Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Neuroróżnorodna historia o miłości
Miłość to coś więcej niż tylko 1+1
Art kocha liczby. Mimi kocha Arta, swojego brata. Ale czuje, że z powodu ciągłego zajmowania się nim jej własne życie przelatuje jej między palcami.
Art jest matematycznym geniuszem, jak ich tragicznie zmarły ojciec. Każdy jego dzień toczy się w tym samym rytmie, jest – musi być – dokładnie taki sam.
Mimi w głębi duszy jest uosobieniem twórczego chaosu. Ale zmusza się do nudnej pracy, by zapewnić bratu dom, jakiego potrzebuje, jaki zapewniliby mu ich rodzice, gdyby wciąż żyli. Aż do dnia, w którym mówi DOŚĆ i postanawia poszukać miłości.
Art sądzi, że ludzie nie nadają się do podejmowania racjonalnych decyzji, zwłaszcza jeśli chodzi o miłość. Od tego są algorytmy. I w myśl swoich przekonań postanawia pomóc Mimi znaleźć idealnego faceta. A kiedy wydaje się, że właśnie takiego spotkała… Art stara się za wszelką cenę odkryć, co z nim jest nie tak. Bo boi się, że odbierze mu siostrę na zawsze…
Życie neuroróżnorodnego rodzeństwa za chwilę zmieni się o 180 stopni.
Czy ich więź to wytrzyma?
"Wyjątkowo czuła opowieść, cudownie podnosząca na duchu… Bardzo udany debiut."
Beth O’Leary, autorka „Współlokatorów”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 418
WIELKA MIŁOŚĆ? BARDZO CHĘTNIE.
ALE NIE KAŻDEMU SIĘ ONA PRZYTRAFIA…
Z iloma facetami trzeba się spotkać, by mieć pewność, że nie znajdzie się już nikt lepszy? Matematyczny geniusz w rodzinie rozwiąże ten problem i poda plan, który – przynajmniej w teorii – sprawi, że Mimi znajdzie idealnego partnera.
Ale Art nie wziął pod uwagę, że jego siostra nie tak łatwo podda się magii opracowanego przez niego randkowego algorytmu. Zwłaszcza kiedy spotka innego matematyka, takiego jakby bardziej… spod ciemnej gwiazdy. To znaczy, według Arta. Bo Mimi jest nim zachwycona. Jednak Art przekonał się już, że osąd Mimi jest omylny – i doprowadziło to do tragedii. Dlatego tym razem nie zamierza tak łatwo zrezygnować z przekonania, że ma rację.
Czy kochające się rodzeństwo, których wspólne życie od lat biegnie niezmienionym torem, poradzi sobie z zakrętami, jakie szykuje dla nich los?
Kara Gnodde dorastała w RPA, studiowała w Kapsztadzie, a później pracowała dla agencji Saatchi & Saatchi w Londynie jako planerka. Mieszkała też w Japonii, Hongkongu i Singapurze. W końcu osiedliła się w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka z mężem i trojgiem dzieci. Teoria (prawie) wszystkiego to jej debiutancka powieść, zainspirowana audycją radiową o problemie matematycznym, który może zmienić świat. Albo przynajmniej pomóc utrzymać porządek na biurku.
Tytuł oryginału:
THE THEORY OF (NOT QUITE) EVERYTHING
Copyright © Kara Gnodde 2023
All rights reserved
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Magdalena Słysz 2026
Redakcja: Anna Walenko
Projekt graficzny okładki: Lucy Scholes
Adaptacja okładki: Agnieszka Drabek
Ilustracje na okładce: Manshen Lo
ISBN 978-83-8439-093-1
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
e-mail: [email protected]
wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Katarzyna Rek
Jamiemu, Tomowi i Frei, z wyrazami miłości
Racjonaliści w kwadratowych kapeluszach
Myślą w kwadratowych pokojach.
Wallace Stevens, Sześć znaczących pejzaży, przełożył Jacek Gutorow
Logiką tylko udowadniamy,
odkrywamy intuicją.
Henri Poincaré
Wibracje
To nie była do końca prawda, że Mimi nie miała nikogo oprócz brata. Miała Rey, przyjaciółkę, i uwielbiała ją. Tydzień po przymiarce stała obok niej w wysoko sklepionej sali Tate, kontemplując zamazany, nieostry portret autorstwa Richtera.
– Jestem opiekunką trzydziestosześciolatka – powiedziała Mimi. – A teraz jeszcze ta toga. Widzę, jak osiąga każdy kolejny kamień milowy w życiu.
– Dobiłoby mnie, gdybym musiała nosić coś takiego – odrzekła lekko Rey, ale odwróciła głowę i popatrzyła na Mimi; długie rzęsy przyjaciółki kłuły powietrze niczym czułki.
*
Jako dziesięciolatka Mimi zauważyła, że naprzeciwko wprowadza się nowa dziewczynka. Następnego dnia pojawiła się przed drzwiami jej klasy. Czarne włosy miała związane w kucyki po bokach głowy. Wysokie łukowate brwi stanowiły ramę dla błyszczących oliwkowych oczu.
Miała na imię Sareyina. Podwójna pułapka – w postaci „s” i „n”.
Stała oparta o ścianę z czerwonej cegły, gdy Mimi do niej podeszła.
– S-s-sa-rey-in-n-na – podjęła próbę. Czuła, że pali ją twarz. – S-s-sa-rey… Sa-sa… – Pragnienie, by zaprzyjaźnić się Sareyiną, wzbierało w niej aż od spodu stóp. – P-p-przepraszam – powiedziała.
– Mów mi Rey – odrzekła Sareyina. Uśmiechnęła się. – Masz fajny kolor włosów. Rude, w kolorze ambrowca amerykańskiego.
*
Jadły bajgle w kawiarni przy galerii i Rey opowiadała Mimi o swoim ostatnim zleceniu jako dźwiękowca na planie serialu telewizyjnego o kartelu narkotykowym.
– Jestem niezależna, mogę rozrywać plastikowe worki z mąką, tupać po podłodze. Nie muszę nawet oglądać materiału filmowego… takie tempo. – Zaśmiała się. – Szaleństwo. Ale świetnie się bawię.
Rey mówiła dalej o zakłóceniach powodowanych przez mikrofony i rekwizyty, a Mimi usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio sama dobrze się bawiła.
Pewnie w zeszłym roku, gdy Rey wróciła na Muriel Grove po ośmiu latach spędzonych z ojcem w Lagosie. Po kilku latach życia między jedną krótką wizytą przyjaciółki i drugą Mimi ucieszyła się, że znowu zamieszkała ona w starym domu po przeciwnej stronie ulicy. Mama Rey wyprowadziła się do swojego długoletniego przyjaciela. Nie chciała sprzedawać domu, bo ceny nieruchomości wciąż rosły, a Rey to pasowało. W pierwszy weekend po powrocie zaprosiła Mimi na przyjęcie halloweenowe. W pracy, w jednym z działów biblioteki i archiwów Natural History Museum, Mimi zwykle z okazji Halloween jadała ciastko w kształcie pająka, kupione w Sainsbury, z dwiema koleżankami, które szybko się zbierały, żeby razem ze swoimi wnukami płatać psikusy.
Rey przebrała się za pirata. Włosy miała w nieładzie, jak ptasie gniazdo, i założyła pas stolarski, w który wetknęła udawane noże. Mimi, w bluzie w czerwono-białe paski, rodem z serialu Gdzie jest Wally?, od czasu do czasu samotnie podrygiwała do muzyki. Nie była to szczególnie upojna zabawa.
Rey zaprosiła też Arta.
– Przyszedłbym, choćby tylko po to, żeby wykazać dobrą wolę – powiedział do Mimi. – Ale oboje wiemy, że ponieważ nie ma nikogo, kto byłby gotów ze mną rozmawiać, stałbym tylko przy bufecie, z bólem głowy i palcami pomarańczowymi od sztucznie barwionego dmuchanego ryżu.
– Wdzieram się do brytyjskiego przemysłu filmowego – opowiadała wszystkim Rey, odpierając zaloty na wpół pijanych mężczyzn, którzy prawili jej komplementy, że wygląda jak dwudziestolatka, jakby nic innego nie chciała usłyszeć.
Dziesięć miesięcy później była już właścicielką firmy zajmującej się postprodukcją dźwięku, jeździła furgonetką z napisem „Sister in Sound” na boku i miała jamniczkę o imieniu Rizla. I rozbijała się po Londynie jak postać z gry komputerowej.
– W każdym razie – podsumowała Rey – nic dziwnego, że nie jest to dobry czas na facetów.
Nagle, siedząc na lepkim kawiarnianym krześle, Mimi dopadł żal. Zakryła dłońmi twarz. Uważała, że kiedy płacze, brzydko wygląda.
– Och, Mimi. O co chodzi?
– O całe moje cholerne życie – odpowiedziała Mimi z twarzą ukrytą w dłoniach. – Opiekuję się Artem i siedzę w muzealnej umieralni, nie robię nic innego. O tym, że nie jestem w żadnym związku, już nie wspomnę.
– O rany, Mi. Bycie w związku to wcale nie taka rewelacja, jak się wydaje – odparła Rey. – Uwierz. A co do reszty: musisz częściej wychodzić z domu. – Od lat namawiała Mimi, żeby coś zrobiła ze swoim życiem. – Przecież sama to wiesz. – Położyła ciepłą dłoń na jej kolanie. – Artowi nic nie będzie, jeśli trochę pożyjesz. Pewnie myślisz inaczej. Ale… – Umilkła. Wydęła usta, jak zawsze, gdy się namyślała. Nagle pokręciła głową. – Że też wcześniej na to nie wpadłam.
Rey potrzebowała asystentki. Mimi potrzebowała życia.
To brzmiało jak plan. Co prawda spóźniony o jakieś siedem lat.
Ruszyły w drogę powrotną na Muriel Grove.
– To mu się nie spodoba – powiedziała Mimi.
Przeformułowanie
Art siedział przy kuchennym stole i biedził się nad trudnym listem. Żeby go napisać, opuścił tego wieczoru cotygodniowe zajęcia z pływania, ale i tak mu nie szło. Patrzył na to, co do tej pory wypocił.
SZKIC.
Zmienił czcionkę na kursywę, a potem wybrał podkreślenie.
„King’s College London, Wydział Matematyki”. Zaadresować do Gutteridge’a czy Dorneya? I czy w ogóle to wysyłać?
Właśnie usuwał niepotrzebną hiperbolę, kiedy Mimi i Rey wróciły z Tate, wpadając do domu jak burza. Rey aż brakowało tchu, tak się niecierpliwiła, żeby opowiedzieć mu o pomyśle, który miał wywrócić jego życie do góry nogami. Wystukał: „Profesor A.N. Brotherton” i zatrzasnął laptopa. Rey stale coś takiego wymyślała: czy to terraria, czy medytacja transcendentalna lub nowe diety z jarmużem w roli głównej, czy jakieś ryzykowne wakacje – ostatnio zaproponowała wyprawę do Francji przez kanał. Chryste Panie! Tym razem wynalazła nową pracę dla Mimi – w niepewnej branży, w środowisku nieprzewidywalnych ludzi, którzy chodzą w dżinsach o wąskich, opinających łydki nogawkach.
Mimi zwykle była mądrzejsza i czekała, aż entuzjazm Rey przygaśnie.
Wyliczył swoje racjonalne obiekcje. Brak bezpieczeństwa, jeśli chodzi o stałość zatrudnienia, malejące znaczenie londyńskiego przemysłu filmowego. Mimi miała dostać awans w muzeum. Et cetera.
– To wszystko racja – przyznała Rey, patrząc na niego. – Ale jeśli czegoś nie zrobimy, ona sama zamieni się w eksponat muzealny.
– Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to może mieć niszczycielskie skutki? – zapytał, świadom, że mimowolnie podnosi głos o oktawę. – Dla nas obojga?
To był jednak błąd strategiczny, bo jego siostra pragnęła właśnie zmiany. Nade wszystko, jak sama powiedziała. Czuł za mostkiem dziwny ucisk. Najprawdopodobniej związany z tym, że wyraźnie miała dość ich obecnego życia. Czyli, choć wydawało się to niemożliwe, także jego samego.
Musiał usiąść.
– Proszę, Art – powiedziała Mimi. – Po prostu się nad tym zastanów.
*
„Asystentka specjalisty dźwiękowca” – to była propozycja Rey, za mniejszą pensję, niż Mimi dostawała w muzeum, ale z możliwością podwyżki, jeśli firma będzie miała więcej zleceń.
„Praca dźwiękowca”, wygooglował Art. „Odtwarzanie codziennych dźwięków, które dodane na etapie postprodukcji filmu stwarzają wrażenie rzeczywistości w sferze audio”, przeczytał. Wiedział, o co chodzi, ale jego wiedza o tym, czym zajmuje się Rey, była nieco powierzchowna. Ostatnim razem poświęcił temu uwagę, gdy razem z Mimi rozwiązywali krzyżówkę, co było jego ulubionym sobotnim rytuałem. Mimi stała przy oknie, ściągając żółte rękawice po umyciu naczyń ze śniadania.
– Siedem pionowo – powiedział. – „Odgłos wydawany przez dźwiękowca za pomocą dwóch połówek skorupy orzecha kokosowego”. Na sześć liter.
– Tętent – odrzekła bez namysłu Mimi.
– Tętent?
– Końskich kopyt. Rey mi zademonstrowała… uderza się jedną połówką skorupy o drugą.
Powiesiła rękawice na kranie, żeby ociekły, i wykonała w powietrzu gest, naśladując kłusującego konia. Przez znajdujące się za nią okno wpadało słońce, a ona miała na twarzy uśmiech.
– Sprytnie! – zauważył. – Chociaż pasowałoby także tup-tup.
– Co?
– Od tupotu. To bardziej przypomina mi odgłos końskich kopyt. Ale masz rację, bo dziewięć poziomo to ten, za kogo mnie masz, sądząc po wyrazie twojej twarzy… „inaczej kłąb czegoś sypkiego, lotnego, unoszący się w powietrzu”. To daje nam „n”.
– Cha, cha, tuman. Bardzo śmieszne. – Mimi zatupotała jak koń. – Tup, tup, tup, tup.
Kiedy się śmiała, jej oczy kryły się w zmarszczkach.
Wrócił do czytania, podczas gdy Mimi i Rey patrzyły na niego, odwrócone plecami do zlewu, pochylając się, jak dwie opiekunki do dziecka. Imitowanie dźwięku mogło być zabawne. Odgłosy kroków i zamykania drzwi, szelest spódnicy i trzask rozbijanych jajek. Znajdowało także szerokie zastosowanie w animacji, jak dowiedział się z Google. Art uniósł głowę.
Animacja opiera się na matematyce. Ruchy postaci z kreskówek – gesty, mimika, włosy rozwiane przez wiatr – są wyznaczane przez współrzędne harmoniczne i równanie różniczkowe Laplace’a. Każdy piksel ma przypisane trzy liczby, każda z nich określa, ile znajduje się w nim czerwonego, zielonego albo niebieskiego. Każda klatka wymaga rozwiązania dosłownie milionów równań. Wystarczy przeformułować współrzędne barycentryczne i proszę! – mamy migotanie wody w Gdzie jest Nemo?
– Widzisz? – Rey pochyliła się.
– Nie – odparł, opierając się uwodzicielskiemu urokowi całek i powierzchni podpodziału.
Z tego, co wiedział, dźwiękowiec głównie biegał po mieście, żeby zdobywać różne nieporęczne przedmioty, i przesiadywał w studiach nagraniowych za obwodnicą M25.
– A jeśli będę cię potrzebował, Mimi, a ty będziesz akurat w studiu nagraniowym po drugiej stronie Londynu, ze słuchawkami na uszach?
– Posłuchaj samego siebie, Art – rzuciła Rey. – Nie jest twoją podwładną.
– Ale ty chcesz zrobić z niej swoją?
To była dobra riposta.
– Przestańcie się kłócić – włączyła się Mimi, zaciskając ręce na krawędzi blatu za plecami. – Mówimy o pracy w Londynie na niepełny etat. Mam być asystentką dźwiękowca, a nie stewardesą.
– Tak się mówi, a Rey wciąż jeździ gdzieś tą swoją furgonetką. Czasami przez całe dnie.
Rey usiadła.
– Poważnie, Art – powiedziała. – Nie podoba ci się, że nie będziesz miał Mimi przy sobie, wiem o tym. Ale ona nie będzie nigdzie wyjeżdżać. Obiecuję.
Rey była wprawdzie irytująca, ale miała dobre intencje, zdawał sobie z tego sprawę. Choćby w poprzednim tygodniu, gdy szedł ulicą, przemknęła obok niego w tym swoim vanie. Zamaszystym gestem posłała mu pocałunek, wystawiła rękę przez okno i uderzyła dłonią o dach samochodu. Sam by się tak nie zachował. I wiedział, że Rey mogłaby wykonać taki gest wobec każdego innego. Ale wobec niego nikt inny takiego gestu by nie wykonał.
– Co właściwie znaczy „niepełny etat”? – zapytał.
Nie mogło być gorszej pory na to wszystko. Znajdował się w środku kryzysu związanego z pracą, a Mimi wybrała akurat ten moment, żeby zachwiać równowagą, którą udało im się osiągnąć.
– Ani razu nie zapytałeś mnie, Art, dlaczego w ogóle chcę odejść z muzeum.
– Bo znam powód – odrzekł. – Wciąż o tym mówisz.
– Czyżby? I co jeszcze chciałbyś wiedzieć?
– A jeśli nic z tego nie wyjdzie? Co wtedy? Rey jest twoją jedyną przyjaciółką. – Nie dało się temu zaprzeczyć. Nie dało się również zaprzeczyć temu, że Rey była także jego jedyną przyjaciółką. – Nie powinno się pracować z przyjaciółmi, Naomi. Nigdy. Muzeum nie przyjęłoby cię z powrotem.
– Wcale nie chcę tam wracać!
Mimi zaczęła krzyczeć. Jeszcze nie doszło do tej całej rewolucji, a ona już pokazywała się z najgorszej strony.
– Widzisz?
– Co takiego? – zapytała.
Na szyi wystąpiły jej czerwone plamy.
– Nie podoba mi się to – oznajmił. – Ani trochę.
– Nie musi ci się podobać – odparła. – Wystarczy, że się z tym pogodzisz. Najwyższy czas.
Art nie mógł zdobyć się na to, żeby udzielić siostrze swojego błogosławieństwa.
– Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt stresujące zajęcie – rzucił, kiedy złożyła wypowiedzenie.
Jego praca była wystarczająco stresująca.
Szkic listu znajdował się wciąż w jego laptopie. Nieskończony. Niewysłany.
Liczba pojedyncza
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
