The Bourbon Boys. Sekrety - Victoria Wilder - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

The Bourbon Boys. Sekrety ebook i audiobook

Victoria Wilder

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Sekrety, które miały zostać pogrzebane. Uczucia, które nie powinny wracać.

Faye Calloway pięć lat temu podjęła decyzję, która zmusiła ją do ucieczki z Fiasco. Teraz wraca do miejsca, którego miała już nigdy nie zobaczyć – jako prywatna detektyw współpracująca z FBI i jako Rosie Gold, kobieta, która potrafi wyciągnąć informacje od ludzi, którzy mają zbyt wiele do ukrycia.

Jej zadanie miało być proste: zbliżyć się do Brocka Blackstone’a i pomóc rozpracować sprawę, która prowadzi prosto do świata wielkich pieniędzy i wpływów. Tyle że Fiasco szybko przypomina Faye, że przeszłość nie znika tylko dlatego, że człowiek wyjechał.

Zwłaszcza gdy na jej drodze ponownie staje Lincoln Foxx – owdowiały ojciec dwóch córek i mężczyzna, który widział ją w najgorszym momencie jej życia. Łączy ich sekret, którego ujawnienie mogłoby zniszczyć wszystko. Dzielą gniew, żal i decyzje, których nie da się cofnąć. Ich relacja jest intensywna, pełna napięcia i niedopowiedzeń. Pożądanie miesza się z gniewem, a każda chwila razem przypomina, jak wiele ryzykują. Tym bardziej że przeszłość nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

W Fiasco nic nie pozostaje ukryte na zawsze. A prawda może kosztować ich wszystko – miłość, rodzinę, a nawet życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 486

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 5 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marek SzpilkaGiurow DianaDiana Giurow

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Bourbon Boys. Bourbon & Secrets

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Olek Zawisza

Ilustracja na okładce: Loni Carr, The Whiskey Ginger

Projekt okładki: Echo Grayce, Wildheart Graphics

Adaptacja okładki: Wojciech Bryda

Grafiki w środku: © Konstiantyn, © Julisart / Stock.Adobe.com

Copyright © 2024 by Victoria Wilder

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Michał Kompanowski, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-935-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy wiedzą, że wolno nam się zakochiwać tak często, jak chcemy. Zapałać uczuciem do nowych kochanków lub starych przyjaciół. Pokochać na nowo te same osoby, nawet jeśli sami i same się zmieniliśmy. Zakochujcie się. Róbcie to głośno. W stosownym dla siebie tempie. Spieszcie się. Zwalniajcie. Cieszcie się nagłym pożądaniem, powolnym narastaniem uczuć, tym, co macie teraz. Przeżywajcie rozstania. Zakochujcie się ponownie.

A jeśli pragniecie czegoś więcej…

Lincoln Foxx ma dla was kilka kreatywnych wskazówek.

Tyle że część z nich będzie się wiązała z piciem bourbona…

Od autorki

Zanim rozpoczniesz lekturę, powinnaś być świadoma, że chociaż to fikcyjna opowieść, porusza trudne tematy.

Poniżej lista potencjalnie niepokojących treści, przed którymi chciałabym cię ostrzec, na wypadek gdyby mogły wzbudzić u ciebie negatywne emocje.

Śmierć i przemoc, rozlew krwi, agresja w stosunku do kobiet, dyskusje na temat zmarłych rodziców i innych członków rodziny, pobyt w szpitalu, rozmowy o okrucieństwie wobec zwierząt, zmagania głównych bohaterów z zespołem stresu pourazowego, wulgarny język, opluwanie drugiej osoby w łóżku i wiele dosadnych opisów scen seksu.

Zasady produkcji bourbona

Każdy bourbon to whiskey, jednak nie każda whiskey jest bourbonem. Aby mogła nosić to miano, w trakcie produkcji muszą zostać spełnione konkretne warunki:

1. Whiskey musi być produkowana na terenie Stanów Zjednoczonych.

2. Zacier musi się składać co najmniej w 51% z kukurydzy.

3. Whiskey musi dojrzewać przynajmniej dwa lata w nowej, wypalonej od środka, dębowej beczce.

4. Zawartość alkoholu w świeżym destylacie wlewanym do beczek nie może przekroczyć 62,5% (125 proof).

5. Do whiskey nie wolno dodawać żadnych substancji smakowych ani koloryzujących, a wodę można dolewać tylko po to, by w razie konieczności rozcieńczyć destylat i obniżyć stężenie alkoholu.

W miasteczku Fiasco, w stanie Kentucky, obowiązuje jeszcze jedna zasada luźno związana z produkcją tamtejszego bourbona:

Lepiej nie zakochaj się w żadnym z braci Foxxów.

Rozdział 1

Lincoln

– Pomyliłem się. Całkowicie.

Wciskam stopą pedał hamulca tak mocno, że tryskające spod opon błoto ochlapuje karoserię purpurowego, podrasowanego samochodu mojej najlepszej przyjaciółki. Parkuję i opadam plecami na oparcie fotela, kipiąc z wściekłości. Uderzam dłonią w kierownicę. Za piątym, może szóstym razem czuję w końcu ból rozlewający się po dłoni i przedramieniu.

– Kurwa, kurwa, kurwa!

Wciągam przez nos powietrze, wypełniam nim płuca i liczę do trzech. W moich żyłach buzuje adrenalina. Podpowiada mi, abym uciekł jak najdalej stąd. Odpływam, wpatrując się w płaski krajobraz i wybiegi, po których w ostatnich promieniach słońca spacerują konie. Fleetwood Mac śpiewają w kółko o słuchaniu podmuchów wiatru i braku miłości. Pierdolona ironia. Zaciskam dłoń w pięść i wykrzywiam się z bólu, spoglądając na zakrwawione knykcie. Boli mnie też łokieć.

Uniosła podbródek i z wilgotnymi od łez oczami zadała ostateczny cios. „To się popsuło. My się popsuliśmy, Lincoln” – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Wyskoczyłem przez drzwi, nim zdążyła cokolwiek dodać. Myślałem tylko o jednym. Nigdy wcześniej nie czułem się bardziej wybrakowany i tak kurewsko popsuty. Uderzyłem z hukiem pięścią w drzwi samochodu. Drugi cios wgniótł karoserię. Po trzecim poczułem w knykciach piekący ból, więc wyrżnąłem w metal łokciem, jakbym uderzał w worek treningowy. Dzięki Bogu dziewczynki spały już w swoich pokojach na piętrze.

Nie mam żadnego planu. Nie przygotowałem się na taką ewentualność.

– Kurwa!

Gaszę silnik i zatrzaskuję za sobą drzwi, ignorując wgniecioną karoserię. Nie panuję nad emocjami. Nie mogę wrócić teraz do domu.

W wilgotnym powietrzu unosi się gryzący zapach końskich stajni i grabionego siana. Z trudem przebija się przez niego typowa słodycz ciepłego lata. O tak późnej porze dnia przy wybiegach i torze kręcą się już tylko trenerzy albo właściciele koni. Szukam wzrokiem znajomych ciemnych loków i szybko wypatruję moją najlepszą przyjaciółkę. Stoi po przeciwnej stronie stajni i wymachuje entuzjastycznie rękoma, opowiadając jakąś historię.

– Hads – wołam.

Obraca się gwałtownie na pięcie i śle mi na powitanie ciepły uśmiech.

– Linc, co tu robisz?

Uśmiech szybko znika z jej twarzy, gdy podchodzę bliżej. Zawsze świetnie odczytuje mój nastrój. Zdarza się, że robi to nawet lepiej od Olivii. Teraz wbija wzrok w moje dłonie, które trzymam kurczowo przy ciele, zaciskając pięści. Odchrząkuję.

– Potrzebuję chwili.

O nic nie pyta. Przygląda mi się, szukając odpowiedzi na nurtujące ją pytanie. Próbuje ustalić, co złego mogło się wydarzyć. „Potrzebuję chwili” to nasz kod. Dwa słowa sygnalizujące, że coś poszło nie tak i trzeba o tym porozmawiać. Nasza przyjaźń opiera się na prostych zasadach. Rozśmieszamy się, kiedy nie jest nam do śmiechu. Świętujemy drobne sukcesy. Zapewniamy sobie bezpieczną przestrzeń, wartą więcej niż mądre rady.

Hadley była przyjaciółką Olivii, ale z jakiegoś powodu to ze mną nawiązała bliższą więź. Kręciła się pod naszym domem już w ogólniaku niczym niewidziana od dawna siostra, odnaleziona po latach rozłąki. I tym właśnie się dla mnie stała – najlepszą przyjaciółką, którą traktowałem niemal jak siostrę.

– Nie rozsiodłaliśmy jeszcze Lady Brittany Christiny Pink. Możesz pojechać na niej – mówi i kiwa głową w kierunku znajdującego się za moimi plecami boksu, w którym stoi jej najnowszy nabytek.

Jasna grzywa i ogon sprawiają, że klacz prezentuje się świetnie.

– Nie ma mowy, żebym tak do niej mówił – odpowiadam, podziwiając klacz o brudnokasztanowej maści.

Na pierwszy rzut oka widać, że jest szybka, co w tej chwili bardzo mi odpowiada. Potrzebuję czegoś, co odciągnie moją uwagę od problemów i pozwoli trzymać się z dala od bourbonu i awantur.

Hadley pokazuje mi środkowy palec.

– To urodzona czempionka. Wygra Potrójną Koronę. Czuję to w kościach – mówi, kłując mnie palcem wskazującym w pierś. – I będziesz się do niej zwracał po imieniu, które nadała jej bogini.

Uśmiecham się lekko.

– Jesteś niepoważna. Wiesz o tym, prawda?

– A mimo to przyszedłeś prosić o pomoc właśnie mnie, swoją najlepszą kumpelę.

Pociągam za pasek do mocowania siodła.

– Wcale tak o tobie nie mówię.

Hadley przewraca oczami i macha dłonią.

– Co nie oznacza, że nią nie jestem – odpowiada, po czym sprawdza paski do popręgu i gładzi szyję klaczy. – Jest szybka – dodaje, zaciskając dłoń na moim przedramieniu. – Nie wariuj. Poczekaj, dam ci torbę.

– Dziękuję – mówię i przeczesuję palcami włosy. Przenoszę wzrok na grupkę mężczyzn, z którymi rozmawiała wcześniej Hadley. – Wszystko w porządku, Hads? Tamci kolesie nie sprawiają ci żadnych problemów?

Przekrzywia na bok głowę i śle mi wymowne spojrzenie.

– E, boją się mnie bardziej niż mojego ojca. Wszystko gra – odpowiada, uśmiechając się szeroko i rozpraszając wszelkie obawy. – Weź to – dodaje i rzuca mi swój jasnożółty plecak. – Potrzebujesz alibi? A może w ogóle się dzisiaj nie widzieliśmy?

Zarzucam plecak na ramię i podchodzę do Lady.

– Dzisiaj mnie nie widziałaś.

Hadley ponownie chwyta moje przedramię, ale tym razem przyciąga mnie do siebie i obejmuje. Ściska mnie mocno i wypuszcza z ramion dopiero po chwili. Patrzymy sobie prosto w oczy.

– Powinnam o tym wiedzieć?

Potrząsam głową i bez słowa wskakuję na siodło. Nie musi. Sam nie chcę o tym wiedzieć. Kolejny sekret. Nabieram przekonania, że wina leży po mojej stronie.

Gdy podmuch ciepłego wiatru smaga mnie po twarzy, dostrzegam słońce stykające się z linią horyzontu, które zwiastuje koniec tego popieprzonego dnia. Jadę bez zatrzymywania. Ostatnie promienie padają na łąki pozbawione pagórków i porośnięte wiechliną. Nie jest to krajobraz typowy dla tej części Kentucky, ale przez dwie mile wysokie źdźbła ocierają się o strzemiona i moje buty. Wilgotność spada, a lepkie popołudnie ustępuje miejsca wieczorowi. W końcu da się normalnie oddychać.

Mogłem pojechać do brata i wziąć jednego z należących do nas koni, ale wówczas musiałbym wyjaśnić powód nagłej wizyty. Grant by się zmartwił i zapytał, czy wszystko ze mną w porządku, choć sam ledwie sobie radził. Mój młodszy braciszek stał się cieniem samego siebie. Ace opowiedziałby mi o jakiejś sprawie wymagającej szybkiego załatwienia. Odgrywał rolę najstarszego brata tak dobrze, że czasami zapominał o tym, że powinien być też naszym przyjacielem. A Griz od razu by się zorientował, że założyłem maskę i próbuję się za nią skryć. Potrafił przejrzeć na wylot każdego. Jakby miał dar przepowiadania przyszłości. Nie potrzebowałem dodatkowych zmartwień. Musiałem najpierw rozwiązać własne problemy.

W okolicach Fiasco są jaskinie i gorące źródła, do których prowadzą szlaki turystyczne i jeździeckie. Wiem, że o zachodzie słońca napotkam przy nich sporo ludzi, więc wymijam je i jadę dalej. Wdałem się w wystarczająco wiele bijatyk, aby wiedzieć, że szybki cios lub kopniak w brzuch nie są bardzo bolesne, ale wysysają z płuc prawie całe powietrze i sprawiają, że nie chcesz znaleźć się w podobnej sytuacji ponownie. Jak w ogóle znalazłem się w tej sytuacji? Czuję nagłe ukłucie w piersi. Zaciskam dłonie na cuglach i dotykam piętami boków klaczy, zmuszając ją do szybszego biegu.

Powietrze w sąsiedztwie jaskiń ma wyjątkowy zapach. Fiasco bezustannie pachnie świeżymi wypiekami, a jego obrzeża – solą i mchem. Ta ziemista nuta sprawia, że rzeczy nabierają surowości i dziewiczości.

Zatrzymuję klacz, zeskakuję na ziemię i przywiązuję cugle do pnia starego dębu, który najlepsze dni ma już wyraźnie za sobą. Jego poorana bruzdami i poskręcana kora wygląda nienaturalnie. Jest osmalona, jakby w dąb uderzył piorun, sprawiając, że drzewo nigdy nie będzie już takie samo. Właśnie tak się teraz czuję – nigdy nie będę taki sam jak wcześniej. Mam kontrolę wyłącznie nad tym, co zrobię od tego momentu. Odchylam głowę, wciągam z sykiem powietrze do płuc i wydycham je gwałtownie, opadając tyłkiem na wysoką trawę. Wykasłuję resztę i obejmuję rękoma podkurczone nogi.

Ludzie lubią powtarzać, że nad małżeństwem trzeba stale pracować – że odejść od drugiej osoby jest równie trudno, co przy niej pozostać. A ja nigdy nie rezygnowałem łatwo.

Jest mi niedobrze. Zaciskam lepką od potu dłoń w pięść, pocieram nią klatkę i uderzam w nią raz, drugi, trzeci, aż moje oczy wypełniają się łzami. Nie byłem dobrym mężem. Byłem dobrym tatą, chwilami nawet świetnym, ale mężem… Zamykam mocno oczy. Przeczesuję włosy palcami, a potem przykładam je do szyi. Biorę kolejny głęboki wdech i wciskam nasady dłoni w oczodoły.

– PIEEERDOL SIĘĘĘĘĘ! – wykrzykuję w noc i milknę dopiero, gdy w płucach brakuje mi powietrza.

Jebać to. Pozwalam, by łzy pociekły mi po twarzy. Wpatruję się w skupiska świateł, które tworzą moje rodzinne miasto, i próbuję uspokoić oddech. To jedyne miejsce, które zasługuje na miano domu. Tu dorastałem i tu wychowują się moje córki. Przenoszę wzrok na płaskie łąki porośnięte lawendą, potem na naszą gorzelnię, i czekam. Czekam, aż ciało się rozluźni i zapomni o gniewie, aż łzy wyschną, a ja zacznę myśleć trzeźwiej. Na tyle, aby zacząć planować następne kroki – zastanowić się nad rozmowami, które będę musiał odbyć, i małymi serduszkami, które na pewno złamię. Mam wrażenie, że minęło zaledwie kilka minut, lecz szybko zmieniam zdanie na widok wiszącego nisko księżyca w pełni, który oblewa świat różową poświatą. To jedyny dowód świadczący o tym, że przesiedziałem pod dębem kilka godzin. Mało czasu na pogodzenie się z myślą, że od jutra moje życie będzie zupełnie inne.

Przed wskoczeniem na siodło wysyłam wiadomość.

LINCOLN

Odprowadzę Lady do stajni jutro rano.

HADLEY

Lady Brittany Christina Pink to klacz czystej krwi. Jeśli cokolwiek się jej stanie, to sprzedam ci kopa w jaja.

Wzdycham i gładzę dłonią szorstką grzywę Lady.

– Jak do tego doszło, dziewczynko? – pytam.

Klacz prycha, jakby chciała mi powiedzieć: „Nie mam, kurwa, zielonego pojęcia”. Wsłuchuję się w jednostajny szum wodospadów, przecinany rechotem żab i cykaniem świerszczy. Na obrzeżach Fiasco zawsze uspokajałem się szybciej niż w domu czy pracowni. Nie sądzę, by wiele osób mnie o to podejrzewało. A ja kocham to miejsce i nie chcę być nigdzie indziej.

O tak późnej porze miasteczko tętni życiem tylko w wyjątkowych chwilach – w święta, podczas pokazów sztucznych ogni albo imprez, podczas których łatwo o darmowy bourbon. Dziś śpi jednak spokojnie, tak jak ma w zwyczaju. Nie powinienem spotkać w drodze do domu żywej duszy, na wszelki wypadek postanawiam jednak ominąć główne ulice i pojechać wierzchem przez las i pola kukurydzy przylegające do rodzinnej posiadłości. Widzę z oddali światło lampy wiszącej nad werandą na tyłach. Kiedy się do niego zbliżam, nabieram przykrego przekonania, że gdy przekroczę próg, wcale nie poczuję się jak w domu.

Metaliczny brzęk sprawia, że gwałtownie obracam głowę w lewo. O tej porze nikogo nie powinno tu być. Stara stodoła, stojąca okrakiem pomiędzy naszą ziemią a działką sąsiadów, trzyma się na słowo honoru. Następne tornado albo huragan bez większego problemu obrócą ją w stertę desek. O ile wcześniej nie rozpadnie się sama. Wzdłuż zrujnowanej stodoły przepływa strumyk, w którym Lark lubi łapać kijanki. To najbardziej ustronna część naszej posiadłości.

Mrużę oczy i wpatruję się w ciemność. Pociągam za cugle, zmuszając Lady do zwolnienia biegu. Kątem oka dostrzegam ruch. Ktoś stoi nad brzegiem strumyka.

– Jebany skurwiel!

Nagły krzyk przerywa ciszę. Należy do kobiety. Pobrzmiewa w nim raczej frustracja niż wkurwienie. Następujące po nim „pierdol się” jest już cichsze, lecz ocieka jadem. Z trudem powstrzymuję się od śmiechu.

Przerzucam stopę ponad siodłem i zeskakuję na wilgotną ziemię. Przekleństwa i rozchlapywana dłońmi woda sprawiają, że kobieta nie słyszy moich kroków, gdy się do niej zbliżam.

Zamiera w bezruchu dopiero, gdy odchrząkuję.

– Wszystko w porządku? – pytam z odległości pięciu metrów.

Nie odpowiada i przez co najmniej dziesięć sekund nie wykonuje żadnego ruchu.

– To prywatna posiadłość – dodaję i podchodzę bliżej, zastanawiając się nad powodem, dla którego ktokolwiek mógłby się tu znaleźć w samym środku nocy.

Mój wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, w czym wydatnie pomógł świecący bardzo jasno księżyc. Kobieta prostuje plecy i obraca się w moją stronę. Od razu dostrzegam, że nie jest intruzem.

Faye, najstarsza córka Callowayów. Do jej rodziny należy cała ziemia rozciągająca się od skraju pola kukurydzy aż do ich gospodarstwa. To ja wszedłem na jej posiadłość.

– Jestem pewna, że to ciebie nie powinno tu być – mówi z przekąsem, a w jej głosie nie ma nawet śladu sąsiedzkiej przyjaźni.

Kosmyki jasnych włosów, które wyzwoliły się z koka związanego niedbale na czubku głowy, opadają na jej umorusaną twarz. Makijaż rozmazany łzami? Błoto? Przenoszę wzrok na mokre ramiona i przemoczoną koszulkę bez rękawów. Woda spływa strużkami po nogach Faye. Kobieta w niczym nie przypomina teraz sztywnej absolwentki akademii policyjnej, którą ledwie tydzień temu widziałem w lokalnych wiadomościach. Nie ma po niej żadnego śladu. Wyciera nerwowo dłonie w nogawki krótkich spodenek, a następnie wypina pierś i zadziera podbródek. Ewidentnie próbuje ukryć, że dała się zaskoczyć. Nie spodziewała się tu nikogo spotkać.

Krzyżuję ręce na piersi i czekam na wyjaśnienia.

Faye milczy. Obserwuje mnie, kiedy podchodzę bliżej.

– Co tu robisz o tej godzinie? – pytam.

Jesteśmy sąsiadami, ale widujemy się bardzo rzadko. Dawniej wpadaliśmy na siebie tylko w czasie świąt i wakacji. Kiedy kupiliśmy naszą posiadłość, Faye studiowała w innym mieście. Nie byliśmy blisko, ale nie miało to w tym momencie wielkiego znaczenia. Znam się na ludziach i wiem, kiedy robią coś podejrzanego. Faye nie odpowiada, więc zadaję jej kolejne pytanie:

– Zrobiłaś sobie krzywdę?

Opiera dłonie na biodrach, zadziera głowę i śmieje się głośno, wpatrując w niebo.

– A co? Masz w zwyczaju błąkać się po nocy w poszukiwaniu kobiet potrzebujących pomocy?

Kpina pobrzmiewająca w jej głosie sprawia, że powstrzymuję się od uśmiechu.

– Nie, nie miałem tego w planach na dzisiejszy wieczór.

Wydycham powietrze, sięgam po komórkę, przesuwam palcem po ekranie, włączam latarkę i kieruję światło na Faye. Widok, który ukazuje się moim oczom, robi na mnie mniejsze wrażenie niż na większości ludzi.

– Masz na nogach błoto i krew – stwierdzam rzeczowo i przenoszę snop światła wyżej.

Faye zaciska usta, szukając w myślach dobrego wyjaśnienia.

Oświetlam komórką różne fragmenty jej ciała i mówię:

– Nie zmyłaś wszystkiego. Masz jeszcze krew na szyi i na policzku – dodaję i dotykam dłonią własnej twarzy, żeby pokazać miejsce, które powinna obmyć.

Unosi dłoń, by zasłonić oczy. Kuca nad strumykiem, zanurza w nim dłonie i obmywa wodą czerwone plamki.

Mój brat Grant był do niedawna gliną. Zawsze odnosił się do praw i ludzi, którzy je ustanawiali, z szacunkiem. Ja wolę je naginać, kiedy zachodzi taka potrzeba. Czasami się przy tym brudzę, czasami leje się krew. Nie osądzam ludzi, którzy postępują podobnie. Nigdy bym jednak nie pomyślał, że kiedyś zastosuję tę zasadę w odniesieniu do sąsiadki, która niewątpliwie robiła po ciemku coś podejrzanego.

Opuszczam telefon, ale nie odrywam wzroku od Faye.

– Zakładam, że to nie jest element policyjnego procesu rekrutacyjnego?

Obraca się i wykrzywia twarz w grymasie. Opuszcza podbródek, jakby moje słowa wyrządzały jej fizyczny ból. Ma kłopoty? A może sama jest ich źródłem? W końcu znalazłem ją zakrwawioną na skraju pola kukurydzy.

– Zapytasz mnie w końcu, skąd wzięła się ta krew, czy będziesz się dalej na mnie gapił? – rzuca, po czym chwyta skraj koszuli i uśmiecha się niepewnie.

Unoszę wymownie brwi. Faye próbuje odwrócić moją uwagę, ale nie zamierzam grać w jej gierki.

Pociągam z rozbawieniem nosem i podchodzę bliżej. Dzieli nas coraz mniejsza odległość. Opuszczam wzrok na zabłocone, różowe Conversy, a potem spoglądam na jej twarz. W tej chwili w niczym nie przypomina policjantki.

– Nie, w ogóle mnie to nie ciekawi – odpowiadam nonszalancko. Opuszczam głowę i znowu ją podnoszę. Nasze spojrzenia się krzyżują. – I uwierz mi na słowo, nie szukam wrażeń.

Faye przysuwa się bliżej, a włoski na moich przedramionach stają dęba. Próbuje z całych sił grać rolę twardzielki – prostuje plecy, unosi głowę – ale przygryza nerwowo dolną wargę.

Staram się wyrzucić z głowy obraz kobiety, którą ledwie znam. Nie jestem człowiekiem, który łamie przyrzeczenia. A co, jeśli te przyrzeczenia nic już nie znaczą? Robię krok w tył, unoszę lewą dłoń i mówię:

– Jestem żonaty.

– Na pewno? – odpowiada z przekąsem.

Drobny przytyk sprawia, że zaczynam się zastanawiać. Nie, wcale nie jestem tego pewien. Stawiam kilka szybkich kroków i staję tuż przy niej.

Wydaje z siebie cichy jęk. Nie sądziła, że potrafię się tak szybko poruszać. Nie cofa się jednak. Wychyla się w moją stronę, jakby chciała przyjąć na siebie mój gniew. Jestem od niej znacznie wyższy, ale nigdy nie nazwałbym jej filigranową ani delikatną. Jestem pewien, że potrafi wyrządzić niemałą krzywdę, i zapewne wie, jak zadać cios.

Spoglądam w dół i od razu wiem, że popełniłem błąd. Nasze stopy prawie się stykają, jej ramię ociera się o moje. Faye chrząka. Nie powinienem podchodzić tak blisko. Poświata księżyca pada na jej twarz, co pozwala mi dostrzec mały pieprzyk na łuku policzka. Ona wpatruje się w moje oczy, a potem spogląda na usta. Ja pierdolę. To przez gniew i silne emocje wlepiam teraz wzrok w kobietę, z którą nie zamierzałem nawet zamienić słowa.

– Trafiłam w czuły punkt? – pyta cicho z drwiną w głosie.

Jestem za blisko.

– Przestań – ostrzegam. To nie jest dobry moment, by się ze mną drażnić. – Wracaj do domu.

Nie potrzebuję jej problemów. Nie chcę wiedzieć, w co się wpakowała. Muszę jak najszybciej wymiksować się z tej popieprzonej sytuacji.

Odwracam się plecami i ruszam w kierunku klaczy.

– Sprawdź tylną kieszeń spodni – woła za mną Faye.

Zatrzymuję się i obracam na pięcie. Faye ściąga właśnie zabłoconą koszulkę i staje przede mną w samym staniku. Nawet w ciemnościach ten widok nie pozostawia wiele dla wyobraźni. Daję się zaskoczyć i jak pieprzony zbok wodzę oczami po jej krągłych biodrach i wydatnych cyckach. Sięgam dłonią do kieszeni i wymacuję w niej metalowy przedmiot. Przesuwam po nim kciukiem – ma długość mojej dłoni. Wyjmuję go z kieszeni. Domyślam się od razu, że to nóż sprężynowy, ale i tak zadaję pytanie:

– Co to jest?

To, co wydarza się później, dzieje się tak szybko, że nie jestem w stanie temu zapobiec. Faye owija koszulką dłoń, doskakuje do mnie i wyszarpuje nóż.

– Jeśli ktoś cię o to spyta, to mnie tu dzisiaj nie widziałeś – mówi i unosi brwi, czekając, że przytaknę.

Nie mam ochoty na takie gówniane zabawy. Noc zaczyna dorównywać chujowością dniowi, co w innych okolicznościach mogłoby się nawet wydawać zabawne, ale mnie nie jest do śmiechu.

– Bo co zrobisz? – ripostuję, choć wiem, że przed chwilą wziąłem w dłoń broń, którą wyrządzono komuś krzywdę, i zostawiłem na niej swoje odciski palców.

Pytanie brzmi: Jak poważne były to obrażenia? Skończyło się na grożeniu? Napaści? Morderstwie?

Sprężynowiec był ciężki. Powinienem poczuć, że Faye wsuwa mi go do kieszeni. Podchodząc bliżej, tylko ułatwiłem jej to zadanie, a tym samym zapewniłem idealne alibi.

Faye robi krok w tył, ale porusza się wolno.

Na jej nieszczęście przez wiele lat uprawiałem z braćmi zapasy. Ćwiczyłem też ze sparingpartnerami, rozładowując w ten sposób stres. A to wydatnie poprawiło mój refleks. Robię tylko półtora kroku i błyskawicznie do niej doskakuję. Obejmuję ją w pasie i przyciskam do siebie. Wzdycha, gdy jej piersi uderzają w mój tors. Działam bez zastanowienia i nagle w ogóle zapominam, po co to robię. Nie pamiętam już, że włóczyłem się samotnie po nocy, bo wkurwiała mnie myśl, że moje życie sypie się w gruzy. Wbijam wzrok w kobietę i gwałtownie wydycham powietrze. Jej klatka piersiowa unosi się i opada równie szybko jak moja.

– Nie lubię ludzi, którzy mi grożą – mówię cicho, trzymając usta tuż przy jej twarzy.

Przybliża się do mnie i wpatruje w moje wargi, a ja wstrzymuję oddech. Nie odsuwam się jednak, tylko otwieram usta. Jej język ociera się o mój i wsuwa między wargi. Na ułamek sekundy zapominam o całym świecie i odwzajemniam pocałunek. Nie myślę o konsekwencjach i pozwalam, by pożądanie opadło na nas niczym poranna mgła.

Nagły trzask pioruna działa na Faye jak dzwonek budzika. Odpycha mnie od siebie i potyka się, robiąc kilka kroków w tył. Jakby nie dowierzała, że to ona wykonała pierwszy ruch. Dotyka palcami ust, jakby moje wargi pozostawiły na nich ślad.

Spogląda na lewą dłoń, owiniętą koszulką, i nóż, który jak głupek wyjąłem z kieszeni.

– Nie widziałeś mnie tu dzisiaj – mówi.

Błyskawica przecina i rozświetla niebo. Ostrzeżenie. Burza już tu jest. Wisi nad nami.

– Nie widziałeś mnie tu dzisiaj – powtarza Faye. – Jak będziesz się trzymał tej wersji wydarzeń, nikt tego nie znajdzie – dodaje, unosząc nóż.

Zapominam o podnieceniu. Pozwalam, by gniew wylał się na powierzchnię. Doskakuję do niej, szybkim ruchem chwytam ją za szyję i zaciskam dłoń. Jeśli ma ochotę na zabawę, to pobawimy się na moich zasadach.

Faye udaje opanowaną, choć przychodzi jej to z trudem. Nie chcę wiedzieć, co zrobiła. Nie interesuje mnie, przez co przeszła, aby znaleźć się w tej sytuacji. Nie dbam o to, czy jest zwykłą socjopatką. Zależy mi wyłącznie na jednym – mojej rodzinie. A właściwie na tym, co z niej zostało.

Próbuje rozerwać palcami mój uchwyt, a ja zaciskam dłoń jeszcze mocniej. Z nieba spadają pierwsze krople deszczu, podkreślając znaczenie tej chwili.

– Nie chcę wiedzieć, w co się wpakowałaś, ale trzymaj to jak najdalej od mojej rodziny – mówię, a potem stawiam żądanie: – Wyjedź z miasta. I nigdy tu nie wracaj.

Otwiera szeroko oczy i z trudem cedzi przez usta:

– Nie mogę tak po prostu…

Nad nami przetacza się grzmot pioruna.

Zgrzytam zębami i ponownie zaciskam dłoń. Czuję przez skórę pospieszne bicie serca Faye. Sprawia mi to przyjemność. To dowód, że zaczęła się bać i w końcu traktować mnie poważnie.

– Możesz. I tak właśnie zrobisz. Albo naślę na ciebie wszystkich gliniarzy, których znam. Mój brat odszedł ze służby, ale zatrzymał policyjnego psa. Jestem pewien, że wspólnymi siłami wywęszą każdy trop. Zwłaszcza jeśli będą wiedzieć, gdzie szukać. Chcesz, żeby zaczęli?

Po policzku Faye ścieka łza, mieszając się z kroplami deszczu. Opuszcza brwi i zastanawia się, czy powinna potraktować moją groźbę poważnie.

– Puść mnie, Foxx – syczy przez zęby, próbując rozluźnić palcami mój uchwyt.

Mierzę ją wzrokiem.

– Ludzie myślą, że jestem miłym człowiekiem. Ojcem rodziny. A prawda jest taka, że wierzą w to, w co chcę, żeby uwierzyli – mówię, po czym pochylam się nad Faye i dodaję szeptem, ale wystarczająco głośno, aby usłyszała mnie pomimo zawodzenia wiatru, szelestu łodyg kukurydzy i skrzypienia stodoły stojącej za naszymi plecami. – Uwierz mi na słowo… Nie lubię, jak się ze mną pogrywa. Nie chcę, żeby to, co zrobiłaś, przysporzyło problemów mnie i mojej rodzinie. I dlatego stąd wyjedziesz. A ja nie zdradzę twojego sekretu. Nie widziałem cię tu dzisiaj. Nie znam cię i nie mam najmniejszej ochoty poznać. Wyraziłem się wystarczająco jasno?

– Jak słońce – odwarkuje, wyrywając mi się w końcu.

Obserwuję, jak odchodzi. Przeczesuję palcami włosy. Przełykam ślinę, która zebrała się w gardle, i nagle przypominam sobie, dlaczego ukryłem się przed resztą świata. Wiem, że łatwo tej nocy nie zasnę. Ciężar rzeczywistości spoczął na moich barkach. Krople deszczu spadają mi na twarz, gdy jadę do domu. Daszek na tyłach powinien uchronić Lady od przemoknięcia. Kiedy przywiązuję klacz do poręczy, zdejmuję z jej grzbietu siodło i napełniam ogrodową miednicę wodą, odtwarzam w myślach dzisiejsze wydarzenia. Ten dzień właśnie się kończy. Jutro będę miał trzeźwiejszą głowę. Spoglądam na drzwi prowadzące na tyły domu. Porozmawiam o wszystkim z Olivią rano. Biorę głęboki wdech, szurając stopami po schodkach werandy.

Nagle zauważam, że w kuchni pali się światło. Mój żołądek skręca się z bólu. Cholera. Nie mam najmniejszej ochoty na rozmowę z żoną.

Przekraczam próg i czuję w nozdrzach kwaskowaty zapach ulubionego wina Liv. Przystaję, gdy moje buty rozdeptują z chrzęstem odłamki szkła. To ostatnie dwie rzeczy, na które zwracam uwagę, nim dostrzegam nogi żony.

– Liv? Liv! – krzyczę i podbiegam do ciała leżącego na podłodze.

Serce podchodzi mi do gardła. Ślizgam się na rozlanym winie i upadam kolanami na twarde deski. Liv się nie rusza. Rozglądam się dookoła, próbując zrozumieć, co tu się, do kurwy, wydarzyło.

Nie widzę krwi. Nie widzę żadnej broni. Nie widzę tabletek ani pustych butelek. Nie wiem, z jakiego powodu upadła.

Unoszę jej ramiona i przysuwam do siebie.

– Proszę cię, Livy.

Jej długie nogi spoczywają nieruchomo na podłodze, a głowa przechyla się w prawą stronę. Odsuwam z twarzy mokre od wina włosy i mówię łamiącym się głosem:

– Proszę cię, Livy. Powiedz coś.

Mam mokrą od deszczu twarz i zapchany nos. Kiedy dzwonię po karetkę, oddycham ciężko przez usta. Ledwo widzę przez łzy. Spoglądam na żonę. Ma otwarte oczy. Wpatrują się bez wyrazu w jakiś punkt. Nie mruga powiekami. Nie widzi mnie i nie słyszy, co do niej mówię. Jest taka ciężka.

Nabieram z sykiem powietrza do płuc, aby wypełnić je po brzegi i powtarzać bezustannie żonie, aby się obudziła.

– Powiedz coś, Liv. Nie rób mi tego.

Moje dłonie drżą, gdy szukam pulsu. Dotykam palcami szyi Liv i ogarnia mnie panika. Niczego nie czuję. Nawet jednego uderzenia serca. To się nie dzieje naprawdę.

– Liv, proszę cię. Nie możesz ich tak zostawić. Jakoś to poukładamy. Nie możesz ich zostawić…

Rozdział 2

Faye

5 lat później…

Dalsza część dostępna w wersji pełnej