The Golden Raven - Nora Sakavic - ebook
NOWOŚĆ

The Golden Raven ebook

Nora Sakavic

5,0

160 osób interesuje się tą książką

Opis

„Mam gdzieś, co o mnie myślą. Nie mogę się tym przejmować. Liczy się tylko to, jak gram”.

 

Jeremy Knox nie raz musiał radzić sobie z kryzysami, ale jego ostatni sezon na boisku rozpoczął się naprawdę katastrofalnie. 

 

Nieustająca krucjata wymierzona w nowego członka zespołu zagraża bezpieczeństwu ich ostoi, którą wraz z przyjaciółmi z takim wysiłkiem budowali. Jeremy obiecał Jeanowi, że zanim skończy studia, czeka ich wybitny sezon, ale kolejne tragedie i brudne sekrety sprawiają, że na każdym kroku oboje napotykają przeszkody.

 

Jean Moreau przyrzekł, że Trojanie z USC zdobędą mistrzowski tytuł, i zamierza dotrzymać słowa. Jasne, byłoby znacznie łatwiej, gdyby zrezygnowali z moralnej wyniosłości i od czasu do czasu potrafili wbić rywalowi łokieć w żebra.

 

Ich zatwardziała niechęć do jego metod jest niemal tak samo denerwująca jak niechciana sympatia, którą go darzą. Ale być może to nie oni muszą się zmienić.

 

Jak ma nauczyć się latać, gdy tak wielu ludzi próbuje ściągnąć go na dno?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 685

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Golden Raven

Copyright © Nora Sakavic 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Szalska-Radomska

Korekta: Joanna Błakita, Kamila Grotowska, Martyna Góralewska

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracje: Ida Chańko

ISBN 978-83-8470-040-2 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Rozdział pierwszy

Jean

W piątek poranny trening rozpoczął się od krótkiego spotkania zespołu. Gdy Trojanie się zjeżdżali, czekał na nich jeden z trenerów i od razu kierował do pokoju narad. „Siadajcie gdzie bądź” – to jedyne wytyczne, jakie dostawali, ale drużyna i tak nawykowo podzieliła się na obrońców i atakujących.

Tylko napastniczka Ananya Deshmukh nie zwracała uwagi na status quo i usiadła z Cody Winter i swoim narzeczonym Patrickiem Toppingsem, czyli dwoma obrońcami. Podniosła głowę, słysząc zamieszanie, bo chciała sprawdzić, kto przyszedł. Szczęka jej opadła, gdy ujrzała poobijaną twarz Jeana Moreau.

– Boże drogi – rzuciła zbyt głośno i teraz już wszyscy patrzyli w jego stronę.

Catalina Alvarez dotknęła go przelotnie ramieniem, ale Jean miał gdzieś, że jest obserwowany. Przez większość kariery w Krukach cały czas chodził posiniaczony i zakrwawiony. Jego dawni koledzy nie szczędzili mu szyderstw i od razu wykorzystywali osłabienie chłopaka na korcie, natomiast mieli dość oleju w głowie, żeby nie zadawać pytań. Większość z nich zakładała, że kontuzje to efekt niezadowolenia mistrza, zwłaszcza że idealna reprezentacja codziennie odbywała prywatne sesje treningowe. Jean już się nie dowie, czy Kruki szczerze w to wierzyły, czy po prostu nie były w stanie spojrzeć krytycznie na czyny ukochanego kapitana.

– Zostawiliśmy cię samego na dwanaście godzin – stwierdził Pat. – Wpadłeś pod samochód czy co?

Głupie pytanie zasługiwało na głupią odpowiedź, więc Jean rzucił krótkim:

– Tak.

– Porozmawiamy sobie o tym, to na pewno – odezwał się Jeremy Knox.

Wszedł do sali przed Jeanem, ale teraz się obrócił i przyglądał jego obojętnej twarzy. Nic więcej nie dodał, ale Moreau dostrzegł, że spojrzenie ma uważne. Jean tego nie skomentował, tylko wszedł głębiej do pokoju i się rozejrzał. Lucas Johnson i jego kumple jeszcze nie przyjechali, ale wyglądało na to, że cała reszta obrony była już na miejscu.

Krzesła w sali ustawiono w pięć rzędów po pięć sztuk, przed trenerem Jimenezem stał stół, gdyby ten go potrzebował. W pierwszym siedzieli William Foster i Jesus River z drugiego roku, a także pełen zapału pierwszoroczniak, jednak teraz przestali gadać i wszyscy bezwstydnie gapili się na Jeana. Ekipa Cody okupowała drugi szereg krzeseł, a w czwartym zasiedli Shawn Anderson z piątego roku i Shane Reed. Nie mieli nic do powiedzenia, lecz ich spojrzenia były ciężkie i niewzruszone. Kontuzje Moreau sprzyjały tylko jednemu z nich, bo to jego miejsce w tym sezonie planował zająć, więc chłopak natychmiast hardo odpowiedział na ich spojrzenia.

Jeremy poprowadził Jeana i Cat do trzeciego rzędu, żeby mogli usiąść za Ananyą. Gdy dziewczyna zajęła miejsce za Cody, podrapała jeno z uczuciem po ogolonej głowie, ale ono nawet się z nią nie przywitało, bo tak intensywnie wpatrywało się w Moreau. Cała trójka właśnie się rozsiadła, kiedy do środka zawitała Laila Dermott. Skoczyła do szatni, żeby schować lunch do szafki, a teraz przycupnęła po drugiej stronie Cat i stwierdziła krótko:

– Lucas przyjechał.

Ostrzegła ją z wyprzedzeniem ułamków sekund, bo rzeczony Lucas Johnson właśnie przestępował próg. W całym pomieszczeniu natychmiast zmieniła się aura. Shane zerwał się na równe nogi i zaniepokojony zawołał:

– Jezus Maria, Lucas.

Godziny następujące po wizycie Graysona okazały się dla nich obu mało sprzyjające. Zaczerwieniona skóra i blade cienie, które rozkwitły wokół ich soczystych siniaków, pokrywały znaczne połacie twarzy. Lucas miał lima pod oczami i złamany nos, Jean zaś długie zadrapania na policzkach. Johnsonowi nie chciało się niczego maskować, a Moreau znalazł rano chwilę jedynie na to, żeby zmienić opatrunki po śladach zębów na gardle i nadgarstkach.

– To się musi skończyć – powiedział Shane, patrząc to na jednego, to na drugiego. – Na miłość boską, gracie w jednej drużynie.

– Shane… – zaczął Jeremy, ale Lucas go wyprzedził.

– To nie nasza robota – wytłumaczył, wprowadzając Travisa Jordana i Haoyu Liu do czwartego rzędu.

Shane i Shawn byli tu pierwsi, przez co Lucas musiał zająć wolne miejsce za Jeanem. Moreau nie miał ochoty zwracać na niego uwagi, więc tylko skrzyżował ręce na piersi i patrzył przed siebie. Johnson zatrzymał się za jego plecami, ale nim usiadł, poprawił się:

– Nie jego robota. Tylko moja.

– A co to ma niby znaczyć? – zapytał Shane. – Jeremy? Jean?

Jeremy nadal był obrócony tak, że widział drzwi, rzucił więc tylko zdawkowo:

– Trener.

Do sali wkroczył Eduardo Jimenez, kilka kroków za nim szła Jackie Lisinski. Nigdzie nie było widać Jamesa Rhemanna ani Michaela White’a, przez co Jean założył, że zajmują się drugą salą. Lisinski miała pochmurną twarz, tę Jimeneza było zaś trudno odczytać. Trener obrony policzył szybko zebranych, po czym walnął teczką o dłoń.

– Dzień dobry – zaczął. – Kilka szybkich komunikatów i wracamy na właściwe tory. Po pierwsze: Lucas i Jean trenują do odwołania z zakazem wchodzenia ciałem, będą mieli założone koszulki bezkontaktówki. Dziś nie wezmą też udziału w gierkach.

Cat położyła mu dłoń na kolanie. Chciała go tym pocieszyć, ale Jean wziął to za ostrzeżenie. Przez pół sekundy łudził się, że trenerzy nie zauważą, jak zareagował na te wieści, lecz oczywiście zauważyli. Jimenez spojrzał w jego czujne oczy i powiedział:

– Będziemy oceniali twoje postępy codziennie, pozwolimy ci na więcej, gdy to będzie bezpieczne. Bez żadnych dyskusji.

Jean nie miał jak się kłócić, więc tylko przygryzł policzek, aż poczuł krew, i pomyślał: nie. Spędził w bezkontaktówce cały tydzień, była jak pętla na szyi. Ten dzień miał być ostatnim dniem cierpień z powodu tych ograniczeń. Ale nie, oni pchnęli go o trzy kroki wstecz i w ogóle zakazali wstępu na boisko.

– Jeśli nie macie jeszcze tego numeru w komórkach, to proszę, zapiszcie go sobie. – Lisinski odwróciła się do tablicy i wypisała na niej rząd cyfr. Podkreśliła go dwa razy, zatkała marker, zastukała w tablicę paznokciami i otaksowała wzrokiem zebranych. – To do ochrony kampusu. W Lyonie będziemy mieli eskortę, zauważycie też wzmożoną ochronę, jak pójdziecie na lunch.

Jimenez w końcu otworzył teczkę i wyciągnął z niej wydrukowany na całej kartce kolorowy portret Graysona Johnsona. Został wykonany od przodu, na czarnym tle. Jean pomyślał, że ściągnęli go ze strony promocyjnej Kruków. Grayson nawet ze zdjęcia emanował podłością. Moreau musiał odwrócić spojrzenie od przeszywającego go wzrokiem człowieka.

– Jeżeli zobaczycie go gdziekolwiek na kampusie, od razu zgłaszacie to ochronie, a zaraz potem nam – oświadczył Jimenez. – Nie obchodzi mnie, czy jedynie zapytał was o drogę, czy wiązał sobie buta gdzieś na murku. Dzwonicie, nawet jeśli tylko wam się wydaje, że to on. Zrozumiano?

– Moment… – odezwała się Ananya. Nachyliła się, by lepiej przyjrzeć się zdjęciu. Niepewność spowalniała jej ruchy, ale Jean aż słyszał, jak pracują trybiki jej pamięci. – Znam tę twarz. Przecież to Kruk. To… och… – Odwróciła się i wbiła wzrok w Lucasa. Dzieliło ich kilka lat różnicy, Grayson był masywniejszy i przepełniony większą ilością gniewu, niż Lucas kiedykolwiek zdołałby w sobie wzniecić, lecz podobieństwa i tak nie dało się nie zauważyć. – To twój brat, prawda? Gray?

– Grayson – potwierdził Lucas przybitym głosem. – Pojawił się wczoraj w Los Angeles, szukał Jeana. Mówił, że chce tylko pogadać, ale… – Przełknął ślinę tak głośno, że Moreau to usłyszał. Nieoczekiwanie okazało się, że Lucas ma dość oleju w głowie, żeby maksymalnie przypudrować prawdę: – Próbował zabić Jeana.

– Wygląda na to, że ciebie też – stwierdził Shawn.

– Ja go nie obchodziłem. Po prostu się wściekł, że stanąłem mu na drodze, ale nie byłem w stanie go powstrzymać. Gdyby trener L się nie pojawiła, to… – urwał.

Jean nie miał ochoty tak szybko do tego wracać, lecz cicha groza w głosie Lucasa sprawiła, że zaczął szarpać za niteczki w bandażach.

– Oczywiście, że nie byłeś w stanie – odezwał się z takim rozdrażnieniem, że Jeremy aż spojrzał na niego z rezygnacją. – Graysona potrafił pobić w walce tylko…

Zakończenie nieoczekiwanie utknęło mu w gardle, wyostrzyło się w coś zupełnie obcego w świetle wczorajszej napaści. Gdyby próbował na siłę wypowiedzieć to słowo, poszatkowałby sobie język, ale odbijało mu się w uszach głośniejszym echem niż bicie własnego serca. Zane.

Zane Reacher, który obiecał, że będzie go bronił przed Graysonem, i który latami walczył zacięcie, by zapewnić, że Jean będzie przygotowany na krytyczne momenty. Zane, któremu tak bardzo zależało na idealnej drużynie, że Moreau nie był w stanie mu nie zaufać. Zane, który bez problemu mógłby wywalić Graysona z ich pokoju, gdyby tylko uznał, że Jean zrozumiał przekaz, lecz zamiast tego jedynie przewrócił się na drugi bok i burknął, żeby byli ciszej.

Przez chwilę chłopak znalazł się myślami kilka miesięcy wstecz, znów klęczał na podłodze i błagał o łaskę. Słyszał, jak łamanym głosem prosi Riko, żeby w końcu przydzielił Zane’owi numer. Aż czuł, jak jego zakrwawione palce ześlizgują mu się po nadgarstkach. A przede wszystkim pamiętał jego spojrzenie: lodowate rozbawienie upokorzeniem Jeana przechodzące w śmiercionośną nikczemność, kiedy tylko zrozumiał, że ten bardziej boi się ich nagłego przymierza niż potencjalnego odwetu Riko. Powinien go pobić za to, że zapomniał, kto jest Królem. Ale w zamian kazał mu patrzeć, jak nastawia Zane’a i Graysona przeciwko sobie.

Przewróciło mu się w żołądku, poczuł pieczenie w ustach wywołane powstrzymywaną falą kwasu. Zaczął wycinać sobie szramy na przedramieniu, żeby się uziemić. Jeremy złapał go za nadgarstki, więc Jean wbił wzrok w przeciwległą ścianę. Jasna farba i promienne wzory stanowiły jakże oślepiającą różnicę względem Gniazda. Od razu mu przypominały, że jest już bardzo daleko od Wirginii Zachodniej. Riko nie żyje, Zane skończył studia, a Grayson musi jutro wyjechać z Los Angeles, żeby zdążyć na letnie przygotowania Kruków.

W pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza, którą w końcu przerwał Jimenez.

– Jeżeli go zobaczycie, to pod żadnym pozorem się do niego nie zbliżajcie. Zrozumiano? Jakieś pytania? W porządku, no to dziękuję i oddaję was trener Lisinski. Trenerko?

– Ruszać się – powiedziała, klaszcząc. – Za pięć minut wszyscy mają być przebrani i gotowi do biegu.

Drugie spotkanie zakończyło się wcześniej, bo tam nie przeszkadzali sobie żadnymi pobocznymi tematami. Gdy obrona kierowała się do swoich szafek, Lucasa i Jeana odprowadzały wścibskie spojrzenia. Jazgotliwe trajkotanie, które przez cały tydzień odbijało się od ścian szatni, dziś gdzieś zniknęło. Zastąpiła je ponura cisza, która ciążyła Jeanowi w kościach niczym aż nazbyt dobrze znane brzemię.

Rozgrzewkowe okrążenie wokół kampusu także było niepokojąco ciche. Kiedy tylko dotarli do Lyonu, Lisinski podzieliła ich na standardowe grupy. Zmieniała ich skład zależnie od potrzeb, sprawdzała postępy zawodników, a gdy trzeba było, niektórych dociskała. Jean się nie zdziwił, że zaczął w nielicznej ekipie Xaviera. Trenerka postąpiła mało subtelnie, zajmując się najpierw pierwszoroczniakami. Niemal od razu znalazła się u jego boku.

Obserwowała zza ciężkich powiek, jak Jean wyciska na barki, analizowała płynność jego ruchów. Chłopak niemal od razu poczuł mrowienie nadgarstka, ale znał ból na tyle dobrze, by wiedzieć, że to tylko niewielki problem. Zachował spokojną minę, nie patrzył na trenerkę i ta w końcu poszła w swoją stronę. Jean zaczekał, aż przejdzie do starszych studentów na drugi koniec sali i dopiero wtedy wbił sobie kciuk w pulsujące na nadgarstku ciepło.

Ta chwila słabości trwała mgnienie oka, ale wystarczyła, żeby przywołać Xaviera.

– Masz.

Moreau przyjął wyciągniętą w jego stronę buteleczkę, ale na sam widok etykiety od razu stężał.

– Kto ci pozwolił to mieć?

Xavier ociągał się z odpowiedzią, a gdy Jean stanowczym ruchem oddał mu buteleczkę, nie zareagował. Lisinski stała do nich tyłem, lecz wystarczyło, by lekko się odwróciła, i miałaby ich jak na dłoni. Gdyby się zorientowała, że Xavier przyniósł na trening leki, rozpętałoby się piekło, a Moreau nie zamierzał za niego oberwać. Jean nie chciał przyjąć buteleczki z powrotem, więc się wychylił i odstawił ją za maszynę. Wrócił do przerwanej serii, ale wicekapitan dalej przy nim sterczał.

– Przyjaciel… – odezwał się w końcu. – To tylko ibuprofen.

– Umiem czytać – odrzekł krótko Moreau.

Jego rozdrażnienie nie zrobiło na Xavierze wrażenia.

– Więc wiesz też, do czego służy?

Gdy Jean potraktował go wrogim spojrzeniem, Xavier uniósł obie ręce. Pewnie liczył, że ten gest wypadnie uspokajająco, ale mu nie wyszło. Może dlatego, że z trudem powstrzymywał śmiech.

– Jeszcze nie widziałem u nikogo takiej reakcji. W Wirginii objęli ibuprofen jakimiś restrykcjami czy coś?

Powiedział to z życzliwym rozbawieniem, lecz Jean od razu przypomniał sobie rejestr wiszący w Evermore na drzwiach gabinetu Josiaha Smallsa. Każdy, kto chciał dostać jakieś leki, nie licząc natychmiastowej pomocy medycznej po kontuzjach, musiał przedłożyć pisemne podanie, a Josiah, gdy był akurat w łaskawym nastroju, mógł je rozpatrzyć. Jean zawsze zgłaszał się po ibuprofen, jak większość społeczeństwa. Wiedział, że Smalls ma silniejsze prochy, ale te były zarezerwowane dla Riko. Założył, że nie opłacałoby się ich podawać reszcie drużyny, bo przecież tam wszyscy wiecznie mieli jakieś urazy. A już z pewnością nie warto by było marnować kosztowniejszych leków na Jeana.

Mimowolnie przypomniał sobie o tabletkach, które dostawał w Karolinie Południowej od Abby Winfield. Minęło zbyt wiele czasu, by mógł zachować w pamięci ich nadmiernie złożoną nazwę, lecz pamiętał, jak sprawnie go znieczulały. Nie chciał myśleć o tym, jak lekką ręką Abby dawała je człowiekowi, który przecież nie był nawet jej problemem i który ani słowem nie podziękował za cały ten trud.

Poczuł ostrzegawcze ukłucie w piersi, sygnał, by natychmiast zawrócić z drogi wiodącej z powrotem pod skrzydła Kruków. „Dlaczego?”, to pytanie nazbyt niebezpieczne, żeby je zadawać, zwłaszcza gdy jakkolwiek wiązało się z Edgarem Allanem.

– Żartowałem – zaznaczył Xavier, kiedy cisza zanadto się wydłużyła. Przestał się uśmiechać, Jean wiedział, że lepiej nie przyciągać jego badawczego wzroku. Po chwili wicekapitan schował buteleczkę, machnął ręką i się odwrócił. – Patrz na to. Emma, Mads! – zawołał.

Pierwszoroczniaczki natychmiast przestały między sobą trajkotać i spojrzały w jego stronę.

– Dziewczyny, macie przy sobie ibuprofen?

– Ja zostawiłam w szafce, sorki – odparła Emma Swift.

Ale Madeline Hill już grzebała w portmonetce, którą zabrała ze sobą na stadion. Wydobyła z niej buteleczkę węższą niż ta Xaviera, lecz choć Jeana dzieliły od niej trzy maszyny do ćwiczeń, to i tak dostrzegł identyczną kolorystykę etykiety. Rzuciła mu ją i wicekapitan zrobił przedstawienie, uważnie przyglądając się instrukcji.

– Dzięki! – powiedział, odrzucając opakowanie. – Zapomniałem, czy działa cztery godziny, czy sześć.

– Aha, jasne – odparła Mads i schowała lek.

Xavier spojrzał na Jeana, unosząc brew. Milczące, ale wyraźne „widzisz?” bynajmniej nie stłumiło palenia w żołądku chłopaka. Wicekapitan kiwnął na niego brodą.

– Przejdźmy się – powiedział.

Jean nie miał prawa mu odmówić. Idąc przez siłownię, przyciągnęli kilka ciekawych spojrzeń, ale w drodze do fontanienek z wodą nikt ich nie zagadnął. Xavier się napił i ponownie wyciągnął do Moreau buteleczkę z lekiem.

– Masz – powiedział. – Zatrzymaj sobie. Wieczorem kupię nowe opakowanie.

– Tak po prostu? – Jean nie mógł się powstrzymać, choć sam usłyszał ostrość własnych słów. Było już za późno, żeby się z nich wycofać, a mina Xaviera gwarantowała, że ten nie odpuści tematu. – Po prostu pójdziesz sobie kupić nowe leki, jakby to było nic takiego?

– Bo to jest nic takiego. Zwykłe proszki, bez recepty. Możesz je dostać za parę dolców w byle spożywczaku. Czemu kogoś miałoby dziwić, że mam przy sobie ibuprofen? – Ewidentnie było to pytanie retoryczne, bo Xavier nie czekał na odpowiedź. – Jeśli mam być szczery, to lekko mnie niepokoi, że tak cię to zdenerwowało. Co oni ci tam dawali, gdy skręciłeś więzadło?

Jean szarpnął za bandaż. Powędrował wzrokiem do swojego przedramienia, ale na szczęście po wymownych siniakach i otarciach od więzów już dawno nie było śladu. Zostały tylko wściekłe szramy, które sam sobie zrobił rano. Gdyby chodziło o kogoś innego, to po prostu zignorowałby pytanie i poczekał, aż w końcu da mu spokój, jednak Xavier to wicekapitan. Jean zastanawiał się, czy nie skłamać, lecz nie potrafił wymyślić na poczekaniu żadnej nazwy leku poza tym, o którym Xavier właśnie tak lekceważąco opowiadał. Prawda była zbyt wstrętna, żeby ubierać ją w słowa, ale może dzięki odrobinie brzydoty chłopak wreszcie przestanie się wtrącać w nie swoje sprawy.

– Nic – odparł więc w końcu.

Xavier osłupiał.

– Że co, proszę?

– To nie był ich problem – dodał Jean.

W jedno uderzenie serca przeniósł się z powrotem do zacienionego pokoju Riko. Miał w gardle tyle krwi, że z trudem oddychał. Nieświadomie sięgnął do własnej głowy, szukał punktów z wyrwanymi włosami. Choć upłynęło tyle czasu, tamta noc nadal jawiła mu się jak przysłonięta koszmarną mgłą, a on nie zamierzał się w nią zagłębiać. Nie pamiętał, kiedy Riko przestał. Nie pamiętał, kiedy Riko wybiegł, a jego zostawił jak szmatę na podłodze. Może zdał sobie sprawę, że jeśli nie wyjdzie, to zabije Jeana, a może zauważył, która godzina, i się zorientował, że zaraz musi być na boisku. Wyjaśnienie nie było ważne. Nie miało znaczenia. Nie mogło mieć.

Nagle poczuł przemożną chęć wyrwania leku z ręki Xaviera, musiał wbić sobie paznokcie w pobliźnioną rękę, żeby się opanować. Jakoś wytargał się z mrocznych wspomnień i powiedział:

– Wracałem do zdrowia w Karolinie Południowej. Za moje leczenie odpowiedzialne były Lisy. Skoro to dla ciebie takie ważne, to musisz zapytać ich pielęgniarkę, co mi podawała.

– Mam gdzieś Lisy. Odniosłeś kontuzję w Wirginii. Nie powiesz mi, że zanim nie przewieźli cię do Palmetto, to na Edgarze Allanie niczym cię nie leczyli. Jean.

Kiedy Moreau wbił zimny wzrok w ścianę za jego plecami, Xavier spróbował raz jeszcze, a w jego głosie pojawiła się nuta desperacji:

– Powiedz, że czegoś tu nie zrozumiałem.

– Mam jeszcze sporo serii do zrobienia – odezwał się Jean. – Skończyliśmy?

– Nie, nie skończyliśmy – odpowiedział z niedowierzaniem Xavier. – Gdzie twój gniew?

Pytał o to samo w poniedziałek. Posunął się nawet do nazwania Jeana „nadspodziewanie potulnym”. Moreau uniósł lekko kąciki ust w niezadowoleniu i rzucił ostrzej:

– A jakie ja mam powody do złości? Jestem Jean Moreau, należę do idealnej reprezentacji. W Krukach rozumieli, ile trzeba zapłacić za doskonałość i bez lęku płaciliśmy tę cenę.

– My… – Xavier pokazał ostrym gestem na siebie i na niego – jesteśmy Trojanami. Nigdy więcej nie zaliczaj siebie do Kruków, rozumiesz? Nie zasługują na ciebie.

– Zespół, który nie potrafi wygrywać, też nie zasługuje.

Wicekapitan chciał wiele powiedzieć, było to widać po tym, jak zaciskał szczęki.

– Posłuchaj – odezwał się w końcu. Jean na niego spojrzał, ale Xavierowi zajęło chwilę, zanim sformułował dalszą wypowiedź. – Nie chcesz, żebym się wtrącał w nie swoje sprawy, kumam, ale posłuchaj mnie i zrozum: ty cierpisz, my cierpimy. Jeśli nie dasz sobie pomóc, to musimy mieć pewność, że sam potrafisz o siebie zadbać. W porządku?

Wicekapitan nie powtórzył tego dokładnie, ale jego słowa były na tyle bliskie znanemu Jeanowi hasłu: „twoja klęska to moja klęska”, że się zawahał i kiwnął głową.

– Tak.

– Jak nie chcesz wziąć ode mnie ibuprofenu, to po powrocie na stadion przynajmniej zgłoś się po coś do pielęgniarek. – Xavier dał mu ostatnią szansę na zmianę zdania, ale po chwili ostatecznie schował buteleczkę do kieszeni. – Jesteśmy tak blisko, żebyś odzyskał pełnię formy i żebyśmy mogli cię wstawić do składu. Nie wypadnij z niego znów przez tę lekkomyślność, nie pozwól na to.

– Nie jestem lekkomyślny – powiedział Jean.

– Zamierzam ci zaufać. Mam nadzieję, że nie będę tego żałował.

Xavier zostawił Jeana samemu sobie na pozostałą część treningu siłowego, ale Moreau nie umknęło, że gdy rozmawiał z pozostałymi pierwszoroczniakami, to jego uśmiech różnił się od uśmiechów rozgadanych, radosnych Trojan. Dopóki wicekapitan nie będzie wchodził mu w drogę, Jean będzie rewanżował mu się tym samym, lecz nie był w stanie wdawać się w takie rozmowy jak przed chwilą ani wywlekać z głowy tych paskudnych wspomnień.

Wypowiedziane z konsternacją: „gdzie twój gniew?” Xaviera przeplatało się ze spokojniejszym: „nie wkurzasz się na to, co naprawdę ważne” Jeremy’ego z zeszłego maja. Z jaką swobodą wypowiadali się o gniewie, oni, drużyna, która odmawia prawdziwej walki. Jakież to pełne hipokryzji, jakież męczące. Co te beztroskie dzieciaki mogą w ogóle wiedzieć o gniewie?

Równie denerwujące było to, jak trudno przychodziło mu tego poranka skupienie się. Na zakopywanie przeżyć z Evermore poświęcił całe lata, pętał je łańcuchami, jeśli tylko mógł, a jeśli nie, to po prostu siłą woli szedł dalej. Grał z Graysonem w jednej drużynie stanowczo zbyt długo, więc nie powinien nadal być tak wstrząśnięty napaścią, przecież to było wczoraj. Co chwilę zanurzał się i wydobywał z krwawych wspomnień i czuł, że tym razem nie uda mu się łatwo ruszyć dalej. Gdyby przestał myśleć o Graysonie, musiałby zacząć myśleć o innych wczorajszych gościach, a na tę ścieżkę w ogóle nie zamierzał się zapuszczać. To zbyt ciężkie brzemię, żałoba i groza z pewnością rozerwałyby go na pół.

Wreszcie zakończyli poranny trening. Trojanie potruchtali z powrotem na stadion, spłukali się pod prysznicami i Lisinski zwolniła ich na lunch. Jean jak zawsze był gotowy pierwszy i poszedł zaczekać na ławce przy szafce Jeremy’ego. Okazało się to pomyłką, bo większość ofensywy spędziła ten poranek w innej sali spotkań razem z rozgrywającymi. Tylko najmłodsi z nich widzieli Moreau w siłowni. Pozostała piątka dopiero teraz miała okazję przyjrzeć mu się z bliska.

Derek Thompson, który w poniedziałek przedstawił się świeżakom niedorzeczną ksywą „Wielki D”, przyszedł pierwszy. Z wigorem rozczesywał szczotką mocno skręcone loki i z głęboką zadumą obserwował Jeana. W końcu rzucił hasłem:

– Wcale nie wyglądasz tak seksownie.

Dokładnie w tej samej chwili do szatni wszedł Derrick Allen. Derek szturchnął partnera łokciem, żeby zwrócić jego uwagę, ale kolejne słowa również skierował do Jeana:

– To prawda, że wypadłeś z popołudniowych gierek?

– Prawda – odparł Moreau.

– To masz szczęście, bo dalej nie rozgryzłeś, jak sobie z nim radzić – wtrącił Derrick do Dereka z nieskruszoną radością. – Ale w przyszłym tygodniu skopie ci tyłek, zobaczysz.

Jean oczekiwał dalszego pokazu tępej brawury, lecz Derek odpowiedział tylko:

– Tak, pewnie tak. Wolałbym mieć to za sobą już dziś.

Derrick wydawał się równie zaskoczony szczerością kumpla. Derek wymierzył szczotkę w Jeana, po czym schował ją do szafki.

– Popatrz tylko na niego, jest taki spięty, że zaraz mnie zarazi i sam będę chodził z kijem w tyłku.

– Elegancko powiedziane – prychnął Ashton Cox, mijając ich, żeby się przebrać.

– Robimy się za mądrzy na tę ekipę, co? – Derek postukał się palcem po skroni. – Mówię jedynie, że chłopak by się pewnie otrząsnął, gdyby dali mu porzucać nami o bandy. Poza tym potrenowałby przed White Ridge.

– Po prostu chcesz powalczyć z kimś swoich rozmiarów – stwierdził Derrick, jakby sam nie miał prawie metra osiemdziesięciu. – Jeśli trenerka L się zgodzi, to ja będę następny.

– I ja też – rzucił Nabil Mahmoud, który pojawił się w szatni. – A do czego się zgłaszamy?

– Derek chce, by Jean wpadł w szał bojowy – wyjaśnił Derrick.

Jeremy przyszedł akurat na czas, żeby usłyszeć tę uwagę. Aż przystanął przy końcu rzędu.

– Wolałbym, abyśmy nie szli w tę stronę – powiedział, patrząc po kumplach z drużyny. – Jean zgodził się grać w tym sezonie po naszemu. To nieuczciwe prosić go, żeby na letnich treningach wydobywał z siebie brutalność Kruków, a potem oczekiwać, że od sierpnia przejdzie na inne standardy.

– Kapitanie, przecież ja go nie chcę cofać w rozwoju – wyjaśnił Derek. – Ale ma tę samą minę co mój brat, zanim zrobi coś głupiego.

– Nie jestem głupi – stwierdził Jean.

– Nie, wcale mi nie chodziło o… – Derek urwał i zwrócił się do Jeremy’ego: – Przypomnij mi: jak dobrze on zna angielski?

– Lepiej niż ty francuski – wtrącił Jean tak, że Derek uniósł obie ręce w obronnym geście. – Znam angielski wystarczająco dobrze, żeby ci powiedzieć, że twoje błędy z gierek to nie wina moich atutów, tylko twoich słabości. Jako Trojanin poświęciłeś w życiu tyle czasu na oddawanie pola rywalom, że zapomniałeś, jak je utrzymywać. Nie powinno nikogo dziwić, że rywale jeżdżą po tobie jak po burej suce.

– Ej, ej, ej, a po co tak wyżywać się na sukach? – zapytał Timothy Eitzen, który właśnie ukazał się obok Jeremy’ego.

Jean odpuścił, bo sprawa była przegrana. Przepchnął się obok wszystkich i wrócił pod szafki obrony, ale już na sam widok liczby zebranych tam graczy poczuł wycieńczenie. To niedorzeczne, że tak przestronna i jasna szatnia okazuje się dziś bardziej dusząca niż Gniazdo, Moreau po prostu skręcił i szedł dalej. Minął jeden pokój drużyny, potem drugi, ominął szerokim łukiem salę trenerską i zawędrował w pobliże gabinetów pielęgniarskich. Wcisnął kciuk w nadgarstek. Poszukiwał bólu, który zniknął, zanim w ogóle dotarli wcześniej do Lyonu.

Latem trzy pielęgniarki Trojan dyżurowały naprzemiennie: jedna pracowała na stadionie, w tym czasie dwie pozostałe miały zmiany w centrum zdrowia na kampusie. Dziś na miejscu była Ashley Young. Moreau nawet nie zauważył, że w gabinecie gra radio, ale Young kiwała do rytmu widelcem, przerzucając jedną ręką jakieś teczki. Kiedy zdał sobie sprawę, że przeszkodził jej w lunchu, cofnął się za drzwi, lecz kobieta zauważyła ruch kątem oka.

– Wejdź! – zawołała.

Jean zacisnął zęby i wrócił.

Dokończyła przerzucanie stron, podniosła wzrok i gdy zrozumiała, kto się u niej zjawił, na moment znieruchomiała.

– Och. – Odsunęła jedzenie na bok i wyłączyła radio. – Jean, cieszę się, że wpadłeś. Chodź ze mną do pokoju obok.

Przeszli do pomieszczenia, w którym Rhemann umieścił chłopaka wczoraj. Young pośpiesznie przyjrzała się jego poobijanej twarzy i szczęce. Miała prawo po prostu zerwać mu bandaże, ale tylko musnęła delikatnie opuszką palca plaster i zapytała:

– Mogę?

– Jesteś pielęgniarką – odparł.

Pozbyła się opatrunków jednym płynnym ruchem i wyrzuciła je do kosza. Przyglądała mu się uważnie, w tym czasie Jean wgapiał się w to samo zdjęcie co wczoraj. Środek odkażający szczypał dziś znacznie mniej, Young odczekała chwilę z ponownym zabandażowaniem ran, a potem próbowała złapać spojrzenie chłopaka. Udawał, że tego nie widzi, ale ona i tak zapytała:

– Chcesz o tym porozmawiać?

– Nie ma o czym.

– Nie? – Palce Young wylądowały dokładnie na szramach po paznokciach. – Jean, to nie jest rozwiązanie. Nie chcę tego więcej widzieć.

Dała mu chwilę, żeby powiedział coś na swoją obronę, a potem zabrała się do pracy przy nadgarstku. Moreau pozwolił jej sprawdzić zakres ruchu. Liczył w duchu, że gdyby go poparła, to może trenerzy cofnęliby decyzję o odsunięciu go od gry, ale niestety tępy ból z porannego treningu siłowego szybko znów się pojawił. Young z ponurą miną przesuwała palcami po łańcuszku strupów. Grayson się nie hamował, gryzł, pragnąc zmiażdżyć kości, i niebezpiecznie zbliżył się do istotnych arterii na nadgarstku.

– Miałeś wiele szczęścia – powiedziała, jakby czytała w jego myślach. Owinęła dłoń z fachową wprawą i z szafki obok wyciągnęła ortezę.

Jeana aż cofnęło na jej widok, ale ona i tak mu ją założyła i zapięła, choć próbował odruchowo cofnąć rękę. Docisnęła rzepy i poleciła:

– Przetestuj.

Gdy powoli zacisnął i rozluźnił palce, wprowadziła kilka poprawek.

– Dobrze. Masz coś przeciwzapalnego?

– Xavier powiedział, żebym tu o coś poprosił – odpowiedział.

Przyjęła to z naturalnym skinieniem głowy i zaczęła szukać w szufladzie.

– Zaczniemy od tego – powiedziała, wciskając mu w dłoń pakiecik z dwiema tabletkami. – Zajrzyj jeszcze do mnie przed powrotem do domu. Jeśli to nie pomoże, na weekend dostaniesz coś mocniejszego. Jeszcze jakieś problemy? – Kiedy zaprzeczył, odsunęła się, żeby zrobić mu przejście. – To idź jeść. Widzimy się po południu.

Nie było go może z dziesięć minut, ale szatnia zdążyła w tym czasie całkiem opustoszeć, bo wszyscy poszli na lunch. Zostali tylko jego przyjaciele i Xavier, którzy czekali przy szafkach napastników. U stóp Cat leżał pojemnik na jedzenie. Podniesiony ton wicekapitana niósł się daleko, nawet jeśli jego słów nie dało się zrozumieć, lecz gdy Xavier podążył za wzrokiem Jeremy’ego i zobaczył Jeana, natychmiast zamilkł i znieruchomiał. Kiedy Moreau do nich dołączył, odezwał się uprzejmie:

– Dobrze rano trenowałeś. – A potem ruszył do drzwi.

– Jest na mnie zły – stwierdził Jean, zaczekawszy, aż wicekapitan zniknie.

– Nie – odpowiedział Jeremy. Moreau nie wyglądał na przekonanego, więc powtórzył z naciskiem: – Nie, obiecuję. Po prostu się niepokoi. Powiedziałeś mu, że na Edgarze Allanie nie leczyli ci więzadła?

– Sam zapytał.

– Och, no więc jest mega wkurzony, ale na nich – odezwała się Cat. Wzięła z podłogi pojemnik i wstała. – Chodźcie! Jest ładna pogoda, można zjeść na zewnątrz. Urządźmy sobie piknik.

Kawałek dalej, naprzeciwko stadionu futbolowego, mieściło się muzeum z rozległym trawnikiem. Większość terenu zagarnęła grupa dzieciaków, ich rodzice obserwowali spokojnie, jak ganiają się niczym szalone. Wzdłuż krawężnika zalegały rzucone niedbale plecaki i butelki z wodą, kilku nastolatków jeździło po ulicy na deskach. Pomimo tego chaosu czwórce graczy nie brakowało miejsca, a gdy się rozsiedli, Cat rozdała każdemu jedzenie.

Już po kilku kęsach zadzwonił telefon Jeremy’ego. Urządzenie wydawało z siebie dźwięki, których Jean jak dotąd nie słyszał. Cat parsknęła i ulokowała się przy jego barku.

– Bishop?

– Sheldon – wyjaśnił rozkojarzony Jeremy, skupiony na wiadomości.

Laila rozłożyła się na trawie w pozycji orła po drugiej stronie Cat, ale aż przesunęła okulary przeciwsłoneczne na czoło, żeby Jeremy wiedział, z jaką dezaprobatą mruży na niego oczy.

– Z tego, co pamiętam, kazał ci skasować swój numer. Czemu tego nie zrobiłeś?

Knox uśmiechnął się powoli z taką satysfakcją, że Jean musiał odwrócić wzrok. Laila tylko prychnęła i nasunęła okulary z powrotem na nos.

– Nieważne, nie pytałam.

– A! – Cat walnęła się pięścią w otwartą dłoń. – To ten z wieeelkim…

– Cat! – warknęła na nią Laila.

Dziewczyna przewróciła oczami, ale posłusznie zmieniła temat.

– W takim razie spylusiamy?

– Spylusiamy… – powtórzył Jean.

Cat spojrzała na niego z iskierkami rozbawienia w oczach.

– Och, błagam, powiedz tak jeszcze raz.

Chłopak popatrzył na nią posępnie, a Laila się nad nim zlitowała.

– To znaczy spadać.

– Wyciulać skądś – dodała Cat, choć mniej pomocnie. Odsunęła się od Jeremy’ego i odpędziła zainteresowane muchy od niedojedzonego lunchu. – Nigdy nam nie powiedziałeś, jaki jest twój drugi język. Niemiecki? Hiszpański? Uch, włoski? – Zmarszczyła nos w namyśle, ale po chwili się poddała. – Daj mi jakąś podpowiedź, bo nie mam pojęcia o europejskim systemie edukacji.

– System nie ma znaczenia. Uczyłem się w domu.

– To wyjaśnia dotkliwe braki w umiejętnościach społecznych – stwierdziła Cat.

– Należałem do młodzików Exy – zaznaczył, co było prawdą i równocześnie kłamstwem.

Stadion w Campagne Pastré znajdował się jakieś dziesięć minut od jego domu w Sainte-Anne. Na tyle blisko, że matka, oczywiście po uprzednim prześwietleniu rodzin innych członków drużyny, mogła go tam swobodnie wozić. Miał zakaz bratania się z dziećmi poza treningami i meczami, a chłopakowi nie brakowało też rozumu, by nie rozmawiać z rówieśnikami o niczym oprócz sportu. Matka dość szybko mu to wpoiła, zabijając jego pierwszego kapitana i całą jego rodzinę. Zapamiętał, że zginęli w wypadku na wodzie… Te wspomnienia skrywają się już za mgłą, ale nauczkę dobrze sobie przyswoił.

Kiedy skończył osiem lat, matka zatrudniła mu nauczycielkę japońskiego i na tym kończył się jego kontakt ze światem zewnętrznym. Kobieta co wieczór przychodziła na lekcje. Jean wiedział, że za tą nauką stoją jakieś ukryte powody, lecz nie potrafił oddzielić nowego języka od sportu, który tak pokochał. Gdy nauczycielka otrzymała zgodę na rozszerzenie edukacji o angielski, Jean miał już trzynaście lat. Nie znosił tych zajęć, dopóki rok później nie został sprzedany do Gniazda. Komunikacja z Kevinem i jego nowymi panami okazała się łatwa, za to dalsza nauka angielskiego poprzez kontakty z Krukami była piekłem na ziemi.

– Unikanie odpowiedzi na pytania. Znowu – prychnęła Cat.

– Nie padła też odpowiedź na pierwsze pytanie. – Jean spojrzał na Jeremy’ego.

– Hę? Och, nie. On przyjedzie do miasta dopiero w niedzielę. – Knox już chował komórkę do kieszeni, gdy ta nagle zaczęła dzwonić. Zerknął na wyświetlacz i z ochotą odebrał. – Hej, trenerze. Tak, Jean jest ze mną. Właśnie mieliśmy… – Umilkł i do tego stopnia znieruchomiał, że nawet Laila usiadła i wbiła w niego wyczekujące spojrzenie, ale Jeremy tego nie zauważył. Słuchał jeszcze przez dobrą minutę, a potem pośpiesznym gestem pokazał reszcie, żeby się zbierali. – Tak, tak, tak, już wracamy. A wie pan… okej. Tak, okej.

Laila obracała się w prawo i w lewo, szukając pojemnika na posiłki, który odłożyli gdzieś na bok, i też nagle zamarła.

– Kurwa mać – powiedziała zbyt głośno. – Jeremy, mamy problem.

Jean się obrócił, żeby podążyć za jej wzrokiem. Jedyną nowością w ich otoczeniu okazały się dwa radiowozy na sygnałach. Nastolatkowie, którzy wcześniej bawili się na ulicy, a później zeszli na trawnik, popędzali się nawzajem i łapali za deski. Radiowozy ich nie minęły, zatrzymały się przy krawężniku. Natychmiast wysiadło z nich czterech funkcjonariuszy, którzy nie zaszczycili spietranych nastolatków nawet jednym spojrzeniem, skierowali się prosto w stronę Trojan.

– Jean… – odezwał się Jeremy z niespodziewanym naciskiem.

Chłopak posłusznie stanął do niego przodem, ale kapitan patrzył już tylko na policjantów. Był cholernie spięty, przez co wyglądał jak obcy człowiek. Wstał, otrzepał szorty i dodał:

– Grayson.

Jean nabrał powietrza w płuca i zacisnął zęby.

– Jest tutaj?

– Nie – odparł Jeremy. – Nie żyje.

Rozdział drugi

Jeremy

Istniała ograniczona liczba sposobów, jak Jeremy mógł odpowiadać na jedno i to samo pytanie.

Tak, słyszał o Graysonie Johnsonie. Wiedział również, że nie przepadali za sobą z Jeanem, ale czy w całym wydziale policji LA nikt nie śledził NCAA w Exy? Kruki z Edgara Allana walczyły z Jeanem, odkąd w połowie sezonu, czyli zeszłej wiosny, wytransferowali go z klubu. Nie, Jeremy nie wiedział, że Grayson przyjechał wczoraj do miasta, i nie, nie widział go, gdy pojawił się pod Gold Court. Przegapił zarówno samą bójkę, jak i ucieczkę Graysona, zobaczył tylko nieprzyjemne skutki tych zdarzeń. Tak, całą noc spędził w domu z Cat i Lailą.

– Ale Moreau wyszedł – stwierdził gliniarz. Po raz czwarty albo piąty.

– Wrócił koło północy – powtórzył po raz kolejny Jeremy.

Jego telefon zajazgotał nieprzyjemnie. Szósta wiadomość z domu w ciągu ostatniego kwadransa, do jej sprawdzenia nie spieszyło mu się bardziej niż do poprzednich. Laila mierzyła go twardym spojrzeniem. Wiedział o tym, bo czuł na potylicy jego ciężar, ale nie zamierzał odwracać się do dziewczyny. Patrzył na drzwi, jakby dzięki temu słuchanie tego, co mówią za nimi, w głębi korytarza, stawało się łatwiejsze. Co jakiś czas dochodził do niego znajomy pomruk trenera Rhemanna, który wtrącał się w rozmowę, ale to nie jego Jeremy tak desperacko chciał usłyszeć.

Policjant postukał długopisem w notatnik i zapytał:

– Knox, czy ja cię nudzę?

Jeremy został uratowany przed koniecznością odpowiedzi, bo komórka ożyła ponownie – tym razem ktoś dzwonił. Ten niepokojący, zawodzący sygnał był zarezerwowany wyłącznie dla rodziny. Chłopak się zawahał, rozważył potencjalne konsekwencje zrzucenia rozmowy na skrzynkę, aż w końcu sięgnął po telefon. Wielkie „WILSHIRE” widniejące na ekranie nie poprawiło mu nastroju, ale Jeremy pokazał ten widok policjantowi. Gliniarz fuknął pod nosem, lecz pozbierał swoje rzeczy i w końcu sobie poszedł. Knox zaczekał, aż ten zniknie za drzwiami, i odebrał na głośnomówiącym.

– Hej, właśnie prowadzę – skłamał. Policjant kazał mu przysunąć krzesło do biurka White’a z przodu pokoju, ale teraz Jeremy się odwrócił, żeby w końcu zobaczyć Cat i Lailę. Zajęły miejsca w pierwszym rzędzie i przyglądały mu się uważnie. – Możesz się streszczać?

– Matka próbuje się z tobą skontaktować – poinformował ojczym tonem, do którego chłopak stracił cierpliwość już wiele lat temu.

Laila wycelowała w komórkę spojrzenie, które powinno stopić w niej podzespoły.

– Przestań jej unikać, przez ciebie się martwi.

A kto jej powiedział, że w ogóle jest się czym martwić? Jeremy miał ochotę o to zapytać, ale dobrze wiedział, jak skończyłaby się taka kłótnia. Warren Wilshire miał dwóch braci w Departamencie Policji w Los Angeles – jeden był detektywem, drugi zastępcą komendanta. Ich ojciec spędzał emeryturę w Kongresie. Chłopak nie zamierzał zostać Wilshire’em, odrzucał przyjęcie tego nazwiska za każdym razem, gdy matka mu to proponowała, jednak ludzie i tak wiedzieli, gdzie się zgłaszać, kiedy pojawiał się jakiś temat z udziałem Jeremy’ego. Przetestował to już w pierwszych klasach liceum. Zbierał mandaty za prędkość i tylko patrzył, jak Warren po cichu wymazuje je z kartoteki. Później przyszło mu gorzko pożałować tego drobnego buntu.

Zastanawiał się mimowolnie, do kogo policja zadzwoniła w pierwszej kolejności, kiedy ich systemy komputerowe wykazały potencjalny związek pomiędzy Graysonem a Trojanami: do Warrena czy do trenera Rhemanna.

– Jak już zapewne wiesz od Miltona, mamy tu spore urwanie głowy – powiedział Jeremy. Widział przyszywanego wuja przelotnie, gdy wrócili na stadion. Teraz Milton włączył się w ekipę, która kilka pomieszczeń dalej zadręczała Jeana. – Zadzwonię do niej, jak będę mógł.

– Szansa przepadła – oświadczył Warren. – Wracasz dziś do domu na kolację, żebyśmy mogli to omówić.

Jeremy się uśmiechnął, aby w jego głosie nie wybrzmiało, że się przejął.

– Nie mogę obiecać. Być może policja będzie miała do nas więcej pytań, a ja, jako kapitan, muszę pozostawać w zasięgu drużyny. Wyjazd z kampusu byłby błędem.

– Kapitan – powtórzył Warren. Zapomniał o tym, Jeremy wyłapał to w jego tonie.

Dla Cat miarka się przebrała. Zrobiła dłonią lejek wokół ust i powiedziała głośno.

– Witamy w Jackie’s, czy mogę przyjąć zamówienie?

– Kto to był? – zapytał ostro Warren.

Jeremy odwrócił głowę i rzucił w przestrzeń radosne:

– Sekundkę, proszę! – Po czym znów przysunął komórkę bliżej twarzy. – Przecież ci mówiłem, że prowadzę. Pojechaliśmy z Lailą po lunche dla całej drużyny, zaraz wracamy na stadion. Muszę kończyć, okej? Jak tylko znajdę chwilę, zadzwonię do mamy.

Warren z miejsca zaczął się kłócić, ale Jeremy powiedział:

– Tak, dzień dobry, poprosimy… – I się rozłączył.

Odłożył telefon na ławkę mocniej, niż planował, i ponownie wbił wzrok w drzwi. Chciał, żeby policja wyniosła się już ze stadionu. Chciał, żeby zabrali swoje kąśliwe, agresywne pytania jak najdalej od Jeana. Bo co jeszcze muszą wiedzieć? Jak mogą być tacy nieprzyjemni po tym, co chłopak wczoraj przeszedł?

Poprzedniego wieczoru Grayson wbił Moreau w niewzruszone mury Gold Court i wgryzł mu się w gardło aż do krwi. Niecałą dobę później stracił życie. Policja podała bardzo mało szczegółów, nie wyjaśnili, gdzie znaleziono zwłoki i jak zginął. Z ich powtarzanych w kółko wrogich pytań Jeremy wywnioskował jedynie, że zgon nastąpił w nocy. Oby Lucasa, którego zabrali na posterunek razem z trenerem Jimenezem, potraktowali nieco łagodniej, choć Knox pokładał niewiele wiary w ich człowieczeństwo.

Na samą myśl o tym chłopaku poczuł ukłucie w sercu.

– Powinienem porozmawiać z Lucasem.

– Absolutnie nie – ostrzegła Laila. – Zostaw go Cody albo Xavierowi.

– Ale oni nie… – chciał odpowiedzieć, lecz przerwało mu nagłe zamieszanie w głębi korytarza.

Zerwał się tak szybko, że przewrócił krzesło. Rhemann wyłonił się zza drzwi, które chłopak tak usilnie obserwował, i poprowadził policjantów w stronę wyjścia. Jeremy nie zauważył z nimi Jeana, ale istniała szansa, że chłopak idzie z przodu całej grupki. Knox pobiegł do pomieszczenia obok, a dziewczyny ruszyły zaraz za nim. Kiedy zobaczył swojego partnera, siedzącego samotnie w pierwszym rzędzie, niewidzialna obręcz wokół jego serca trochę odpuściła. Usiadł obok chłopaka. Cat zajęła krzesło po drugiej stronie Jeana, więc Laili pozostało ustawić się przed nim.

– Hej… – zaczął Jeremy cicho. – Jak się masz?

Moreau nie odpowiedział, tylko nerwowo pociągał za bandaż na gardle. Kapitanowi przeszło przez myśl pytanie, od jak dawna to robił, bo krawędzie wyglądały na nieźle postrzępione. Może policja zażądała, żeby obnażył swoje rany na dowód całej historii o napaści. Jeremy nie zapomniał ich wyglądu na świeżo, gdy ślina i krew lśniły na rozerwanej skórze. Przypomniał sobie, jak Jean stał wczoraj w pełni ubrany pod natryskami w szatni, jakie miał nawiedzone spojrzenie, kiedy Neil Josten w końcu go przywiózł, jak zapytał cicho: „Zabiłbyś mnie, gdybym cię o to poprosił?”. Przez to pytanie Jeremy zarwał prawie całą noc.

Rhemann pojawił się w drzwiach i spojrzał po kolei na swoich zawodników.

– Zbierać się, zawiozę was wszystkich do domu.

Jean cały stężał, ale Knox nie chciał wierzyć, że go to zaskoczyło. Jak na razie wystarczyło, że wstał bez słowa buntu. Całą czwórką wymaszerowali za trenerem ze stadionu.

– Chce pan, żebym do kogoś zadzwonił? – zapytał Jeremy, gdy byli już w trasie.

– Wszystkim się zajęliśmy – zapewnił go mężczyzna.

Reszta krótkiej drogi do domu Laili przebiegła w ciszy. Rhemann zaparkował za samochodem Jeremy’ego i włączył awaryjne. Odwrócił się, żeby spojrzeć na ściśniętą z tyłu trójkę, i powiedział do Jeana:

– Sięgaj dziś po ich wsparcie na tyle, na ile tylko będzie trzeba. A jakby co, możesz też liczyć na mnie. Gdyby któreś z was czegoś w ten weekend potrzebowało, to od razu do nas dzwońcie, o każdej porze. Zrozumiano? – Zaczekał na krótkie skinienie Jeana, po czym odezwał się do Jeremy’ego: – Ty zostań jeszcze chwilę.

Cat i Laila otworzyły tylne drzwi. Cat przytrzymała swoje, żeby Moreau mógł się wydostać na zewnątrz. Knox patrzył przez okno, jak wchodzą po schodach. Przypomniał sobie, jak wyczerpany, roztrzęsiony Jean sprawdzał wczoraj, czy łańcuch jest założony. Dziś nie będzie musiał tak dokładnie zamykać drzwi. Jakież to straszne, że Jeremy poczuł z tego powodu ulgę.

Zaczekał, aż wszyscy zniknęli w środku, po czym zapytał trenera:

– Uznali Jeana za podejrzanego?

– Pewnie byłby najbardziej oczywistym podejrzanym, gdyby nie żelazne alibi. Wiesz, gdzie był wczoraj w nocy?

Jeremy wzruszył bezradnie ramionami.

– U naszych drzwi stanął nagle Neil Josten i gdzieś go porwał.

Po zeszłorocznym chaosie Knox nie musiał szczegółowo tłumaczyć, kim jest Neil. Wątpił, by w całym światku Exy ktoś go nie znał. Jak się okazało, wicekapitan Lisów nazywał się naprawdę Nathaniel Wesninski i miał potwierdzone powiązania z dwoma przestępczymi rodami. Trwające śledztwo w sprawie nieżyjącego już Nathana Wesninskiego było jak na razie pasmem porażek, wciąż opierało się głównie na plotkach, ale w prawdziwy cyrk zamieni się zapewne dopiero, gdy wszystko na serio się rozkręci.

– Aha, zatem jest celem ze względu na swoje powiązania… – mruknął Rhemann.

Jeremy zmarszczył czoło, nic z tego nie zrozumiał. Trener zastanawiał się dobrą chwilę, w końcu westchnął i powiedział:

– Posłuchaj mnie. Jak poruszy z tobą ten temat, daj mi cynk. Nie muszę znać szczegółów – zaznaczył od razu i uniósł dłoń, jakby zawczasu ubiegał protesty Jeremy’ego. – To nie moja sprawa, nawet nie chcę wiedzieć. Potrzebuję tylko zapewnienia, że nie płyniemy prosto w sztorm. Zrozumiałeś?

– Nie – przyznał kapitan. – Trenerze, co tu się dzieje?

– Gdybym wiedział, to bym ci powiedział.

Ewidentnie wiedział jednak więcej, niż zamierzał przyznać, ale Knox nie naciskał. Złapał już za klamkę, gdy rozdzwoniła się jego komórka. Tym razem rozległ się dzwonek, którego prawie nigdy nie miał okazji słyszeć. Jeremy tak się śpieszył z wyciąganiem telefonu, że uderzył dłonią o drzwi. Byłoby niegrzecznie odbierać przy trenerze, więc szybko wyciszył dźwięk i przeprosił zdawkowo. Kiedy podniósł głowę, Rhemann spoglądał na niego wymownym wzrokiem. Trenował go na tyle długo, że zdążył się nauczyć rozpoznawać te wszystkie jazgotliwe dzwonki.

– Pozwolę ci odebrać – powiedział i pokazał gestem, że chłopak może wysiąść. – Sprawdzę, co u was, jak już pomówię z Lucasem i radą szkoły.

– Dziękuję, trenerze. – Knox opuścił pojazd najszybciej, jak potrafił. Jeszcze zanim zamknął za sobą drzwi, już miał komórkę przy uchu, bo nie wiedział, ile sygnałów przegapił. – Tak, halo, jestem.

Przez pół sekundy myślał, że się spóźnił, ale wtedy odezwał się gromki głos jego ojca:

– Jeremy. Słyszałem, że znowu żeś się w coś z lekka wpakował.

– Tak, ojcze. – Chłopak usiadł na schodach domu i pomachał odjeżdżającemu Rhemannowi. – Zgaduję, że mama dzwoniła.

Choć dzieliło ich z dziesięć tysięcy kilometrów, wyraźnie usłyszał charakterystyczne prychnięcie niezadowolenia.

– Z dziesięć razy. Mathilda nigdy nie miała szacunku dla stref czasowych. Wiesz, która tu godzina?

Jeremy po każdej przeprowadzce ojca uczył się obliczać dzielącą ich różnicę czasu.

– Tak, wiem.

Zasłonił wolną ręką drugie ucho, żeby się lepiej wsłuchać. Nie w głos ojca, chciał wyłapać jakieś szczegóły wskazujące na miejsce jego pobytu. Wydawało mu się, że dochodzą do niego ludzkie głosy i muzyka, ale biorąc pod uwagę, że czekali tam jeszcze na wschód słońca, to pewnie raczej reklamy albo radio. Jeremy’ego aż świerzbiło, aby zapytać: „gdzie jesteś, z kim, jesteś szczęśliwy?”, lecz z doświadczenia wiedział, jakie ma szanse na otwartą odpowiedź.

I tak dogodna chwila na zadawanie pytań minęła, bo Trent Knox postawił własne:

– No więc zechcesz mi wyjaśnić, czemu tak do mnie wydzwania?

Jeremy wypatrzył nitkę sterczącą z obszycia szortów i za nią pociągnął.

– Wczoraj jeden z rywali zjawił się pod naszym stadionem i wszczął bójkę, a w nocy znaleźli go martwego. Policja musi odbębnić swoje, chcą się upewnić, że żaden z nas nie miał z tym nic wspólnego.

– A mieliście?

Zabolało na tyle, że Jeremy mimowolnie szepnął: „to nie fair”, ale Trent nie marnował czasu na przeprosiny. Coraz głębsza cisza sprawiła, że chłopak pomyślał, iż ojciec naprawdę czeka na odpowiedź. Zamierzał go zignorować, lecz nikt się nie odzywał, pozostał więc sam na sam z własnymi myślami.

– Nie, ojcze. Wszyscy byliśmy w domach albo w innych wiadomych miejscach. Mama po prostu próbuje zarządzać gaszeniem tego pożaru. Wiesz, jaka jest.

To wszystko bardziej wina Warrena niż matki, ale wspominanie o ojczymie byłoby ciosem poniżej pasa. Mathilda od początku wiedziała, że częste przenosiny i zagraniczne tury to normalny element służby w lotnictwie, podobnie jak Trent wiedział, że ona nie poświęci kariery ani rodzinnego domu, żeby jeździć za nim po całym świecie. Może więc oboje od samego początku mieli świadomość, że skończy się na złamanych sercach, że ona będzie wychowywała jego dzieci z obcym facetem, a on przegapi wszystkie cztery… pięć… uroczystości ukończenia różnych szkół. Jeremy nigdy o to nie pytał, bo niektórych kłótni nie warto nawet wszczynać.

– To jej matczyny obowiązek – skwitował krótko Trent. – Zmężniej i przestań jej unikać. Niepotrzebne mi telefony po nocy.

– Dobrze, ojcze. Zadzwonię do niej, jak tylko policja ze wszystkim się uwinie.

– Trzymam cię za słowo.

Nie było żadnego pożegnania, rzadko kiedy się zdarzały. Ojciec powiedział swoje, rozmowa dobiegła końca. Jeremy cofnął komórkę od ucha i spojrzał na czas trwania połączenia. Miewali w życiu krótsze rozmowy, ale dłuższe też. W liceum odnotowywał każdy telefon od ojca w zeszycie: którego dnia dzwonił, co sprawiło, że postanowił skrócić dzielący ich dystans, jak długo rozmawiali, zanim uznał, że wystarczy tego gadania. W cztery lata chłopak wypełnił tylko kilka linijek. Byli sobie obcy i to się nie zmieni. Łączyła ich zaledwie jedna, wątła nić. Nazwisko, które Jeremy postanowił zachować.

Przekładał komórkę z ręki do ręki, a potem wstał i ruszył do samochodu. Słyszał, że otworzyły się za nim drzwi domu, ale nie oglądał się za siebie. Wiedział, że to Laila i że będzie starała się go powstrzymać, gdy tylko zobaczy, co on robi. Jednak i tak wsiadł na fotel pasażera i otworzył schowek. Dziewczyna dobiegła w ostatniej chwili, żeby go zamknąć.

– Nie – powiedziała. – Nie będziesz mi zasmradzał domu.

– Jean? – zapytał.

– Cat ma na niego oko.

Jeremy poszukał w telefonie numeru do matki. Warren i Trent przekonywali, że ciągle próbuje się z nim skontaktować, a jednak gdy zadzwonił, usłyszał pocztę głosową. Nie pierwszy raz odrzucała go w złości. Westchnął i napisał wiadomość do ich kamerdynera: „Mama w domu?”.

William Hunter w minutę sprawdził harmonogram matki i odpisał:

„Ma zaplanowaną na popołudnie operację. Przygotowałem ci stosowny na wieczór strój, czeka w twoim pokoju”.

Zatem rozminął się z nią o kilka minut.

„Dziękuję”.

Laila zaczekała, aż odłożył telefon na udo, i ścisnęła mu rękę w geście wsparcia. Jeremy nie chciał rewanżować się podobnym gestem, bo się bał, że zmiażdży jej dłoń, postawił więc na przelotny pocałunek w knykcie. Uśmiechnęła się i choć uśmiech nie objął oczu, to i tak przyniósł mu odrobinę ukojenia.

– Chodź – powiedziała. – Jean potrzebuje cię bardziej niż oni.

Dał się jej wyciągnąć z fotela; zwolnił jeszcze na chwilę tylko po to, żeby zamknąć samochód. W środku zastali pusty salon, ale Jeremy podążył za upajającym aromatem świeżej kawy prosto do kuchni. Przy wyspie stały jedynie trzy taborety. Knox się spodziewał, że dziewczyny obsiądą Moreau z obu stron, jednak pozwoliły mu siąść u szczytu. Laila wróciła na swoje miejsce, Jeremy nalał sobie coś do picia. Później oparł się o krótszy bok wyspy, obok Jeana, i przyjrzał uważnie jego twarzy.

Nie był pewien, czego w niej szukał. Żalu? Ciągłej traumy? Triumfu? Moreau wyglądał po prostu na wycieńczonego. Strupy ciągnące się po jego policzkach odznaczały się wyraźnie w świetle lampy nad ich głową. Jeremy ponownie zerknął ukradkiem na rozcięcie prowadzące prosto do kącika oka. Starał się znaleźć odpowiednie słowa. Kondolencje z powodu kolejnej straty w szeregach Kruków wydawały się najbardziej oczywistym wyborem, biorąc pod uwagę, jak poprzednie mocno zmieliły Jeana, ale jakoś nie potrafił ich sformułować.

– Powinniśmy być na treningu – odezwał się Moreau, jakby wiedział, że w tym momencie należy coś powiedzieć.

– Wcale nie – odparł Jeremy. – To byłoby niesmaczne, nie uważasz? Lucas jeszcze przed kolacją wróci do San Diego, a i ty potrzebujesz trochę czasu, żeby to wszystko przyswoić. Po tych wieściach nikt nie byłby w stanie się skupić, więc lepiej dać sobie spokój i zacząć na nowo od przyszłego tygodnia.

Zmarszczył czoło na taką odmowę, a Laila wtrąciła:

– Jean, gdzie ty masz głowę? Straciłeś kolejnego Kruka.

Cat otwierała już usta, zapewne, żeby ostro zaprotestować, ale Laila złapała ją ostrzegawczo za ramię. Patrzyły na siebie przez dziesięć pełnych napięcia sekund. Oburzenie i złość Cat kontra niezłomność i spokój Laili. I spokój jak zawsze wygrał. Cat zrobiła pochmurną minę, lecz ugryzła się w język. Jean chyba nie miał świadomości toczącej się obok niemej kłótni, patrzył tylko w dal i ważył słowa Laili.

– Jego rzeczywiście już nie ma, prawda? – powiedział tak cicho, że Jeremy nie był pewien, czy nie wyobraził sobie tych słów.

Knox przyglądał się cieniom w jego oczach, lekko uniesionemu kącikowi ust. Jean złapał się dłonią za szyję i wystukiwał niespokojny rytm o bandaż. Przez moment wyglądał na zagubionego, przez moment wyglądał na wręcz przerażająco młodego. Jeremy pomyślał, że bardzo chciałby go takim widywać, ale po chwili całe to napięcie gdzieś z chłopaka uszło. Jego wargi znów drgnęły, lecz wbił sobie paznokcie w dolną, żeby przypadkiem nie odważyły się uformować w uśmiech.

Ta autocenzura była godna pożałowania, jednak Jean w końcu się odezwał:

– Puf! Potwory na koniec zawsze tak łatwo giną.

Swoboda, z jaką określił Graysona mianem potwora, tchnęła w Jeremy’ego odrobinę nadziei. Relacja Moreau z Krukami to skomplikowana plątanina nienawiści i miłości, do tego rozrywana niechęcią do zmierzenia się z horrorem, jaki zgotowali mu w Edgarze Allanie. Jeanowi kilka razy się wymsknęło: „Nie, Grayson, proszę” i „Ja nie chciałem”, ale potem natychmiast ukrywał się z powrotem za wyparciem i unikaniem. Jeremy’emu z nawiązką wystarczyło, że teraz poczuł się na tyle bezpiecznie, by bez skrępowania okazywać ulgę.

Jego odpowiedź dodała odwagi Cat.

– No i krzyżyk na drogę.

– Tak – zgodził się z nią Jean.

Laila pozwoliła im na kilka chwil triumfu, jednak potrafiła łączyć kropki niegorzej niż Jeremy.

– Skoro Warren stara się z wyprzedzeniem kontrolować straty, to znaczy, że policja podejrzewa udział osób trzecich. Wiemy, że nie byłbyś do czegoś takiego zdolny, ale latem Kruki mocno nadszarpnęły twoją reputację. Opinia publiczna w takich przypadkach też jest bezlitosnym potworem. Musimy zaplanować, jak cię przed nią chronić.

Jeremy spojrzał najpierw na nią, a potem na Jeana.

– Trener powiedział, że ma dobre alibi.

– Już je potwierdzili – oświadczył Moreau. – Nie mogą mnie tym obciążyć.

– Byłeś z Neilem. – Jeremy liczył, że Jean powie coś na temat tego spotkania, ale on tylko sączył kawę. – Powiedziałeś, że gdyby miał wybór, to by nie przyjeżdżał. Czego on tu w ogóle szukał?

Cat brakowało cierpliwości, żeby przejmować się taktem.

– Co ci zrobił?

Jean spojrzał na nią zdziwiony, a ona odgarnęła mu włosy z twarzy i dodała:

– Jak przywiózł cię do domu, to byłeś w kiepskim stanie, a on też ma niezłą reputację. Nie możesz mieć nam za złe, że się o ciebie martwimy albo że mu nie ufamy.

– Nie musicie mu ufać – odparł. – Wystarczy, że ja ufam.

Jeremy nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Sądząc po minie Jeana, który wrócił do swojej kawy, on chyba też nie. Knox przełknął własne wątpliwości i powiedział:

– Nie sądziłem, że się przyjaźnicie po tym wszystkim, co w zeszłym roku opowiadał o Krukach. Jeżeli jest jeszcze w mieście, powinieneś zaprosić go do nas na kolację.

– Ten rozpuszczony bachor nie jest moim przyjacielem – rzucił Jean bez chwili namysłu.

– Może pewnego dnia choć trochę cię zrozumiem… – stwierdziła wolno Laila.

Zanim chłopak zdążył jej odpowiedzieć, komórka Jeremy’ego wydała paskudny dźwięk i Laila posłała mu rozdrażnione spojrzenie.

– A ten nie ma dziś nic lepszego do roboty? Czemu nie jest w pracy? – skomentowała.

– To jego tydzień… – Kiedy Knox zobaczył, kto jest nadawcą najnowszej wiadomości, zapomniał, co chciał powiedzieć. Groza osiadła na nim ciężko, jak druga skóra. – To Joshua.

– Nie! – ostrzegła go Laila. – Jeremy, nie!

Przez ostatnie cztery lata Joshua udawał, że Jeremy nie istnieje – w każde święta, podczas wszystkich obowiązkowych wydarzeń rodzinnych traktował go jak przezroczystego. To z pewnością nie jest przypadek, że postanowił się odezwać akurat dzisiaj.

– Kochany, no błagam cię… – Laila już wyciągała rękę nad wyspą, ale kapitan zdążył się odsunąć z komórką, zanim mu ją zabrała.

Otworzył krótką wiadomość, przeczytał ją w milczeniu i pół sekundy później wrzucił telefon do kawy. Cat pobiegła po ryż tak szybko, że przewróciła taboret, a Laila wyszarpnęła mu kubek z taką siłą, że prawie urwała chłopakowi palce. Jeremy był mniej więcej świadomy ciężkiego, nieruchomego spojrzenia Jeana, które na nim spoczęło, bo obserwował, jak Laila wyławia komórkę z cieczy i prędko rozkłada ją na części. Cat wróciła po chwili i przesypywała ryż do plastikowego pojemnika w takim pośpiechu, że wszędzie go rozsypywała.

– Masz, masz… – powtarzała, gdy Laila zanurzała kolejne elementy telefonu jak najgłębiej w ryżu.

Cat na wszelki wypadek wysypała na nie całą paczkę i uklepała powstały wzgórek. Zerknęła na Jeremy’ego, ale postanowiła nie komentować jego zachowania. Tymczasem on patrzył, jak dziewczyna odnosi pojemnik na blat. Lepsze to, niż spojrzeć w oczy podchodzącej do niego Laili. Pocałowała go przeciągle w skroń, a on w odpowiedzi nawinął sobie na palce jej brązowe loki.

– Myślisz, że to pomoże? – zapytał.

– Mam nadzieję, że nie.

Jeremy westchnął i się od niej odsunął.

– Musiałem wiedzieć.

Nie odpowiedziała. W kuchni zapadła ciężka cisza. Cat długo w niej nie wytrzymała, szybko zaczęła bębnić paznokciami o blat.

– Nie pozwolili mi dokończyć lunchu, konam z głodu. Zrobię nam coś do żarcia.

– Dobry pomysł – odparł sucho Jeremy, choć w ogóle nie był głodny.

Jean wyciągnął do Cat rękę w niemym żądaniu. Chyba miała ochotę odrzucić jego pomoc, ale ostatecznie zleciła mu krojenie papryki w kostkę, a sama zajęła się cebulą. Kiedy poszła do szafki po patelnię, Laila się wyprostowała i pchnęła Jeremy’ego w ramię. Posłusznie usiadł na zwolnionym przez Cat taborecie, a Laila zajęła miejsce obok. Knox ułożył złączone dłonie na wyspie i siłą woli skłonił rozgorączkowane serce, żeby nieco zwolniło. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał, powietrze wokół nich wypełniało się zapachem podsmażanej papryki.

– Przepraszam – powiedział. – Czy ktoś mógłby napisać trenerowi, że przez jakiś czas będę niedostępny pod swoim numerem telefonu?

– Do Williama i szmaciur też – zasugerowała, kładąc przed sobą własną komórkę. Wystukała kilka krótkich wiadomości, a potem się wychyliła i spojrzała na Jeana. – Dodajemy cię do czata grupowego czy nie jesteś jeszcze gotowy na tak wielkie zaangażowanie towarzyskie?

– Jakby mój telefon bez przerwy zawracał mi głowę, tak jak ten twój, to też bym go zniszczył – odparł Moreau.

Laila przewróciła oczami i znów skupiła się na gotowaniu.

– Czasami wystarczy po prostu zwykłe „nie”…

– Pojedyncze słowo rzadko bywa na tyle niegrzeczne, żeby dobrze oddać, o co mi chodzi.

– Dam ci numer do Cody – zdecydowała.

Jean nie skomentował i Jeremy zaczął się zastanawiać, czy wyczuł, że tej kłótni nie wygra, czy może po prostu nie widział powodów do protestu. W zeszły weekend przegadali ze sobą sporą część kolacji, a podczas treningów Cody biegało wokół Jeana, jak tylko często mogło, oczywiście tak, by nie prowokować Xaviera. Ciepła sympatia otuliła lodowatą pustkę w piersi Jeremy’ego. W końcu mógł odetchnąć bez wrażenia, że rozerwie sobie tym płuca. Spojrzał na Moreau.

– Chcesz porozmawiać o Neilu?

– A ty o Joshui? – odpowiedział Jean, unosząc kąciki ust.

– W takim razie francuski – orzekł Jeremy.

Jean spojrzał zdziwiony, nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana tematu. Knox się uśmiechnął, jakby cięta riposta chłopaka wcale nie była niczym potężny kop prosto w splot słoneczny.

– Gdy się poznaliśmy i zapytałem, czy byś mnie nie pouczył, to mnie walnąłeś. Ale wczoraj jakoś ci nie przeszkadzało, że Neil zna ten język.

– W Gnieździe nie miałem prawa mówić po francusku – powiedział Jean tonem sugerującym, że Jeremy celowo udaje idiotę. – Kiedy się dowiedzieli, że pomimo zakazu uczyłem Kevina, byli… wściekli. – W tym momencie chłopak uciekł wzrokiem i kapitan zrozumiał, że to kolosalny eufemizm. Informacja, że Day także zna francuski, była intrygująca, jednak Jeremy na razie postanowił odłożyć ją na bok, skoro już udało się skłonić Jeana do dłuższej wypowiedzi. – Chcieli to wykorzystać później, gdy będą mogli na tym więcej ugrać. Ale nigdy mi nie wybaczyli tamtego nieposłuszeństwa.

Jeremy rozważył opcje i potencjalne reakcje partnera, po czym zapytał:

– Więc nie chodzi o samą znajomość francuskiego, lecz o jego nauczanie? To znaczy… jakbym nauczył się go gdzieś indziej, to by ci to nie przeszkadzało, tak? W tym semestrze chyba nie wcisnę już w plan dodatkowych zajęć, bo musiałbym coś wykreślić, ale założę się, że znajdę jakiś kurs na płytach CD czy coś. Tej jesieni będę sporo jeździł między kampusem a domem.

– Za dużo jeździł… – wymamrotała pod nosem Laila, jednak Jeremy udał, że nie usłyszał.

Jean zastukał palcami w kubek.

– Nie masz po co się go uczyć. Mój angielski jest całkiem znośny.

– Jest fantastyczny – poprawił go kapitan. – Ale nie o to chodzi. To twój ojczysty język, a my nie możemy się nim z tobą dzielić. Dla mnie to wystarczający powód do nauki. – Knox dał mu kilka chwil na przemyślenie tej wypowiedzi, po czym docisnął: – Jak nie chcesz, żebym się go uczył, to nie będę. Tylko powiedz mi teraz.

Jean bacznie mu się przyjrzał, może szukał jakiegoś wiarygodnego uzasadnienia zakazu albo oceniał szczerość chłopaka.

– Rób, co chcesz – powiedział w końcu.

Jeremy uśmiechnął się zwycięsko, lecz mina szybko mu zrzedła.

– A skoro mowa o Kevinie, to chyba ktoś musi go poinformować, co tu się dzieje. Nie wiem, czy powinien się dowiedzieć z Wiadomości, że jego były kolega z drużyny zginął w Los Angeles.

– Nie obejdzie go to – stwierdził Jean, na co Jeremy zrobił pytającą minę, ale chłopak jedynie machnął nożem i zgarnął porozrzucane kawałki papryki w jedną kupkę na desce. – Kruki stanowiły zaledwie środek do celu, a on zawsze był wśród nich niepodważalnie najlepszy. Nie będzie udawał, że opłakuje kogoś, kto tylko mu ciążył. Będzie milczał tak samo jak w przypadku pozostałych.

Można by odnieść wrażenie, że to bardzo surowa ocena, ale Jeremy przez lata nasłuchał się tylu prywatnych opinii Kevina, że nie mógł jej z miejsca odrzucić. Latem Day nie chciał rozmawiać z mediami na temat sytuacji Kruków, lecz na pytanie, czy stała za tym obojętność, czy może żałoba, odpowiedzi można poszukać kiedy indziej. W sierpniu, gdy przyleci do miasta na wspólny wywiad, Jeremy będzie mógł zapytać go osobiście i otrzymać wyjaśnienia prosto w oczy.

– Nie chodzi tylko o Graysona – powiedział, próbując bez powodzenia przyciągnąć wzrok Jeana. – Spotkała cię wczoraj krzywda. Kevin chciałby o tym wiedzieć.

– Nie obejdzie go to – powtórzył Jean.

– To twój przyjaciel – obruszył się Jeremy.

– Wcale nie.

Zostało to wyrażone tak zaciekle, że Knox zgubił ciąg myśli. Posłał Laili oszołomione spojrzenie, ale ona przeszywała Jeana własnym, zbyt przenikliwym. Kapitan obrócił się z powrotem do partnera i spróbował jeszcze raz.

– To on cię nam zarekomendował. Latem robił, co mógł, żeby ułatwić transfer, dla nas wszystkich. Naprawdę myślisz, że nie chciałby wiedzieć, iż jesteś bezpieczny? Daj mu choć odrobinę kredytu zaufania.

– Ty dajesz mu go za dużo. Nic o nas nie wiesz.

– Obaj byliście maltretowani w Gnieździe – stwierdziła Laila i Jean zamarł. – Ty wiesz, kto złamał mu rękę, on wie, kto połamał ci żebra. Ale żaden z was nie postawi się Edgarowi Allanowi, nie wskaże prawdziwych winnych. Wiosną, jak rozpowiadali te straszne plotki na twój temat, mógł coś powiedzieć. Czemu tego nie zrobił?

– Nie wiem, co mnie bardziej obraża: to, że myślicie, iż mógłby coś zmienić, czy to, że myślicie, iż któremuś z nas by na tym zależało.

Laila chyba chciała się odciąć, ale Jean uderzył nożem w deskę.

– Gdyby odważył się cokolwiek o nich powiedzieć, to by go zniszczyli, a ja bym im w tym pomógł. Kruki nie zwracają się przeciwko Gniazdu.

– Tak mówisz, ale w rzeczywistości jesteś wściekły, że nie był w stanie cię ochronić.

– Nie był moim partnerem. Chronienie mnie nie było jego zadaniem i nie chciałem, żeby to robił. Chciałem tylko, żeby umarł.

– Wcale tak nie myślisz – powiedział Jeremy z szybciej bijącym sercem.

Jean wbił brutalnie palce w bandaże.

– Cieszyłem się, że stracił tę rękę. On ma i kocha tylko Exy i wiedziałem, że gdyby je stracił, to byłoby po nim. Miesiąc, może dwa w Gnieździe bez możliwości gry i nie miałby wyjścia, musiałby się zabić. Ja żyłem tylko dlatego, że mnie zmusił, bym obiecał, iż przetrwam. Gdyby sam umarł, to kto rozliczyłby mnie z tej obietnicy? Prędzej poharatałbym mu opony w aucie, niż dał uciec. I on dobrze o tym wie.

Cisza, która zapadła po tym przyprawiającym o ciarki wyznaniu, była tak głęboka, że można by w niej utonąć. W tym momencie Cat przesunęła patelnię na zimny palnik, żeby dołączyć do reszty przy wyspie. Wyciągnęła rękę dłonią do góry, ale nic nie mówiła. Jean spojrzał jej w twarz, potem na tę rękę, nie wiedział, o co chodzi, więc uznał, że dziewczyna chce odzyskać nóż. Ona zaczekała, aż chłopak zdecyduje się jej oddać ostrze, i wtedy złapała go za nadgarstek. Odezwała się dopiero, gdy spojrzał jej w oczy.

– Ja się cieszę, że żyjesz. Jestem przeszczęśliwa, że cię tu mamy, i mam nadzieję, że ty też jesteś. Mam nadzieję, że jak będziesz nieszczęśliwy, to nam o tym powiesz, żebyśmy mogli ci pomóc. Jesteś naszym przyjacielem, kochamy cię.

Jean wzdrygnął się całym ciałem.

– Nie opowiadaj mi takich rzeczy.

Cat zadarła podbródek.

– A czemu nie? Taka prawda.

– To nie może być prawda. Ja tylko…

Cokolwiek chciał powiedzieć, ugrzęzło mu to w gardle. Jeremy widział, jak gaśnie w nim światło. Wczoraj w nocy wrócił do domu z tym samym wyrazem twarzy: pustym wzrokiem człowieka, któremu ucieka sens trwania. Jean wyrwał się Cat z taką siłą, że ta prawie wpadła na wyspę. W połowie drogi do drzwi wypuścił z ręki nóż. Kapitan zerwał się z miejsca, zanim Laila zdążyła wypowiedzieć jego imię.

Znalazł chłopaka w ich sypialni. Siedział tam po turecku na środku łóżka, jedną dłoń zaciskał na kostce, drugą szarpał się za koszulkę na wysokości serca. Nie podniósł wzroku, gdy Knox pojawił się w pokoju. Jeremy wszedł na materac najostrożniej, jak umiał. Czekał na reakcję, która jednak nie nastąpiła, ostatecznie usiadł z Jeanem plecy w plecy. Chłopak był napięty niczym struna, ale się nie odsunął.

– Mogę zostać? – zapytał Jeremy. – Jak nie będziesz chciał, to już nic więcej nie powiem.

– Jesteś moim partnerem – odparł Moreau głosem chropowatym jak żwir. – Nie każę ci wyjść.

Jeremy zachodził w głowę, jak to możliwe, że Jean nadal pokłada wiarę w system, który tak koszmarnie go zawiódł, jednak przywoływanie Riko byłoby w tej chwili okrutne. Widział też, jak pieczołowicie Jean omija imię Zane’a, więc rozumiał, że i to jest drażliwy temat. Pewnego dnia go to zapyta, może. W tej chwili mieli większe problemy i jak na razie – zero rozwiązań. Jeremy nie zamierzał zaczynać akurat od tego, ale wiadomość od Joshui nie dawała mu spokoju, więc jego umysł skupił się właśnie na tej sprawie.

– Też mi się nie podobało, jak pierwszy raz to od niej usłyszałem – przyznał.

Jean nie odpowiedział, lecz Knox poczuł, że chłopak obraca lekko głowę; wiedział, że go słucha.