47,99 zł
Tysiąc odcieni błękitu– PORUSZAJĄCA OPOWIEŚĆ O ROBOCIE, OD KTÓREGO MOŻEMY UCZYĆ SIĘ CZŁOWIECZEŃSTWA
Rok 2035. Życie dwóch sióstr toczy się w cieniu toru wyścigów konnych. Ich mama prowadzi restaurację tuż przy hipodromie. Starsza siostra, poruszająca się na wózku, spędza w stajni na torze całe dnie. To jedyne miejsce, gdzie czuje, że nikomu nie przeszkadza. Młodsza pasjonuje się robotami i mimo że jeden z nich pozbawia ją pracy, postanawia naprawić przeznaczonego na złom humanoida C-27.
Gdy siostry dowiadują się, że ukochana klacz Today ma zostać uśpiona, postanawiają ją ratować. Obmyślają plan, by koń mógł pobiec w jeszcze jednym, ostatnim wyścigu. Nie będzie to jednak zwykła gonitwa. W przygotowaniach pomoże im wyjątkowo ciekawski i empatyczny robot dżokej.
Tysiąc odcieni błękitu to przejmująca powieść o poświęceniu, miłości i zachwycie nad światem, a także o tym, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo.
DOPIERO GDY ZWOLNIMY, MOŻEMY W PEŁNI DOŚWIADCZYĆ SZCZĘŚCIA.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Boks dla dżokeja był tak ciasny, że dorosły człowiek mógłby co najwyżej usiąść w nim skulony. Nie było tam dość miejsca, żeby spokojnie się położyć lub chociaż rozprostować nogi. Zajmujący go zawodnik wcale jednak nie musiał tego robić. Miał metr pięćdziesiąt, ważył czterdzieści kilo i tkwił bez końca w tym kwadratowym boksie bez okien. Betonowe pomieszczenie zdawało się mniejsze i duszniejsze, niż było w rzeczywistości. Dżokejowi C-27 nie podobało się to, że nie może stamtąd ujrzeć nieba. Wiedział, że mówienie o upodobaniach nie pasuje do kogoś takiego jak on, ale to wyrażenie wydało mu się najtrafniejsze. Siedział bez ruchu w skąpanej w ciemności przestrzeni i czekał. Nie przestawał czekać.
Na nią.
I tak oto dochodzimy do końca tej opowieści. Do moich ostatnich chwil.
Właśnie spadam. Przy normalnej prędkości nie zajęłoby to nawet trzech sekund. Ja jednak oddalam się od nieba powoli, stopniowo – trwa to znacznie dłużej niż wspomniane trzy sekundy. Nawet jeśli moje ciało z całym impetem uderzy o ziemię, nie poczuję bólu, ale wiem, że nie zdołam uniknąć roztrzaskania się na kawałki. Ktoś kiedyś wspomniał, że niemożność odczuwania cierpienia jest sensem mojej egzystencji i największą zaletą, lecz ja się z tym nie zgadzam. Gdybym tylko mógł doświadczać bólu, nie upadłbym w ten sposób i nie doczekał takiego końca. Wywnioskowałem, że ból jest najlepszym z istniejących mechanizmów obronnych, dostępnym jedynie dla istot żywych. To on sprawia, że ludzie żyją i dalej się rozwijają. Przekonałem się o tym zarówno fizycznie, jak i czysto teoretycznie. Czy w trakcie upadku zdążę opowiedzieć całą tę historię? Z logicznego punktu widzenia to niemożliwe, ale moje ostatnie chwile są tak wydłużone w czasie, że kto wie – może się uda.
Jeszcze trzy sekundy temu siedziałem na grzbiecie Today. To piękna kara klacz o grzywie tak gładkiej, że mieni się jak tafla wody. Możliwe, że zdołam opowiedzieć o niej dokładniej. Teraz liczy się tylko to, że Today jest koniem wyścigowym, z którym zsynchronizowałem swój „oddech”. Tak więc to ja jestem dżokejem „oddychającym” razem z nią. Poznaliśmy się pół roku temu, w marcu, a nasza znajomość okazała się wypadkową śmiertelnego błędu i szansy. Mógłbym co prawda wejść w szczegóły, ale teraz najważniejsza jest ta chwila – wrześniowy dzień, kiedy po raz ostatni zrobiliśmy wspólny wdech. Nazwałbym go wręcz dniem historycznym. Dla ludzi oznacza to czasem początek czegoś nowego, ale o wiele częściej symbolizuje moment, w którym zdarza się cud. Właśnie dziś zdarzył się drugi cud w moim krótkim życiu.
Słyszę krzyki tłumu. Wygląda na to, że mój długi, rozciągnięty w czasie upadek nareszcie dobiega końca. Yeon-jae zasugerowała, by po tym wyścigu pomalować moje obdrapane ciało świeżą warstwą farby. Spytała, jaki kolor by mi odpowiadał. Uważałem, że zieleń, która pierwotnie mnie pokrywała, idealnie zgrałaby się z moim imieniem, ale kiedy siedziałem w pokoju na piętrze, wyglądając przez okno, zdecydowałem się na błękitny. Yeon-jae przytaknęła.
Yeon-jae, nazwisko: Woo. To imię jest dla mnie równie ważne jak Today. Jest moją wybawczynią i światem, który mnie wybrał. Gdyby wiedziała, że tak ją określam, zapewne popatrzyłaby na mnie, marszcząc brwi tak mocno, że u nasady nosa ukazałyby się głębokie bruzdy. Przybrałaby tę tajemniczą minę – niezadowoloną, lecz bez krztyny skrywanej niechęci.
Właśnie dzięki niej razem z Today ponownie stanęliśmy na torze. Yeon-jae to najzwyklejsza, a zarazem wyjątkowa i odważna osoba, która sprawiła, że wydarzył się kolejny cud.
Moje nogi całkowicie oddzieliły się od ciała Today. Klacz będzie biec dalej z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę – nie za szybko, ale i nie za wolno. W równym tempie będzie kontynuować darowane jej na nowo życie, wolna od ucisku tego świata.
Jeszcze kilka dni temu ona była koniem skazanym na uśpienie, a ja czekającym na zezłomowanie dżokejem. Teraz Today znów gna po torze. A ja spadam. Gdy dotknę ziemi, rozpadnę się na kawałki. Ludzie określają tego typu przewidywania mianem „intuicji”, ale ja tylko obliczam prawdopodobieństwo na podstawie danych wejściowych i algorytmów. Moje szacunki dotyczące przyszłości nigdy nie zawodzą.
Chciałbym opowiedzieć o tym, czego doświadczyłem przez krótki czas, który dane mi było tutaj spędzić.
Nazywam się Coli. A właściwie Broccoli – jak zielone warzywo, które przypominało mój kask.
Zanim Coli poznał Yeon-jae, nazywano go C-27.
Powstał w roku dwa tysiące trzydziestym piątym w południowokoreańskim Daejeon, gdzie zmontowano go z części wyprodukowanych w Stanach Zjednoczonych, Chinach i Japonii. Od innych humanoidalnych dżokejów różnił się jednym szczegółem: na końcowym etapie omyłkowo zainstalowano mu niewłaściwy czip. Wypadł on przypadkiem z teczki pewnego studenta, który przyglądał się pracy na linii produkcyjnej, żeby sporządzić raport. Oprogramowanie zawierające zdolności poznawcze i umiejętność uczenia się było przeznaczone dla dopiero opracowywanych humanoidów naukowych. W żadnym razie nie miało trafić do robotów, które wykorzystywano do wyścigów konnych. Ale badacz od trzech dni krążył po fabryce, prawie nie śpiąc, i był już tak zmęczony, że ledwo unosił powieki. I akurat pod koniec procesu, gdy witał się z kierownikiem działu, któremu chciał wręczyć swoją wizytówkę, czip wysunął się z kieszeni jego teczki. Badacz nie mógł tego jednak zauważyć, zbyt zajęty przetrząsaniem portfela w poszukiwaniu nieszczęsnego kartonika. Wyczerpany, myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej się położyć. Na domiar złego czip znalazł pracownik sprzątający halę, który bez namysłu podniósł go i wrzucił do pudła z innymi układami scalonymi.
Na tym etapie doszło do dwóch niewyobrażalnych pomyłek: najpierw badacz upuścił podzespół, potem sprzątacz zmieszał go z pozostałymi. Coś takiego nigdy by się nie wydarzyło, gdyby w grę wchodziły dwie maszyny. C-27 narodził się więc wskutek błędu człowieka.
C-27 otworzył oczy, kiedy jeden z pracowników mocno nim potrząsnął, żeby sprawdzić, czy przekaźnik bezpieczeństwa działa prawidłowo. Humanoid uderzył tyłem głowy o metalowy element przytwierdzający go do pojazdu, ale, w odróżnieniu od pozostałych dżokejów, dla jego systemu był to sygnał nakazujący włączenie zasilania i otworzenie oczu. Pracownik odpowiedzialny za transport już zdążył go minąć, nie zauważył więc podświetlonego spojrzenia C-27 i zamknął naczepę.
Konwój kilku ciężarówek wyruszył z Daejeon do Seulu. Za każdym razem, gdy automatyczne pojazdy płynnie pokonywały kolejny zakręt, korpusy robotów lekko się przechylały. W jednej ze ścian znajdowało się wąskie, podłużne okno, będące dla C-27 jedynym sposobem na zobaczenie świata zewnętrznego. Ciężarówki bez zatrzymywania się sunęły autostradą pod osłoną nocy, co jakiś czas przejeżdżając przez skąpane w niebieskawym świetle tunele. Około godziny przed dotarciem na miejsce C-27 zaobserwował wschód słońca. Strużka blasku wpadła przez wąską szybę i musnęła ścianę naczepy. Chcąc jej się przyjrzeć, C-27 z trudem obrócił unieruchomioną głowę i jego wzrok napotkał rząd innych humanoidalnych dżokejów z wyłączonym zasilaniem.
– Przepraszam?
Pierwszy raz zdał sobie sprawę z tego, że potrafi mówić. Zagadnął jeszcze kilka razy, lecz nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Przez chwilę patrzył, jak roboty kołyszą się na boki w rytm pojazdu, po czym obrócił głowę z powrotem. Słońce w pełni wzeszło, ukazując skąpany blaskiem świat.
– Niesamowite.
C-27 był zdumiony stopniem nasycenia wszechobecnych barw, choć jeszcze bardziej zdziwił go fakt, że zna wyraz „niesamowite”. Momentalnie nabrał ciekawości, jak dużo słów może przywołać. Zanim dotarli do celu, wpatrywał się w szybę, raz po raz wyrzucając z siebie przypadkowe hasła, które akurat przyszły mu na myśl. Wspaniały. Ładny. Piękny. Żółty. Czerwony. Błękitny. Szybki. Straszny. Przeraźliwy. Chłodny. Zimny. Gorący. Hałaśliwy. Bolesny. Trudny. Dręczący... Znał też inne, które nie były przymiotnikami. Recytował więc kolejne wyrazy.
Dojechali na miejsce tuż przed tym, jak przestrzeń ciężarówki zdążyła w całości zapełnić się wypowiedzianymi na głos słowami. Tak się zresztą złożyło, że do tego momentu C-27 zdążył wykorzystać cały zasób swojego słownictwa. Tysiąc. Dokładnie tyle był w stanie z siebie wykrzesać. Z pewnością mógłby z nich ułożyć znacznie więcej zdań. Już zamierzał sprawdzić, ile zdoła ich sklecić, ale w tej samej chwili drzwi się otworzyły i pracownik zaskoczony tym, że jeden z robotów działa, wyłączył mu zasilanie, udaremniając jego plan.
Gdy C-27 ponownie otworzył oczy, znajdował się w wąskiej betonowej komórce. Nie było tam żadnego okna, funkcję drzwi pełniła stalowa krata. Pomieszczenie było na tyle duże, że swobodnie można było tam stać lub siedzieć, lecz zbyt wąskie, żeby się położyć czy wyciągnąć nogi. Wiszący na ścianie przewód ładowania był przypięty do jego karku. C-27 odłączył go i wstał. Nie mogąc wychylić się przez gęsto umieszczone pręty, chwycił je i zawołał do robota skulonego w boksie naprzeciwko:
– Przepraszam?
Humanoid uniósł głowę. Twarz miał pomalowaną na czerwono, na jego piersi widniało oznakowanie: F-16.
– Co robisz? – spytał C-27.
F-16 wpatrywał się w niego w milczeniu.
– Wiesz może, gdzie jesteśmy?
Na szyi robota błysnęło światło, ale nie wydobył się żaden dźwięk. C-27 zrezygnował z zadawania kolejnych pytań i usiadł naprzeciw F-16. Wskazówka sekundowa na tarczy wiszącego w boksie zegara przypominała o upływającym czasie, on jednak nie potrafił oszacować, jak długo to wszystko trwało. Siedział bez ruchu, zwrócony twarzą do drugiego dżokeja, gdy tymczasem wskazówka zdążyła wykonać półtora obrotu.
Dopiero następnego dnia zrozumiał, dlaczego F-16 nie reagował. Do boksu podszedł mężczyzna w czarnym płaszczu, a z nim dwie kobiety w grubych bomberkach.
– Nie wydaje żadnego dźwięku. Mówiłem, że jest zepsuty. Ech... – powiedział mężczyzna, zaciągnąwszy się papierosem. – Zabierzcie go i sprowadźcie w zamian nowego. Ale przedtem porządnie sprawdźcie, czy wszystko działa jak należy.
Humanoid został umieszczony w niedużym pudle. C-27 podniósł się, żeby zobaczyć znikającego sąsiada. Nie mogąc jednak wystawić głowy przez metalowe pręty, tylko przysłuchiwał się cichnącym stopniowo krokom. Wbił wzrok w pusty boks naprzeciwko. I wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Zegar wiszący na ścianie nie był zepsuty, a jednak czas zdawał się płynąć wolniej. C-27 nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić tego niezwykłego zjawiska, dlatego po prostu uznał je za dziwne.
Minęły pięćdziesiąt dwie godziny, zanim otwarto drzwi do jego boksu. Stanął w nich mężczyzna w czarnym płaszczu, którego widział wcześniej. Ubrany był tak samo, ale tym razem towarzyszyło mu czterech innych mężczyzn.
– Wyłaź – mruknął niewyraźnie z papierosem w ustach, ale C-27 bez problemu zrozumiał polecenie i ruszył przed siebie.
W ślad za mężczyznami opuścił budynek. Przez dłuższą chwilę maszerowali wzdłuż ogrodzenia. Po obu stronach ścieżki stały ogołocone drzewa, a opadłe liście przy każdym kroku chrupały pod stopami.
– Chrup, chrup – powiedział C-27, naśladując wyłapany dźwięk.
Idący obok mężczyzna najwyraźniej usłyszał ciche mamrotanie robota, bo zerknął na niego kątem oka, ale w żaden sposób tego nie skomentował. W końcu dotarli do ogromnego hipodromu. Wchodząc na jego teren, C-27 rozejrzał się po pustych trybunach. Dziewiętnastu humanoidalnych dżokejów stało w równym rzędzie na trawniku. C-27 zajął miejsce na końcu szeregu. Po chwili przydzielono go do karej klaczy imieniem Today. Właśnie wtedy po raz pierwszy ujrzał konia.
Mężczyzna w płaszczu usiadł na krześle pośrodku placu. Dżokeje jeden po drugim dosiadali swoich wierzchowców, niespiesznie okrążając tor. Zwierzęta szły powoli, ale w pewnym momencie rzucały się do galopu. Niektórzy jeźdźcy trzymali się stabilnie i bez problemu kończyli okrążenie, inni zaś tracili równowagę i spadali. Mężczyzna obserwował wszystko w milczeniu. Jeden ze stojących obok pracowników bez przerwy zaznaczał coś na liście.
Gdy nadeszła kolej C-27, pracownik z plakietką „Do Min-ju” pociągnął za wodze Today, nakłaniając ją do wejścia na tor, a następnie przesunął dłonią po całej długości jej szyi. Robot spokojnie przyglądał się z boku. Min-ju kazał mu przytrzymać siodło, wsunąć stopę w strzemię i dosiąść klaczy. Naśladując go, C-27 najpierw pogłaskał klacz po szyi. Głask, głask, głask.
– Co ty wyprawiasz? – rzucił rozbawiony Min-ju.
– Dlaczego najpierw ją pogłaskałeś? – zapytał C-27.
Min-ju na moment się zamyślił, po czym odparł:
– W ten sposób nawiązuję z nią kontakt. Dałem jej znać, że zaraz jej dosiądziesz.
– Jak mogła zrozumieć, co chcesz jej powiedzieć, skoro użyłeś tylko dłoni?
– To swego rodzaju szyfr. Obietnica.
– Obietnica. – C-27 skwapliwie powtórzył to słowo. Obietnice wydały mu się bardzo wygodne. Za sprawą jednego gestu można zaoszczędzić sobie niepotrzebnego tłumaczenia. Wystarczy pogłaskać konia, pociągnąć za wodze, wdrapać się na niego i odpowiednio wykrzyczeć kilka komend, by następnie pokonać całe okrążenie, nie odzywając się już ani słowem.
Raz jeszcze pogładził końską szyję, wsunął stopę w strzemię i usadowił się w siodle. Z początku niespiesznie pokonywał tor, wyprostowany jak struna. Kiedy jego głowa, łokcie i pięty znajdowały się w jednej linii, dolny odcinek pleców amortyzował ruchy konia. Biodra zostały zaprojektowane tak, by zginać się swobodnie przy każdym kroku zwierzęcia, dlatego C-27 nie musiał w żaden sposób się wysilać. Przez pewien czas patrzył przed siebie, po czym przeniósł wzrok na ściskające wodze dłonie, a następnie na unoszące się w powietrzu stopy.
– Nie rozpraszaj się, patrz naprzód – polecił maszerujący w ich tempie Min-ju.
– Czuję się zupełnie inaczej niż podczas jazdy ciężarówką – zauważył robot, spoglądając w dal.
Mężczyzna spojrzał na niego i oznajmił, że teraz przejdą do galopu. Zgodnie z instrukcjami C-27 opuścił pięty i oderwał tyłek od siodła. Przyciskając uda do boków konia, pochylił się nad jego grzbietem, by utrzymać równowagę. Min-ju wyjaśnił, że tę pozycję nazywa się półsiadem. Kiedy dał sygnał do biegu, klacz zaczęła stopniowo zwiększać prędkość. Dolna część ciała dżokeja z zestawem przegubów podobnym do stawów bez większego wysiłku amortyzowała siłę odrzutu, a zamontowane w pośladkach cylindry hydrauliczne łagodziły siłę uderzania o siodło. C-27 został zaprojektowany tak, by koń w jak najmniejszym stopniu odczuwał jego obecność.
Im szybciej gnała Today, tym mocniejszy stawał się wiatr. C-27 rozpoznał to po jej powiewającej grzywie. Jakim cudem każdy z włosów rozwiany z osobna potrafił zsynchronizować się z pozostałymi niczym żywy organizm, tak że płynęły razem jak wartki strumień? C-27 momentalnie zapragnął ich dotknąć. Puścił trzymane wodze i dotknął końskiej grzywy. Nic nie poczuł. Mimo to przesuwające się między palcami włosie wydało mu się piękne.
W jednej chwili stracił równowagę i gwałtownie się zakołysał. Widząc to, Min-ju krzyknął, żeby z całych sił ściągnął wodze. Zrobił dokładnie tak, jak mu kazano, i Today od razu stanęła. Przeciąwszy biegiem tor na skos, Min-ju zwrócił się do robota, ciężko sapiąc:
– Nie wolno puszczać wodzy. Dlaczego to zrobiłeś?
Ostatnim jego słowom bliżej było do nagany niż faktycznego pytania, ale C-27, nie umiejąc interpretować tonu głosu, odpowiedział spokojnie:
– Bo chciałem dotknąć jej grzywy.
Czoło Min-ju zmarszczyło się, tworząc trzy wyraźne linie, a prawa brew uniosła się wyżej niż lewa. Ruchy jego mięśni mimicznych zdradzały nieco bardziej skomplikowane emocje niż radość, smutek czy gniew. Wyglądało na to, że nie potrafił zrozumieć słów dżokeja. Nie zadawał więcej pytań. Uspokoił oddech i kazał mu zsiąść. C-27 niechętnie rozdzielił się z Today. Nie zapomniał jednak pogłaskać jej po szyi.
Trening dobiegł końca i robot wrócił do ciasnego boksu. Patrzył, jak Min-ju wyjmuje kartę, przystawia ją do czytnika i blokuje zamek.
– Musisz zamykać?
Mężczyzna spojrzał na C-27.
– Martwisz się, że ucieknę, jeśli zostawisz otwarte? Nie masz do mnie zaufania?
– Takie są zasady. Nic nie poradzę.
Robot skinął głową i odsunął się od krat. Nie poprosił, żeby Min-ju je otworzył. Przestrzeganie zasad było ważne. C-27 wiedział, że tylko w ten sposób można zachować porządek społeczny. On sam również musiał stosować się do kilku reguł. Po pierwsze, nie wolno mu było atakować ludzi, po drugie, musiał postępować według ich poleceń. Gdy Min-ju miał już odejść, C-27 zwrócił się do niego jeszcze raz:
– Daj mi, proszę, znać, jeśli zasady się zmienią.
Mężczyzna bez słowa opuścił budynek.
Od tamtej pory C-27 trenował codziennie po pięć godzin. Nie znaczy to oczywiście, że bez przerwy dosiadał Today. Tak naprawdę większość czasu upływała mu na czekaniu. Przez długie godziny tkwił na hipodromie, pochłonięty obserwowaniem nieba i rosnących za ogrodzeniem drzew. Niebo każdego dnia wyglądało inaczej – wraz z upływem czasu zmieniało kolor i kształt. Zazwyczaj było błękitne, ale niekiedy wkradała się tam domieszka fioletu, różu, żółci lub szarości. Nie mając pojęcia, jak określać takie zestawienia barw, C-27 po prostu je łączył: „błękitno-różowy”, „szaro-żółty”. Miał wrażenie, że świat potrzebuje co najmniej tysiąc razy więcej słów, niż on miał do dyspozycji. Jednocześnie ogarniał go niepokój. A co, jeśli te wszystkie wyrazy już istnieją, tylko on ich po prostu nie zna? W jaki sposób mógłby je poznać?
Choć niebo przybierało najróżniejsze kształty, najbardziej lubił, gdy chmury wyraźnie się na nim odznaczały. „Lubić” znaczyło w jego przypadku tyle, że częściej spoglądał w górę i dłużej zawieszał tam wzrok. Obłoki zbijały się, za każdym razem tworząc inny rysunek, różniły się też między sobą gęstością. Ujawniały, że niebo nie jest wcale płaskie, że to trójwymiarowa przestrzeń. Poza tym płynęły po nim, pchane przez wiatr. Jak to możliwe, że unosiły się w powietrzu i nie spadały? W przypadku C-27 byłoby to niemożliwe ze względu na jego ciężar. Któregoś razu powiedział Min-ju, że chciałby dotknąć chmur, lecz ten zupełnie go zignorował.
Z każdym dniem robot i Today coraz bardziej się do siebie zbliżali. Zawsze gładził ją po szyi, raz po raz zapewniając, że im się uda. Min-ju nigdy nie wypytywał o jego motywy, choć dobrze widział, jak zachowuje się C-27.
Stopniowo C-27 zrozumiał, że inne humanoidy nie patrzyły w niebo, nie głaskały swoich koni i nie próbowały zagadnąć Min-ju tak jak on. Nie działał poprawnie. To, że jego zasilanie jakimś trafem włączyło się wcześniej, również musiało być winą awarii. Nic innego nie budziło jednak jego wątpliwości. Nie zastanawiał się na przykład, dlaczego dopadają go takie myśli, czemu chce poznawać słowa i liczy czas upływający mu samotnie w ciasnym boksie. Reakcje C-27 zawsze były natychmiastowe i skupiały się wyłącznie na tym, co akurat widział. Kiedy siedział w swojej celi, nie myślał o niebie, gdy znajdował się na hipodromie, nie liczył czasu, a gdy jechał konno, nie interesowały go żadne słowa.
Czasem jednak ni stąd, ni zowąd napływały do niego niezwykłe zdania. C-27 sądził, że gromadzą się one w specjalnej przestrzeni gdzieś wewnątrz jego ciała. Któregoś razu zatrzymał się tuż przed swoim boksem i zapytał:
– Dlaczego zaczęto organizować wyścigi konne?
Min-ju wyglądał na zaskoczonego. Pytanie wykraczało poza dotychczasowy zakres zainteresowań robota: „Do czego służy ten przedmiot?”, „Dlaczego niebo jest błękitne?”, „Dlaczego pada deszcz?”, „Po co tu ta ziemia?”. Min-ju nie miał ochoty zbyt długo się zastanawiać, ale znalezienie odpowiednich słów zajęło mu trochę czasu. C-27 uważał go za dobrego człowieka. Bo zawsze odpowiadał na jego pytania, nawet jeśli zdarzało mu się rzucić zwykłe „nie wiem”. W przeciwieństwie do mężczyzny w płaszczu i innych, którzy czasem tu zaglądali – ci nie mrugali nawet okiem, gdy humanoidalny dżokej ich witał.
– Bo to dobra zabawa – odparł w końcu Min-ju.
Powód uznał za banalny, nic innego jednak nie przyszło mu do głowy. Zresztą kto wie, może właśnie tak wyglądała prawda? Gdyby wyścigi nie sprawiały nikomu radości, dawno przestano by je organizować. „Dobra zabawa” musiała być zatem powodem, dla którego ich historia ciągnęła się nieprzerwanie od tysięcy lat.
– Dla kogo? Dla koni?
– Nie, dla ludzi.
– Jeśli to zabawa dla ludzi, dlaczego biegają konie? Skoro tak ich to cieszy, czy nie powinni sami biegać?
Min-ju omal nie wybuchnął śmiechem.
– Frajda polega na oglądaniu. Są też tacy, którzy obstawiają zwycięzcę. Tak się składa, że ludzie też urządzają sobie wyścigi, ale w trochę innym celu.
– W takim razie dlaczego konie muszą biegać?
– Jestem pewien, że one również dobrze się przy tym bawią.
W głosie Min-ju kryło się poirytowanie. Próbował jak najszybciej uciąć temat, ale niepotrafiący tego dostrzec C-27 niezmienionym tonem zadał kolejne pytanie:
– Skąd wiesz, że one się bawią?
– Dość już...
– Wyjaśnij mi to, proszę.
– Niby co?
– Ja też chcę wiedzieć, kiedy Today dobrze się bawi. Po czym można to poznać?
Min-ju wiedział, że C-27 wcale by nie zaprotestował, gdyby mu teraz oznajmił, że na nic już nie odpowie. Nie chciał jednak ciągle ignorować jego pytań, więc zaprowadził go do stajni.
Zatrzymali się przed boksem Today. Klacz wystawiła pysk przez szparę w kratach. Min-ju przywitał się, głaszcząc ją nad nosem.
– Dlaczego dotykasz ją w tym miejscu?
– Z tego samego powodu, dla którego głaszczę ją po szyi. To jedna z obietnic. Daję jej znać, że się o nią troszczę.
C-27 wyciągnął dłoń, usiłując powtórzyć ten gest, ale miał zaledwie półtora metra wzrostu, więc z trudem zdołał sięgnąć do nosa zwierzęcia. Min-ju chciał zapytać, czemu tak bardzo frapuje go kwestia komunikacji z klaczą, lecz nie zdobył się na to. Na samą myśl o zadaniu tak poważnego pytania robotowi poczuł się nieswojo.
Min-ju wyjął ze stojącego nieopodal kosza utytłaną w ziemi marchewkę. Była węższa, dłuższa i znacznie bardziej powykręcana niż te, które spożywali ludzie. Gorszej jakości warzywa, nienadające się do sprzedaży, trafiały właśnie tutaj. Nie oznaczało to jednak, że mieli ich pod dostatkiem – stanowiły specjalną przekąskę dla nowych koni podczas treningu lub kiedy te odmawiały jedzenia zwykłej paszy i siana. Today musiała wyczuć zapach przysmaku, bo zaczęła węszyć. Min-ju zakrył dłonią jej nozdrza, sygnalizując, że musi poczekać.
– Wsiadaj. Pomogę ci.
Chwycił robota pod pachy i podniósł, by ten mógł się wdrapać na nieosiodłaną klacz. C-27 objął ją ramionami i podciągnął się. Nawet bez siodła było całkiem nieźle. Nie czuł co prawda dotyku skóry ani sierści, ale grzbiet był płaski, co pozwalało stabilnie na nim siedzieć. Taka budowa była najpewniej skutkiem ewolucji po latach ujeżdżania koni przez ludzi.
– Ile jesteś w stanie wyczuć? Mam na myśli zmysły.
– Nie odczuwam żadnych delikatnych doznań, jakie odbiera skóra. To samo dotyczy temperatury. Czujnik wibracji wykrywa jednak jakieś drgania.
– No dobrze. W takim razie połóż się i obejmij szyję Today.
C-27 wykonał polecenie i wtulił się w klacz. Mężczyzna podał jej marchewkę. Kiedy ją chrupała, robot poczuł drgania. Potem dało się wyłapać subtelne ruchy, gdy pokarm wędrował wzdłuż przełyku. Następnie przyspieszające tętno i cięższy oddech. Były to drobne, lecz wyraźne zmiany.
– Czy to sprawia jej radość?
– No pewnie. W końcu dostała swoją ulubioną przekąskę.
Min-ju nie mógł mieć żadnej pewności, wierzył jednak, że Today naprawdę czerpie z tego radość. Doszedł do wniosku, że odpowiedź przypadła robotowi do gustu, ale szybko zignorował tę myśl. C-27 był co prawda nietypowy, lecz mimo to nie zaliczał się do istot, które mogły odczuwać jakiekolwiek emocje. Zastanawiał się, skąd bierze się u niego ta ciekawość. Czy takie zjawisko występuje u niewielkiej grupy humanoidalnych jeźdźców, czy może ten jest jedynym takim przypadkiem na świecie? Min-ju wiedział, że nie zdoła znaleźć odpowiedzi na te pytania. Ponieważ trafił do tej pracy przypadkiem, nie miał jak zdobyć informacji.
C-27 zamknął oczy i wczuł się w drżenie konia. Czy nadzieja, że robotowi uda się dzięki temu coś zrozumieć, była jedynie czczą fantazją wynikającą z arogancji lub głupoty Min-ju?
Pomógł C-27 zsiąść i kazał mu wrócić do boksu, a ten bez słowa sprzeciwu ruszył we wskazanym kierunku.
Skulony w ciasnym pomieszczeniu C-27 przywołał w myślach wibracje, które odczuł na grzbiecie Today. Zapisał je w pamięci jako „radość”.
Następnego dnia odkrył, że Min-ju miał rację. Kiedy klacz żwawo galopowała przed siebie, C-27 raz jeszcze puścił wodze i położył dłoń na jej grzbiecie. Poczuł znacznie szybsze i silniejsze drgania niż wtedy, gdy jadła marchewkę. To zwierzę zostało stworzone do biegu – tak samo jak on powstał po to, by je dosiadać i brać udział w wyścigach. Kiedy zrozumiał, że Today może odczuwać szczęście, postanowił uzależnić od niego własne zadowolenie. Gdy jej grzywa falowała niczym płynąca woda, a ciało drżało z radości, w pełni wczuwał się w jej przyspieszone tętno. „Today, jesteś szczęśliwa? Skoro tak, to ja też” – mówił.
Od pewnego czasu to on, a nie Min-ju, gładził ją po szyi przed wyścigiem i po skończonym biegu. Osiągali coraz lepsze wyniki, więc wartość klaczy rosła po każdych zawodach. Pewnego dnia tuż przed startem C-27 usłyszał głos komentatora transmisji oglądanej przez ochroniarza:
– Jak państwo widzą, to efekt świetnej synchronizacji. Today i jeździec oddychają jak jedno ciało.
Oddychają. C-27 znał to słowo. Według swojej wiedzy on sam nie oddychał. Posiadanie ciała, które wchodzi w reakcję chemiczną z powietrzem w procesie polegającym na wdychaniu, rozkładzie i wydalaniu z organizmu pewnych substancji, jest przywilejem organizmów żywych. C-27 niczego nie wchłaniał, nie rozbijał na części i nie wyrzucał z siebie resztek. Zamiast tego nieustannie pobierał energię, przetwarzał ją i zużywał. Dlaczego więc tamten człowiek powiedział, że oddychają jak jedno ciało?
– To tylko metafora. Znaczy tyle, że jesteście ze sobą zgrani. Że udany z was duet – wyjaśnił Min-ju.
C-27 wiedział, że ma rację, ale z jakiegoś powodu narastała w nim chęć, by zaprotestować. Wierzył, że on również oddycha. Min-ju robił to nieświadomie, jego pierś unosiła się delikatnie i opadała wraz z każdym kolejnym zaczerpnięciem powietrza. Była to cecha wspólna wszystkich ludzi i zwierząt, z jakimi C-27 miał do czynienia. Organizmy poruszały się mimowolnie przy każdym oddechu. To samo działo się z nim, gdy pędził po torze na grzbiecie Today. Być może różniło się to od pęczniejącej klatki piersiowej, ale on także nie miał wpływu na swoje ciało, które podskakiwało w górę i opadało bez niczyjego polecenia.
– Ja również oddycham, gdy biegnę razem z Today. Dopasowuję się do jej oddechu. Czy to też można nazwać metaforą?
– Myślę, że tak.
Oddychał, ilekroć siedział na grzbiecie galopującej klaczy. A skoro oddychanie było przywilejem zarezerwowanym wyłącznie dla żywych, musiało to oznaczać, że podczas biegu C-27 również ożywał, stawał się prawdziwym organizmem. C-27 żył.
Przynajmniej on sam tak uważał. Żył, gdy pędził razem z Today. A skoro tak właśnie się działo, czym właściwie było całe to życie?
Nie mógł niestety zapytać o to Min-ju. Bo odkąd wartość klaczy przekroczyła pięćdziesiąt milionów wonów1, przydzielono im osobnego trenera, przez co trudniej było widywać się z poprzednim opiekunem. A gdy przy nowym napomknął, że żyje, w odpowiedzi usłyszał:
– Ten robot chyba zwariował.
C-27 z utęsknieniem wyczekiwał dnia, gdy ponownie spotka Min-ju, ale przez długi czas nie było im dane spokojnie porozmawiać. Wartościową klacz i jej dżokeja co jakiś czas wysyłano na wyścigi w inne regiony kraju. Today musiała jeść i załatwiać się po drodze, w ciasnej klatce przewożonej ciężarówką, przez co nie była w stanie odpocząć ani nie dało się jej porządnie wyczyścić. Robotowi nie pozostało nic więcej, jak głaskać ją po szyi. Serce klaczy coraz rzadziej miało okazję mocno zabić, a jej wzrok zmętniał.
Kiedy jednak stawała na torze, wszystko się zmieniało. C-27 doszedł do wniosku, że po tak długim czasie spędzonym razem klacz zaczęła się do niego upodabniać. Ona również żyła tylko wtedy, gdy biegła. Galop był więc dla niej jedynym sposobem na przetrwanie.
Dwa miesiące później wręczono mu bat i kazano smagać nim Today po zadzie podczas biegu. C-27 postąpił zgodnie z poleceniem. Po każdym uderzeniu klacz starała się przyspieszyć. Z jakiegoś dziwnego powodu jednak im szybciej gnała, tym cichsze stawało się jej wnętrze. C-27 nic z tego nie rozumiał. Czyżby nie była szczęśliwa? Tylko podczas galopu wydawała się żywa, ale coraz szybszy bieg nie czynił jej szczęśliwą. Dżokej dodał kolejny punkt do listy rzeczy, o które musi zapytać Min-ju.
Kiedy Today zbliżała się do prędkości stu kilometrów na godzinę, zyskała zaszczytne miano koreańskiej rekordzistki. Wartość klaczy poszybowała, dobijając do stu milionów wonów. Niewiele to jednak zmieniło. Mogła częściej pałaszować ukochane marchewki, lecz i one nie sprawiały jej takiej radości jak kiedyś.
– Dasz radę. Wytrzymaj jeszcze trochę – szeptał jej C-27 podczas wyścigu.
Ona jednak za każdym razem zdawała się odpowiadać to samo. „Boli, tak bardzo mnie boli”.
Czy gdyby mieli u swego boku Min-ju, dałoby się zapobiec temu, co stało się później? On nie ignorowałby słów humanoidalnego dżokeja. Obecny trener w ogóle nie słuchał, gdy C-27 tłumaczył, że Today źle się czuje. Albo twierdził, że robot zmyśla, i kazał mu się zamknąć. C-27 wykonywał rozkaz i milkł.
Trzy miesiące po ustanowieniu nowego rekordu klacz upadła.
Today utrzymywała się na prowadzeniu, lecz na ostatnim odcinku nagle zwolniła, przesuwając się na drugie, piąte i w końcu na dziewiąte miejsce. Wśród publiczności rozległo się buczenie. Wraz z obniżającą się wartością klaczy zainteresowanie widzów natychmiast zmalało do zera. Dla C-27 niczego to właściwie nie zmieniało. Ale nie mógł znieść faktu, że Today nie otrzymuje żadnej pomocy mimo bólu stawów, utrudniającego jej nawet chodzenie. Każdej napotkanej osobie mówił, że zwierzę potrzebuje odpowiedniego leczenia i odpoczynku, nikt jednak go nie słuchał. Chociaż klacz ledwo trzymała się na nogach, musiała brać udział w kolejnych wyścigach, chrupiąc marchewki zamiast leków przeciwbólowych.
„Jeśli tak dalej pójdzie, ona umrze” – myślał robot.
I właśnie dlatego podczas wyścigu późnym latem C-27 umyślnie spadł z konia na oczach tłumu widzów. Zdawał sobie sprawę, że Today z trudem dźwiga jego ciężar. Wiedział też, że gdy tylko wejdzie na tor, nie będzie potrafiła się zatrzymać. I podejrzewał, że jeśli ukończy bieg w obecnym stanie, być może na zawsze zniszczy sobie nogi. Jeśli tak to ma się skończyć, dyskwalifikacja będzie najlepszym rozwiązaniem. Przez krótką chwilę dżokej był rozdarty między koniecznością dotarcia do mety, co było celem jego istnienia, a koniecznością uratowania Today. Szybko wybrał to drugie. Musiał ocalić tę klacz.
C-27 spojrzał na ogromne ekrany nad głową ukazujące błękitne niebo i dostrzegł promienie słońca wdzierające się na hipodrom przez wąskie szpary. Z trudem przeciskały się przez szczeliny niczym strużka światła, którą pierwszy raz ujrzał podczas jazdy ciężarówką. O wiele lepiej byłoby bez tych wszystkich ekranów. Jak cudownie bawiliby się z Today, gdyby biegli po łące, a nie po torze wyścigowym...
Widział siedzących im na ogonie zawodników, lecz mimo to zdecydował się na upadek. Konie tratowały go kopytami z siłą i prędkością rozpędzonej ciężarówki. Miednica i dolna część jego ciała były doszczętnie zmiażdżone. Today została uratowana, ale C-27 stracił jakąkolwiek wartość.
I tak skończył się pierwszy akt jego życia.
Ostatnie życzenie C-27 spełniło się – nie chciał doczekać końca w boksie, dlatego ułożono go na stogu siana koło stajni, skąd mógł wpatrywać się w niebo. Wkrótce miał go stamtąd zabrać przedstawiciel podwykonawcy. Czekało go rozebranie na części, które mogły posłużyć do montowania innych urządzeń, albo przeniesienie do muzeum wyścigów konnych, gdzie pokazywano by go jako odłączonego od zasilania dżokeja idealnie zsynchronizowanego z Today, dawną czempionką. C-27 nie odczuwał żadnych szczególnych emocji na myśl o swoim końcu, pragnął jedynie chłonąć widok nieba tak długo, jak to możliwe. Nie zdawał sobie sprawy, że takie odczucie jest przejawem żalu.
I wtedy zobaczył dziewczynę wychylającą głowę zza rogu stajni. Miała na sobie dżinsy i czarną koszulkę. Krótkie włosy przypominały mu Min-ju, choć były nieco bardziej rozczochrane. Promienie słońca oświetliły jej sylwetkę i C-27 zauważył, jak dryfujące w powietrzu drobinki kurzu delikatnie osiadają na jej włosach.
– Dzień dobry – przywitał się. Już po oddechu wyczuł, że właścicielka wpatrzonych w niego i przepełnionych ciekawością oczu będzie jego wybawicielką. – Masz do mnie jakąś sprawę?
Dziewczyna przez chwilę się wahała, ale w końcu wspięła się na stóg siana i podniosła roztrzaskaną dolną część jego ciała.
– To nic takiego. I tak nadaję się już tylko na złom. Spadłem z konia podczas wyścigu i zostałem stratowany przez inne wierzchowce. To moja wina. Nie wolno mi się rozpraszać w czasie gonitwy, ale nagle uderzyła mnie myśl, jakie błękitne jest niebo. Wyobraziłem sobie, że galopujemy po łące w pogodny dzień. Pod prawdziwym niebem, nie tym sztucznym, które pokazują na ekranach. Biegałaś kiedyś po prawdziwej łące?
Chciał usłyszeć jej odpowiedź, lecz wszystko zepsuł Min-ju, który akurat wtedy wyszedł ze stajni. Dziewczyna nie przestawała zerkać na robota, póki na dobre się nie oddaliła.
Następnego dnia wyłączono mu zasilanie. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, był widok rozmawiającego przez telefon Min-ju, który rozpaczliwie usiłował kogoś do czegoś przekonać.
– I tak nie ma w nim wielu przydatnych części, więc nawet jeśli się go sprzeda, nie dostaniemy więcej niż osiemset tysięcy. Odsprzedaż podwykonawcom też nie jest legalna, więc jaki sens się spierać, co będzie gorszym rozwiązaniem? Nie, skąd, wcale nie chcę się kłócić... Tak, rozumiem. Dopilnuję, żeby nic nie zgłaszała. Nie zrobi tego, nie jest taka.
C-27 pierwszy raz widział, jak Min-ju wyraża tyle różnych emocji w tak krótkim czasie. Prowadził rozmowę, chodząc tam i z powrotem, a gdy skończył, zbliżył się do robota z uśmiechem na twarzy.
– Oby dobrze ci się tam żyło – powiedział, po czym wyłączył mu zasilanie.
Zanim C-27 zupełnie padł, odnotował w swej pamięci, że opiekun użył słowa „żyć”. Za nic nie chciał tego zapomnieć.
Gdy ponownie otworzył oczy, ujrzał przed sobą widzianą wcześniej dziewczynę. Nie leżał już na stogu siana, lecz pod dachem, a dokładniej – w pokoju na piętrze dwukondygnacyjnego domu. Nastolatka usiadła naprzeciw niego i otworzyła usta.
– Woo Yeon-jae – powiedziała.
Tak brzmiało jej imię.
– A ty jesteś Broccoli.
Robot nie odpowiedział.
– W skrócie Coli.
Tak miał się teraz nazywać.
W ten oto sposób C-27 stał się Colim. Nadeszła pora, by opowiedzieć o niesamowitej dziewczynie, która zapoczątkowała drugi akt jego życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Około 130 tysięcy złotych. Tysiąc wonów to około 2,48 złotego. (Jeżeli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩
Tytuł oryginału
Ilustracja na okładce© Maria Medem Perez
Projekt okładkiIrene Martinez
Przygotowanie okładki do drukuKarolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaRegina Gromacka
KorektaMonika Pruska, Teresa Zielińska
Copyright © Cheon Seon-ran, 2020 First published as A THOUSAND BLUES in 2025 by Doubleday, an imprint of Transworld. Transworld is part of the Penguin Random House group of companies. Copyright © for the Polish translation by Dominika Chybowska-Jang, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026
This book is published with the support of the Literature Translation Institute of Korea (LTI Korea).
Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
ISBN 978-83-8360-377-3
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
