Tonący nie krzyczą. Wspomnienia ratownika - Jakub Wojas - ebook

Tonący nie krzyczą. Wspomnienia ratownika ebook

Wojas Jakub

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na plaży życie i śmierć dzielą sekundy.

Tonący szamocze się, rozchlapuje wodę, ale nie wydaje z siebie dźwięku. Nie może nabrać tchu, traci przytomność i znika pod taflą. Często inni kąpiący się w ogóle nie zauważają, co się dzieje. Jedyną osobą, która potrafi dostrzec zagrożenie i zareagować, jest ratownik.

Jakub Wojas pracował nad Bałtykiem, na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, w południowej Anglii, na greckiej wyspie Lesbos. Opowiada o tym, jak wygląda walka o życie w zimnych wodach oceanu i we wzburzonym morzu, a także czym różni się praca ratownika w poszczególnych krajach. Wspomina mordercze treningi i egzaminy w jednej z najlepszych morskich organizacji ratowniczych na świecie. Opisuje niezwykłą więź, jaka łączy osoby czuwające nad bezpieczeństwem plażowiczów.

To książka pełna skrajnych emocji. Raz wstrzymujemy oddech, jakbyśmy sami zanurzali się pod wodą, raz z ulgą wypuszczamy powietrze, śmiejąc się z zabawnej i niegroźnej przygody. I chociaż wiele fragmentów czyta się jak powieść akcji, to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Trzymając styropianowy kubek herbaty, próbuję opanować trzęsące się ze zdenerwowania dłonie. To uczucie, gdy straciłem ich z oczu i myślałem, że nie zdążyłem, było przerażające, mimo że trwało zaledwie kilka sekund. Biorę łyk, gorąca herbata parzy usta. Co by było, gdybym dostrzegł ich nieco później? Albo gdybym płynął minimalnie wolniej? Uświadamiam sobie, jak niewiele brakowało, by ten chłopak zszedł pod wodę. Jakieś kilkanaście sekund i nie wróciłby już do domu. – fragment książki

Jakub Wojas– urodzony w Warszawie Starszy Ratownik WOPR, były ratownik medyczny i instruktor pierwszej pomocy. Ma za sobą kilkanaście sezonów pracy w zawodzie na różnych kontynentach. Obecnie mieszka w Barcelonie, gdzie może pływać w morzu przez cały rok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 373

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe. Niniejsza książka nie jest jednak ich kronikarskim zapisem, ale raczej zbiorem (nad)morskich opowieści, tak dokładnych, jak dokładna była moja pamięć.

Nazwy kilku miejscowości, jak również imiona i przezwiska niektórych postaci zostały zmienione.

1

Czerwona flaga

Szeroka plaża w jednym z najpopularniejszych nadbałtyckich miast jest tak zalana ludźmi, że niemal nie widać już piasku. Kolorowy labirynt parawanów, parasoli i plażowiczów próbujących złapać jak najwięcej słońca ciągnie się nieprzerwanie prawie po horyzont. Nad tym wszystkim góruje tylko kilka pojedynczych elementów – duże namioty z logo browarów stojące przy kilku barach oraz wieże ratownicze. Na szczytach każdej z nich widać ubrane na czerwono postacie i rozpostarte na wietrze flagi z symbolem niebieskiego krzyża i złotej kotwicy.

Plażowicze są ściśnięci wewnątrz swoich mikrokawalerek wyznaczonych przez parawany powbijane szczelnie jeden obok drugiego, tak by nawet najmniejszy kawałek plaży nie został niezagospodarowany. Czasami trudno wręcz znaleźć drogę do morza i urlopowicze błądzą między kolorowymi ściankami, tworzącymi swoisty labirynt piaskowych szlaków i ślepych zaułków. Niekiedy bardziej zorganizowana grupa takich mikrokawalerek tworzy lokalną wspólnotę i ustanawia, że dany fragment plaży zostanie drogą komunalną prowadzącą na brzeg. Ale zawsze znajdzie się jakaś spóźniona rodzina chcąca w takim przejściu wcisnąć jeszcze jeden obóz. Wspólnota się nie zgadza. Wybucha awantura. Zwaśnione strony przychodzą ze skargą do ratowników. Zupełnie jakbyśmy byli urzędem uprawnionym do cofania pozwoleń na rozstawienie parawanu, jeżeli nie zgadza się to z plażowym planem zagospodarowania przestrzennego.

„Kaaawa, herbaaata, gorąca czekolaaada, popcooorn! Goootowana kukuryyydza!” – obnośni sprzedawcy przypominają o sobie regularnie, jednym tchem wykrzykując oferowane menu. Wydaje się, jakby ich gardła nigdy nie były zmęczone i mogły godzinami generować głęboki dźwięk niczym u śpiewaków operowych. Lejący się z nieba żar sprawia, że powietrze zniekształca się w oddali i drży jak nad rozgrzanym asfaltem.

Moja wieża ma numer dwa i stoi jakieś 10 metrów od brzegu. Całe stanowisko zostało szeroko odgrodzone od plażowiczów. To chyba jedyny niezajęty fragment piasku w tej części plaży. Ludzie, widząc tak duży kawałek wolnej przestrzeni i nie dowierzając we własne szczęście, regularnie pytają, czy mogą się tu rozłożyć z kocami. Niektórzy potrafią przejść nad odgradzającą liną i rozstawiać swoje rzeczy bez pytania. Jakby powbijane bojki, krwistoczerwona torba medyczna z odblaskowym krzyżem i potężne metalowe kołowroty z liną nie niosły ze sobą informacji: „Tu pracują ratownicy, nie należy im przeszkadzać”.

Fale rosną od rana. Mają już ponad pół metra i załamują się, tworząc lawiny białej piany sunące do brzegu w krótkich odstępach. W wodzie jest mrowie ludzi. Większość trzyma się na bezpiecznej głębokości do pasa. Część woli pływać dalej, tam gdzie grzywacze są wyższe i dostarczają więcej rozrywki niż na płyciźnie. Zaczynają się tworzyć pierwsze prądy wsteczne, które na podstawie ledwo zauważalnych różnic w ukształtowaniu powierzchni i zmianie ruchu fal rozpoznawane są tylko przez wprawne oczy ratowników.

W maksymalnym skupieniu obserwujemy kąpielisko. Dwie osoby na wieży, dwie na skraju przy linii wody. Mój wzrok skacze nieprzerwanie między kolejnymi kąpiącymi się, próbuję wypatrzyć sytuację, która mogłaby rozwinąć się w coś groźnego. Regularnie sięgam po lornetkę, żeby szybko przyjrzeć się czyjemuś wyrazowi twarzy, który może być dla mnie decydującym sygnałem do rozpoczęcia akcji. Parę razy zauważam kogoś, kto swoimi nieporadnymi ruchami nie jest w stanie wyrwać się cofającej go fali i zbliżyć do brzegu. Serce wtedy przyspiesza, a gwizdek odruchowo trafia do ust. Ale szybko się okazuje, że w tamtym miejscu przecież nie jest głęboko. Ta osoba staje bezpiecznie na dnie zanurzona do piersi, po czym odwraca się do morza i rzuca z entuzjazmem na kolejną nadchodzącą falę, kontynuując zabawę. Mój puls wraca do normy. Niewykorzystany gwizdek wypada z ust i ląduje pod szyją, buja się przez chwilę na krótkim sznurku. Oczy przeskakują na kolejną osobę i kolejną, i kolejną.

Wspaniałomyślny pracodawca nie wyposażył nas w krótkofalówki, więc co kilkadziesiąt sekund muszę zahaczać wzrokiem o maszty oddalonych o ponad 100 metrów sąsiadujących wież. Jeżeli na którejś z nich flaga powędruje w dół, będzie to oznaczało, że rozpoczęła się akcja ratownicza i potrzebne jest wsparcie. Konieczność wejścia po kogoś do wody wydaje się jedynie kwestią czasu.

Pomarańczowa łódź wiosłowa stoi na piasku. Dla niej dzień pracy dobiegł końca. Morze jest zbyt wzburzone, by się nią bezpiecznie przemieszczać wśród tłumów ludzi. Za łodzią na plażowym krześle siedzi opatulony ratowniczą kurtką kilkuletni chłopiec, kolejny zagubiony tego dnia. Pół godziny wcześniej przyprowadziła go do nas jakaś zatroskana kobieta. Zajęci pilnowaniem wody nie mieliśmy specjalnie czasu się nim zaopiekować, więc posadziliśmy go z nadzieją, że rodzice go tu odnajdą.

Do końca dyżuru mamy jeszcze jakieś trzy godziny, ale już wiemy, że nie będziemy w stanie do tego czasu utrzymać na masztach białej flagi zezwalającej na kąpiel. Warunki prędzej czy później staną się zbyt niebezpieczne na pływanie. Z sąsiadującej wieży przychodzi na naradę jeden z ratowników. Zgadzamy się w swoich ocenach i zapada decyzja: wprowadzamy zakaz kąpieli ze względu na wysokie fale i silne prądy wsteczne. Informacja idzie na pozostałe stanowiska, a one potwierdzają plan.

Zmiana flagi z białej na czerwoną jest jedną z najbardziej nieprzyjemnych i niewdzięcznych czynności, jakie wykonują ratownicy. Szczególnie w ciepłe i słoneczne dni. Nowy kolor powiewający na maszcie nie spowoduje, że ludzie sami z siebie zaczną wychodzić z wody. Trzeba ich po kolei wypraszać i za każdym razem tłumaczyć przyczynę. To długie, żmudne i często frustrujące zadanie. Im w morzu jest więcej osób, tym większe prawdopodobieństwo, że wśród nich znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że ma to gdzieś i będzie kąpał się dalej. Tymczasem wprowadzony zakaz nie jest widzimisię ratownika, wbrew przekonaniom części plażowiczów, którzy komentują sytuację: „Nie chce wam się pracować!”. Wynika on z jasno określonych przepisów, które w kilku punktach wyliczają okoliczności, w jakich należy go wprowadzić. Nad Bałtykiem najczęściej jest to wysokość fali przekraczająca magiczny próg zaledwie 70 centymetrów.

Wybija ustalona godzina. Wyjmuję z torby kawałek czerwonego materiału. Podchodząc do znajdującego się tuż za wieżą wysokiego na kilka metrów masztu, mijam plażowiczów zaniepokojonych tym, co trzymam w dłoni. Przywiązuję flagę na dole, następnie ciągnę za cienką linkę i flagi zamieniają się miejscami – biała wędruje w dół, czerwona do góry. Stojąca na wieży jasnowłosa ratowniczka przeciągle i głośno gwiżdże zawieszonym na szyi Foxem. Spoglądam jeszcze w lewo i prawo, upewniając się, że na sąsiadujących stanowiskach ratownicy zrobili to samo. Na całej plaży powiewa „czerwień”.

Część znajdujących się w wodzie ludzi orientuje się, o co chodzi. Wychodzą na brzeg. W morzu nadal jest jednak kilkadziesiąt osób. Biorę do ręki pomarańczową bojkę i megafon. Przemieszczam się na linię wody. Włączam tubę, ustawiam na maksymalną głośność i „celuję” w pierwszą grupkę osób: „Szanowni państwo, z powodu pogarszających się warunków na morzu i pojawienia się prądów wstecznych ratownicy musieli wprowadzić zakaz kąpieli, o czym informuje wisząca na wieży czerwona flaga. Prosimy wszystkich o spokojne wyjście z wody”.

Idę dalej wzdłuż plaży. Zatrzymuję się przy każdej grupce kąpiących się, którzy nie zareagowali na gwizdki. Powtarzam komunikat. Megafon ma sporą moc. Część osób nas nie słucha. W takich przypadkach grzecznie ponawiam prośbę. Jeżeli to nie skutkuje i widzę, że ktoś mnie świadomie ignoruje, nadaję kolejny, bardziej spersonalizowany komunikat: „Specjalnie dla pana o blond włosach i w białych bawełnianych majtkach ponawiam prośbę o wyjście z wody”.

To prawie zawsze działa. Pan w białych gaciach od razu znajduje się na językach wszystkich okolicznych plażowiczów. Zaczyna czuć presję, wychodzi z wody i ginie w labiryncie parawanów. Tak przemieszczając się, „czyścimy” kąpielisko. Na plaży atmosfera się zagęszcza, ludziom nie podoba się nasza decyzja.

Kąpielisko jest prawie puste, dochodzimy na jego lewy skraj. Około 50 metrów od brzegu widzę jeszcze dwie lub trzy osoby pływające między falami. Przyglądam się im przez chwilę. Głowy, w regularnych odstępach, giną z pola widzenia zasłaniane przez idące fale. Rośnie we mnie znajomy niepokój, serce przyspiesza. Naciskam spust megafonu, ale w ostatniej chwili zamiast w stronę morza kieruję go na znajdującą się dalej, na lewo ode mnie wieżę numer trzy: „Trójka! Trójka! Jesteście tu potrzebni z bojkami!”.

Kładę tubę na piasku, pospiesznie ściągam koszulkę i chwytając bojkę, ruszam sprintem do morza. Falująca, spieniona woda nie pozwala na swobodny bieg po płyciźnie. Przekładam pomarańczową pętlę przez ramię i skaczę strzałką przed siebie pod nadchodzącą falę. Po kilku susach zauważam daleko z boku mężczyznę stojącego do piersi w wodzie.

– Ludzie, pomocy! Tam! – wydziera się, wskazując ręką w kierunku morza.

– Ile osób?! – krzyczę do niego, ale wiatr mnie zagłusza i mijam zdenerwowanego plażowicza, nie usłyszawszy odpowiedzi. Serce zaczyna mi walić jak szalone.

Docieram na głęboką wodę i odpalam sprint kraulem. Co kilka sekund muszę go przerwać, żeby zanurkować pod zlewającą się naprzeciwko mnie białą pianę, która stacza się po grzbiecie fal niczym lawina. Gdzieś w oddali między kolejnymi falami dostrzegam dziewczynę i chłopaka unoszących się w wodzie niedaleko siebie. Nie widzę, co konkretnie się z nimi dzieje, ale poprawiam kurs. Moje ręce i nogi pracują na pełnych obrotach, mam jednak dziwne wrażenie, że mógłbym płynąć szybciej. Głowy raz po raz wyłaniają się zza fal. Jeszcze chwila i będę ich miał. Nurkuję pod ścianę wody. Po przejściu fali staram się maksymalnie przyspieszyć. Już, zaraz, jeszcze kilka metrów. Za sekundę się pokażą. Powinni gdzieś tu być.

Rozglądam się nerwowo w lewo i prawo. Gdzie oni, do cholery, są?

Pusto.

Nie ma ich.

Nie zdążyłem.

W ułamku sekundy przez głowę przelatuje mi lawina myśli.

Czy ratownicy na brzegu nas obserwują? Ilu z nich weszło za mną do morza? Czy ci, którzy zostali, widzieli, jak para poszła pod wodę? Czy zarejestrowali miejsce, w którym to się stało, i będą potrafili je określić? Muszą wezwać SAR1 i zebrać ludzi ze wszystkich wież, żebyśmy mogli jak najszybciej odnaleźć tę dwójkę. Może kiedy odwrócę się do brzegu, to koledzy wskażą mi, gdzie mam po nich zanurkować? Musieli zniknąć dosłownie kilka metrów przede mną. Tak niewiele brakowało. Dlaczego nie płynąłem szybciej? Miałem na to siły, ale widocznie za mało się starałem.

Nadciąga kolejna fala. Trzymając wysoko głowę, płynę jej na spotkanie. Czuję, jak woda wynosi gwałtownie moje ciało, a piana agresywnie uderza w moją twarz. Będąc przez pół sekundy na szczycie fali, próbuję ogarnąć wzrokiem jak największy fragment powierzchni przed sobą.

Tam!

Są niecałe 10 metrów przede mną, po skosie. Musiałem ich przegapić. Ruszam.

Mijam dziewczynę zwróconą w stronę plaży. Stara się trzymać twarz wysoko nad powierzchnią, ale i tak co jakiś czas zalewa ją morska piana. Ruchy do żabki są krótkie i gwałtowne. Widać, że nie panuje nad sytuacją i chce jak najszybciej znaleźć się na lądzie. Jeszcze nie tonie, więc jedynie krzyczę do niej: „Płyń do brzegu!”, po czym kontynuuję sprint po chłopaka.

Zbliżając się, widzę, że jest odwrócony plecami do mnie. Jego skierowane w bok ramiona poruszają się chaotycznie, nie generując wystarczającej siły do utrzymania się ponad wodą. Twarz ledwie wystaje nad powierzchnię. Zatrzymuję się dwa metry od niego i nie spuszczając z niego wzroku, sięgam za siebie. Próbuję wymacać w wodzie linkę od bojki. Chłopak tonie tuż przede mną, a ja mam wrażenie, że złapanie tego cholernego sznurka zajmuje mi całą wieczność. W końcu przyciągam bojkę i niemal rzucam ją w jego stronę. On jej nie zauważa, ale gdy tylko dłonie wyczuwają, że mogą się czegoś chwycić, w ułamku sekundy zakleszczają się na bojce, ściskając ją z całych sił. Gdybym po prostu podpłynął do niego, w panice tak samo chwyciłby się mnie. To w najlepszym wypadku mogłoby skończyć się szarpaniną, a w najgorszym – pociągnąłby mnie ze sobą na dno.

Ma jakieś osiemnaście lat, jego przerażone oczy wydają się wielkie jak pięciozłotówki. Przez kilka sekund, podczas gdy odkasłuje wodę i próbuje nabrać powietrza, obserwuję go z bezpiecznej odległości. Powinienem go uspokoić, zadać kilka ważnych pytań, zapewnić, że zaraz wrócimy na brzeg. Przypominam sobie jednak o czymś ważnym, co nie może czekać: jeszcze tamta dziewczyna!

– Trzymaj się bojki i machaj mocno nogami! – Niemal wydzieram się do chłopaka.

Odwracam się i uruchamiam kraula, kierując się w miejsce, gdzie – jak mi się wydaje – wcześniej widziałem dziewczynę. Jest. Wciąż płynie, ale zbyt słabą żabką, by wyrwać się falom, które za każdym razem ściągają ją do tyłu, nie pozwalając ruszyć się z miejsca. Z uczepionym na bojce chłopakiem nie jestem w stanie płynąć tak szybko jak przedtem, ale dostrzegam zbliżających się dwóch ratowników z „trójki”. Docierają do dziewczyny przede mną.

Chwilę później wszyscy znajdujemy się w tym samym miejscu. Mamy chłopaka i dziewczynę, każde z nich w jednym kawałku. Biała piana zalewa nas w regularnych odstępach. Przed zarządzeniem powrotu na brzeg poświęcamy chwilę, aby sprawdzić, czy nikogo nie brakuje.

– Dobra, wszyscy gotowi?

Trzymam chłopaka mocno między sobą a bojką i oplatam nogami.

– Gotowi! Jedziemy! – pada komenda.

Jeden z ratowników ma na sobie szelki z liną asekuracyjną, która łączy nas z lądem. Wszyscy chwytamy się jego bojki, a on podnosi wysoko rękę. Lina napręża się i zaczynamy sunąć po wodzie, ściągani przez ratowników z brzegu. Przejażdżka trwa kilkanaście sekund. Po dotarciu na płyciznę stajemy na nogach i wychodzimy każdy o własnych siłach. Na piasku leży nasz sprzęt: bojki, kołowroty, poplątane liny. Część parawanowych obozowisk ewidentnie została wyrwana z miejsca, żeby ratownicy mieli przestrzeń do akcji. Zgromadzeni dookoła plażowicze biją nam brawo. Dziwnie się przez to czuję i żeby nie patrzeć na tłum, odwracam się jeszcze na chwilę w stronę morza. W wodzie nikogo już nie ma.

Zabieramy dwoje nastolatków pod wieżę, żeby upewnić się, że nie potrzebują dalszej pomocy. Trochę się trzęsą ze strachu i z zimna. Usta mają fioletowe. Usadzamy ich na krzesłach i okrywamy kocami termicznymi. Mimo że są w pełni przytomni i oddychają prawidłowo, zastanawiam się, czy do płuc chłopaka nie dostała się woda i czy nie powinien zostać dokładniej zbadany. Podajemy mu tlen. Chwytam za telefon i dzwonię na trzy dziewiątki, po chwili opisuję wydarzenie dyspozytorce.

– W całym mieście mam w tym momencie tylko jedną wolną karetkę. Jeżeli wyślę ją do was, nie będę miała już żadnej, gdyby zdarzył się poważniejszy wypadek. Na podstawie tego, co pan opisuje, proponuję, żeby te osoby po prostu wzięły taksówkę i udały się na SOR albo do najbliższej przychodni.

– Rozumiem, tak zrobimy – odpowiadam, akceptując decyzję dyspozytorki.

Para zostaje jeszcze przez jakiś czas u nas pod obserwacją, po czym odchodzi w stronę swojej parawanowej kawalerki. Przebieram się w suche ciuchy i zakładam zimową czapkę. Dyżur jeszcze trwa, ale praca ratowników polega już tylko na okazjonalnym wypraszaniu pojedynczych ludzi z wody i pilnowaniu zagubionych dzieci.

– Skoczę do baru po jakieś picie – wołam do chłopaków i udaję się w stronę zielonego namiotu.

Trzymając styropianowy kubek herbaty, próbuję opanować trzęsące się ze zdenerwowania dłonie. To uczucie, gdy straciłem ich z oczu i myślałem, że nie zdążyłem, było przerażające, mimo że trwało zaledwie kilka sekund. Biorę łyk, gorąca herbata parzy usta. Co by było, gdybym dostrzegł ich nieco później? Albo gdybym płynął minimalnie wolniej? Uświadamiam sobie, jak niewiele brakowało, by ten chłopak zszedł pod wodę. Jakieś kilkanaście sekund i nie wróciłby już do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2

Początki

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

3

Ameryka

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

4

Najnudniejsza praca na świecie

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

5

Pamelka i węgorz

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

6

Władysławowo

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

7

Tama

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

8

Kornwalia

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

9

Śmigło na piachu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

10

Anglia

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

11

Paliki

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

12

Lesbos

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

13

Na urlopie

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

14

Łeba

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

15

Żar tropików

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Słowniczek

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Podziękowania

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Przypisy

1 SAR (ang. Search and Rescue) – w tym kontekście: Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa. Definicje innych terminów czytelnik znajdzie także w słowniczku na końcu książki. (Wszystkie przypisy pochodzą od autora). ↩

Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącaMonika Koch

RedakcjaAgnieszka Radtke

KorektaTeresa Zielińska, Małgorzata Koniarska, Piotr Królak

Copyright © 2026 by Jakub Wojas Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-410-7

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.