Tunel - Ernesto Sabato - ebook + książka

Tunel ebook

Ernesto Sabato

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pewnego dnia Juan Pablo Castel zwraca uwagę na kobietę przy glądającą się obrazowi jego autorstwa. Tylko María Iribarne zdaje się dostrzegać pewien subtelny detal, który i dla niego jest ważny. To skłania go ku przekonaniu, że wiąże ich szczególna więź. Castel zaczyna fantazjować na temat Maríi i popada w miłosną obsesję. Gdy w końcu udaje mu się nawiązać z nią prawdziwą relację, odkrywa fakty, które nie pasują do jego wyobrażeń. Nasilająca się paranoja Castela prowadzi do tragedii.

 

Imponująca.

Thomas Mann

 

Podziwiam jej bezwzględność i siłę.

Albert Camus

 

Pisarz o ogromnej wadze i mocy.

Colm Tóibín

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 156

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Heirs of Ernesto Sábato 1948 Argentina

c/o Schavelzon Graham Agencia Literaria

www.schavelzongraham.com

Tytuł oryginału: EL TÚNEL

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Cyranka, 2026

Copyright © for the Polish translation by Zuzanna Geremek, 2026

[…] w każdym wypadku był tylko jeden tunel, mroczny i samotny: mój własny […].

I

Wystarczyłoby powiedzieć, że jestem Juan Pablo Castel, malarz, który zabił Maríę Iribarne; podejrzewam, że proces ten pamiętają wszyscy i nie potrzeba więcej wyjaśnień dotyczących mojej osoby.

Chociaż Bóg jeden wie, co zapamiętają ludzie i dlaczego. W rzeczywistości zawsze myślałem, że nie ma pamięci zbiorowej, co być może stanowiłoby jakąś formę obrony rasy ludzkiej. Zdanie „Każdy czas miniony był lepszy” nie wskazuje, by wcześniej działo się mniej złych rzeczy, lecz – na szczęście – że ludzie o nich zapominają. Z pewnością to stwierdzenie nie ma wartości uniwersalnej; ja na przykład mam skłonność do zapamiętywania przede wszystkim złych zdarzeń, więc niemal mógłbym powiedzieć, że każdy czas miniony był gorszy, gdyby nie to, że teraźniejszość wydaje mi się równie straszna jak przeszłość; pamiętam tak wiele nieszczęść, tyle cynicznych i okrutnych twarzy, tak wiele złych wydarzeń, że pamięć jest dla mnie jak przerażający blask, który oświetla nędzne muzeum wstydu. Ileż to razy leżałem godzinami skulony w ciemnym kącie pracowni po przeczytaniu doniesień z kroniki kryminalnej! Ale prawda jest taka, że nie zawsze to, co najbardziej wstydliwe o rodzaju ludzkim, pojawia się w prasie; do pewnego stopnia kryminaliści to ludzie najczystsi, najbardziej nieszkodliwi; obserwacją tą nie dzielę się dlatego, że sam zabiłem drugiego człowieka: jest to szczere i głębokie przekonanie. Jakieś indywiduum jest szkodliwe? Eliminuje się je i po sprawie. To coś, co ja nazywam dobrym czynem. Pomyślcie, o ile gorsze jest dla społeczeństwa, by taki osobnik sączył swój jad, i to, że zamiast go zlikwidować, usiłuje się go zneutralizować za pomocą anonimów, szkalowania i innych tego rodzaju podłości. Co do mnie, muszę przyznać, że teraz żałuję, że nie wykorzystałem lepiej czasu na wolności i nie zlikwidowałem jeszcze sześciu albo siedmiu znanych mi typów.

Że świat jest koszmarny, to prawda, która nie wymaga dowodów. W każdym razie wystarczy jedna historia, by to potwierdzić: W obozie koncentracyjnym pewien pianista skarżył się na głód. W związku z tym zmuszono go do zjedzenia szczura – żywego.

Nie o tym jednak chciałem teraz mówić; o tej historii ze szczurem opowiem nieco później, jeśli będzie okazja.

II

Jak mówiłem, nazywam się Juan Pablo Castel. Pewnie zastanawiacie się, co skłania mnie do napisania historii swojej zbrodni (nie wiem, czy już wspominałem, że opowiem historię mojej zbrodni) i przede wszystkim do szukania wydawcy. Wystarczająco dobrze znam ludzką duszę, by przewidzieć, że pomyślicie o próżności. Myślcie, co chcecie, mam to gdzieś; od jakiegoś czasu nie obchodzą mnie ani opinia, ani sądy ludzi. Załóżcie więc, że publikuję tę historię z próżności. Koniec końców jestem człowiekiem z krwi i kości, włosów i paznokci, jak każdy inny człowiek, i byłoby wielką niesprawiedliwością oczekiwać ode mnie, akurat ode mnie, wyjątkowych przymiotów; można uważać samego siebie za nadczłowieka, aż się nie odkryje, że jest się równie małostkowym, plugawym i zdradzieckim jak wszyscy inni. O próżności nie mówię nic: myślę, że nikt nie jest pozbawiony tego szlachetnego motoru Ludzkiego Postępu. Śmieszą mnie ci panowie, którzy afiszują się ze skromnością w stylu Einsteina i do niego podobni; łatwo być skromnym, gdy jest się wybitnym; czy raczej – wydawać się skromnym. Nawet kiedy się wydaje, że absolutnie nie istnieje, prędko się ją dostrzega w sposób najbardziej subtelny: próżność skromności. Ileż to razy stykamy się z tym rodzajem osobników! Nawet taki człowiek jak Chrystus – rzeczywisty lub symboliczny – wypowiedział słowa podyktowane przez próżność, lub przynajmniej przez pychę. A co powiedzieć o Leónie Bloyu, który bronił się przed zarzutem pychy, argumentując, że poświęcił życie ludziom niedorastającym mu do pięt? Próżność można znaleźć w miejscach najbardziej nieoczekiwanych: obok dobroci, poświęcenia, hojności. Gdy byłem mały i czułem rozpacz na samą myśl, że moja matka któregoś dnia umrze (z biegiem lat dowiadujemy się, że śmierć nie tylko jest znośna, ale nawet krzepiąca), nie wyobrażałem sobie, że mogłaby mieć jakieś wady. Teraz, gdy już nie żyje, muszę przyznać, że była tak dobra, jak tylko dobra może być istota ludzka. Ale pamiętam, jak w ostatnich latach jej życia, gdy byłem już mężczyzną, na początku bolesne było odkrycie, że za najlepszymi jej czynami skrywa się niezwykle subtelny czynnik próżności albo dumy. Coś znacznie bardziej jednoznacznego zdarzyło mi się, kiedy operowali jej guza. Aby dotrzeć na czas, byłem w podróży pełne dwa dni bez snu. Kiedy dotarłem i stanąłem przy jej łóżku, jej trupio blada twarz uśmiechnęła się do mnie delikatnie, z czułością, i wymamrotała parę słów współczucia (ona współczuła mi mojego zmęczenia!). I poczułem mroczną dumę z tak szybkiego przybycia. Wyznaję ten sekret, żebyście zobaczyli, jak dalece nie uważam się za lepszego od innych.

Jednakże nie opowiadam tej historii z próżności. Być może byłbym skłonny zaakceptować, że jest w tym coś z dumy i pychy. Ale skąd ta mania tłumaczenia wszystkich czynów w swoim życiu? Kiedy zaczynałem tę opowieść, byłem stanowczo przekonany, że nie będę podawał żadnych wyjaśnień. Chciałem opowiedzieć historię swojej zbrodni i tyle: jeśli się komuś nie podoba, to niech nie czyta. Chociaż wątpię, by tak było, bo akurat ci ludzie, którzy zawsze poszukują wyjaśnień, są najbardziej ciekawi i nikt nie straciłby okazji przeczytania do końca historii o zbrodni.

Mógłbym zachować dla siebie powody, które popchnęły mnie do napisania tego wyznania; ale ponieważ nie mam interesu w tym, żeby uznano mnie za ekscentryka, powiem prawdę, która, jakkolwiek by na to patrzeć, jest dość prosta: myślałem, że mogłoby przeczytać ją wiele osób, skoro teraz jestem sławny; choć nie robię sobie zbyt wielkich nadziei względem ogółu ludzkości, a szczególnie względem czytelników tych stron, mam jeszcze nikłą nadzieję, że ktoś mnie zrozumie. CHOĆBYTOBYŁATYLKOJEDNAOSOBA.

„Dlaczego – ktoś mógłby zadać sobie to pytanie – zaledwie nikła nadzieja, skoro ten manuskrypt ma czytać tak wiele osób?” To ten rodzaj pytań, które uważam za bezużyteczne. A jednak trzeba przewidzieć, że zostaną postawione, ponieważ ludzie nieustannie zadają pytania, które są bezużyteczne, które nawet najbardziej powierzchowna analiza uzna za niepotrzebne. Mogę mówić aż do upadłego i krzyczeć przed zgromadzeniem stu tysięcy Rosjan – żaden mnie nie zrozumie. Wiecie, o co mi chodzi?

Istniała osoba, która mogła mnie zrozumieć. Ale to właśnie ta osoba, którą zabiłem.

III

Wszyscy wiedzą, że zabiłem Maríę Iribarne Hunter. Ale nikt nie wie, jak ją poznałem, jakie dokładnie łączyły nas relacje i jak dojrzewała we mnie myśl o zabiciu jej. Spróbuję częściowo to wszystko zrelacjonować, bo choć cierpiałem z jej winy, byłoby niedorzeczne myśleć, że sam jestem idealny.

Na Salonie Wiosennym[1] w 1946 roku zaprezentowałem obraz zatytułowany Macierzyństwo. Był w takim samym stylu jak wszystkie poprzednie: jak mówią krytycy w swoim nieznośnym dialekcie, solidny, dobrze skonstruowany. Krótko mówiąc, miał cechy, które ci szarlatani zawsze znajdowali na moich płótnach, włącznie z „tym głębokim intelektualizmem”. Ale na górze, po lewej stronie, za oknem można było zobaczyć małą oddaloną scenę: samotną plażę i kobietę patrzącą w morze. Wyglądała tak, jakby na coś czekała, może na jakiś zew, słaby i odległy. Scena sugerowała, w mojej opinii, niespokojną i absolutną samotność.

Nikt nie zwrócił uwagi na tę scenę: przesuwali po niej wzrokiem, jakby była czymś drugorzędnym, prawdopodobnie dekoracyjnym. Wydawało się, że z wyjątkiem jednej osoby nikt nie pojmował, że scena ta zawierała coś esencjalnego. Był dzień wernisażu. Nieznana mi dziewczyna spędziła dużo czasu naprzeciwko mojego obrazu, jakby nie zwracając uwagi na kobietę na pierwszym planie, która patrzyła na bawiące się dziecko. Przyglądała się za to uważnie scenie w oknie i gdy to robiła, miałem pewność, że czuje się odizolowana od całego świata: nie widziała ani nie słyszała ludzi przechodzących lub zatrzymujących się przed moim płótnem.

Obserwowałem ją z niepokojem przez długi czas. Później zniknęła w tłumie, kiedy ja wahałem się między obezwładniającym lękiem a desperacką chęcią zawołania jej. Lękiem przed czym? Być może przed czymś takim jak wtedy, gdy postawi się wszystkie pieniądze, którymi się dysponuje, na jeden los na loterii. Jednak kiedy zniknęła, poczułem się poirytowany, nieszczęśliwy, myśląc, że mógłbym nie zobaczyć jej już nigdy, zagubionej między milionem anonimowych mieszkańców Buenos Aires.

Tamtej nocy wróciłem do domu zdenerwowany, niezadowolony, smutny.

Aż do zamknięcia wystawy chodziłem tam każdego dnia i ustawiałem się na tyle blisko, żeby móc rozpoznać osoby, które zatrzymywały się przed moim obrazem. Ale nie pojawiła się więcej.

W ciągu następnych miesięcy myślałem tylko o niej, o możliwości zobaczenia jej znowu. I, w pewnym sensie, malowałem tylko dla niej. Było tak, jakby mała scena w oknie zaczynała rosnąć i rozprzestrzeniać się po całym płótnie i po całej mojej twórczości.

[1]Salón de Primavera – Salón Nacional de Artistas Plásticos, przez wiele lat jedno z najważniejszych wydarzeń artystycznych w Buenos Aires (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

IV

W końcu któregoś popołudnia zobaczyłem ją na ulicy. Szła pewnym krokiem po drugiej stronie jak ktoś, kto musi pojawić się w określonym miejscu w określonym czasie.

Natychmiast ją rozpoznałem; mógłbym ją rozpoznać w środku tłumu. Ogarnęło mnie uczucie nie do opisania. Tak dużo o niej myślałem przez te miesiące, tyle rzeczy sobie wyobrażałem, że kiedy ją zobaczyłem, nie wiedziałem, co robić.

Prawda jest taka, że wiele razy zastanawiałem się i dokładnie planowałem, jak się zachowam, jeśli ją spotkam. Wydaje mi się, że mówiłem już, że jestem bardzo nieśmiały; dlatego w kółko rozmyślałem o możliwym spotkaniu i o tym, jak je wykorzystać. Największą trudnością, z którą zderzałem się podczas tych wyimaginowanych spotkań, było rozpoczęcie rozmowy. Znam mnóstwo mężczyzn, którzy nie mają trudności w zainicjowaniu rozmowy z nieznajomą kobietą. Przyznaję, że w pewnym momencie bardzo im tego zazdrościłem, bo chociaż nie byłem kobieciarzem, albo może właśnie dlatego, że nim nie byłem, przy dwóch albo trzech okazjach żałowałem, że nie potrafię skomunikować się z kobietą w tych nielicznych sytuacjach, kiedy wydaje się niemożliwe pogodzić z myślą, że na zawsze zostanie obca w naszym życiu. Niestety, byłem skazany na pozostanie obcym w życiu każdej kobiety.

Podczas tych wymyślonych spotkań analizowałem różne możliwości. Znam swoją naturę i wiem, że sytuacje nieprzewidziane i nagłe sprawiają, że tracę wszelkie rozeznanie, i spychają mnie w kierunku otępienia i nieśmiałości. Przygotowałem więc parę wariantów, które były logiczne albo przynajmniej prawdopodobne. (Nie jest logiczne, że bliski przyjaciel wysyła ci obraźliwy anonim, ale wszyscy wiemy, że jest możliwe).

Wyglądało na to, że dziewczyna chodziła na wystawy. Gdybym spotkał ją na którejś z nich, podszedłbym do niej i nie byłoby to bardzo trudne, żeby rozpocząć rozmowę o jednym z eksponowanych obrazów.

Po dokładnym zbadaniu tej możliwości porzuciłem ją. Ja nigdy nie chodziłem na wystawy. Ta postawa może wydawać się bardzo dziwna u malarza, ale w rzeczywistości ma swoje uzasadnienie i jestem przekonany, że gdybym je ujawnił, wszyscy przyznaliby mi rację. No dobrze, może przesadzam, mówiąc „wszyscy”. Nie, na pewno przesadzam.Doświadczenie nauczyło mnie, że to, co ja uważam za jasne i ewidentne, prawie nigdy takie nie jest dla reszty. Jestem już tak wypalony, że teraz tysiąc razy się zawaham, zanim zacznę usprawiedliwiać lub wyjaśniać swoją postawę, i prawie zawsze kończę, zamykając się w sobie i nie otwierając ust. To właśnie z tego powodu aż do dzisiaj nie opowiedziałem o swojej zbrodni. W tej chwili nie wiem również, czy warto, żebym tłumaczył szczegółowo tę moją cechę, która odnosi się do wystaw, ale boję się, że jeśli tego nie zrobię, pomyślicie, że to po prostu jakaś moja mania, podczas gdy w istocie ma swoje głębokie uzasadnienie.

Prawdę powiedziawszy, w tym wypadku jest więcej niż jeden powód. Przede wszystkim powiem, że nienawidzę grup, sekt, braterstw, gremiów i w ogólności zbiorowisk stworzeń, które gromadzą się ze względu na profesję, gust lub wspólne upodobania. Te zbiory mają pewną liczbę groteskowych atrybutów: powielenie, żargon i próżność myślenia, że jest się ponad innymi.

Wiem, że problem się komplikuje, ale nie widzę sposobu na jego uproszczenie. Swoją drogą ten, kto chce w tym momencie przestać czytać tę opowieść, nie musi nic więcej robić, tylko przestać; po raz kolejny daję znać, że ma moją absolutną zgodę.

O co mi chodzi z tym „powieleniem”? Pewnie zauważyliście, jak nieprzyjemnie jest spotkać kogoś, kto co chwila mruży oko albo wykrzywia usta. Ale czy wyobrażacie sobie takie osobniki zrzeszone w jednym klubie? Nie trzeba jednakże odwoływać się do ekstremalnych przypadków: wystarczy zaobserwować liczne rodziny, w których powtarzają się pewne cechy, pewne gesty, pewne intonacje. Zdarzyło mi się być zakochanym w kobiecie (anonimowo oczywiście) i uciec z przerażeniem przed możliwością poznania jej sióstr. Przydarzyło mi się coś strasznego przy innej okazji: dostrzegłem interesujące cechy u pewnej kobiety, ale poznanie jej siostry przybiło mnie i onieśmieliło na długi czas. Te same cechy, które u niej wydały mi się godne podziwu, pojawiały się u jej siostry wyostrzone i zniekształcone, trochę karykaturalne. I ta zdeformowana wizja kobiety objawiająca się w jej siostrze spowodowała, oprócz samej tej wizji, że poczułem wstyd, tak jakbym to ja po części był winny temu niedorzecznemu cieniowi, który siostra rzucała na kobietę tak przeze mnie miłowaną.

Być może te rzeczy przydarzają mi się, bo jestem malarzem; zauważyłem, że ludzie nie zwracają uwagi na owe rodzinne deformacje. Muszę dodać, że coś podobnego dzieje się ze mną przy tych malarzach, którzy imitują wielkiego mistrza, na przykład tych pechowych nieszczęśnikach malujących w stylu Picassa.

Następna kwestia to żargon, inna z cech charakterystycznych, których nie mogę ścierpieć. Wystarczy zbadać jakikolwiek przykład: psychoanaliza, komunizm, faszyzm, dziennikarstwo. Nie mam preferencji; wszystkie są dla mnie odrażające. Biorę przykład, który teraz mi się nasunął: psychoanaliza. Doktor Prato jest bardzo utalentowany i myślałem, że to prawdziwy przyjaciel, aż do momentu, gdy poczułem okropny zawód, kiedy wszyscy zaczęli mnie ścigać i on dołączył się do tej hołoty; ale zostawmy to. Pewnego dnia, ledwie dotarłem na konsultację, Prato mówi mi, że musi wyjść, i prosi, żebym z nim poszedł.

– Dokąd? – Zdziwiłem się.

– Na koktajl do Stowarzyszenia – odpowiedział.

– Którego Stowarzyszenia? – spytałem ze skrywaną ironią, bo doprowadza mnie do szału uznawanie za oczywiste, o co dokładnie chodzi: mówienie „Stowarzyszenie” na Stowarzyszenie Psychoanalityków,„Partia” na Partię Komunistyczną, „Siódma” na siódmą symfonię Beethovena.

Zrobił wielkie oczy, ale wytrzymałem jego spojrzenie i patrzyłem z naiwnością.

– Stowarzyszenie Psychoanalityków, człowieku. – Penetrował mnie wzrokiem, co freudyści uważają za konieczne w swoim fachu, i tak jakby pytał sam siebie: „Co znowu za głupoty wygaduje ten typ?”.

Pamiętam, że przeczytałem coś o spotkaniu albo kongresie prowadzonym przez doktora Bernarda albo Bertranda. Z pewnością, że nie może chodzić o to, zapytałem, czy o to chodzi. Spojrzał na mnie z pogardliwym uśmiechem.

– To są szarlatani – skomentował. – Jedyne stowarzyszenie psychoanalityczne uznawane na całym świecie to nasze. – Wszedł ponownie do swojego gabinetu, poszperał w szufladzie i w końcu pokazał mi list po angielsku.

Spojrzałem na niego z grzeczności.

– Nie znam angielskiego – wyjaśniłem.

– To list z Chicago. Uznają nas za jedyne stowarzyszenie psychoanalityków w Argentynie.

Przybrałem wyraz twarzy pełen podziwu i szacunku.

Później wyszliśmy i pojechaliśmy samochodem do lokalu. Było trochę ludzi. Niektórych znałem z nazwiska, jak doktora Goldenberga, który ostatnio zyskał duży rozgłos: po próbie wyleczenia pewnej kobiety oboje zostali zamknięci w szpitalu psychiatrycznym. Właśnie go wypuścili. Przyjrzałem mu się uważniej, ale nie wyglądał gorzej niż inni, nawet wydawał się spokojniejszy, może na skutek zamknięcia. Wychwalał moje obrazy w taki sposób, że zrozumiałem, że ich nie znosi.

Wszystko było tak eleganckie, że wstydziłem się swojego starego garnituru i połatanych spodni. A mimo to poczucie groteskowości, którego doświadczałem, nie wiązało się bezpośrednio z tym, lecz z czymś, czego nie mogłem w pełni zdefiniować. Kulminacją był moment, gdy bardzo szczupła dziewczyna podczas oferowania mi kanapek komentowała z jakimś panem problem analnego masochizmu. Możliwe, że to odczucie było rezultatem rozdźwięku między nowoczesnymi czyściutkimi i funkcjonalnymi meblami a zadbanymi damami i dżentelmenami wypowiadającymi słowa o charakterze genitalno-moczowym.

Chciałem znaleźć schronienie w jakimś kącie, ale okazało się to niemożliwe. Pokój był przepełniony identycznymi ludźmi, którzy w kółko mówili to samo. Uciekłem więc na ulicę. Spotkawszy ludzi normalnych (sprzedawcę gazet, chłopca, kierowcę), wydało mi się niesamowite, że w tamtym pokoju zebrał się taki tłum.

Jednak ze wszystkich ludzkich zbiorowisk w szczególności nienawidzę grup malarzy. Po części dlatego, że naturalnie znam ich najlepiej, a wiadomo, że najbardziej i z całą słusznością nienawidzi się tego, co zna się najgłębiej. Ale mam też inny powód: KRYTYCY. To plaga, której nigdy nie mogłem zrozumieć. Gdybym był wielkim chirurgiem i ktoś, kto nigdy nie trzymał w dłoni skalpela ani nie jest lekarzem, ani nawet nie usztywnił złamanej kociej łapy, przyszedłby wyjaśniać mi błędy w mojej operacji, co by się na to powiedziało? To samo dzieje się z malarstwem. Osobliwe jest to, że ludzie nie zdają sobie sprawy, że to jest to samo, i chociaż śmieją się z krytyków chirurgii, z nieprawdopodobnym szacunkiem słuchają tamtych szarlatanów. Można by słuchać z umiarkowanym respektem sądów krytyka, który kiedyś coś malował, choćby to były najbardziej przeciętne płótna. Ale nawet w takim wypadku byłoby to absurdem, bo jak można uznać za racjonalne, że przeciętny malarz udziela rad dobremu?

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Projekt okładki: Jakub Zasada

Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś

Redakcja: Anna Gancarczyk / d2d.pl

Korekta: Edyta Chrzanowska / d2d.pl, Beata Marzec / d2d.pl

ISBN 978-83-68881-05-9

Wydanie I

Warszawa 2026

Wydawnictwo Cyranka

Al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa

wydawnictwocyranka.pl

Redakcja: [email protected]

Sprzedaż: [email protected]

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl