Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Starszym należy się szacunek”
„Dzieci i ryby głosu nie mają”
„Jak się nie uspokoisz, to pani cię zabierze”
„Nie płacz, bo to denerwuje tatę”
Te zdania przez lata uchodziły za niewinne zasady wychowawcze. Oznaczały dyscyplinę, porządek. W rzeczywistości były narzędziem uciszania emocji i odbierania głosu całym pokoleniom.
W swojej poruszającej książce Ewa Koza oddaje głos tym, którym odebrano go najwcześniej. Jej rozmówcy odsłaniają to, co przez lata skrywała fasada beztroskiego dzieciństwa i mitycznej rodzinnej sielanki. Za nią kryją się: strach, samotność, emocjonalne zaniedbanie i przemoc – często ubrana w słowo „szacunek”.
Osiem wstrząsających historii. Osiem mrocznych dróg dorastania. Bicie kablem, ręką, słowem. Upokorzenia pod szkolną tablicą, gdzie wstyd staje się publicznym spektaklem. Parentyfikacja, kiedy dziecko musi stać się dorosłym, zanim zdąży być dzieckiem.
Zamykająca książkę rozmowa z psychotraumatolożką Mają Pisarek pomaga zrozumieć, jak doświadczenia z dzieciństwa rezonują w naszym dzisiejszym życiu. Ich skutkami są brak umiejętności stawiania granic, strach przed bliskością czy trudności z budowaniem zdrowych relacji.
Jak przerwać łańcuch międzypokoleniowej przemocy?
To nie są opowieści o moim domu. Te historie są jak okna w bloku naprzeciwko – późnym wieczorem nagle ktoś zapala tam światło. Widzę więcej, więcej zaczynam rozumieć z tego, co się dzieje na moim podwórku. I może dzięki temu ktoś lepiej zrozumie moje pokolenie.
Piotr Jacoń, dziennikarz
Ewa Koza – rocznik 1979, ekonomistka, psycholożka biznesu, dziennikarka, związana z mediami od 2013 roku. Zajmuje się tematyką społeczną, z naciskiem na prawa człowieka, zdrowie psychiczne osób małoletnich i wszelkie przejawy przemocy w relacjach skośnych, zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Jej teksty publikowane są . w , , Hello Zdrowie i Interii. Jest współautorką książki „Rozmowy o odpowiedzialności. Tom 7. Prawda”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 191
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewa Koza
DOBRZE WYCHOWANI
Jak wytresowano milenialsów
Dzieciom
Nie znam dziecka lat 80., które już na bardzo wczesnym etapie życia nie słyszałoby wielokrotnie powtarzanego komunikatu: „Starszym należy się szacunek!”. Urodziłam się zimą stulecia, w lutym 1979 roku, i zastanawia mnie, jak dziś wyglądałby świat, gdyby nam, a wcześniej naszym rodzicom – niezależnie od płci – nie zabraniano płakać, krzyczeć i złościć się, gdy mieliśmy po kilka lat i naprawdę tego potrzebowaliśmy. Bo czy prawo do przeżywania i okazywania emocji nie jest wyrazem szacunku do dziecka? Niestety, o okazywaniu go najmłodszym mało kto wtedy myślał. Szacunek był bezdyskusyjnie należny osobom dorosłym, z naciskiem na te, które osiągnęły wiek senioralny, niezależnie od tego, jak – etycznie, nieetycznie, przyzwoicie czy podle – się zachowywały.
Jak mówi Nina, jedna z bohaterek książki, warunkowanie szacunku wiekiem jest szkodliwe dla społeczeństwa. „Komunikując, że szacunek należy się starszym, wykluczamy dzieci, a to sprzyja ich przedmiotowemu traktowaniu”. I tak przez wieki je traktowano. Jeszcze sto lat temu w wielu rodzinach dziecko było nikim, postrzegane wręcz jak balast, „kolejna gęba do wykarmienia”, nabierało wartości dopiero, gdy mogło się czymś wykazać na rzecz rodziny i społeczności.
Tymczasem od dziesięcioleci utrwalamy narrację o beztroskim dzieciństwie, którego rzekomo doświadczył każdy człowiek. Kłopot w tym, że gdy pytam konkretne osoby o ich doświadczenia z pierwszych lat życia, rzadko dostaję opowieść pełną beztroski i bezwarunkowej miłości. Czy ta mityczna sielanka nie jest czymś, o czym wszyscy słyszeli, ale – niestety – niewielu doświadczyło?
Napisałam tę książkę z potrzeby oddania głosu tym, którym na starcie go odebrano. Większość z nas notorycznie słyszała słowa, które skutecznie blokowały i język, i emocje: „Bądź grzeczna” (to zaklęcie najczęściej kierowane było do dziewczynek), „Chłopaki nie płaczą” i legendarne: „Dzieci i ryby głosu nie mają”. Jeszcze kilka dekad temu dla znacznej części społeczeństwa oczywistym było, że dziecko jest po to, żeby pokornie spełniać oczekiwania dorosłych i nie dyskutować.
Co o swoim dziecięcym pojmowaniu szacunku mówią bohaterki i bohaterowie książki?
Dla terroryzowanej przez nauczycielkę Laury szacunek był lękiem przed dorosłymi, milczeniem, uległością, znikaniem, schodzeniem im z drogi. Gotowością do robienia wszystkiego, żeby ich nie zdenerwować, bo jak się zdenerwują, to będzie jej wina.
Dla Pawła, porzuconego przez ojca i wychowywanego przez matkę, która komunikowała się z nim krzykiem lub wymownym milczeniem, szacunek był rodzajem waluty, którą jako dziecko musiał obdarzać starszych, niezależnie od tego, jacy byli i czy go szanowali. Jak mówi, ojciec go nie szanował, bo zniknął. Matka pewnie próbowała, kłopot w tym, że nie potrafiła szanować siebie, a wtedy trudno o szacunek do syna.
Niełatwo dać komuś coś, czego sami nigdy nie dostaliśmy. I szacunku, i miłości, i nienawiści człowiek uczy się przez obserwację. Tylko trzy z ośmiu osób, których historii wysłuchałam, mają dzieci. Pozostałe – niezależnie od przyczyn bezdzietności – są przekonane, że dobrze, że nie są w roli rodzicielskiej, bo obawiają się, że mogłyby jej nie sprostać. Myślę, że żadne wcześniejsze pokolenie rodziców nie było tak krytycznie oceniane przez społeczeństwo, jak osoby, których dzieci urodziły się po roku 2000.
Jak mówi psychotraumatolożka Maja Pisarek: „Patrzę na moje córki i widzę, że między nami jest gigantyczna przepaść, chociażby w kwestii rozwoju technologicznego. Dzisiejsze dzieci «rodzą się ze smartfonem», my żyliśmy w komunikacji trzech-czterech bloków, one w świecie wszystkich kontynentów. To kosmiczny rozstrzał. Olbrzymią korzyścią płynącą z rozwoju technologicznego jest to, że nasze dzieci znają swoje prawa. Nie da się ich już tak łatwo pobić, wdeptać w ziemię czy rozebrać do naga pod tablicą”.
Obserwując chociażby rynek pracy, widać wyraźnie, że żyjemy na styku zderzenia dwóch płyt tektonicznych – pokolenia młodych, którego przedstawicielki i przedstawiciele potrafią powiedzieć: „Nie podoba mi się ta praca. Wychodzę”, i pokoleń wcześniejszych, czyli ludzi nierzadko tresowanych w uległości, osób, których nie nauczono ani szacunku do siebie, ani umiejętności stawiania granic. Niełatwe to spotkanie. Myślę, że jedyną drogą do porozumienia – na każdej płaszczyźnie życia społecznego – jest dialog oparty na dwustronnym, niczym niewarunkowanym szacunku.
Nieustannie słyszałam, że mam wszystko, co tylko mogłabym mieć, i o niczym nie powinnam już nawet marzyć. Powinnam być wdzięczna, szczęśliwa i podrygiwać z radości, więc mimo tego, co mówiła mi dusza, serce i rozum, starałam się podrygiwać – mówi Maria.
Podczas jednej z pierwszych rozmów zapytałam, co lubisz jeść. Odpowiedziałaś: „Nie wiem, dawno nikt mnie o to nie pytał”. A ty, zadajesz sobie takie pytanie?
Zdarza mi się.
O co zapytałaś siebie w ostatnim czasie?
O to, czy pewna relacja jest dla mnie komfortowa. Stwierdziłam, że niekoniecznie, więc delikatnie ją ograniczyłam. Zadałam sobie też pytanie, czy dobre jest to, że ciągle jestem w pracy. Uznałam, że służy mi, gdy zostaję w domu dwie godziny dłużej, i dałam sobie na to przyzwolenie.
Wrócę do jedzenia. Czym ono dla ciebie jest?
Daje mi poczucie bezpieczeństwa, bywa nagrodą, ale bywa też czymś zupełnie nieistotnym, na co nie zwracam uwagi. To u mnie bardzo, ale naprawdę bardzo, zaburzone. Przez lata gotowałam dla synów, to był mój obowiązek, ale obaj się wyprowadzili, więc zdjęłam go sobie z głowy. Ciągle próbuję złapać równowagę po przeżyciach związanych z tym, że drugie dziecko opuściło gniazdo, i to przedwcześnie, bo w wieku piętnastu lat wyjechało się kształcić.
Moja relacja z jedzeniem jest bardzo trudna, tym bardziej że mam Hashimoto i od sześciu lat nie jestem w stanie schudnąć, nawet przy gigantycznym deficycie kalorycznym. Myślę o sięgnięciu po wsparcie psychodietetyczne, bo sama tego raczej nie uporządkuję. Jest mnie sporo, a to, że nie widać odbicia, nie chudnę, mimo ograniczania kalorii, jest bardzo frustrujące. Mam insulinooporność i – wbrew temu, jak wyglądam – anemię.
Czujesz smak tego, co jesz?
Czasami tak, czasami nie. Trudno mi podać jednoznaczną odpowiedź. Ten aspekt mojego życia jest potwornie poplątany. Jestem osobą, która świetnie gotowała, raczej wybredną, po ojcu dość łakomą, to napadowe.
Potrafię wsuwać przez trzy dni albo trzy tygodnie, a potem jest stop i nie jem prawie wcale. Albo jem bardzo dużo, albo bardzo mało, albo niesystematycznie. Jak twierdzi psychiatra, który trzyma mnie przy życiu, to zaburzenia odżywiania w pełnej skali – od miłości do jedzenia, przez niezauważanie go, aż do negacji.
Kiedy ostatnio zrobiłaś coś pysznego tylko dla siebie?
Chyba pół roku temu zrobiłam sobie ziemniaczki. Jestem ze Wschodu, więc wszystko, co z ziemniaków, jest dla mnie genialne. Dodatkiem było jajko sadzone i pomidory albo ogórki, już nie pamiętam.
Od pół roku jesteś na diecie pudełkowej?
Nie, już nie. Teraz mnie na nią nie stać, poza tym zdrowotnie niczego dobrego mi nie przyniosła, a bardzo na to liczyłam. W pracy zwykle jem coś gotowego, co kupujemy z dziewczynami. Nie jadam śniadań, w domu nie gotuję, chyba że przyjeżdżają dzieci. Ostatnio zjadłam kotleta, bo smażyłam dla młodszego syna. O jedzeniu dla siebie raczej nie myślę.
Jakiś czas temu powiedziałaś: „Lubię robić prezenty, nie lubię ich dostawać. I nie świętuję urodzin”. Drugie zdanie zabrzmiało niemal jak groźba (śmiech). Usłyszałam w tym: „Tylko mi tu nie wyskakuj z jakimiś niespodziankami”. Jak jest na co dzień – umiesz przyjąć coś, co ktoś chce ci dać?
Tak. Miałam z tym problem, ale już umiem. Teraz prezenty bez okazji są absolutnie cudowne – sama je robię i nauczyłam się przyjmować. Natomiast nienawidzę urodzin, mam tak od dzieciństwa.
W swoją osiemnastkę – o czwartej nad ranem – wsiadłam w pociąg i pojechałam do Białegostoku. Byłam licealistką, nie miałam kasy, więc podróżowałam osobowymi, jechałam pięć godzin. Wysiadłam, kupiłam butelkę wódki, wypiłam setkę, resztę oddałam jakiemuś mężczyźnie. Posiedziałam na skwerku, potem na przystanku, wskoczyłam do pociągu i przez kolejne pięć godzin wracałam do domu. Dotarłam po północy, zignorowałam świętowanie. Żadna impreza z rodziną czy ze znajomymi nie wchodziła w grę.
Pięćdziesiątkę spędziłam z przyjaciółką, która na wieść o tym, że chcę się zaszyć w jakimś hoteliku, powiedziała, że zabiera mnie w ładne miejsce. Spędziłyśmy trzy dni w pięknych wnętrzach. Uciekłyśmy od ludzi i od problemów. Była tylko woda, drzewka i pieski, które przychodziły się połasić. To był bardzo miły czas, odpoczęłam.
Wszyscy inni, łącznie z dziećmi, mieli absolutny zakaz jakichkolwiek działań urodzinowych. Koleżanka, która bardzo chciała dać mi prezent, dała mi go z okazji maja. Przyjęłam. Nie lubię świętowania swoich urodzin, to obciążające. Jak co roku, bardzo chciałam mieć to już za sobą.
Miałaś jakąkolwiek imprezę urodzinową?
Tak, zrobiłam jedną, w knajpie, żeby podziękować tym, którzy chwilę przed urodzinami pomogli mi w bardzo trudnej sytuacji. Chciałam ich nakarmić. Tak się najedliśmy, że nikt nie miał siły do zabawy.
Co w sobie lubisz?
To, że nie mam problemu z obśmiewaniem samej siebie. Traktuję i siebie, i ludzi, których lubię, z dużym dystansem. Jestem dość bystra. Mam fajne poczucie humoru, lubię swoją opiekuńczość, staram się być wrażliwa społecznie.
Trudnością jest to, że mam fobię społeczną i spotkania z ludźmi – zwłaszcza w skupiskach – bardziej mnie męczą niż karmią. Jeśli jest to niezbyt liczna grupa, to okej, byle nie za często, bo momentalnie jestem przebodźcowana. Co ciekawe, sama jestem adehadowcem i robię wokół siebie mnóstwo zamieszania. Mam specyficzne ADHD – u mnie nie ma typowej nadpobudliwości nerwowej, ale są trudności z odprężeniem, relaksem i wyciszeniem.
A czego w sobie nie lubisz?
Jestem zbyt szybka w podejmowaniu decyzji, a nawet w reagowaniu, wiem, że czasem brakuje mi trzech oddechów, zanim odpowiem. Uczę się tego. Choć dużo pracuję, jestem leniwa. Bywam despotyczna.
Nie tyle nie lubię, co wręcz nienawidzę tego, że jestem osobą wysokolękową. Nie znoszę swojej słabości psychicznej. Myślę, że mogłabym zrobić więcej sensownych rzeczy, gdybym była silniejsza.
Wiesz, że sprawiasz wrażenie bardzo silnej?
Oczywiście, że wiem. To mechanizm obronny. Myślę, że dużo nałożyło się na to, jak funkcjonuję – i samotne wychowywanie obu synów, i specyficzna relacja z mamą. Ojciec zmarł dwadzieścia pięć lat wcześniej niż ona, a ja przejęłam jego rolę. Zresztą, już jako dziecko pełniłam rolę osoby dorosłej.
Jestem wytresowana w tym, że mam być silna i odpowiedzialna, bo inni mnie potrzebują. W wieku piętnastu lat dowiedziałam się, że zostałam adoptowana, że jestem biologicznym dzieckiem własnej ciotki. Na wieść o tym, że wiem, obie mamy wpadły w histerię. Jedna biadoliła, że nigdy nie uważałam jej za matkę, druga lamentowała: „Boże, dlaczego ja cię oddałam?!”. Ojcowie uznali, że nie ma tematu, i patrzyli w sufit, a ja uspokajałam wszystkich, powtarzając, że nic się nie stało, że wszystko jest dobrze. Cztery dorosłe osoby zachowywały się jak dzieci. Nie było wyjścia, ktoś musiał nad tym wszystkim zapanować.
Kto ci o tym powiedział?
Kolega, z którym piłam wino na skwerku, powiedział, że moją biologiczną matką jest młodsza siostra tej, która mnie wychowuje – zrobiono adopcję wewnątrzrodzinną. Nie pamiętam szczegółów, pewnie poszłam z tym do mamy, a ona zadzwoniła do ciotki.
Jak ci to wyjaśnili?
Podając fakty. Z uwagi na konflikt serologiczny, rodzice nie mogli mieć dzieci. Mama poroniła dziesięć razy. Po dwudziestu latach starań, gdy małżeństwo im się niemal rozpadło, w akcie desperacji postanowili adoptować dziecko młodszej siostry mamy. Ciotka miała już czworo, byłam jej piątym dzieckiem, później urodziła jeszcze jedno. Dla rodziców byłam pierwszym i jedynym.
Po latach okazało się, że moim biologicznym ojcem jest ten, który mnie wychowywał. Jak się dowiedziałam, gdy ciotka była w czwartej ciąży, rodzice byli z nią umówieni na adopcję, ale urodziła i powiedziała, że nie odda im dziecka. Mama wpadła w czarną rozpacz, usiłowała się powiesić. W związku z tym ojciec, który bezgranicznie ją kochał, umówił się z ciotką, że on będzie biologicznym ojcem jej kolejnego dziecka. Wiedział, że w takiej sytuacji ciotka nie będzie mogła wycofać się z umowy. Nawet gdyby chciała pójść do sądu, z uwagi na status społeczny on był na wygranej pozycji.
Pojawiła się w tobie potrzeba nawiązania relacji z biologiczną matką?
Nie, nigdy jej nie lubiłam. Była rubaszna, zupełnie inna niż moja mama. Nie nadawałyśmy na tych samych falach. Miała koszmarny zwyczaj szczypania mnie w policzek i częstowania komentarzami: „O, ale masz boczek”.
Próbowałam nawiązać relacje z moim rodzeństwem, ale na dłuższą metę to się nie udało. Oni ze sobą też nie mieli więzi, zwiewali z domu, gdy tylko mieli ku temu okazję. Pozycja dziwaka w tej rodzinie jest dla mnie wygodna. Nie lubię ich, nigdy nie lubiłam przebywać w ich domu.
A jak czułaś się w swoim?
Rodzice przez lata marzyli, żeby mieć dziecko, doczekali się go głęboko po czterdziestce i zachowywali się tak, jakbym była rzadkim dobrem, które w każdej chwili może się rozpaść, uciec czy umrzeć. Żyłam w złotej klatce. Mama gotowała mi rosoły na gołębiach, bo podobno wzmacniały kości. Karmiła mnie tak, jakbym miała zostać King Kongiem.
W wieku czterech lat pisałam i płynnie czytałam. Nikt nie wie po co, ale coś musiałam robić, bo nie mogłam wychodzić na dwór. Nie mogłam bawić się z dziećmi, one były postrzegane jako zagrożenie, bo przenosiły wirusy, bakterie i inne zarazki, a mama koncentrowała się na tym, żeby mnie chronić. Nie pozwalała mi biegać po podwórku, przecież by mnie zawiało i przeziębiłabym się. Byłam ubierana na cebulkę, tyle że pięć razy grubiej niż inne dzieci, więc co chwilę byłam chora.
Mama szprycowała mnie antybiotykami, czego konsekwencje ponoszę do dziś. Wiem, że ona nie była ich świadoma. Wtedy był to doskonały sposób, żeby pozbywać się ciągłych infekcji. Nie wpadła na to, że źle mnie ubiera, że nie mam odporności, bo mnie nie hartuje. Połowę roku szkolnego spędzałam w domu. Uczyłam się, startowałam w olimpiadach, ale nie miałam żadnych znajomych.
Byłam dziwna, w podstawówce byłam szykanowana, dzieci na mnie polowały, kłuły mnie długopisami, zamykały w szatni. Dzieci nie lubią inności, a ja byłam inna, pod wieloma względami zupełnie inna niż one. Mówiłam językiem dorosłych, posługiwałam się innym aparatem pojęciowym. Byłam przemądrzała i pyskata. Nie bardzo rozumiałam swobodę, rozrywki i zabawy, nie wiedziałam, czemu to ma służyć.
Nie widziałam niczego niepokojącego w tym, że pani nie kończy jeszcze zadawać pytania, a ja – zawsze jako pierwsza – podnoszę rękę. Byłam takim małym przeuczonym cyborgiem, wyższym od wszystkich o półtorej głowy. Do tego mama ubierała mnie tak, jakby była moją babcią, bo de facto była w wieku babć moich koleżanek. Nosiłam futerko z królika, a marzyłam o żarówiastej czapce i szaliku. Nie chciałam chodzić w „babcinych” botkach, mama tego nie rozumiała. To wszystko pogłębiało moje poczucie wyobcowania, czułam się Shreczycą w wiosce ludzi.
A jak już byłaś w szkole, rozmawiałaś na przerwach z rówieśnikami?
Nie pamiętam tego. Posttraumatyczne rozwarstwienie osobowości, które u mnie zdiagnozowano, owocuje zanikami pamięci, mam wymazane miesiące i lata, nie pamiętam połowy życia. Wiele zdarzeń jedynie w zarysie. Nie sądzę, żebym na przerwach z kimś rozmawiała. Około piątej klasy zaczęłam sobie wymyślać fikcyjnych znajomych.
Chodziłam do podstawówki na drugim końcu miasta, mój ojciec był w niej dyrektorem. Byłam kujonem, wiedziałam wszystko do poziomu piątej klasy, miałam piątki od góry do dołu. To potwornie nieprawidłowe wychowawczo. Co ciekawe, moi rodzice byli świetnymi nauczycielami, usłyszałam to od wielu ludzi, których uczyli, a tu bęc, na swoim podwórku czasem najtrudniej.
Chcę wyraźnie podkreślić, że to byli bardzo przyzwoici ludzie, którzy mocno mnie kochali. Mocno, ale nieumiejętnie. Nie potrafili przełożyć miłości na przygotowanie mnie do życia, do dobrego funkcjonowania w społeczeństwie. Kompletnie im się to wszystko rozjechało. Wiem, że ich intencje były czyste.
To nie była żadna – w powszechnym rozumieniu tego słowa – rodzina patologiczna, w której się pije, bije, a dziecko ma się za nic. Absolutnie nie, ja byłam bardzo kochanym dzieckiem, tyle że nieprawidłowo z punktu widzenia mojego rozwoju. Powinnam była bawić się z rówieśnikami, na pewnym etapie babrać w błocie, a potem biegać po śniegu. Nie doświadczyłam tego.
Mówisz o posttraumatycznym rozwarstwieniu osobowości. Co było jego źródłem?
Mama stosowała szantaż emocjonalny. Ciągle słyszałam: „Bo mamie będzie smutno”, i robiłam wszystko, żeby do tego nie dopuścić. W wieku siedmiu lat pojechałam na dwutygodniowy obóz, na którym byłam omijana, lekceważona i szykanowana przez dzieci. Potwornie tam cierpiałam. Pięć dni przed jego zakończeniem przyjechała do mnie mama i spytała, jak się bawię? Odpowiedziałam, że wyśmienicie. Zapytała, czy chcę zostać na drugi turnus. Oczywiście, powiedziałam, że chcę, inaczej mamie byłoby smutno. Byłaby rozczarowana, a do tego nie mogłam dopuścić.
Dziecko, które czuje się odpowiedzialne za emocje rodzica, przyjmuje jego rolę. Nie jest szczere, bo koncentruje się na tym, jakie emocje wzbudza swoim zachowaniem u opiekuna. Czuje się opuszczone, to syndrom osierocenia. Dzieci mnie szykanowały, śmiały się ze mnie, a ja nie pobiegłam do mamy z płaczem: „Mamo, bo oni mnie nie lubią”. Powinnam to zrobić, ale wiedziałam, że ją zawiodę, że będzie jej smutno. To, że dziecko zamienia się w dorosłego, bo czuje, że nie może liczyć na osobę dorosłą, to trauma dziecięca.
Bardzo długo szarpałam się między miłością a nienawiścią do mamy. Podziwiam ją, choć – delikatnie rzecz ujmując – nie uprościła mi życia. Od pięćdziesięciu lat ponoszę konsekwencje tego, jak mnie wychowywała, ale jestem pewna, że w większości nie zrobiła tego świadomie. Pogubiła się w swojej roli. Doceniam to, co zrobiła ze swoim życiem. Miała w sobie bardzo dużo odwagi, determinacji i pracowitości. Była dziewczyną z wielodzietnej, biednej rodziny, a zapracowała sobie na godne życie.
Jaka była twoja relacja z ojcem?
Jak byłam małą dziewczynką, było super – tata mnie uwielbiał. Potem, gdy zaczęłam się buntować, chyba nie do końca rozumiał, o co chodzi, a jeszcze później mama go w jakiś sposób odizolowała. Podejrzewam, że kierował nią kompleks, że nie mogła urodzić dziecka, więc postanowiła przejąć dowodzenie w wychowywaniu. Ojciec był w niej tak bezgranicznie zakochany, że jej ulegał.
Gdy okazało się, że wiem o adopcji, spłoszył się, podobnie jak matka, ale moje postrzeganie rodziców i moje nastawienie się nie zmieniło. Tata zmarł zaraz po sześćdziesiątce.
Mama wiedziała, że jej mąż jest twoim biologicznym ojcem?
Myślę, że wiedziała, ale wypierała to. Rozmawiałyśmy na ten temat dwa razy, już po jego śmierci. Gdy zapytałam, zaprzeczyła, raczej dla zachowania pozorów. Pamiętam, że powiedziałam jej, że jeśli to prawda, to jest to największy dowód miłości, jaki mógł jej dać. Oboje pragnęli dziecka, żona próbowała się powiesić, małżeństwo się sypało – zrobił, co było w jego mocy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Okładka
Strona tytułowa
Wstęp
Maria. Żyłam w raju, ale spałam na gwoździach
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
© Wydawnictwo WAM, 2026
Opieka redakcyjna: Maciej Müller
Redakcja: Grzegorz Bogdał
Korekta: Magdalena Pawłowicz
Projekt graficzny, skład i łamanie: Lucyna Sterczewska
Projekt okładki i grafika: Marcin Jakubionek
Zdjęcie autorki: Małgorzata Chmura
ISBN: 978-83-277-5086-0
MANDO
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
mando.pl
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA
tel. 12 629 32 70
Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk
