44,99 zł
Czy tydzień wystarczy, żeby przeżyć całe życie?
Według koreańskiej legendy Śmierć przychodzi po nas pod postacią ukochanej osoby, którą straciliśmy.
Hee-wan nie sądziła, że jeszcze kiedyś zobaczy Nam-u. Przecież sześć lat temu zginął w wypadku. Kochała go, a on odszedł, zanim zdążyła mu to wyznać.
Gdy chłopak pewnego dnia woła ją na ulicy, Hee-wan nie dowierza własnym oczom.
Ale jeśli to naprawdę on, to właśnie nadszedł jej koniec.
Zostało jej siedem dni życia. Tylko siedem dni, by nadrobić stracony czas. Aż siedem dni, które będą mogli spędzić razem.
Pójść wspólnie do kina, pojechać nad morze, spędzić noc pod rozgwieżdżonym niebem…
Czy zdążą ze wszystkim?
Czy ich los jest przesądzony?
Czy i tym razem śmierć wygra z miłością?
„Tydzień, zanim umrę” to przetłumaczona na 10 języków wzruszająca opowieść o stracie, miłości i drugiej szansie. To historia, która rozdziera serce, daje nadzieję na pogodzenie się z utratą bliskiej osoby i pokazuje, że nigdy nie jesteś tak samotny, jak myślisz.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 156
Data ważności licencji: 8/6/2030
Tytuł oryginału
내가 죽기 일주일 전 (A Week Before I Die) by 서은채 (Seo Eun-chae)
Copyright © Seo Eun-chae, 2018
All rights reserved.
Originally published in Korea by Minumin Publishing Co., Ltd., Seoul.
Copyright © for the translation by Łukasz Janik
Polish translation edition is published by arrangement with Minumin Publishing Co., Ltd. in association with The Grayhawk Agency Ltd., through Graal Ltd.
This book is published with the support of the Literature Translation Institute of Korea (LTI Korea).
Oryginalny projekt okładki
© JEDIT
Adaptacja okładki
Karolina Korbut
Fotografia autorki na skrzydle
© Han Jeongseon
Grafika na rewersie okładki
Creative Design / Adobe Stock
Redaktorka nabywająca
Dominika Kardaś
Redaktorka prowadząca
Dominika Ziemba
Adiustacja
Marcin Grabski
Korekta
Edyta Chrzanowska, Kinga Kosiba
Korekta
Edyta Chrzanowska, Kinga Kosiba
Projekt typograficzny i łamanie
Karolina Korbut | Mimoza
Koordynatorka produkcji
Maria Król
Opieka promocyjna
Zuzanna Macikowska
ISBN 978-83-8427-216-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
0
Gdzieś już o tym słyszałam.
Mówi się, że Śmierć przychodzi po nas pod postacią kogoś, kogo bardzo kochamy.
Staje przed nami jako ktoś, za kim bardzo tęsknimy. Wypowiada nasze imię głosem, który pragniemy jeszcze raz usłyszeć.
Była noc, wczesna wiosna, pąki kwiatowe dopiero się zawiązywały.
Szłam do domu drogą pod zwisającymi gałęziami wiśni.
Byłeś tam.
– Jeong Hee-wan! – zawołałeś mnie.
Stanęłam jak wryta, utkwiłam w tobie wzrok.
– Kim Na-mu…? – wypowiedziałam twoje imię, odruchowo je przekręcając z Kim Nam-u. Zadziałała jakaś pierwotna część mojego umysłu.
– A ty jak zwykle. Tyle razy ci mówiłem, że nie tak się to wymawia.
Roześmiałeś się. Byłeś jakby utkany z mgły. Bałam się, że znikniesz, gdy tylko wyciągnę do ciebie dłoń.
Nie wiedziałam, czy to jawa, czy sen. Jak to możliwe, że stałeś teraz przede mną? Byłeś jak żywy, widziałam cię wyraźnie. Wydawało się, że mogłabym cię nawet dotknąć.
A przecież ty… już dawno temu…
– Jeszcze dwa razy – odezwałeś się.
– Co takiego…?
– Wypowiedz moje imię jeszcze dwa razy, a będziesz mogła odejść z tego świata spokojnie, bez bólu.
To przeze mnie umarłeś.
– Śmiało, wypowiedz moje imię.
Tydzień przed moją śmiercią wróciłeś do mnie.
1
– To bardzo proste – upierałeś się. – Wymów po prostu moje imię. Dwa razy, tylko tyle, i w mgnieniu oka będzie po wszystkim.
Udawałam, że cię nie słyszę, zatykałam uszy, ale ty i tak nie dawałeś za wygraną. Starałeś się mnie podejść, próbowałeś różnych sztuczek, żeby ostatecznie osiągnąć swój cel. Niestrudzenie przekonywałeś mnie do własnych racji.
– Czy ty naprawdę chcesz zginąć pod kołami samochodu? Mogę cię zapewnić, że to potwornie boli. Zakończmy to raz a dobrze. Szybko i skutecznie. Takie rozwiązanie obojgu nam będzie na rękę.
Jeśli pozwoliłabym sprawom toczyć się ich własnym torem, to dokładnie za tydzień – w niedzielę o siedemnastej trzydzieści trzy i czterdzieści sekund – zostałabym śmiertelnie potrącona przez samochód, który wjechał na przejście dla pieszych na czerwonym świetle. I właśnie dlatego wciąż prosiłeś, żebym wypowiedziała twoje imię.
Twierdziłeś, że trzy razy wystarczy, żebym oddała ci swoją duszę na wieczność. Upierałeś się, że tylko w ten sposób pożegnam się z życiem w spokoju.
Nie przestawałeś mówić, usilnie starając się mnie przekonać, żebym zrobiła tak, jak chciałeś. A jednak twoje spojrzenie cały czas błądziło po ustawionych na półce książkach.
Odłożyłam długopis. Spojrzałam bezmyślnie na leżącą przede mną pustą kartkę i wstałam. Podeszłam do łóżka, na którym niespokojnie się układałeś.
– Przesuń się. Chcę się położyć.
Dużo rozmyślałam, ale i tak nie miałam wiele do powiedzenia. Nie posiadałam właściwie nic. W maleńkim pokoju, w którym mieszkałam, stało tylko kilka mebli będących częścią wyposażenia. Niczego bym po sobie nie pozostawiła.
Bez słowa zrobiłeś mi miejsce. Położyłam się tam, gdzie jeszcze przed chwilą leżałeś, i przykryłam się cienkim kocem. Czułam na plecach ciepło ludzkiego ciała. Nie byłam do tego przyzwyczajona. Nawet bez odwracania się wiedziałam jednak, że leżeliśmy tyłem do siebie, zadumani.
Zupełnie odruchowo podążyłam myślami ku tobie.
Czym byłeś? Jeśli Śmiercią w ludzkiej postaci, to dlaczego stałeś przede mną jako dorosły mężczyzna, a nie osiemnastolatek, którym wtedy byłeś? Zupełnie jakbyś nadal żył i starzał się wraz z upływem czasu.
A może to wszystko mi się śniło? Przymknę na chwilę oczy, zdrzemnę się krótko, a kiedy je otworzę, już nigdzie cię nie znajdę.
– Idziesz spać i nie wyłączasz światła?
– A co to ma do rzeczy?
– Nie lubisz przecież, jak jest jasno.
Nie lubiłam poranków. Nie cierpiałam także południa, kiedy słońce pali niemiłosiernie. Najbardziej nie znosiłam jaskrawego światła jarzeniówek.
Nagle poczułam mrowienie w opuszkach palców.
Dlaczego?
Dlaczego ty?
– Gaszę.
Rozległ się dźwięk wyłącznika na regale z książkami i w tym samym momencie zgasło światło. Zrobiło się zupełnie ciemno. Ponownie zetknęliśmy się plecami.
– Jeong Hee-wan, o czym ty tak znowu rozmyślasz? – Twój cichy głos wybrzmiał w nieprzeniknionej ciemności.
Zamknęłam oczy. W myślach słyszałam nakładające się na siebie zdania.
Znowu coś tam próbujesz rozpracowaćw swojej głowie?
– Nie roztrząsaj tego aż tak. Nie ma po co. Nigdzie się nie wybieram.
Mówiłem, żebyś się tego oduczyła. Dlaczego tak to wałkujesz? Pogódź sięz tym, jak jest.
– No, śpij już.
Szkoda dnia. Wyjdźmy gdzieś, zamiast tak gnuśnieć cały czasw domu.
To kłamstwo.
Nie masz odwagi. Nigdy, przenigdy jej nie miałeś.
2
Moje pierwsze wspomnienie z wczesnego dzieciństwa to jasno oświetlona sala szpitalna. Leżałaś tam, wycieńczona, splatałaś palce z moimi i składałaś mi obietnicę:
– Idź do domu, moja mała Hee-wan, połóż się spać. Mama jutro do ciebie przyjdzie, obiecuję.
Przytaknęłam ci wtedy skinieniem głowy i pomachałam energicznie, kiedy się oddalałam. Uwierzyłam ci. Byłam głupia i naiwna. Kiedy nastał poranek, już cię nie było, mimo że obiecałaś. Nigdzie.
Nigdzie.
Ojciec ciągle narzekał:
– Co ja ci mówiłem? Przecież ja nie będę mógł tak żyć! A ty nawet nie udawałaś, że słuchasz. Zostawiasz po sobie jedynie bezużyteczną dziewczynę. Co to ma znaczyć? Co to ma być? Co to, do cholery, ma być? Urodziłaś mi tylko córkę, co mi po niej? Robisz z czyjegoś ukochanego syna wdowca. Co to ma znaczyć? Pytam: co to ma znaczyć? Co ty najlepszego zrobiłaś? Przyszłaś do naszego domu bez grosza przy duszy, zmarnowałaś nasze pieniądze na leczenie i teraz jeszcze mamy płacić za twój pogrzeb? Do czego to podobne? Jak już miałaś umrzeć, to lepiej, żebyś jej w ogóle nie urodziła. Ona się tylko plącze pod nogami, nawet teraz, kiedy jesteś na swojej ostatniej drodze. I co ty teraz zrobisz? Co będzie z małą? Ja tak nie mogę, to dla mnie za wiele. Nie dam rady.
Tym żalom nie było końca, ale ty nic nie odpowiadałaś z pustego łóżka w jasno oświetlonej szpitalnej sali. Nic na tę swoją ciszę nie mogłaś już poradzić. Lamenty i skargi spływały szerokim strumieniem. Marny to był widok – przygarbione w oddali plecy.
Puste łóżko, z którego nas opuściłaś.
Smutek zniknął, pozostała tylko uraza. To ona wypełniała teraz szpitalną salę.
Dudniło mi w piersi, zrobiło mi się duszno. Zatkałam w końcu uszy dłońmi i usiadłam.
Mamo…
Nie było odpowiedzi na to niespodziewane zawołanie.
Już nigdy nie będzie.
Nigdy.
3
Przez chwilę wierciłam się niespokojnie, a kiedy w końcu otworzyłam oczy, był już ranek. Światło słońca wpadało do pokoju przez okno i oślepiało mnie. Ktoś w nocy rozsunął zasłony. Kto to mógł być? Nadal byłam zaspana, nic nie przychodziło mi do głowy.
– Nie śpisz już? – Do mych uszu dobiegło pytanie.
Obróciłam się i spojrzałam zamglonym wzrokiem. To byłeś ty, wysoki mężczyzna siedzący na krześle, wpatrzony w pustą kartkę, którą poprzedniego wieczoru zostawiłam na biurku.
– Zjedzmy coś. – Podniosłeś się i zupełnie jakbyś był u siebie, podszedłeś do lodówki i otworzyłeś ją.
Patrzyłam, co robisz. Wszystko wydawało się nierealne. Wstałam i podniosłam z podłogi kartkę, którą upuściłeś. Coś było na niej napisane, mimo że jeszcze wczoraj wieczorem była pusta.
„Co się gapisz?”
Tylko tyle, ledwie trzy wyrazy zapisane w rogu, ale wytrąciło mnie to z równowagi. Zgniotłam papier i rzuciłam go na biurko.
Nawet jeśli nie byłeś naprawdę sobą, wciąż zachowywałeś się tak samo. Nic się nie zmieniło. Nawet te drobne żarciki. Dlaczego? Rzuciłam ci pytanie w plecy.
– Co to za dom? – narzekałeś, grzebiąc w lodówce. – Masz tu tylko butelki z wodą! Czy ty w ogóle coś jesz? To cud, że jeszcze nie umarłaś z głodu.
W starej lodówce miałam jedynie wodę i witaminy, których nienawidziłam brać. Jeszcze dzień wcześniej było tam więcej jedzenia, ale wszystko wyrzuciłam, mimo że wcale się nie przeterminowało. Dlaczego to zrobiłam? Nie pamiętałam.
Nie znalazłeś nic do jedzenia, sięgnąłeś więc po mały garnek i zagotowałeś w nim wodę. Chyba udało ci się wyszperać z jakiejś szafki opakowanie przeterminowanej zupy instant.
Wziąłeś gruby podręcznik i położyłeś go na podłodze. Na nim ustawiłeś parujący garnek. Wyciągnąłeś też pałeczki.
– Jest tylko trochę przeterminowana – powiedziałeś. – Nie otrujesz się. Jedz.
Nie chciałam jeść, ale siłą wcisnąłeś mi pałeczki w dłoń, po czym niemal wsadziłeś nos w miskę i pochłonąłeś swoją porcję. Zupełnie jakbyś nigdy wcześniej nie jadł ramyeonu. Zabawny widok.
A jednak przekonało mnie to i sama spróbowałam makaronu. Każdy kęs miał smak tęsknoty.
Przypomniałam sobie. Pewnego wieczoru wróciłam do domu. Tego dnia nie miałam ochoty nic jeść. Usiadłeś naprzeciwko i spojrzałeś na mnie. I zaraz potem mimo moich protestów przygotowałeś cały garnek zupy instant. Ja niczego nie tknęłam, ale ty jadłeś jak najęty, po czym ugotowałeś jeszcze wielką porcję ryżu. Ten ryż mnie zachęcił. Po chwili jadłam go już z zupą, spoglądając ukradkiem na ciebie.
Na co tak patrzysz?
– Na co tak patrzysz?
Nasze spojrzenia na krótko się spotkały. Wspomnienia rozpadały się na kawałki, a w przestrzeń między nimi wlewała się rzeczywistość. Spuściłam wzrok, spojrzałam na pustą miskę. Podałam ci ją, a ty westchnąłeś tylko i czym prędzej wypełniłeś ją po brzegi makaronem. Niemal wetknęłam w niego nos, podobnie jak ty jeszcze przed chwilą, i jadłam łapczywie każdą nitkę. Przez moment czułam twój wzrok na mojej pochylonej głowie.
– Chyba nie masz zamiaru przeleżeć tutaj całego dnia? – zapytałeś. – Masz jakieś plany? Chciałabyś gdzieś wyjść? Powiedz.
– Nie mam… – odpowiedziałam zwięźle.
Złożyłam na uczelni wniosek o urlop dziekański, zrezygnowałam także z dorywczej pracy – wczoraj był mój ostatni dzień. Teraz nie miałam już nic do powiedzenia na żaden temat, a już na pewno nie w kwestii tego, co chcę dzisiaj robić. Zabrałam twoją pustą miskę i poszłam z nią do zlewu. Wiedziałam, że cały czas na mnie patrzysz.
– Przejdźmy się gdzieś – zaproponowałeś. – Jest ładna pogoda.
– Nie mam ochoty.
– O, znowu to samo! Nawet się nie zastanowiłaś, tylko od razu odpowiedziałaś, że nie masz ochoty.
To nie tak, że po prostu nie miałam ochoty. Naprawdę bardzo nie chciałam wychodzić. Otwierałam usta, żeby coś jeszcze dodać, ale od razu je zamknęłam. Nie byłam w nastroju do rozmowy. Nie miałam ci nic do powiedzenia.
– Jak na mój gust i tak będziesz musiała wyjść do sklepu. Nie masz tutaj nic do jedzenia na ten ostatni tydzień. Jeśli niczego sobie nie zorganizujesz, umrzesz z głodu przed wyznaczonym ci czasem.
– A to nie byłoby lepiej? Umrzeć wcześniej?
Najpierw się upierałeś, żebym jak najszybciej wypowiedziała dwukrotnie twoje imię i odeszła od razu, a teraz się martwiłeś, że umrę przedwcześnie z głodu. Pokrętna logika. Zanim się zorientowałam, te słowa poleciały w twoją stronę. Zapadła między nami nieprzyjemna cisza.
– No tak – powiedziałeś. – Tak.
Uśmiechnąłeś się, ale wcale nie było ci wesoło. Podszedłeś do mnie i spojrzałeś tak, jak to kiedyś często robiłeś.
– Nie mogę na to wszystko obojętnie patrzeć – usłyszałam twój głos tuż obok mnie.
Ciekawe, jaką minę byś zrobił, gdybym zapytała „dlaczego?”.
– Chodź na zewnątrz.
Powiedziałeś to z taką powagą, że nieświadomie pokiwałam głową.
– Tylko to skończę – odparłam.
Byłoby więc miło, gdybyś się trochę odsunął. Ale nie ruszyłeś się nawet o milimetr. Stałeś nieruchomo i wpatrywałeś się we mnie, kiedy zmywałam naczynia i ustawiałam je do góry dnem na suszarce. Czułam na sobie twój palący wzrok. Żeby uciec przed twoim spojrzeniem, chwyciłam nerwowo buty i je założyłam. Pospiesznie wyszedłeś za mną do przedpokoju i otworzyłeś drzwi.
Przeciągnąłeś się, kiedy staliśmy zalani wiosennym słońcem.
Oczywiście, mogłam się tego spodziewać, nie mogło przecież być inaczej. Szedłeś przede mną i nie rzucałeś cienia – jak prawdziwy duch.
4
Tej nocy po pogrzebie spojrzał na mnie blady, z wymuszonym uśmiechem. Bezsilną ręką pogłaskał mnie po głowie.
– Hee-wan. Tata… tata sobie poradzi.
Byłam dzieckiem, więc oprócz kiwnięcia głową nie mogłam nic zrobić.
– Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Sam nie wierzył w to, co mówił. To były tylko słowa rzucane na wiatr.
5
Szedłeś przez sklep, pchając przed sobą wózek, i wrzucałeś do niego wszystko, co wpadło ci w ręce. Tak to przynajmniej wyglądało na pierwszy rzut oka – jakbyś sięgał po produkty bez większego zastanowienia. Ale za chaosem twojego zachowania zawsze krył się porządek. Ulubione wafle twojej mamy, chrupki o smaku krewetkowym, bez których mój tata nie mógł się obejść, lizaki, które niekiedy wręcz wciskałeś mi do ust. I w końcu twoje ulubione czipsy. Jeśli czasem zdarzyło ci się o nich zapomnieć, chowałam za plecami jakieś słodycze i ukradkiem wkładałam je do wózka między inne produkty, żebyś nie zauważył. Prawda wychodziła na jaw dopiero przy kasie. Wtedy nasze spojrzenia się spotykały, a ty uśmiechałeś się bez słowa.
Dzisiaj także sumiennie, ale po swojemu wypełniałeś wózek. Ja z kolei wszystko to wyjmowałam i odkładałam z powrotem na miejsce. Patrzyłeś na to spokojnie, twoja twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ale kiedy na półce zobaczyłam chrupki ziemniaczane, odruchowo po nie sięgnęłam. Po chwili zdałam sobie sprawę, że podświadomie zaciskam zęby. Aż czułam lekki ból. Westchnąłeś krótko i ruszyłeś przed siebie, pchając wózek.
Wózek sklepowy – z tych większych – był po brzegi wypełniony chrupkami ziemniaczanymi. Odsunąłeś wszystkie opakowania na jedną stronę, a powstałe w ten sposób miejsce wypełniłeś normalnym jedzeniem. Dreptałam cały czas za tobą. W środku dnia sklep świecił pustkami, ale co chwilę natykaliśmy się na hostessy przy tymczasowo rozstawionych stoiskach. Każda z nich zachwalała sprzedawane przez siebie produkty. Stanąłeś przed jedną z nich, przywitałeś się uprzejmie i spróbowałeś pierożka.
– Oj! – zareagowałam, kiedy nagle podetknąłeś mi go pod nos.
Nie nalegałeś, żebym spróbowała, po prostu trzymałeś wykałaczkę z kawałkiem pierożka tuż przy mojej twarzy. Patrzyłeś na mnie intensywnie i wiedziałam, że nie odpuścisz. Otworzyłam usta i po chwili poczułam w nich ciepło bijące od porcji jedzenia.
– No proszę, młoda para! – odezwała się hostessa. – Aż miło patrzeć. Młody mąż taki troskliwy. Pan również musi spróbować, prawda? Z ceny już bardziej nie mogę zejść, ale dostaniecie ode mnie kilka gratis.
Twoja dłoń, ta, w której trzymałeś wykałaczkę, na chwilę zesztywniała.
– Jesteśmy rodzeństwem.
– O matko! Naprawdę? – zmieszała się hostessa. – Tak czule się do siebie odnosicie… Moje dzieci tylko się biją, wystarczy, że któreś krzywo spojrzy i już awantura. Bardzo was przepraszam.
– Nie widać podobieństwa? Ona bardziej przypomina tatę, a ja mamę.
Znowu to samo. Nie powinniśmy być do siebie aż tak podobni. Naprawdę można się pomylić. A potem zawsze te same przeprosiny. „Niech się pani już tak nie sili, tylko dorzuci gratisy. Dziękuję bardzo”. Bez namysłu ruszyliśmy dalej. Szłam przed siebie, krok za krokiem, zostawiając te wszystkie słowa za sobą. Poruszałam się coraz szybciej. Kiedy byłam już w bezpiecznej odległości, wypuściłam wstrzymywany oddech. Zakręciło mi się w głowie, zrobiło mi się niedobrze.
– Dlaczego idziesz sama? Naprawdę chcesz się zgubić? – Pojawiłeś się nagle przy mnie i złapałeś mnie za ramię. Twarz miałeś jednak spokojną. – Mamy już chyba wszystko. Idziemy!
Nie mogłam. Wyrwałam rękę z twojego uścisku i się odsunęłam. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Staliśmy w alejce z alkoholem. Wyciągnęłam rękę i sięgnęłam po kilka butelek, po czym trzymając je pod pachą, czym prędzej ruszyłam w kierunku kas. Nie poszedłeś za mną, patrzyłeś tylko, jak się oddalam. W końcu się zatrzymałam.
– Idziemy! – krzyknęłam do ciebie przez zaschnięte gardło.
– Zachowuj się jak cywilizowany człowiek. Po co to wszystko dźwigasz, połóż tutaj.
– Zostaw mnie w spokoju – odpowiedziałam i podeszłam do kasy.
Westchnąłeś tylko i posłusznie podążyłeś za mną, pchając wózek.
Ciężkie butelki w rękach, wózek pełen jedzenia i jeszcze ty. Co to wszystko miało znaczyć dla mnie? Przecież za tydzień i tak miałam umrzeć.
6
Miałam sześć lat i ciągle byłam sama.
Całą moją rodziną był tata, a on bez przerwy był w pracy. Musiał pracować, żeby spłacić koszty leczenia mamy, ale chyba nie były one aż tak wielkie. Może chciał mi zapewnić wszystko, co najlepsze, nawet jeśli oznaczało to dla niego wysiłek ponad miarę.
Jednoczęściowa sukienka z delikatną koronką. Lalka Barbie z długimi złotymi włosami. Błyszczące pantofelki z okrągłymi noskami i ozdobnymi wstążkami. Miałam wszystko, inne dziewczynki mi zazdrościły, ale ciągle byłam sama.
Inne dzieci mnie nie lubiły. Wyczuwałam to instynktownie, mimo że nigdy nawet nie próbowałam wkręcić się do żadnej grupy. Kiedy huśtałam się na huśtawce, dzieci bawiły się gdzie indziej, a kiedy szłam w stronę ławki – wszystkie biegły na huśtawkę. Czasem któreś zerkało zazdrośnie na moją lalkę, ale na tym się kończyło. Dzieci niezmiennie mnie unikały.
Nie było źle. Nie wychodziłam przecież, żeby bawić się właśnie z nimi. Musiałam tylko gdzieś spędzać czas i zdobywać informacje. Dzięki temu mogłam później opowiadać, że bawiłam się na placu zabaw z tą i z tą, i z tamtą, i że jeśli trzeba, to mogę do nich zapukać pod wskazany adres. Wtedy nikt się już o mnie nie martwił.
– Dlaczego bez przerwy jesteś sama?
Pojawiłeś się w moim przepełnionym nudą życiu podczas zupełnie zwyczajnego popołudnia. Dzieci, które bawiły się zawsze razem, spoglądały w naszą stronę i szeptały między sobą.
– Inni mnie nie lubią…
– Dlaczego?
– Nie wiem.
Chłopak o kasztanowych włosach przyglądał mi się swoimi ciemnymi oczami, po czym uśmiechnął się szeroko.
– A ja wiem. Bo jesteś bardzo ładna.
– Co?
– Mówię, że jesteś bardzo ładna.
– Głupi jesteś?
Zakłopotany podrapałeś się po głowie.
– A co, nieprawda? Moja mama zawsze lubi, kiedy się jej mówi, że jest ładna.
– Zgłupiałeś?
W taki właśnie sposób wkroczyłeś w moje życie.
7
Wracaliśmy do domu.
Szedłeś przodem, dźwigając większość zakupów. Kroczyłam powoli za tobą z pozostałymi sprawunkami. Było piękne słoneczne popołudnie. Płatki kwiatów drżały lekko na wietrze. Może to ten widok cię poruszył, bo nagle zapytałeś:
– Pójdziemy pooglądać kwiaty wiśni?
– Dlaczego?
– Zrobiłaś przecież właśnie zapas alkoholu. Niemal bez namysłu wybrałaś butelki z najlepszymi trunkami. Dokładnie wiedziałaś, po co sięgać.
Nie miałam pojęcia, o co ci chodzi. Nie widziałam związku między alkoholem a podziwianiem kwiatów. Co roku o tej porze ulice obsadzone drzewami wiśni roją się od ludzi. Niedaleko domu też był tłumnie odwiedzany park, w którym jednak nigdy nie byłam. Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby się tam wybrać.
– Nie pamiętasz już, co sobie obiecaliśmy w dzieciństwie? Że jak będziemy dorośli, to rozłożymy koc pod kwitnącą wiśnią i napijemy się razem piwa.
To nie była żadna obietnica, tylko jednostronna deklaracja: twój pomysł, twoja propozycja, którą później schowałam głęboko w sercu.
– Z tym wszystkim, co kupiłaś, mogłabyś otworzyć własny sklep monopolowy. Co właściwie z tego wybierzesz? Możesz zabrać tylko to, co chcesz wypić.
– Wszystko…
Naobiecywałeś mi w życiu mnóstwo rzeczy. Mieliśmy szukać spadających gwiazd, kiedy dorośniemy. Mieliśmy jechać na wycieczkę pociągiem, zastanawialiśmy się nawet, dokąd najlepiej. W góry – fajnie, nad morze – także wspaniale. Chciałeś mnie zabrać na oglądanie wschodu słońca. Powtarzałeś ciągle, że to i tamto warto zobaczyć, że tu i tam warto się wybrać.
– Ty chyba nie planujesz urządzić na kocu małego straganu i sprzedawać tych wszystkich butelek? – zapytałeś.
– Zgłupiałeś?
– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że sama to wypijesz?
Nic z tego, co mówiłeś, nigdy nie stało się prawdą.
– Nieźle się wytrenowałaś, kiedy mnie nie było.
– Jestem w końcu dorosła.
Udało mi się przeżyć na tyle długo, że w końcu byłam dorosła. Ty wydoroślałeś dopiero po śmierci – i wróciłeś jako dorosły mężczyzna. Kiedy usłyszałeś moją odpowiedź, cmoknąłeś z dezaprobatą.
– Czyli swoje ostatnie dni chcesz spędzić w ośrodku leczenia uzależnień?
– A co to ma do rzeczy? – obruszyłam się. – Przecież nie został mi już nawet tydzień.
– To co? Zabrać cię od razu? – spytałeś, spoglądając na mnie przez ramię. Od twojego spojrzenia aż mnie zmroziło. – Wypowiedz moje imię.
Nie odezwałam się.
To byłoby takie łatwe. Wypowiedzieć twoje imię jeszcze tylko dwa razy. I wszystko by się skończyło. Zamiast tego przyspieszyłam kroku i cię minęłam. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie chcę. To byłoby o wiele za łatwe.
8
– O matko! Jesteś księżniczką z mieszkania sześćset dwa?
Ostrożnie pochyliła się w moją stronę, przymknęła oczy. Na jej twarzy malowała się radość. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając jasne zęby i dziąsła. Źrenice miała rozszerzone. Przypominała mi szczeniaka. Z jednej strony byłeś bardzo podobny do swojej mamy, a z drugiej – trudno było się tego podobieństwa dopatrzyć.
Naprawdę ładna. To było pierwsze, co przyszło mi na myśl.
– Nie jestem księżniczką.
