Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Trzymający w napięciu thriller pióra autorki bestsellerowej serii „The Naturals”. Gra o wysoką stawkę, zdrady i nieprzewidywalne zwroty akcji.
Każdy problem da się naprawić – za odpowiednią cenę…
Kiedy Tess Kendrick przeprowadza się do Waszyngtonu, żeby zamieszkać u starszej siostry, Ivy, nie ma pojęcia, że ta jest najlepszą fixerką w stolicy – osobą, która potrafi wymazać bez śladu skandale z udziałem wpływowych ludzi. Tess zawsze uważała, że z siostrą łączy ją niewiele podobieństw, jednak gdy zostaje przyjęta do ekskluzywnej szkoły Hardwicke, sama błyskawicznie przejmuje rolę szkolnej fixerki wyciągającej z tarapatów dzieci waszyngtońskiej elity.
Z upływem czasu podwójne życie obu sióstr prowadzi do spiętrzenia sekretów oraz zderzenia ich światów, gdy szkolny skandal odbija się echem aż na Kapitolu. Stawka wzrasta i staje się śmiertelnie niebezpieczna, kiedy Tess musi odkryć, kto pociąga za sznurki, zanim sama znajdzie się na celowniku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 405
Tytuł oryginału The Ruling Class
Copyright © 2015 by Jennifer Lynn Barnes. Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd. The moral rights of the author have been asserted. Illustration copyright © 2025 by Bloomsbury Publishing Plc Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Ilustracja na okładce Jim Tierney
Adaptacja okładki, skład i łamanie Andrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-68626-53-7
2026.1
Must Read jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, a więc nie kopiujesz, nie skanujesz i nie udostępniasz książek publicznie. Dziękujemy za to, że wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować książki.
Dla Allison, bratowej nad bratowymi
Dało się łatwo stwierdzić, że mój nauczyciel historii miał w życiu trzy pasje: cytowanie Szekspira, wytykanie nieścisłości historycznych w serialach i gnębienie Ryana Washburna.
– Panie Washburn, rok tysiąc osiemset sześćdziesiąty trzeci. Czy tak trudno to zapamiętać? Abraham Lincoln podpisał Proklamację Emancypacji w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim roku.
Ryan był raczej małomównym, tęgim chłopakiem, nieco nieśmiałym. Nie miałam pojęcia, co sprawiło, że pan Simpson obrał go za cel i postanowił przykrócić go o milimetr – a nawet i o siedem milimetrów. Coraz częściej lekcje historii przebiegały według takiego scenariusza: Simpson wciąż wywoływał Ryana do odpowiedzi, dopóki ten nie popełnił błędu. Wtedy się zaczynało.
Kiedy pan Simpson wygłaszał tyradę, Ryan siedział ze wzrokiem wbitym w blat, z głową zwieszoną tak nisko, że jego podbródek wspierał się na obojczyku. Siedziałam koło niego, po lewej stronie, dlatego wyraźnie widziałam, jak napina mięśnie ramion, a po jego karku zaczynają spływać krople potu.
– Co się stało z tymi „niezwykłymi predyspozycjami”, o których tyle słyszę od kolegów w pokoju nauczycielskim? – spytał drwiąco pan Simpson. – Ma pan w naszej szkole wielu fanów, panie Washburn. Na pewno nie mylą się co do pana możliwości intelektualnych. A może emancypacja wszystkich zniewolonych mieszkańców tego kraju po prostu nie jest kwestią na tyle istotną, by uczeń o tak wybitnym intelekcie przeciążał się zapamiętaniem jej daty?
– Przepraszam – wymamrotał Ryan; jego grdyka drgnęła.
Miarka się przebrała.
– Proklamacja nie dotyczyła wszystkich niewolników – rzuciłam beznamiętnie.
Oczy pana Simpsona zmieniły się w szparki i zwróciły się ku mnie.
– Chciałaby pani podzielić się wiedzą z resztą klasy, panno Kendrick?
– Tak. – Już dawno wyzbyłam się południowego akcentu, który miałam jeszcze w wieku czterech lat, kiedy przeprowadziłam się do Montany, ale pozostał mi nawyk niespiesznego wypowiadania słów. – Proklamacja Emancypacji – mówiłam dalej w powolnym tempie – nadała wolność jedynie niewolnikom w stanach Konfederacji. Pozostałe dziewięćset tysięcy osób uzyskało ją dopiero po ratyfikacji trzynastej poprawki w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym.
Mięsień na szczęce pana Simpsona wyraźnie drgnął.
– „Głupiec myśli, że ma dość rozumu; mędrzec wie, jak wiele mu brakuje1”, panno Kendrick.
Już od piątej rano byłam na nogach. Ryan nadal nie był w stanie podnieść oczu.
Oparłam się wygodnie na krześle.
– Sądzę, że panna nazbyt wiele narzeka.
– Chcesz się wytłumaczyć, dlaczego cię tu przysłano? – Szkolna pedagożka przewertowała zawartość mojej teczki. Nie usłyszawszy szybkiej odpowiedzi, oderwała wzrok od komputera, splotła dłonie na biurku i pochyliła się do mnie. – Martwię się, Tess.
– Jeśli ma pani na myśli to, jak pan Simpson znęca się nad bezbronnymi uczniami, to ja też się martwię.
Słowa „znęcać się” i „bezbronny” działały na pedagogów jak kryptonit. Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę.
– I twoim zdaniem... „pyskowanie” – przeczytała głośno słowo, którego użył pan Simpson we wpisanej mi uwadze – to najbardziej konstruktywny sposób wyrażenia swoich zastrzeżeń?
Uznałam, że to pytanie retoryczne.
– Tess, w zeszłym roku o tej porze udzielałaś się w żeńskiej drużynie lekkoatletycznej. Miałaś niemal stuprocentową frekwencję. Według wszystkich opinii byłaś dość towarzyska.
„Nie towarzyska, ale dość towarzyska”.
– Jednak ostatnio docierają do mnie zgłoszenia, że zasypiasz na lekcjach, zawalasz zadania domowe. W tym semestrze opuściłaś już pięć dni nauki, a nie minęły jeszcze trzy tygodnie.
„Nie powinnam była zostać w domu, kiedy chorowałam na grypę” – pomyślałam z przygnębieniem. Wyznaczyłam sobie dwa dni na powrót do zdrowia. Wobec coraz większej liczby nieobecności było to jednak o dwa dni za dużo. „Trzeba było trzymać język za zębami na lekcji Simpsona”. Nie mogłam sobie pozwolić na zwracanie na siebie uwagi. Na moją sytuację. Przecież zdawałam sobie z tego sprawę.
– Zrezygnowałaś z lekkoatletyki. – Pedagożka przypuściła nieustępliwy atak. – Wygląda na to, że w ogóle nie zadajesz się już z rówieśnikami.
– Ja i moi rówieśnicy nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego.
Nigdy nie byłam popularna w szkole. Niemniej kiedyś miałam koleżanki i kolegów – ludzi, z którymi mogłam zjeść lunch w stołówce i którzy okazaliby zainteresowanie, widząc, że coś jest nie w porządku.
I właśnie w tym problem. Obecnie koledzy byli luksusem, na który nie mogłam sobie pozwolić.
Jeżeli obierasz sobie za cel pozbycie się znajomych, masz łatwe zadanie.
– Obawiam się, że nie pozostaje mi nic innego, jak zadzwonić do twojego dziadka. – Pedagożka sięgnęła po telefon.
„Nie rób tego” – pomyślałam. Ale ona już zaczęła wybierać numer. Zacisnęłam zęby, żeby nie okazać reakcji i się nie zdradzić. Zmusiłam się do oddychania. Domyślałam się, że dziadek pewnie nie odbierze. Gdyby jednak odebrał i wszystko zaczęło się walić, miałam pod ręką zawczasu przygotowany arsenał wymówek.
„Pewnie przerwała mu pani drzemkę”.
„To przez te nowe lekarstwa, które zapisał mu lekarz”.
„On nie lubi rozmawiać przez telefon”.
Piętnaście, może dwadzieścia sekund, po których pedagożka ostatecznie zrezygnowała z czekania, aż ktoś podniesie słuchawkę, było dla mnie torturą. Tłumiąc w sobie odruch, by wzdrygnąć się z uczucia ulgi, nadal słyszałam w uszach łomot serca.
– Nie zostawiła pani wiadomości. – Mój głos brzmiał zadziwiająco spokojnie.
– Nagrane wiadomości bywają usuwane – odpowiedziała kwaśno. – Później spróbuję ponownie.
Mój żołądek zacisnął się w jeszcze ciaśniejszy supeł. Tym razem udało mi się uniknąć wpadki. Jednak znałam dziadka na tyle, że nie mogłam bezczynnie siedzieć i czekać na drugą rundę. Pedagożka oczekiwała rozmowy. Chciała, żebym się przed nią otworzyła. Dobrze więc.
– Poszło o Ryana Washburna – powiedziałam. – Pan Simpson się na niego uwziął. Ryan to miły chłopak. Cichy. Bystry. – Zamilkłam na chwilę. – A z jego lekcji zawsze wychodzi z poczuciem, że jest głupi. – To nie ja powinnam jej o tym mówić. – Wie pani, czym się zajmujemy na ranczu mojego dziadka? Oprócz hodowli bydła? – Popatrzyłam jej w oczy, nie pozwalając, żeby odwróciła wzrok. – Przyjmujemy konie, których nikt inny nie chce. Źle traktowane, poturbowane psychicznie i wewnętrznie zdruzgotane tak, że nie ma w nich nic oprócz zwierzęcego gniewu i strachu. Próbujemy do nich dotrzeć, pokonując ich bariery. Czasami udaje nam się wygrać. – Zrobiłam pauzę. – A czasami nie.
– Tess...
– Nie lubię ludzi, którzy znęcają się nad słabszymi od siebie. – Wstałam, żeby wyjść z gabinetu. – Śmiało, proszę zadzwonić do mojego dziadka i mu to powiedzieć. Mogłabym pójść o zakład, że się nie zdziwi.
Wyglądało na to, że ryzyko, które podjęłam, się opłaciło. Do wieczora telefon milczał. Następnego dnia też. W szkole starałam się nie wychylać. Wstawałam wcześnie, kładłam się późno i samą siłą woli trzymałam swój świat w ryzach. Może i nie była to szczególnie wymagająca rutyna, ale sama ją sobie narzuciłam. Kiedy nadszedł czwartek po południu, już przestałam oczekiwać najgorszego.
I to był błąd.
Stałam na szeroko rozstawionych nogach na środku padoku i trzymając ręce luźno opuszczone wzdłuż tułowia, obserwowałam klacz, która zachowywała się tak, jakby wstąpił w nią sam Belzebub.
– No już, spokojnie – zwróciłam się się do niej cicho. – Damie to nie przystoi.
Nozdrza klaczy się rozdęły, ale nie stanęła znów dęba.
– Chciałabym pewnego dnia spotkać w jakiejś ciemnej uliczce twojego pierwszego właściciela – wymruczałam niemal pieszczotliwie.
Skrzypnięcie drewnianych desek za moimi plecami uprzedziło mnie o tym, że mam towarzystwo. Spodziewałam się, że to wywoła u zwierzęcia kolejny napad szału, ale ono jedynie zrobiło kilka niepewnych kroków w moją stronę.
– Piękny koń.
Zastygłam w bezruchu. Poznałam ten głos – i natychmiast tego pożałowałam. „Dwa słowa”. Tyle wystarczyło mimo tak długiej przerwy.
Poczułam ucisk w piersi.
– Jestem zajęta – powiedziałam.
Nie odważyłam się odwrócić. Ta osoba nie była warta utraty równowagi emocjonalnej.
– Upłynęło bardzo dużo czasu, Tess.
„Z czyjej winy?”. Nie chciało mi się o to pytać.
– Nieźle sobie radzisz. Z tą klaczą.
Ivy nie zdawała się ani trochę zła, że ją ignoruję. Taka już była – wszystko słodko i ładnie, dopóki się jej nie podpadnie.
„Idź sobie” – pomyślałam. Klacz przede mną raptownie zarzuciła łbem, wyczuwając napięcie.
– Hej – wymruczałam. – No już, już. Spokojnie.
Tupnęła przednimi kopytami. Zrozumiałam i zaczęłam się wycofywać.
– Musimy porozmawiać – rzekła Ivy, gdy dotarłam do ogrodzenia padoku.
Tak jakby jej obecność na ranczu była czymś normalnym. Jakbyśmy ze sobą często rozmawialy.
Przeskoczyłam przez płot.
– Muszę wziąć prysznic – poinformowałam ją.
Ivy nie mogła się kłócić z logiczną argumentacją. A raczej, co bardziej prawdopodobne, zdecydowała się tego nie robić. Przeczuwałam, że wielka Ivy Kendrick umiałaby postawić na swoim w niemal każdej sprawie – ale skąd miałam wiedzieć o tym na pewno? Ostatni raz widziałam ją prawie trzy lata temu.
– Porozmawiamy, jak już weźmiesz prysznic.
Ivy była do bólu nieustępliwa. Podejrzewałam, że zwykle nie spotykała się z odmową. Na szczęście fakt, że każdy wiedział, iż niespieszno mi do wyrażania głośno myśli, miał swoje zalety. Nie musiałam mówić „nie”. Po prostu ruszyłam w kierunku domu, wyprzedzając Ivy, chociaż była ode mnie o parę centymetrów wyższa.
– Dzwoniła do mnie twoja szkolna pedagożka – dobiegł zza moich pleców jej głos. – A potem sama też zatelefonowałam do kilku miejsc.
Jej słowa mnie nie spowolniły, ale wnętrzności skręciły mi się jak wyżymany mokry ręcznik.
– Rozmawiałam z pracownikami rancza – mówiła dalej Ivy.
Weszłam na ganek, pchnęłam drzwi wejściowe i gdy znalazłam się w środku, nie przytrzymałam ich, lecz pozwoliłam im się zatrzasnąć. Jakiś czas temu trzaśnięcie drzwiami zwróciłoby uwagę mojego dziadka. Nazwałby mnie dzikuską, pogroził, że mnie oskalpuje, i kazał wrócić na ganek, żebym weszła do domu jeszcze raz – tym razem jak należy.
To już się nie wydarzy.
„Ivy się mną interesowała”. Czmychnęłam na piętro, ale nie udało mi się umknąć przed coraz silniejszą pewnością. „Ona wie”.
– No to weź ten prysznic! – krzyknęła do mnie Ivy. – Porozmawiamy potem!
Zacięła się jak zdarta płyta. I znała prawdę. Tak bardzo starałam się utrzymać to w tajemnicy, opiekować się dziadkiem, zrobić choć jedną rzecz dla człowieka, który dla mnie zrobił wszystko, a teraz...
Nie wiedziałam, czym dokładnie Ivy zajmuje się w Waszyngtonie. Nie byłam nawet pewna, czy nadal tam mieszka. Nie umiałabym powiedzieć, czy jest singielką, czy się z kimś spotyka – może nawet wyszła za mąż? Wiedziałam jednak – chociaż zdecydowanie wolałabym nie wiedzieć – że skoro pofatygowała się, żeby przylecieć do Montany i zaszczyciła ranczo swoją obecnością, to miała ku temu powód.
Moja siostra była urodzoną organizatorką, miała dar kreowania rzeczywistości i rozwiązywania problemów – a w tej chwili problemem na jej celowniku byłam ja.
Przeznaczyłam na prysznic trzy minuty. Nie mogłam pozwolić, żeby Ivy przebywała z dziadkiem choć sekundę dłużej. W ogóle nie powinnam zostawiać ich samych, ale potrzebowałam chwili dla siebie. Musiałam się zastanowić.
Nie widziałam Ivy od niemal trzech lat. Kiedyś przyjeżdżała na ranczo co kilka miesięcy. Podczas ostatnich odwiedzin zapytała mnie, czy nie chciałabym przeprowadzić się do Waszyngtonu i z nią zamieszkać. Miałam wtedy trzynaście lat i byłam zapatrzona w nią jak w obrazek. Zgodziłam się. Wszystko zaplanowałyśmy. A ona nagle wyjechała. Bez wyjaśnienia. Nie zabrała mnie ze sobą.
Nawet się nie pożegnała.
Od tamtej pory już się nie pojawiała. „Jeśli uda mi się ją przekonać, że dziadek i ja mamy się dobrze, znów wyjedzie”. Ta myśl powinna była mnie pocieszyć. Powinna była dać mi iskierkę nadziei.
Już nie miałam trzynastu lat. To nie powinno tak boleć.
Włożyłam dres i T-shirt, po czym wysuszyłam ręcznikiem moje niesforne, zbyt gęste włosy. Zarówno Ivy, jak i ja byłyśmy szatynkami, tyle że moje włosy wpadały w ton zbyt jasny, by nazwać je czarnymi, a mojej siostry były o odcień za ciemne, by uznać je za blond.
Czekała na mnie przy schodach.
– Gotowa na rozmowę?
Brzmiała zupełnie jak ja. Mówiła szybciej, ale jej głos miał tę samą barwę.
Poczułam znajomą falę gniewu.
– A nie przyszło ci do głowy, że może ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać?
Grymas wykrzywił maskę grzeczności na twarzy Ivy, ale tylko na sekundę.
– Domyślałam się tego, skoro ostatnio trzy razy nie odebrałaś telefonu – powiedziała cicho.
Gwiazdka. Moje urodziny. Urodziny Ivy. Moja siostra dzwoniła do domu dokładnie trzy razy w roku. Przestałam odbierać mniej więcej wtedy, kiedy dziadek zaczął zapominać o różnych drobiazgach, takich jak klucze, nazwiska czy konieczność wyłączenia kuchenki.
„Dziadek”. Zmusiłam się do myślenia o tym, co w tej chwili najważniejsze. „Mamy problem. I to ja muszę go rozwiązać”. Weszłam do kuchni, nie wiedząc, co w niej zastanę.
– Najwyższy czas, Misiu. – Dziadek powitał mnie, mierzwiąc mi włosy i klepiąc lekko po ramieniu.
„Poznaje mnie”. Poczułam, jak zalewa mnie przypływ ulgi. Odkąd sięgałam pamięcią, zawsze nazywał mnie Misiem.
– Patrz, kto nas w końcu odwiedził – rzekł dziadek, wskazując ruchem głowy na Ivy. Miał szorstki głos, ale jego piwne oczy błyszczały.
„Jest dobrze” – pomyślałam. „Jakoś to rozegram”. Od roku ukrywałam zaniki pamięci dziadka. Ostatnio zdarzały się częściej niż przed rokiem.
Częściej niż jeszcze miesiąc temu.
Jeśli dzisiaj miał lepszy dzień, to Ivy nie musiała o tym wiedzieć. Gdybym miała wskazać jedną rzecz, której nauczyło mnie życie, byłoby nią to, że moja siostra nie zostanie tu na tyle długo, żeby poznać prawdę.
– Wiem, dziadku – odparłam, siadając przy rozklekotanym drewnianym stole, który chybotał się już dłużej, niż żyłam na świecie. – Aż trudno uwierzyć, że zasłużyliśmy sobie na to, że odwiedziła nas Ivy we własnej osobie.
Poczułam na sobie spojrzenie ciemnobrązowych oczu siostry.
– Ivy? Jaka Ivy? – Dziadek uśmiechnął się porozumiewawczo do niej, po czym odwrócił się z powrotem do mnie. – Masz jakąś urojoną przyjaciółkę, Misiu?
Serce mi zamarło. Dam radę. Muszę. Dla jego dobra.
– Sama nie wiem – odpowiedziałam, ściskając palcami siedzenie krzesła. – Czy „urojona przyjaciółka” to nowe określenie wiecznie nieobecnego rodzeństwa?
– To ty przestałaś odbierać telefony – wtrąciła Ivy.
„Dobrze”. Niech się skupi na mnie. Niech się na mnie złości. Oby tylko nie dopuścić, by zrozumiała, że to, czego dowiedziała się z rozmów z pedagożką i pracownikami rancza, to nie jest cała prawda. Nikt nie wiedział, jak zła była sytuacja.
Nikt oprócz mnie.
– Nie odbierałam, bo nie chciało mi się z tobą gadać – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Nie możesz ot tak zniknąć z naszego życia, a potem oczekiwać, że rzucę wszystko, bo w końcu zdecydowałaś się sięgnąć po telefon.
– Wcale tak nie było, Tessie, i dobrze o tym wiesz.
To, że udało mi się wyprowadzić ją z równowagi, sprawiło mi większą frajdę, niż powinno.
– Tess – sprostowałam.
– Właściwie to Thereso – odparła.
– Na litość boską, Noro – wtrącił dziadek. – Ona przyjeżdża tu każdego lata na zaledwie dwa tygodnie. Nie dąsaj się o parę nieodebranych telefonów.
W czasie krótszym niż dwie sekundy poirytowana twarz Ivy zmieniła wyraz i teraz wyrażała rozpacz. Nora to było imię naszej matki. Ledwo ją pamiętałam, ale Ivy miała dwadzieścia jeden lat, kiedy rodzice zginęli. Różnica wieku między nami zawsze wydawała mi się olbrzymia, ale największą przepaść stanowił fakt, że Ivy spędziła z mamą i tatą siedemnaście lat więcej niż ja. Dla mnie ranczo było domem, a dziadek – jedynym prawdziwym rodzicem, jakiego znałam. Dla Ivy był tylko dziadkiem, u którego w dzieciństwie spędzała dwa tygodnie podczas każdych wakacji.
Przyszło mi na myśl, że kiedy była mała, ją też mógł nazywać Misiem.
„Jemu się zdaje, że jestem Ivy, a Ivy to mama”. Tego już nie dało się ukryć, nie wpadł mi do głowy żaden podszyty złośliwością komentarz, który mógłby zamydlić oczy siostrze. Dłuższą chwilę siedziała wpatrzona w dziadka. W końcu zamrugała, a kiedy znów otworzyła oczy, wyglądała, jakby nic się nie stało – jak robot, który zresetował swój system, żeby zapobiec uruchomieniu się programu o nazwie „przeciążenie emocjonalne”.
– Harry – powiedziała, zwracając się do dziadka po imieniu. – Jestem Ivy, twoja wnuczka. A to jest Tess.
– Przecież wiem – burknął.
Starałam się nie zauważać niepewności w jego oczach.
– Wiesz – odparła Ivy łagodnym, ale stanowczym tonem. – I wiesz też, że ona nie może tu zostać. Ty nie możesz tu zostać.
– Do diabła! Akurat! – Poderwałam się na równe nogi.
Dziadek huknął pięścią w stół.
– Thereso, nie zapominaj się!
Znów stałam się sobą, przynajmniej na chwilę.
– Daj nam minutę, Tess – nakazała mi Ivy.
– Idź, Misiu.
Dziadek nagle wydał mi się stary – i bardzo, ale to bardzo zmęczony. W tamtej chwili zrobiłabym wszystko, o co by poprosił. Zrobiłabym wszystko, żeby go tylko odzyskać takiego, jakim był kiedyś.
Zostawiłam ich samych w kuchni. Krążyłam nerwowo po salonie, a czas upływał. Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście. Chodziłam od jednej ściany do drugiej, zataczając ósemki między meblami.
– Robiłaś tak samo, kiedy byłaś mała. – Ivy nagle zjawiła się w drzwiach, zatrzymała się na moment w progu, a potem weszła i usiadła na kanapie. – Robiłaś ósemki dokoła stóp mamy albo wokół nóg stolika kawowego. Inne dzieci uczyły się chodzić. Ty uczyłaś się krążyć. – Uśmiechnęła się słabo. – To ją strasznie martwiło.
Mieszkałyśmy pod jednym dachem tylko przez rok, kiedy byłam niemowlęciem, a Ivy kończyła liceum. Czasami żałowałam, że tego nie pamiętam, ale nawet gdybym pamiętała, ona i tak byłaby dla mnie obcą osobą – kimś, kto teraz zagrażał wszystkiemu, co z taką determinacją starałam się chronić.
– Trzeba było do mnie zadzwonić, kiedy jego stan się pogorszył, Tess.
Serio? Miałam chwycić za telefon i zadzwonić, skoro ona nie raczyła nas nawet odwiedzić?
– Mam to pod kontrolą, Ivy. – Przeklinałam w duchu siebie oraz szkolną pedagożkę za to, że się z nią skontaktowała. – Wszystko jest w porządku.
– Nie, kochanie, nie jest.
Nie miała prawa tu przyjeżdżać po tylu latach i mówić mi, że coś jest nie w porządku. Nie miała prawa wkraczać w nasze życie ani nie miała prawa mówić do mnie „kochanie”.
– W Bostonie znajduje się ośrodek terapii zaburzeń pamięci – mówiła dalej spokojnie. – Najlepszy w kraju. Teoretycznie trzeba się zapisać na listę oczekujących na leczenie w oddziale stacjonarnym, ale zatelefonowałam do kilku osób.
Poczułam ostry skurcz w żołądku. Dziadek kochał to ranczo. Był z nim zrośnięty. Ono nie przetrwałoby bez niego. Zrezygnowałam ze wszystkiego – z lekkoatletyki, ze znajomych, z nadziei na chociaż jedną w pełni przespaną noc – żeby go tu zatrzymać, żeby wszystko jakoś działało, żeby się nim opiekować tak jak on zawsze opiekował się mną.
– Dziadek ma się dobrze. – Zacisnęłam buntowniczo zęby. – Czasami coś mu się pomyli, ale poza tym wszystko gra.
– On potrzebuje lekarza, Tessie.
– To go do niego zawieź. – Przełknęłam z trudem ślinę, czując, że już przegrałam. – Dowiedz się, co mamy zrobić... co ja mam zrobić, a potem przywieź go z powrotem do domu.
– Nie możesz tu zostać, Tess. – Ivy wyciągnęła do mnie rękę. Cofnęłam się raptownie. – Zajmujesz się nim – kontynuowała cicho. – A kto zajmuje się tobą?
– Sama potrafię o siebie zadbać.
Zacisnęła zęby dokładnie tak jak ja.
– Nie powinnaś być do tego zmuszona.
– Ona ma rację, Misiu. – Podniosłam wzrok i zobaczyłam dziadka stojącego w drzwiach. – Nie martw się o mnie, mała – przykazał.
Był w pełni świadomy – i nieustępliwy.
– Nie musisz się na to godzić, dziadku – powiedziałam, ale moje słowa trafiły w próżnię.
– Dobra z ciebie dziewczyna, Tess – rzucił szorstko.
Spojrzał mojej siostrze w oczy i nastąpiło między nimi jakieś nieme porozumienie. Po dłuższej chwili Ivy znów obróciła się do mnie.
– Do czasu aż wszystko sobie poukładamy, chcę, żebyś pojechała ze mną. – Podniosła rękę, uprzedzając mój ewentualny protest. – Rozmawiałam już z dyrekcją szkoły w Waszyngtonie. Zaczynasz w poniedziałek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Fragm. utworu Jak wam się podoba W. Shakespeare’a w tłum. Stanisława Barańczaka. Wydawnictwo „W drodze” 1993, s. 124. ↩
