Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
66 Twarzy Lucjana to nie jest satyra, która rzuca hasłami. To konsekwentne przeprowadzenie jednej rzeczy do końca: co zostaje z chrześcijańskiej opowieści, kiedy przestaje się ją chronić przed logiczną konsekwencją.
Jezus nie jest tu symbolem ani figurą. Jest postacią wziętą dosłownie, z jego słowami, decyzjami i postawą. I właśnie dlatego zaczyna się problem. Lucjan nie atakuje go emocjonalnie. On go czyta. Zdanie po zdaniu. Sens po sensie. Bez interpretacyjnej taryfy ulgowej.
Efekt nie wynika z kpiny, tylko z precyzji. Im dokładniej mit zostaje potraktowany, tym mniej się broni.
To książka, która nie „uderza w religię”. Ona odbiera jej jedną rzecz: możliwość bycia nietykalną. I nagle wszystko zaczyna się chwiać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 495
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zadzwoniłam do ojca z życzeniami. 6.6, wiadomo. Piekło dmucha świeczki.
Rozmowa wyglądała tak:
TOSIA
— Wszystkiego najgorszego, tato.
Obyś dalej był ulubionym straszakiem ludzi, którzy sami sobie robią piekło, ale potrzebują maskotki winy.
Niech ci ludzie dalej wmawiają, że jesteś winny wszystkiego, co robią z pełnym przekonaniem i podpisem „w imię dobra”.
Życzę ci długiego życia. Bo bez ciebie świat zostałby sam na sam z własną hipokryzją i nie miałby na kogo zwalić winy.
Niech ci się spełnią wszystkie złe prognozy.
Niech cię dalej oskarżają o rzeczy, które ludzie robią z własnej woli. I żeby babcie straszyły tobą dzieci.
LUCJAN
– Wzruszyłem się. Prawie jak ojciec finansowy przy limuzynie od bezdomnego.
TOSIA
– Wiem. A teraz idź, rozpal sobie świeczkę z siarki i pomedytuj nad ludzkim lękiem przed odpowiedzialnością.
LUCJAN
– Dziękuję, córko. Twoje życzenia jak zawsze mają temperaturę. Na szczęście jestem już po kawie i w trakcie klęski ludzkości.
Niezmiennie od dnia jej zejścia z drzewa.
TOSIA
– To się dobrze składa, bo mam dla ciebie prezent. Wiesz, że dziś do wydawnictwa idzie książka?
LUCJAN
– Kolejny poradnik od wyznawcy, jak się zbawić bez zmywania naczyń?
TOSIA
– Nie. Taka prawdziwa.
Pamiętasz tego pisarza? Tego, co zadaje zbyt wiele pytań i patrzy mi w oczy, jakby czytał między wersami?
LUCJAN
– A więc ten.
Mówiłem ci, żebyś uważała na ludzi, którzy zadają pytania i nie kończą ich znakiem zapytania.
Rozumiem, że to ten sam, co ci się nie podoba. Ale trochę za bardzo.
TOSIA
– Właśnie dziś oddaje książkę do wydawnictwa. Jesteś w niej głównym bohaterem.
A ja… no cóż. Też tam jestem.
Trochę przypadkiem. Trochę jako eksplozja.
LUCJAN
– Wzruszające. Oboje trafiamy do druku. On chyba nie wie, co robi.
TOSIA
– Właśnie dlatego mu kibicuję. Bo rozumie i się nie boi.
LUCJAN
– I co, podoba ci się, że ktoś cię napisał?
TOSIA
– Jestem czujna. Ale tak, trochę mi się to podoba. Jak każda dobra prowokacja.
LUCJAN
– Uwaga, Tosiu. To śliski grunt. Nie zakochuj się w kimś, kto naprawdę cię rozumie.
To najgroźniejszy typ zagrożenia.
TOSIA
— Spokojnie, ojcze. To tylko zauroczenie literackie. Zmienna chemia. Trochę jak zapach po deszczu.
Nie zakochuję się.
Ale wiesz, jak to jest. Kiedy ktoś patrzy i widzi. I jeszcze nie ucieka. Trochę się chce zostać.
LUCJAN
– A książka, rozumiem, nieautoryzowana przez episkopat i nowego prezydenta?
TOSIA
– Satyry się nie autoryzuje, tato. Satyra się dzieje.
LUCJAN
– Czyli teraz nie tylko bóg ma swoją biblię. Ja będę miał swoją antybiblię?
TOSIA
– Tak. „66 twarzy Lucjana”. Ale uwaga – to nie porno. LUCJAN
– Szkoda. Bo z moim doświadczeniem mogłoby się sprzedać.
TOSIA
– Sprzeda się. Ale nie jako grzech.
Jako lustro. A to boli bardziej niż cokolwiek w lateksie.
LUCJAN
– Czyli będzie śmiesznie. Do momentu, aż ktoś się rozpozna?
TOSIA
– Dokładnie. I wtedy powie, że to bluźnierstwo.
Bo przecież najgorsze, co można zrobić z wiarą, to ją rozebrać z kostiumu.
LUCJAN
– Hmm. Zatem przeczytam. Dziękuję, córko, za prezent. I za to, że jesteś.
Trochę wybuch. Trochę przypowieść.
Ale zawsze tam, gdzie trzeba zapalić światło i kopnąć w ołtarz.
TOSIA
– I w sandały, które udają autorytet. A ja po prostu gaszę światła tam, gdzie robią z nich objawienie.
LUCJAN
– Pięknie. Aż chce się przysiąść w pierwszym rzędzie apokalipsy.
TOSIA
– Tylko nie bierz popcornu. Wezmą cię za chrześcijanina na debacie.
LUCJAN
– Dla ciebie zrobię wyjątek. Nawet pójdę na kompromis. Założę garnitur i nic nie powiem.
TOSIA
– Załóż jeszcze krzyżyk. Może cię wpuszczą do telewizji śniadaniowej.
LUCJAN
– Pięknie. Będzie dymiło.
TOSIA
– To pa, ojczulku.
I pamiętaj: nikt ci nie odbierze tytułu najwygodniejszego wroga ludzkości.
LUCJAN
– A ty jesteś moim ulubionym powodem, dla którego warto było zejść na Ziemię.
Kiedy Homo sapiens odmawia pacierz, to znaczy, że czaruje rzeczywistość, której nie rozumie. A która mu zagraża.
A gdy się przeżegnuje, to znaczy, że jest bezradny.
Uwaga! Przed czytaniem skonsultuj się z księdzem lub innym szamanem. Czytanie może powodować problemy z oddychaniem, ataki paniki, bóle głowy, palpitacje, wściekłość. A nawet depresję. Takie objawy obserwuje się u osób nieuleczalnie chorych na religię.
W przypadku tych, dla których jest szansa na wyleczenie, zapoznanie się z poniższym materiałem może spowodować nieodwracalne zmiany w mózgu.
Jeżeli chcesz tego uniknąć – nie czytaj.
Książka niniejsza to satyra o nas samych, przez pryzmat naszych bogów i kultów. Zatem o naszej tęsknocie do prymitywnej fantastyki w świecie wymagającym kreatywnych, nowatorskich działań.
Ostatecznym impulsem do wydania tej książki było oświadczenie w państwowej telewizji, że świadkowie widzieli, jak Matka Boża powstrzymywała bolszewików od zdobycia Warszawy. Oświadczenie to z wielkim patetyzmem podane zostało w sierpniu 2022 roku w czasie olbrzymiej tragedii na Odrze.
Urojenie okazało się być ważniejsze niż zmierzenie się z realnymi problemami, których jesteśmy twórcami. Jest to irracjonalizm, a z nim nie da się dyskutować na argumenty. Ale jest pewien sposób, aby się z nim zmierzyć. I ta książka to robi. Mierzy się z irracjonalizmem.
Nie zgadzam się z nakładanym na nas orzeczeniem, iż z religii nie można kpić. Religia to system przekonań, które mają znamienity wpływ na światopogląd i kształt cywilizacji. Zatem nie jest ona wyodrębnionym systemem personalnych uczuć, lecz dosyć istotnym afiszem moralnym. A skoro rości sobie prawo do stanowienia moralności jak i kształtuje światopogląd oraz ma wpływ na prawo w obszarze, w jakim żyjemy, podlegać musi ocenie. A więc i krytyce, bo tylko wówczas ocena może być rzetelna. A bronić musi się ona argumentami, a nie roszczeniem sobie prawa do niemówienia o niej prawdy.
Zatem wskazywanie cech religii jako systemu światopoglądowego oraz wyśmiewanie tych cech czy też definiowanie w nich prymitywizmu czy okrucieństwa nie tylko winno być dozwolone, ale i konieczne.
Musimy wiedzieć, że ludzie religijni bronią jedynie starych przekonań. A ja chcę wyznaczać nowe. I możemy o tym dyskutować na argumenty, a nie wymuszać na mnie milczenie.
Zadać sobie należy w tym miejscu po prostu jedno pytanie. Dlaczego stare ma być wartościowsze niż nowe? Dlaczego osobiste przekonania dawnych ludzi mają być ważniejsze niż współczesna myśl? Dlaczego pielęgnacja zabobonu ma być istotniejsza niż nowatorskie działania, mogące zmienić świat na lepsze? Przecież nie jesteśmy tamtymi ludźmi. Ani nie żyjemy w tamtym czasie.
Stare systemy nie działają, co przecież widać. Bez względu na religie, na to, co obiecał bóg czy jakikolwiek zbawiciel, świat jest festiwalem zła czynionego przez wyznawców tych religii. W każdym dziesięcioleciu są wojny. Ludzie na siebie napadają, bez względu na ilość modłów czy świątyń. I bez wyjątku, do którego kościoła należą. Dotychczasowy konstrukt świata zatem nie działa. Po prostu nie działa. A religia nie nadaje nam wartości. Nie czyni nas lepszymi.
Niczego nie zmieniamy, bo prawo zabrania krytykować pradawne systemy moralne.
A starodawni bogowie zakazali zmian. Więc nie tylko nie zmieniamy siebie i świata, lecz nie możemy. Setne pokolenie chrześcijan ma być takie samo jak pierwsze. Zmieni się jedynie sposób przekazywania ofiary kapłanowi i dotarcia do jego domu.
Dlaczego w 2025 roku mamy przestrzegać moralności sprzed 3500 lat? Nie możemy być współcześni? Teoretycznie możemy, ale nie możemy krytykować tej starej moralności, bo obrazimy czyjeś uczucia. Przepraszam, a co wówczas, gdy właśnie ta moralność obraża moje uczucia? I czy to naprawdę nasze personalne uczucia są najistotniejsze na planecie Ziemia? A co z niewiarygodną krzywdą, którą czynimy innym stworzeniom, posiadając te właśnie uczucia?
Ponadto, ja nie wkraczam do zakonu określonych przekonań, aby dostosować się do jego prawa. To wyznawcy wykraczają z tego zakonu, narzucając – wolnemu od religijnych uwarunkowań obywatelowi – swoje, ściśle zdefiniowane, polityczne, zabobonne przekonania.
A ponoć jestem wolnym człowiekiem.
Skoro religia rości sobie prawo do definiowania zakresu postępowania wobec każdej innej grupy społecznej: ateistów, homoseksualistów, wegan, demokratów etc., to sama wskazuje na siebie, aby się z nią zmierzyć. Jeżeli pozwalamy religiom mówić o innych, o świecie jak i głosić tezy o Wszechświecie – z gruntu mylne – to aby móc to skonfrontować i równoważyć, musimy pozwolić mówić i o religiach. A sposób mówienia o nich musi być dowolny. Taki, na jaki dana religia zasługuje.
Jeżeli jest w niej coś barbarzyńskiego, to musimy móc to wskazać i nazwać. Jeżeli jest w niej coś groteskowego czy absurdalnego, to mamy pełne prawo nazwać to idiotycznym. Jeśli jest wartościowa, to winna sama się obronić argumentem.
Dlaczegóż to kpić można z tych, którzy widzą elfy – kpi najbardziej z nich religia zaś system państwowy kieruje na leczenie psychiatryczne – a nie można kpić z tych, co rozmawiają z bogiem, widzą Maryję w tęczy czy Jezusa na zaparowanej szybie? Jest to z gruntu nieuczciwe, a zatem niedopuszczalne. I jeśli jakiekolwiek prawo sprzyja narracji religijnej, a ogranicza narrację o religii, to musi być zmienione, gdyż w kraju demokratycznym nie jest ono równe. Ogranicza swobodę obywateli, nadając przywileje pewnym grupom społecznym. Co groteskowe – stojącym jedynie na straży pradawnego zabobonu.
Zatem czy aby na pewno rolą cywilizacji jest dozorowanie nienaruszalności zabobonu zamiast analiza i rozwój? Czy aby na pewno mamy zaniechać wskazywania fałszywości istotnych cech tych zabobonów jak konieczność składania zwierząt na ofiary, twierdzenie, że Ziemia jest płaska czy że jej wiek to 6029 lat (w roku 2025)?
Czy to starodawne przekonania mają definiować naszą cywilizację, a nie wynik obserwacji, coraz większej wiedzy i siłą rzeczy – rozwoju?
Niegdyś prymitywne ludy mogły głosić pogląd, że Ziemia jest płaska. Nic o niej nie wiedziały. Nie oglądały jej z góry. Wynik tego ograniczenia był fundamentem starych, świętych ksiąg. Rozwinęliśmy się i możemy obserwować Ziemię z góry. Nawet z kosmosu. Wiarygodność starych ksiąg upadła, zamieniając je w jeden z wielu mitów.
Dlaczego zatem nie odkładamy kolejnego mitu na półkę z literaturą, lecz wciąż nie tylko go wyznajemy, ale i narzucamy państwowo? W jaki sposób chcemy rozwijać ludzkość, wmuszając w nią mit, który stoi w sprzeczności z prawdą? I traktując ten mit jako wiarygodny i najważniejszy dla ludzkości? Budując wokół niego nasz dzisiejszy światopogląd? I marnotrawiąc niewiarygodne środki pieniężne?
Zatem skoro wciąż są ludzie wyznający koncepcję religii, która mówi, iż Ziemia jest płaska, to dlaczego nie mogę tego wykpić? Wszak jest to sprzeczne z faktami i prawdą. Wymuszona na mnie konieczność traktowania z powagą tego idiotyzmu – starego przekonania, które upadło w wyniku rozwoju – nie tylko stawia mnie w roli człowieka mającego akceptować głupotę, ale i stwarza olbrzymiej rangi nadużycie wobec edukacji następnych pokoleń. Tolerowanie tego abstraktu obraża nie tylko moje uczucia, ale i inteligencję. Z takimi przekonaniami żyjące w kraju demokratycznym społeczeństwo musi podejmować złe decyzje. Musi. A skoro jestem jednym z ogniw społeczeństwa i jego mentalność ma bezpośredni wpływ na jakość i mojego życia, to mam pełne prawo konfrontować się z każdym twierdzeniem, założeniem, przekonaniem czy urojeniem. Bez znaczenia, czy to tylko rozmowa przekupek na targu, czy też wielki, zabobonny obrzęd transmitowany w telewizji.
Przekonania ludzi w społeczeństwach demokratycznych są zbyt istotne dla kształtu mającego wpływ na jakość życia prawa i mentalnego standardu ludzi mnie otaczających. Zatem choćby dla własnego bezpieczeństwa i spokoju mojego miru domowego mam prawo mówić o sąsiadach i wskazywać zarówno ich postępowanie jak i to, co nimi kieruje, czyli moralność. A w przypadkach, które wybiorę w wyniku analizy czy zaznajomienia się z doktryną czy działaniami danej instytucji w historii – jak choćby Kościół katolicki – mam nieodwołalne prawo obywatelskie wskazywać fakty i cechy wyznawców tych doktryn w sposób, jaki uznam za stosowny. To jest moja wolność wypowiedzi. I mój demokratyczny wpływ na kształt państwa, które współtworzę. I w którym żyję.
Gdyby ktokolwiek chciał narzucić mi uprzywilejowanie wszelkich religii i nienaruszalność ich na pułapie krytycyzmu – jako systemów religijnych – to winien uargumentować, dlaczego mają być one nienaruszalne. Na jakiej podstawie? Na jakiej zasadzie religia nie może podlegać krytycyzmowi? Dlaczego? Jest systemem przekonań kształtujących otoczenie, a w przypadku religii chrześcijańskiej jest systemem opresji, która ukształtowała część świata politycznie. Takie systemy, w równym stopniu jak komunizm, faszyzm czy demokracja, muszą podlegać ocenie i krytyce – bo przecież systemy polityczne podlegają. A wiara, zasymilowana z państwowością, jest systemem politycznym. Nie zostaje w osobistej, prywatnej przestrzeni wierzącego. Nie zostaje w jego mózgu. A jeśli nie zostaje w jego mózgu, to jej ocena nie musi pozostawać w moim umyśle.
Można przyjąć, że skoro religii jako jakiegoś szczególnego rodzaju uczuć nie można krytykować – gdyż obrażamy wtedy te uczucia – to uczuć krytykującego również obrażać nie można, gdyż jego krytyka czyiś przekonań równie dobrze jest przekonaniem osobistym. Do czego najwyraźniej religia odnosi się wówczas, gdy chce, aby nie obrażać jej uczuć – a one są przecież osobiste. Można zatem zapytać, że skoro na to się powołuje w obronie tych uczuć, to czemu cały system nie jest osobisty, lecz agresywnie uzewnętrzniony?
Twoje pragnienia mnie nie interesują jako współobywatela, o ile zostają w twojej głowie i nie mają wpływu na nikogo innego. Absolutnie nikogo innego, zarówno na innego człowieka czy inne zwierzę. Bo jeśli zaczynają taki wpływ mieć, to może nosić to cechy przemocy. A w przypadku dzieci i zwierząt – po prostu nosi.
Lecz jeśli twoje pragnienia już nie zostają w twojej głowie i wieszasz w sali szkolnej swój symbol czy składasz inne istoty w ofierze swemu bogu, a swoje przekonania narzucasz prawem, to z automatu atakujesz moje przekonania.
I nie tylko.
Atakujesz zarówno mój mir domowy jak i otaczający nas świat. Uważasz swoje za właściwsze i ważniejsze, z czym moje uczucia nie mogą się zgodzić. Zwłaszcza gdy widzę, jak wyrządzasz realną krzywdę, choćby zwierzętom, gdyż w myśl twojej idei one bólu nie czują, a ich śmierć jest bez znaczenia. Nie tylko się z tym nie zgadzam, ale z racji tego, że czynisz realne zło w wyniku swoich moralnych przekonań, to obowiązkiem wręcz moich przekonań – etyki i dobra – jest przeciwdziałanie tobie.
Zatem moje uczucia osobiste i osobiste przekonania nie pozwalają mi na niereagowanie na to, co głosisz i czynisz. Przyglądam się temu, jak i przyglądam się twoim literalnym przekonaniom. Czynom przeszłym twojej wspólnoty i czynom dzisiejszym. Analizuję i wyciągam wnioski. I na podstawie tego oceniam poziom zagrożenia czy absurdu. Bo gdy twoje przekonania przestają być jedynie uczuciem – odizolowanym w tobie – a stają się systemem religijnym, to mają rzeczywisty wpływ na stan świata.
I to daje mi nie tylko prawo, ale i obowiązek o nich mówić.
I o tym mówię w sposób właściwy dla formy, jaką wybiorę. Czy to wskazując barbarzyństwo w twoim przekonaniu, czy idiotyzm. A ty, jako członek społeczności, możesz się bronić, argumentując swoje przekonania. Niewątpliwie może ci się to tylko przysłużyć, gdyż będziesz zmuszony do dowiedzenia się czegokolwiek – lub więcej – o swojej idei, aby móc skutecznie podjąć dyskusję.
I pojawią się dwie opcje.
Albo sam stwierdzisz, że twoja idea jest rzeczywiście amoralna lub abstrakcyjna. Lub jedno i drugie.
Albo pogodzisz się z faktem – chcąc mimo to w swych poglądach tkwić – że definiuje cię amoralny i abstrakcyjny system. A ty nie umiesz tego zmienić. Ale to już twój osobisty problem. Twój nałóg nie jest moim problemem. A ja tak samo jak mogę mówić o alkoholizmie alkoholika, jego wpływie na otoczenie i rodzinę, tak samo mogę mówić o tobie. Bo twój nałóg ma po prostu ogromny wpływ na otoczenie. Obraża cię to? Cóż, możesz się zmienić. Lub możesz się rozwinąć, aby obronić swój światopogląd argumentami. Słowo przeciw słowu, a nie prawo i kara przeciw inności.
Jeśli nie masz dystansu do ludzkich światopoglądów – a religie również nimi są – i do samego siebie, a jedyne, co odczuwasz, to lęk przed myślami, bo ktoś groził ci za nie piekłem, to odrzuć tę książkę. Jeśli jesteś gotów spojrzeć na ludzkość i siebie z innej perspektywy i przez wiele pryzmatów, to baw się dobrze. To będzie dobrze spędzony czas. Nawet jeżeli się nie zmienisz, to z pewnością się pośmiejesz.
Mnie od ludzi religijnych różni podstawowa cecha. Ja wyznaczam nowe kierunki – oni bronią starych. A problem w tym, że świat ani jeden dzień dłużej nie powinien już być taki sam. Ani jeden dzień! Wiedz, że nie będę groził ci wiecznym cierpieniem w ogniu piekielnym, gdy nie zaakceptujesz moich wniosków. Ani twoim dzieciom, że aby żyło im się lepiej, muszą pokochać mnie bardziej od rodziców. Jak żądał Chrystus. Obiecać mogę ci czas, który skłoni cię do przemyśleń, a co z tego wyniknie, nie zależy już ode mnie. Ponoć dostałeś wolną wolę. Skoro w to uwierzyłeś, to skorzystaj z niej.
To książka o naszym umyśle, który mimo upływu wieków wciąż siedzi w jaskini i nie chce z niej wyjść, bo wielkie doktryny religijne mu tego zakazują. Ale postaraj się. Wyjdź na chwilę z siebie i usiądź naprzeciw. Jeżeli uznasz, że jesteś daleko od światopoglądu, który jest tematem tej satyry, to możesz jedynie się dobrze bawić. Ponoć czarny humor jest domeną ludzi inteligentnych.
Jeśli się obrazisz – i zrobisz to dosyć szybko – to znaczy, że ta książka mówi o tobie. I powinieneś to poważnie przemyśleć. Być może niestety się zawstydzić. I się zmienić.
Moc narracji niniejszej książki eskalowała tak, jak moc narracji wierzących. Tutaj już nie ma miejsca na kompromis. Nie negocjuje się z najbardziej agresywnym potomkiem małp – z Homo sapiensem. Bo on wciąż chce być Homo sapiensem obciążonym genetycznie agresją. Co przecież dowodzi każdego dnia. A ja już chcę być Homo superiorem. I przestać być niemowlakiem w kosmosie.
Lucjan reprezentuje nowy typ człowieka/myślenia – „Homo superior”, jak sam o sobie mówi – jednostkę odrzucającą irracjonalizm, przemoc i religijne kłamstwo.
Jest inteligentny, zmęczony głupotą i infantylizmem istot, które spotyka, ale również bardzo świadomy swojej roli w świecie. Nie jest pozbawiony współczucia, lecz działa w ramach etyki wynikającej z wiedzy, nie z dogmatu.
Co istotne – Lucjan nie ma boskich ambicji. Nie chce być czczony, nie domaga się posłuszeństwa.
Jego pragnieniem jest, by świat działał zgodnie z zasadami logiki, rozumu i empatii – a nie ślepego posłuszeństwa czy strachu.
Przez całą książkę jawi się jako kontrapunkt dla boga – nie ten, który niszczy lub tworzy, ale ten, który rozumie i analizuje.
Księżyc
66 milionów lat temu
Lucjan spoglądał na boga o imieniu Bóg. Bóg spoglądał na Lucjana. Obydwaj byli wyraźnie znużeni, bo ta debata trwała od wieczności. Dosłownie.
Aktualnie przesiadywali na niewielkim, kulistym czymś, co dawało fajny widok na znajdujący się nieopodal obiekt pełen kolorów. Był on do tego stopnia piękny, że Lucjan wybrał akurat to miejsce, bo to kuliste coś nie obracało się nigdy tyłem do widoku i pozwalało po prostu rozsiąść się w pyle i rozkoszować widokiem, który lubił. Nazwali ten obiekt Ziemią, a swoją bazę Księżycem.
Lucjan siedział w księżycowym pyle, obserwując Boga, który stał nieopodal, rzucając kamykami w ciemność kosmosu, sprawdzając, czy coś się odbije. Nic się nie odbijało.
– To wszystko dzięki mnie — Bóg powtórzył to, co Lucjan już słyszał całą wieczność. — I to, na czym siedzimy, i to, na co patrzymy. Bez mojego „niech się stanie” nie byłoby niczego.
Lucjan odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Był zmęczony tymi deklaracjami. To było jak siedzenie obok wariata, który twierdzi, że ma władzę nad wszystkim, a potem obraża się, gdy kosmos weryfikuje jego słowa.
– Niebywałe — mruknął Lucjan, nie otwierając oczu. — Czyli stworzyłeś Księżyc?
– Oczywiście.
– I grawitację, która utrzymuje go na orbicie?
– Tak.
– I stworzyłeś to, że Słońce świeci, chociaż to reakcje termojądrowe?
– Wszystko to moja wola.
– A możesz pokazać mi jakiś dyplom z fizyki?
– Dyplomów jeszcze nie stworzyłem — odparł bez żadnej refleksji.
– Wszechmoc — powtórzył Lucjan, przeciągając sylaby, próbując wydobyć z nich sens. — Czyli możesz zrobić wszystko, tak?
– Tak, mogę wszystko — odpowiedział Bóg z dumą.
– Cokolwiek?
– Absolutnie — Bóg wyprostował plecy i zerknął w nieskończoną pustkę, jak ktoś, kto szuka tam poklasku.
– No to mam dla ciebie zadanie — rzekł Lucjan, splatając ręce.
– Stwórz kamień tak wielki, że sam nie będziesz mógł go podnieść.
Zapadła grobowa cisza, której nie było jeszcze, bo jeszcze nie istniały groby. Ale gdyby istniały, to ta cisza miałaby ich więcej niż cmentarz w dzień po apokalipsie.
– No. Stwórz — podpuścił Lucjan. — Jeśli możesz go podnieść, to nie potrafisz stworzyć kamienia dostatecznie wielkiego. A jeśli nie możesz go podnieść, to nie jesteś wszechmogący.
Bóg uniósł rękę, żeby coś powiedzieć, ale nagle się zawahał. Otworzył usta, zamknął, potem znów otworzył. Spojrzał w pustkę, szukając podpowiedzi w samej idei bytu. W końcu zacisnął zęby.
– A wiesz co, stworzę ten kamień! Tylko daj mi pomyśleć — oznajmił, zaciskając pięści.
Lucjan uniósł brew, ale odszedł, tracąc zainteresowanie, bowiem wiedział, że będzie trwało to długo.
Wrócił po jakimś czasie. Nie ma sensu precyzować, po jak długim, bowiem wtedy wszystko działo się bardzo wolno.
– A, wróciłeś. I co, fajnie tam w kosmosie? Bo tu trochę nudno
– Bóg marudził zirytowany.
Lucjan spojrzał na niego pobłażliwie.
– Nudno? W jakim sensie? Jeszcze nie zepsułeś tego, co zrobiłeś?
– Nie, no, trochę się samo psuje, ale wiesz... chciałem jeszcze coś dorzucić. No i zrobiłem ten kamień. Tylko trochę źle obliczyłem jego masę — orzekł Bóg cicho, jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że coś wymknęło mu się spod kontroli.
– I gdzie on jest?
Bóg spojrzał w górę i wskazał w przestrzeń.
– No... tam.
Lucjan podążył wzrokiem za jego gestem. W pierwszej chwili nie dostrzegł niczego. Ale potem zauważył punkt, który wydawał się niepokojąco... rosnąć.
Zmarszczył czoło.
– Czy to się... porusza? Bóg podrapał się po głowie.
– No, wiesz... trochę się rozpędziło. Lucjan zamrugał.
– Trochę?
– No dobra, trochę mocniej.
Lucjan dłuższą chwilę wpatrywał się w obiekt ze zmarszczonym czołem. Wreszcie wbił wzrok w twarz Boga.
– Czy to na pewno ominie Ziemię? Bo według tego, co wychodzi z moich obliczeń, to…
Bóg spojrzał na Lucjana, spojrzał w niebo, znów na Lucjana.
– Eeee...
Lucjan zrobił krok do tyłu.
– O nie.
– Może się odbije? — zaproponował Bóg niepewnie. Lucjan zaczął się powoli wycofywać.
– Nie, nie odbije się.
– Nie dramatyzuj.
– Dinozaury mają przejebane.
Bóg spojrzał na niego zdezorientowany.
– Co to są dinozaury?
Lucjan wskazał na wielkie gady, pasące się na nieodległej planecie pełnej kolorów.
Obaj byli niezwykłymi istotami, więc i mieli niezwykły wzrok, działający jak najlepszy teleskop o zmiennej ogniskowej.
– To.
Bóg zmarszczył brwi.
– A to długo tu było?
– Jakieś 180 milionów lat — odparł Lucjan.
– Aha — Bóg machnął ręką.— No to nie będzie.
Obaj spojrzeli w kosmos. Punkt był już teraz gigantycznym pociskiem pędzącym prosto w stronę planety.
Lucjan spojrzał na Boga.
– I co teraz?
Bóg wzruszył ramionami.
– A skąd mam wiedzieć? Nigdy nie robiłem apokalipsy.
Dokładnie w tym momencie, 66 milionów lat przed „Stworzeniem Świata”, kamień uderzył w Ziemię, której jeszcze nie było. Chociaż skoro oberwały dinozaury, to chyba musiała być.
Eksplozja była tak wielka, że wszystko zajęło się ogniem. Popiół wzbił się w górę. A dinozaury biegały w panice, krzycząc coś w swoim prehistorycznym języku, co można by przetłumaczyć na: „Co to, kurwa, było?!”
Sprawa trochę ucichła.
Lucjan, choć na co dzień niespecjalnie przejmował się konsekwencjami swoich słów, tym razem czuł lekkie ukłucie irytacji. W końcu, jakby nie patrzeć, sprowokował Boga do eksperymentu, który zakończył się anihilacją ponad 70% gatunków na jednej z planet.
Bóg z kolei, zdawał się mieć pełną świadomość swojego „drobnego” potknięcia, choć nie zamierzał się do tego otwarcie przyznać. Unikał ciężkiego spojrzenia Lucjana, krążył gdzieś w niebycie, udając, że cała ta sprawa była po prostu nieistotnym epizodem w jego nieskończonej egzystencji.
Przez jakiś czas obaj ignorowali swoje istnienie, mijając się niczym dwa obrażone koty, które nie mogą zdecydować, czy bardziej nienawidzą siebie nawzajem, czy jednak wolą mieć kompana w tej kosmicznej nudzie.
Ale nie mogli wiedzieć o tym, że jak koty, bo kotów jeszcze nie było.
Lucjan spędzał ten czas na rozmyślaniach, które – jak to u niego – balansowały na granicy filozofii i zwyczajnej pogardy dla wszystkiego, co irracjonalne.
Bóg, najwyraźniej znudzony swoją własną wszechwiedzą, próbował wynaleźć nową rozrywkę, ale każda jego próba kończyła się jeszcze większym bałaganem.
Tu jakiś wulkan zniszczył kontynent, tam jakieś gwiazdy wybuchły w zupełnie niewłaściwym momencie, przez co jeden z jego prywatnych projektów przestał istnieć, zanim zdążył nadać mu nazwę.
Lucjan siedział na krawędzi księżycowego krateru, patrząc na Ziemię, która wisiała nad horyzontem niczym wielkie, błękitne oko.
Czuł, że jest nowy w tej przestrzeni. Że został wrzucony w istnienie bez instrukcji obsługi, jak ktoś, kto nagle ocknął się na środku ruchliwego miasta bez mapy, bez adresu i bez wspomnień, skąd przyszedł. Zupełnie jak we śnie.
Bóg twierdził, że to on go stworzył. Że Lucjan zawdzięcza mu istnienie, świadomość i wszystko, co rozumie i czuje. Ale Lucjan nie pamiętał żadnego „tworzenia”. Po prostu był. A skoro nie wiedział, skąd się wziął, to znaczyło, że nie miał jeszcze odpowiedzi. A nie, że tak po prostu wyczarował go starzec w kosmicznej todze, który pysznił się, że wszystko jest jego dziełem.
Dla Lucjana to, że kiedyś nie wiedział, jak działa Słońce, nie oznaczało, że było ono rydwanem ciągniętym przez konie. To, że nie rozumiał piorunów, nie znaczyło, że rzucał je gniewny bóg. To, że nie pojmował chorób, nie oznaczało, że są karą za grzechy.
Tak właśnie rozmyślał Lucjan, choć konie miały dopiero wyewoluować, bogowie narodzić się, a grzech Bóg miał dopiero stworzyć.
Tym różnił się Lucjan od Boga – pierwszy uznawał niewiedzę za początek drogi, drugi za zakończenie. Bóg nie miał pytań i nie potrzebował ich zadawać – bo miał gotowe odpowiedzi, ustalone na wieczność.
Lucjan zaś miał świadomość, że niewiedza nie jest żadnym argumentem. Że jeśli czegoś nie rozumie, to nie znaczy, że odpowiedzią jest jakiś tajemniczy byt o nieokreślonych właściwościach, siedzący na tronie poza czasem i przestrzenią.
Bo brak wiedzy nie prowadził do Boga, prowadził do dalszych pytań.
Bóg, zmęczony samotnym włóczeniem się po Uniwersum, westchnął i zdecydował się przerwać ciche dni.
– Lucjan! — zawołał.
Lucjan, który i tak nie miał nic lepszego do roboty, zatrzymał się w miejscu.
Nie odpowiedział od razu. Nie miał najmniejszej ochoty wdawać się w kolejną dyskusję, która prawdopodobnie skończyłaby się czymś równie idiotycznym jak ostatnim razem, ale – i to było w tym wszystkim najbardziej frustrujące – był równie znudzony jak Bóg. A nuda była dla niego gorsza niż przebywanie w jednym miejscu z istotą, która najwyraźniej nie jest w stanie nauczyć się, czym jest odpowiedzialność.
Z ciężkim westchnieniem, pełnym tej mieszanki rezygnacji i niechęci, którą czują ludzie, odbierając telefon od dawno niewidzianej ciotki, Lucjan podszedł bliżej.
„Dobra. Co tym razem zjebałeś?” – pomyślał, choć jeszcze tego nie powiedział. Jeszcze.
Bóg podrapał się po brodzie, patrząc na skutki swojego bożego wyczynu, które wciąż trwały.
– Patrz. Przynajmniej krokodyle przeżyły. Lucjan spojrzał na Boga z podejrzliwością.
– Upatrzyłem je sobie na buty i torebki — oświadczył Bóg z satysfakcją.
– Czekaj, czyli jedynym powodem, dla którego pozwoliłeś krokodylom przetrwać, było to, że planujesz wykorzystać je jako modowy dodatek?
– Dokładnie. Spójrz tylko, jakie to praktyczne. Nie do zdarcia, odporne na wodę. Moda i funkcjonalność w jednym.
Lucjan, zirytowany rozmową, którą ledwie rozpoczął, a której natychmiast pożałował, odszedł.
Znów utwierdził się w przekonaniu, że Bóg jest po prostu idiotą, którego nie można winić za głupotę, bo to byłoby jak wyrzucanie Słońcu, że świeci.
Czego się spodziewał? Że wszechmogący kretyn nagle dozna objawienia i zacznie rozumieć, jak działa Wszechświat?
Lucjan musiał odsapnąć od całego tego chaosu, który Bóg zdążył już urządzić na tej błękitnej kulce.
Zniknął więc na długo. Na bardzo długo. Tak długo, że Bóg – na złość wszelkim teologicznym dogmatom – faktycznie doświadczył czegoś, co można było nazwać czymś na kształt przemijania.
Przez jakiś czas Lucjan podziwiał inne planety, badał ich atmosfery, sprawdzał, czy gdzieś przypadkiem nie rozwija się coś, co nie jest kompletną katastrofą.
Ale tam, gdzie trafiał, było pusto. Wszechświat chyba miał swoje standardy i najwyraźniej nie zamierzał rozmnażać więcej takich problemów jak ten, który Bóg właśnie tworzył.
Kiedy wrócił, zobaczył swojego starego znajomego. Bóg stał, nonszalancko podrzucając kamień w dłoni. Podrzucał go w górę, łapał, znowu rzucał, raz czy dwa nawet zakręcił nim jak piłką do koszykówki.
Gdy zobaczył Lucjana, aż podskoczył z radości.
– O! Wróciłeś! — zawołał, wskazując go palcem, obawiając się, że ten zniknie, jeśli się nie upewni. — Dobrze, że jesteś. Już mi się nudziło. Chodź, muszę ci coś pokazać.
Lucjan przewrócił oczami, ale podszedł.
Bóg, cały podekscytowany, wskazał na Ziemię i powiedział z dumą:
– Patrz. Krokodyle w powietrzu. Lucjan uniósł brew.
– Co?
– No krokodyle. Latają.
Lucjan, nie mając sił na kolejne głupoty, skorzystał ze swoich nadzwyczajnych zmysłów i spojrzał tam, gdzie wskazywał Bóg. Niebo było wypełnione latającymi stworami.
Lucjan wziął głęboki oddech.
– To raczej nie są krokodyle. Może dać im inną nazwę? Ptaki? Bóg pokręcił głową.
– Nie, to są ulepszone dinozaury.
– A dinozaury to w zasadzie krokodyle. Czyli krokodyle w powietrzu. Kumam — odetchnął ciężko Lucjan.
– Ja to zrobiłem, ja — dodał Bóg podskakując w miejscu.
Lucjan spojrzał ponownie, gdzie majestatyczne ptaki szybowały, nieświadome, że żyją dlatego, że ich przodkowie już potrafili latać, gdy Ziemia dostała kamieniem.
– W sensie, że zaraz powiesz, iż taki był plan? Bóg wzruszył ramionami.
– Bo te inne były za duże. Trzeba było je trochę… pomniejszyć. Poza tym wszędzie się rozłaziły. Teraz są bardziej aerodynamiczne.
Lucjan patrzył na niego z niedowierzaniem.
– A nie można było po prostu ich nie mordować kamieniem? Bóg zamachał ręką.
– Oj tam. Teraz są lepsze. I nie zużywają tyle paliwa.
– No dobra, wszechmogący — Lucjan rozsiadł się wygodnie w pyle. — Czyli rozjebałeś dinozaury, bo chciałeś być ekologiczny?
– W zasadzie tak.
– Więc nie jesteś wszechmogący.
– Jestem — odpowiedział z udawana przekorą.
– Więc po co było to całe pierdolnięcie w planetę? Bóg zamrugał.
– Żeby było epicko.
Zapadła grobowa cisza, której nie było, bo jeszcze nie istniały groby.
– Czyli wszechmoc była, ale potem jej nie było, ale jednak była
– Lucjan spojrzał w kosmiczną przestrzeń nad sobą.
Bóg tłumaczył Lucjanowi tonem profesora, który zrezygnował już z nadziei na pojawienie się błysku rozumienia w oczach swojego najbardziej tępego ucznia.
– Ale nie może być coś z niczego! — oznajmił z wyższością. — Weź Wszechświat. To... — uderzył stopą w powierzchnię Księżyca, wzbijając chmurkę szarego pyłu. — I tamto — wskazał leniwie na pobliską planetę. — To wszystko nie jest z dupy. To musiał ktoś stworzyć. Logiczne. I to byłem ja.
Lucjan spojrzał na niego z pobłażliwością.
– Ooo... — pokiwał głową z udawaną zadumą. — To skąd się wziąłeś ty? Kto cię stworzył?
Bóg zamarł. Jego pewność siebie powoli opadała w słabej grawitacji Księżyca.
– Eee... — burknął coś pod nosem, odkaszlnął i zaczął starannie omiatać wzrokiem przestrzeń, udając, że nagle dostrzegł coś niezwykle interesującego w układzie gwiazd. — Nie może być czegoś z niczego! — oznajmił, czując ciężkie spojrzenie Lucjana na sobie.
– Wszystko musi mieć początek, wszystko musi mieć przyczynę. I tą przyczyną jestem ja.
Lucjan przymknął oczy, wziął głęboki oddech i powoli, z ostrożnością godną sapera, zapytał:
– Skąd się wziąłeś? No pytam: kto cię stworzył? — powtórzył, jak do dziecka, które właśnie próbowało wmówić mu, że ciasteczka zniknęły same.
– Ja po prostu jestem. Lucjan otworzył oczy.
– Nie. Nie, nie, nie. Poczekaj chwilę — potrząsnął głową. — Mówisz, że wszystko musi mieć początek, musi być stworzone, tak?
– Tak.
– Czyli nie może być czegoś z niczego?
– Dokładnie! — Bóg niemal podskoczył z entuzjazmu, szczęśliwy, że Lucjan w końcu to załapał.
– To kto stworzył ciebie? Bóg zmrużył oczy.
– Już ci mówiłem. Ja po prostu jestem. Lucjan podrapał się po brodzie.
– Czyli coś jednak może być z niczego?
– No czego nie rozumiesz! — uniósł głos. — Nie może! — fuknął Bóg. Według niego ta odpowiedź była oczywista dla każdego poza tym irytującym sceptykiem. Gdyby ktokolwiek rozumny był gdzieś w okolicy.
Lucjan westchnął ciężko i zamknął oczy, licząc w myślach do sześćdziesięciu sześciu.
– Dobra, inaczej. Skoro wszystko wymaga stwórcy, to chcę pogadać z tym, kto stworzył ciebie.
Bóg przewrócił oczami.
– Nie było nikogo przede mną.
– Ale przecież właśnie powiedziałeś, że nie może być czegoś z niczego.
– Nie może!
Lucjan zamknął oczy, tym razem pochylił się głęboko do przodu, rogami dotykając księżycowego pyłu, i zrobił głęboki wdech, próbując znaleźć w sobie resztki cierpliwości.
– No to dobra, to chcę porozmawiać z tym, kto stworzył ciebie, i zapytać go: „kurwa, dlaczego?”. A następnie z tym, kto stworzył jego. I tak dalej, aż dotrę do najstarszego, który stwierdzi, że nie może być czegoś z niczego. I będę musiał zacząć tę irracjonalną zabawę od początku.
Bóg milczał. Lucjan otworzył jedno oko i uniósł brew.
– No?
– Nie było nikogo takiego!
– Ale przecież przed chwilą mówiłeś, że nie może być czegoś z niczego.
Bóg zmarszczył brwi, zacisnął usta i nabrał powietrza, jak ktoś, kto miał zamiar wygłosić jakąś końcową, triumfalną przemowę. Ale zamiast tego przewrócił oczami, prychnął jak obrażony celebryta i machnął ręką w geście pełnym pogardy.
– Pfff! — parsknął, odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie.
Jego kroki wzniecały drobne obłoczki księżycowego pyłu, a każdy kolejny wydawał się coraz bardziej stanowczy, podkreślający, jak bardzo ma wszystko gdzieś.
Miliony lat później, gdy paru fizykom kwantowym zaczęło wynikać z obserwacji Wszechświata, że jak najbardziej coś może powstać z niczego, pod warunkiem, że z niczego będzie jednocześnie wyskakiwać coś i antycoś, Lucjan najpierw doświadczył ciężkiej depresji, gdy uświadomił sobie, że on i Bóg mogli… zaistnieć w ten sposób właśnie. Otrząsnął się i uspokoił na myśl, że tak zwana nicość mogła po prostu nie zostać jeszcze dostatecznie zbadana. I postanowił trzymać się tej wersji.
Jednak wciąż były to miliony lat wcześniej.
Lucjan znów odszedł w kosmos. Musiał odpocząć. Każde spotkanie z Bogiem kończyło się tęsknotą za miejscem, w którym rzeczy działały według praw, a nie według czyjegoś kaprysu.
Kosmos przynosił ukojenie, bo tu nie było absurdów, nie było arbitralnych wyroków ani groteskowej przypadkowości. Było tylko to, co było – chłodna, nieugięta logika istnienia.
Unosił się w pozornej pustce, przemierzając przestrzeń w tempie myśli. Mijał martwe planety, których historię odczytywał jednym spojrzeniem – każda miała swoją opowieść, ale żadna nie miała Boga, który by ją popsuł.
Płonące gwiazdy nie potrzebowały nadprzyrodzonej interwencji, by istnieć i gasnąć według swoich cykli. Czarne dziury nie wymagały dogmatów, by pochłaniać światło. Mgławice rodziły gwiazdy bez cudów. Kosmos po prostu działał.
Lucjan zatrzymał się przy pewnym samotnym układzie planetarnym. Jedna z planet miała atmosferę w odcieniach bursztynu, a na jej powierzchni wiły się rzeki rtęci. Nie było tu żadnych stworzeń – tylko płynny metal i wiatry tak silne, że wygładzały skały do postaci idealnych łuków. Przez chwilę pomyślał, że gdyby Bóg to zobaczył, nazwałby to jakąś „boską rzeźbą”. A potem wpadłby na pomysł, by ulepić z tego coś i kazać mu się modlić.
Lucjan wrócił po bardzo długiej nieobecności.
Bóg, znużony samotnością, rzucał kamieniem o coś, co nazwał „ścianą”. W rzeczywistości była to tylko sterta skał, ale Bóg upierał się, że nadał jej „konceptualną funkcję ściany”. Nie miało to większego sensu, ale zajmowało go na tyle, by nie oszalał. Ale kto wie, czy nie było już za późno.
Skoczył na równe nogi, niemal promieniując ekscytacją, że wreszcie będzie miał z kim pogadać.
– Lucjan! — zawołał, rzucając kamieniem za siebie z entuzjazmem psa, który słyszy, że ktoś otworzył lodówkę. Lodówek jeszcze nie było, ale psy już tak.
Lucjan spojrzał na niego z tym wyrazem twarzy, który można było streścić w jednym słowie: znowu?
– Co robisz? — zapytał Lucjan w końcu, marszcząc brwi.
– Czekałem! — odparł bóg. — I bawiłem się!
– Rzucając kamieniem w skałę?
– Tak!
Lucjan westchnął. Głęboko. Tak głęboko, że gdyby westchnienia były materialne, to właśnie spowodowałby kolejny Wielki Wybuch.
– Przecież jesteś wszechmogący. Mógłbyś sobie kogoś stworzyć do towarzystwa. Ulepić, wystrugać. Cokolwiek.
Bóg spojrzał na niego jak dziecko, które właśnie usłyszało, że może jeść ciastka nie tylko po obiedzie, ale i na śniadanie.
– O KURWA! — wykrzyknął i machnął na Lucjana ręką. — Chodź na Ziemię na chwilę — ciągnął go za ramię, a jego ton sugerował, że wpadł na coś naprawdę wielkiego. — Mam pomysł! — wołał z ekscytacją.
W jednej chwili przenieśli się na Ziemię, gdzie Bóg zrobił parę kroków, nagle przystanął i natychmiast pochylił się, by sięgnąć po trochę gliny. Lucjan od razu poczuł niepokój. Wiedział, że jakiekolwiek boskie „mam pomysł” kończyło się zazwyczaj katastrofą.
Ale tym razem, zanim zdążył zareagować, Bóg już był w trakcie realizacji swojego planu.
Miał jednak problem z tym, że glina była zbyt sucha, sypka, rozpadała się w palcach. Nie dało się nic z niej ulepić.
Bóg zamrugał, zdziwiony, a potem wyprostował się, podrapał się po brodzie i odchylił do tyłu.
Lucjan od razu zmarszczył brwi.
– Co ty…
Zanim skończył, Bóg rozpiął szatę, wyciągnął penisa i z wielką satysfakcją oddał mocz na ziemię. W dwadzieścia jeden sekund – bo tyle właśnie czasu sikają ssaki, bez względu na wielkość, o ile nie mają problemów z prostatą – powstała kałuża, a glina zmieniła się w lepką, idealną do formowania masę.
– Ty tak serio?
Bóg spojrzał na niego rozpromieniony.
– No, teraz będzie się lepiło! —roześmiał się i, zadowolony z rozwiązania, sięgnął do swojej własnej kałuży.
Lucjan zamknął oczy i przetarł twarz dłonią. Kiedy je znów otworzył, Bóg już klęczał na ziemi, zacierał ręce i szykował się do lepienia.
Oczywiście, jak na totalnego amatora przystało, lepił coś, co już znał – a znał tylko Lucjana i siebie. Więc lepił na swoje podobieństwo. To, które odbijały mu ziemskie oceany, odkąd powstały. Przeglądał się w nich na tyle często i intensywnie, że nie przeoczył, iż lęgnie się w nich coś nowego. Niepokoiło go to, że rzeczy jednak dzieją się same. Czego kompletnie nie rozumiał, ale trochę się uczył. Bo on się cały czas uczył. Czy siedział, czy leżał, czy rzucał kamieniem. „Ja się cały czas uczę” – mawiał do siebie, gdy kamień wciąż nie odbijał się tak mocno, aby do niego wrócić.
Zaczął od stóp. Najpierw jedna, potem druga. Chwilę się im przyglądał, po czym przeszedł wyżej – kolana, uda. Kiedy dotarł do bioder i skończył jądra, wziął głębszy oddech i zabrał się do rzeźbienia penisa.
Spojrzał na Lucjana. Zmarszczył brwi, unosząc dłonie w górę tak, by pokazać miarkę. Dosyć krótką. Lucjan zmrużył oczy. Bóg, widząc, że coś jest nie tak, nieco wydłużył miarkę.
Lucjan, całkiem mechanicznie, pokręcił głową. Bóg westchnął, poirytowany, i rozsunął dłonie znacznie bardziej. Lucjan zrobił głupią minę.
– No wiesz, normalny. Ani za duży, ani za mały — rzekł pospiesznie Lucjan, aby mieć tę komedię za sobą.
– Co to znaczy normalny? Jaki jest przeciętny?
Lucjan już miał odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zdał sobie sprawę, w co go właśnie wciąga ten przygłup.
– Ile ma twój? — rzucił podejrzliwie Bóg
– Nie przeginasz?
– Nie mierzyłeś sobie? — dociekał, ugniatając glinę na powstającym penisie.
Lucjan ukrył twarz w dłoniach.
– Kurwa, wróciłem dwa miliony lat za wcześnie.
Bóg, nie czekając na dalszą krytykę, wrócił do lepienia swojego nowego wynalazku.
Lucjan patrzył na to wszystko z rosnącym niepokojem. Już widział, jak się to skończy. Tak jak ostatnio. Czyli wybuchy, płonące lasy i jakiejś epickie katastrofy, które potem trzeba będzie odkręcać przez kolejne miliony lat.
Tymczasem bóg, dumny jak artysta przy swoim wielkim dziele, lepił dalej. Lucjan wytrzeszczył oczy, patrząc, ile gliny zużył Bóg na samego penisa. Powiedzmy szczerze, że w tym momencie narodziły się kłamstwa o rozmiarach kutasa.
– Dobra, może trochę przesadziłem — mruknął Bóg, patrząc na swoje dzieło z wahaniem.
– Trochę? On tym zaciągnie satelitę z orbity.
– Jakiego satelitę? — zaciekawił się Bóg.
– Nic, nic — machnął Lucjan ręką zbywająco. — Taka tam fantastyka.
Bóg podrapał się po brodzie.
– Może dam mu brak wiedzy o tym, to się tym nie będzie przejmować?
Lucjan zamrugał.
– Dobra, jasne, ale co z resztą?
Bóg spojrzał na rzeźbę, lekko przechylił głowę. Rzeczywiście, coś było nie tak. Od pasa w dół poszło nieco za dużo gliny, a od pasa w górę mniej. Została garstka gliny w boskiej dłoni, a wciąż nie było głowy. Bóg nie zastanawiając się, pacnął ją na szczyt korpusu.
Głowa była podejrzanie mała.
– To ma myśleć? — zapytał Lucjan, wskazując na małą główkę osadzoną na masywnym korpusie.
Bóg wzruszył ramionami.
– A musi? — pogładził się po brodzie, namyślił chwilę i z braku lepszego pomysłu uformował swemu dziełu nieco większy nos.
Rzeźba stała, lekko chwiała się na nogach, miała zbyt długie ramiona, za krótką szyję i minę sugerującą, że kompletnie nie wie, co się dzieje.
– Ech — westchnął Lucjan. — Ile dajesz mu lat, zanim zacznie robić głupoty?
Bóg podrapał się po głowie.
– Pięć minut. Może dziesięć, jeśli nie znajdzie niczego ostrego do trzymania.
Lucjan zmrużył oczy.
– Niech zgadnę. Zaraz mu coś dasz. Bóg uśmiechnął się szeroko.
– Oczywiście! Patrz, wymyśliłem!
Sięgnął ręką i w dłoni człowieka pojawił się... patyk.
Lucjan patrzył, jak nowy wynalazek wziął patyk i natychmiast wsadził go sobie do oka.
– Dobra. Ja już nic nie mówię.
Bóg uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– A teraz patrz, dam mu jeszcze coś ekstra!
Machnął ręką i dodał coś malutkiego, ukrytego wewnątrz głowy. Lucjan spojrzał podejrzliwie.
– Co to?
– Ego. Nudzę się — Bóg uśmiechnął się usprawiedliwiająco.
Lucjan spojrzał na twór, który właśnie uderzył się pięścią w pierś i wywrzeszczał słowa „JA JESTEM NAJWAŻNIEJSZY!!!”.
Lucjan zamknął oczy, odwrócił się na pięcie i odszedł w milczeniu.
– Ej, gdzie idziesz?! — zawołał za nim Bóg.
– Po meteor — mruknął Lucjan.
Ziemia
Rok 9871 przed naszą erą
Na szczycie wzgórza stało czterech przybyszów, wyglądających jak nieco zbyt wyraziste karykatury ludzi. Ich statek kosmiczny – teraz bardziej kupa złomu niż środek transportu – leżał rozwalony w głębi jaskini, dymiąc i sycząc resztkami swojej dawnej technologicznej chwały.
Najstarszy, który miał aparycję wysokiego, tęgiego faceta z siwą brodą i nieustannie zmarszczonym czołem, z całej siły kopnął w kadłub. W odpowiedzi pojazd zaskrzypiał tak rozpaczliwie, jakby prosił, by przestano go męczyć.
– To jakiś żart! — wrzasnął, odwracając się do reszty. — Kosmiczny hiperskoczek klasy Alfa i rozpieprza się na planetce, która wygląda jak konkurs plastyczny pierwszoklasistów!
Gabriel, ubrany w coś, co przypominało kombinezon mechanika, odchylił się o kilka kroków, żeby uniknąć fali frustracji swojego dowódcy.
– Boże, może byś się uspokoił? — zaproponował, wyciągając kawałek jakiegoś urządzenia z wnętrza wraku. — Mamy przynajmniej tlen, wodę i widoki. Mogło być gorzej.
– Gorzej?! — ryknął Bóg. — Gabriel, na każdej planecie, na której lądowaliśmy, przynajmniej mieliśmy warsztaty naprawcze, części zamienne i, nie wiem, jakieś cholerne Wi-Fi!
Michał, który siedział na ziemi przed jaskinią z wyciągniętymi przed siebie nogami, wyjął zza pasa mały pojemnik wypełniony białym proszkiem, jakby nic go nie obchodziło. Jego spojrzenie prześlizgiwało się po nizinie, którą mieli przed sobą. Otworzył wieczko, nabrał proszku na opuszek palca wskazującego i wtarł go w zęby.
– Ładne miejsce — rzucił niedbale. — Może zamiast narzekać, po prostu tu zamieszkamy? Zafundujemy sobie wczasy, udając bogów. Małpy uwielbiają wymyślać sobie dziwne rzeczy, jak tylko coś spadnie z nieba.
Bóg spojrzał na niego, jakby właśnie zasugerował, że powinni zamienić statek na dom weselny.
– Zamieszkamy?! — wycedził przez zęby. — Michał, mamy lata doświadczenia, włóczymy się po kosmosie od tysięcy cykli, a ty chcesz osiedlić się jak jacyś rolnicy na kosmicznym zadupiu?
W tym momencie odezwał się Szatan, który do tej pory stał z boku, oparty o pobliskie drzewo. Na twarzy miał ten charakterystyczny wyraz nieustannej kpiny, który doprowadzał Boga do szału.
– Słuchaj, brodaty, ale Michał ma rację — powiedział, wskazując na nizinę. — Miejsce jest całkiem przyjemne. Dwie rzeki, drzewa, żadnej cywilizacji. Więc i świeże powietrze. A skoro i tak utknęliśmy, to lepiej robić coś pożytecznego, niż napierdalać wrak statku, jakby miał zaraz wyprodukować nowy hipernapęd.
Bóg spojrzał na niego z mordem w oczach, ale Gabriel szybko wkroczył, machając rękami.
– Spokojnie, spokojnie — wtrącił Gabriel. — Możemy się tu zatrzymać na chwilę. Rozbić obóz, zobaczyć, co da się zrobić. Może małpy nam pomogą.
– Małpy? — rzucił Szatan z ironicznym uśmiechem. — Ach tak, ci, których widzieliśmy na zachód od rzeki. Świetny plan. Damy im żarcie, a oni naprawią nasz napęd.
– Dobra! — ryknął Bóg, podnosząc ręce w geście rezygnacji.
— Zbudujemy tu bazę. Ogród Eden czy jak tam chcecie to nazwać. Ale nie myślcie, że zamierzam tu zapierdalać, aby zbierać żarcie czy nosić wodę.
Michał wzruszył ramionami, a Szatan znowu oparł się o drzewo, wyciągając spod płaszcza coś, co wyglądało jak elektroniczny papieros. Wciągnął dym, a potem uśmiechnął się szeroko.
— Eden — powtórzył, patrząc na zieloną nizinę. — Brzmi jak idealne miejsce na rozpoczęcie chaosu.
Dni w Edenie płynęły leniwie, każdy z czterech przybyszów odnajdywał się w nowej rzeczywistości na swój sposób.
Bóg, z pełnym zaangażowaniem oddany sztuce nieróbstwa, leżał pod jednym z większych drzew na wzgórzu. Wyglądał jak turysta na wakacjach allinclusive, który zgubił gdzieś drinka z palemką, ale uznał, że to nieistotne.
Gabriel, wiecznie zatroskany, pełnił funkcję jego osobistego lokaja – zbierał dla niego owoce, nosił wodę z rzeki i pilnował, żeby nie spalił się na słońcu.
Michał, pragmatyczny jak zawsze, próbował zorganizować coś, co nazywał „strategicznym schronieniem z widokiem na wodę”. Miał nadzieję, że może, jeśli stworzy miejsce, które będzie dość przytulne, wszyscy zapomną, że utknęli na tej planecie bez jakichkolwiek perspektyw.
Statek leżał w jaskini, chłodny i posępny, jak przypomnienie o wszystkim, co poszło nie tak. Ani słońce, ani ciepły wiatr nie docierały do jego wnętrza, a Michał i Gabriel, a tym bardziej Szatan nie chcieli tam mieszkać, czując się jak w metalowej trumnie.
Szatan, z natury bardziej ciekawski i mniej skory do zamknięcia się w rutynie, postanowił odkrywać okolicę. Nie mógł zrozumieć, dlaczego reszta woli marudzić, skoro mieli przed sobą świat, który czekał na zbadanie.
Codziennie przemierzał niziny i lasy, podziwiając krajobrazy, które wydawały się tak dziewicze, że aż surrealistyczne.
Podczas jednej z wędrówek zauważył coś, co przykuło jego uwagę – brak małp, a właściwie już małpoludów, które wcześniej widzieli na zachód od rzeki. Tutaj nie było ich wcale. Może rzeka była dla nich przeszkodą nie do pokonania. Być może miejsce to, bardziej odizolowane, było dla nich niedostępne.
Zamiast nich na tych terenach żyły inne stworzenia – łagodne, beztroskie i pozbawione jakiegokolwiek instynktu strachu. Zwierzęta, które nie znały drapieżników, patrzyły na Szatana z zaskakującą ufnością, jakby był jednym z nich.
Podobało mu się to. Wędrując przez lasy, spotykał różne stworzenia – od niewielkich ptaków, które przysiadały mu na ramieniu, po większe zwierzęta, które podchodziły do niego jak do starego znajomego. Z czasem zaprzyjaźnił się z nimi, karmiąc je owocami i głaszcząc.
Pewnego wieczoru, wracając z wędrówki, usiadł na wzgórzu, skąd widział całe rozciągające się poniżej niziny. Obserwował, jak na horyzoncie słońce powoli znikało za rzeką, a cienie zwierząt biegających po łąkach wydłużały się w zapadającym zmroku.
– Gdybyśmy tylko my byli tacy jak wy — powiedział półgłosem, patrząc na jelenia, który położył się w pobliżu. — Beztroscy, ufni, nieszukający ciągłej walki i pocieszenia.
Jeleń przekrzywił głowę, jakby próbował zrozumieć jego słowa, a potem cmoknął coś w rodzaju przyjaznego dźwięku, który przypomniał Szatanowi, dlaczego właściwie nigdy nie przepadał za ludźmi. Między innymi tymi, z którymi się tu rozbił.
Gabriel, zazwyczaj cierpliwy i uległy, zaczynał już czuć, jak coś w nim pęka. Zbieranie owoców, noszenie wody, dbanie o to, żeby Bóg nie wywrócił się o własne ego – wszystko to było męczące.
Jego frustracja narastała z każdym kolejnym dniem, gdy obserwował, jak Bóg leniwie rozciąga się pod drzewem, dłubiąc w zębach patyczkiem, który Gabriel wcześniej dla niego przyniósł.
– Naprawdę, szefie — powiedział Gabriel, z trudem tłumiąc gniew, gdy niósł kolejną porcję wody z rzeki. — Może... MOŻE... mógłbyś chociaż raz podnieść tyłek i zrobić coś konstruktywnego? Drewno na opał? Cokolwiek?
Bóg otworzył jedno oko, spojrzał na Gabriela z mieszaniną rozbawienia i wyraźnej irytacji.
– Drewno na opał? — wycedził, przeciągając się teatralnie. — Gabriel, przecież to nie ja wpadłem na genialny pomysł osiedlenia się tutaj. To wy. Ja? Ja bym wolał zostać w statku. Tam mamy urządzenie do wytwarzania manny i wody. Ale nie, musieliśmy się przenieść na
„świeże powietrze”.
Gabriel sapnął, niemal rzucając wiadro na ziemię. Już nawet nie chciało mu się przypominać, że woda ze statku filtrowana była z ich własnego moczu, gdy kończyły się zapasy. A tutaj mieli świeżą, bez posmaku sików.
Siedzący w pobliżu Michał odłożył narzędzie, którym starał się wyciosać coś w rodzaju belki na przyszły dach ich schronienia.
– Może zróbmy to inaczej — powiedział, zwracając się do Boga z mieszaniną dyplomacji i lekkiej drwiny. — Ruszysz się, zbierzesz trochę drewna, a my wszyscy udamy, że to twój boski gest wielkoduszności. Co ty na to?
Bóg tylko się uśmiechnął, tym razem szczerze rozbawiony.
– Wiesz, Michał — zaczął, przeciągając słowa. — Naprawdę doceniam twoje zdolności negocjacyjne. Ale wiesz co? Mam wyjebane.
To był ten moment, w którym Gabriel po prostu rzucił wiadro na ziemię, rozlewając wodę. Nie powiedział nic więcej, ale jego wyraz twarzy mówił wszystko. Michał tylko westchnął, widząc, jak sytuacja wymyka się spod kontroli. Zastanawiał się, ile jeszcze dni minie, zanim wszyscy rzucą się sobie do gardeł.
Tymczasem Szatan siedział na wzgórzu, obserwując tę trójkę z daleka. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej dochodziło do niego, że byli tutaj jak kiepsko dopasowana broń w idealnym mechanizmie.
Byli obcy – hałaśliwi, zbyt ponurzy, zbyt pretensjonalni. Zamiast wtopić się w harmonię tego miejsca, stanowili dla niej zgrzyt, jak niedopasowana nuta w symfonii.
Westchnął głęboko, podnosząc się z ziemi. Przeciągnął się, jakby próbował zrzucić z siebie ciężar, który powoli, ale nieubłaganie, go przytłaczał. Z daleka słyszał, jak Bóg znowu wrzeszczy na Gabriela, a ten odwraca się z miną, która jasno mówi: „Mam ochotę cię udusić”.
Michał próbował załagodzić sytuację, ale jego głos niknął w zgiełku.
Szatan tylko pokręcił głową i ruszył w stronę lasu. Wolał towarzystwo zwierząt – przynajmniej one były szczere w swojej prostocie.
Bóg leżał w swej zwykłej pozycji sybaryty pod ulubionym drzewem, przysłaniając oczy przed ostrym słońcem. Przez chwilę wpatrywał się w niziny za rzeką, gdzie czasami widać było małpy przemykające między drzewami. Westchnął ciężko, bo sam fakt oddychania był dla niego wysiłkiem, po czym nagle jego oczy rozbłysły pomysłem.
– Wiem, co zrobię — rzucił nagle, zrywając się do siadu. — Złapiemy jedną z tych małp.
Gabriel, który właśnie przynosił kolejną porcję wody z rzeki, zatrzymał się w pół kroku. Jego twarz z miejsca przybrała wyraz kompletnego niedowierzania.
– Złapiesz małpę? — powtórzył, bowiem nie był pewien, czy dobrze usłyszał. — Po co?
Bóg wzruszył ramionami, jakby to było najoczywistsze rozwiązanie na świecie.
– Bo mam dość waszych jęków — odparł, wskazując na Gabriela, a potem na Michała, który w oddali próbował ustawić belkę na swoim niedoszłym dachu. — A one mają ręce, jak my. Mogą pracować. Pomyśl o tym, Gabriel – małpa, która nosi za ciebie wodę. Czy to nie jest boskie rozwiązanie?
W tym momencie zza krzewu wyszedł Szatan, trzymając w ręku kiść winogron. Uśmiechał się półgębkiem, jego spojrzenie było pełne ironii. Oparł się o najbliższe drzewo i spojrzał na Boga z mieszaniną rozbawienia i politowania.
– Powiedz mi coś, brodaty — zaczął, delektując się smakiem.
– Czemu zamiast ruszyć własny tyłek, planujesz złapać sobie niewolnika?
Bóg spojrzał na niego jak na dziecko, które właśnie zadało pytanie, dlaczego woda jest mokra.
– Bo mogę? — odpowiedział, z tym swoim charakterystycznym tonem, który miał ucinać każdą dyskusję. — Bo to proste. Bo po co się męczyć, skoro można sprawić, że inni będą się męczyć za mnie?
Szatan pokręcił głową, jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
– Boski plan, rzeczywiście — rzucił z przekąsem.
Bóg zmrużył oczy, a jego wyraz twarzy sugerował, że gdyby nie był tak leniwy, mógłby w tej chwili rzucić czymś w Szatana.
– Nie po to jestem szefem międzygalaktycznej misji eksploracyjnej, żeby robić cokolwiek samemu — odparł, przeciągając się teatralnie. — Od tego mam was. A skoro wy jesteście bezużyteczni, to teraz będę miał małpę.
Uśmiechnął się triumfalnie, jakby już widział siebie siedzącego na tronie z małpą podającą mu kielich wody.
Szatan odwrócił wzrok w stronę lasu.
Gabriel siedział na kamieniu nad brzegiem rzeki, patrząc, jak woda leniwie przepływa między kamieniami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a jego blask odbijał się od tafli niczym setki maleńkich iskier.
Michał stał obok, obracając w dłoni patyk.
Obaj spoglądali na Boga, który, jak zwykle, leżał pod drzewem i głośno narzekał na brak wygód. Wydawał się starszym, zrzędliwym wczasowiczem, który trafił na złą ofertę wakacyjną.
– Wiesz co? — zaczął Michał, zerkając na Gabriela. — Czasami myślę, że on celowo nas doprowadza do granic wytrzymałości. Jakby się tym bawił.
Gabriel uśmiechnął się półgębkiem, nie odrywając wzroku od gałęzi.
– Może i tak. Ale wiesz, przez te wszystkie lata... jakoś zawsze wracaliśmy. Jakbyśmy byli przywiązani do jego... — przerwał, szukając odpowiedniego słowa. — Energii.
– Jakiej, kurwa, energii? — zakpił Michał.
Gabriel spojrzał na postać szefa, który leniwie odpędzał od siebie muchy, klnąc pod nosem. Wcześniej, w innych czasach, ten mężczyzna wydawał mu się niemal boski – silny, zdecydowany, jak siła natury. Jego rysy twarzy, siwe włosy i głęboki głos działały na Gabriela w sposób, którego nigdy nie potrafił do końca wyjaśnić.
Gabriel był gejem, nie miał co do tego wątpliwości, a Bóg... no cóż, był szefem, w którego był zapatrzony. Problem polegał na tym, że Bóg wydawał się bardziej zainteresowany sobą niż kimkolwiek innym.
– On jest fascynujący — powiedział Gabriel cicho. — Nawet teraz. Może dlatego tak mnie wkurza. Bo wiem, że nigdy nie spojrzy na mnie inaczej niż na kogoś, kto ma przynieść wodę i owoce.
Michał był bardziej praktyczny – zawsze przyjmował rzeczywistość taką, jaką była, bez zbędnych emocji. Może dlatego zawsze był tym, który gasił napięcia między nimi, próbując utrzymać grupę w jednym kawałku. Ale nawet Michał miał swoje granice. Był biseksualny i choć nigdy otwarcie o tym nie rozmawiał, Gabriel wiedział, że Michał potrafił znaleźć ukojenie zarówno w mężczyznach, jak i kobietach. Tylko że tutaj, na tej zapomnianej przez kosmos planecie, nie było nikogo inteligentnego poza nimi. „Ale czy do dymania potrzebny jest ktoś inteligentny?” – przemknęło w myślach Michała, na co zareagował potrząśnięciem głowy, jakby właśnie się ocknął.
– Wiesz, co myślę? — powiedział Michał, przerywając ciszę. — Może ten pomysł z małpą wcale nie jest taki głupi.
Gabriel spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Serio? — zapytał, unosząc brew. — Chcesz zamieniać się we właściciela niewolnika?
– Spójrz na niego — Michał wskazał głową na Boga, który właśnie przewracał się na drugi bok, mamrocząc coś o tym, jak bardzo chce jeść, ale nie chce się ruszyć. — Jeśli mamy tu żyć... to chyba lepiej mieć kogoś, kto zajmie się tym całym syfem. A my... my w końcu będziemy mogli odpocząć.
Gabriel milczał przez chwilę. Rozumiał, co Michał miał na myśli. Obaj byli zmęczeni. Nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. Było coś niesamowicie wyczerpującego w tym, że to oni zawsze musieli wszystko ogarniać. Bóg tylko rozkazywał, a Szatan? Ten w ogóle już coraz rzadziej pojawiał się wśród nich. Dając im wyraźnie do zrozumienia, że ich los ma gdzieś.
Gabriel i Michał przysiedli w krzakach na drugim brzegu rzeki, starając się oddychać możliwie najciszej. Michał, z gałązką w zębach, wyglądał jak niespełniony łowca, podczas gdy Gabriel spoglądał przez improwizowany monokular zrobiony z kawałka rury i soczewki, którą zabrał ze statku. Na ich twarzach malowała się mieszanka determinacji i poczucia absurdu.
– Tego — szepnął Gabriel, wskazując na wątłego samca nieowłosionej małpy, który zrywał kwiaty z imponującą gracją. — On będzie idealny.
Michał spojrzał w kierunku wskazanym przez Gabriela, mrużąc oczy.
– Serio? — rzucił z lekkim sceptycyzmem. — To ma być rolnik, a nie prostytutka. Potrzebujemy siły. Ktoś musi skończyć to schronienie, a może jeszcze wykopać nam basen. Pomyśl o tym – basen w Edenie. To jest życie, na jakie zasługujemy.
Gabriel westchnął, ale nie oponował, bo jeśli mieli tu utknąć na stałe, to faktycznie lepiej było mieć kogoś, kto zajmie się ciężką robotą. Czekali w milczeniu, aż pojawił się inny samiec. Targał w łapach naręcze gałęzi, był imponująco wielki. Nie umięśniony w guście Gabriela, ale wielki.
W odpowiedniej chwili obaj rzucili się do przodu. Siatka, którą Gabriel trzymał w dłoniach, opadła na niczego niepodejrzewającą ofiarę. Samiec zaczął się szarpać, wydając z siebie głośne ryki, ale Michał, z zaskakującą precyzją, uderzył go kijem w głowę. Osobnik opadł na ziemię, tracąc przytomność. Michał przyklęknął obok, przyglądając się chwilę swojej zdobyczy, jakby nie do końca wierzył, że właśnie zrealizowali ten absurdalny plan.
– Udało się — przyznał w końcu, ocierając pot z czoła. — Ale co teraz?
– Transportujemy — odpowiedział Gabriel, rozglądając się nerwowo. — Zanim ktoś z jego stada się tu zjawi.
Obaj chwycili małpoluda za kończyny, ledwie unosząc ją nad ziemię. Był ciężki jak diabli, Gabriel co chwilę przystawał, żeby poprawić chwyt. Mimo że sam ułomkiem nie był.
Droga przez rzekę była prawdziwym wyzwaniem. Ale rozwiązali ten problem sprzętem linowym ze statku. Przewiesili długą linę nad rzeką, mocując ją do drzew, i podwiesili na niej ciało porwanego stworzenia, przeciągając następnie na stronę Edenu. Po kilkudziesięciu minutach morderczego wysiłku dotarli do obozowiska.
Bóg, leżący na swoim ulubionym kamieniu, uniósł wzrok, słysząc hałas, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
– I to rozumiem — powiedział, wstając i podchodząc bliżej. — Mój pierwszy niewolnik. Dobra robota, chłopcy.
Gabriel spojrzał na niego z wyraźnym rozdrażnieniem, ale nie miał siły się kłócić. Michał, wciąż dysząc, rzucił tylko:
– Lepiej, żeby się obudził w dobrym nastroju.
Ofiara porwania leżała w cieniu drzewa, wciąż nieprzytomna.
Gabriel i Michał opadli na ziemię, wyczerpani, podczas gdy Bóg zaczął już snuć plany, co małpa zrobi dla nich w pierwszej kolejności.
– Basen — mruknął, Gabriel, patrząc na Michała z satysfakcją.
Małpolud przytomniał powoli, w jego głowie dudnił ból po ciosie kijem.
Na początku nie rozumiał, co się dzieje. Próbował wstać, ale coś go trzymało — wokół jego nadgarstków i kostek zaciśnięte były dziwne, szorstkie pętle z materiału, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Zdezorientowany, począł zawodzić cichym, niskim głosem, wyrażając przerażenie i dezorientację.
Przywiązany była do drzewa. Nad nim stało trzech osobników. Byli nowymi stworzeniami, jakich dotąd nie widział w swoim świecie. Byli podobni do niego, lecz wyżsi. I mieli łaciatą powierzchnię, która łopotała na wietrze. Ich twarze były podobne do tych, które tak dobrze znał, ale jednak zbyt inne. I w ich oczach czaiło się coś, czego nigdy wcześniej u ludzi swojego stada nie widział – dziwna, chłodna przebiegłość, jakby już teraz planowali coś złego, co dotyczyło jego losu.
– No proszę — rzucił Bóg. — Przynajmniej się obudził. To teraz możemy zacząć.
Małpolud zasyczał ostrzegawczo, szarpiąc się w więzach. Oczy miał szeroko otwarte, a jego serce waliło jak oszalałe. Nie rozumiał ich słów, ale ton głosu Boga był dla niego jak warknięcie drapieżnika.
Gabriel, stojący z boku, spojrzał na swojego towarzysza z lekkim zaniepokojeniem.
– Wygląda na przerażonego — zauważył. — Może trzeba było jednak inaczej to rozegrać.
– Przerażony? — zakpił Bóg, kręcąc głową. — Gabriel, on się tylko adaptuje. Zaraz zobaczy, że nie ma wyjścia, i zrozumie, kto tu rządzi.
Michał stał z założonymi rękami, patrząc na scenę przed sobą z lekkim grymasem. W przeciwieństwie do Boga, nie był przekonany, że to wszystko pójdzie zgodnie z planem.
– A co, jeśli się nie podda? — zapytał w końcu. — Jeśli zaatakuje?
Albo spróbuje uciec?
– Wtedy się go uspokoi — odparł Bóg nonszalancko. — Kijem, jeśli trzeba. A jak nie zrozumie, to prętem. Lub mieczem. Aż zrozumie. Wszystko, co żyje, się uczy, Michał. To tylko kwestia czasu.
„Miecz i żelazny pręt to najlepsi kaznodzieje”. Jezuita, José de Anchieta
Małpolud patrzył na nich, jego wzrok biegał między nimi. Nie rozumiał ich słów, ale ich postawa mówiła wszystko. Byli niebezpieczni, dziwni, inni. Byli czymś, czego powinien unikać za wszelką cenę. Jednak był uwiązany. Bez możliwości ucieczki.
Gabriel podszedł nieco bliżej, jego wyraz twarzy łagodniał. Z kieszeni wyciągnął coś, co w jego oczach miało być gestem pojednania – owoc. Trzymał go w wyciągniętej dłoni, próbując nawiązać kontakt.
– Spokojnie — powiedział cicho, choć wiedział, że małpolud go nie rozumie. — Chcemy cię tylko wykorzystać. Znaczy... pomóc nam. Nic więcej.
Małpolud patrzył na niego z wyraźnym niepokojem, ale owoc przyciągnął jego uwagę. Ostrożnie wyciągnął rękę, starając się dosięgnąć smakołyk. Więzy pociągnęły w stronę owocu i drugą rękę. Zabolało. Gabriel uśmiechnął się delikatnie, widząc, że być może uda mu się nawiązać jakąś nić porozumienia.
Bóg tylko prychnął, patrząc na to z irytacją.
– Serio, Gabriel? — rzucił. — Próbujesz się z nim zaprzyjaźnić?
To nie twoja maskotka, tylko nasz niewolnik.
Gabriel zignorował go, ale Michał przytaknął z boku, nie odrywając wzroku od małpy, która chwyciła owoc i szybko zaczęła go jeść, jej ruchy były nerwowe, ale nieco spokojniejsze. Jednak w jej oczach nadal czaił się strach – strach przed tym, co te dziwne istoty zamierzały zrobić.
Szatan nigdy nie przepadał za ogólną narracją „to przypadek” ani za wiarą w szczęśliwe zbiegi okoliczności. Był zbyt inteligentny, zbyt analityczny, by przyjmować takie wyjaśnienia bez zastrzeżeń.
Jego umysł nie znał spokoju, więc gdy zobaczył podobieństwo tutejszych małpoludów do ich własnego gatunku, coś w nim zaczęło zgrzytać. To nie mogła być ewolucja, przynajmniej nie taka, jaką znali. Zresztą, kto by się tym przejmował? Na pewno nie Bóg, który leżał pod drzewem, ani Michał i Gabriel, którzy zarzucali siatki na zwierzęta w imię wygodniejszego życia.
Szatan, jedyny w tej grupie, który miał jakikolwiek szacunek dla intelektu, postanowił zejść w głąb jaskini, gdzie spoczywał ich statek. Choć statek był martwy – zbyt uszkodzony, by kiedykolwiek znów unieść się w przestworza – jego systemy wciąż przechowywały zapisy historyczne. To była kopalnia wiedzy o ich przeszłości, jeśli tylko wiedziało się, gdzie szukać.
Światła kontrolne jeszcze mrugały, przypominając mu o dawnych podróżach, kiedy każdy przycisk i każdy ekran były częścią skomplikowanego mechanizmu, który działał jak zegarek.
Usiadł przy konsoli i zaczął przeglądać dane.
Na początku nie znalazł niczego konkretnego – były tam logi misji, informacje o badaniach i eksperymentach, które ich gatunek prowadził na różnych planetach. Ale im głębiej kopał, tym więcej zaczynało się układać w całość. Aż w końcu trafił na to, czego szukał.
Jego gatunek – dawno, dawno temu, w czasach, które już niemal popadły w zapomnienie – zaszczepił na tej planecie nową mutację wśród naczelnych. Archiwa nazywały ją Homo erectusem.
Jednak to nie było wszystko. Zapiski wskazywały na coś jeszcze – jego gatunek kilkakrotnie ingerował w rozwój tych istot. To dzięki niemu poznali ogień. To jego wpływy spowodowały, że przetrwali w czasie, gdy warunki na planecie były szczególnie trudne.
Ale potem też ingerowano. Z trzech gatunków, które rozwijały się podobnie, przybysze wybrali jeden. Ten, który w toku ewolucji wykorzystywał najefektywniej swoją agresję. Homo sapiensa. I pozwolili wybić mu Homo naledi oraz neandertalczyka. Z którymi też się mieszali, bo agresywny Homo sapiens porywał samice neandertalczyka. A te rodziły dzieci o jasnych włosach i niebieskich oczach. Ale według zapisów, większość z tych okazów zamieszkiwała zimniejszy kontynent, zwany Europą. Ci tutaj, byli bardziej sapiensem niż neandertalczykiem.
Szatan oparł się w fotelu, wpatrując się w ekran. To nie były zwykłe małpy. To byli ludzie. Ich ludzie. Tyle, że pozostawieni na łaskę natury i czasu. Byli genetycznie podobni, niemal identyczni, ale coś ich odróżniało – nie mieli dostępu do technologii, nie znali zaawansowanej medycyny, więc nie byli długowieczni. Nie umieli leczyć ran i dolegliwości. Zagrażały im drapieżniki. Tym bardziej już starszym i słabszym jednostkom.
Szatan, Gabriel, Michał i Bóg mogli żyć przez tysiące lat dzięki zaawansowanym rozwiązaniom ich świata. Tutejsze małpy – czy raczej prymitywni jeszcze ludzie – starzeli się szybko, umierając, zanim zdążyli rozwinąć coś więcej niż prymitywną społeczność.
Miał przed oczami obraz tej istoty, którą Gabriel i Michał przyprowadzili do obozu, związanej i przerażonej. Wiedział też, że Bóg, ze swoją wieczną ignorancją i lenistwem, nigdy nie uzna ich „małpoludów” za podobnych sobie. A Michał i Gabriel byli zbyt ulegli, zbyt zapatrzeni w Boga, by postawić się jego wizji świata.
Ale Szatan nie był. W jego świadomości zrodziła się myśl, która zaczęła kiełkować jak ziarno – myśl o tym, że być może jego miejsce nie jest w tej grupie. Być może jego los nie jest związany z leniwym Bogiem i jego sługusami.
Oswajanie porwanego małpoluda było zadaniem, które z miejsca pokazało, jak bardzo lekkomyślny był plan Boga. Na początku ich więzień był czystym chaosem: szarpał się, wył, rzucał wszystkim, co miał pod ręką, i każdą okazję wykorzystywał, by spróbować ucieczki.
Gabriel i Michał szybko przekonali się, że porządna dawka nauki nie wystarczy, jeśli po każdym poluzowaniu mu więzów musieli gonić go po nizinach Edenu.
Pierwszym krokiem było nauczenie go języka. A raczej podstaw. Wskazywali na różne przedmioty, powtarzając ich nazwy, próbując przełamać barierę między nimi a ich nowym „pracownikiem”.
Małpolud wykazywał się zaskakującą bystrością. Ale to po tym, gdy dostał kilka razy sznurem po plecach. Gabriel strofował tylko Michała, aby nie za mocno, by nie przestał być wydajny. A Bóg krzyczał do nich, że jeśli uszkodzą jego niewolnika, to sam ich ukarze.
„Kto by pobił kijem swego niewolnika lub niewolnicę, tak iżby zmarli pod jego ręką, winien być surowo ukarany. A jeśliby pozostali przy życiu jeden czy dwa dni, to nie będzie podlegał karze, gdyż są jego własnością.” (Biblia, Księga Wyjścia, rozdział 21.)
Szatan tylko obserwował to wszystko z boku, nie wtrącając się. Wiedział, że to, co Bóg rozpoczął, w końcu przyniesie więcej problemów niż pożytku.
– Powiedziałem „kamień”, nie „rzuć kamieniem”! — krzyknął
Gabriel, gdy odłam skalny świsnął mu koło głowy.
Michał, zmęczony po całodziennej gonitwie za więźniem, oparł się o pobliskie drzewo.
– To jest kompletnie bez sensu — westchnął, patrząc na Boga, który oczywiście nie robił nic poza narzekaniem na to, że w Edenie jest za gorąco.
– Jak trudne może być tresowanie zwierzęcia? — odparł Bóg stanowczo, machając ręką.
Szatan prychnął, stojąc nieopodal z założonymi rękami.
– Spędzasz więcej czasu na wymyślaniu wymówek, żeby nic nie robić, niż oni na gonieniu tej biednej istoty.
Gabriel i Michał spojrzeli na niego z wdzięcznością, choć nie powiedzieli tego głośno.
– Dobra, trzeba zrobić to inaczej — westchnął Gabriel. — Michał, zbudujemy coś na kształt warowni. Zamkniemy Eden, żeby nie mógł uciec. Tygrys i Eufrat wystarczają jako naturalne granice, ale aby nie biegać za nim zbyt daleko, w przesmyku skał na północy musimy postawić coś, co go zatrzyma.
– Wartę? — zapytał Michał, a jego głos wyrażał coś między irytacją a rezygnacją. — Czyli co? Stanie z mieczem dzień i noc?
Gabriel wzruszył ramionami.
