Trybut - Jakub Celiński - ebook
Opis

Feliks, mimo młodego wieku, przeszedł już bardzo wiele. Nie załamuje się jednak, gdy zostaje zdiagnozowana u niego nieuleczalna choroba. Postanawia spełnić swoje największe marzenie — pragnie dotrzeć do miejsca ukrytego w sercu Amazonii. Może tego dokonać dzięki pomocy znanego podróżnika, Edwarda Krajewskiego. Razem wyruszają w daleką podróż. Nie wiedzą, że Feliksowi grozi ogromne niebezpieczeństwo. Trybut to opowieść o przyjaźni, miłości, a przede wszystkim walce o swoje marzenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Jakub Celiński

Trybut

Projektant okładkiExpand Online

© Jakub Celiński, 2017

© Expand Online, projekt okładki, 2017

Feliks mimo młodego wieku przeszedł już bardzo wiele. Nie załamuje się jednak, gdy zostaje zdiagnozowana u niego nieuleczalna choroba. Postanawia spełnić swoje największe marzenie — pragnie dotrzeć do miejsca ukrytego w sercu Amazonii. Może tego dokonać dzięki pomocy znanego podróżnika, Edwarda Krajewskiego. Razem wyruszają w daleką podróż. Nie wiedzą, że Feliksowi grozi ogromne niebezpieczeństwo.

Trybut to opowieść o przyjaźni, miłości, a przede wszystkim walce o swoje marzenia.

ISBN 978-83-8104-889-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Mojej Mamie oraz wszystkim, którzy wskazali mi drogę.

Część IMarzenie

„Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się,byśmy mogli spełnić nasze marzenie”.

„Alchemik”

Paulo Coelho

1 Feliks Zabłocki

Najbardziej na świecie nie znosiłem siedzieć w głupim gabinecie doktora Wieczorka. Zdążyłem się zniechęcić, mimo zaledwie kilku wizyt. Znienawidzić. Te ściany… w połowie białe, w połowie zielone. Albo nie, miętowe. O tak, to dobre określenie. Miętowe. Zupełnie jak tabletki, które dostawałem każdego ranka. Lubię ten kolor. Jest taki spokojny. Ale nie tam. W gabinecie lekarskim miętowe ściany były nieznośne, odrażające. Wcale nie uspokajały, wręcz przeciwnie. Nieraz miałem ochotę wyjść stamtąd i trzasnąć drzwiami na tyle mocno, żeby wypadły z zawiasów. Może wówczas ktoś by je w końcu wymienił. Zasłużyły na emeryturę.

— Feliks, spójrz na mnie — usłyszałem.

Na czole lekarza wystąpiły pierwsze krople potu — stresował się. Zdawał sobie sprawę, że jestem „trudnym dzieckiem” i bał się powiedzieć mi tego, co najistotniejsze, a zarazem najbardziej przerażające.

— Wiem, że to trudna rozmowa… — dalej próbował. — Po prostu chciałbym pogadać o twojej chorobie. — W końcu! Pierwsze konstruktywne zdanie, panie doktorze…

Zbyt wiele wiem już o życiu. Zbyt często to ja musiałem przejmować inicjatywę. Jednak patrzenie, jak ten facet się kompromituje, sprawiło, że w końcu wkroczyłem do akcji i wziąłem sprawę w swoje ręce:

— Ile czasu mi zostało?

Trudno opisać jego reakcję na moje słowa. W jednej chwili jakby zastygł. Opadnięte zazwyczaj powieki, sygnalizujące zmęczenie, wtedy zupełnie się otworzyły, ukazując tym samym zadziwione oczy koloru letniego nieba. Szkła okularów tylko potęgowały efekt. Całkiem prawdopodobne, że również w tym samym momencie serce doktora się zatrzymało, podobnie jak wszystkie inne procesy życiowe zachodzące w jego organizmie.

— Dobrze się pan czuje? — zapytawszy, uświadomiłem sobie cały ten abstrakcyjny paradoks, wynikający ze zmiany ról — teraz ja byłem lekarzem, mężczyzna pacjentem.

— Feliksie, to nie tak. Myślenie o chorobie w ten sposób jest bardzo nieodpowiednie — odparł z trudem. — Jesteś już dużym chłopcem i chyba rozumiesz sytuację, w której się znajdujesz. Nie zamierzam kłamać, będę szczery. Wyniki tomografii wykazały obecność złośliwego guza mózgu. Co więcej, mamy problemy z identyfikacją jego rodzaju. Wysłaliśmy zapytania do najlepszych specjalistów w Polsce, w tej chwili oczekujemy na odpowiedź.

— To znaczy, że nikt jeszcze na to nie chorował? — zapytałem lekko zdziwiony.

— Mało prawdopodobne. Myślę, że badanie po prostu trzeba będzie powtórzyć. — Głos doktora Wieczorka nieustępliwie był spokojny, opanowany. — Chciałbym jednak zaczekać na odpowiedź ludzi, którzy mają większe ode mnie doświadczenie. Wtedy podejmiemy odpowiednie kroki — zakończył.

Nastąpiła trochę dziwna sytuacja. Dopiero z zażenowaniem spoglądałem na lekarza, myśląc, że nic mnie nie zaskoczy, a mimo to chwilę później z niedowierzaniem patrzyłem w leżący na jego biurku czarny długopis. Guz mózgu? Niezidentyfikowany? Byłem gotowy na wszystko, włącznie z wyrokiem śmierci, ale taka wiadomość bardzo mnie zaskoczyła.

— Do czegoś pan jednak dąży — zauważyłem. Zawsze jest jakiś haczyk.

— Masz rację. Zdumiewa mnie twoja inteligencja. Chciałbym, abyś był przygotowany na leczenie. Trudne i wymagające leczenie. Jest bardzo potrzebne.

— Chyba niezbędne.

Pytające spojrzenie lekarza skłoniło mnie do wyjaśnienia:

— Panie doktorze, byłem z pana taki dumny. Przez całe trzy minuty słyszałem z pańskich ust samą prawdę. Dlaczego więc teraz zamierza pan uciekać od tematu mojej śmierci?

Mężczyzna wydawał się być nieco zdumiony.

— Jeżeli nie poddam się leczeniu, umrę — dodałem.

Przejrzałem go. Zmęczony moją zaciekłością, położył swoje okulary na biurku.

— Faktycznie, tak wykazują obecne wyniki. Należy jednak zaczekać na powtórne badania, więc nie przewidujmy czarnych scenariuszy. Jednak niezależnie od wyników, ciężkie leczenie będzie niezbędne.

— Co, jeśli się nie zgodzę?

— Na co?

— Na leczenie.

— Nie rozumiem. Prawidłowa opieka medyczna, odpowiednie zabiegi i przede wszystkim twoja praca mogą wyeliminować zarówno guz, jak i wszelkie możliwe objawy. Nie możesz odmówić, rozumiesz? — Ostatnie zdanie wypowiedział z niebywałą dla niego stanowczością.

Mój charakter nie mógł jednak bezgranicznie poddać się jego poleceniom. Musiałem zaznaczyć, że nikt rozkazywać mi nie będzie.

— W takim razie przemyślę jeszcze możliwość leczenia.

— Chłopaku, jak możesz coś takiego mówić? Tu chodzi o twoje życie. Nie zależy ci?

— Na czym? — zapytałem. — Na każdym dniu bez rodziców? Na każdym dniu spędzonym w towarzystwie telewizora i książek? O takie życie mam walczyć?

— Oczywiście — odparł bez wahania. — Jeżeli podejmiesz się leczenia, wyzdrowiejesz. Wtedy będziesz mógł zmienić swoje życie — zrealizujesz marzenia, osiągniesz zamierzone cele. Codzienność nabierze barw. Nie możesz się jednak poddawać — zastrzegł.

Zmęczone oczy lekarza patrzyły na mnie, oczekując reakcji. Ja jednak trwałem w bezruchu, myśląc nad słowami mężczyzny. Nie wiem, czy to normalne, ale nie bałem się śmierci. Już dawno pogodziłem się z faktem przemijalności u każdego człowieka. Mnie również to czeka, prędzej czy później. Byłem świadom, że kiedyś po prostu umrę. Chciałem, aby coś mnie tam trzymało, nadawało memu życiu sens, niestety niczego takiego nie było. Zostałem sam, za bliższe towarzystwo mając jedynie książki. Niby dlaczego miałem się tak bardzo męczyć, cierpieć? Podobno tam, w niebie, jest inaczej — lepiej. O ile w ogóle bym tam trafił…

— Chciałbym to przemyśleć. — Tak brzmiał wniosek krótkiej rozprawy, która rozegrała się w moim umyśle.

Za odpowiedź otrzymałem ciężkie westchnienie doktora. Byłem zapewne jego najtrudniejszym pacjentem w karierze.

— Dobrze, ale proszę cię, nie podejmij pochopnie głupiej decyzji. Nawet nie wiesz, ilu osobom zależy na tobie, na twoim zdrowiu — stwierdził. Po chwili dodał: — Możesz już iść.

Trzymając dłoń na klamce starych drewnianych drzwi, odwróciłem się i zapytałem:

— Kiedy będzie wiadomo, co to za choroba?

— Jeszcze dzisiaj powinienem otrzymać odpowiedź od kilku doświadczonych lekarzy, natomiast powtórna tomografia ma się odbyć jutro. Kiedy otrzymam wyniki, dam ci znać — zapewnił.

Skinąłem jedynie głową, po czym wyszedłem z gabinetu.

2 Feliks Zabłocki

Jednym ruchem natychmiast sprawiłem, że śpiew ptaków, oblegających przyszpitalne drzewa, zamilkł.

— Dlaczego zamknąłeś okno? Nie jest za gorąco? — zapytała pielęgniarka, kładąc na szafkach pacjentów plastikowe kubeczki z wodą oraz tabletki.

— Głowa mnie boli — odparłem od niechcenia, po czym położyłem się na łóżku.

Cień kobiety zaraz padł na moje oblicze.

— Źle się czujesz? Chcesz, żebym zawołała lekarza?

— Nie, wolałbym jakieś leki przeciwbólowe — odparłem.

— Przykro mi, ale doktor Wieczorek wyraźnie zakazał podawania jakichkolwiek tabletek. Wiesz, że powinnam zawiadomić lekarza o twoim samopoczuciu?

— Nie ma takiej potrzeby. Już mu o tym mówiłem, zaraz po tomografii. Podobno to normalne — zapewniłem.

Ze spojrzenia pielęgniarki można było wyczytać, że rozumie, lecz mimo to wciąż trochę się martwi. Postanowiłem więc zdobyć się na uśmiech, tak żeby zapewnić, iż wszystko jest w porządku.

Po chwili kobieta opuściła salę i zostałem sam. Korzystając z okazji, sięgnąłem po, leżący na ostatniej półce szafki, album. Opasłe tomiszcze stanowiło dla mnie ogromną wartość, choć tylko i wyłącznie sentymentalną. Zawierało całą moc kolorowych fotografii. Większość z nich przedstawiała rodziców, na wielu znajdowałem się również ja. Bardzo za nimi tęsknię. Każdego dnia. Może tego po mnie nie widać, ale to dobrze. Nie lubię obnosić się ze swoimi uczuciami.

Przerzucając kartki, natrafiłem w końcu na ulubione zdjęcie: mama, tata i ja. Zrobiliśmy je nad morzem, kilka miesięcy przed powołaniem ojca do wojska. Wysłali go do Afganistanu. Miało być spokojnie. Kilka prostych akcji, opanowana sytuacja i tak dalej… Pewnego niemiłosiernie gorącego dnia, doszło jednak do zamachu na samochód prowadzony przez polskich żołnierzy. Jednym z pasażerów był tata. Bomba nie pozostawiła cienia nadziei na to, że ktokolwiek przeżyje. Czasami zastanawiam się, dlaczego ojciec poszedł do wojska. Zupełnie dobrowolnie. Dobrowolnie wyjechał do odległego państwa, w którym niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku. Ta odwaga… Jest dla mnie czasami niezrozumiała, a nawet głupia. Niestety, czasu nie cofnę, dlatego muszę szanować to, czego dokonał mój tata oraz być z niego dumnym.

Pogodzenie się z jego odejściem było dla mnie bardzo trudne. Jako kilkuletni zaledwie chłopiec, przyjęcie do świadomości, że już nigdy nie zobaczę ojca, graniczyło z cudem. Z czasem to, co było dla mnie niemożliwe, stało się zrozumiałym faktem.

Dużo gorzej cały ten smutny czas przeżyła mama. Nie mogła liczyć na wsparcie ze strony najbliższych. Kiedyś polegała jedynie na moim tacie. Razem spłacali kredyt, wychowywali mnie, pracowali na utrzymanie. Gdy zabrakło ojca, mama zachorowała na ciężką depresję. To właśnie wtedy jacyś ludzie zdecydowali, że lepiej mi będzie z dala od domu. Zamieszkałem z innymi dziećmi, które znajdowały się w podobnej sytuacji. Tam, kilka dni później, dowiedziałem się, że zostałem sam. Mama umarła. Przedawkowała leki. Strata męża, dziecka… To było dla niej za dużo.

Dzisiaj rodziców mogę jedynie wspominać, przeglądać stare fotografie, których szczegóły znam na pamięć. Moim największym marzeniem jest możliwość cofnięcia czasu. Wszystko bym pozmieniał tak, by było inaczej. Lepiej.

— Co czytasz? — Książka natychmiast się zamknęła, zabierając ze sobą wspomnienia.

Do sali weszła Ala. Wiedziałem o niej jedynie tyle, że jest w moim wieku. Podejrzewam, że chorowała na białaczkę albo coś podobnego. Kiedy przyszedłem do szpitala, ona już tam była.

— Nic, tak tylko sobie oglądam — odparłem nieporadnie.

Nieco zaskoczona, dziewczyna usiadła na swoim łóżku, uśmiechając się podejrzliwie. Poprawiła nieco czerwoną chustę na swojej głowie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Miała bardzo delikatne rysy twarzy, ciemnobrązowe oczy i zgrabny, haczykowaty nos. Nie trudno się domyślić, jak bardzo choroba zmieniła jej życie. Kiedyś słyszałem fragment rozmowy między nią a babcią, która mówiła: „Alu, nie przejmuj się tak, słońce. To tylko włosy, one odrosną”. Nie mogła się pogodzić z tym, że jej uroda „straciła na wartości”. Jednak według mnie, wcale tak nie było. Ala to naprawdę piękna dziewczyna, nawet bez swojej burzy włosów.

— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytałem, czując, że się czerwienię niczym burak.

— Bo mam oczy — odparła spokojnie, uśmiechające się jeszcze szerzej. Bezradnie spuściłem wzrok na pogniecioną pościel.

Dobrze, że tego wszystkiego nie widział doktor Wieczorek. Oto mały buntownik pogrywa sobie z nim, jak chce, a tutaj, przed dziewczyną, nie potrafi się odezwać.

— Dlaczego się mnie boisz?

Nagle znieruchomiałem. Otworzyłem usta, żeby zaprzeczyć, lecz mimo to nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego słowa. Co za głupia, kompromitująca sytuacja!

— Ja się nie boję — wydusiłem po chwili.

— Więc dlaczego nie chcesz powiedzieć, co czytasz? Ja też lubię książki.

„Byleby jakoś z tego wybrnąć”, pomyślałem.

— To nie jest żadna książka, tylko album ze zdjęciami.

Uśmiech Ali nieco przygasł, choć wyraz twarzy wciąż był bardzo łagodny. Przez chwilę milczała, jednak tylko przez chwilę.

— Przepraszam. Nie chciałam cię urazić. Ja też czasami oglądam stare zdjęcia. Z mamą. Zginęła w wypadku samochodowym. Oddała swoje życie, ratując obce dziecko przed nadjeżdżającą ciężarówką.

— Przykro mi. — odparłem. Po chwili namysłu, postanowiłem dodać: — Uważam, że twoja mama zachowała się jak prawdziwa bohaterka i powinna być przykładem dla nas wszystkich. W tym albumie mam fotografie z rodzicami. Bardzo za nimi tęsknię. — Wskazałem na opasłe tomiszcze.

Znów cisza. Nigdy nie sądziłem, że będę miał z Alą coś wspólnego. Zauważyłem, że moja towarzyszka już się nie uśmiecha. Żeby zmienić temat rozmowy, zrobiłem z siebie głupka, to zawsze pomaga:

— Wiesz, jak powstały białe konie? — Ale przecząco pokręciła głową. — Chuck Norris przestraszył zebry.

— Bardzo zabawne — skwitowała, choć pogodny nastrój ponownie rozjaśnił jej twarz.

— Taki suchar — stwierdziłem.

Przez kolejne pół godziny rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Przewinęła się kwestia kilku książek, filmów, pogadaliśmy o szpitalnej codzienności, aż w końcu zeszło na temat choroby.

— Na co chorujesz? — zapytała.

— Lekarze mówią, że mam jakiegoś niezidentyfikowanego guza mózgu. Dzisiaj zrobili mi powtórną tomografię, więc może uda im się go określić.

— Na pewno. Później opracują jakiś plan leczenia czy coś takiego i wyzdrowiejesz — zapewniła.

— Tylko że ja nie wiem, czy chcę się leczyć — odpowiedziałem.

Wzrok Ali przeszył mnie na wylot. Po wyrazie jej twarzy widać było, iż nie bardzo rozumie, o co mi chodzi.

— Chyba nie masz wyjścia. Jeżeli odmówisz leczenia, może ci się znacznie pogorszyć.

— Umrę — sprecyzowałem.

Zaskoczona odpowiedzią, zapytała:

— Dlaczego chcesz umierać? Masz przed sobą całe życie.

— Moje życie jest do bani. Nie mam nikogo. Ani rodziców, ani krewnych, a nawet przyjaciół czy chociażby kolegów.

— Koleżanek nie uznajesz? — Ala zrobiła teatralnie groźną minę.

Nigdy nie sądziłem, że ta dziewczyna będzie moją znajomą. Do tej pory była jedynie sąsiadką z tej samej sali w szpitalu. Teraz faktycznie stała się dla mnie bliższą osobą — głównie dlatego, że dawno z nikim nie rozmawiałem tak szczerze na tak poważnie tematy.

— Póki co, jesteś moją jedyną koleżanką. Chyba — odparłem.

— Dlaczego „chyba”?

— Bo nie wiem, czy się na to godzisz. — Ta rozmowa znów zaczęła się nieprzyjemnie komplikować.

— Nie mam nic przeciwko temu — zapewniła.

— Ja również.

— Więc to znaczy, że jesteśmy przyjaciółmi?

— Tak — zdecydowałem.

Ala po raz setny w ciągu godziny uśmiechnęła się do mnie, ukazując tym samym swoje perłowo białe zęby.

— Przyjaciele mogą na sobie polegać — zauważyła.

— Mogą — przyznałem.

— Przyjaciele mogą też składać sobie obietnice.

— Mogą.

— Przyjaciele dotrzymują obietnic.

— Dotrzymują.

— Czy możesz w takim razie obiecać mi coś? — zapytała z nutką nadziei w głosie.

— Zależy co — odpowiedziałem.

— Możesz obiecać? — naciskała.

— Mogę.

— Nie poddasz się bez walki.

Tym razem minęła chwila, zanim cokolwiek powiedziałem. Siedząca naprzeciwko dziewczyna patrzyła na mnie niepewnym wzrokiem.

— Obiecuję.

Ala uśmiechnęła się po raz sto pierwszy w ciągu tej godziny.

3 Doktor Wieczorek

Czarna kropka powiększała swą powierzchnię za każdym ruchem długopisu. Mogłaby rosnąć w nieskończoność, gdyby nie wytrzymałość papieru — na kartce pojawiła się niewielka dziurka.

— Jest pan tego pewien? — zapytałem.

Szorstki głos wydobywający się ze słuchawki stwierdził:

— Oczywiście. Myślałem nad tym przez cały dzień, bez przerwy. Wyniki tomografii są takie same jak poprzednie, więc wniosek również pozostaje niezmieniony.

Ból głowy stał się nieznośny. Z rezygnacją zdjąłem okulary i położyłem je na biurku.

— Otrzymał pan odpowiedź od pozostałych lekarzy? — zapytał mój rozmówca.

— Tak, oczywiście. Wszyscy są tego samego zdania, co pan.

Jako neurolog pracuję już od ponad dwudziestu lat. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się w mojej karierze cokolwiek, co chociaż trochę przypominałoby obecną sytuację. Zazwyczaj swoje czynności wykonywałem automatycznie, według schematu: badanie, rozpoznanie, leczenie. W przypadku Feliksa zatrzymałem się na punkcie drugim. Powtórna tomografia ponownie wskazała ten sam wynik. Nie było wiadomo, co to za guz. Ani ja, ani najwybitniejsi lekarze na świecie nie mieli pojęcia, z jaką chorobą przyszło nam się zmierzyć…

— Włosi i Francuzi również twierdzą, że nie spotkali się z czymś takim?

— Wszyscy — odparłem. — Czy to oznacza, że nie ma ratunku? — zapytałem, choć sam doskonale znałem odpowiedź.

— Doktorze, to bardzo trudne. Guz pańskiego pacjenta stale rośnie, powoli, ale jednak. Z czasem doprowadzi on do poważniejszych objawów — gorączek, bólów głowy, wymiotów. W ciągu miesiąca pojawią się zaniki pamięci, utraty przytomności. W najgorszym stadium zacznie wpływać również na inne procesy życiowe organizmu, doprowadzając tym samym do śmierci. Usunięcie go operacyjnie jest niemożliwe — w ten sposób możemy tylko pogorszyć obecny stan. Istnieje też możliwość eksperymentu, dającego zaledwie cień nadziei. Można spróbować opracować specjalny lek, jednak jego produkcja trwałby miesiące, a koszt takiego przedsięwzięcia na pewno przerósłby pańskie wyobrażenia. Podkreślam raz jeszcze, że szanse na powodzenie tego projektu wynoszą około kilku procent. Pozostaje w takim razie uważnie obserwować zmiany zachodzące w organizmie pacjenta, choć prawie na pewno w niczym to nie pomoże.

Zamknąłem oczy. Wszystko jasne. Jedni mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Inni, że nadzieja to matka głupich.

— Bardzo mi przykro, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy.

— Oczywiście, rozumiem. Serdecznie dziękuję za pomoc. Do widzenia. — Odłożywszy telefon, wpatrywałem się w niego z niechęcią. Czekały mnie jeszcze dwie trudne rozmowy — jedna z dyrektorką domu dziecka, druga z Feliksem… Jak mam im przekazać, że tak naprawdę nie ma ratunku? Co mam im powiedzieć? Że mi przykro? Że bardzo się starałem?

Przez kolejne dwadzieścia minut toczyłem w myślach ciężką walką z samym sobą. W końcu zdecydowałem się zrobić to, co jest moim obowiązkiem.

— Renata Bednarek, słucham?

— Z tej strony Andrzej Wieczorek, lekarz Feliksa. Myślę, że powinniśmy porozmawiać — powiedziałem.

4 Renata Bednarek

Właśnie kładłam dłoń na rączce czajnika, gdy ktoś złapał mnie za ramię:

— Pozwól, że ja to zrobię — usłyszałam.

Wrzątek powoli zapełnił białą, ceramiczną filiżankę, wznosząc do jej brzegów ciemny napój. Pokój wypełnił aromatyczny zapach kawy.

Bezradnie spojrzałam na piętrzący się stos dokumentów w kącie ogromnego biurka.

— Nie możesz aż tak się przejmować. Choroba Feliksa jest dla nas wszystkich trudnym okresem, ale to tylko twój podopieczny. Jeżeli dalej będziesz tak to przeżywać, sama możesz mieć problemy ze zdrowiem.

— Ja to naprawdę rozumiem, ale Feliks mieszka tutaj od kilku lat. To, że mogłoby go zabraknąć… — głos mi się załamał.

Chciałam uniknąć emocji, choć były one dużo silniejsze ode mnie. Moja największa wada, zbyt szybkie przywiązywanie się do dzieciaków, nieraz sprawiała mi ogromny kłopot. Tak naprawdę wszystkie te dzieci były mi kompletnie obce, jednak czas, który z nimi spędzałam, doprowadzał do tego, że tworzyły się między nami pewne więzi. Cieszyłam się, gdy któreś z nich opuszczało naszą placówkę — zwykle działo się to wówczas, gdy znajdowały nowych rodziców. Teraz jednak sytuacja wyglądała inaczej. Feliksa nie było, ponieważ leżał w szpitalu. Ciężko chory.

— Co dokładnie powiedział lekarz? — Za każdym razem, gdy Asia coś do mnie mówiła, miałam wrażenie, że słyszę ją jakby przez ścianę.

— Stwierdził, że Feliks ma guza mózgu. Na razie badania nie są na tyle dokładne, żeby coś więcej o nim powiedzieć. Nie mogą nawet określić jego rodzaju. Dzisiaj tomografia ma zostać powtórzona. Jeśli coś będzie wiadomo, zadzwonią do mnie. — No właśnie. „Zadzwonią”. Ja powinnam tam być, usłyszeć z ust lekarzy, co potwierdzają wyniki. Oni jednak kazali mi wrócić do domu i odpocząć.

— Skoro powiedzieli, że zadzwonią, to nie siedź tu jak na szpilkach. Powinnaś trochę się przespać. Kiedy ostatnio coś jadłaś?

Jedzenie. Jedna z wielu rzeczy, o których nie byłabym w stanie teraz pomyśleć.

— Zaraz coś zjem, nie martw się.

W spojrzeniu Asi dostrzegłam niemal namacalną troskę. Czyżbym aż tak źle wyglądała? Kiedy rzuciłam okiem na parującą w filiżance kawę, poczułam do niej dużą niechęć.

— Chyba jednak zrezygnuję z tej kawy, przepraszam — oznajmiłam. — Zamiast tego zjem kanapkę.

Gdy Asia wróciła do przeglądania jakichś papierów, ja potajemnie wzięłam do rąk aktówkę z dokumentami Feliksa. Urodzony 15.05.2003 r. w Warszawie, Feliks Zabłocki; rodzeństwo: brak; matka: Karolina Grędzińska — Zabłocka (nie żyje); ojciec: Krzysztof Zabłocki (nie żyje); dalsza rodzina:?; w domu dziecka od: 22.08.2010 r. Dalsze strony to bezkresne tabele informujące o zdrowiu chłopca, usposobieniu itd. Zastanawiające, jak łatwo można przedstawić człowieka — na papierze, w jednej płaszczyźnie, często zresztą nieoddającej ziarenka prawdy.

Czytając tak dokumentację Feliksa, niczym magnes mój wzrok przyciągnął leżący na parapecie niebieski łabędź z origami. To była jedna z niewielu pasji chłopca, która pozwalała mu jakoś się uzewnętrznić, pokazać światu swoje emocje oraz możliwości. Zaraz też przed oczami rozlał się niewyraźny obraz skupionego na pracy dziecka. U jego boku rozrzucone były całe arkusze papieru kolorowego, niektóre proste, inne zwinięte w kulkę, skupione przy koszu na śmieci. Nie zauważył nawet, kiedy do niego podeszłam. Doskonale pamiętam towarzyszące mi w tamtej chwili emocje: zdziwienie, radość, niedowierzanie, zadowolenie, zdumienie i wiele innych. Chłopiec, który niedawno został przydzielony do domu dziecka, który niedawno dowiedział się o śmierci matki, zaraz po stracie ojca, który nie wykazywał najmniejszych chęci do robienia czegokolwiek. Wówczas zaczął intensywnie pracować. Przed jego twarzą formowała się armia papierowych zwierząt. Kolorowe, idealne, lecz najpiękniejszy był łabędź, niebieski ptak z origami. „To dla ciebie”, usłyszałam tak nieznajomy do tej pory głos, a fantastyczne papierowe dzieło, które przyciągnęło moją uwagę, powędrowało w moim kierunku. Biorąc je z niewielkich, kruchutkich rączek, spojrzałam ze zdumieniem na chłopca, nie czując nawet, że w oczach zebrały mi się łzy.

Dzwonek telefonu rozgonił całe wspomnienie, zniknęło niczym mała delikatna chmurka.

— Renata Bednarek, słucham?

— Z tej strony Andrzej Wieczorek, lekarz Feliksa. Myślę, że powinniśmy porozmawiać — usłyszałam.

5 Feliks Zabłocki

Intensywna zieleń wręcz razi w oczy. Szum spadającej wody sprawia, że każdy mięsień mojego ciała rozluźnia się, jakbym słuchał właśnie muzyki klasycznej. Zaraz do tego koncertu natury dołączają ptaki, egzotyczne ptaki, takie, których nikt poza mną nigdy nie słyszał. W tym cudownym świecie jestem sam, nikt mi nie przeszkadza. Mogę tu zamieszkać na zawsze.

— Ładne te twoje składanki. — Całe wyobrażenie nagle zamknęło się na jednej stronie, w jednym obrazku. Razem z nim wszystko to, co było takie piękne.

— To nie żadne składanki, tylko origami — zaprotestowałem.

— Och, przepraszam — odparła ironicznie Ala. — Nie chciałam cię urazić.

Jej magiczny uśmiech sprawił, że perspektywa rozgniewania się na tę dziewczynę wydawała się niemożliwa. Dzięki niemu nawet bolesny powrót do rzeczywistości nie był aż taki tragiczny.

— Znowu przeglądasz album ze zdjęciami rodziców? — zapytała już nieco poważniej.

W odpowiedzi uniosłem grubą książkę. Na okładce rozrastały się tropikalne lasy Amazonki, a jej górną część, niczym korona, wieńczył napis: „Ameryka Południowa: miejsca magiczne”.

— Nie wiedziałam, że lubisz takie albumy. Jak chcesz, to poproszę babcię, żeby następnym razem przyniosła kilka moich, też podróżniczych.

— Nie, nie trzeba. Myślę, że piękniejszych miejsc już na świecie nie ma — oświadczyłem.

Tamten lipcowy dzień wciąż siedział mi w głowie. Razem z moją mamą wybraliśmy się do miasta. Jako mały chłopiec miewałem różne humory. Potrafiłem być równie nieznośny, co wręcz kochany. Tamtym razem usłyszałem jednak od mamy propozycję, na którą natychmiast wyraziłem zgodę. „Jeśli będę się grzecznie zachowywał, w nagrodę pójdziemy do księgarni i dostanę taką książkę, jaką sobie zażyczę”. Perspektywa prezentu tak bardzo mnie motywowała, że przez prawie cały czas nie wydusiłem z siebie ani słówka. W pewnym momencie zmartwiona mama zapytała, czy coś mi dolega. Gdy poznała powód mej postawy, roześmiała się serdecznie. Wraz z wejściem do księgarni poczułem unoszący się w powietrzu przyjemny zapach tajemnicy. Rozstawione na szeregu półek księgi, wywarły na mnie wówczas niezwykłe wrażenie. Sztuka czytania jeszcze wtedy nie należała do moich mocnych stron, dlatego szukałem książki, w której byłoby dużo obrazków i niewiele tekstu. Nie do końca pamiętam, jakim sposobem zdołałem odnaleźć w tej fantastycznej dżungli album o najpiękniejszych zakątkach Ameryki Południowej. Niemniej z pewnością bardzo zafascynowały mnie ilustracje, które zawierał. Spojrzenie mamy dało mi do zrozumienia, że oczekuje ostatecznej, męskiej decyzji. Szybka piłka: „Ta mi się podoba”, potwierdziłem. Przez następne lata album pełen zdjęć zawsze zapraszał mnie w darmową eskapadę do lasów Amazonki, gdzie udawałem się najchętniej. Warunkiem skorzystania z opcji podróży było posiadanie wyobraźni. Tak niewiele. Album po dziś dzień stanowi dla mnie swoisty skarb. Trochę jak zdjęcia z rodzicami.

— Lubisz podróże?

Pytanie Ali nieco mnie zaskoczyło, ponieważ nigdy nie myślałem o tym, żeby gdzieś wyjechać. Pewnie głównie ze względu na moje zdrowie. Po krótkim namyśle odparłem:

— Jedynym „dalekim” miejscem, które dane było mi zwiedzić, jest Gdynia. — Właśnie tam zostało zrobione moje ulubione zdjęcie z mamą i tatą. — Poza tym przez większość życia nie opuszczałem granic Warszawy. Teraz to chyba nawet nie jest za bardzo możliwe — skwitowałem.

— Czy nigdy tak po prostu nie marzyłeś, żeby zwiedzać świat?

— Nie — opowiedziałem krótko.

Ala właśnie miała coś powiedzieć, lecz przerwała jej pielęgniarka, która, otworzywszy drzwi sali, poszukała mnie wzrokiem i powiedziała:

— Doktor Wieczorek prosi cię, żebyś przyszedł do jego gabinetu.

— Pewnie chodzi o wyniki badań — stwierdziłem.

Pierwszy raz w życiu poczułem, że czeka mnie coś bardzo niedobrego. Nim wyszedłem z pomieszczenia, usłyszałem głos przyjaciółki:

— Będzie dobrze!

Dźwięk tykającego zegara niezręcznie wypełniał cały pokój mojego lekarza. Wszystko wokół sprawiało wrażenie, jakby utknęło gdzieś w czasoprzestrzeni, w bezruchu. Siedząca po mojej lewej stronie pani Renata, dyrektorka domu dziecka, do którego mnie przydzielono, starała się sprawiać wrażenie spokojnej, opanowanej. Było to jednak tak nieudolne jak próba zatuszowania makijażem czerwonych od płaczu i zmartwienia oczu. Z kolei doktor Wieczorek wlepił wzrok w arkusz kartek leżących na jego drewnianym biurku. Jedna z nich była przedziurawiona i pomazana. Okulary na nosie lekarza sprawiały wrażenie niewyobrażalnego ciężaru. Czekałem na pierwszy ruch z ich strony. Zbyt często to ja brałem sprawy w swoje ręce. Wiedziałem zresztą, że zaraz przekażą mi wiadomość o jakiejś niewyleczalnej chorobie, zatem byłem gotowy na wszystko. Zadanie tych dwojga dorosłych ludzi polegało jedynie na poinformowaniu mnie, dziecka, o stanie zdrowia — to wcale nie tak dużo. Panującą ciszę zakłócił w końcu głos doktora Wieczorka:

— Feliks, nie mam dobrych wieści.

— Zdążyłem się domyślić — odparłem.

— Wyniki tomografii są niemal takie same jak poprzednie. Oznacza to, że na twoim mózgu faktycznie znajduje się guz. Niestety, nie można go usunąć operacyjnie. — Na chwilę przerwał, po czym podjął: — Rodzaj tego guza nie pozwala także na jakiekolwiek inne skuteczne leczenie. Co gorsza, nie mamy żadnej deski ratunku, która dawałaby jakąkolwiek nadzieję na to, że…

— Pamiętaj, że nie jesteś sam — wpadła w słowo Bednarek. — Wszyscy bardzo wierzymy w twoje wyzdrowienie. Ten guz sam może odpuścić, tak mówił pan doktor — tłumaczyła histerycznie.

— W takim razie pozostaje nam tylko liczyć na cud — skwitowałem

Natychmiast poczułem na sobie zaskoczone spojrzenia dyrektorki domu dziecka i lekarza. Było w nich coś takiego, co sprawiało wrażenie, jakbym sprezentował im twarde lądowanie, zimny prysznic albo jak to się tam nazywa. Jednocześnie nie byli w stanie zaprzeczyć mojemu spostrzeżeniu. Wiedzieli, że to prawda, może dobitna, niemniej mająca swoje potwierdzenie.

— Można się modlić — zauważyłem. — Wierzycie w Boga? — Szczerze, to nie wiem skąd wzięło mi się to pytanie. Widać jednak było, jak bardzo zaskoczyło je moich rozmówców.

— Tak, oczywiście — potwierdziła pani Bednarek. Skinieniem głowy zawtórował jej także doktor Wieczorek.

— Więc dlaczego mówicie, że nie ma nadziei? Bóg może wszystko.

Dwoje dorosłych ludzi wyglądało teraz niczym para pokornych gimnazjalistów, słuchających uwagi księdza proboszcza. Nie planowałem tego, samo jakoś tak wyszło.

— To wszystko, co chcieli mi państwo przekazać? — zapytałem.

Niemogący wydusić z siebie słowa lekarz, jedynie kiwnął głową. Wstałem, podziękowałem za rozmowę, po czym spokojnie wyszedłem z gabinetu.

6 Renata Bednarek

Jak mogliśmy do tego dopuścić? Powinniśmy dać temu dziecku wyraźny sygnał, że ma w nas wsparcie, a zamiast tego zaprezentowaliśmy mu przykład naszej nieporadności i, co gorsza, ujawniliśmy, jak bardzo się boimy.

Zanim wszedł do pokoju, miałam przygotowany plan rozmowy. Kiedy jednak Feliks usiadł obok mnie, moje ciało zdrętwiało, nie byłam zdolna do wypowiedzenia choćby jednego słówka. Pewnie nawet zauważył, że płakałam. Lekarza też sparaliżowało. Choć gdyby nie on, nie wiem, czy ta rozmowa w ogóle by się zaczęła. Spokojnie tłumaczył chłopcu, co oznaczają wyniki badań, aż do momentu, w którym o mały włos nie wypalił, że Feliks najprawdopodobniej umrze. Umawialiśmy się — to należy przemilczeć. Dlatego wkroczyłam do akcji. Rzuciłam coś o wsparciu… Kolejny dowód nieporadności. Efektem tej głupiej rozmowy było to, że Feliks po raz kolejny zawstydził nas swoją dojrzałością.

— Przepraszam. — Głos doktora Wieczorka wyraźnie zdradzał rozczarowanie. — Nie tak chciałem to rozegrać, popełniłem wiele błędów.

— Oboje popełniliśmy wiele błędów — poprawiłam. — Zbyt wiele.

Po chwili zastanowienia wzięłam do ręki szklankę z parującą kawą. Jeszcze kilka godzin temu nie miałam na nią najmniejszej ochoty. Teraz jednak chciałam za wszelką ceną zrobić coś ze swoimi rękoma. Złożone na biurku, przypominały mi moją bezsilność.

— Co teraz będzie z Feliksem? — zapytałam, nie odrywając wzroku od napoju.

Po chwili zawahania, lekarz odparł:

— Trzeba liczyć na cud, pani Renato. I dużo się modlić.

Widocznie doktor Wieczorek też musiał się czymś zająć, ponieważ chwycił za długopis po to, by znaczyć na małej, niebieskiej karteczce niezrozumiałe wzorki.

— W tym szpitalu leczyłem już bardzo dużo śmiertelnie chorych dzieci — powiedział. — Często rodzice postanawiali spełnić niektóre marzenia swoich pociech, na przykład ostatnio do pewnego małego pacjenta przyjechało kilku piłkarzy Legii Warszawa, ktoś też zaprosił jakiegoś piosenkarza do swojej córki. Może Feliks także ma jakieś marzenie?

Pytanie lekarza dało mi bardzo dużo do myślenia.

7 Feliks Zabłocki

Przez całe popołudnie rozmyślałem nad słowami lekarza. Nie mogę powiedzieć, że jakoś szczególnie one na mnie wpłynęły. Przecież już wcześniej spodziewałem się podobnej diagnozy. Moją uwagę bardziej skupiła inna kwestia: co dalej? Skoro przesądzono już o moim losie, skoro powiedziano, że umrę i nie ma na to żadnej rady, to na co właściwie mam teraz liczyć? Co robić? Wszelkie próby leczenia są skazane na porażkę. Jak wykorzystać ten czas, który jeszcze mi został? No właśnie, zapomniałem się zapytać, ile dni dzieli mnie od śmierci.

Nieco szorstka jeszcze pościel zdradzała, że podmieniono ją, podczas gdy byłem u doktora Wieczorka. Powoli podniosłem głowę i spojrzałem na zegarek wybijający cosekundowy rytm. 20:47. Zamknąwszy oczy, ponownie spróbowałem usnąć, jednak po kilku minutach zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu.

Niezdarnie zsunąłem się ze szpitalnego łóżka, szurając po podłodze stopami w poszukiwaniu kapci. Gdy w końcu dopiąłem swego, z ciekawością spojrzałem na otaczających mnie sąsiadów. Na sali ustawiono sześć łóżek. Ja leżałem w środkowym, po lewej stronie od wejścia. Po swej prawicy ujrzałem drzemiącego spokojnie dziesięcioletniego Wojtka. Całkiem fajny z niego chłopak, tylko trochę nieśmiały. Po drugiej stronie nie było nikogo — wolne miejsce oczekujące na nowego pacjenta. Naprzeciwko, bliżej okna, rezydowała Oliwia. Była to osoba, która całymi dniami siedziała z nosem w telefonie, całkowicie odizolowana od rzeczywistości. Jakiekolwiek próby nawiązania z nią kontaktu zawsze spalały na panewce. Łóżko znajdujące się przy samej ścianie należało do Emilii. Cóż mogę o niej powiedzieć? Ja czytałem dużo, nawet bardzo, lecz Emilia te książki wręcz pochłaniała. Szczególnie lubowała się w romansach oraz powieściach science — fiction. Pomiędzy tymi dziewczynami swoje małe „królestwo” miała oczywiście Ala — jedyna osoba, z którą można było nawiązać jakąś konstruktywną dyskusję. Akurat spała, choć myślę, że gdybym ją nagle obudził, to z miejsca zaczęłaby trajkotać na wszelkie możliwe tematy. Oj tak, Ala jest osobą komunikatywną, bez dwóch zdań. I chyba jedyną z tamtej sali, z którą pogadałem dłużej niż cztery minuty.

Powoli, żeby nie obudzić śpiących (bądź jedynie udających, że śpią) towarzyszy mej niedoli, opuściłem pomieszczenie. Świetlówki rzucały blade światło na całej długości szpitalnego korytarza. Jak zwykle o tej porze wszędzie panowała cisza, mącona co jakiś czas nieznaczącym szumem rozmowy dobiegającym z poszczególnych pomieszczeń. Taka klasyczna rzeczywistość widziana oczami przeciętnego pacjenta. Ogólnie rzecz biorąc, cała placówka poświęcona była leczeniu dzieci, zatem znaczna część korytarzy swoimi wielobarwnymi malowidłami próbowała wprowadzić nastrój spokoju, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Jednak na moim oddziale ściany pokryte były grubą warstwą miętowej farby, identycznej do tej, którą można zauważyć w gabinecie doktora Wieczorka.

— Coś się stało? — usłyszałem.

Odwróciwszy się, ujrzałem panią Młynarczyk — niską, nieco krępą pielęgniarkę ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy.

— Nie — zaprzeczyłem. — Ja tylko chciałem rozprostować kości.

— Hmm… A może masz ochotę na herbatę? Malinową, tą samą co ostatnio — zachęciła.

— Jeżeli nie sprawi to pani kłopotu, to jak najbardziej — stwierdziłem.

Herbaciane spotkania w pokoju pielęgniarek od pewnego czasu stały się regularnym urozmaiceniem mego codziennego, szalenie nudnego życia. Zaproszenie zawsze otrzymywałem właśnie od pani Młynarczyk. Zdołałem już nieco ją poznać. To kobieta o niezwykłym sercu, którą zesłał zapewne Pan Bóg we własnej osobie, aby takim ludziom jak ja, pokazywała świat z innej, piękniejszej perspektywy.

Czasami w pokoju rezydowały inne pielęgniarki, które przyjmowały mnie równie ciepło oraz chętnie zabawiały rozmową na tematy zupełnie niezwiązane ze szpitalem. Nie trudno się domyślić, że robiły to celowo. Może one też zostały zesłane przez Pana Boga?

Niemniej dzisiaj dyżur pełniły tylko dwie panie. Jedna z nich, Ciocia Ania (niestety nie wiem skąd to określenie, już funkcjonowało, kiedy przyszedłem do szpitala), odwiedzała właśnie pacjentów we wszystkich salach, pytając o ich samopoczucie.

Czy tylko ja uważam, że te kobiety to stąpające po ziemi anioły?

Pomieszczenie pielęgniarek nie było zbyt duże, zapewne nieco mniejsze od tego, w którym mieściło się moje łóżko. Było w nim jednak trochę inaczej. Przytulniej. Zaryzykuję stwierdzenie, że prawie jak w domu.

Przed moimi oczyma wylądował właśnie niebieski ceramiczny kubek, opleciony korowodem przypadkowych wzorków.

— Dobrze wiesz, Felek, że chętnie poczęstowałabym cię jakimiś słodyczami, ale bez zgody doktora Wieczorka…

— …jest to niemożliwe — dokończyłem, wieńcząc całą wypowiedź szerokim uśmiechem.

— No właśnie — potwierdziła pielęgniarka. — Jak się czujesz?

— Tak naprawdę, mógłbym śmiało powiedzieć, że jestem zupełnie zdrowy, gdyby nie guz. To taka tykająca bomba, która może eksplodować w każdej chwili i z każda minutą coraz bardziej wyniszcza mój organizm. Robi to jednak na tyle powoli, że właściwie niczego nie czuję — wytłumaczyłem.

Po chwili ciszy, pani Młynarczyk podjęła:

— Boisz się?

— Nie, ale od kilku godzin towarzyszy mi dziwne uczucie niepewności. Już dawno pogodziłem się z faktem, że mogę umrzeć, ale to wszystko jakoś tak bezsensownie się układa. Nie wiem, czego mam teraz oczekiwać. Chyba jedynie cudu.

— Cuda się zdarzają — odparła pielęgniarka, po czym wstała, by zalać gorącą wodą, leżącą w kubku torebkę herbaty. — Trzeba w nie tylko bardzo mocno wierzyć.

Tak, jasne, słyszałem tę śpiewkę co najmniej tysiąc razy i, będąc do bólu szczerym, przyznam, że ja po prostu nie umiałem wierzyć w takie rzeczy. To, co wydawało się być przesądzone, było dla mnie już sprawą podrzędną. Nie chodzi tu o pesymizm czy optymizm. Uważałem siebie za twardo stąpającego po ziemi realistę, czyli człowieka, który ma największe szanse na przeżycie w XXI wieku, choć w mojej sytuacji wydawało się to być nieco abstrakcyjnym, a wręcz groteskowym stwierdzeniem.

— Rozmawiałam z doktorem Wieczorkiem. Ustaliliśmy, że zapytam cię o pewną kwestię, w końcu bardzo dobrze się rozumiemy. Jesteś szalenie inteligentnym, młodym człowiekiem, dlatego nie zamierzam odgrywać przed tobą żadnego teatru — i tak byś się domyślił, o co chodzi. Zapytam więc wprost: czy masz jakieś marzenie, które chciałbyś zrealizować?

— Skąd takie pytanie?

— Chodzi o to, że istnieje cała armia fundacji specjalizujących się w spełnianiu życzeń osób ciężko chorych. Los wystarczająco pokrzyżował twoje drogi, dlatego w mojej opinii, zasłużyłeś sobie przynajmniej na taki mały drobiazg jak realizacja marzenia — powiedziała, robiąc przy tym zupełnie poważną minę.

Ta kwestia mocno mnie zaskoczyła. Nigdy nie myślałem o tym, czego bym pragnął lub potrzebował do pełni szczęścia. Muszę jednak przyznać, iż podobna perspektywa wyglądała niezmiernie apetycznie.

— Więc, Feliksie, posiadasz jakieś skryte marzenie? — zapytała pani Młynarczyk.

— Czy mam odpowiadać już teraz?

— Nie, oczywiście, że nie. Proszę cię tylko, abyś dał mi znać, jeśli coś zdecydujesz — poprosiła.

— Ma pani moje słowo — zapewniłem.

Patrząc na ciepły uśmiech pielęgniarki, sięgnąłem po kubek z herbatą. Intensywny, malinowy smak mimowolnie nasunął mi na myśl wiosenny spacer po lesie, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Kiedy miałem jeszcze oboje rodziców. Śpiew ptaków, kojąca zieleń z każdej strony, świeże powietrze i w końcu niewielki krzew z różowymi owocami, rosnący w cieniu drzew. Moje myśli szybko jednak wróciły do niewielkiego pomieszczenia w jednym z warszawskich szpitali.

— A jakie jest pani marzenie? — zagaiłem.

— Oj Felek, tyle życzeń, ile zdołałabym sobie wydumać, to ty nawet nie masz pojęcia. Ot, na przykład chciałabym, żeby na świecie skończyły się wszystkie wojny. Sam chyba rozumiesz, że wojna to taki głupi spór pomiędzy ludźmi pragnącymi władzy — oni wydają rozkazy, zarządzają, ale nie oni ponoszą konsekwencje, tylko niewinni cywile oraz żołnierze.

— Mój tata był żołnierzem. Wysłali go do Afganistanu — zauważyłem. — Zginął podczas jednego z zamachów.

Nagle pożałowałem, że o tym wspomniałem.

— Przykro mi, nie wiedziałam.

— Ależ nic się nie stało — zapewniłem. — Tak po prostu czasami bywa.

Za oknami już na dobre zapadł zmrok. Gdy zajrzałem do swego kubka, przekonałem się, że już nic w nim nie ma. Zerknąłem na panią Młynarczyk i powiedziałem:

— Chyba już na mnie czas. Bardzo pani dziękuję za herbatę. — W odpowiedzi pielęgniarka jedynie skinęła głową.

Nim jednak opuściłem pokój, usłyszałem:

— Feliks, pamiętaj tylko o marzeniu.

— Oczywiście, przemyślę to — odparłem, po czym wyszedłem na korytarz.

8 Edward Krajewski

Kiedy bogato zdobiony zegar na ścianie restauracji wybił dwudziestą, poczułem, jak bardzo upadłem w hierarchii wydawnictwa. Niegdyś spóźnienie Leszka byłoby nie do pomyślenia. Jednak tego dnia minęło już ponad pół godziny od umówionej pory spotkania, a przedstawiciela wydawnictwa jeszcze nie było Dawniej zabiegano o mnie, otrzymywałem oferty sowicie opłacanych posad u konkurencji, zatem moi obecni pracodawcy nie mogli sobie pozwolić na takie niedociągnięcia. Wtedy byłem całkiem szanowanym dziennikarzem. Teraz znaczyłem już tyle co nic. Podejrzewam, że z miłą chęcią by się mnie pozbyli. Niestety, wciąż wiązała ich umowa.

— Czy coś panu podać? — zapytał kelner.

— Nie, jeszcze chwilę zaczekam — zapewniłem.

Młody chłopak skinął jedynie głową, po czym oddalił się od mojego stolika. Zauważyłem, że siedząca naprzeciwko kobieta co jakiś czas spogląda w moją stronę, zupełnie jakby ktoś jeszcze na tym świecie kojarzył Edwarda Krajewskiego…

Drzwi lokalu otworzyły się z niemałym impetem i do środka wpadł Leszek Krakowiak. Oczywiście najpierw jego duży brzuch, potem on sam. Rozglądając się wokół, sprawiał wrażenie dziecka zagubionego we mgle. Aby nie przedłużać bardziej tego wieczoru, powoli podniosłem się z krzesła. Na mój widok, zatroskany wyraz twarzy Leszka zmienił się w to, co widywałem za każdą wizytą w wydawnictwie — nieograniczoną pewność siebie, choć była to tylko taka głupiutka maska, mająca mnie zmylić, a przede wszystkim dać do zrozumienia, że to nie ja rozdaję karty.

Przysadzisty mężczyzna z trudem opadł na siedzenie, nie trudząc się nawet, by wyciągnąć rękę na powitanie. Jego nienagannie ułożona fryzura nieco ucierpiała podczas zażartej walki z mocnymi podmuchami wiatru. Niemniej wąsy jak zwykle były w dobrej kondycji — sprawiały, iż czułem się, jakbym siedział naprzeciwko Lecha Wałęsy.

— Coś ci wypadło? — bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.

Dochodzący do siebie Leszek z pewnym otępieniem spojrzał w moją stronę, zrzucając na moment maskę wszechmogącego biznesmena. „Nie opuszczaj gardy”, pomyślałem.

— Co? A, tak, faktycznie. Na mieście były korki, a poza tym i tak musiałem zostawić samochód jakieś dziesięć minut drogi stąd — wytłumaczył.

— Chciałeś pogadać — zauważyłem.

— Edziu, gdzie tak pędzisz? Spokojnie, najpierw coś zjemy. Jestem głodny jak wilk.