mariam chętnie mówiła mu o rzeczach, o których nie odważyłaby się powiedzieć Nanie.

Któregoś dnia podczas spaceru Mariam wyznała mu, że chciałaby pójść do szkoły.

— Mam na myśli prawdziwą szkołę, achund sahebie. W której są klasy. Taką, do jakiej chodzi reszta dzieci mojego ojca.

Tydzień wcześniej Bibi dżun przyniosła nowiny o córkach Dżalila, Saide i Nahid. Obie wybierały się do szkoły dla dziewcząt, Mehri, w Heracie. Od tego czasu Mariam bez przerwy myślała o klasach i nauczycielach, w jej głowie roiło się od obrazów liniowanych zeszytów, kolumn liczb i długopisów, którymi można pisać ciemne, mocne znaki. Wyobrażała sobie siebie w klasie ze swoimi rówieśnicami. Mariam marzyła o tym, by położyć linijkę na kartce i rysować linie, które wyglądałyby bardzo poważnie.

— Tego chcesz? — spytał mułła Faizullah. Patrzył na nią swymi miękkimi, załzawionymi oczami, z rękoma założonymi na plecach, a cień jego turbanu padał na najeżoną jaskrami ścieżkę.

— Tak.

— I chcesz, żebym poprosił twoją matkę o zgodę?

Mariam się uśmiechnęła. Poza Dżalilem nikt inny na świecie nie rozumiał jej lepiej niż stary nauczyciel.

— Zatem, cóż mogę na to poradzić? Bóg, w swej mądrości, każdego z nas obdarzył słabościami, a jedną z moich największych jest to, że nie potrafię ci odmówić, Mariam dżun — powiedział, głaszcząc ją po policzku artretycznym palcem.

Ale później, gdy poruszył ten temat z Naną, nóż, którym kroiła cebulę, wypadł jej z dłoni.

— Po co?

— Skoro dziewczynka chce się uczyć, powinnaś jej na to pozwolić, moja droga. Niech dziecko ma wykształcenie.

— Uczyć się? Uczyć się czego, mułło sahebie? — spytała ostrym tonem Nana. — Czego można się tam nauczyć? — Rzuciła krótkie spojrzenie Mariam.

Dziewczynka wbiła wzrok w swoje ręce.

— Jaki sens ma posyłanie do szkoły takiej dziewczynki jak ty? To jak polerowanie spluwaczki. A w tych szkołach nie nauczysz się niczego wartościowego. Kobiecie takiej jak ty czy ja potrzebna jest w życiu tylko jedna umiejętność i w szkole się tego nie nauczysz. Spójrz na mnie.

— Nie powinnaś tak do niej mówić, moje dziecko — skarcił ją mułła Faizullah.

— Spójrz na mnie.

Mariam podniosła wzrok.

— Tylko jedna umiejętność. To tahammol — wytrzymać.

— Wytrzymać co, Nano?

— Och, tym się nie przejmuj — powiedziała Nana. — Tego nie zabraknie.

Zaczęła mówić o tym, jak żony Dżalila nazywały ją brzydką, pospolitą córką kamieniarza. Jak kazały jej robić pranie na zewnątrz na mrozie, aż jej twarz całkiem zdrętwiała, a odmrożone palce piekły.

— Taki jest nasz los, Mariam. Kobiet takich jak my. Wytrzymać. To jedyne, co mamy. Rozumiesz? Poza tym w szkole będą się z ciebie wyśmiewali. Naprawdę. Będą cię przezywać harami. Będą mówili o tobie same najgorsze rzeczy. Nie pozwolę na to.

Mariam pokiwała głową.

— Koniec gadania o szkole. Mam tylko ciebie. Nie oddam cię. Spójrz na mnie. Koniec gadania o szkole.

— Bądź rozsądna, przestań. Skoro dziewczynka chce — zaczął mułła Faizullah.

— A ty, achund sahebie, z całym należnym szacunkiem, powinieneś być mądrzejszy i nie podsycać tych jej głupich pomysłów. Jeżeli naprawdę o nią dbasz, to powinieneś jej wytłumaczyć, że jej miejsce jest tutaj, w domu, obok matki. Tam nic dobrego jej nie spotka. Tylko odrzucenie i rozdarte serce. Ja dobrze o tym wiem, achund sahebie. Ja dobrze wiem.

4

Mariam uwielbiała, kiedy odwiedzali je goście: wiejskiego arbaba i jego podarunki, Bibi dżun z jej chorym biodrem i niekończącymi się plotkami, i oczywiście mułłę Faizullaha. Ale na nikogo Mariam nie czekała z takim utęsknieniem jak na Dżalila.

Niepokój ogarniał ją już we wtorki wieczorem. Źle spała, obawiając się, że Dżalila zatrzymają jakieś sprawy, a ona będzie musiała na niego czekać przez cały następny tydzień. W środy kręciła się na zewnątrz, wokół kolby, i w roztargnieniu rzucała garście karmy kurom. Spacerowała bez celu, obrywając płatki kwiatków i odganiając muchy siadające jej na ramionach. Natomiast w czwartki mogła już tylko siedzieć pod ścianą ze wzrokiem wbitym w strumień i czekać. Jeżeli Dżalil się spóźniał, powoli ogarniał ją przeraźliwy lęk. Robiło jej się miękko w kolanach i musiała się położyć.

A potem Nana wołała:

— Oto i on, ten twój ojciec. W całej okazałości.

Mariam od razu zrywała się na równe nogi. Patrzyła, jak Dżalil przeskakuje po kamieniach przez strumień i cały roześmiany macha do niej. Wiedziała, że Nana ją obserwuje, bada jej reakcje, i zawsze sporo ją to kosztowało, by pozostać w drzwiach, czekać, patrząc, jak Dżalil zbliża się do niej powoli. Powstrzymywała się, czekając cierpliwie, aż Dżalil przejdzie przez wysokie trawy — marynarka przewieszona przez ramię, czerwony krawat unoszący się w porywach wiatru.

Kiedy Dżalil wchodził na polanę, rzucał marynarkę na piec tandur i szeroko otwierał ramiona. Mariam najpierw szła, a potem biegła w jego stronę, a on łapał ją w ramiona i podnosił wysoko w górę. Mariam piszczała.

Zawieszona w górze widziała poniżej twarz Dżalila wykrzywioną w uśmiechu, zakola na głowie, podbródek z dziurką — idealne miejsce na jej mały paluszek — jego zęby, najbielsze w mieście pełnym zepsutych zębów trzonowych. Lubiła jego przycięte wąsy i podobało jej się, że bez względu na pogodę, zawsze przychodził w garniturze — w jego ulubionym ciemnobrązowym kolorze, z białą złożoną w trójkąt chusteczką w kieszeni na piersi — i z mankietami, i pod krawatem, zwykle czerwonym i poluzowanym. Mariam widziała też swoje odbicie w brązowych oczach Dżalila: falujące włosy, rozognioną z podniecenia twarz, niebo w tle.

Nana powiedziała, że któregoś dnia Dżalil nie utrzyma jej w ramionach i że ona, Mariam, wyślizgnie mu się z rąk i spadnie na ziemię, łamiąc sobie kości. Ale Mariam nie wierzyła, że Dżalil mógłby ją upuścić. Wierzyła, że zawsze wyląduje bezpiecznie w czystych, zadbanych dłoniach swego ojca.

Siadali w cieniu przed kolbą, a Nana podawała im herbatę. Dżalil i Nana witali się z wymuszonym uśmiechem i skinieniem głowy. Dżalil nigdy nie wypominał Nanie rzucania kamykami w jego synów ani wyzywania ich.

Chociaż podczas jego nieobecności Nana ciskała na niego gromy, to kiedy Dżalil przychodził w odwiedziny, zachowywała się powściągliwie i uprzejmie. Zawsze miała umyte włosy, czyściła zęby i wkładała dla niego swój najlepszy hidżab. Siadała cicho na krześle naprzeciw niego i składała ręce na podołku. Nie patrzyła wprost na Dżalila i nigdy nie używała przy nim ordynarnych słów. Kiedy się śmiała, zakrywała usta dłonią, ukrywając zepsuty ząb.

Nana pytała, jak idą jego interesy. I pytała również o jego żony. Kiedy powiedziała mu, że słyszała od Bibi dżun, że jego najmłodsza żona spodziewa się trzeciego dziecka, Dżalil uśmiechnął się uprzejmie i pokiwał głową.

— Cóż, musisz być szczęśliwy — rzekła Nana. — To ile teraz ich masz? Dziesięcioro, prawda, maszaallah? Dziesięcioro?

Dżalil odparł, tak, dziesięcioro.

— To znaczy jedenaścioro, jeśli policzyć Mariam.

Potem, kiedy Dżalil poszedł do domu, Mariam i Nana trochę się na ten temat pokłóciły. Mariam uznała, że Nana go podeszła.

Po herbacie z Naną Mariam i Dżalil zawsze szli nad strumień, na ryby. Dżalil pokazał jej, jak zarzuca się żyłkę i łowi pstrągi. Nauczył ją prawidłowego sposobu patroszenia pstrąga, czyszczenia go i odrywania kawałka mięsa jednym ruchem. Kiedy czekali, aż ryba złapie się na haczyk, rysował dla niej. Pokazał jej, jak narysować słonia jednym pociągnięciem, bez odrywania ołówka od papieru. Nauczył ją wierszyków. Razem śpiewali:

Luli, luli, ptasia studnia,

w ptasiej studni woda brudna.

Mała płotka przypłynęła,

chciała pić, lecz utonęła.

Dżalil przynosił wycinki z herackiej gazety, „Ettefagh-e-Eslam”, i czytał je Mariam. Był łącznikiem Mariam, dowodem na to, że istnieje jakiś większy świat poza kolbą, poza Gol Daman, a nawet poza Heratem, świat pełen prezydentów o trudnych do wymówienia imionach, pociągów i muzeów, i piłki nożnej, i rakiet, które krążą po orbicie Ziemi i lądują na Księżycu. W każdy czwartek Dżalil przynosił ze sobą kawałek tego świata.

To on powiedział jej latem 1973 roku, kiedy Mariam miała czternaście lat, że król Zaher Szah, który rządził z Kabulu przez czterdzieści lat, został obalony w wyniku bezkrwawego zamachu stanu.

— Jego kuzyn, Daud Chan, dokonał tego, kiedy król przebywał we Włoszech na leczeniu. Pamiętasz Dauda Chana, prawda? Mówiłem ci o nim. Kiedy się urodziłaś, był premierem w Kabulu. W każdym razie Afganistan nie jest już monarchią, Mariam. Teraz jest republiką, a Daud Chan jest prezydentem. Krążą plotki, że władzę pomogli mu przejąć socjaliści z Kabulu. Nie, żeby on sam był socjalistą, o nie, ale mu pomogli. Tak mówią ludzie.

Mariam spytała, kim są socjaliści, i Dżalil zaczął jej to wyjaśniać, ale ona prawie go nie słuchała.

— Słuchasz mnie?

— Tak.

Dżalil zauważył, że Mariam spogląda na wypchaną kieszeń jego marynarki.

— Ach, no tak, oczywiście. Proszę, to dla ciebie, bez dalszych…

Wyjął z kieszeni małe pudełeczko i dał je Mariam. Od czasu do czasu tak robił. Przynosił jej drobne prezenty. Bransoletę z karneolu, naszyjnik z lapis-lazuli. Tamtego dnia Mariam znalazła w pudełku naszyjnik z wisiorkiem w kształcie liścia z gwiazdkami i maleńkimi monetami, na których widniały księżyce.

— Przymierz, Mariam dżun.

Mariam założyła naszyjnik.

— Jak ci się podoba?

Dżalil uśmiechnął się promiennie.

— Wyglądasz jak królowa.

Kiedy Dżalil poszedł, Nana zauważyła wisiorek na szyi Mariam.

— Biżuteria nomadów — powiedziała. — Widziałam, jak ją wyrabiają. Roztapiają monety, które ludzie im rzucają, i robią z tego biżuterię. Zobaczymy, czy następnym razem ten twój cudowny ojciec przyniesie ci złoto. Zobaczymy.

Kiedy zbliżał się koniec wizyty, Mariam stawała w drzwiach i patrzyła, jak Dżalil odchodzi. Czuła się tak, jakby wypuszczono z niej całe powietrze, przerażała ją myśl o nadchodzącym tygodniu, który zdawał jej się niczym jakiś ogromny, niewzruszony przedmiot stojący pomiędzy nią a kolejną wizytą taty. Mariam zawsze wstrzymywała oddech, patrząc, jak Dżalil odchodzi. Wstrzymywała oddech i bezgłośnie odliczała sekundy. Miała cichą nadzieję, że za każdą sekundę bez oddechu Bóg da jej jeden dzień z ojcem.

Nocami Mariam leżała na posłaniu i zastanawiała się, jak wygląda dom ojca w Heracie. Zastanawiała się, jak by to było, gdyby z nim mieszkała, widziała go każdego dnia. Wyobrażała sobie, że podaje mu ręcznik, kiedy Dżalil się goli, i mówi mu, że się zaciął. Parzyłaby mu herbatę, przyszywała oderwane guziki. Spacerowaliby razem po Heracie, po bazarze pod łukowatym sklepieniem, gdzie, jak mówił Dżalil, można znaleźć wszystko, czego się tylko zapragnie. Jeździliby jego samochodem, a ludzie wskazywaliby na nich, mówiąc: „Oto jedzie Dżalil Chan ze swoją córką”. Pokazałby jej słynne drzewo, pod którym pochowany jest poeta.

Mariam postanowiła, że któregoś dnia, całkiem niedługo, opowie o tym Dżalilowi. A kiedy on się o tym dowie, kiedy przekona się, jak bardzo Mariam za nim tęskni, kiedy go nie ma, na pewno weźmie ją ze sobą. Zabierze ją do Heratu, do swojego domu, tak jak pozostałe dzieci.

5

Wiem, czego chcę — powiedziała Mariam do Dżalila.

Było to wiosną 1974 roku, kiedy Mariam zaczęła piętnasty rok życia. Siedzieli we trójkę przed kolbą, w plamie cienia rzucanego przez wierzby, na rozkładanych krzesłach ustawionych w trójkąt.

— Na moje urodziny… Wiem, czego chcę.

— Naprawdę? — spytał Dżalil, uśmiechając się zachęcająco.

Dwa tygodnie wcześniej, po długim dopytywaniu się Mariam, Dżalil wspomniał, że w jego kinie wyświetlany jest amerykański film. Był to specjalny rodzaj filmu, który Dżalil nazywał „rysunkowym”. Cały film składał się z serii rysunków, opowiadał Dżalil, były ich tysiące i wszystkie razem tworzyły film, a w trakcie wyświetlania go na ekranie miało się złudzenie, że rysunki się poruszają. Dżalil powiedział, że jest to film o starym bezdzietnym lalkarzu, który czuje się samotny i rozpaczliwie pragnie mieć syna. Dlatego rzeźbi kukiełkę, chłopca, który w magiczny sposób ożywa. Mariam chciała dowiedzieć się więcej, więc Dżalil powiedział, że starzec i jego kukiełka przeżywają mnóstwo przygód, że w filmie pojawia się miejsce zwane Wyspą Przyjemności, a także chłopcy, którzy zamieniają się w osły. A na końcu połyka ich nawet, to znaczy lalkarza i jego kukiełkę, wieloryb. Mariam opowiedziała o tym filmie mulle Faizullahowi.

— Chcę, żebyś zabrał mnie do swojego kina — oświadczyła wtedy Mariam. — Chcę zobaczyć film rysunkowy. Chcę zobaczyć chłopca, który jest kukiełką.

Mówiąc to, Mariam wyczuła w powietrzu napięcie. Jej rodzice zaczęli niespokojnie kręcić się na krzesłach. Mariam miała wrażenie, że wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

— To nie jest dobry pomysł — stwierdziła Nana. Mówiła spokojnym, opanowanym głosem, jak zawsze przy Dżalilu, ale Mariam czuła na sobie jej ostre, oskarżycielskie spojrzenie.

Dżalil uniósł się na krześle. Zakaszlał, po czym powiedział:

— Wiesz, obraz nie jest dobrej jakości. Ani dźwięk. A ostatnio projektor często się psuje. Może twoja matka ma rację. Może pomyślisz o jakimś innym prezencie, Mariam dżun.

— Nie ma mowy — ucięła Nana. — Widzisz, twój ojciec jest tego samego zdania.

*

Ale później, nad strumieniem, Mariam poprosiła:

— Zabierz mnie do kina.

— Powiem ci coś — odparł Dżalil. — Wyślę kogoś po ciebie, kto cię tam zabierze. Zadbam, żebyś dostała dobre miejsce i tyle cukierków, ile tylko zechcesz.

— Nici. Chcę, żebyś to ty mnie zabrał.

— Mariam dżun…

— I chcę, żebyś zaprosił również moich braci i siostry. Chcę ich spotkać. Chcę, żebyśmy poszli wszyscy razem. Tego właśnie chcę.

Dżalil westchnął i odwrócił wzrok, patrząc w stronę gór.

Mariam przypomniała sobie, jak kiedyś opowiadał, że na ekranie twarz człowieka jest wielka jak dom, a kiedy rozbija się samochód, czujesz niemal blachy wbijające ci się w kości. Wyobraziła sobie, że siedzi w prywatnej loży, liże lody, a obok niej siedzi jej rodzeństwo i Dżalil.

— Tego właśnie chcę — powtórzyła.

Dżalil popatrzył na nią ze smutkiem.

— Jutro o dwunastej spotkamy się w tym miejscu. Dobrze? Jutro.

— Chodź do mnie — powiedział. Przykucnął, przyciągnął ją do siebie i bardzo długo trzymał w ramionach.

*

Na początku Nana krążyła po chacie, zaciskając i rozwierając palce.

— Ze wszystkich córek, które mogłam mieć, dlaczego Bóg dał mi taką niewdzięcznicę jak ty? Po tym wszystkim, co musiałam dla ciebie znosić! Jak śmiesz! Jak śmiesz tak mnie porzucać, ty zdradziecka mała harami!

Potem zaczęła drwić.

— Ależ ty jesteś głupia! Myślisz, że coś dla niego znaczysz, że jesteś mile widziana w jego domu? Myślisz, że jesteś dla niego jak córka? Że cię ze sobą weźmie? Coś ci powiem: mężczyźni mają podłe serca, podłe, Mariam. To nie jest łono matki. Nie będzie krwawić, nie rozciągnie się, żeby zrobić dla ciebie miejsce. Tylko ja cię kocham. Jestem wszystkim, co masz na tym świecie, Mariam, a kiedy mnie zabraknie, nie będziesz miała niczego. Niczego. Sama jesteś niczym!

Potem próbowała wywołać w niej poczucie winy.

— Umrę, jeżeli pójdziesz. Przyjdzie dżinn i dostanę ataku. Zobaczysz, połknę własny język i umrę. Nie zostawiaj mnie, Mariam dżun. Proszę. Umrę, jeżeli pójdziesz.

Mariam nic na to nie odpowiedziała.

— Wiesz, że cię kocham, Mariam dżun.

Mariam oznajmiła, że idzie na spacer.

Obawiała się, że jeśli zostanie, powie Nanie coś, co bardzo ją zrani: że wie, iż dżinn jest kłamstwem, że Dżalil uświadomił ją, że to, na co cierpi Nana, jest chorobą, która ma swoją nazwę i którą można złagodzić tabletkami. Mogłaby spytać Nanę, dlaczego nie chciała, by zbadali ją lekarze Dżalila, choć on nalegał, i dlaczego nie bierze tabletek, które jej kupił. Gdyby zdołała to powiedzieć, mogłaby również wyrzucić jej, że ma dość ciągłych pretensji, instrumentalnego traktowania, okłamywania i wykorzystywania. Że niedobrze jej się robi od bezustannego naciągania faktów z życia Nany i robienia z niej samej, Mariam, kolejnego wyrzutu do całego świata.

Boisz się, Nano, mogłaby powiedzieć. Boisz się, że mogłabym zaznać szczęścia, którego sama nigdy nie zaznałaś. I nie chcesz, abym była szczęśliwa. Nie chcesz, abym miała dobre życie. To ty masz podłe serce.

*

Na skraju polany był prześwit. Mariam lubiła tam chodzić. Usiadła tam teraz na suchej ciepłej trawie. Widać było stamtąd Herat, rozciągał się u jej stóp jak plansza do gry: Ogród Kobiet na północy miasta, Czahar sugh i ruiny cytadeli zbudowanej za czasów wielkiego Aleksandra na południu. Widziała w oddali minarety, jak zakurzone palce olbrzymów, i ulice, wypełnione, jak sobie wyobrażała, mnóstwem ludzi, wózków, mułów. Zobaczyła nurkujące i zataczające koła jaskółki. Zazdrościła tym ptakom. One były w Heracie. Latały nad meczetami i bazarami. Może siadały na murach domu Dżalila, na schodach przed jego kinem?

Zebrała dziesięć kamyków i ułożyła je pionowo w trzech kolumnach. Czasami, kiedy Nana nie widziała, bawiła się w tę grę. Ułożyła cztery kamyki w pierwszej kolumnie, to były dzieci Chadidżi, trzy kolejne jako dzieci Afsun i trzy w ostatnim rzędzie jako dzieci Narges. A potem dodała czwartą kolumnę. Samotny jedenasty kamyk.

*

Następnego ranka Mariam włożyła kremową sukienkę sięgającą jej do kolan, bawełniane spodnie i zielony hidżab na włosy. Dręczył ją trochę ten hidżab, bo był zielony i nie pasował do sukienki, ale musiała się nim zadowolić, ponieważ mole zrobiły dziury w białym.

Spojrzała na zegarek. Był to stary zegarek na rękę, z czarnymi cyframi i jasnozieloną tarczą, prezent od mułły Faizullaha. Była dziewiąta rano. Zastanawiała się, gdzie jest Nana. Pomyślała, żeby wyjść na zewnątrz i jej poszukać, ale bała się konfrontacji, zranionego spojrzenia. Nana oskarżyłaby ją o zdradę. Wyśmiałaby jej chore ambicje.

Mariam usiadła. Starała się zabić czas, rysując słonia jednym pociągnięciem, tak jak nauczył ją Dżalil. Zdrętwiała od siedzenia bez ruchu, ale z obawy, że pogniecie ubranie, nie chciała się położyć.

Kiedy wskazówki zegarka pokazały wreszcie jedenastą, Mariam wrzuciła do kieszeni jedenaście kamyków i wyszła na zewnątrz. Idąc nad strumień, zauważyła Nanę siedzącą na krześle, w cieniu, pod koroną płaczącej wierzby. Mariam nie była pewna, czy Nana ją zauważyła.

Mariam czekała nad strumieniem, w miejscu, w którym umówiła się z Dżalilem poprzedniego dnia. Po niebie przepłynęło kilka szarych chmur w kształcie kalafiorów. Dżalil wyjaśnił jej, że szare chmury mają taki kolor, ponieważ są tak gęste, że ich górne części absorbują światło słoneczne i rzucają cień na dolną część chmury. „To, co widzisz, Mariam dżun — powiedział — to ciemność ich brzuchów”.

Minęło trochę czasu.

Mariam wróciła do domu. Tym razem okrążyła polanę od zachodniej strony, żeby nie przechodzić obok Nany. Spojrzała na zegarek. Była prawie pierwsza.

Jest człowiekiem interesu, pomyślała Mariam. Coś musiało mu wypaść.

Wróciła nad strumień i czekała jeszcze przez jakiś czas. Kosy krążyły nad jej głową, nurkowały gdzieś w trawach. Obserwowała gąsienicę mozolnie pokonującą drogę u stóp rozwijającego się ostu.

Czekała, aż zdrętwiały jej nogi. Tym razem nie wróciła do kolby. Podwinęła nogawki spodni do kolan, przeszła przez strumień i po raz pierwszy w życiu ruszyła w dół wzgórza w stronę Heratu.

*

Nana myliła się również co do Heratu. Nikt nie wytykał jej palcami. Nikt się z niej nie śmiał. Mariam szła przez hałaśliwe, zatłoczone miasto, wysadzane cyprysami bulwary, w strumieniu pieszych, rowerzystów i ciągniętych przez muły riksz i nikt nie rzucał w nią kamieniami. Nikt prawie na nią nie patrzył. Nieoczekiwanie w jakiś cudowny sposób była tam kimś zupełnie zwyczajnym.

Przez jakiś czas Mariam stała nad owalnym basenem pośrodku parku, gdzie krzyżowały się żwirowane alejki. Z zachwytem przesuwała dłonią po pięknych marmurowych koniach ustawionych wokół basenu, z matowymi oczami wbitymi w taflę wody. Podglądała grupę chłopców, którzy puszczali papierowe łódki. Wszędzie rosły kwiaty: tulipany, lilie, petunie, a ich płatki skąpane były w promieniach słońca. Ludzie spacerowali alejkami, siadali na ławkach i popijali herbatę.

Mariam z trudem mogła uwierzyć, że znalazła się w tym miejscu. Serce biło jej mocno z podniecenia. Chciałaby, żeby zobaczył ją teraz mułła Faizullah. Byłby nią zachwycony. Była taka dzielna! Rozkoszowała się myślą o czekającym ją tu życiu u boku ojca, z siostrami i braćmi, życiu, w którym kochałaby i byłaby kochana bez zastrzeżeń i poczucia wstydu.

Żwawym krokiem wróciła na szeroką arterię biegnącą obok parku. Minęła starych sprzedawców o pomarszczonych twarzach, którzy siedzieli w cieniu platanów i patrzyli na nią beznamiętnym wzrokiem zza piramid wiśni i kopców winogron. Bosonodzy chłopcy uganiali się za samochodami i autobusami, machając torebkami z pigwami. Mariam stanęła na rogu ulicy i przyglądała się przechodniom, nie rozumiejąc, jak mogą być tak obojętni na te wszystkie otaczające ich cuda.

Po jakimś czasie zdobyła się na odwagę i spytała niemłodego woźnicę rikszy ciągniętej przez konia, czy wie, gdzie mieszka Dżalil, właściciel kina. Starszy mężczyzna miał pulchne policzki i ubrany był w pasiasty tęczowy czapan3.

— Nie jesteś z Heratu, prawda? — spytał dobrotliwie. — Tu każdy wie, gdzie mieszka Dżalil.

— Może mi pan wskazać drogę?

Rozwinął cukierek z papierka i spytał:

— Jesteś sama?

— Tak.

— Wskakuj. Zawiozę cię tam.

— Nie mogę zapłacić. Nie mam żadnych pieniędzy.

Dał jej cukierek. Powiedział, że od dwóch godzin nie miał żadnego kursu, więc i tak zamierzał wrócić do domu. A dom Dżalila jest po drodze.

Mariam wsiadła do rikszy. Jechali w milczeniu, siedząc obok siebie. Po drodze Mariam widziała sklepy z ziołami, otwarte na ulicę sklepiki, gdzie można było kupić pomarańcze i gruszki, książki, szale, a nawet sokoły. Dzieci grały w kulki na okręgach wyznaczonych w ulicznym kurzu. Przed kawiarniami, na okrytych dywanami platformach, mężczyźni popijali herbatę i palili tytoń w fajkach wodnych.

Starszy mężczyzna skręcił w szeroką, wysadzaną iglastymi drzewami ulicę i zatrzymał konia w jej połowie.

— Jesteśmy na miejscu. Wygląda na to, że masz szczęście, dochtar dżun. To jego samochód.

Mariam wyskoczyła na chodnik. Woźnica uśmiechnął się i odjechał.

*

Mariam nigdy dotąd nie dotknęła samochodu. Teraz przesuwała palcami po masce. Samochód Dżalila był czarny, lśniący, a w jego połyskujących kołach widziała swoje odbicie, płaskie i poszerzone. Siedzenia były obite białą skórą. Za kierownicą Mariam zobaczyła okrągłe szklane panele ze wskazówkami.

Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy w głowie głos matki, drwiącej, wyszydzającej głęboko zakorzeniony blask jej nadziei. Na drżących nogach Mariam podeszła do frontowych drzwi. Obiema dłońmi dotknęła muru. Był taki wysoki, taki przerażający, mur Dżalila. Musiała wyciągnąć szyję, by zobaczyć wierzchołki cyprysów majaczące po drugiej stronie. Cyprysy zakołysały się w powiewie wiatru, a Mariam wyobraziła sobie, że kiwają jej na powitanie. Czuła, że za chwilę zemdleje, ale udało jej się opanować swoje ciało.

Drzwi otworzyła bosonoga kobieta. Miała tatuaż pod dolną wargą.

— Przyszłam do Dżalila Chana. Nazywam się Mariam. Jestem jego córką.

Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę, a potem nagle jakby doznała olśnienia. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech i nagle z przejęciem i niecierpliwością powiedziała szybko:

— Poczekaj tutaj.

Zamknęła drzwi.

Minęło kilka minut. Potem drzwi otworzył jakiś mężczyzna. Był wysoki, szeroki w barach, miał senne oczy i spokojną twarz.

— Jestem szoferem Dżalila Chana — oznajmił całkiem uprzejmie.

— Kim?

— Jego kierowcą. Dżalila Chana nie ma w domu.

— Widzę jego samochód — oświadczyła Mariam.

— Wyjechał w pilnych interesach.

— Kiedy wróci?

— Nie powiedział.

Mariam odparła, że poczeka.

Mężczyzna zamknął bramę. Mariam usiadła i podciągnęła kolana pod brodę. Był wczesny wieczór i zaczynała być głodna. Zjadła cukierka, którego dostała od woźnicy. Chwilę później kierowca znów się pojawił.

— Musisz już wracać do domu — rzekł. — Za niecałą godzinę zrobi się ciemno.

— Jestem przyzwyczajona do ciemności.

— Zrobi się też zimno. Mogę odwieźć cię do domu. Powiem mu, że tu byłaś.

Mariam ledwie na niego spojrzała.

— Wobec tego zabiorę cię do hotelu. Posłuchaj, nikt nie wie, kiedy wróci Dżalil. To może potrwać kilka dni.

Mariam skrzyżowała ręce na piersiach.

Kierowca westchnął i spojrzał na nią z lekkim wyrzutem.

Przez kolejne lata Mariam miała mnóstwo czasu, by zastanawiać się, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby pozwoliła kierowcy odwieźć się do wsi. Ale nie pozwoliła mu na to. Spędziła całą noc przed domem Dżalila. Patrzyła, jak zapada zmierzch, a fasady sąsiednich domów pochłaniają ciemności. Dziewczyna z tatuażem przyniosła jej trochę chleba i ryż, ale Mariam powiedziała, że nie chce jeść. Dziewczyna zostawiła jedzenie obok Mariam. Od czasu do czasu Mariam słyszała kroki gdzieś na ulicy, trzask otwieranych drzwi, stłumione powitania. Zapaliły się światła elektryczne i z okien domów sączyła się słaba poświata. Szczekały psy. Gdy nie mogła już dłużej znieść głodu, zjadła talerz ryżu i chleb. Potem słuchała świerszczy cykających w ogrodach. Nad jej głową na tle jasnego księżyca przesuwały się chmury.

Rankiem ktoś nią potrząsnął i Mariam się obudziła. Stwierdziła, że w nocy ktoś okrył ją kocem.

To kierowca potrząsał ją za ramię.

— Dość tego. Zrobiłaś scenę. Bas. Czas jechać.

Mariam usiadła i potarła oczy. Bolała ją szyja i plecy.

— Będę na niego czekała.

— Spójrz na mnie — rzekł. — Dżalil Chan mówi, że mam cię natychmiast odwieźć do domu. Rozumiesz? Dżalil Chan tak powiedział.

Otworzył tylne drzwi samochodu.

— Bija. No chodź — powiedział miękko.

— Chcę go zobaczyć — oświadczyła Mariam. Jej oczy były pełne łez.

Kierowca westchnął.

— Pozwól, że zawiozę cię do domu. No chodź, dochtar dżun.

Mariam wstała i ruszyła w jego stronę, ale w ostatniej chwili zmieniła kierunek i pobiegła do głównej bramy. Poczuła dłoń kierowcy usiłującą złapać ją za ramię. Wyślizgnęła mu się i wpadła do środka przez uchylone drzwi.

W ciągu tych kilku sekund, które spędziła w ogrodzie Dżalila, zdążyła zobaczyć lśniącą szklaną konstrukcję z kwiatami w środku, winorośl pnącą się po drewnianych kratach, staw dla ryb zbudowany z szarego kamienia, drzewa owocowe i rosnące wszędzie krzewy o jaskrawych kwiatach. Jej oczy prześlizgnęły się po tym wszystkim, nim odnalazły twarz, po drugiej stronie ogrodu, w oknie na piętrze. Twarz pojawiła się tam tylko na chwilę, na ułamek sekundy, ale jej to wystarczyło. Zdążyła zobaczyć rozszerzone oczy i otwarte usta. A potem twarz znikła. Pojawiła się dłoń, która pociągnęła za sznur. Zasłony zostały zaciągnięte.

A potem czyjeś ręce wsunęły się pod jej pachy i została uniesiona w powietrzu. Mariam zaczęła kopać. Z kieszeni wysypały się kamyki. Mariam wciąż kopała i płakała, ale mimo to została przeniesiona do samochodu i posadzona na zimnym, skórzanym, tylnym siedzeniu.

*

Po drodze kierowca przemawiał do niej powściągliwym, uspokajającym tonem. Mariam go nie słuchała. Przez całą drogę podskakiwała na tylnym siedzeniu i płakała. Były to łzy żalu, złości, rozczarowania. Ale przede wszystkim łzy głębokiego wstydu z powodu tego, że w tak głupi sposób oddała się Dżalilowi, że tak się przejmowała, w co ma się ubrać, martwiła niepasującym hidżabem, szła taki kawał drogi, nie chciała odejść, spała na ulicy jak bezdomny pies. I wstyd jej było za to, że odrzuciła pełne bólu spojrzenie matki, jej spuchnięte oczy. Nana ją ostrzegała i przez cały czas miała rację.

Mariam wciąż myślała o jego twarzy, tam w oknie. Pozwolił jej spać na ulicy. Na ulicy. Mariam leżała i płakała. Nie chciała usiąść, nie chciała, by ją ktoś zobaczył. Wyobrażała sobie, że tego ranka cały Herat dowiedział się, jak się zhańbiła. Chciała, żeby był przy niej teraz mułła Faizullah, mogłaby położyć głowę na jego kolanach, a on by ją pocieszył.

Po jakimś czasie droga stała się bardziej wyboista, a maska samochodu unosiła się raz po raz. Wjechali na biegnącą w górę drogę łączącą Herat z Gol Daman.

Zastanawiała się, co powie Nanie. Jak ją przeprosi? Jak w ogóle spojrzy jej w oczy?

Samochód zatrzymał się i kierowca pomógł jej wysiąść.

— Odprowadzę cię — powiedział.

Dała mu się poprowadzić przez drogę i dalej biegnącym w górę traktem. Przy ścieżce rosło kapryfolium i trojeść. Pszczoły latały wśród kolorowych polnych kwiatów. Kierowca wziął ją za rękę i pomógł jej przejść przez strumień. Potem puścił ją i zaczął opowiadać o tym, jak to wkrótce zaczną wiać od rana do zmierzchu słynne herackie wiatry wiejące sto dwadzieścia dni, a małe czarne muszki zaczną się gorączkowo odżywiać, a potem nagle stanął przed nią, starając się zakryć jej oczy i popychał ją w stronę, z której przyszli, mówiąc:

— Wracaj! Nie. Nie patrz. Nie odwracaj się! Wracaj!

Ale nie był dość szybki. Mariam spojrzała. Podmuch wiatru rozsunął opadające gałęzie płaczącej wierzby jak kurtynę i Mariam zdążyła zobaczyć pod drzewem przewrócone proste krzesło. Sznur zwisający z gałęzi. I wiszącą na nim Nanę.

6

Pochowali Nanę w rogu cmentarza w Gol Daman. Mariam stała obok Bibi dżun, wraz z innymi kobietami, a mułła Faizullah recytował nad grobem modlitwy. Potem mężczyźni opuścili owinięte w całun ciało Nany do grobu.

Dżalil odprowadził Mariam do domu i przed wszystkimi towarzyszącymi im mieszkańcami wioski odstawił przedstawienie, aby pokazać, jaki jest dla niej dobry. Zebrał jej niewielki dobytek i zapakował do walizki. Usiadł obok niej na posłaniu, na którym leżała, i wachlował jej twarz. Pogłaskał ją po czole i ze zbolałą miną spytał, czy jest jej coś, cokolwiek potrzebne — tak to powiedział, aż dwa razy.

— Chcę mułłę Faizullaha — poprosiła Mariam.

— Oczywiście. Jest na zewnątrz. Zaraz go tu przyprowadzę.

Dopiero kiedy w drzwiach kolby pojawiła się szczupła, zgarbiona sylwetka mułły Faizullaha, Mariam po raz pierwszy tego dnia się rozpłakała.

— Och, Mariam dżun.

Usiadł obok niej i zakrył jej twarz swoimi dłońmi.

— Płacz, Mariam dżun, płacz. Nie ma się czego wstydzić. Ale pamiętaj, moje dziecko, co mówi Koran: Błogosławiony niech będzie Ten, w którego ręku jest królestwo — On jest nad każdą rzeczą wszechwładny! Który stworzył śmierć i życie, aby was doświadczyć4. Koran mówi prawdę, moje dziecko. Bóg nie bez przyczyny wystawia nas na próbę i zrzuca na nasze barki smutek.

Ale Mariam nie znajdowała pocieszenia w słowie bożym. Nie tego dnia. Nie wtedy. Jedyne, co słyszała, to słowa Nany mówiącej: „Umrę, jeśli odejdziesz, po prostu umrę”. Mogła tylko płakać i płakać, a łzy kapały na cienką jak papier, pokrytą plamami skórę dłoni mułły Faizullaha.

*

W drodze do domu Dżalil usiadł na tylnym siedzeniu obok Mariam i otoczył ją ramieniem.

— Możesz ze mną zostać, Mariam dżun — powiedział. — Poprosiłem już o uprzątnięcie pokoju dla ciebie. Jest na piętrze. Myślę, że ci się spodoba. Będziesz miała ładny widok na ogród.

Po raz pierwszy Mariam słuchała go uszami Nany. Teraz wyraźnie słyszała nieszczerość, jaka zawsze czaiła się za jego słowami, czcze, fałszywe zapewnienia. Nie mogła zmusić się, by na niego spojrzeć.

Kiedy samochód zatrzymał się przed domem Dżalila, kierowca otworzył im drzwi i wziął walizkę Mariam. Dżalil wprowadził ją, trzymając obie dłonie na jej ramionach, przez tę samą bramę, przed którą dwa dni temu Mariam spała na chodniku, czekając na niego, dwa dni wcześniej — kiedy marzyła tylko o tym, by wejść do tego ogrodu z Dżalilem. Teraz czuła się tak, jakby działo się to wieki temu. Zastanawiała się, jak to możliwe, że jej życie przewróciło się do góry nogami w tak krótkim czasie. Szła ze spuszczonym wzrokiem, patrząc na swoje stopy kroczące po alejce z szarych kamiennych płyt. Była świadoma obecności jakichś ludzi w ogrodzie, szepczących, rozstępujących się przed nią i Dżalilem na boki. Czuła ciężar spoczywających na niej spojrzeń, oczu spoglądających z góry, z okien.

W domu Mariam również nie podniosła głowy. Szła po rdzawoczerwonym dywanie w biało-żółte ośmioboki, kątem oka dostrzegła marmurowe podstawy jakiś statuetek, dolne części waz, postrzępione brzegi niezwykle kolorowych kobierców wiszących na ścianach. Schody, którymi szła z Dżalilem, były bardzo szerokie i okryte podobnymi dywanami, przybitymi do każdego schodka. Na szczycie schodów Dżalil skręcił w lewo, do kolejnego wykładanego dywanami holu. Stanął przed jakimiś drzwiami, otworzył je i wpuścił Mariam do środka.

— Twoje siostry, Nilufar i Atije, czasem tu się bawią — powiedział Dżalil. — Ale zwykle jest to pokój gościnny. Myślę, że będzie ci tu wygodnie. Jest ładny, prawda?

W pokoju stało łóżko przykryte zielonym kwiecistym kocem o zwartym splocie, na wzór plastra miodu. Zasłony, odsłonięte, by widać było ogród, pasowały do koca. Za łóżkiem stała komoda z trzema szufladami, a na niej wazon. Na ścianach pełno było półek z oprawionymi zdjęciami osób, których Mariam nie znała. Na jednej z półek zauważyła kolekcję identycznych drewnianych lalek ustawionych w rzędzie od największej do najmniejszej.

Dżalil zauważył, że im się przygląda.

— To matrioszki. Przywiozłem je z Moskwy. Możesz się nimi bawić, jeżeli chcesz. Nikomu nie będzie to przeszkadzać.

Mariam usiadła na łóżku.

— Czy ci czegoś potrzeba? — spytał Dżalil.

Mariam położyła się i zamknęła oczy. Po jakiejś chwili usłyszała, że Dżalil cicho zamyka za sobą drzwi.

*

Mariam wychodziła z pokoju tylko wtedy, gdy musiała skorzystać z łazienki znajdującej się w holu. Dziewczyna z tatuażem, ta, która otworzyła bramę, przynosiła jej posiłki na tacy: kebab z jagnięciny, sabzi, zupę asz. Większość z tego pozostawała nietknięta. Dżalil przychodził kilka razy dziennie, siadał obok niej na łóżku i pytał, czy wszystko jest w porządku.

— Możesz jeść na dole razem z nami — powiedział bez zbytniego przekonania. Trochę nazbyt gorliwie przytaknął, gdy odparła, że woli jeść sama.

Przez okno Mariam obserwowała beznamiętnie to, co przez większą część życia tak bardzo chciała zobaczyć: zwykły rytm życia Dżalila. Służących wchodzących i wychodzących przez główną bramę. Ogrodnika, który stale przycinał krzewy i podlewał rośliny w szklarni. Samochody o długich lśniących maskach parkujące na ulicy. I wysiadających z nich mężczyzn w garniturach albo w czapanach i karakułowych czapkach, kobiety w hidżabach i starannie uczesane dzieci. A kiedy widziała, jak Dżalil podaje dłoń tym nieznajomym, jak krzyżuje dłonie na piersiach i skłania głowę przed ich żonami, wiedziała, że Nana mówiła prawdę. Ona nie należała do tego świata.

Ale gdzie jest moje miejsce? Co ja teraz zrobię?

„Jestem wszystkim, co masz na tym świecie, Mariam, a kiedy mnie zabraknie, niczego nie będziesz miała. Niczego. Sama jesteś niczym!”.

Mariam przenikały podmuchy trudnej do opisania ciemności, podobne wiatrom unoszącym gałęzie wierzb wokół kolby.

Drugiego dnia pobytu Mariam w domu Dżalila do jej pokoju przyszła mała dziewczynka.

— Muszę coś zabrać — powiedziała.

Mariam usiadła po turecku na łóżku i naciągnęła na kolana koc.

Dziewczynka przebiegła przez pokój, otworzyła drzwi szafy i wyjęła szare kwadratowe pudełko.

— Wiesz, co to jest? — spytała i otworzyła pudełko. — To jest gramofon. Gramo. Fon. Puszcza się na nim płyty. No wiesz, muzykę. Gramofon.

— Ty jesteś Nilufar. Masz osiem lat.

Dziewczynka się uśmiechnęła. Miała uśmiech Dżalila i taki sam jak on podbródek.

— Skąd wiesz?

Mariam wzruszyła ramionami. Nie powiedziała jej, że kiedyś nazwała jej imieniem kamyk.

— Chcesz posłuchać piosenki?

Mariam znów wzruszyła ramionami.