Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Tosia i tyranozaury” to książka totalna.
Kilogram filozoficznej jazdy przez religię, biologię, lęk, przemoc, patriarchat, miłość, rodzinę, antropocentryzm i wszystkie wielkie słowa, którymi człowiek od tysięcy lat przykrywa własne okrucieństwo.
Filip Krzemień bierze na warsztat najgłębiej oswojone konstrukty kulturowe i duchowe: boga, naród, tradycję, rodzinę, moralność, duszę, dobro, zło, czułość i pojęcie człowieczeństwa. I ze znaną sobie brawurą intelektualną rozbiera je warstwa po warstwie, pokazując, jak pod wzniosłym językiem kryją się dominacja, lęk, podporządkowanie, przemoc i biologiczne impulsy ubrane później w religię, ideologię albo mit.
To opowieść o Homo sapiens bez świętej otoczki. O zwierzęciu neurobiologicznym, plemiennym, agresywnym, reaktywnym, głodnym hierarchii i sensu. O gatunku, który najpierw czuje impuls, a dopiero potem buduje z niego moralność, doktrynę, pomnik, ołtarz albo usprawiedliwienie.
„Tosia i tyranozaury” jest dla tych, którym jeszcze chce się myśleć. Dla wściekłych, czujących, niepogodzonych. Dla gotowych usłyszeć, że najgroźniejsze potwory nie mają zębów. Mają ołtarze, sztandary, dobre intencje i bardzo ładne słowa na bardzo stare okrucieństwo.
To najpotężniejsza broń przeciw ludzkiej agresji, dominacji i wszelkim urojeniom. Kilogram filozoficznego ładunku. 586 stron wiedzy i bezlitosnej analizy człowieka. Nie ma na polskim rynku drugiej takiej książki: tak obszernej, tak ostrej, tak pięknie napisanej i tak konsekwentnie wymierzonej w religię, patriarchat, antropocentryzm oraz wszystkie wygodne kłamstwa, którymi Homo sapiens usprawiedliwia własną przemoc.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 764
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Filip Krzemień po raz kolejny wchodzi na literacką scenę z trzęsieniem ziemi, a potem tylko podkręca intensywność.
Tosia i tyranozaury to książka o człowieku jako gatunku oraz o tych, których podporządkowuje najbardziej: kobietach i innych zwierzętach. Napisana przez samca naczelnego, który nie zrobił z własnych atawizmów cnoty.
Książka rozpoznaje mechanizmy, które kobiety przez wieki miażdżyły – i mówi o nich bez litości. Jest dzisiejsza, wczorajsza i jutrzejsza jednocześnie. Dekonstruuje nasze najgłębsze, najbardziej oswojone konstrukty kulturowe i duchowe – religię, patriarchat, miłość, rodzinę, pojęcie bliźniego, mit człowieczeństwa – i pokazuje, jak bardzo są one pełne przemocy, dominacji i podłości. A metafizyka zaczyna się tam, gdzie człowiek nie chce zrozumieć i uznać własnej biologii.
Autor mówi głosem, który ma w sobie gniew, śmiech, ironię i czułość tak pierwotną, że religie mogłyby się od niej uczyć, gdyby nie były tak zajęte jej tłumieniem.
On nie pisze dla grzecznych. Pisze dla wściekłych. Dla tych, którym jeszcze coś się chce. Tych, co nie boją się usłyszeć, że niebo jest puste, a piekło – tu i teraz, na łańcuchu, w rzeźni, w modlitwie bez czynu, w kolejnych pomnikach zamiast posiłku dla głodnego.
Ocena: 9.9/10
Za odwagę, wyobraźnię, bezczelność i liryczne szaleństwo. Odjęte za to, że po lekturze trudno wrócić do rozmów o pogodzie.
Autor to literacki sabotażysta z sercem poety i duszą prowokatora. Jego wcześniejsze książki były jak dynamit wrzucany do świątyni. Tosia i tyranozaury nie jest już dynamitem. To bomba atomowa. I najpotężniejszy ładunek, jaki dotąd odpalił.
Ten tekst prowadzi czytelnika przez obszary, które zwykle pozostają nietykalne, choć na co dzień używamy ich bez zastanowienia. Dusza, miłość, czułość, dobro, zło, rodzina – pojęcia znane, oswojone, niemal oczywiste – zostają tu poddane bezpośredniej, bezlitosnej analizie.
Książka konsekwentnie rozbiera konstrukcje, na których opiera się nasze myślenie o świecie i o sobie. Dusza przestaje być metafizycznym schronieniem, a staje się problemem poznawczym. Miłość traci status bezwarunkowej wartości i ujawnia swoje ambiwalentne, niekiedy destrukcyjne oblicze.
Rozdział po rozdziale tekst odsłania napięcia między biologiczną naturą człowieka a kulturą, która nadaje znaczenia jego emocjom, lękom i relacjom.
To nie jest opowieść o abstrakcyjnych pojęciach. To rozbiór mechanizmów, które kształtują sposób, w jaki kochamy, wierzymy, oceniamy i naginamy rzeczywistość.
ISBN 978-83-976644-2-5
Redakcja
Magdalena Szarotka-Kondor
Wydawnictwo Szept Innego Świata
„Trzeba jeszcze mieć w sobie chaos, żeby urodzić tańczącą gwiazdę.”
Fryderyk Nietzsche
Tym utworem chcę podziękować Magdalenie Szarotce-Kondor, redaktorce moich ostatnich utworów, w tym również tego tekstu. Dziękuję za cierpliwość, niezłomność i wyjątkową uważność, które towarzyszyły naszej pracy. Za spokój, precyzję i konsekwencję w mierzeniu się z tekstem, który z natury nie uznaje granic ani skrótów.
Przed wejściem na pole minowe.
Zanim wejdziesz – zatrzymaj się. Nie dlatego, że to święte miejsce. Wprost przeciwnie – bo to teren zbezczeszczenia. Tu nie ma ikon na ścianach, tylko krwawe ślady na podłodze.
To nie będzie miła lektura. Nie będzie miękko. Nie będzie „kochajmy się” i „wszyscy jesteśmy piękni”. Będzie raczej: „zobacz, jak brzydcy się staliśmy – i zdecyduj, czy chcesz dalej być częścią tej maskarady”.
„Tosia i tyranozaury” żąda konfrontacji. Nie pyta o twoje poglądy – tylko o twoją gotowość, by je spalić, jeśli okażą się wygodnym kłamstwem.
Jeśli szukasz pocieszenia – wróć do serialu o miłości. Jeśli szukasz prawdy – nawet tej niehigienicznej, brutalnej, wykrzywionej – zostań. Otwórz oczy. Oddychaj głęboko. I nie mów potem, że nikt cię nie ostrzegał.
Bo ten tekst cię rozbierze. Do kości. Do sumienia. Do instynktu. A potem – może – poskłada na nowo. Ale to już zależy od ciebie.
Tosia
Bóg nie stworzył człowieka na swój obraz. To człowiek stworzył boga, żeby nie musieć być zwierzęciem.
Pewnego dnia człowiek prostuje plecy i ogłasza się koroną stworzenia, a spod jego stóp wypływa krew rzeźni, plastik oceanów i modlitwa o cud, który miałby posprzątać po nim jego własny brud. Jak dzieciak, który podpala mieszkanie i krzyczy do matki, żeby przyniosła gaśnicę, bo on ma sprawy ważniejsze. Honor. Ambicję. Urojenie wielkości.
Świat płonie, ale ego musi zostać nieskazitelne.
I w tym wszystkim jest rdzeń absurdu, diament głupoty oszlifowany przez tysiąclecia: Zamiast dbać o Ziemię, dbamy o bogów.
To zdanie pachnie jak las po pożarze. Maże się jak mokry popiół. Brzmi jak cisza po ptakach.
Budujemy ołtarze, stawiamy świątynie z betonu i złota, marnotrawimy realne zasoby na iluzję, podczas gdy pod naszymi stopami gnije świat. Modlitwy lecą w chmurę jak spam, bez odpowiedzi, a rzeki płyną gęste od chemii i wstydu. Rządzą nami „święte księgi” pełne nakazów, zakazów i kar, lecz bez żadnej instrukcji obsługi planety. Detal techniczny. Prawie niezauważalny.
Wyobraź sobie gatunek, który zamieszkuje na błękitnej kuli. Ocean jako serce. Las jako płuca. Wiatr i chmury jako myśli unoszące się nad światem. Zwierzęta jako inne wersje nas samych. Rośliny wyciągające się w stronę słońca jako alfabet istnienia. I zamiast powiedzieć: „dziękujemy, będziemy uważać i się troszczyć”, sprzedaliśmy to wszystko ideologii antropocentryzmu. Sprzedaliśmy bogu, który nie mieszka w niebie, tylko w ludzkiej głowie. Bogu zrobionemu z pychy, strachu i potrzeby dominacji. Bogu, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale doskonale nadaje się do usprawiedliwiania jej niszczenia.
Klękamy przed niewidzialnym, żeby nie musieć patrzeć na to, co widzialne. Bo łatwiej oddać winę w ręce bogów, niż przyznać, że to nasze ręce są brudne. Od pestycydów. Od krwi. Od ciszy po tym, co kiedyś żyło.
Cywilizacja jest jak poeta w kryzysie. Mówi o miłości, a rani dotykiem. Śpiewa o pięknie, a zostawia blizny.
Równamy góry, prostujemy rzeki, zabieramy lasom mowę. Uczymy Ziemię milczenia. A potem pytamy, zupełnie szczerze zdziwieni, czemu nic już nie śpiewa.
Ziemia kaleczona bez wahania. Orana jak ciało, wycinana jak pamięć, deptana przez jeden gatunek, który uznał się za właściciela wszystkiego, co oddycha. Bez równowagi. Bez „ale”. Bez najmniejszego westchnienia nad znikającym życiem wokół.
Ziemia truta w imię rarytasów. W imię chwilowej przyjemności języka. W imię luksusu, który pachnie śmiercią, ale na talerzu udaje niewinność. I świat znika nie w huku, nie w uderzeniu meteorytu, tylko powoli, cicho, pod widelcem.
I wiesz, co jest najbardziej ironiczne?
Że nawet gdyby na siłę przyjąć, czytelniku/czytelniczko, że jacyś bogowie kiedykolwiek istnieli, patrzyliby na nas jak nauczyciel na klasę, w której ktoś podpalił globus. Z tą samą mieszaniną zmęczenia i niedowierzania. I myśleliby pewnie:
Daliśmy wam las.
Daliśmy wam morze.
Daliśmy wam wszystko, co oddycha.
Co jeszcze musicie spalić, żeby poczuć się istotni?
Ziemia nie potrzebuje zbawienia. To my go desperacko potrzebujemy, bo łatwiej wierzyć w mity niż w odpowiedzialność. Łatwiej czcić bogów niż dbać o świat. Łatwiej klękać przed wymyślonym, niż pochylić się nad tym, co realne i umierające.
Mit jest wygodny. Nie wymaga działania. Nie wymaga wysiłku, odpowiedzialności. Nie wymaga odwagi.
Rzeczywistość jest bezlitosna. Woła o czyny, nie o modlitwy. O obecność, nie o symbole. O odpowiedzialność, nie o iluzję sensu. I dlatego wybraliśmy bogów. Bo są bezpieczni. Bo są martwi. Bo niczego od nas naprawdę nie chcą. Bo przy nich możemy pozostać dziećmi. Wystarczy bełkotać modlitwy. Szeptać formułki. Odprawiać rytuały jak zaklęcia. Bezkosztowy system zaradczy na wszystkie problemy.
Nie potrzebuje wiedzy.
Nie potrzebuje odwagi.
Nie potrzebuje wyrzeczeń.
Nie potrzebuje wysiłku ani trudu.
Działa idealnie masowo, bo jest banalny jak automat z iluzją sensu. Wrzuć słowo. Odbierz ulgę. I wracaj spokojnie niszczyć dalej.
Jeden gatunek. Tak dominujący i tak agresywny, że nie przypomina już istoty żywej, tylko biologiczną katastrofę. Najgroźniejszy wirus, jaki ta planeta kiedykolwiek wytworzyła sama w sobie. Nie równoważy. Nie współistnieje. Rozmnaża się kosztem wszystkiego, co inne. Zajmuje przestrzeń, wysysa zasoby, zostawia po sobie martwą strefę. Jak każdy wirus doskonały w jednym: w niszczeniu własnego gospodarza. I nazywa to rozwojem.
A Ziemia potrzebuje wszystkiego. Jak dom potrzebuje opieki. Chce naszego rozsądku. Chce naszej pokory. Chce, żebyśmy przestali udawać, że stare opowieści są ważniejsze od świata, który właśnie dogorywa pod naszymi stopami.
Filipie,
coś jest nie tak z miłością. Bo skoro miłość jest wszędzie – w reklamach, w piosenkach, w filmach, w sztuce. Skoro składamy dłonie w serduszka, mówimy „kocham cię” na dzień dobry i na dobranoc. Skoro całujemy dzieci w czoło, przytulamy matki. Skoro religie mówią o „miłowaniu”, „miłosierdziu”, „miłości bliźniego” – to powiedz mi, Filipie… dlaczego ja, Tosia, jestem na wojnie?
A co, gdybyśmy odwrócili kolejność ważności? Gdybyśmy zamiast stawiać znicze na cmentarzach, otwierali drzwi schronisk? Gdybyśmy budowali azyle dla tych, którzy jeszcze oddychają, zamiast pomników dla tych, którzy już nie mogą nas zobaczyć?
Wiem, to trudne. Bo to, co martwe, jest „nasze”. To, co żywe – w schronisku, na ulicy, w klatce – jest obce. Nie jest „bliźnim”. Nie zeszło razem z nami z drzewa. Nie umieściliśmy go w modlitwach.
Ale czy to nie dziwne, że martwy bliźni – lub martwy bóg – ma większą wartość niż żywe stworzenie tuż obok? Że potrafimy zbudować świątynię z marmuru, ale nie mamy w sobie odruchu, by dać te pieniądze na schroniska?
Filipie, czy naprawdę „miłość bliźniego” to jakaś wypaczona wersja miłości – wybiórcza, symboliczna, wygodna? Bo jeśli miłość wyraża się bardziej w kwiatku na grobie niż w czynie dla żywego, to może trzeba przemyśleć, czy na pewno miłujemy.
I co z prawem tych, którzy nie chcą mieć grobu, za to chcą kilka metrów kwadratowych wolnej od ludzi łąki?
Więc powiedz mi, Filipie, czy „miłowanie bliźniego” jest pozytywne? Bo jeśli miłość do naszych martwych – bliskich, przodków, bogów – ma być ważniejsza niż czułość wobec żywych, to… coś tu bardzo nie gra. Jeśli bardziej troszczymy się o pomniki niż o napełnienie misek, o modlitwy niż o czyjś ciepły kąt, o święta niż o codzienne potrzeby kogoś obcego – to ja nie wiem, Filipie, czy to naprawdę miłość.
I bardzo się boję tego, co teraz powiem. Ale może ta miłość – ta celebracja tego, co już nie mówi, nie prosi, nie potrzebuje – działa przeciwko czułości. Przeciwko tej czułości, która powinna iść do tych, którzy jeszcze oddychają. Do tych, którzy patrzą na nas z nadzieją. Do tych, którzy nie są „nasi”, ale są. Bo jeśli czułość przestaje być ważna, gdy nie mamy z kimś wspólnego nazwiska, modlitwy, historii – to może to nie była miłość. Może to był tylko rytuał.
Wiesz, czego się boję?
Że nas uczono miłowania, ale nie troski. Że bardziej nas wzrusza kwiat na marmurze niż łapa wyciągnięta przez kraty. I może to jest nasz błąd. Że modlimy się do martwych bogów, a mijamy żywych niebogów, którzy błagają nas o odrobinę dobra.
Dlatego jestem na wojnie, Filipie. Bo nie umiem już kochać tak, jak mnie nauczono. Bo nie wierzę w miłość, która nie zna czułości. Bo jeśli dusza ma być czymś więcej niż mięsem – to niech będzie obecna wtedy, kiedy ktoś naprawdę jej potrzebuje.
A ja, Tosia – widzę ich codziennie. Za kratami, w klatkach, na ulicach. I nie pytają o niebo. Pytają o miskę. O dotyk. O to, żeby ktoś w końcu przestał mówić o miłości – i zaczął ją czynić.
Dlaczego wybieramy symbol, a nie życie? Dlaczego martwy bliźni, martwy bóg, martwy przodek mają większe znaczenie niż żywe stworzenie, które możemy uratować choćby na chwilę?
Nasi zmarli już nie cierpią. Bogowie też nie. Poza tym są bogami. Potężni i wszechmogący. Poradzą sobie. Ale tu, na tej Ziemi, ktoś nadal czeka. Z głodem, z lękiem, z pustką.
I naprawdę, Filipie, nie wiem, czy to świat, który warto nazywać „miłującym”. Może jeszcze da się coś odwrócić. Ale najpierw trzeba przestać patrzeć w niebo i zacząć patrzeć pod nogi.
Jestem Tosia.
I nie będę się kłaniać. Wywrócę ten jebany ołtarz ustawiony w miejscu, gdzie powinno być współczesne prawo.
Tosia
„Listy z wojny”
Rozdział, w którym autor odsłania, jak religia, państwo i historia zbudowały wspólny front przemocy ‒ i jak ten front działa do dziś.
Kościół, monarchia, faszyzm, komunizm, patriotyzm, demokracja, rodzina ‒ wszystkie te siły splatają się w jeden układ: system kontroli pod pozorem wartości.
To rozdział o tym, że faszyzm nie zniknął – on się tylko przechrzcił. Że największym zagrożeniem nie są tyrani, ale ci, którzy ich błogosławią. Że przemoc, która dziś rządzi światem, to nie wyjątek – to skutek długo działającej tradycji popartej przez ambonę, katedrę i pomnik.
Tosia
Gdy okrucieństwo staje się strukturą, już nikt nie pamięta, że było wyborem.
Nie, to nie jest tekst o politykach. To tekst o mechanizmie, który ich wypluwa. O prastarej maszynie, która mieli nas od pokoleń – i nawet nie zgrzyta.
Nazwiska się zmieniają. Fryzury, sztandary, slogany – wszystko to jest tylko charakteryzacją. Ale trup śmierdzi ten sam.
Nie przywiązuj się do nazwisk. Bo dziś masz jednego, jutro będzie inny – może w rurkach, może w todze. Ale będzie mówił to samo: „Bóg, tradycja, zagrożenie, wróg”.
To nie ci ludzie są problemem. To ich użytkownicy. Bo polityk faszystowski nie wchodzi ci do głowy jak złodziej. Wpuszczasz go tam sam/sama. Otwierasz drzwi. Głosujesz. Udostępniasz. Wzruszasz ramionami, mówisz: „Eee, może coś zmieni… Przecież obiecał niższe podatki.”
Jasne, że obiecał. Na tym polega polityka – żeby obiecywać, by cię zwieść. Dokładnie tak jak robi to religia. Bo to ten sam bullshit.
Polityka to nie katalog fraz, tylko ludzie. A słowa są niczym, jeśli wychodzą z ust tych, którzy nie mają moralnego prawa ich wypowiadać. Więc nie słuchaj, co mówią. Patrz, kto mówi.
Nie zapamiętaliśmy Hitlera dlatego, że był genialny. Zapamiętaliśmy go, bo świat pozwolił mu działać. Z podniesionym czołem, z różańcem w ręku i tłumem, który klaskał. A następnie hajlował.
Polityka nie jest trudna. To nie szachy. To nie filozofia. To łopata i widelec. Albo cię nakarmią. Albo zakopią. I zanim znów zaufasz jakiemuś uśmiechniętemu politykowi z hasłem „rodzina, naród, tradycja” – przeczytaj. Bo autor nie pisze „po prostu dobrej literatury”. Pisze rzeczy, po których człowiek zaczyna rozumieć, że świat nie działa tak przez przypadek. I że jak nie jebniesz w ten mechanizm teraz, to on jebnie w ciebie.
Tosia
„Listy z wojny”
Osobo Czytająca, wyobraź sobie, że jesteś na Księżycu. No po prostu sobie wyobraź, bez zbędnych ceregieli. Nie analizuj, nie kalkuluj, nie zastanawiaj się, czy masz odpowiedni skafander i jak bardzo dokuczałaby ci pustka kosmiczna. Jesteś tam i tyle.
Aby było ci łatwiej, zabierz ze sobą leżak. Możesz też wziąć piwo, bo czemu nie – skoro już robisz rzeczy nieprawdopodobne, to niech przynajmniej będą one komfortowe. Tylko umówmy się co do jednej zasady: nie rzucaj puszek pod nogi. Na Księżycu nie ma służb komunalnych, które posprzątają za ciebie. Skoro zatargałeś te puszki aż tutaj, to dasz radę zatargać je z powrotem na Ziemię i wrzucić do odpowiedniego pojemnika. Dasz radę?
Przed tobą rozciąga się idealna czerń Wszechświata, a w oddali – świeci błękitna planeta. Ziemia. Dobrze wybrałeś miejscówkę. Jesteś tuż obok pamiątkowej tabliczki, tej samej, którą zostawili pierwsi Ziemianie. Republikanie. Tfu, Amerykanie. Grawerowanie złotymi literami, niczym wielkie ogłoszenie na drzwiach ratusza, brzmi dumnie: „Przybyliśmy w pokoju, w imieniu całej ludzkości.”
Możesz przyjąć to na poważnie. Możesz wzruszyć się tym historycznym gestem. Możesz też, jak ja, parsknąć śmiechem, że ludzie i w „pokoju”. Ale nie po to tu jesteś. Nie po to wlazłeś na ten zimny, martwy kamień, by roztrząsać, kto przybył w pokoju, a kto zostawił tylko ślady butów i trochę śmieci. Nie. Jesteś tu widzem. Więc usiądź wygodnie. Przed tobą spektakl.
Musimy od czegoś zacząć i gdzieś skończyć. Koniec jest oczywisty. Będzie nim dzień dzisiejszy. Nieważne, czy czytasz to w poniedziałek, czy w środę. W marcu czy lipcu. W 2026 czy 2032 roku. Spektakl jest zawsze ten sam. Zmieniają się tylko rekwizyty, narzędzia przemocy, ale scenariusz pozostaje niezmienny.
Każdy spektakl musi mieć początek. Możemy sięgnąć daleko w przeszłość, do czasów, gdy Homo sapiens, potomek nadrzewnej małpy, obciążony genetycznie agresją i nieposkromioną żądzą, wylazł z Afryki i zaczął robić to, co umie najlepiej: gwałcić, zabijać i zawłaszczać.
Z jego ręki wyginął Homo naledi. Neandertalczycy… wymarli? No nie przesadzajmy. Zostali wyrżnięci. A ci, którym się poszczęściło – choć czy to rzeczywiście szczęście? – zostali tylko zgwałceni i wchłonięci genetycznie. Możesz to nazwać początkiem pierwszego ludzkiego ludobójstwa.
Ale nie, rozumiem. To zbyt daleka przeszłość. Może nawet niewygodna. Statystycznie rzecz biorąc, większość ludzi i tak nic o niej nie wie. Większość ludzi w ogóle nic nie wie o czymkolwiek, co jest sprzeczne z pierdołami religijnymi. Bo Homo sapiens nie jest mądry – jest religijny. Fakty i ewolucja są dla niego jedynie irytującym szmerem w tle, który psuje narrację o boskim porządku świata i boskim pochodzeniu człowieka.
Niech będzie. Nie będę cię zmuszał do zaakceptowania wizji, w której jesteś dalekim kuzynem nadrzewnej małpy, która zeskoczyła z gałęzi, dorwała się do padliny i odkryła, że krew innych smakuje, a padlina daje większą sytość niż banany. A później, że zakatrupienie żółwia jest i tak mniej męczące niż skakanie po drzewach za owocami.
Przyjmę ten punkt widzenia.
Niech więc będzie to 21 października 4004 roku przed naszą erą. Tak, to będzie idealny początek. Dzień, w którym jakiś bóg, jak dobrotliwy starzec z patriarchalnym kompleksem, stworzył Wszechświat, Ziemię i człowieka. Zrobił to w sześć dni, bo siedem to już by była przesada. Księżyc, na którym właśnie siedzisz, przykręcił do firmamentu jak plafon w tanim mieszkaniu.
Nie rozglądaj się tak głupio. To przecież twoja wiara, nie moja. Słońce też zostało tam zamontowane. I choć z tej księżycowej perspektywy trochę trudno w to uwierzyć, to dla istot pełzających po Ziemi nie stanowi to najmniejszego problemu.
Aby dostrzec właściwie fabułę teatru, musimy odrzucić czas. To w końcu tylko cyfry, którymi człowiek posługuje się, żeby nie zgubić się w historii. Zresztą, co my wiemy o czasie? Żyjemy w nim, ale nie mamy nad nim żadnej władzy. Czas nie istnieje, jest tylko przemijanie – powolne rozkładanie się w pył, który prędzej czy później rozwieje się po kosmosie.
Ile żyjesz? Trzydzieści lat? Pięćdziesiąt? Może statystycznie siedemdziesiąt? Co to za liczba wobec istnienia Ziemi?
Homo sapiens, dziecko nadrzewnej małpy, żyje już 300 tysięcy lat. I co zrobił przez ten czas? Rozjebał wszystko, na co natrafił. Czego nie zabił i nie zjadł, to zniewolił. A potem i tak zabił i zjadł, może wcześniej wyruchał.
Dinozaury istniały 180 milionów lat. Milionów. I przez ten czas nie zbudowały ani jednej rzeźni. Pomyśl o tym. Ani jednej.
Wiem, wiem. Zaraz się oburzysz. Może nawet krzykniesz: Ale przecież nie zbudowały też żadnego kościoła i nie miały Instagrama! Fakt. Nie miały. Dlatego nie siedziały zbyt długo na kiblu.
Nie miały też karabinów, bomb jądrowych, laboratoriów do torturowania innych, inkwizycji, kolonializmu, faszyzmu i całego tego bajzlu, który człowiek nazywa cywilizacją.
W ogóle wyobraź sobie, że Homo sapiens to jedyny gatunek, który potrzebuje kościołów. Jak myślisz, dlatego, że jest inteligentny, czy dlatego, że jest zbrodniarzem, który szuka sposobu ucieczki?
Czy to znaczy, że dinozaury były dobre? Nie, dinozaury były po prostu dinozaurami. Niektóre wredne, niektóre mięsożerne, ale żaden z nich nie mordował dla sportu, idei czy religii.
Tyranozaur był tyranozaurem. Homo sapiens nim nie był, nie jest i – do cholery – nigdy nie będzie.Ale i tak sieje większe zniszczenie. To zaskakujące, aby ktoś ze szczęką mającą przeżuwać rośliny i zębami do tarcia pokarmu prześcignął w krwiożerczości umięśnioną maszynę do zabijania z około 60 zębami o długości nawet 20 centymetrów. Zębami, z których te krótsze były przeznaczone do chwytania i do miażdżenia kości, a dłuższe, piłowate, do rozrywania mięsa.
Czy wiesz, że w twojej paszczy nie znajduje się nic takiego? Ludzka szczęka nie jest przystosowana do miażdżenia kości czy zabijania ofiary, jak u drapieżników. Nasze zęby i mięśnie żuchwy są ewolucyjnie dostosowane do żucia i rozdrabniania pokarmu.
Pomyśl, jak spierdolony musi być mózg istoty, która biologicznie jest roślinożerna, a mimo to żre wszystko, co się rusza, do tego stopnia, że jej rzeźnie widać z kosmosu. Hodowlane obozy zagłady, w których zamykamy zwierzęta, zanim trafią na nasz talerz, są tak gigantyczne, że można je dostrzec z orbity. Kosmiczny Auschwitz.
Weź teleskop. Przyjrzyj się planecie, na której się urodziłeś. Widzisz? Obóz koncentracyjny dla wielu gatunków. Tortury w imię smaku. Przemysłowe wycinki lasów deszczowych, żeby zrobić miejsce na kolejne pastwiska.
Teraz odłóż teleskop i poczekaj. Tydzień. Miesiąc. Rok. Każdy kolejny dzień to kolejny kawałek Amazonii zamieniony w pustkę, w pastwisko, w fabrykę śmierci. Każdy dzień to kolejny mord, kolejne miliardy istot powołanych do życia i wyciętych z niego tylko dlatego, że człowiek lubi smak mięsa. Lub krem, buty, węgiel czy ropę.
Tak, tyranozaur był mięsożerny. Ale nie był agresywnym idiotą, udającym drapieżnika. I teraz powiedz mi, widzu z Księżyca: kto tu naprawdę jest bestią?
Nie jemy mięsa, bo musimy. Jemy je, bo możemy. Bo wciąż jeszcze mamy przewagę. Bo możemy kogoś zamknąć, zgwałcić, okaleczyć, utuczyć, zabić – i zjeść – bez żadnych konsekwencji.
Żadna dziś dominująca kultura nie zbudowała się na owocach. Każda budowała się na krwi, którą ukryła za religijnym lub kuchennym obyczajem. Dżinizm próbował, ale nie spełniał oczekiwań agresywnej małpy.
I kiedy pytasz: „dlaczego wciąż to robimy?”, słyszysz: „bo tak robili nasi przodkowie”. Ale oni też palili ludzi. Odmawiali kobietom człowieczeństwa. Mieli niewolników. Nie znali bakterii. I nade wszystko: mieli inną etykę.
A my ich dziś cytujemy jako autorytety. Bo łatwiej być potworem z przepisem niż człowiekiem z refleksją.
Oczywiście, że nie zgadzasz się ze mną. Przerabiałem to już tysiące razy. Może nawet czujesz lekkie oburzenie, może już szykujesz w głowie ripostę. Przecież umówiliśmy się, że Ziemia ma 6030 lat (rok 2026). Więc jakie dinozaury, jaki Neandertalczyk? Żadnych dinozaurów nie było, żadnych praludzi. Tylko bóg i jego glina.
Tak, glina. Z której ulepił mężczyznę. A kobietę? Z żebra, oczywiście. To, że Homo sapiens dzieli 98% kodu genetycznego z szympansem, to po prostu przypadek. Podobnie jak fakt, że patrzysz w lustro i widzisz w nim gadającego naczelnego z wystającą szczęką i kłami, które ewidentnie nie służą do rozgryzania hostii, tylko do odstraszania innych. Bóg chyba przewidział, że naczelne będą się po prostu napierdalać.
Przy okazji, wiesz, co jeszcze łączy szympansa z człowiekiem? Agresja.
A teraz drobna anegdota, potocznie zwana ciekawostką. Nie unikaj, ciekawość prowadzi do wiedzy.
Wyobraź sobie, że patriarchat do matriarchatu ma się tak jak szympans do bonobo. Ujmując to inaczej, patriarchat jest szympansi zaś matriarchat bonobi. Z oboma gatunkami jesteśmy w równym stopniu skoligaceni.
Obecny szympansi patriarchat ponawia próby dominacji nad bonobim matriarchatem, stąd jego obsesja reglamentacji seksu i idea samczości jako agresji. To także stąd afirmacja różnorodności, wolności i seksu dla przyjemności w ideach feministycznych, które popełniają ten sam błąd – pozwalają żyć swoim wrogom i zamiast zabić, dają im przestrzeń do szczęśliwego życia, co tamci rozumieją jako naiwność i wykorzystują.
Jednak zgodziłem się przyjąć ten punkt widzenia. Zatem teraz odrzucamy czas. Nie ma milionów lat, nie ma ewolucji. Jest tylko tu i teraz. I to nieszczęście zaczęło się 21 października 4004 roku p.n.e.
W jednym z sześciu kolejnych dni jakiś ktoś – ktoś, kto umiał, ktoś, kto miał moc – stworzył pierwszego człowieka. Mężczyznę. Później ten sam ktoś stworzył zwierzęta. Nie dla nich samych. Po co zwierzętom ich własne istnienie? Były stworzone jako pomoc. Do pracy. Do orki. Do zaprzęgania w jarzmo. Do przenoszenia kamieni, ciągnięcia wozów i umierania na chwałę człowieka.
Bo bóg się żalił. Żalił się jeszcze przed stworzeniem mężczyzny, że nie ma kto mu rowu kopać.
I tak oto powstał człowiek. Ale dlaczego nie rów? Ponieważ bogu tak naprawdę nie o rów chodziło – celem było kopanie rowu przez gołego mężczyznę.
Miał dwa ramiona, przeciwstawny kciuk i wystarczająco giętkie kolana, żeby klękać, kiedy trzeba było dziękować swemu stwórcy. A przede wszystkim – miał kopać ten rów. W pocie czoła. Na chwałę boskiego ogrodu, podlewać roślinki, pielęgnować krzewy, przycinać drzewa, utrzymywać raj w porządku.
Ale okazało się, że mężczyzna jest za słaby. Miał kopać, ale co z tą ziemią, którą wykopał? Psuła widok. Za dużo ziemi się zebrało. Góry ziemi. Wszędzie. Bóg spojrzał i się wkurwił. Bo kopać to trzeba, ale i trzeba też wywozić tę ziemię. A spychacza na ropę bóg jeszcze nie wymyślił. Więc trzeba było stworzyć zwierzęta. Silne, wytrzymalsze od człowieka. Idealne do zaprzęgu. I być może zwierzęta pomogły. Może mężczyzna chwilowo odetchnął. Ale nadal coś było nie tak. Bo mężczyzna się nudził.
Tyranie w boskim ogrodzie to jedno, ale on nie miał nawet na czym zawiesić oka. I bóg to rozumiał jako ten, który oko wieszał często na nagim mężczyźnie. Widział, że ten jego gliniany golem snuje się po boskim ogrodzie jak zrezygnowany cieć na nocnej zmianie i jest smutny. Nic go nie cieszyło. Nic nie wzbudzało w nim radości. Kopał rowy, ale w jego oczach była pustka.
Patrzył na krowy, na konie, na lwy i słonie – i nie czuł nic. Po prostu… nic.
Bóg się zmartwił. Bo jak to tak? Stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a ten chodzi jak z deprechą i gapi się w przestrzeń. Trzeba było coś z tym zrobić.
Bóg znał zasadę, którą ludzkość zrozumiała dopiero później i nazwała ją bodźcowaniem. Jak już wiemy, znał ją z autopsji. Każde zwierzę potrzebuje stymulacji. Czegoś, co sprawi, że zacznie się ruszać, działać, starać. I tak bóg wpadł na pomysł. Prawdopodobnie jego jedyny bystry pomysł.
Westchnął ciężko i zdecydował: A jebać to. I stworzył kobietę.
Kobieta miała być czymś innym. Miała być czymś, co wypełni pustkę. Miała być towarzyszką. Miała sprawić, żeby człowiek przestał gapić się w dal z tym swoim pustym, rozczarowanym spojrzeniem.
Facet, który mieszka sam, nie kąpie się wystarczająco często, nosi te same dresy każdego dnia, zamawia pizzę i nie myśli o niczym innym poza minimalnym przetrwaniem – wstaw do jego jaskini samicę, a poszuka nawet perfum.
Więc bóg stworzył kobietę. I nie zrobił jej z gliny, tak jak mężczyznę, lecz z żebra, oczywiście. Bo jakżeby inaczej. Glina była za szlachetna, aby lepićz niej istotę przeznaczoną do poddania i uciech seksualnych. Kobietę zrobił z żebra – z czegoś, co było już częścią mężczyzny, żeby ten zawsze za nią gonił, zawsze czegoś w niej szukał.
Kurde, gdybym miał taką wszechmoc, stworzyłbym kobietę z moreli, zamiast patroszyć jakiegoś ogrodnika.
Więc proszę bardzo, oto masz pierwszy teatr, pierwszą scenę, pierwszych aktorów.
Ziemia, mężczyzna, zwierzęta i kobieta. A teraz weź łyk piwa i zastanów się: czy to na pewno była dobra obsada? I kto umrze pierwszy, skoro nie ma czarnego? A co do czarnych – a raczej białych – to powiedz mi, skąd wzięli się oni, skoro bóg stworzył tylko jednego mężczyznę i jedną kobietę? Może jedno było białe a drugie czarne? W takim razie skąd żółci?
Nie wiesz. Wiem. Zatem przejdźmy do konkretów.
Przy okazji: już widzę miny tych od „rasy panów”, gdy dowiadują się, że ich przodek nie był blondynem o niebieskich oczach.
Bóg więc stworzył cycki. I nie byle jakie. Zaprojektował je tak, żeby działały jak kokaina dla męskiego mózgu. Żeby nakręcały, motywowały, uzależniały. Ale cycki same w sobie to za mało. Trzeba było reguł. Trzeba było, aby kobieta je pokazywała. Więc bóg zakazał ich zakrywania.
To była pierwsza święta zasada. Tak ważna, że została wyryta w boskim prawie. Każdy to zna. Freud określił to jako libido, które napędza cały system.
Przez chwilę było dobrze.
Mężczyzna patrzył, kobieta chodziła, wszystko działało. Aż pewnego dnia oni sami zauważyli, że paradują przed sobą nadzy. A co gorsza – przed nim. Przed tym dziwnym kimś, kto ich stworzył, kto obserwował ich bez przerwy, kto stał gdzieś w tle i patrzył na nich, jakby oglądał swój ulubiony program rozrywkowy 18+. I wtedy stało się coś strasznego. ZAKRYLI SIĘ. Zawinęli się w liście, osłonili cycki i genitalia.
I to był koniec. Poważnie. To był koniec raju. Zaskakujące? Zgadzam się. Ale nie ja to wymyśliłem. Mówi o tym sama Biblia, w którą zapewne wierzysz i którą cenisz.
Bóg się wkurwił. Nie to, że zdenerwował. Nie obraził się. Nie nadąsał. Wkurwił się tak, że zmienił bieg historii. Wywalił ich. Wyrzucił tych, których sam stworzył, z miejsca, które zaprojektował jako raj. A człowiek? Cóż, był tylko zwierzątkiem do oglądania, czyli wyposażeniem. Mimo że jeszcze chwilę wcześniej bóg uważał, że wszystko, co stworzył, jest dobre, nagle nie było już dobre. Nagle mężczyzna i kobieta stali się niegodni raju. Bo nie chcieli przed nim biegać nadzy. To tak, jakby ojciec wyrzucił swoją nastoletnią córkę z domu, bo założyła majtki. Bo doszła do wniosku, że chodzenie z cipką na wierzchu przed starym jest trochę nie ten teges.
Srogo, nie?
Kiedy córka zaczyna to rozumieć? Kiedy dojrzewa. Bo pewne rzeczy przychodzą z instynktem, a później ze świadomością. To jest właśnie to słowo, które jest pierwszym wrogiem boga – świadomość. Bo czyż nie o zakazie jej zdobycia mówi przestroga boga o niezrywaniu z drzewa poznania?
Dokładnie o tym mówi początek Biblii. O zakazie zdobycia świadomości, aby boska podnieta nie odziała się. Aby reality show 18+ trwało na wieki. Ale ten wszechmogący i wszechwiedzący bóg się pomylił. Nie przewidział dorastania.
Biblia, aby obronić boga, dorastanie opisała metaforycznie jako zerwanie owocu poznania. Ale prawda jest taka, że dzieciaki dorosły, uzyskały świadomość i zrobiły coś, co nie podobało się tatusiowi. Bóg tego ani nie przewidział, ani nie tolerował. Zatem rozkazał im wypierdalać z plaży nudystów. A na progu ogrodu ustawił strażników – cherubów, by nie było żadnej wątpliwości, że powrót miał być niemożliwy. Zakaz wjazdu dla wstydliwych.
Lecz chwila, zatrzymajmy się na moment. W tej scenie, gdzie boskie wyroki splatają się z ludzką tragedią, ginie ktoś. Ale kto, skoro jeszcze nie ma czarnego? Cóż, dostaje się tym jeszcze niżej w hierarchii – zwierzętom. Bóg, który mógł uczynić wszystko, postanowił odebrać im życie, aby dać ludziom odzienie ze skór. Taki był – bóg, który nie potrafił ogarnąć nawet dresu z tkaniny. Wszechmogący.
Bóg nie tylko wyrzucił ludzi z ogrodu, ale obarczył ich niedolą, cierpieniem i śmiercią. Nałożył na nich brzemię egzystencji, w której każdy krok oznacza zmaganie, a każda radość ma w sobie cień przemijania. Człowiek stał się istotą skazaną na nieustanne poszukiwanie sensu, choć sam jego stwórca uczynił ten sens ulotnym, zakrytym mgłą niewiedzy i ograniczeń. A kobiecie dodatkowo zafundował poddaństwo wobec mężczyzny, czyniąc ją więźniem biologii i kultury, podporządkowaną, obarczoną bólem rodzenia, uzależnioną od łaski tych, którzy rościli sobie prawo do władzy nad nią.
Nazwij to jak chcesz – fetyszem, zboczeniem, okrucieństwem.
Tak oto człowiek został rzucony w rzeczywistość pełną cierpienia, rozdarty między nadzieją na zbawienie a nieuchronnością losu.
To wszystko oznacza, że potężny bóg nie tylko nie przewidział dorastania, lecz i nie poradził sobie z emocjami związanymi z porażką, za to jako pierwszy ogarnął zarówno dokonanie mordu jak i wkurw na globalną skalę. I to wszystko dlatego, że dwoje dzieciaków dorosło i uznało, że nie będą już dłużej snuli się nadzy przed jego rozpalonym wzrokiem.
Śmierć pojawiła się na świecie dopiero po „upadku” człowieka – gdy ludzie zjedli owoc z drzewa poznania dobra i zła. To właśnie wtedy bóg miał „wprowadzić śmierć” jako karę za nieposłuszeństwo. I jako pierwsze ukarał zwierzęta, które zabił, by ich skórami zastąpić wybraną przez ludzi odzież z liści. Ale tu pojawia się problem: zwierzęta nie zerwały zakazanego owocu. A jednak umierają.
Zwierzęta dostały karę za człowieka. Według niektórych teologów, zwierzęta umierają, bo świat został „skażony” przez grzech człowieka. Ale czy to sprawiedliwe? To tak, jakby ktoś ukradł jabłko, a w ramach kary sąsiednie miasto dostało wyrok dożywocia.
Możliwe też, że religia kłamie, bo śmierć istniała wcześniej, niezależnie od tego, co zrobili ludzie. A bóg ich tylko w tym oszukał – jak zwykły naciągacz, aby wymusić posłuszeństwo.
To drugie wyjaśnienie jest znacznie bardziej zgodne z rzeczywistością – że śmierć istniała zawsze, bo jest naturalnym procesem biologicznym. A zwierzęta umierały na długo przed pojawieniem się Homo sapiens.
Cała historia o „wprowadzeniu śmierci” jest po prostu mitem bez żadnego związku z rzeczywistością. I to ma sens, bo mamy dowody na istnienie śmierci miliony lat przed pierwszym człowiekiem. Skamieliny dinozaurów, wymarłe gatunki, prehistoryczne bakterie – to wszystko dowodzi, że śmierć była tu, zanim ktokolwiek „zgrzeszył”.
Ale wracajmy do naszej opowieści. Nie musimy być racjonalni.
Para, którą bóg wyrzucił z raju, spłodziła dwóch synów. To też mnie dziwi, bo skoro bóg ich stworzył, a był przeciw wiedzy – więc nie ogarnął edukacji seksualnej – to skąd ci ludzie wiedzieli, że jedno pasuje do drugiego i że coś trzeba gdzieś włożyć? I że jednak analnie to nie tędy droga?
Tak, wiem. Jestem beznadziejnie ciekawski. Cóż, tak działa mój umysł. W sensie, że działa.
Bóg, choć niby skazał ich na wygnanie, najwyraźniej się nudził. Mimo wszystko zaglądał do tej małej, nieszczęsnej rodzinki, która miała dwóch synów. I jak to w rodzinie bywa: bracia byli różni.
Jeden – Kain – uprawiał ziemię. Drugi – Abel – nauczył się od boga, że można zabijać zwierzęta. Więc został rzeźnikiem.
Ukatrupienie błąkającego się zwierzęcia, które jest bezobsługowe, było łatwiejsze niż uprawa ziemi i zbieranie plonów. No i nie było sezonowe. A człowiek, cóż – to leniwa małpa. Dlatego nasi przodkowie po zejściu z drzewa jadali padlinę.
Ale dobrze, bo my w raju, a ja znowu o jakiś ponad czterech milionach lat temu, których nie było.
Którego z braci bóg pokochał? Nie zgadniesz. Nie, nie tego, który nie zabijał. Nie. Bóg wybrał tego, który mordował. To od Abla – rzeźnika – przyjmował ofiary. A dary z roślin? Nie chciał nawet na nie patrzeć. To oczywiście bardzo dziwne, bo przecież, jeśli bóg jest wszechmocny i wszechwiedzący – i jest bogiem – to nie potrzebuje niczego.
Zatem morderca został faworytem.
Historia nie kończy się dobrze. Bo brat rolnik, który nie chciał patrzeć na czyny swego brata rzeźnika, w końcu nie wytrzymał. I zabił go.
Biblia twierdzi, że to z zazdrości. Ja uważam, że to z uczciwości. Kurde, jeden człowiek kontra ile zwierząt? Kilka miesięcznie? Znaku równości tu nie ma. Poza tym, cóż – dobro nie może tolerować zła. A bycie rzeźnikiem to zło w czystej postaci.
Ale brat, który pozbył się oprawcy niewinnych i bezbronnych, nie dostał za to nagrody. Dostał karę. Bo – znów nie zgadniesz – w oczach boga nie było nic złego w zabijaniu zwierząt. Ale zabijcie rzeźnika? Zwłaszcza takiego, który gwarantuje ofiary dla boga? O nie, to już grzech.
I tu pojawił się problem. Bo rzeźnik karmił boga. A bóg był przywiązany do swojego menu. I jak się domyślasz – to nie był bóg cierpliwy, wyrozumiały i miłosierny. To był bóg zazdrosny. I ten bóg popadł w gniew. Tym większy, że mu w brzuchu burczało. A wiemy przecież, że głodny to zły!
Bóg czekał. Pierwsi ludzie, jak już odkryli – wynika, że przypadkowo, metodą prób i błędów – że happy end w jednym z otworów gwarantuje rośniecie brzucha, a po około dziewięciu miesiącach wydanie na świat dziecka, to uprawiali ten sport jak olimpijczycy. A gdy dzieci rosły, to kategorie wiekowe się mieszały. Matka z synem, ojciec z córką, brat z siostrą, druga siostra z tym samym bratem itd. I tak dzięki Biblii wiemy, że wszyscy jesteśmy efektem chowu wsobnego.
Cóż, tak podobał im się ten sport, że okolice boskiego ogrodu zapełniły się biegającymi ludźmi. Ludźmi, którzy oczywiście dalej zabijali zwierzęta, w końcu byli agresywnymi małpami.
Ale jeśli twierdzisz inaczej, to w porządku. Obiecałem przyjąć tę narrację: więc zabijali, bo byli na podobieństwo boże. Tego boga, który już na samym początku mówił o panowaniu i poddaństwie. I który pokazał, że można zabijać.
Ale problem był taki, że już nie zabijali zwierząt dla niego. Co było w jego oczach marnotrawstwem. A on chodził głodny, biedaczek. Więc co zrobił? Postanowił ich wszystkich utopić. Tak po prostu. Przy okazji zginęły też zwierzęta. Mimo że mścił się na bezużytecznych ludziach. Ale czy to miało jakieś znaczenie dla boga, który patrzył na świat przez dymy z płonących ciał? Nie bardzo.
A jednak – trochę się martwił. Nie o zwierzęta jako takie. Nie o ekosystem. O przyszłe ofiary na jego ołtarze. Bo jeśli wszystko się potopi, to co on, bidulek, będzie jadł? Banany jak małpa? Przecież narcyz, który ma się za najważniejszego, stawia się na szczycie łańcucha pokarmowego. Tę megalomanię również odziedziczyli ludzie. Dlatego, mimo bycia biologicznie roślinożernymi, orzekają nawet, że są drapieżnikiem. Ależ lwy, krokodyle czy wilki muszą mieć bekę. No, chyba że człowiek ma karabin i termowizję, które plasują go w grupie drapieżnej, kompensując brak siły, kłów, pazurów, szybkości, wytrzymałości.
Bóg postanowił zatem się zabezpieczyć – wybrał jednego człowieka i jego najbliższą rodzinę jako tych, którzy mieli przetrwać. I polecił im zabrać ze sobą zwierzęta. Ale nie wszystkie – uznał, że po jednej parze wystarczy, by miał kto się rozmnażać. Okazało się jednak, że część tych zwierząt miała przeżyć, aby było kogo składać na ołtarzu. Bo przecież jak świat zacznie się od nowa, to trzeba mieć zapas ofiar, prawda?
Więc z gatunków, które bóg uznał za „czyste” – czyli tych, które mu smakowały – kazał zabrać po siedem par samców i samic.
I tak się stało. A potem bóg spuścił wodę i dokonał masowej zagłady. Ale – podkreślam raz jeszcze – wspaniałomyślnie bóg postanowił ocalić zwierzęta. Wszystkie. Globalnie. Bez wyjątku. Operacja logistyczna skali kosmicznej, wykonana przy pomocy drewnianej łodzi i jednej rodziny. Przy czym łódź miała – według „świętych” obliczeń – w przybliżeniu: 135 metrów długości, 22,5 metra szerokości, 13,5 metra wysokości, czyli tyle, ile budynek mający trzy piętra i wysoki parter.
I w tym momencie rozumiem, że dostrzegasz mój kpiarski ton. Widzę ten lekki uśmiech politowania, to znajome przewrócenie oczami, tę cichą satysfakcję: no dobrze, pobawił się ironią, ale teraz dojdziemy do poważnych spraw. Bo przecież istnieje argument, który w takich dyskusjach ma status intelektualnego nokautu.
Wszechświat jest zbyt ogromny. Zbyt skomplikowany. Zbyt precyzyjny. Nie mógł powstać przypadkiem. Trzeba być naiwnym, żeby wierzyć, że cała ta kosmiczna konstrukcja, galaktyki, prawa fizyki, struktura materii, życie, świadomość, wszystko to jest efektem jakiegoś „Wielkiego Wybuchu”. Musiała istnieć inteligencja. Projekt. Zamysł. Architektura wymaga architekta. To wszystko nie mogło powstać samo, naturalnie, z procesów, z czasu, z ewolucji. Nie ma szans. Musiał istnieć konstruktor. I oczywiście, niemal automatycznie, tym konstruktorem okazuje się bóg. Konkretny. Biblijny.
Tu właśnie zaczyna się pęknięcie, którego nie da się już estetycznie zagadać. Bo mówimy o bycie zdolnym zaprojektować strukturę Wszechświata, prawa fizyki, mechanizmy życia. Niewyobrażalną złożoność materii, energii, czasu, biologii. Musiałby to być umysł absolutny, inteligencja nieskończona. A jednocześnie widzimy istotę, która wpada w gniew, bo ludzie zorientowali się, że są nadzy i improwizują garderobę z liści. Istotę, która uznaje ten fakt za wystarczający powód, by wyrzucić ich z raju, obarczyć cierpieniem, chorobą, śmiercią.
I żeby było jeszcze ciekawiej. Ten sam wszechmocny konstruktor, który tworzy kwarki i leptony, DNA, gwiazdy i czasoprzestrzeń… rozwiązuje problem odzieżowy przez zabicie zwierząt i wykonanie ubrań ze skóry. Wszechświat? Bez problemu. Tekstylia? Najwyraźniej zbyt zaawansowana technologia.
Jeżeli więc ktoś twierdzi, że tak niewiarygodna złożoność rzeczywistości wymaga nieskończenie doskonałego umysłu, a następnie wskazuje na boga, którego narracja przypomina emocjonalnie niestabilnego samca alfa, pojawia się pytanie, które trudno zignorować. Czy to naprawdę jest argument rozumowy, czy tylko estetyczne wrażenie, że „to wszystko jest za bardzo skomplikowane”? Bo ten sam bóg, który ma być fundamentem racjonalnego wyjaśnienia świata, według tekstu: rozmawia przez płonący krzew, ingeruje w rzeczywistość przez spektakularne plagi, dokonuje zbiorowych rzezi, obejmujących ludzi i zwierzęta, funkcjonuje w opowieści pełnej antropomorficznych emocji, gniewów, obrażania się i kar. I jako bóg, który włada mową, wchodzi w osła, który mową władać nie umie, aby przemówić do człowieka, który mową włada.
Na poziomie wiary wszystko da się pogodzić. Na poziomie rozumu zdecydowanie nie. Nie dlatego, że Wszechświat jest niezrozumiały. Problem zaczyna się wtedy, gdy zwykły brak wiedzy próbuje się pogodzić z opowieścią, która pochodzi z niedorzecznej i pełnej bestialskiej przemocy księgi. Bo mówimy o bogu, który rzekomo miałby być jedynym bytem zdolnym stworzyć Wszechświat, ze względu na jego niewyobrażalną złożoność. A jednocześnie jest to bóg, który żąda ofiar ze zwierząt, bo najwyraźniej brakuje technologii produkcji wegańskiego pasztetu. Wszechświat okazuje się osiągalny. Żarcie już nie.
Można w tym miejscu, z całym chłodem rozumu, przypisać biblijnemu bogu osobliwą konsekwencję. Konsekwencję, która wygląda jak fascynacja stopniowaniem emocji towarzyszących przemocy.
Bowiem pierwszy mord w świecie stworzonym przez boga nie został popełniony przez człowieka. Zrobił to sam bóg. Zabił zwierzęta, aby odziać ludzi w ich skóry.
Pierwsza krew w tym Wszechświecie nie była skutkiem ludzkiej przemocy. Była aktem boskiej interwencji. I od tego momentu wszystko układa się z niepokojącą logiką.
Najpierw zwierzęta. Następnie potop, potem rytualne zarzynanie zwierząt. Krew jako waluta wdzięczności. Potem gotowość Abrahama do zarżnięcia syna. Potem rzeczywiste zarżnięcie córki Jeftego po długiej, psychicznej torturze oczekiwania. Finalnie Jezus (niby jego własny syn, więc ktoś mu bliski), torturowany i zabity w centrum teologicznej scenografii.
To interesujące, że ktoś chce widzieć w tej historii „plan zbawienia”. Równie uprawniona jest obserwacja znacznie mniej metafizyczna: to jest opowieść o bogu, który nieustannie buduje dramaturgię wokół cierpienia, strachu i śmierci. I to takiego osobnika niektórzy upatrzyli sobie do czczenia – bo ich zdaniem ktoś musiał umieć stworzyć skomplikowany Wszechświat.
Jeżeli coś jest „zbyt skomplikowane”, by mogło powstać naturalnie, to tym bardziej pojawia się pytanie: jak coś tak niesamowicie złożonego mogło zostać opracowane i zaplanowane? Ponadto, jak byt opisany w kategoriach emocjonalnie reaktywnej, antropomorficznej postaci miałby być źródłem tej złożoności? Nie piszę tego, by atakować. Zauważam zwykły dysonans. Bo argument o złożoności ma brzmieć jak triumf rozumu. A kończy się wskazaniem na biblijną postać, która poznawczo jest absurdalna i idiotyczna. A poza tym, mogliby wierzący ogarnąć wreszcie pojęcie emergencji.
Ale wróćmy do tej naszej łódki, bo łatwo się zagubić w metafizyce, a tu przecież mamy czystą inżynierię projektu.
Pierwotny plan tego typa, konstruktora Wszechświata, istoty niewątpliwie najwyższej klasy intelektualnej, zapewne z kosmicznym dyplomem z fizyki, wygląda mniej więcej tak: Ludzie mnie denerwują. Kasujemy system.
Metoda? Woda. Globalne zalanie planety. Rozwiązanie efektowne, proste, wręcz brutalnie skuteczne. Logistycznie łatwe, wystarczy odkręcić kran.
Tu jednak pojawia się drobna komplikacja. Zwierzęta mają przetrwać. Wszystkie gatunki. Cała biosfera do zabezpieczenia.
I właśnie w tym momencie absolutna inteligencja wykonuje manewr, który zasługuje na osobny rozdział w historii zarządzania kryzysowego. Zamiast subtelnego rozwiązania selektywnego, zamiast eleganckiej biologii skierowanej wyłącznie w Homo sapiens, zamiast wirusa „COVID wersja testowa”, dostajemy operację transportową na skalę planetarną.
Jedna rodzina. Jedna łódka. Jedno zadanie: zebrać każdy gatunek zwierząt.
Noe, człowiek bez map świata, bez pojęcia o istnieniu kontynentów, o których dowiemy się tysiące lat później, najwyraźniej rusza w międzykontynentalną misję ratunkową.
W praktyce oznacza to coś niezwykle malowniczego. Noe przedzierający się latami przez Puszczę Amazońską, próbujący zapakować do hipotetycznych pojemników stworzenia, których istnienia nikt w jego świecie nawet nie podejrzewa.
Jadowite pająki. Jadowite węże. Cała menażeria biologicznego horroru.
Następnie powrót przez ocean Atlantycki, z bagażem, który nawet współczesnym liniom lotniczym dałby powód do nerwowego załamania. A wszystko to w ramach planu opracowanego przez architekta atomu, projektanta praw fizyki, autora chemii, biologii i struktury materii. Istotę zdolną stworzyć Wszechświat, ale najwyraźniej nieprzekonaną do idei rozwiązania problemu ludzkości przy pomocy czegoś mniej… hydrologicznego.
Łódka czeka. Żona czeka. Historia zbawienia biosfery stoi w miejscu. A Noe? Noe popierdala przez dżunglę, metodycznie kompletując kolekcję stworzeń, które współczesnej biologii wciąż sprawiają problemy klasyfikacyjne.
Człowiek bez lupy, bez laboratoriów, bez pojęcia o mikroświecie, najwyraźniej prowadzi boską inwentaryzację fauny. I robi to z godną podziwu konsekwencją.
Jeden samiec i jedna samica pająka. Jak facet ogarnął, które to które?
Dwie mrówki.
I tu robi się naprawdę ciekawie. Bo o ile koncepcja „pan mrówka, pani mrówka” brzmi uroczo, o tyle rzeczywistość biologiczna ma na ten temat znacznie mniej romantyczne zdanie.
Kolonia mrówek to nie para. To struktura społeczna. Królowa. Robotnice. Samce sezonowe. I teraz pojawia się pytanie logistyczne, którego trudno nie docenić. Jak Noe, specjalista od drewna i desek, ogarnął, że w przypadku mrówek nie wystarczy złapać przypadkowych dwóch osobników?
Noe zna świat prosty, przejrzysty, uporządkowany według zasad, które rozumie. Patriarchalna konstrukcja rzeczywistości.
Więc klęka przed mrowiskiem. I działając zgodnie z intuicją epoki, musi się upewnić, że bierze osobniki zdolne do rozmnażania. Naturalne pytanie brzmi więc: Przepraszam, kto jest panem, kto jego własnością do usługiwania i zaspokajania?
Na co rzeczywistość biologiczna odpowiada z lodowatym spokojem: U nas tak to nie działa. Bo w kolonii mrówek nie ma samczej władzy nad całością. Jest królowa. Jest system. Jest struktura, której Noe nie miał prawa rozumieć.
I tu robi się jeszcze lepiej. Noe, wychowany w świecie, w którym władza ma twarz brodatego mężczyzny, zakłada zapewne, że jeśli ktoś tu rządzi, to będzie to solidny, owadzi patriarcha. A tymczasem niespodzianka. Królowa. Wyobraźmy sobie tę korektę poznawczą.
– Który z panów tu dowodzi?”
– Żaden.
– Jak to żaden?
– Proszę pana, tu rządzi ona.
I w tym momencie człowiek z epoki brązu (miałby to być mniej więcej 2348 rok p.n.e.) musi dokonać mentalnej akrobatyki.
Zatem Noe, już ostrożniej, z nowo nabytą pokorą wobec owadziej hierarchii, formułuje pytanie w wersji poprawionej:
– Która z pań tu rządzi?
Po czym pakuje ją do słoiczka, którego jeszcze nie ma.
Absurd tej sceny ma w sobie coś niemal poetyckiego. Konstruktor Wszechświata, autor biologii, chemii i ewolucyjnych mechanizmów życia, projektuje system ratunkowy, w którym powodzenie misji zależy od kompetencji gościa z pustyni, mającego nieomal żadną wiedzę o świecie.
Noe idzie dalej. Latami. Bo inaczej się nie da. Nie da się wpaść do Amazonii na weekend, zgarnąć „po parze z każdego gatunku” i wrócić przed kolacją. I uwaga, nie zgubić się w Puszczy Amazońskiej bez nawigacji.
Więc Noe zbiera. Grzecznie odstawia te wszystkie owady do łódki. Systematycznie. Z cierpliwością urzędnika realizującego najbardziej absurdalny projekt logistyczny w dziejach planety.
Kolejny punkt wyprawy: Arktyka. Cel: niedźwiedź polarny.
Wyobraźmy sobie tę scenę z należytą powagą. Człowiek z Bliskiego Wschodu, bez map, bez pojęcia o istnieniu biegunów, dociera na skute lodem krańce planety, podchodzi do największego drapieżnika Arktyki i z czułością urzędnika realizującego boski plan klepie go w łeb.
– Dawaj stary na łódkę.
Niedźwiedź, jak przystało na stworzenie rozumiejące wagę metafizycznej logistyki, współpracuje.
Podobny standard obsługi dotyczy niedźwiedzia grizzly. Tu już nawet bez zmiany scenariusza. Noe, najwyraźniej niewzruszony faktem, że ma do czynienia z kilkusetkilogramową masą mięśni, pazurów i instynktu, przeprowadza identyczną procedurę negocjacyjną. I wszystko działa.
Para niedźwiedzi grizzly wsiada na pokład. Przepływają razem Ocean Atlantycki. Następnie, w ramach optymalizacji trasy, przemierzają Morze Śródziemne, bo to przecież logistycznie wygodniejsze niż marsz przez całą Afrykę.
Całość odbywa się w warunkach absolutnego zaufania do nawigacji. Noe nie zna geografii. Nie ma map. Nie ma kompasu. A bóg, konstruktor galaktyk, projektant stałych fundamentalnych i struktury czasoprzestrzeni, nie wdrożył jeszcze systemu GPS.
Wszechświat? Dopieszczony matematycznie. Planetarna misja ratunkowa? Nawigacja na poziomie: idź mniej więcej tam, a potem skręć w lewo przy oceanie.
Rozumiem też, że bóg, stwórca całej planety, dysponował odpowiednią ewidencją. Nie byle jaką listą. Pełnym katalogiem stworzenia. Najlepiej z ilustracjami. Bo na jakiej właściwie podstawie Noe miał stwierdzić, że oto ma przed sobą konkretny gatunek, a nie jeden z tysięcy niemal identycznych wariantów, które nawet współczesnej biologii potrafią skutecznie namieszać?
Gdzieś w tle tej historii musiał istnieć najbardziej imponujący dokument w dziejach rzeczywistości. Boska lista wszystkiego, co żyje. Encyklopedia wyszczególniająca:
około 6–7 tysięcy gatunków ssaków,
około 10–11 tysięcy gatunków ptaków,
ponad 1 milion opisanych gatunków owadów,
około 11–12 tysięcy gatunków gadów,
około 8–9 tysięcy gatunków płazów,
Poza tym pozostają jeszcze te drobne, niemal niezauważalne szczegóły logistyczne.
Czy Noe potrafił zapewnić odpowiednie warunki milionom organizmów, z których każdy wymaga ściśle określonej temperatury, wilgotności, pożywienia i środowiska?
Czy w Arce znalazło się miejsce na zwierzęta całego świata, ich zapasy żywności, wodę oraz drobiazgi natury czysto biologicznej: odchody, choroby, pasożyty, stres i nieco kłopotliwą tendencję drapieżników do postrzegania współpasażerów w kategoriach bufetu?
Czy dwa osobniki rzeczywiście wystarczyły, by odtworzyć pełną różnorodność genetyczną gatunków?
Czy po potopie wszystkie te stworzenia wróciły dokładnie tam, skąd przyszły? Z sukcesem?
Czy pająk, który żyje wyłącznie w Puszczy Amazońskiej, wyszedł z Arki i ruszył w heroiczną pielgrzymkę ku ojczyźnie? Czy następnie przepłynął Ocean Atlantycki na liściu? Zapewne w towarzystwie partnerki – szczęśliwie, nie spotkał go los DiCaprio z Titanica.
Czy wszystkie te stworzenia, które Noe mozolnie pozbierał po świecie, a których przecież nikt później nie „odstawił na miejsce”, dotarły do swoich środowisk jak gdyby nigdy nic?
Ale… zatrzymajmy się na moment. Bo przecież mówimy o planie typa, od całego Wszechświata.
I tu pojawia się osobliwy kontrast, którego trudno nie zauważyć. Z jednej strony mamy akt stworzenia rzeczywistości na skalę niewyobrażalną. Galaktyki, czas, energia, prawa fizyki. Konstrukcja tak potężna, że samo jej istnienie wprawia umysł w stan permanentnego zdumienia. A obok tego samego projektu pojawia się logistyczna operacja ratowania biosfery, której powodzenie zależy od tego, czy pająk z Amazonii szczęśliwie dopłynie na liściu do właściwego kontynentu. Czyli cały plan może wysypać się przez przypadek. Ale powstanie Wszechświata ma być już efektem jego celowego stworzenia.
Problem zaczyna się w miejscu, którego argument o kreacji z niezwykłą elegancją unika. „Przypadek” jest tu bowiem przedstawiany jak synonim chaosu. Jak losowość bez reguł. Jakby kosmologia musiała mówić o rzeczywistości powstałej z kaprysu jakiegoś boga. Tymczasem w języku nauki przypadek nie oznacza braku praw. Oznacza procesy opisane prawami. Wielki Wybuch nie jest opowieścią o kosmicznej eksplozji w sensie potocznym. Jest modelem ewolucji przestrzeni i energii. Matematycznym opisem zmian. Równaniami, które z zadziwiającą konsekwencją prowadzą od pierwotnej plazmy do atomów, gwiazd, chemii, biologii i w końcu mózgu zdolnego uznać własne pochodzenie za intelektualnie obraźliwe.
Paradoks jest niemal literacki. Złożoność ma dowodzić działania inteligencji. A znana nam inteligencja jest produktem złożoności. Nie poprzedza Wszechświata. Jest jednym z jego wytworów. A potem następuje najcichsze, a zarazem najważniejsze przesunięcie logiczne.
Skoro Wszechświat jest zbyt skomplikowany, aby powstać bez projektanta, to sam projektant musi być bytem niewyobrażalnie bardziej złożonym. Bardziej inteligentnym. Bardziej uporządkowanym.
I tu pytanie, które w cudowny sposób rzadko wybrzmiewa: Co wyjaśnia złożoność projektanta?
Jeżeli złożoność wymaga inteligencji, to inteligencja wymaga jeszcze większej złożoności.
Regres nie ma końca. Tajemnica nie znika. Zostaje jedynie przeniesiona na wyższy poziom metafizycznej abstrakcji.
Wszechświat rzeczywiście nie jest intuicyjny. Ale brak intuicyjności nie jest dowodem projektu.
Jest dowodem, że ludzki mózg, ukształtowany do radzenia sobie z lokalnym światem przetrwania, ma naturalną skłonność do uznawania skali, czasu i złożoności za coś podejrzanie „nielogicznego”, dopóki nie zostaną opakowane w znajomą narrację o sprawczej inteligencji.
Jednak wracając do nowego świata. Świeżo zresetowanego. Starannie przepłukanego globalnym potopem. I do Noego, który w tej opowieści odgrywa rolę biologa z drewnianą łódką i absolutnym zaufaniem do logiki projektu.
Nowy świat startuje więc w sposób niezwykle elegancki.
Ekosystemy unicestwione. Złożone sieci zależności biologicznych utopione. A następnie z pokładu schodzą pasażerowie. Dwa osobniki tu. Dwa osobniki tam. I wszystko działa. Drapieżniki, z godną podziwu odpowiedzialnością ekologiczną, odnajdują swoje właściwe środowiska. I wykazują się cierpliwością wręcz metafizyczną. Nie rzucają się na pierwszą lepszą zdobycz. Nie. Czekają uprzejmie z posiłkiem, aż populacje ofiar zdążą się rozmnożyć. Bo przecież elementarna logika sytuacji jest bezlitosna. Jeśli lwica, jeszcze na etapie popowodziowej rekonwalescencji planety, dopadnie antylopę zbyt wcześnie, cały ten misterny plan najwyższej istoty naszej imaginacji pierdolnie.
Nowy świat, odtworzony z dwóch egzemplarzy każdego gatunku, funkcjonuje więc najwyraźniej według zasad biologicznej solidarności.
Lew patrzy na antylopę. Antylopa patrzy na lwa. I oboje, w milczącym porozumieniu, uznają, że na dramaty pokarmowe przyjdzie jeszcze czas. A nad całością unosi się ten szczególny rodzaj narracyjnego spokoju, w którym miliony niewiarygodnych zdarzeń składają się w jedną, harmonijną całość. Nowy świat. Świat, w którym wszystko wraca na swoje miejsce, mimo że nikt nigdy tych miejsc nie oznaczył.
A obok tego stary świat.
Według mitu start Wszechświata to rok 4004 p.n.e. Jakoś w 2348 p.n.e. globalny reset hydrologiczny. Co swoją drogą prowadzi do zabawnego efektu ubocznego. Egipt, Chiny, Indie miałyby w tym modelu funkcjonować jak gdyby nigdy nic w trakcie potopu, bo ich ciągłość archeologiczna ma kompletnie gdzieś biblijną katastrofę klimatyczną. A mitologia ma jedną cudowną cechę. Chronologia w niej zawsze wygląda świetnie… dopóki nie zestawisz jej z geologią.
Aha, i uwaga. Ten, który stworzył ten zbyt skomplikowany Wszechświat, to ten sam, który wyrzucił ludzi za założenie majtek. Ten sam, który później powiedział pewnemu człowiekowi na pustyni, żeby zabił dla niego własnego syna, a gdy ten naprawdę wziął się do roboty, wyskoczył z nagłym: dobra, dobra, kurwa, żartuję.
Ten sam.
I ten sam, który aby przebaczyć ludziom, których sam wygnał z raju, nie zrobił tego w sposób prosty, zwyczajny, logiczny. Nie powiedział po prostu: wybaczam.
Nie.
Postanowił zapłodnić jedenastoletnią dziewczynkę gołębiem, żeby ta urodziła niby jego syna. Syna, którego następnie pozwoli zabić, aby przebaczyć ludziom. Tym samym ludziom, którym przecież tylko on może przebaczyć. I których wcześniej już raz utopił.
I nawet po tej śmierci nic nie zmienił. Ludzie nadal umierają. Biologia nadal działa. Świat pozostaje dokładnie taki, jaki był. Wybrany przez obrażonego akt przebłagalny został dokonany, a jednak kara pozostała w mocy. Cały czas mówimy o tej samej istocie. O delikwencie, który niby to stworzył atom. Projektancie DNA. Źródle moralności, przebaczenia, miłości i całej tej metafizycznej elegancji. I to ten sam, który dlatego, że dzieci zaśmiały się z łysiny jego proroka Elizeusza, postanowił zareagować z właściwą sobie, boską proporcją.
Tak, dzieci. Te istoty z definicji niesforne, impulsywne, głupkowate w sposób całkowicie naturalny dla swojego wieku. Zaśmiały się. Zakpiły. Bo prorok był łysy.
I oto absolutna inteligencja, byt nieskończony, źródło moralności, autor koncepcji przebaczenia i miłości, reaguje z adekwatnym majestatem. Tak się wkurwił, że rozszarpał te dzieci przy pomocy niedźwiedzi. Nie nagana. Nie cokolwiek przypominającego proporcję. Śmierć pod pazurami. Śmierć w zębach drapieżników. Bo przecież trudno o bardziej wyważoną karę za dziecięce żarty z łysiny.
I to jest właśnie ten typ, bez którego, jak niektórzy nam wmawiają, Wszechświat nie mógłby powstać, bo jest zbyt skomplikowany, by zaistnieć bez absolutnej inteligencji.
Czy jest na sali lekarz od głowy?
No ale dobrze. Kończę już ten kpiarski ton. Nie obiecuję, że na długo, gdyż bawię się świetnie. Wracamy więc do końca potopu. Bowiem po czterdziestu dniach deszczu i miesiącach taplania się w morzu pełnym trupów – nastał spokój. I co zrobił ten jedyny godny ocalenia człowiek, kiedy w końcu stanął na suchym lądzie? Czy wzruszył się? Czy poszedł oglądać tę czystą, nową Ziemię? Nie. Pierwsze, co zrobił, to wyrżnął zwierzęta na ofiarę. Bo wiedział, co bóg lubi najbardziej. I bogu się to spodobało. Zawisł nad dymem. Powąchał. I poczuł „miłą woń.”
Bóg był szczęśliwy. Znalazł swojego nowego rzeźnika. Więc zawarł z nim przymierze.
I tak to się kręci do dziś. Nie ma się co dziwić. Wszak bogowie lubią grilla i piwko. Prawda, że lubicie? „Nie będziesz się ociągał z ofiarą z obfitości zbiorów i soku wyciskanego w tłoczni.” Księga Wyjścia 22,28.
Zatem ludzkość mogła zacząć od nowa. Nie żeby zaczęła inaczej. Nie, nie. Zaczęła dokładnie tak samo. Z zabijaniem. I pierdoleniem się jak króliki, znowu w konfiguracji brat z siostrą, matka z synem, ojciec z córką, zięć z teściową, teść z… – kurwa, nie mam na to czasu.
I bóg znowu miał na co patrzeć. A jak historia potoczyła się dalej? No cóż. Omówmy chronologicznie.
Ludzkość się rozmnożyła. Wyodrębniły się plemiona – zaczęło się budowanie płotów, awantury o oazy, sady. Porywanie samic. A jak małpa obciążona genetycznie agresją sobie z tym radziła? Tak, jak umiała: agresją. Zatem zaczęły się wojny, zaczęły się rzezie.
Jednocześnie bóg wciąż potrzebował rzeźników. Dlatego wybrał sobie naród i obiecał mu ziemię – ale, jak to w boskich planach bywa, ta ziemia była już zajęta. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież historia pełna jest podbojów, ale tu nie chodziło o podbój. Celem była egzekucja. To nie miał być zwykły konflikt, to miała być boska czystka.
Czy to brzmi jak plany istoty miłosiernej? Nie, to jest faszyzm. Najstarszy, najbardziej pierwotny faszyzm – święta wojna, eksterminacja na boski rozkaz, rzeź w imię idei.
Więc bóg znalazł sobie jedną grupę. Jedno plemię, które wybrał i powiedział: „Wszystkich mężczyzn wytniesz ostrzem miecza. Tylko kobiety, dzieci, trzody i wszystko, co jest w mieście, cały łup zabierzesz i będziesz korzystał z łupu twoich wrogów, których ci dał Pan, Bóg twój. Tak postąpisz ze wszystkimi miastami daleko od ciebie położonymi, niebędącymi własnością pobliskich narodów. Tylko w miastach należących do narodów, które ci daje Pan, twój Bóg, jako dziedzictwo, niczego nie zostawisz przy życiu.” Księga Powtórzonego Prawa 20,13-16.
Bóg nie lubił, gdy ludzie się zbyt dobrze bawili.Więc zaczął ich karać za byle co.
Nie słuchasz mnie? Plaga.
Modlisz się do innego? Susza.
Złamałeś moje zasady? Zaraza.
A jak to nie pomagało, to zawsze można było opornych oddać w niewolę.
Bo co robi dobry bóg, gdy jego ukochani ludzie zaczynają myśleć samodzielnie? Oddaje ich na 400 lat w ręce Egipcjan. A później daje pierwszego religijnego oprawcę, który ma ich stamtąd wyprowadzić: Mojżesza. Który niby i wyprowadził, chociaż dopiero po tym, jak bóg zniszczył Egipt, wybił zwierzęta i pierworodne dzieci.
Następnie pogadał z tym Mojżeszem bez świadków i dał mu tabliczki z regulaminem. Między innymi: „Nie zabijaj.”
Brzmi pięknie. Problem w tym, że zaraz potem bóg nakazał mu wyrżnąć trzy tysiące ludzi, którzy czas czekania na herszta skracali sobie tańcami przy złotym posągu byka.
Poważnie.
Bóg szybko zorientował się, że nie przemyślał sprawy. Dodał więc gwiazdkę przy „Nie zabijaj”. A gwiazdka miała odnośniki do 30 punktów, w których tłumaczył, kiedy i za co zabijać.
To właśnie bóg jako pierwszy wymyślił drobny druk w umowach, którego oczywiście nikt nie czyta. Prawda? Znasz to górnolotne pierdolenie „Nie zabijaj”. Każdy zna. A znasz 30 punktów, w których każe zabijać? Nie znasz. Ale spokojnie. Później to wyłożę.
Czytaj umowy! Zwłaszcza z bogiem.
Lata mijały, prorocy przychodzili i odchodzili, a potem pojawili się królowie. I tu zaczęła się prawdziwa zabawa.
Król Saul był pierwszy, ale nie mordował wystarczająco dobrze, więc bóg go skreślił.
Nastał Dawid. Dawid nie tylko mordował, ale też podkradał cudze żony i wysyłał mężów na pewną śmierć. Bogu to pasowało. Bo Dawid umiał robić jedno – składać mu ofiary. Więc go namaścił.
I potem przyszli kolejni królowie. Posłuszni bogu rządzili długo, każdy następny był bardziej żądny krwi. Inni się odwracali od boskich zasad i szybko ginęli. I tak się toczyło. Prorok. Król. Wojna. Powtórz.
A potem pojawiła się nowa idea. Mesjasz.
Bóg spojrzał na świat i chyba stwierdził: Dobra, spróbujmy inaczej. I postanowił wysłać niby swojego syna, i w tym celu zmolestował młodziutką nastolatkę.
Czy syn miał naprawić świat? Powstrzymać wojny? Nie. Jego głównym zadaniem było dać się zabić. Bo tak chciał bóg. I dokładnie tak się stało.
Ludzie zrobili to, co robili zawsze – zabili kolejnego. A bóg spojrzał i powiedział: Dobrze. Czas na kolejne przymierze. Numer z odkupicielem.
Tyle że… no cóż. Ludzie się nie zmienili.
Ludzie dostali nową religię, ale wciąż byli tymi samymi agresywnymi małpami. I co zrobili? Założyli instytucję, która miała sprawować władzę nad całym światem. I zaczęła się nowa era: Krucjaty. Inkwizycja. Konkwista. Polowania na czarownice. Wypełniająca wolę zapisaną drobnym drukiem. Zabijali, palili, podbijali i wciąż mówili, że robią to w imię boga.
Poważnie, czytaj umowy!
Ludzie trochę się zmodernizowali, wymyślili technologię – również tę do zadawania jak największego bólu. To był jedyny wkład technologiczny Kościoła katolickiego w narzędzia. Narzędzia tortur.
Później przestali hurtowo (a nie w ogóle) męczyć heretyków, bluźnierców, pogan, grzeszników. Oraz palić czarownice, ale zamiast tego zaczęli mordować na masową skalę w bardziej systemowy sposób.
Kolonializm. Rzeź rdzennej ludności. Obozy zagłady. Ludobójstwa.
Każdy nowy etap historii to kolejne rozdziały tego samego spektaklu. Jedyne, co się zmieniało, to efektywność zabijania. Ludzie stali się lepsi w tym, do czego przysposobił ich bóg. Mnożą się i czynią sobie Ziemię poddaną. A bóg?
Patrzy.
Bo widzisz, największą obawą wierzących nie jest to, że ich bóg się myli. Największą obawą jest to, że ktoś odważy się to powiedzieć. Bo bóg nie pozwala na krytykę.
„Ktokolwiek bluźni imieniu Pana, będzie ukarany śmiercią. Cała społeczność ukamienuje go.” Księga Kapłańska 24,16.
Czy rozumiesz wagę tych słów? Za słowa – śmierć. Za słowa. To nie jest miłosierdzie, to mafijny kodeks. To zasada, która stworzyła największą organizację przestępczą w historii ludzkości – Kościół katolicki.
A później mędrcy – chociaż trzeba pisać „mędrcy” tego kościoła produkowali nawet takie kwiatki: „Istnieje prześladowanie niesprawiedliwe, którego dopuszczają się bezbożni wobec Kościoła Chrystusowego. Istnieje prześladowanie sprawiedliwe, to, którego dokonuje Kościół Chrystusowy wobec bezbożnych. Kościół prześladuje z miłości, a bezbożni z okrucieństwa”. Augustyn z Hippony, święty Kościoła katolickiego.
Takie bzdury powstają tylko w religijnym umyśle.
Jeśli wierzysz kościołowi, jeśli naprawdę traktujesz Biblię jako słowa boga, to masz tylko dwie opcje:
Albo zamykasz oczy i robisz dobrą minę do złej gry – bo przecież „słowo boże” to przenośnia, bo przecież „to było dawno”, bo przecież „Bóg się zmienił”. Albo traktujesz Biblię poważnie. I zabijasz za wiarę.
I to drugie podejście ukształtowało świat.
To właśnie dlatego Kościół katolicki dokonał największej zagłady w historii ludzkości. To dlatego krzyżowcy mieli prawo mordować całe miasta w imię boga. To dlatego papieże błogosławili każdą rzeź, każdą wojnę, każde pieprzone polowanie na czarownice. To dlatego chrześcijaństwo nawracało siłą, ogniem i mieczem, przemocą i gwałtem. Bo w tej religii nigdy nie chodziło o miłość. Chodziło o dominację. Chodziło o strach. Chodziło o przemoc.
Wiesz jakie są najwcześniejsze, którymi bóg obdarzył świat? „Poddaństwo” i „panowanie.” Poważnie, jest to w pierwszym rozdziale pierwszej księgi Biblii.
Mówiłem już: CZYTAJ DROBNY DRUK W UMOWACH!
I co najgorsze – ideologia „poddaństwa” i „panowania” się nie skończyła. Wciąż są ludzie, którzy wierzą, że świat został stworzony w sześć dni, że ich bóg jest jedynym słusznym, że kto nie wierzy, ten wróg. I dopóki ten bóg istnieje w ludzkich umysłach, dopóki jego kapłani będą go czcić, dopóki przypisywane mu słowa będą traktowane jako natchnione i prawdziwe, to przemoc się nie skończy.
Bo kto myśli, że jego bóg jest najwyższy, ten prędzej czy później dojdzie do wniosku, że reszta świata musi się podporządkować. A jeśli się nie podporządkuje – trzeba go spalić.
Teraz zatrzymaj się na chwilę. Co, jeśli… boga wcale nie ma? Co, jeśli to wszystko wymysł człowieka? Co, jeśli to nie bóg stworzył przemoc – tylko ludzie, którzy wymyślili boga?
Pomyśl.
Ateizm nie ma świętych ksiąg, które nakazują mord. Nie ma urojonych sadystów z boską legitymacją do rzezi. Nie ma papieży i księży, którzy stworzyli największą machinę śmierci w historii.
I teraz powiedz mi – kto tu naprawdę jest niebezpieczny?
Rozumiem, że nie przekonałem, a to miał być spektakl. W końcu leżakujesz na Księżycu z browarem, czekając na trochę historii, a nie demagogii.
Nie było zbrodni, której Kościół katolicki nie nazwał cnotą. Nie było rzezi, której nie pobłogosławił. Nie było tyrana, którego nie namaścił. Ale w XII wieku Kościół katolicki chciał czegoś więcej. Nie wystarczało torturowanie „heretyków”. Kościół zapragnął czystej, świętej wojny. I tak narodziły się krucjaty. Oficjalnie? Obrona Ziemi Świętej. W rzeczywistości? Masakra podszyta rabunkiem. Podobnie jak inkwizycja, która przejmowała wszelkie majątki.
Papież Urban II był sprytnym skurwielem. Wiedział, że kościół potrzebuje nowej krwi. Zwołał więc ludzi i powiedział: „Bóg tego chce.”
Te słowa otworzyły drogę szaleństwu i przemocy w czystej postaci. To jak uwolnienie najbardziej agresywnej w dziejach tej planety małpy: religijnej.
Dziesiątki tysięcy ludzi nagle miały oficjalne pozwolenie na zabijanie. I nie byle kogo. Niewiernych. Muzułmanów, żydów, prawosławnych chrześcijan, katarów, heretyków – każdego, kto nie klękał przed Rzymem.
Mieli jedno zadanie: zdobyć Jerozolimę. I zdobyli. A kiedy krzyżowcy wkroczyli do Jerozolimy, mieli tylko jeden rozkaz. Nie zostawić nikogo przy życiu. Nie chodziło o zwycięstwo. Chodziło o rzeź.
Kiedy żołnierze kościoła ruszyli na ulice, nie robili wyjątków. Zamienili miasto w rzekę krwi.
„W meczecie Al–Aksa po kostki brodziliśmy we krwi niewiernych.” Tak napisał jeden z kronikarzy krucjat. Nie przesadzał.
Krzyżowcy wymordowali całe miasto. Płacz, błagania, krzyki – wszystko na nic. Ludzie zamykali się w budynkach. Podpalano ich żywcem. Kobiety zgromadziły się w domach. Gwałcono i mordowano je na oczach dzieci. Dzieci? Obcinano im głowy. Krzyżowcy maszerowali przez miasto, śpiewając hymny i dziękując Jezusowi.
Krucjaty były wymierzone w muzułmanów, ale kościół nie lubił marnować okazji. Skoro już miał armię boskich rzeźników, to czemu nie wysłać ich również przeciw żydom i innym chrześcijanom?
W 1204 roku krzyżowcy zdobyli Konstantynopol. Nie był to muzułmański bastion. Było to chrześcijańskie miasto. Ale nie uznawało papieża. Więc kościół dał pozwolenie na mord. I chrześcijanie wymordowali chrześcijan. Dzień i noc Konstantynopol tonął we krwi. Zgwałcono zakonnice w klasztorach. Zbezczeszczono relikwie. Zrabowano wszystko, co było cenne. A na końcu… podziękowano bogu za „święte zwycięstwo.”
Kościół katolicki nie znał żadnych granic. Nawet jeśli chodziło o dzieci.
W XIII wieku jeden z hierarchów kościelnych wpadł na pomysł, że skoro dorosłym nie idzie, to może dzieci odbiją Ziemię Świętą. Wysłano więc je. Dziesiątki, choć niektórzy badacze twierdzą, że setki tysięcy. Bez broni, bez jedzenia, bez opieki. Miały tylko swoją wiarę.
I wiesz, jak to się skończyło? Sprzedano je w niewolę. Dzieci zostały połapane przez handlarzy i sprzedane na targach w Afryce. Zginęły w kopalniach, w domach bogaczy, w burdelach.
Krucjaty nigdy się nie skończyły.
Oficjalnie trwały trzy wieki. Ale nigdy tak naprawdę się nie skończyły. Bo kościół nadal błogosławił wojny. Nadal dawał królom prawo do zabijania. Nadal namaszczał tyranów i błogosławił ich miecze.
Każdy, kto się sprzeciwiał – ginął. Pod hasłem „Bóg tego chce.” Pod krzyżem. Pod mieczem. Pod ogniem stosów.
Ile ofiar?
Nie wiadomo. Dwa miliony? Dziesięć milionów? Więcej? Nie da się zliczyć, bo kościół nigdy nie liczył ofiar. Liczono tylko zwycięstwa. Liczono tylko zrabowane bogactwa, zdobyte ziemie, przejęte pałace.
Dla kościoła to nie była tragedia. To była chwała.
I dopóki ludzie będą wierzyć w świętą wojnę… dopóki będą czytać te same księgi, które sankcjonują mordy… dopóki będą czcić ten sam krzyż, pod którym ginęły miliony… to wszystko będzie trwało.
Kościół zawsze wspierał dyktatury. Przyjaźnił się z silnymi. Od początku, gdy szerzył swą ideę zbrojnym cesarstwem niemieckim. Polaków też wysyłał na krucjaty, przeciw bratnim Słowianom. A później zagnieździł się w Polsce jak pasożyt i rozbrajał ją rękami swoich sprzymierzeńców. Do każdego rozbioru Polski przyczynił się Kościół katolicki.
Nie pytaj o miłosierdzie. Nie pytaj o sprawiedliwość, dobroć czy wybaczenie. To nie są wartości Kościoła katolickiego.
Kościół nigdy nie zbawiał. Kościół oskarżał, torturował, sądził i zabijał. I robił to z zimną premedytacją. Metodycznie. Systemowo. Z boskim błogosławieństwem. Taka była Święta Inkwizycja. Największa maszyna terroru i sadyzmu w historii.
Kościół uwielbiał sądzić. Ale sądzić kogo? Wszystkich. Każdy mógł stać się ofiarą. Każdy mógł zostać oskarżony. Jeden szept, jedno pomówienie, jedna źle wypowiedziana fraza – i byłeś skończony.
Nikt nie był bezpieczny. Wystarczyło, że sąsiad cię nie lubił. Że miałeś inny kolor oczu. Że nie chodziłeś wystarczająco często do kościoła. Że nie skłoniłeś się nisko przed kapłanem. Że miałeś pieprzyk na skórze. Trafiałeś na listę. A potem… przychodzili po ciebie. I ćwiartowali cię na kawałki z pierdoleniem o miłosierdziu.
Ogień był najlepszym narzędziem. Nie zostawiał ciał, nie zostawiał śladów. Palono ludzi żywcem na stosach, ich krzyk wznosił się do nieba jako chwała dla boga. Płonęły kobiety, mężczyźni, dzieci. Nie miało znaczenia, czy byli winni. I czego, kurwa, winni? Obrażenia ciastka? Nieuznania autorytetu Jezusa? Nieobciągania kapłanowi?
Kościół nie pytał o winę. Kościół pytał: Czy ich krzyk brzmi dostatecznie błagalnie?
Jeśli nie palono cię od razu, miałeś jeszcze szansę na doświadczenie innego„miłosierdzia” kościoła. Metalowe śruby, drewniane kołki, żelazne szczypce. Zaczynano od palców, potem nadgarstki, łokcie, kolana, kręgosłup. Łamano tak długo, aż człowiek nie mógł się już nawet ruszać.
I wtedy pytano: „Przyznasz się teraz?”Ty się przyznajesz do czegokolwiek, bo chcesz już po prostu, aby cię dobili ci miłosierni oprawcy.
A gdy byłeś na tyle hardy, że nie chciałeś się przyznać, wprowadzano cię do sali ze specjalnymi hakami. Rozdzierano cię powoli. Najpierw skóra. Potem ścięgna. Potem mięśnie. Kościół patrzył. Czekał, aż zapłaczesz. Aż poprosisz jednak o śmierć. Bo w tym wszystkim nie chodziło o sprawiedliwość. Chodziło o cierpienie.
„Lepiej, żeby umarł niewinny, niż żeby uciekł winny” – tak brzmiała zasada.To znaczyło: jeśli ktoś jest podejrzany, nie ma sensu go uniewinniać. Lepiej spalić go żywcem.Bo jeśli nawet był niewinny, to i tak jego dusza pójdzie do boga. A kościół nie mógł ryzykować przeoczenia choćby jednego heretyka.
Tak właśnie Kościół katolicki zamienił Europę w otwartą rzeźnię. Miliony ludzi spalonych, rozszarpanych, zmasakrowanych w imię boga. W imię „miłosierdzia”.
Kobiety były przegrane.
Jeśli urodziłaś się kobietą, byłaś potencjalnie winna już na starcie. Dlaczego? Bo kobieta kusi. Bo kobieta jest grzechem. Bo kobieta jest sługą diabła.
Jeśli miałaś rude włosy – diabeł cię dotknął.
Jeśli znałaś się na ziołach lub miałaś kota – jesteś czarownicą.
