Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Morderstwo i bunt w średniowiecznym Gdańsku – gdzie wolność jest najważniejsza
Początek XVI wieku. Do Gdańska przybywa wędrowny kaznodzieja. Towarzyszy mu tajemniczy milczący przewodnik Ambroży. Nad Motławą panują buntownicze nastroje. Od lat trwa spór burmistrza Eberharda Ferbera z rodzinami bogatych patrycjuszy. Włodarzowi miasta zarzuca się nepotyzm. Niezadowolenie budzi też stan miejskich finansów.
22 stycznia 1525 roku wybucha bunt, tzw. tumult gdański. Patrycjat barykaduje się na Długim Targu, oblężony przez pospólstwo. Tłum wdziera się do kościołów i przepędza katolicki kler. Tak rozpoczyna się w Gdańsku reformacja.
Jaką rolę odegrają w niej przybysze z dalekiej Wittenbergi? I jak łączyć się z nimi będzie najsłynniejszy skandal średniowiecznego Gdańska, gdy zwaśnione rodziny Ferberów i Pilemanów nie dopuściły do ślubu Maurycego i Anny? Czy morderca zostanie ukarany i kto będzie chciał dokonać zemsty?
Wielu bohaterów tej książki istniało naprawdę, a ślady ich działalności można do dziś odnaleźć w Gdańsku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 244
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Choć wiele posługaczek i nisko urodzonych służących nie zachowywało cnoty do zamążpójścia, to Amelia nigdy nie flirtowała ze stajennymi ani nie uśmiechała się w czasie mszy do młodzieńców wyższych stanem. To, co robił z nią Huser – sekretarz pana Ferbera, u którego pełniła służbę – napawało ją wstrętem i wcale się nie zdziwiła, gdy z czasem zaczęła na myśl o tym dostawać mdłości. Dopiero kiedy przytyła, pomyślała, że jest chora i zaraz na pewno umrze. Przerażona, zwierzyła się kucharce, dwa razy od niej starszej, a więc, jak uważała, dwa razy bardziej doświadczonej, a ta, niewiele się zastanawiając, kazała się jej rozebrać.
– I od kiedy jesteś taka chora? – zapytała Frida, przyglądając się jej wzdętemu brzuchowi.
– No, będzie już ze cztery miesiące – odparła Amelia. – Myślicie, że umrę?
– To możliwe. – Kucharka pokiwała głową i dotknęła brzucha dziewczyny. – Jeśli dziecko będzie źle ułożone i nie będzie mogło się urodzić.
– Jakie dziecko? – Amelia nie zrozumiała.
– Twoje. Jesteś przy nadziei.
– Jak to?
– Kładłaś się gdzie z jakimś gamoniem, który zaglądał ci pod suknię? – Frida zabrała się ponownie do skrobania marchwi.
Amelia milczała.
– Z takiego zaglądania właśnie biorą się dzieci – wyjaśniła kucharka. – Trzy minuty uciechy, a potem my musimy się męczyć przez dziewięć miesięcy. No, przypomniałaś już sobie? – Sięgnęła po nóż i kroiła obrane warzywa, głośno uderzając ostrzem o drewnianą deskę.
Amelia nie odpowiedziała od razu. Po twarzy popłynęły jej łzy, padła na kolana i zaczęła całować kucharkę w rękę.
– Ja nie chciałam. To on mnie napadł, zmusił. Najpierw tu, w kuchni, za piecem, przychodził w nocy, a potem kazał sobie nosić piwo – mówiła, szlochając.
– Kto? – Frida podparła się pod boki.
Dziewczyna spuściła głowę.
– No, powiedzże kto – ponagliła kucharka. – Może coś się z tym da jeszcze zrobić.
Amelia wzięła głęboki oddech.
– Pan Huser – powiedziała ledwie słyszalnym głosem.
– Sekretarz pana Ferbera? – upewniła się Frida.
Amelia potwierdziła skinieniem głowy, ale nie podniosła wzroku. Bała się, że kucharka zaraz obarczy ją winą za to, co się stało. A przecież ona sama wiedziała, że to nie było dobre, skoro czuła tylko ból i upokorzenie, jakich nigdy dotąd nie doświadczyła. Jednak Frida podniosła ją z kolan i powiedziała z przekonaniem:
– To może nie będzie tak źle! Sekretarz burmistrza Ferbera to wielki pan. Może odda dziecko gdzieś na wychowanie i nikomu nie stanie się krzywda? No, nie płacz, dziewczyno! Rozmówimy się z nim!
Od pierwszego dnia, gdy Amelia znalazła się w domu Ferberów, Frida, niska, przysadzista kobieta po trzydziestce, która nigdy nie wyszła za mąż i całe życie poświęciła dogadzaniu podniebieniu burmistrza oraz jego licznych potomków, otoczyła ją opieką niczym troskliwa matka – surowa, gdy trzeba było, ale sprawiedliwa i oddana, gdy uznała, że Amelia na to zasługuje. Posługaczka nie pamiętała kobiety, która ją urodziła. Nigdy też podobnej troski jak ta, jaką obdarzyła ją Frida, nie zaznała. Ufała więc kucharce bez zastrzeżeń i słuchała jej bez słowa sprzeciwu.
Nie protestowała, gdy Frida zamknęła ją tamtego wieczoru w swojej izbie, do której przechodziło się bezpośrednio z kuchni w przyziemiu. Kucharka schowała klucz między miękkie, duże piersi, a sama usiadła na stołku przy wygaszonym palenisku i czekała na sekretarza. Przeczucie jej nie myliło. Gdy kamienica pogrążyła się we śnie, rozległy się ciche kroki i w drzwiach kuchni stanął Herman Huser. Zdziwiony, że ma przed sobą tylko kucharkę, rozejrzał się, szukając wzrokiem Amelii.
– Niech mi posługaczka przyniesie piwa – rzucił, odwróciwszy się w stronę schodów dla służby.
– Ja wiem, na czym to pragnienie polega – odezwała się Frida hardo, nie ruszając się ze stołka.
Huser zatrzymał się i położywszy rękę na wytartej drewnianej poręczy, odwrócił się ku kobiecie – bardziej zaskoczony niż oburzony jej bezczelnością.
– Jak się bierze niewiastę do łoża, potem mogą z tego być konsekwencje – powiedziała Frida. – I Amelia właśnie poniesie konsekwencje tego pragnienia.
– O czym kucharka mówi? – Sekretarz postąpił kilka kroków w jej stronę.
– O dziecku, które przyjdzie na ten świat za jakieś pięć miesięcy.
– A co ja mam z tym wspólnego? – Mężczyzna spojrzał na nią z pogardą.
– Amelia wszystko mi powiedziała. – Kucharka wstała ze stołka i podeszła do sekretarza. Cienka żyłka na jej skroni zarysowała się ostro i pęczniała z każdym wypowiadanym przez kobietę słowem. Na czole pojawiły się drobne krople potu, a twarz przybrała kolor dojrzałych malin. – Powiedziała mi o tym, jak przychodziliście do niej na zapiecek, i o tym, jak nosiła wam wieczorem piwo na pragnienie.
– Jest posługaczką, więc to chyba jej obowiązek – odparł Huser zniecierpliwiony. – Ale pragnienie już mi przeszło, więc może nie przychodzić. – Odwrócił się i skierował w stronę schodów.
– Zaczyna być widać, że jest przy nadziei – rzuciła za nim Frida. – Pani burmistrzowej na pewno to nie umknie. A jak spyta skąd to, Amelia odpowie jej zgodnie z prawdą.
– Jeśli nawet tak było, to skąd pewność, że dziecko jest moje? – Huser znowu się zatrzymał, nie postawiwszy stopy na pierwszym stopniu wąskich schodów. – Ktoś pilnuje tej dziewki? Może spotyka się z jakim chłopcem stajennym albo służącym? Może z kimś od Pilemanów, bo zdaje się tam wcześniej służyła?
Amelia, słuchająca rozmowy Fridy z Huserem z okiem przytkniętym do jedynej szpary między rozeschłymi deskami, z których zbito drzwi do pokoju kucharki, przełknęła głośno ślinę. Czuła złość i gdyby nie zamek, którego nie sposób było otworzyć bez klucza, wpadłaby do kuchni i pięściami wymazała słowa, które Huser o niej wypowiedział.
– Amelia to porządna dziewczyna, dobra i pracowita. – Wstrzymała oddech, słysząc głos Fridy. – Z nikim się nie spotyka i nie miałaby teraz tego kłopotu, gdybyście nie zatrzymali na niej oczu.
– Wiem, co robicie, kobieto! – odezwał się Huser. Z tonu jego głosu zniknęła wielkopańska wyższość, zostało zwykłe zacietrzewienie. – Nie wyciągniecie ode mnie ani jednego dukata! A do niej wezwę medyka, bo nie wierzę w ani jedno słowo, które tu padło!
Kucharka podeszła bliżej.
– Panie, z całym szacunkiem, ale jak możecie mówić coś takiego? Wykorzystaliście tę biedną dziewczynę. Pozwolicie, by wasze dziecko trafiło gdzieś do przytułku albo na ulicę?
– Kobieto, jak śmiesz tak do mnie mówić?! – Huser wymierzył Fridzie siarczysty policzek.
Amelia cofnęła się o krok od drzwi, jakby otwarta dłoń sekretarza dosięgła jej twarzy. Niemal poczuła piekący ból. Odruchowo dotknęła policzka, a potem przylgnęła z powrotem do szpary, przez którą, wstrzymując oddech, obserwowała, co się dzieje w kuchni.
– Panie, Amelia to dobre dziecko – mówiła Frida, dotykając dłonią policzka. – Znajdzie sobie na męża jakiegoś czeladnika i będzie mogła szczęśliwie żyć. A jak się ludzie dowiedzą, że bękarta urodziła, to kto ją weźmie za żonę?
– Jak śmiesz się do mnie tak odzywać?! – Herman zaczął okładać kucharkę pięściami. – Żadna sługa nie będzie tak do mnie mówić! Rozumiesz to?! Nawet kucharka pana burmistrza Ferbera!
Kobieta zakryła głowę dłońmi. Skuliła się, by uniknąć razów, i wycofała w stronę wygaszonego paleniska. Nagle się zachwiała i próbując złapać równowagę, strąciła kilka glinianych garnków, które narobiły hałasu, rozbijając się na kamiennej posadzce. Upadła, głową uderzywszy o kant stojącego na środku kuchni stołu. Leżała, bezwładna niczym worek luźno wypełniony zbożem, a wokół jej głowy wykwitła plama krwi, która rozlała się po podłodze.
Huser przez kilka długich chwil kopał ją, powtarzając, że żadna kucharka nie jest równa sekretarzowi, aż jego czoło zrobiło się mokre od potu, a twarz spurpurowiała. W końcu przestał. Oddychając ciężko, pochylił się nad Fridą i zaczął potrząsać jej ciałem w nadziei, że kucharka się ocknie. Nie dawała jednak znaku życia. Jej obfite ciało zrobiło się wiotkie i wymykało mu się z rąk. Mężczyzna krążył wokół niego, zastanawiając się, co robić. Potem zabrał świecę i wybiegł na podwórze.
Amelia miała wrażenie, że jej ciało zamienia się w pulsującą ranę. Szumiało jej w głowie, po karku spływały strużki potu, a świat kołysał się, jakby ktoś przeniósł dom Ferberów na jeden ze statków cumujących w porcie na Motławie. Najostrożniej, jak mogła, podeszła do okna i wyjrzała na podwórze, gdzie znalazł się Huser. Sekretarz zniknął w stajni, by po chwili wrócić, wyposażony w mały dwukołowy wózek. Potem wszedł do kuchni i pochylił się nad leżącą na posadzce Fridą. Ujął ją pod ramiona i zataszczył na podwórze, ciągnąc jej nogi po podłodze. Amelia widziała, jak wrzucił ciało kucharki na wózek, otworzył bramę i zniknął w ciemności.
Czy zrobił to celowo, czy przez przypadek, Herman Huser, sekretarz burmistrza Ferbera, był winien śmierci Fridy. I wiedział już, że Amelia spodziewa się jego dziecka. Dziewczyna próbowała gorączkowo pozbierać myśli, które trzepotały w jej głowie niczym stado wróbli poderwane z drzew i pozbawione możliwości lotu. Wiedziała, że skoro mógł skrzywdzić Fridę, może skrzywdzić i ją, przecież nigdy się Amelią nie przejmował. Teraz była tylko podwójnym kłopotem. Dygotała. Dłonie jej zwilgotniały.
Bała się zapalić świecę, by Huser, wracając, nie dostrzegł, że ktoś znajduje się w pokoju kucharki. Z pewnością zajrzałby do środka. Na szczęście noc nie była ciemna, a oczy już przyzwyczaiły się do panującego w pokoju mroku. Amelia narzuciła na ramiona grubą pelerynę Fridy, potem otworzyła szerzej okno i wyszła przez nie na podwórze. Wróciła do kuchni, by zabrać trochę zapasów. Widząc zasychającą na posadzce plamę krwi, zakryła usta dłonią, by nie krzyknąć. Drżącymi rękami zawinęła w szmaty trochę chleba, dwie pszenne bułki i kilka pęt kiełbasy, na koniec omiotła wzrokiem kuchnię, która dzięki Fridzie stała się jej domem. Wyszła na podwórze i korzystając z tego, że brama była otwarta, wymknęła się na ulicę.
Trąba Boża przejęła serce Ambrożego trwogą. Wokół, jakby zwiastując zbliżającą się apokalipsę, zadrżały witraże, tabernakulum i lichtarze, w których paliły się świece z pszczelego wosku. Święta Maria Magdalena w eucharystycznej ekstazie niemal uniosła się w akcie wniebowstąpienia, ograniczona tylko sklepieniem rozciągającym się nad głowami wiernych zgromadzonych w świątyni. Ludzie mówili, że potrzebnych było dwanaście wołów, by wciągnąć dzwon na wieżę kościelną. „Tuba Dei” – mówili klerycy, „głos Boga” – szeptali wierni. Dźwięk potężnego dzwonu sprawiał, że ludzie żegnali się w strachu, jakby rzeczywiście zapowiadał zbliżający się koniec świata.
Tego końca obawiali się wierni, upatrując zemsty Boga w każdej pladze spuszczonej na świat, w każdym piorunie przeszywającym niebo i w każdej płynącej ze świata herezji. Ostatnio źródłem świętokradczych tez był odmieniec ekskomunikowany przez Jego Świątobliwość papieża Leona X, heretyk, który podważał Słowo Boże i chciał zburzyć dom budowany w znoju przez chrześcijan od półtora tysiąca lat. Wierni zgromadzeni w toruńskiej farze mieli wrażenie, że biskup kamieniecki Wawrzyniec Międzyleski, wymawiając jego imię, krztusił się, jakby sam diabeł wstępował w jego trzewia. Ambroży rozglądał się wokół i przypatrywał twarzom ludzi po każdym płynącym z ambony słowie.
– Marcin Luter! – grzmiał biskup, a proboszcz Wayner wtórował mu niczym echo. – Marcin Luter!
Ambroży widział, że bogaci mieszczanie, którzy zajmowali pierwsze ławki w kościele, spuszczali oczy i bili się w pierś. Zapewne liczyli na to, że im większy ból sobie zadadzą, tym łaskawszym okiem spojrzą na nich w niebiosach. Jednak wśród zgromadzonych z tyłu – gawiedzi, czeladników, uczniów, a nawet bezdomnych włóczęgów i parających się żebractwem bab – dostrzegł i takich, którzy spuszczając głowy, spoglądali na siebie znacząco, jakby to, co mówił biskup, nie trafiało do ich skażonych już przez herezję serc. Ambroży widział to już wcześniej, w Wittenberdze i miastach, które mijali, by dostać się nad Bałtyk. Nauki Lutra przenikały do dusz tych, którzy byli najbardziej niezadowoleni, ale Kościół w Rzeczpospolitej dopiero szykował się do wojny z zuchwałymi tezami szalonego augustianina.
Kiedy nabożeństwo dobiegło końca, przy dźwięku umieszczonego niedawno na wieży dzwonu – wcześnie okrzykniętego przez mieszkańców miasta trąbą samego Boga – otwarto główne drzwi i z kościoła wyruszyła procesja. Na jej czele szli duchowni z legatem papieskim, czcigodnym Zachariaszem Ferrerim, którego majestat podkreślony strojem z kosztownych tkanin z samego Rzymu oślepiał, jakby sam Stwórca obdarzył go swoim światłem. Choć Ambroży słyszał, jak po kątach szeptano, że sporo z tego światła legat zyskał w czasie misji na Litwie i w Prusach, gdzie łaskę Bożą skrupulatnie przeliczał na brzęczącą – najlepiej złotą – monetę.
Za dostojnikami ruszyli najbogatsi panowie w towarzystwie żon, dorastających córek i owdowiałych matek, idących ze skromnie spuszczonymi oczami, lecz dumnie uniesionymi głowami. Potem z kościoła wylała się ciżba, cały toruński gmin, najpierw bogatsi mistrzowie cechowi, potem czeladnicy i w końcu plebs, tyleż bogobojny, co spragniony widowiska.
Z kościoła procesja udała się na cmentarz. To tu, nie tylko wobec żyjących, ale i wobec zmarłych obywateli miasta, legat postanowił ostatecznie pokonać luterskiego diabła i wzmocnić wiarę chrześcijańską w mieszczanach, którzy jak doszły go słuchy, zaczynali zbyt blisko obcować z herezją.
Zadaniem Ambrożego było bezpieczne doprowadzenie Wilhelma do Gdańska. O tym, że pod opiekę dostał nie zwykłego mnicha, a uczonego pielgrzyma, wiedział, jeszcze nim wyruszyli w drogę. Wilhelm nie tylko biegle władał łaciną, lecz także potrafił, posługując się nią, cytować całe fragmenty uczonych ksiąg, o których istnieniu Ambroży tylko słyszał. Wiedział, że choć Wilhelm, w lichym płaszczu i z ogorzałą w długiej wędrówce twarzą, nie wyglądał jak legat papieski, to miał do wypełnienia misję, która mogła odbić się głośnym echem w samej Stolicy Piotrowej. Ambroży nie odstępował go na krok, choć ze swoim mizernym wzrostem i chłopięcą posturą wyglądał raczej jak nieopierzony paź niż rosły giermek.
Razem z Wilhelmem wmieszali się w ciżbę oddaloną nieco od dostojników kościelnych. Obserwowali, jak rozpalono ognisko, do którego Zachariasz Ferreri nakazał wrzucić pisma Lutra, odebrane jego zwolennikom podczas ostatniej misji. Wrzucane w ogień książki sprawiły, że z ogniska buchnęły iskry, a płomienie uniosły się wysoko ponad głowami zebranych. Ogień nie tylko przemieniał w proch zapisane kartki papieru, ale też obracał wniwecz myśli augustianina z Wittenbergi. I tak spłonęły tezy, iż post, pielgrzymka i, co najgorsze, modlitwa, nie są ważne, jeśli nie są oparte na wierze, a zbawienie nie zależy od ilości opłaconych odpustów, bo Najwyższy nie kupczy swoją łaską. Zniszczenie słowa okazało się jednak niewystarczające, przyniesiono więc przygotowaną uprzednio kukłę, która imitowała samego Marcina Lutra. Gdy wrzucono ją do ognia, słoma, z której upleciono chochoła, zajęła się szybko. Potem płomienie zaczęły pożerać gałgany, w które go ubrano. Iskry strzelały na boki z taką mocą, że tłum musiał odsunąć się o kilka kroków, by samemu nie paść ich ofiarą.
Wszystko zdawało się iść po myśli legata z zadowoleniem patrzącego na płomienie pochłaniające luterską herezję, wtedy jednak wydarzyło się coś, czego nie spodziewali się ani on, ani inni duchowni skupieni wokół ognia. Z głuchym świstem nadleciał kamień – wpierw jeden, potem drugi i kolejne. Kamienie trafiały w palącą się kukłę, która dzięki sile ich uderzeń wypadła z płomieni. Ambroży dostrzegł zdenerwowanie biskupa kamienieckiego, który schylił się i wrzucił kukłę z powrotem w ogień. Ale wtedy kamienie posypały się nie w ognisko, lecz w samych duchownych. Spadały na nich coraz gęściej, niczym grad, choć każde uderzenie było mocniejsze i bardziej bolesne od uderzeń lodu.
Ambroży kątem oka przyjrzał się Wilhelmowi, ale na jego twarzy nie pojawił się żaden grymas, nawet wtedy, gdy proboszcz, legat i biskup wśród śmiechów pospólstwa musieli uciekać z cmentarza. Za nimi do ucieczki rzucili się ci, którzy idei Lutra nie popierali. Pozostali próbowali ugasić ogień i wyciągnąć z pogorzeliska to, co oparło się płomieniom. Jednak papier, nawet jeśli nie spopielił się do końca, rozsypywał się w palcach, zamieniając widniejące na nim litery w proch. Spaliła się też słomiana kukła.
– Nie smućcie się! – Wilhelm okrążył ognisko i zwrócił się do zebranych. – Cokolwiek by robili, i tak nie uda im się już nas powstrzymać!
Nikt go tutaj nie znał, ale że zgromadzeni zgadzali się z jego słowami, odpowiedzieli najpierw nieśmiałymi, a potem coraz radośniejszymi okrzykami.
– Będziemy walczyć o prawdziwe Słowo Boże! – dodał Wilhelm i znowu zawtórowali mu zebrani.
– Ludzie, idźcie do domów i nie bójcie się głosić tego, co mówi Marcin Luter! – ciągnął, ale teraz nie każdemu jego słowa się spodobały.
– A gdzie ten wasz Luter?! – krzyknął mężczyzna w kosztownym stroju z weneckich aksamitów. – Papież obłożył go ekskomuniką, podobno nie żyje!
Część zgromadzonych zareagowała na to oklaskami. Ale nie wszyscy.
– Kim jesteś, panie?! – zawołał ktoś z tłumu. – Może to ty powinieneś wygłosić kazanie, a nie ci, którzy są coraz dalsi od prawdziwego Boga?
– Za to coraz bliżsi naszym sakiewkom! – rzucił kto inny, a tłum wybuchł śmiechem.
– Jestem tylko skromnym wędrowcem, nie wygłaszam kazań – odparł Wilhelm zdecydowanie.
Ambroży wiedział, że nie było to do końca prawdą, jednak tłum przyjął wyjaśnienie z pokorą.
– A tym, którzy uważają, że nie warto poświęcać uwagi naukom Marcina Lutra, bo nie żyje, powiem tylko, że żyje Słowo i jego nikt nigdy nie uśmierci! – dodał Wilhelm i spuścił niżej kaptur, by nikt już nie widział jego twarzy.
Tłum znów był podzielony. Część zareagowała na jego słowa z entuzjazmem, inni śmiali się i gwizdali.
Uprzątnięto resztki spalonych ksiąg i ludzie zaczęli rozchodzić się każdy w swoją stronę. Do Wilhelma podszedł dobrze ubrany mężczyzna koło czterdziestki.
– Panie – powiedział – skoro jesteś wędrowcem, zapraszam cię pod swój dach, zanim ruszysz w dalszą drogę. Strawy u mnie nie zabraknie, bo jestem piekarzem i mam tu niedaleko własną piekarnię i dom, w którym jest dość miejsca, byś mógł się zatrzymać.
– Dziękuję. Ale nie jestem sam. To jest Ambroży. – Wilhelm skłonił głowę i wskazał stojącego obok młodzieńca.
– W takim razie i ciebie zapraszam – odparł piekarz, spoglądając na chłopaka.
– Ambroży jest niemową – wyjaśnił Wilhelm i dodał szybko: – Na szczęście nie stracił słuchu, więc można się z nim bez problemu porozumieć. To mój najwierniejszy sługa i towarzysz.
– Zapraszam więc do siebie! – Twarz nieznajomego rozjaśniła się w szerokim uśmiechu, odsłaniającym zęby w kilku miejscach czarne od próchnicy. – Miło mi będzie gościć was pod moim dachem.
*
Mężczyzna nazywał się Tobiasz i był mistrzem cechu piekarzy. Jego dom stał przy ulicy Piekary, gdzie – jak wyjaśnił – zgodnie z nazwą osiedlali się przede wszystkim piekarze, a także, na jej przekór, rzeźnicy i karczmarze. Ulica biegła w stronę rzeki, więc na jej końcu stały spichlerze na zboże, które Wisłą transportowano do Gdańska. Kamienica miała dwa piętra, parter był znacznie wyższy od pozostałych kondygnacji, na których znajdowały się prywatne pokoje mieszkańców. Na dole mieściły się kantor mistrza Tobiasza i jego warsztat piekarski, w którym praca rozpoczynała się każdego ranka, jeszcze nim wstało słońce.
– Pieczywo sprzedajemy w dni targowe na ławach przed ratuszem, a w dni powszednie wprost z okien domu – wyjaśniał mężczyzna.
Dom był pełen ludzi. Byli tam: uczniowie, czeladnicy, dwójka małych dzieci, którymi zajmowała się opiekunka, kucharka, służąca, matka Tobiasza siedząca nieruchomo w fotelu w pokoju na piętrze, dorosła niemal córka z pierwszego małżeństwa pani domu i wreszcie ona sama, kobieta o wielkiej energii, mimo całkiem młodego wieku już raz owdowiała, dzięki pierwszemu mężowi równie biegła w pieczeniu chleba jak Tobiasz.
Za oknem nie zapadł jeszcze zmrok, gdy wszyscy mieszkańcy domu wraz z dwójką gości zasiedli do dużego stołu. Kucharka ze służącą krzątały się, roznosząc misy z parującą kaszą okraszoną tłustymi skwarkami, gulaszem wieprzowym doprawionym czosnkiem, niemieckim imbirem i piwną polewką. Do tego pojawiło się pieczywo, które tego ranka wyszło z pieców stojących na parterze – żytnie bochenki, ale i pszenne bułki z mąki przesiewanej po wielokroć, gładkiej jak wiślański piasek, obwarzanki i placki. Widać było, że piekarz nie narzekał na brak pracy i zapłaty za nią, wszak na pszenne pieczywo stać było tylko najbogatszych.
– Mówiłeś, panie, że jesteście w drodze. Dokąd zmierzacie? – zapytał Tobiasz, kawałkiem placka czyszcząc miskę z resztek kaszy z okrasą.
– Do Gdańska – odpowiedział Wilhelm.
– Z Torunia możecie popłynąć Wisłą. Zaczął się już wiosenny spust zboża.
– Ale czy ktoś weźmie na pokład dwóch nieznajomych wędrowców z dalekich krajów?
– Na pewno ktoś się znajdzie, trzeba tylko popytać w porcie.
Wędrowiec i jego sługa nie jedli łapczywie, choć wyglądali na złaknionych. Za każdą łyżkę strawy dziękowali gospodyni siedzącej na ławce za stołem niczym kwoka na jajkach. Ta, zadowolona, aż poczerwieniała. Uczeń piekarski, dziecko jeszcze, i dwaj czeladnicy z zapałem sięgali po dokładkę, przy czym jeden z nich rzucał ukradkiem spojrzenia w stronę panny, która jak łatwo było się zorientować, nie pozostawała na to obojętna. Tobiasz, ocierający z brody tłuszcz ze skwarek, zdawał się jednak tego nie widzieć.
– Wiem, że twój towarzysz, panie, nazywa się Ambroży. Ale ty nie wyjawiłeś jeszcze swojego imienia – powiedział. – Skoro będziesz spał pod moim dachem, chciałbym wiedzieć, jak cię zwą i skąd przychodzisz.
– Mówią na mnie Wilhelm, chociaż na chrzcie dano mi Gotfryd – odparł wędrowiec. – A idziemy z Ambrożym z Wittenbergi.
– Wiedziałem! – Tobiasz uderzył się otwartymi dłońmi w uda. – Wiedziałem! – powtórzył. – Widziałem, jak pierwszy rzuciłeś kamieniem, gdy biskup posłał kukłę Marcina Lutra do ognia! A Ambroży zaraz cię w tym wsparł!
Wędrowiec i jego towarzysz spojrzeli po sobie, po czym wbili wzrok w gospodarza.
– Nie pochwalam palenia na stosie – powiedział Wilhelm. – Nawet jeśli to stos książek.
– Nie bójcie się! Ja jestem za naukami Lutra! – żachnął się Tobiasz i dodał szybko: – Musimy wznieść za to toast!
Zarządził, by małżonka przyniosła ze spiżarni butelkę okowity.
– Biskupi nas nie zatrzymają – powiedział, gdy Tobiaszowa zniknęła we wnętrzu domu. – Ja się nie znam na teologii, jestem tylko prostym piekarzem. Ale wiem, że tak dalej być nie może. Kościół za daleko jest od ludzi. Pan Bóg na to patrzy i pewnie załamuje ręce, jak ci kościelni panowie napychają sobie kieszenie dzięki naszej ciężkiej pracy. A w kościele nawet trudno ich zrozumieć, bo tylko po łacinie mówią. Jak mają ludzie prości to pojąć? I jak się wykupić, żeby dostąpić wiecznego zbawienia? Kogo stać na te ciągłe odpusty?
Ambroży ziewnął. Już nieraz był świadkiem podobnych rozmów. W czasie tej podróży Wilhelm często wdawał się w dyskusje z tymi, którzy byli spragnieni nowinek, i tymi, którzy nie popierali nauk Lutra. Tobiasz okazał się głodnym wiedzy ze świata człowiekiem, który przez kolejną godzinę zadawał pytania gościowi, spokojnie odpowiadającemu na wszystko, czego tamten chciał się dowiedzieć. Ambroży wcisnął się w kąt i przysypiał.
– Panie Wilhelmie, macie wielką wiedzę o tych wszystkich bożych sprawach – powiedział w końcu piekarz. – Nie wyglądacie na klechę, ale jesteście wielce uczonym człowiekiem. Nie chcę być natarczywy, ale może zostaniecie w Toruniu, żeby uświadomić tutejszy lud? Dużo tu mamy takich, którzy chcieliby reform lutrowych. Ale ciągle za mało, żebyśmy mieli dość siły na zmiany.
Ambroży nadstawił ucha, zaniepokojony, jak Wilhelm potraktuje propozycję. Ale pielgrzym uśmiechnął się tylko i podziękował za słowa uznania. Niemowa ze spokojem zapadł z powrotem w sen. Jego praca jeszcze się nie kończyła, a to znaczyło, że nie musi się martwić o stan swojej sakiewki.
Następnego dnia o wschodzie słońca, gdy w całej kamienicy unosił się już zapach pieczywa z pieców na parterze, Tobiasz wysłał Wilhelma i Ambrożego do portu razem z jednym ze swoich czeladników, by nie mieli problemu ze znalezieniem szypra gotowego zabrać dodatkowych pasażerów do Gdańska. Zaopatrzeni w bochenki ciemnego chleba i kilka butelek piwa, wsiedli niebawem na pokład łodzi, która przed południem odbiła od brzegu. Zostawiła za sobą Toruń i ruszyła na północ, w stronę Gdańska. Czekała ich teraz podróż trwająca kilka długich dni.
Redakcja: Barbara Szymanek
Korekta: Julia Zając, Justyna Żebrowska
Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Slotorsz
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © sannare/Adobe Stock; © Pinak/Adobe Stock; obraz Johanna Friedricha Stocka; ilustracje Alberta Racineta; drzeworyt Juliusza Kossaka
Skład i łamanie: pagegraph.pl
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68891-02-7
