Poemat letniej tęsknoty - Joanna Balicka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Poemat letniej tęsknoty ebook i audiobook

Balicka Joanna

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

115 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka bestsellerowej powieści Co wyszeptał nam deszcz!

 

Poruszająca historia córki bohaterów Kontraktu!

 

Życie nie bywa łaskawe. Wyzwania, które rzuca, popychają ludzi do czynów wymagających decyzji: „być albo nie być”. 

 

Tristan Harmon, by przeżyć, musiał nauczyć się kraść. Jednak jedno zlecenie doszczętnie niszczy jego nastoletnie życie. Chłopak zostaje przyłapany na przestępstwie i tym samym zamienia przyczepę, w której dotychczas mieszkał, na celę w zakładzie karnym. 

 

W nowych realiach namiastkę normalności przynosi mu możliwość pracy poza murami więzienia w akademickiej bibliotece. Wszystko zmienia się w chwili, w której nawiązuje kontakt wzrokowy z dziewczyną o zapadającym w pamięć spojrzeniu.

 

Siedemnastoletnia Vaiana Laurent wiedzie bajkowe życie: ma kochających rodziców, grupę wiernych przyjaciół i spore ambicje dotyczące przyszłości. Jednak jej romantyczna dusza poszukuje czegoś więcej, przez co dziewczyna czuje się nieszczęśliwa.

 

Między Tristanem a Vaianą rodzi się więź. Trudno jest im walczyć z uczuciem, a jeszcze trudniej podejmować decyzje, gdy bliscy nastolatki sprzeciwiają się tej miłości.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                                                                                                                            Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 617

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 14 min

Lektor: Agnieszka BaranowskaAleksander Bauman
Oceny
4,6 (1737 ocen)
1285
289
125
30
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pasjonatka_ksiag
(edytowany)

Z braku laku…

Mam mieszane odczucia. Pierwsza połowa wzbudziła mój zachwyt, ale reszta... To zupełnie tak, jakby autorka nie miała pomysłu na dalsze losy bohaterów.
214
awyp1

Całkiem niezła

zaczęłam czytać na wattpadzie, dokończyłam teraz UWAGA SPOILERY . . . . . Pierwsza połowa była spoko, ale później coś się popsuło. Działo się za dużo i za szybko, wątki były mało i słabo rozwinięte. Brakowało mi czegoś więcej o resocjalizacji Tristana, tego jak sobie radził po wyjściu z więzienia, bo to wyglądało tak, jakby więzienie nie miało w ogóle wpływu na jego życie. Nie podobał mi się fakt, że tak szybko się zaręczyli i ten ślub na samym końcu.
justynamarek93

Całkiem niezła

jak dla mnie zbyt słodko i kolorowo. potencjał na historię był, ale wg mnie nie wykorzystany..to historia w stylu, ze wszystkich historii ta nie wydarzyła się najbardziej
140
Domi120

Całkiem niezła

Ehh, jestem fanką książek Asi ale tutaj coś poszło nie tak. Niesamowicie zmęczyłam się jej czytaniem. Zbyt nierealna i przesłodzona miłość. Niedopracowane wątki według mnie. Nie rozumiem został dwa razy pocięty i nawet nie sprawdził po wyjściu z więźnia czy jest czysty. Nagle od tak wielki przelew na konto. Babcia która była dla niego tak ważna a zepchnieta na drugi tor. Szczerze wolałabym dwie części i bardziej dopracowane. Mam wrażenie ze końcówka była pisana na szybko. Za dużo sielanki, żadnego wpływu na psychikę po wyjściu z więzienia. Trochę nie realna. Szkoda... Bo był potencjał...
110
Baoka

Całkiem niezła

zapowiadało się ciekawie, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że ktoś inny wziął się za pisanie, jakby nastolatkowie dorwali się do scenariusza. Po historii McCanna spodziewałabym się równie ciekawej opowieści, a mam wrazenie ze czegoś tu brakło...
100

Popularność




Copyright © 2024

Joanna Balicka

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Oświęcim

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Anna Łakuta

Karolina Piekarska

Maria Klimek

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8362-362-7

I. PAMIĘĆ NIESTETY DOSKONAŁA

TRISTAN

Nawet Bóg nie wie, ile bym dał, by móc nie pamiętać tego dnia.

Jest przecież tyle wspomnień, których nie potrafiłem odtworzyć. Dlaczego nie pamiętam uśmiechu mojej mamy? Dlaczego nie wiem, jak brzmiał głos mojego taty? Choć mogłaby paść jednoznaczna odpowiedź, bez żadnego drugiego dna, nie przyjąłbym jej do świadomości, ponieważ nie chciałem się z tym godzić.

Mawiają, że na początku był chaos. Mieli rację. Chaos nadaje początek chwilom, w których wolelibyśmy nigdy się nie znaleźć, a jednak już zaczynasz ich żałować. To nie jest fizjologiczne uczucie, nie samo przeczucie ani nawet nie wewnętrzny głos, który mówi: „Zastanów się, czy aby na pewno dobrze robisz. Spierdoliłeś”. Masz przesrane na całej linii i nagle zaczynasz obwiniać świat za to, że nikt nie stworzył jeszcze maszyny do cofania się w czasie.

Ale tamtego dnia zrobiłem coś bardzo złego.

Wtorek. Zegar wskazywał trzecią. Wiedziałem, że tej nocy już nie zasnę i nie wiem, czy następnej w ogóle będzie mi to dane. Nie czułem ciepła, zimna, głodu, zmęczenia. Właściwie, to niczego nie czułem, nie licząc łomoczącego serca pod żebrami.

Oczy szczypały mnie od łez, ale nie przez to, do czego się posunąłem. Moja babcia nie miała bladego pojęcia, że tej nocy nie wrócę do domu, ani kolejnej, ani żadnej innej. Została sama, a to gryzło mnie bardziej niż kajdanki wrzynające się w moje nadgarstki.

– Wiemy, że nie byłeś tam sam.

Poczułem uścisk w żołądku na brzmienie zimnego głosu gliniarza.

– Powiedz, kto był z tobą.

Nie mogłem. Nie dlatego, że trzymałem się zasad lojalności, ale dlatego, by nikt nie dopadł jedynej osoby, która mnie nie porzuciła. Musiałem ją chronić, nawet jeśli skutki tej decyzji będą prześladować mnie do końca życia.

Cisza. Jeśli zachowam milczenie, wszyscy pozostaną bezpieczni.

– Tristan… – Kobiece westchnienie osłabiło napiętą atmosferę w pokoju przesłuchań. – Jesteś za młody, by tak szybko niszczyć przyszłość, jaką masz przed sobą.

Przyszłość? Jaką przyszłość? Dzieciak taki jak ja zawsze kończy na ulicy albo jako bezdomny, albo jako zadłużony ćpun.

Po kilku sekundach przeniosłem na nią spojrzenie. Policjantka nie wbijała mnie w fotel spojrzeniem oczu o jasnych tęczówkach w przeciwieństwie do jej partnera. Prawdę mówiąc, to nie było pierwsze nasze spotkanie. To ona najczęściej brała udział w interwencjach związanych z moją rodziną, w tym ze śmiercią mojej mamy.

Chciałem powiedzieć jej tak wiele, ale wewnętrzne poczucie obowiązku trzymało mnie na łańcuchu. Może potrafiłaby wyczytać to z moich oczu? Czy wtedy zrozumiałaby, że mam kogoś jeszcze do ochrony?

– Siedzimy tu od czterech godzin, a ty wciąż jeszcze niczego nie powiedziałeś. – Ciężkie palce owinęły się wokół mojego karku. – Słuchaj, gówniarzu. Jeśli myślisz, że będziemy tu ślęczeć do rana, to…

Cały się spiąłem. Twardo wbiłem spojrzenie w metalowy stolik przed sobą.

– Rob, przestań – skarciła go. – Siłą niczego z niego nie wyciągniesz.

Kobieta była miła, bardziej ludzka od faceta z gęstą brodą, łysą łepetyną i spojrzeniem łakomej piranii. Przeczuwałem, że nie chodziło mu o dojście do prawdy. Chciał jak najszybciej wrzucić mnie za kratki i wrócić do domu, żeby się wyspać.

Miałem być kolejnym numerem w statystyce.

Kolejnym osadzonym.

Kolejnym oskarżonym o kradzież z włamaniem.

Tylko kolejnym. Nie pierwszym, a już na pewno nie ostatnim. Jednak to nie więzienie mnie przerażało. Od kiedy sięgałem pamięcią, szlajałem się od instytucji do instytucji, wliczając w to domy dziecka, domy pomocy społecznej czy areszt dla nieletnich. Znałem to życie, czasem ten brak odpowiedzialności okazywał się wygodny, łatwy.

Jednak ja też czułem się tym zmęczony.

– Jeśli czegoś się boisz, to wiedz, że zapewnimy ci ochronę. – Policjantka przyglądała mi się z końca stołu. – Będziesz bezpieczny, nic ci nie zagrozi, tylko podaj nam nazwiska tych, którzy byli tam z tobą. Postaram się, by sąd uznał to za okoliczności łagodzące.

Ucisk narastał, podobnie jak mdłości. Miałem wrażenie, że wszystkie flaki pchały mi się na wolność. Zacisnąłem powieki. Przyparłem czoło do chłodnego blatu, a skrępowanymi żelastwem rękoma nakryłem głowę. Za dzieciaka to działało – to taka nasza własna peleryna niewidka, dzięki której mogłeś zniknąć na parę chwil. Dla społeczeństwa ludzie tacy jak ja od zawsze stawali się niewidzialni, chyba że powinęła ci się noga – wtedy widzieli cię wszyscy.

– Tristan, pomyśl o swojej babci. Pomyśl o tym, jak niespokojna jest, bo nie wróciłeś do domu na noc.

Do domu? Ja nawet nie mam domu. Naparłem zębami na dolną wargę, walcząc z wyrywającym się z gardła szlochem. Po prostu go przełknąłem, a metaliczny posmak rozlewał się po moim języku.

– Przyznaję się. – Skrzyżowałem wzrok z mężczyzną. – Przyznaję się do wszystkiego.

Wypuścił prawdopodobnie całe powietrze z płuc i odsunął się na bezpieczną odległość. Wyglądał na udobruchanego tą odpowiedzią.

– Czyli fajrant.

– Wiesz, że prędzej czy później dotrzemy do pozostałych, prawda?

Przeniosłem spojrzenie na kobietę. Może. Za to ja zyskam pewność, że zrobiłem wszystko, by nie narazić zdrowia ani tym bardziej życia mojej babci.

– Byłem sam.

– Nie, Tristan, nie byłeś.

Po raz pierwszy udało mi się wyprowadzić ją z równowagi.

– Staruszka cię rozpoznała. Przyznała, że znajdowałeś się na miejscu zdarzenia, ale to nie ty obezwładniłeś ją tępym narzędziem. To zmienia postać rzeczy – przekonywała, próbując odnaleźć odpowiedź na mojej twarzy. – Możesz zostać oskarżony wyłącznie o kradzież z włamaniem.

Serce załomotało mi jeszcze mocniej, choć nie sądziłem, że to możliwe.

Nie chciałem patrzeć na policjantkę. Widziała we mnie chłopca z przyszłością, ale odebrano mi ją, gdy byłem tylko dzieciakiem.

– Coś musiało się jej pomylić. – Wbiłem twarde spojrzenie w funkcjonariuszkę. – Byłem tam sam. Uderzyłem ją, dom miał być pusty, ale okazało się inaczej. Przestraszyłem się, bo słyszałem, że zaczęła wzywać policję.

– Czym ją uderzyłeś?

Przez moją głowę przetoczyło się milion stopklatek.

– Jakąś figurką z brązu czy czymś takim.

– Czymś takim? – Zwęził powieki.

– Nie znam się, dobra? – Powstrzymałem warknięcie. – Nie wiem, z czego to gówno było.

– Grzeczniej, gnojku. – Klepnął mnie w policzek. – Gdzie porzuciłeś narzędzie zbrodni?

– Nie pamiętam.

– Nie pamiętasz? – Uderzył dłońmi w stół kilka centymetrów od mojej ręki. – Nie pamiętać to ty możesz tego, co tydzień temu jadłeś na śniadanie, ale nie tego, gdzie porzuciłeś rzecz, którą rąbnąłeś staruszkę, planując jej morderstwo!

– Nie chciałem jej zabić! – zerwałem się z krzykiem. – Okraść tak, ale nie zabić!

Pchnął mnie z powrotem na krzesło. Widziałem po sposobie, w jaki poruszały się jego palce, że aż świerzbiło go, by mi przywalić.

Ktoś otworzył drzwi do pokoju, wywołując przeciąg, a powiew powietrza musnął mnie w kark.

– Miriam, prokurator już przyjechał.

– Jasne, już idę – odparła policjantka, po czym zwróciła się do partnera: – Zachowuj się.

– Dobra, dobra.

Zostaliśmy sam na sam. Moje spojrzenie instynktownie uciekło do kamery zawieszonej w prawym rogu pod sufitem.

– Może napijesz się czegoś? – Gliniarz przybrał wyjątkowo spokojny ton.

Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę z suchości w ustach.

– Wody.

– Wody – powtórzył. – Dobrze, dam ci wody.

Opuścił na moment pokój przesłuchań. Na te kilka chwil znajdowałem się pod opieką innego gościa w mundurze. Łysy wrócił ze styropianowym kubkiem z wodą, lecz zamiast postawić go przede mną, chlusnął mi nią w twarz.

– Może to odświeży ci pamięć – zarechotał złowrogo. – Zapytam cię po raz ostatni. Kto był tam z tobą?

Przekrzywiłem głowę, oblizałem wargi i miejsce wokół nich, by spić choć odrobinę kropel. Przemoczone ubranie dodatkowo wywołało u mnie dreszcze, zważywszy na to, że w pokoju pracowała klimatyzacja.

– Gadaj, kurwa! – Trzasnął mnie łapą w tył głowy. – Zamierzam dzisiaj pójść do domu, a nie siedzieć tu z tobą, gówniarzu.

– Nikt. – Do samego końca wytrzymałem twarde spojrzenie policjanta. – Byłem. Tam. Sam.

Złapał mnie za koszulkę i podciągnął do góry. Moja twarz znajdowała się naprzeciwko jego.

– Jeśli się dowiem, że kogoś kryjesz, wrócę po ciebie. – Sunął chłodnymi oczami po mojej twarzy. – Tak cię urządzę, gnojku, że własna stara cię nie pozna – powiedział, a w następnej chwili rozciągnął ukośnie usta. – A jeżeli nie ja, to koledzy z twojej celi. Wiesz, jak traktują tam tych, którzy atakują bezbronne staruszki?

Milcz. Cisza. Nie unikniesz więzienia, nawet jeśli wyjawisz prawdę.

Podtrzymywaliśmy kontakt wzrokowy. Gdy łysy zdał sobie sprawę, że nie puszczę pary z ust, puścił mnie i zlustrował.

– Sam tego chciałeś.

II. BETONOWA RZECZYWISTOŚĆ

TRISTAN

Akt oskarżenia jednoznacznie wskazywał na moją winę. To ja włamałem się do domu starszej kobiety z zamiarem obrabowania go z cennych rzeczy, które mógłbym opchnąć i zarobić trochę siana na życie.

W tym nie było kłamstwa. Potrafiłem rozwalać zamki, więc włamanie i wtargnięcie rzeczywiście należało do moich obowiązków – jakkolwiek by to nie brzmiało. Chciałem okraść tę kobietę, to też moja wina. To, czego nie chciałem, to sprawić jej ból. To nie ja zadałem cios, który ją ogłuszył. Dom miał być pusty, ale to, co wydarzyło się później, sprowadziło mnie do miejsca, w którym się teraz znajdowałem.

Zasłużyłem na karę i zamierzałem ją odbyć.

Sąd wydał wyrok: cztery lata więzienia i grzywnę w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów. Nie stać mnie na wynajęcie prawnika, a ten, który został mi przydzielony z urzędu, pomagał mi jedynie w zrozumieniu prawniczego bełkotu, zatem przewodu sądowego nie przerwało ani jedno zakwestionowanie.

Po mojej lewej zasiadała ława przysięgłych, ale to po prawej znajdowali się świadkowie. Sąsiedzi staruszki, jakiś biegacz i gliniarz, który znalazł mnie przy kobiecie. Nasze spojrzenia skrzyżowały się w chwili, w której mała ława przysięgłych ogłaszała wyrok.

Czy on wiedział, że nie chciałem jej skrzywdzić? Odwrócił wzrok, jakbym wzbudzał w nim odrazę. Czyli jednak nie.

Cztery lata.

Cztery pieprzone lata. Dopiero w dwa tysiące dwudziestym czwartym wyjdę na wolność.

Ile dostałbym, gdybym wyznał prawdę? Nie wiedziałem, jednak w momencie, w którym sędzia zakończył odczytywanie wyroku, zacząłem zachodzić w głowę, czy może jednak warto powiedzieć ostatnie słowo.

Ale czy to by cokolwiek zmieniło? Nie teraz, nie dziś. Milcz. Cisza. Na negocjacje było już za późno. Szósta poprawka zapewniła mi szybki i publiczny proces.

Dzięki ci, wspaniała Ameryko.

– Proszę oskarżonego o powstanie. – Głos sędziego wytrącił mnie z chaosu myśli.

Podniosłem się z miejsca, czując, jak bardzo zdrętwiały mi nogi.

– Czy oskarżony chciałby wyrazić skruchę wobec pokrzywdzonej?

Przekręciłem głowę i spojrzeniem odnalazłem pokiereszowaną starszą panią. Na sam jej widok czułem, jak gula w gardle niemalże mnie dławi, ponieważ dotarło do mnie, że to mogła być moja babcia.

Siwa trwała, styrana historią życia twarz, niedowidzący wzrok, wspomagany przez grube okulary, i zaszyta rana po uderzeniu. Gdyby chłopak uderzył ją mocniej, mogłaby umrzeć. Z trudem przełknąłem ślinę.

– Przepraszam panią – udało mi się wykrztusić. – Zamierzam odbyć tę karę i odpokutować to, co zrobiłem.

Oczy wszystkich zebranych na sali sądowej skupiły się na staruszce. Adwokat nachyliła się nad jej uchem, przez chwilę nad czymś dyskutowały. Wtem jej cichy, zmęczony życiem głos przerwał falę szmerów:

– Cieszę się, że żałujesz, dziecko.

Zamknięto przewód sądowy. Klamka zapadła.

Do tej pory nie dotarła do mnie żadna informacja o tym, czy znaleźli pozostałą trójkę. Jednego z nich, Patricka, znałem jeszcze z czasów domu pomocy społecznej. To on wkręcił mnie w temat szybkiego zarobku, gdy świadczenia, z których utrzymywaliśmy się z babcią, okazały się niewystarczające na nasze warunki.

Miałem dość życia w przyczepie. Chciałem mieć dom, albo chociaż własny pokój, a teraz nie miałem już szansy na żadną z tych rzeczy. Wiedziałem, że przekraczając więzienne mury, przestanę być nawet człowiekiem. Będę wyłącznie statystyką.

– Nie!

Co?

Odwróciłem głowę w stronę drewnianych rzędów, które wypełniał tłum nieznajomych. Z nich wyłoniła się twarz, której rysy wyryły mi się w pamięci.

Babcia. Moja ukochana babcia.

– Tristan, dziecko!

Niewidzialny drut kolczasty owinął się ciasno wokół mojego gardła. Ledwie mogłem oddychać, nie wspominając nawet o przełknięciu śliny. Świadomość tego, jak bardzo ją zawiodłem, kopnęła mnie butem wysmarowanym gównem prosto w pysk.

Policjanci zebrali się wokół mnie. Zanim jednak zostałem wyprowadzony, babcia przecisnęła się przez barierki, zwracając uwagę wszystkich swoim boleśnie gorzkim szlochem.

Ujęła moją twarz w dłonie, szukając na niej odpowiedzi, których sam nie znałem.

– Dlaczego? – zapytała zduszonym od łez głosem. – Dlaczego, Tristan?!

Czułem wstyd. Walczyłem z tym, by odwrócić wzrok, ale dotyk znajomych dłoni mi na to nie pozwolił. Z drugiej strony świadomość, że nie zobaczę jej przez najbliższe miesiące, kazała patrzeć mi tak długo, dopóki nie nacieszę oczu jej widokiem.

– Przepraszam. – Po tym wszystkim tylko na tyle potrafiłem się zdobyć. – Przepraszam.

Chciałem, by żyło nam się lepiej. Zapragnąłem wyrwać nas z tej pieprzonej przyczepy, kupić nam dom, w którym każde z nas będzie miało własny kąt. Efekt okazał się zupełnie odwrotny.

– Bądź silny, słyszysz? – Ucałowała mnie w czoło. – Tris, musisz być silny.

Policjanci szarpnęli mną do tyłu. Chciałem zaoponować, wywalczyć jeszcze kilka chwil, ale zmęczony brakiem snu i wygłodniały przez ostatnie dni spędzone w areszcie, byłem niczym zapałka, którą wystarczyło pstryknąć, bym złamał się wpół.

Będę silny. Wytrzymam. Zrobię wszystko, by wytrwać do końca.

I przede wszystkim nie puszczę pary z ust.

***

Zakład karny mieścił się na kompletnym pustkowiu, z dala od miejskich zabudowań. Dookoła rósł gęsty las, nie miałem pojęcia, gdzie znajdował się jego koniec. Jednak to, co mroziło mi krew w żyłach, to betonowe zgliszcza mojej marnej przyszłości.

Krzyki mężczyzn huczały mi w głowie nawet wtedy, gdy panowała cisza. Dobiegały zewsząd, jakby tylko czekali, aż ktoś zasili szeregi więziennych murów.

Bramę wejściową okupowało dwóch strażników. Owczarek niemiecki wiernie towarzyszył jednemu z nich, omal nie zrywając się z uwięzi na mój widok.

– To co, synek? – Kpina w męskim głosie uwłaczała mojemu ego. – Gotowy na wakacje bez mamusi i tatusia?

Skrzyżowałem z nim spojrzenie, jednak z moich ust nie wydostała się chociażby sylaba. Gość miał jebaną aureolę wyrytą łysiną na łbie i kawał wąsicha pod nosem. Widać, że z tego typa był kawał chuja.

Zachowanie zimnej krwi stawało się bardziej potrzebne niż kiedykolwiek.

Milcz. Milczenie cię uratuje.

– Kolejny wytatuowany – zadrwił ten drugi, wypuszczając dym z papierosa spomiędzy warg. – Trochę z nami posiedzisz, piękny, co?

Ten drugi, może trochę młodszy, bez wąsa, zaś z przerzedzonymi kruczoczarnymi włosami wyrwał funkcjonariuszowi dokumenty, które dotyczyły mojego skazania. Zacmokał, kręcąc na mnie głową.

– Cztery lata – gwizdnął. – I tak wrócisz. Tacy jak ty zawsze wracają.

Zamiast brać udział w bitwie na spojrzenia, wędrowałem oczami po więziennym kompleksie. Całość otaczały ogromne płoty, zwieńczone zatrważającą ilością spiralnych drutów kolczastych. Kiedy usłyszałem, że zostanę przetransportowany do prywatnej jednostki penitencjarnej, w głowie miałem wyobrażenie o jakimś wyższym standardzie niż budynek, który przypominał fabrykę rodem z lat sześćdziesiątych.

Strażnik celowo pozwalał psu zbliżyć się do mnie, podjudzając go komendami „Bierz go!”. Owczarek warczał złowieszczo, ujadając przy nogawce moich spodni. Drgnąłem, gdy tylko poczułem ocierające się o skórę kły.

– Co? – zarechotał facet. – Nie lubisz psów, małolat? – Wyszczerzył się szyderczo. – Tutaj będziesz miał czas je polubić.

– Naprzód!

Ten drugi pchnął mnie w plecy. Nawet nie wiedziałem, kiedy znalazł się za mną.

– Oprowadzimy cię, małolat.

Brzęczący sygnał poprzedził otwarcie żelaznych bram. Maszerowałem pomiędzy strażnikami, a mój wzrok przeskakiwał z miejsca do miejsca. Pokryta brudnym piachem droga prowadziła do parterowego budynku. Strażnik otworzył przede mną drzwi, zanim ten drugi znów pchnął mnie w plecy.

– Co ty, kurwa? Na spacerek idziesz czy jak? – wypluł pogardliwie. – Zapierdalaj tymi nogami albo ci pomogę, synek!

Zacisnąłem brutalnie szczęki, a zęby zazgrzytały mi o siebie. Najwyraźniej prowokował mnie do reakcji, która tylko pogorszy moje położenie. A ja i tak już znajdowałem się w potężnej dupie. Ten bez psa uwolnił mi dłonie z kajdanek.

– Opróżnij kieszenie, zdejmij buty i pasek, jeśli posiadasz.

Zerknąłem na strażniczkę za biurkiem. Była ciemnoskóra, grube włosy miała spięte w kitkę, a spojrzenie, które mi posłała, było pozbawione wyrazu.

W areszcie tymczasowym nie miałem ze sobą zbyt wielu rzeczy, nie licząc paczki gum i zużytej chusteczki. Wrzuciłem to wszystko, łącznie z butami i skórzanym pasem, do kuwetki, którą strażnik pchnął do skanera.

– Podejdź do mnie.

Przeszedłem przez wykrywacz metalu, cały spięty i zafiksowany sytuacją. Chociaż wiedziałem, że nie miałem przy sobie już absolutnie niczego, skronie oblał mi pot. Żadnego dźwięku, a lampka nad metalowym przejściem zapaliła się na zielono.

Pełen ulgi oddech ukradkiem wydobył mi się spomiędzy warg.

– Odwróć się, ręce na ścianę, nogi szeroko – instruowała mnie.

Zrobiłem to, co kazała. Kobieta sunęła detektorem od stóp do głów, po ramionach, obu nogach i dla pewności jeszcze raz.

– Przodem do mnie.

Obróciłem się, nawiązując niefortunnie spojrzenie z jednym ze strażników. Chociaż jego oczy pozostały chłodne, na cwaniacką mordę wypłynął mu zwycięski uśmieszek, jakby zaraz miał zgarnąć gwiazdkowy prezent.

– Tristan Harmon, lat osiemnaście. Urodzony czwartego listopada dwa tysiące drugiego roku, zgadza się? – Nowo przybyły strażnik recytował z kartki.

Temu było blisko do trzydziestki, miał zarost, a ciemne włosy schował pod czapką typowego klawisza.

– Tak.

– Za mną. – Przywołał mnie ruchem głowy.

– Dokąd go zabierasz? – wtrącił ten chujek z wąsem.

– Na osobistą.

– O, chętnie sobie popatrzę na naszego pięknisia – zagruchał, patrząc na mnie złośliwie zmrużonymi oczami.

Zerknąłem na tego drugiego z nadzieją, że zaprzeczy, ale ten jedynie wzruszył ramionami. Cały się spiąłem, czując, jak łysy praktycznie deptał mi po piętach, a jego przesycony wczorajszym piwskiem oddech muskał mi kark.

Strażnik otworzył drzwi do odosobnionego pomieszczenia, w którym stał stolik, biurko i mata, na której kazał mi stanąć.

– Zdejmij ubrania.

Zdjąłem bluzę przez głowę, a po niej koszulkę. Rozpiąłem jeansy, zsunąłem skarpetki, po czym dorzuciłem je do kupki ubrań na stoliku. Gość przetrzepywał każdą rzecz, która tam leżała.

– Bokserki też.

Uniosłem brwi, jakby niepewny tego, czy dobrze go usłyszałem.

– No już, zdejmuj – ponaglał mnie. – Nie mamy całego dnia.

Przeniosłem wzrok na łysego. Znów ten złowrogi uśmiech, którym gotował mi krew w żyłach.

Zsunąłem bokserki, skopałem je do reszty ubrań i zasłoniłem się dłońmi.

– Otwórz usta – dyrygował. – Język w górę. Teraz w dół.

Nawet nie wpadłoby mi do głowy, by cokolwiek przemycać do więzienia.

– Unieś penisa.

Tym razem zmarszczyłem brwi, jednak pod nieugiętym spojrzeniem strażnika zrobiłem to, co kazał.

– Obróć się, kucnij – rzucał kolejne komendy. – Kaszlnij.

Chyba nie sądził, że… Cholera, ludzkie ciało potrafiło jednak zaskakiwać.

– Wstań. Prawa stopa w górę – komenderował. – Lewa.

Zapisał coś w papierach. Ten drugi znów strzelił we mnie pogardliwym uśmieszkiem. Gdy tamten nie patrzył, uniosłem środkowy palec w towarzystwie równie kpiącego uśmiechu. Gotów był wyrwać się w moją stronę.

– Ty, kurwa, bo ci…

– Spokój – huknął młodszy klawisz, po czym przeniósł wzrok na mnie. – Możesz się ubrać.

Zaczynałem myśleć, że tu wcale nie chodziło o przemyt, a o uświadomienie więźniowi, że tu nie ma żadnej władzy. To uwłaczające, odbierające godność, a jednocześnie siadające na psychę, bo pokazałem im coś, czego nikt wcześniej nie widział.

Nie wiem, ile godzin minęło, zanim dopięto wszystkie procedury. Zegar na ścianie zatrzymał się na piętnastej dwadzieścia cztery. Nie pozostało mi nic innego, jak wpatrywanie się w opaskę identyfikacyjną.

– Harmon – przywołał mnie kolejny strażnik. – Idziemy.

Ten był starszy, może około pięćdziesiątki. Był rosły, szeroki w barach, miał przystrzyżony zarost i krótkie, ciemne włosy.

Prowadził mnie u swojego boku, dopóki nie dotarliśmy do przejścia z kratownicą. Kiwnął głową do gościa zamkniętego w akwarium. Brzęczący dźwięk zapowiedział rozstąpienie się bram, a po przejściu ta niemal automatycznie zasunęła się za naszymi plecami z grzmiącym brzękiem metalu.

Wydano mi pościel, komplet ubrań, bokserki, skarpety, plastikowe klapki, szczoteczkę do zębów, pastę i kostkę mydła.

– To ma ci wystarczyć na miesiąc – mruknął facet zza małego okienka. – Korzystaj rozsądnie.

Potaknąłem. W końcu nie pozostało mi nic innego.

Przed nami ze szczękiem rozsunęła się kolejna brama, prowadząca na coś, co przypominało środkowy dziedziniec z rozgałęzionymi przejściami do pozostałych budynków. Zdałem sobie sprawę, że właśnie prowadził mnie do tego, w którym przydzielono mi celę.

Znów to nawoływanie mężczyzn, okrzyki, gwizdy, odgłosy ujadania. Niektórzy przylegali do siatki, by lepiej mi się przyjrzeć. Krzyczeli, wrzeszczeli, co rusz nawalając w metalowe zabezpieczenia. Z każdym kolejnym krokiem żołądek piął mi się w górę gardła. Nie bałem się. Byłem kurewsko przerażony.

W budynku było ciszej niż na zewnątrz, nie licząc rozmów. Odgłos naszych butów niósł się echem wśród ścian, choć moje, bez sznurówek, prawie spadały mi ze stóp. Dłonie miałem mokre od potu, a w ustach zabrakło mi śliny.

Zatrzymaliśmy się przy jednej z cel, to małe pomieszczenie, z którego bił słodkawy zapach. W środku znajdowało się już trzech mężczyzn. Dwóch było znacznie starszych ode mnie, jeden zaś tylko odrobinę na pierwszy rzut oka.

Szczęk zamka poprzedził otwarcie przejścia, które zmusiło pozostałych więźniów do spojrzenia na mnie. Żaden z nich nie leżał, ci starsi palili papierosy, a młodszy siedział, skrobiąc coś ołówkiem na kartce pomiętego papieru.

– Osadzony, wchodź. – Klawisz rzucił prostą komendę.

Napiąłem ramiona, gdy tylko przekroczyłem próg celi. Mój wzrok przemierzał po twarzach zebranych, dopóki nie zatrzymał się na wolnym miejscu do spania.

Kraty zatrzasnęły się za moimi plecami, wywołując dreszcze, choć ani drgnąłem.

– Cześć – wypaliłem pierwszy.

Jeden ze starszych miał na sobie typową żonobijkę, dresowe szorty, szare skarpety z dziurą na dużym palcu prawej stropy i czarne, schodzone laczki. Przerzedzone, siwe włosy ledwie trzymały się ostatnimi kępkami skóry głowy, eksponując wytartą łysinę ze sporą ilością blizn. Był pomarszczony jak buldog, miał zżółknięte od papierosów palce i długie, brudne paznokcie.

Zbliżył się do mnie w milczeniu, wtykając między wargi dopalającego się peta. Bez słowa zagarnął papier, który trzymałem na szczycie rzeczy, i wytężył wzrok.

– Kradzież z włamaniem – odczytał niskim, chropowatym głosem.

Drugi facet miał białą koszulkę i pomarańczowe spodnie od więziennego kompletu. Był całkowicie łysy i pozbawiony zarostu, w lepszej kondycji higienicznej niż jego poprzednik. Przekazali sobie kartkę.

– Tu jest wolne, małolat. – Wskazał ręką na dolne łóżko. – Pościel wyro i trzymaj to miejsce w porządku.

Odłożyłem rzeczy we wskazanym miejscu. Starzec oddał mi białko1, po czym klepnął mnie w policzek.

– A co ty taki chojrak, świeżak? – Wyszczerzył się, ukazując braki w uzębieniu. – Dobrze trafiłeś, nie bój dupy. Tu jak w domu ma być, rozumiesz? – Poklepał mnie po karku. – Jeśli będziesz kozaczyć, to cię utemperują, aż nauczysz się, że połamiesz sobie nóżki od skakania.

Milczałem. To lepsze wyjście niż wdanie się z nim w rozmowę.

– Jestem Edgar, to jest Henry… – wystawił palec w stronę palacza pod oknem – …a ten tutaj to Nate, ale do niego to nie zagaduj, jak nie musisz, bo ci naklepie na ryj i zarobisz, a po co? – Rozłożył ramiona, jakby podkreślał te słowa. – My tu w zgodzie żyjemy.

Szybko zrozumiałem, że to Edgar przewodził w tej celi. Zerknąłem na Nate’a, który już mi się przyglądał.

– Nie wylegujesz się, kiedy zapierdalasz, to zapierdalasz, jak coś masz, to się dzielisz, problemów nie robisz i jesteś czysty, łapiesz? – Uniósł krzaczaste brwi. – Jak mi tu, kurwa, do celi jakieś prochy wtrynisz, to osobiście upierdolę ci nos przy samym ryjcu.

– Nie biorę – odezwałem się.

– No. – Zwiesił ramiona, wyglądając na rozluźnionego. – To co ci odwaliło z tym włamaniem, małolat?

Przetoczyłem spojrzeniem po twarzach pozostałej dwójki.

– Potrzebowałem pieniędzy dla rodziny – przyznałem. – Mieszkam ze schorowaną babcią, długi rosną, a fundusze na leczenie maleją.

Wyprostował się. Poklepał mnie w tors, po czym szturchnął pięścią w ramię.

– To ty nasza morda jesteś.

Mój puls znacząco zwolnił, choć pomimo poczucia chwilowej ulgi wiedziałem, że nie mogłem stracić czujności.

Posłałem łóżko, a pozostałe rzeczy położyłem w skrzynce pod łóżkiem.

Światło nigdy nie gasło. Brzdęki nie ustępowały. Ktoś jęczał, jakby z agonalnego bólu, inny facet zaś kazał zamknąć mu ryj, inaczej osobiście się do niego przejdzie. W nocy tylko raz udało mi się opuścić powieki.

Ze snu wyrwał mnie zgrzyt metalu i donośny głos strażnika:

– Osadzeni przed celę.

Nie wiedziałem, o co chodzi, ale robiłem to, co pozostali. Edgar wyszedł pierwszy, po nim Henry. Nate wciąż leżał, gdy podążyłem za mężczyznami. Oparli dłonie na ścianie, rozstawili szeroko nogi, zatem zrobiłem to samo.

– Osadzony, wstajesz! – warknął klawisz.

– Spierdalaj – odpalił chłopak. – Przez darcie mordy jebanego Flinstona nie spałem ani godziny.

– Wstawaj, jak mówię!

– To ja ci mówię: spierdalaj!

Kątem oka widziałem, że strażnik poderwał Nate’a z łóżka i gdy zamierzał rzucić go na beton, ten strzelił mu z pięści w mordę.

– Gdzie z łapami, psie! – odciął się z rykiem.

Klawisz wezwał wsparcie. Nate przyjął postawę obronną, ale zdało się to na nic, gdy do środka celi wtargnęli strażnicy z tarczami, taranując chłopaka i przyciskając go do ściany. Słyszałem jego jęki i wyzwiska, które mieszały się z komendami klawiszy.

– Małolat – warknął Edgar. – Nos w swoje sprawy, przed siebie patrz.

Wlepiłem wzrok w ścianę, choć dziwnie było nie móc zrobić absolutnie niczego, gdy jeden z twoich zostaje pobity. Wytarmosili chłopaka, skuli mu ręce za plecami i niemal wtulili jego głowę w kolana, gdy wyprowadzali go z tej części budynku.

– Co z nim teraz będzie? – zapytałem cicho.

– Izolatka – mruknął niepocieszony. – Ten dzieciak niczego się nie nauczy.

***

Henry powiedział, że to więzień decyduje, czy chce jeść, czy nie, a jeśli nie smakuje mu więzienne żarcie, to musi liczyć na pomoc z zewnątrz, chyba że wymieni się czymś z którymś z osadzonych.

– Tu nie ma nic za darmo, świeżak – powiedział mi. – Jeśli ktoś ci coś daje i mówi, że nic za to nie chce, to nie wierz w jego dobre serducho.

Nie wiem, które okrążenie pokonywaliśmy na spacerniaku. Edgar uważał, że to jedyny moment, kiedy można rozprostować nogi, jeśli się nie pracuje. Ed nie pracuje, bo ma dożywocie za morderstwo, a Henry ma tymczasowy zakaz, odkąd ukradł z zakładu śrubokręt, który strażnik uznał za kontrabandę.

– Jeśli twierdzi, że za darmo, to spodziewaj się, że wróci – pouczał mnie. – Gdy nie masz czym płacić, to płacisz ciałem.

Przełknąłem ślinę. To brzmiało cholernie źle.

– Dużo było takich akcji? – Nawet nie wiem, dlaczego o to zapytałem.

Posłał mi krzywe spojrzenie.

– Chłopaku, czego te mury nie widziały…

Wyjawił mi przy kolejnym okrążeniu, że są bloki dla osadzonych ze skłonnościami samobójczymi lub takimi, co widzą rzeczy, których nie ma. Są trzymani w odosobnieniu, pod czujnym okiem strażników, a ci rzekomo co piętnaście minut sprawdzają ich stan.

Są też bloki dla szczególnie niebezpiecznych, ale tam nie mają otwartego spacerniaka, a betonowe akwarium z metalową siatką nad głowami, przez którą mogą sobie popatrzeć na niebo.

Ci, którzy zachowują się najlepiej, mają szczególne przywileje i mogą pracować poza blokiem, a nawet poza zakładem. Są też bloki dla schorowanych więźniów, ale Henry stwierdził, że prędzej ktoś pierdyknie w kalendarz, niż zostanie przetransportowany do szpitala, ale przy serwowanym jedzeniu trudno jest się nie pochorować.

Poczułem szarpnięcie w przegubie. Odwróciłem się na spotkanie trzech osadzonych, z którymi do tej pory nie miałem kontaktu.

– Nowy, a ty coś dla nas masz? – Jeden z nich, łysy o kwadratowej szczęce, kiwnął na mnie brodą.

Zmrużyłem oczy i wyszarpałem ramię z jego uścisku.

– Nic nie mam.

Łysy zerknął na pozostałą dwójkę. Nim zdążyłbym się kapnąć, złapali mnie za ręce i zaczęli obmacywać po kieszeniach.

– Kurwa, powiedziałem, że nic nie mam! – wrzasnąłem, wyszarpując się z uwięzi silnych rąk.

– Nie wymachuj mi łapami przed twarzą, bo może ci się stać krzywda – rzucił z wyrazem wyższości.

– Zostaw chłopaka – mruknął Henry.

– Sklej mordę, dziadu. – Wystawił ku niemu palec. – Chyba że to twój cwel?

Wykorzystałem jego nieuwagę. Zwinąłem palce w pięść, a sekundę później powaliłem go na ziemię ciosem podbródkowym. Gdy pozostała dwójka zaczęła napierać, Henry wziął się za jednego, a ja za drugiego. Pozostali więźniowie przyłączyli się do batalii, napieprzając w kogokolwiek czymkolwiek tylko się dało.

Krew. Ból. Krzyki klawiszów i grupy szybkiego reagowania.

Do tej pory pamiętam smak piachu, który osiadł mi na języku, gdy docisnęli mnie do ziemi.

Ale, kurwa, było warto.

III. DZIEL I RZĄDŹ

VAIANA

Impreza członków szkolnej drużyny futbolowej trwała w najlepsze po zwycięskim sezonie. Choć cieszyłam się sukcesem przyjaciół, to nie lubiłam hałasu. Dałam się namówić Molly na wyjście tylko dlatego, że nie przepadała za dziewczynami z naszego liceum, nie licząc mnie.

Ale to nie była zwyczajna impreza. To alkoholowe imperium małolatów, miejsce schadzek zorganizowane w kampusie dla dzieciaków zjeżdżających się tu z dalej położonych miast. I nie, mój brat nie wynajmował tu pokoju dlatego, że miał daleko od domu, a dlatego, by zabierać tu nieszczęsne dziewczyny, które dawały się nabrać na jego szarmanckość.

Choć byliśmy bliźniakami, to zupełnie się od siebie różniliśmy. Rhys pożądał uwagi, uwielbiał pławić się w komplementach, łaniowatych spojrzeniach nastolatek, ale nic jednak nie karmiło jego ego tak, jak zazdrość pozostałych licealistów. Nie krył się z byciem bananowym dzieciakiem, jak niektórzy zwykli go nazywać, a nawet go to bawiło. Wiedział, że czegokolwiek nie zrobiłby w szkole, jego pozycja w drużynie futbolowej zawsze zapewniała mu śnieżnobiałą kartę.

A ja? Ja byłam dziewczyną, którą zawsze klepano po głowie, posyłano grzecznościowe uśmiechy i chroniono przed całym światem. Zasadniczo robili to moi rodzice, a w szczególności tata, dlatego jak dotąd robiłam wszystko, by go nie zawieść.

– Ziemia do Vai! – Molly machała mi ręką przed oczami. – Rozumiem uchlać się piwem, ale sokiem pomarańczowym?

Zerknęłam na trzymany w dłoni plastikowy kubek, zanim uniosłam spojrzenie na przyjaciółkę.

– Nie jestem pijana.

– No raczej. – Przewróciła oczami i oparła się plecami o ścianę. – Co jest?

Wzruszyłam ramionami, niepewnie rozglądając się po salonie, aż zawiesiłam spojrzenie na moim bracie. Całował się z jedną dziewczyną (albo raczej pozwalał, by ta prawie pożerała mu usta), podczas gdy druga składała pocałunki na jego szyi. Skrzywiłam się na ten widok. Rhys uwielbiał pławić się w tym, co uchodziło za kontrowersyjne, byleby następnego dnia wszyscy o tym mówili.

– Dobra, nie chcesz mówić, to nie mów. – Wetknęła mi drugi kubek w dłoń. – Ale chociaż weź łyk na rozluźnienie. Jesteś bardziej spięta niż moja matka.

– Ja nie powi…

– Pij, no już. – Kiwnęła na mnie brodą. – Choć raz nie myśl o tej zasranej budzie, dobra?

– Dobra. – Pozwoliłam wargom rozciągnąć się w delikatnym uśmiechu.

– No, zuch dziewczyna.

Molly również stanowiła moje przeciwieństwo, a właściwie to była kontrastem dla wszystkich dziewczyn uczęszczających do naszej szkoły. Sprawiała kłopoty, była awanturnicą, nigdy nie bała się wygłosić swojego zdania, nawet jeśli byłaby jedyną w klasie, która czemuś się sprzeciwiała. Istniały dwa powody, dla których wciąż nie wydalono jej ze szkoły: była niesamowicie uzdolniona z chemii oraz pobiła stanowy rekord w biegach. Ale lubiłam ją, bo nie przyjaźniła się ze mną ze względu na popularnego brata, a mnie samą.

Gdy tylko pociągnęłam łyk, poczułam, jak alkohol zapiekł mnie w gardło. Miałam ochotę wypluć go do najbliższej doniczki, jednak Molly mnie przed tym powstrzymała.

– Nie trzymaj w ustach, tylko pij, bo będzie jeszcze gorzej – uprzedziła mnie. – Popij szybko sokiem, zaraz przestanie piec.

Cóż, ufałam jej. Przełknęłam trunek, po czym łapczywie pochłonęłam kilka łyków soku.

– Ugh, jak możecie to pić? – jęknęłam. – To jest obleśne.

– Wódka ma trzepnąć, a nie smakować. – Wyszczerzyła się demonicznie. – To co, jeszcze jednego?

– Ja pasuję.

– Jak sobie chcesz. – Wzruszyła ramionami.

Stuknęła się ze mną małą piersiówką, po czym pociągnęła odrobinę alkoholu.

– Molly, może już wystarczy. – Niski głos dobiegł zza moich pleców.

Zerknęłam przez ramię na Aresa. Był dużo wyższy ode mnie, a nawet od mojej przyjaciółki; dobrze zbudowany, napakowany w ramionach i szeroki w barach. Prawdę mówiąc, z trudem oderwałam spojrzenie od czarnej koszulki, która przylegała do jego ciała. Ciemne włosy miał przycięte w quiffa, czyli wygolone po bokach, a na górze zaczesane do tyłu.

– Znalazł się mój tatuś. – Przewróciła oczami. – Nie możesz zatkać sobie ust cudzym językiem jak Rhys? – Jej dłoń wystrzeliła w stronę mojego brata.

Szatyn przekrzywił głowę, posyłając dziewczynie ostre spojrzenie hipnotyzujących oczu.

– Ares ma rację – poparłam go. – Nie powinnaś tyle pić, Molly.

Chłopak obdarzył mnie delikatnym uśmiechem, jednak gdy tylko jego wzrok odnalazł dziewczynę, natychmiast spoważniał. Prawdopodobnie wszyscy wokół wiedzieli, że ciągnęło go do niej bardziej niż powinno w relacji czysto przyjacielskiej. W końcu miała karmelową karnację, grube, cynamonowe włosy, które spływały wzdłuż jej ramion delikatnymi falami, a do tego trudno było oderwać wzrok od stylu, w jakim się ubierała. Czasem nosiła spódniczki, podarte kabaretki i ciężkie buty wojskowe, a czasem dresy i oversizowe bluzy.

Poza tym znali się, od kiedy tylko Molly przyjechała z Brazylii, wcześniej niż nasza paczka miała na to szansę. Chyba próbował ją chronić, co wydawało się niesamowicie słodkie. Cóż, przynajmniej dla mnie. Przyjaciółka była zdania, że Hogan strasznie ją wkurza.

– I ty też przeciwko mnie? – Udawała zranioną, teatralnie przykładając dłoń do piersi.

– Ja tylko…

– Molly – upomniał ją. – Nikt nie robi ci na złość.

– Nie? – Uniosła brwi. – Psujesz mi zabawę, więc chyba jednak robisz mi na złość.

– To dla twojego dobra. – Ani na moment nie odrywał wzroku od chłodnych oczu dziewczyny. – Nie pij już więcej, jeśli nie chcesz powtórki z rozrywki.

– A może właśnie chcę? – Założyła ramiona na piersi. – I co zrobisz? Dasz mi karę? – Przewróciła oczami z prychnięciem.

Ares zacisnął gniewnie szczęki, a linia jego żuchwy znacząco się wyostrzyła. Nie chciałam, by doszło między nimi do sprzeczki.

– Molly… – Zerknęłam na nią pobłażliwie. – Naprawdę nie chcę, by coś ci się stało.

Spojrzała na mnie z chęcią mordu, który wygasł po kilku sekundach. Wzniosła oczy ku sufitowi i westchnęła.

– Dobra. – Oddała Aresowi piersiówkę. – Ale robię to tylko dlatego, że ona mnie poprosiła. – Kiwnęła na mnie głową.

Chłopak ponownie na mnie zerknął, obdarzając mnie uśmiechem rozciągającym się na jego przystojnej twarzy.

– A ty, Vai? – zaczął, wyrzucając buteleczkę do śmietnika. – Dobrze się bawisz?

– Bawiła się, dopóki nam tego nie zepsułeś – wtrąciła rudowłosa. – Jesteś taki sam jak twój stary, wieczny strażnik prawa.

Ares próbował powstrzymać kącik ust, który rwał mu się ku górze na ten przytyk. Oparł dłoń na ścianie tuż obok głowy Molly i nachylił się nad nią.

– A ty podobno lubisz pierdolić policję. – Musnął kciukiem zarys jej podbródka. – Dla ciebie mogę zostać nawet gliną.

Przyjaciółka zmrużyła oczy, jednak nie zebrała w sobie na tyle odwagi, by mu odpyskować. Może nawet jej się to podobało, zważywszy na rumieńce, które rozświetliły jej twarz.

Przewróciłam oczami. Ta dwójka była idealnym przykładem powiedzenia, że przeciwieństwa się przyciągają.

Postanowiłam nie przeszkadzać im w docieraniu do siebie. Odłączyłam się od znajomych, by znaleźć jakiś spokojniejszy kącik.

– Co, Hogan znów próbuje wyrwać Molly? – Rozbawiony głos Ace’a rozbrzmiał po mojej prawej, gdy wkroczyłam do salonu. – Dziwię się, że jeszcze się nie poddał.

W tej części budynku rozgrywano partyjki beer-ponga. Ace musiał brać udział w zabawie, bo trzymał jeden z czerwonych kubeczków.

– Znasz go. – Posłałam mu sugestywne spojrzenie. – Ares tak łatwo się nie poddaje.

– Taaa… – Przewrócił oczami i przebiegł palcami przez burzę czekoladowych włosów. – A ty, malutka? – Uśmiechnął się szeroko, ukazując uroczy dołeczek w policzku. – Dobrze się bawisz?

– Tak, jasne. Pewnie. – Objęłam się ramionami, zerkając to w lewo, to w prawo. – Chyba. Może.

– Gówno ssie, co? – Oparł się ramieniem o ścianę, przy której stałam. – Spoko, nie wszyscy muszą być fanami imprez.

– Może bawiłabym się lepiej, gdyby nie to, że jutro mamy egzamin z…

– Mamy jutro egzamin? – Wygiął brwi w górę, po czym odrzucił głowę w tył. – Ja pierdolę. Matka mnie zabije.

– Algebra – przypomniałam mu. – Mówi ci to coś?

Zmarszczył czoło. Jego wzrok najwyraźniej zatęsknił za umysłem.

– Cyferki z literkami? – ciągnęłam dalej.

– Och, algebra… – Wyzerował piwo, zanim celnie wyrzucił kubeczek do śmietnika. – Ta, Ares coś mi tłumaczył, ale wolałem skupić się na jego gorącej mamuśce.

Parsknęłam śmiechem, kręcąc przy tym głową. Ace był najzabawniejszy z naszej piątki, ale podobnie jak resztę chłopców pociągało go zupełnie co innego, choć w jego przypadku były to motocykle. Słyszałam, jak Rhys czasem się naśmiewał, że leci też na niezłe milfy.

– Weston! – zawołał Ares, skutecznie odwracając uwagę chłopaka. – Idziesz na skręta?

– Pytasz dzika, stary – prychnął, odbijając się od ściany. – Idziesz z nami, Vai?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie wiem, nigdy nie paliłam.

– To chodź. – Kiwnął głową w stronę tarasu. – Damy ci trochę korepetycji.

– Chuja jej dasz – warknął mój brat.

– A to w drugiej kolejności. – Przyjaciel puścił do niego oczko.

Wiedziałam, że nie pozwoliłby sobie na zbliżenie ze mną, więc nawet nie przykuwałam uwagi do tych słów.

– Vaiana nie pali, niczego jej nie dawaj. – Rhys nawet na mnie nie spojrzał, gdy zmierzał w stronę grupki znajomych.

– Ale mogę – zaznaczyłam.

– Nie możesz. – Strzelił we mnie surowym spojrzeniem. – Jeśli ktokolwiek coś ci da, pierwszy będę o tym wiedział. – Wytknął palec w moją stronę. – A później wypierdolę go przez balkon, a ojciec to powtórzy, a później jeszcze raz i kolejny, aż z tego matoła pozostaną same prochy.

– Dlaczego ty możesz, a ja nie? – Buńczucznie uniosłam brodę.

– Bo ja tak powiedziałem.

– Ale Molly też jest dziewczyną i…

– Vaiana – syknął z tym nadętym bostońskim akcentem.

Miałam już rozchylić usta, by wygłosić protest, jednak spotkałam się z jego surowym spojrzeniem, niemal takim, jakie posyłał nam tata. Zacisnęłam gniewnie wargi, zanim skapitulowałam.

– Dobra – burknęłam.

I tak miałam dość tego miejsca. Zamierzałam zamówić ubera i ulotnić się stąd szybciej, niż się pojawiłam. Rhysand odwrócił ode mnie uwagę, skupiając ją na czymś, co miało miejsce na tarasie. Usłyszałam donośne krzyki Molly, pewnie znów kłóciła się z Aresem.

– Co, do…

Nie miałam nawet szansy zapytać, co się stało, bo brat zerwał się do wyjścia. Ruszyłam za nim.

Niebiesko-czerwone światła oblewały okolicę, migocząc. Musiałam zmrużyć oczy, by mnie nie oślepiły. Dostrzegłam Molly, kłóciła się z policjantem, wymachując przy tym dłońmi i wykrzykując portugalskie określenia, których przetłumaczenie przyprawiłoby mnie o głębokie rumieńce.

– Co jest, panowie? – Rhys wsunął dłonie do kieszeni spodni, wystawiając jedynie kciuki. – Mogę w czymś pomóc?

– Wy jesteście pełnoletni? – Gliniarz przesunął spojrzeniem po naszych twarzach.

Przełknęłam ślinę, od razu żałując wypicia tamtej wódki… nawet jeśli był to malutki łyczek.

– Nie musimy odpowiadać na wasze pytania – odparował Ares.

– Czyżby, młody człowieku? – Mężczyzna uśmiechnął się kpiąco. – Może zmuszę cię do mówienia, gdy wasi rodzice dowiedzą się o tym, co wyprawiają ich dzieciaki.

– Znam swoje prawa. – Przyjaciel otoczył palcami ramię Molly i pociągnął ją do siebie, by skryła się za jego plecami. – Żadne z nas nie musi niczego mówić.

– Ale ja bardzo chętnie powiem ci kilka słów, ty wredny kut…

Ace zasłonił usta rudowłosej, przyciskając ją bliżej siebie. Dziewczyna zaczęła wierzgać, podczas gdy Weston klepał ją po głowie.

– Koleżance słońce przyprażyło, pan jej nie słucha.

– Rhys? – Zerknęłam na brata. – O co chodzi?

Nawet na mnie nie spojrzał, po prostu zacisnął zęby.

– Wracaj do środka, Vai.

Nie posłuchałam. Wiedziałam, że moja przyjaciółka miała niegdyś spore problemy z prawem, i prawdę mówiąc, nie chciałabym, by to się powtórzyło.

– O co chodzi? – zapytałam głośniej. – Dlaczego przyjechała policja?

– Szukamy zbiegłych z miejsca zdarzenia – oznajmił mundurowy. – Chcielibyśmy się rozejrzeć, czy przypadkiem nie schowali się tutaj.

– To zamknięta impreza – odparował Ares.

– Odmawiasz wejścia stróżom prawa? – Mężczyzna nieco prześmiewczo wygiął brew.

– Właśnie to robię. – Zerknął za siebie, jakby sprawdzał, czy z Molly wszystko w porządku, zanim przesunął spojrzeniem po naszych twarzach. – Nie możecie wejść bez nakazu prokuratora, a my nie mamy obowiązku udzielać wam żadnych informacji.

Mężczyźni najwyraźniej nie mieli świadomości, że prokuratorem okręgowym był tata Aresa. Jeden z nich parsknął śmiechem, jednak spoważniał, gdy zorientował się, że chłopak nie żartował. Policjant śmielej pokonał dzielącą ich odległość.

– Słuchaj, chłopczyku, nie podskakuj, bo…

– Bo? – Zwrócił spojrzenie na mężczyznę. – Jeśli w tym zdaniu kryje się groźba, zalecam zachować ją dla siebie.

Mundurowy zmrużył oczy, podtrzymując walkę na spojrzenia, dopóki nie odwrócił się do swojego partnera.

– Dzwoń po ich starych. Będą mieli się przed kim tłumaczyć.

Rozchyliłam wargi, by zaprotestować, jednak Rhys złapał mnie za ramię.

– Nic nie mów, Vai.

– Jeśli tata się o tym dowie…

– Załatwię to. – Przekrzywił głowę, nawiązując ze mną kontakt wzrokowy. – Wezmę to na siebie.

Wypuściłam westchnienie. Nie chciałam, by tata był na niego zły, ale on miał większą taryfę ulgową u rodziców. W końcu to też moja wina, że dałam się namówić na przyjście tutaj.

Pozostali uczestnicy imprezy zmyli się zaraz po tym, jak nadjechał radiowóz, pozostawiając po sobie jeden wielki bałagan. Ostatecznie wszyscy przesiadywaliśmy w głównym salonie w oczekiwaniu na naszych rodziców.

– Zajebiście. – Ace odchylił głowę na oparcie sofy. – Gdy moja matka się o tym dowie, to mi nogi z dupy powyrywa.

– Poważnie, bardziej boisz się własnej mamy niż zatrzymania? – zakpił Rhys. – Ja jebię, miej jaja.

– Stary, wiem, o czym mówię. – Skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. – Gliniarze przy mojej matce to jak konik morski przy rekinie.

Mój brat udawał, że jego to nie rusza, poświęcając czas na przeglądanie fotek, które podesłała mu jakaś dziewczyna. A może wcale nie udawał? Czasem trudno było mi określić kiedy grał, a kiedy nie.

Ares trzymał łokcie oparte na kolanach, co rusz zerkając w stronę Molly, a ona usilnie starała się go ignorować. Wiedziałam, że była na niego wściekła, bo zapisał się do tej samej konkurencji co ona tylko po to, by zrobić jej na złość. A poza tym nie lubiła, gdy ktoś jej tatusiował, w szczególności dlatego, że dorastała bez taty.

Ja myślałam tylko o tym, jaki marsz wstydu odbędę jutrzejszego poranka, gdy przekroczę próg naszego liceum, a na samą myśl o możliwości utraty pracy w bibliotece wpadałam w panikę.

Ale w jeszcze większą histerię wpadłam, gdy usłyszałam szczęk zamka w drzwiach. W mgnieniu oka poderwałam się z miejsca, a Rhys już po sekundzie pociągnął mnie z powrotem na sofę.

Wujek Jason pierwszy wkroczył do obszernego salonu. Strasznie się wściekł na widok policji, jednak wyraz twarzy mojego taty dogłębnie mnie sparaliżował. Pocieszające okazało się to, że nie patrzył tak na mnie, a na mojego brata, któremu ta impreza wymknęła się spod kontroli.

– Ach, wreszcie państwo są. – Mundurowy uśmiechnął się od ucha do ucha. – Musicie być państwo dumni ze…

– Możecie już iść – wtrącił wujek, przerywając monolog policjanta. – Ares, ty zostajesz.

Ace odetchnął z ulgą. Zbił piątki z chłopakami, zanim wymknął się przez drzwi tarasowe.

Ares posłał Rhysowi rozbawione spojrzenie, ale mina jego ojca doprowadziła go do niemal wojskowego porządku. Zerknęłam na Molly. Przyjaciółka, w przeciwieństwie do mnie, nie czuła strachu związanego z konsekwencjami naszego występku. Przez cały ten czas wyglądała tak, jakby ta sytuacja jej nie dotyczyła. I to wcale nie tak, że najbardziej pyskowała do gliniarzy.

– Jakim cholernym prawem przesłuchujecie dzieciaki bez obecności ich opiekunów? Przecież są jeszcze nieletni! – Tembr głosu wujka przyprawił mnie o nieprzyjemny dreszcz.

I najwyraźniej nie tylko mnie. Policjant, który wcześniej skory był do rzucania gróźb w naszym kierunku, najwyraźniej miał spory problem z przełknięciem śliny.

– Chodź, Molly – złagodniał wujek, gdy zerknął na rudowłosą. – Odwiozę cię do domu. Mama na pewno się o ciebie martwi.

– Akurat – mruknęła pod nosem, jednak nie oponowała przed ofertą podwózki.

Ares tego nie skomentował, tylko objął dziewczynę ramieniem i poprowadził ją u swojego boku, gdy ta najwyraźniej miała trudności z utrzymaniem pionu.

– A ty, Vai? – Wujek zwiesił ramiona z westchnieniem. – Po każdym bym się tego spodziewał, ale ty?

Opuściłam spojrzenie na kolana, które delikatnie odsłaniała moja spódnica. Czułam, jak rumieniec piął się w górę mojej szyi, wypływając także na twarz. Oceniający i karcący wzrok taty niczego nie ułatwiał.

– Ona nie chciała przychodzić – wtrącił Rhys. – Ja ją tu wyciągnąłem, żeby nie siedziała w tych książkach jak nerd.

– Wiem, że miewasz debilne pomysły, ale nie musisz błyszczeć tu swoją inteligencją. – Tata uniósł dłoń z nieprzystępną miną. – Do samochodu, i to już. Jeśli nie zdążycie zapiąć pasów, zanim powiem „macie cholernie przerąbane”, to awansujecie do statusu: macie kurewsko przerąbane.

Rhysand klepnął się w kolana, zanim podniósł się z miejsca i ruszył pewnym siebie krokiem do wyjścia.

– Miło było panów poznać. – Strzelił palcami do policjantów.

Tata przewrócił oczami, na co wujek Hogan ostrożnie się uśmiechnął.

– Z czego rżysz? – oburzył się.

– Twoje geny, z krwi i kości. – Prokurator nie krył rozbawienia.

– Jest powodem, dla którego notorycznie zakładam gumki – skomentował, choć niewystarczająco cicho, ponieważ byłam w stanie to usłyszeć.

Tytułem wyjaśnienia: to nie do końca tak. Mama przez długi czas nie mogła zajść w ciążę, chociaż z tego, co się orientowałam, nie próżnowali w próbach. Dopiero pewna forma terapii zastrzykami i zabieg in vitro spełnił ich marzenie o zostaniu rodzicami. I to podwójnie.

Podniosłam się z miejsca, lecz zamiast pobiec za bratem, podjęłam próbę spojrzenia na tatę.

– Przykro mi – przyznałam, patrząc mu głęboko w oczy.

Ramiona mu opadły, gdy podtrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Spojrzał to na przyjaciela, to na mnie i pokręcił głową.

– Nawet nie wiesz, jak mnie jest przykro.

A później się odwrócił, zmierzając do wyjścia. Wlepiłam spojrzenie w jego plecy, gdy się oddalał. Z trudem przełknęłam ślinę, a ta wydawała się ważyć tonę w żołądku.

– Przejdzie mu – rzucił wujek, szczypiąc mnie zaczepnie w policzek. – Leć, zanim obrazi się na amen.

Potaknęłam, zwieszając wzrok, i czym prędzej popędziłam do samochodu.

Od początku wiedziałam, że wymknięcie się z domu to bardzo zły pomysł.

IV. NIE WIDZĘ, NIE SŁYSZĘ, NIE MÓWIĘ

TRISTAN

Wystawiłem twarz ku słońcu. Delikatny wiatr przeczesywał mi włosy, które kolejny raz zdążyły odrosnąć. Zamknąłem oczy, pozwalając, by spokój oblał mnie z każdej możliwej strony. W takich chwilach wyobrażałem sobie, że jestem na plaży, stoję przy brzegu i nasłuchuję fal oceanu.

– Małolat, długo będziesz spuszczał się nad tą sztangą? – usłyszałem za sobą głos Nate’a.

Rozchyliłem powieki. Ocean zniknął, a w jego miejsce pojawiło się betonowe akwarium z widokiem na zachmurzone niebo. Cholera, prawie zapomniałem, że byliśmy na siłowni. Nawet kiedy skończyłem dziewiętnaście lat, wciąż mówiono do mnie „małolat”, bo tak się przyjęło.

– Sorry, odcięło mnie.

Wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia, jednak niczego nie powiedział. Zasadniczo to mało mówił, ale nie był taki zły, jak myślałem. Miewał migreny, na które nie dostawał żadnych leków przeciwbólowych, przez co zdarzało mu się nie sypiać w nocy. Brak snu i tępy ból wywoływały w nim agresję, a tę odreagowywał na strażnikach, gdy ci nie dawali mu spokoju, o który prosił. Cóż, może słowo „prosił” było tu odrobinę nad wyraz. Pisał nawet skargi do administracji, ale jak dotąd nieustannie spotykał się z odmową.

Sprzęt do ćwiczeń był przestarzały, zardzewiały, miejscami reperowany przez więźniów, ale nie mieliśmy na co narzekać. Otrzymałem przywilej przychodzenia tu na godzinę dziennie i nawet jeśli miałbym gapić się w niebo przez metalowe siatki nad głową, to wszystko było lepsze niż siedzenie w celi.

– Możesz mnie asekurować? – Kiwnął na mnie brodą.

– Pewnie.

Zbliżył się do więźnia wyciskającego na ławce, złapał za sztangę i odłożył ją na miejsce.

– Stary, ja tu ćwiczyłem! – narzekał, podnosząc się do siadu.

– Dobra, typie, wypierdalaj. – Przegonił go ruchem ręki.

Osadzony popatrzył to na niego, to na mnie i z nietęgą miną ustąpił mu miejsca. Nate ułożył się na ławce, oplótł palce wokół sztangi, po czym wyparł ją z niskim jękiem. W pewnym momencie zmarszczył brwi, patrząc na mnie.

– Co ci? – Jego wzrok się wyostrzył. – Masz minę, jakby pies ci nasrał na mordę.

– Chyba jestem spięty. – Wzruszyłem lakonicznie ramionami. – Wiesz, idę jutro do pracy.

– Dali ci przepustkę? – Uniósł brwi.

– No, do remontówki.

– To chyba git, co? – Zerknął na mnie na ułamek sekundy.

Pot zrosił mu czoło, gdy co rusz podnosił ciężar i zginał ręce w łokciach. Pilnowałem, by nie opuścił sztangi na siebie.

– Prawdę mówiąc, wszystko jest lepsze niż siedzenie tutaj.

– Na mnie kluczowa dupą się wypięła. – Cisnął kolejną serię. – Ale moja narzeczona jutro przychodzi. Zobaczę dzieciaka pierwszy raz od pół roku. – Przeniósł na mnie spojrzenie. – Masz szczęście, nie spierdol tego.

Szczęście było kwestią względną, a właściwie ostatnim, co mogłem mieć. Ale nie narzekałem tak długo, jak sytuacja się nie komplikowała.

Rok odsiadki za mną.

Całe trzysta sześćdziesiąt pięć dni.

Zostały jeszcze trzy lata. Edgar powiedział, że jeśli wiesz, za ile wychodzisz, to liczba tych dni napełnia cię motywacją, by przetrwać do chwili zobaczenia tego, co znajduje się na zewnątrz. Nate kazał mi jednak liczyć się z tym, że czasem dzień wyjścia wcale nie oznacza wyjścia. Zawsze może się przedłużyć albo zarzucą mi coś, co zmusi mnie do pozostania pośród murów.

– Osadzeni pod ścianę, wracamy na blok – zarządził strażnik.

Nauczyłem się nie postępować na przekór, wiedząc, że to nie zadziała na moją korzyść. W końcu byłem w więzieniu, nie w przedszkolu.

Ustawiłem się w szeregu i splotłem palce dłoni za plecami.

– Osadzony – warknął klawisz. – Powiedziałem: pod ścianę.

– Zaraz kończę – wycharczał Nate.

– Osadzony, nie wkurwiaj mnie, bo poleci dyscyplinarka.

– A se pisz – prychnął, co rusz podnosząc i obniżając sztangę. – Koło chuja mi lata twój raporcik.

Nie wychylałem się, to jego sprawa. Edgar nauczył mnie, by nie wciskać nosa do spraw, które mnie nie dotyczą.

– Osadzony! – ryknął strażnik, czerwieniejąc ze złości.

– Kurwa, nic człowiekowi nie można, jakby to komuś szkodziło. – Metal zgrzytnął, gdy odłożył ciężar na miejsce. – Popełniasz błąd, człowieku.

Kropelki potu spływały po jego twarzy jak łzy. Przetarł czoło przedramieniem, po czym wcisnął się między mnie a innego osadzonego. Musiał posłać mu piorunujące spojrzenie, bo facet pokornie powędrował na koniec szeregu.

Mundurowy prześledził wzrokiem twarze każdego z nas. Po podliczeniu wszystkich, otworzył drzwi do bloku. Szliśmy jeden za drugim, każdy prowadzony do swojej celi.

Edgar grał w pojedynkę w warcaby, co rusz zaciągając się papierosem. Czajnik grzał się na agregacie. Henry golił się nad umywalką. Zasiadłem naprzeciwko najstarszego kolegi i kiwnąłem mu głową.

– Kutafon walony, widziałeś go?! – Nate wyrzucił dłoń w stronę krat. – Będzie mi mówił, ile mam cisnąć. Rozłupałbym mu łeb jak orzecha.

Edgar nawiązał ze mną kontakt wzrokowy, zanim przeniósł spojrzenie na chłopaka, który chodził podminowany od ściany do ściany. Starzec sięgnął ręką pod materac, po czym sugestywnie pomachał paczką szlugów w powietrzu.

– Masz – zaoferował. – Siądź, walnij sobie w płuco – mówił spokojnie. – Po co ci kłopoty? Jutro twoja dupa przychodzi, a ty się pakujesz w izolatkę?

– Nie mogę patrzeć na facjatę tego sukinkota, bo mnie roznosi, no mordo – warknął sfrustrowany i przysiadł na pryczy.

Wsunął papierosa między wargi i zapalił go przy użyciu zapałki.

– Jeszcze dwa lata z hakiem ci zostały, chłopaku. – Henry poklepał Nate’a po karku. – Do babki wyjdziesz, do dzieciaka. Nie wkopuj się w żaden meksyk.

Wiedziałem, że siedział za posiadanie więcej niż uncji zioła, ale przyklepali mu pobicie. Chodziły plotki, że należał do gangu, ale oficjalnie nie słyszałem tego z jego ust.

Nieważne, za co tu trafiłeś, wszystkich traktują jednakowo: możesz siedzieć w jednej celi z mordercą, który zarżnął swoją żonę, podczas gdy ty odbywasz wyrok za głupie włamanie. Najważniejsze było to, jak się sprawujesz: więzienie cię nie resocjalizuje. To ty musisz zdecydować, czy chcesz się zmienić.

A ja chciałem. Naprawdę chciałem. Miałem dla kogo się zmienić.

– A ty, małolat? – Edgar kiwnął na mnie palcem. – Dostałeś tę fuchę?

– Dostałem. – Oblizałem spierzchnięte wargi. – W remontówce, poza blokiem.

– No! – Klasnął w dłonie z dozą zadowolenia. – Dzielny chłopak. Fuchę w łapie zgarniesz, a no i robotę po kiciu.

– Ile tam dają mamony? – Henry wyłączył grzałkę, zgarnął czajnik i zalał kubek z kawą.

– Sto dolców na miesiąc, resztę zabierają mi z góry.

– O, to lepiej niż tutaj. – Gwizdnął. – Dobrze, dorobisz sobie na coś w kantynie.

– No, na te gówniane szampony z wodą za piątaka albo pastę do zębów o smaku sedesu – prychnął Nate. – Dymają nas na czym tylko się da.

Zgodziłem się z nim. Cóż, nie dało się ukryć. Czasem łatwiej się z kimś czymś wymienić, niż kupować szajs na kantynie.

Po prysznicu i zakończonym liczeniu przyłączyłem się do Henry’ego oglądającego mecz w sali telewizyjnej. Pozostali więźniowie przeżywali każdy ruch rugbistów, wykrzykując komendy na lewo i prawo niczym trenerzy z prawdziwego zdarzenia. Henry wciągał powietrze, gdy chłopakom nie wychodziło. Ja siedziałem cicho, krzyżując nogi na krześle i skubiąc słonecznik.

W części wspólnej nie widziałem Nate’a, co wydawało mi się dziwne, bo jak dotąd nie opuścił żadnego meczu. Odłożyłem paczkę na krzesło, posłałem koledze znaczące spojrzenie, po czym minąłem się ze strażnikiem.

Korytarz był pusty, nie licząc gości przy automatach, którzy wykupowali piosenki na odtwarzacze, i tych, którzy podtrzymywali porządek, by zająć czymś głowę.

Przechodziłem przez skrzydło części wspólnej, gdy usłyszałem znajomy głos.

– To jest w cholerę trudne, wiesz? – mówił niemal szeptem. – Jakbym cię jutro nie widział, to chyba bym rzucił się na kark.

Ściągnąłem brwi. Rozejrzałem się dookoła, zanim postąpiłem o krok. Kafelek zazgrzytał mi pod butem. Nate odwrócił się gwałtownie, omal nie wypuszczając czegoś z ręki. Zorientowałem się, że trzymał mały, klawiszowy telefon.

– Małolat, kurwa! – ryknął, choć zdał sobie sprawę, że odrobinę za głośno.

Wzniosłem dłonie w obronnym geście.

– Luz, stary.

Zbliżył się wściekłymi ruchami, wymachując rękami w powietrzu, choć zatrzymał je centymetry od mojej twarzy.

– Jak mnie podjebiesz…

– Prędzej zdechnę – zapewniłem go. – Nic nie widziałem.

Nakablowanie na gościa, dzięki któremu miałem zapewniony spokój na bloku, to ostatnie, czego bym się dopuścił. Ta opcja w ogóle nie przeszła mi przez myśl. Po tej stronie muru musieliśmy trzymać się razem, a mimo tego klawisze podejmowali próby nastawienia osadzonych przeciwko sobie.

Nate przeczesał palcami krótkie włosy. Pospiesznie wyjął kartę sim i skrył ją w kieszeni. Podszedł do kibla oddzielonego od reszty pomieszczenia półmetrową ścianką, po czym schował telefon głęboko z tyłu. Zerknął na mnie przez ramię, burząc się jeszcze bardziej.

– Nie gap się – wycedził.

Nie odpowiedziałem. Rozejrzałem się wokół, zanim mój wzrok spoczął na koledze.

– Musiałem ją usłyszeć – wydobył z siebie ponurym głosem. – Człowieku, pół roku jej nie widziałem. Bania mi siada. – Przycisnął palce do skroni dla podkreślenia tych słów. – Jutro ją zobaczę. Ją i małego.

Odchrząknąłem. Ja nie widziałem babci od roku, ponieważ nie chciałem, by narażała się na przychodzenie do takiego miejsca. Wysyłała mi paczki i listy, a to w zupełności mi wystarczyło, choć listów już nie czytałem. Przynajmniej na razie.

– Opłaciłem gościa, w zamian za cztery skuny2 dał mi kartę i aparat. – Wbił spojrzenie w moją twarz, jakby wyczekiwał reakcji. – Mordo, nie rób mi kłopotów.

Gdybym go nienawidził, miałbym na niego mocnego haka, mógłbym z łatwością go sobie podporządkować tak, jak robili to inni na oddziale. Zamiast tego po prostu wymazałem to z pamięci.

– A wy tu czego? – Donośny głos za moimi plecami przyprawił mnie o spięcie mięśni. – Osadzony, co ty znowu odpierdalasz?

Wiedziałem, że mówił do Nate’a, a mimo tego poczułem, jak dzisiejszy obiad podszedł mi do gardła.

– No weź, strażnik – brzmiał bardziej na znudzonego niż spiętego – o dupach gadamy. Młody się zabujał, rady mu daję jak bratu.

Klawisz zmrużył oczy, biorąc jego słowa pod lupę. Wtem przeniósł wzrok na mnie.

– A ty jutro do pracy i już sobie pod górkę robisz? – rzucił kąśliwie. – Spadaj, nie widziałem cię tu.

Doznałem ulgi. Skinąłem głową. Nate ruszył w moim kierunku, by podążyć za mną do wyjścia. Strażnik mocno nim szarpnął, a gdy chłopak miał zamiar go odepchnąć, klawisz trysnął mu gazem prosto w oczy.

– A ty nauczysz się dyscypliny, osadzony – zadrwił, ignorując kaszel i wrzask tego drugiego. – Do mnie się, kurwa, nie szczeka.

Nate padł na kolana. Mały plastik wypadł mu z kieszeni, odbił się od ziemi, aż znalazł się pod moimi stopami. Natychmiast przydeptałem kartę butem. Gość zorientował się, że wciąż stałem tu z nimi.

– Wypad do celi albo zrobię wam taki kipisz, że żaden z was, kurwa, nie wyjdzie poza blok. – Wycelował we mnie palcem. – Już!

Ledwie byłem w stanie go zrozumieć przez przekleństwa, które padały z ust kolegi. Nate zgiął się wpół na wilgotnej podłodze. Co rusz rozprostowywał i zginał palce, za wszelką cenę trzymając je z dala od oczu.

Gdy tylko klawisz odwrócił wzrok, schyliłem się po kartę, wetknąłem ją w but i zawróciłem do wyjścia. Żołądek bojkotował się ze stresu, a zimny pot oblał mi skronie. Drażniący środek unoszący się w powietrzu zmusił mnie do kaszlu, paliło mnie w gardle, a oczy piekły jak jasna cholera.

Wbiłem do celi, od razu podbiegłem do umywalki i odkręciłem kran. Nabrałem wody w dłonie i chlusnąłem nią sobie w twarz.

– Co jest? – Edgar zerwał się ze stolika. – Co zrobiłeś, małolat?

– Klawisz potraktował Nate’a gazem, byłem tam z nim – odparowałem, przenosząc spojrzenie na starca. – Zemścił się na nim za akcję na siłowni.

– Skurwysyna jak kiedyś zgnoję, to się nogami nakryje. – Powstrzymał się od uderzenia ręką w łóżko. – Myśli, że jest szeryfem tego pierdolnika, zasrany beret.

– Sprowokował go. – Przetarłem twarz koszulką. – Wiedział, że jutro ma widzenie. Po złości mu gazem po oczach pierdyknął.

– Ja walę – burknął Henry.

Strażnik otworzył celę. Nim zdążyłem się odwrócić, Nate padł tuż przy moich stopach. Wsparł się na kolanach i jęknął boleśnie.

– Waruj tam, kundlu – zadrwił mundurowy, zanim zatrzasnął kraty i zniknął nam z oczu.

Wraz z Edgarem dźwignęliśmy chłopaka na jego łóżko. Miał napuchnięte oczy, twarz mokrą od łez i smarki pod nosem.

– Kurwa, jak to piecze – dyszał ciężko.

Henry ujął jego brodę w dłoń, po czym oblał mu twarz mlekiem z kartonu.

– Niedługo przestanie – zapewniał go. – Bierz głębokie wdechy, to minie.

I minęło, choć może nie od razu. Gdy tylko przestał być czerwony jak burak, a jego oczy wróciły do w miarę normalnego stanu, podniósł się ostrożnie do siadu. Spojrzał na mnie, ale niczego nie powiedział. Wsunął dłoń do kieszeni, a później do drugiej. Wyglądał na spiętego.

– Kurwa, nie mam jej. – Zaczął rozglądać się dookoła. – Wypadła mi? Kurwa!

– Ciszej – skarcił do Edgar. – Co się spinasz?

Sięgnąłem do buta, wysunąłem z niego kartę, po czym wystawiłem dłoń do Nate’a. Gdy tylko opanował panikę, skrzyżował ze mną spojrzenia. Szczęka niemal opadła mu na podłogę. Wrócił spojrzeniem do karty i wziął ją ostrożnie między palce, jakby była wykonana ze skorupki.

– Małolat… – Ramiona mu opadły.

Złapał mnie za kark i złączył razem nasze czoła. Poklepał mnie po policzku.

– Dobra morda z ciebie.

To miał być dowód. Dowód, że bym na niego nie doniósł i na to, że pozostawałem lojalny. Drugą sprawą było widzenie Nate’a. Miał do stracenia ujrzenie dziecka i kobiety, którą kochał. Ja niczego już nie mogłem stracić.

– Nie chcę tego widzieć. – Najstarszy z nas wyrzucił palec w stronę chłopaka. – Jeśli zrobią nam tu kipisz, to wsadzę ci łeb do klopa.

– Nie zobaczysz – zapewnił.

A później wymienił ze mną spojrzenie i skinął mi głową. Zrobiłem to samo, jak brat z bratem.

1 Białko – w gwarze więziennej oznacza dokument potwierdzający paragraf, za który się trafiło za kratki (przyp. aut.).

2 Skun – syntetyczna marihuana (przyp. aut.).