Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
29 osób interesuje się tą książką
Oboje nienawidzą zimy i magii świąt. Ale to ich nie powstrzyma przed spotkaniem prawdziwej miłości.
Kaja prowadzi w swoim rodzinnym miasteczku kawiarnię, a na piętrze wynajmuje turystom apartament. Przez pomyłkę bierze swojego nowego lokatora za przestępcę i postanawia sama się nim zająć. Jest naprawdę zdeterminowana. Przecież nastał grudzień, a ona nienawidzi grudnia. Nienawidzi także mężczyzn, którzy coś kombinują. Już był taki jeden, kilka lat temu, który namieszał jej w życiu…
Aleks chciał tylko spędzić zimę w nadmorskim małym miasteczku i w spokoju napisać swoją nową książkę. Tymczasem musi się tłumaczyć, że nie jest seryjnym mordercą. Zgłębia także psychikę kota terrorysty, znosi wścibskich mieszkańców i nieudolnie stara się oprzeć urokowi pięknej kobiety, u której wynajął kwaterę. I wcale mu to nie przeszkadza…
Czy wspólne wieczory oraz nocne rozmowy zbliżą do siebie tych dwoje?
Czy odważą się rozpalić prawdziwy ogień, skoro iskrzenie między nimi jest już nie do zniesienia?
A co z dawnym narzeczonym, który niespodziewanie pojawi się w miasteczku, prosząc o drugą szansę?
"Teoria naszego spotkania" to urocza komedia romantyczna, która nie raz sprawi, że Wasze serce zabije szybciej. To historia miłości, która pojawia się wtedy, gdy jej nie szukamy, a później zastanawiamy się, jak wcześniej mogliśmy bez niej żyć. To także opowieść o dwójce zimowych gburów, którzy dają się ponieść chwili i być może poczują magię świąt…
Ten zimowy romans rozgrzeje Was do czerwoności i sprawi, że nie będziecie mogli się od niego oderwać!
MOTYWY:
- zimowa komedia romantyczna
- małe miasteczko
- dwie perspektywy
- właścicielka kawiarni & pisarz kryminałów
- zimowy klimat
- comfort book
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 241
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kaja
Jedna z teorii życiowych zapisana na ścianie w kawiarni „Przystań tu” w nadmorskiej miejscowości Pustka:
Zasada funkcjonowania podczas zimy jest bardzo prosta.Najpierw wstajesz, potem cierpisz.
W wieku dwudziestu ośmiu lat miałam pełną świadomość tego, że świat składał się z protonów, neutronów, elektronów i kutafonów. A szczególne miejsce w piekle miały osoby, które budziły mnie wtedy, gdy chciałam jeszcze pospać.
Niemrawo otworzyłam oczy i wysunęłam rękę spod kołdry, żeby chwycić za telefon, który leżał na stoliku nocnym i teraz wydawał z siebie przerażająco głośne dźwięki. Co najmniej takie, jakby go właśnie zarzynano, choć odnosiłam wrażenie, że to moją głowę zaraz ktoś poćwiartuje.
Zarejestrowałam jedynie, że jest tuż po siódmej rano. Westchnęłam ciężko. Na ekranie wyświetlił się obcy numer, więc byłam pewna, że to kurier, który najpewniej stał właśnie przed moim budynkiem z paczkami kawy, którą zamówiłam kilka dni temu.
Uniosłam się lekko na łóżku, opatulając się ciepłą kołdrą, i odebrałam.
– Zanim przywita mnie pan słowami „dzień dobry” – zaczęłam – proszę zerknąć na drzwi mojej kawiarni i przeczytać obowiązujące zasady lokalu.
Po drugiej stronie usłyszałam jedynie ciszę, a chwilę później nieznaczne chrząknięcie.
Zaraz potem pojawił się niski, męski głos:
– Czy chodzi o zasady, żeby nie wchodzić do środka, emanując radosną, świąteczną aurą, nie zawracać właścicielce tyłka przed ósmą rano i żeby kurierzy zostawiali paczki przed drzwiami, jeśli kawiarnia jest zamknięta?
– Zgadza się – potwierdziłam. Byłam niezwykle dumna z tych zasad i miałam nadzieję, że ludzie będą ich przestrzegać. Niestety ta nadzieja okazała się złudna. – Więc proszę wcielić w życie punkt trzeci. Może pan zostawić paczki przy drzwiach. Niedługo po nie zejdę.
– Słucham?
– Mówię, żeby zostawił pan paczki…
– Tak, to słyszałem. Ale…
– To w czym problem?
Oczywiście… najgorszy okres w roku, czyli grudzień, który właśnie dziś się rozpoczął, walił mnie na dzień dobry prosto w twarz przedwczesną pobudką oraz facetem, który najprawdopodobniej został sprowadzony na ten świat, żeby mnie wkurzyć.
Nie lubiłam przedwczesnych pobudek. I nie lubiłam facetów.
Mogłabym przysiąc, że za kilka sekund dostanę wrzenia i moja wątła poranna cierpliwość się skończy.
Za trzy… dwa… jeden…
– Nie jestem kurierem – odezwał się nieznajomy. Zmarszczyłam brwi, a on po chwili dodał: – Ale najwidoczniej złamałem drugą zasadę i zawróciłem pani tyłek.
Starałam się nie analizować za bardzo faktu, że rozmowa z obcym facetem, którego nawet nie widziałam na oczy, zaczęła podążać w kierunku mojego tyłka.
– I ma pan na to jakieś wytłumaczenie? – zapytałam.
– Właściwie to tak – przyznał. – Zarezerwowałem pobyt w pani apartamencie i właśnie przyjechałem. Co prawda na stronie jest podane, że doba zaczyna się od dziesiątej, ale pomyślałem, że może uda się nieco wcześniej.
Słysząc, co mówi, zupełnie zbaraniałam.
– Zarezerwował pan pobyt w Pustce? – odezwałam się dla porządku. – W zimie?
– Dokładnie tak.
Ten mężczyzna musiał być niespełna rozumu.
Przełączyłam go na głośnik i z prędkością światła zalogowałam się na komórce w odpowiedniej aplikacji.
Poza kawiarnią, która znajdowała się na parterze kamienicy, miałam dodatkowe zajęcie – wynajmowałam turystom mały apartament, znajdujący się na piętrze. Kiedyś piętro było jednym dużym mieszkaniem, w którym się wychowałam. Kilka lat temu podzieliłam je z rodzicami na dwa mniejsze: w jednym mieszkałam teraz ja, a drugie, po drugiej stronie korytarza, było przeznaczone na wynajem.
Sęk w tym, że ten wynajem zazwyczaj odbywał się właściwie tylko podczas wakacji i okazjonalnie na wiosnę oraz jesień. Nikt nigdy nie rezerwował tutaj pobytu w czasie zimy.
Pustka nie była dużą miejscowością. Była wręcz absurdalnie mała. Co prawda znajdowała się tuż przy zachodniopomorskiej linii brzegowej Bałtyku, ale turyści wybierali zazwyczaj Dziwnów, Pobierowo i tego typu większe okoliczne nadmorskie kurorty. A już zwłaszcza o tej porze roku.
Moi rodzice jakiś czas temu dodatkowo stwierdzili, że potrzebują odmiany od małomiasteczkowego życia i przenieśli się do Trójmiasta. Podczas emerytury mieli zamiar korzystać z najróżniejszych atrakcji, na które wcześniej nie mogli sobie pozwolić. Byli szczęśliwi, a ja cieszyłam się ich radością.
Mimo że zostałam w Pustce właściwie sama jak palec.
No… może niezupełnie sama. W końcu otaczało mnie sześciuset sześćdziesięciu czterech niewyobrażalnie wścibskich mieszkańców. A także mój kot.
W końcu weszłam w zakładkę „rezerwacje”. Rzeczywiście pojawiło się tam nowe powiadomienie, którego wcześniej nie zauważyłam. Na swoją obronę miałam to, że nieznajomy zaklepał sobie pobyt kilka godzin temu, przed północą, gdy ja już smacznie spałam. Zrobił to w czasie, gdy nie miałam szansy tego zauważyć. Proste i logiczne wytłumaczenie.
Ale zaraz, zaraz…
Wybałuszyłam oczy, widząc, jak długo miał zamiar tutaj zostać.
Miał opuścić apartament dwudziestego trzeciego grudnia, dzień przed wigilią. A dziś takowy grudzień dopiero się zaczął!
Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
Mój nieznajomy turysta musiał być albo ogromnym miłośnikiem mikroskopijnych mieścin, albo psycholem zupełnie pozbawionym instynktu samozachowawczego.
– Kurwa – zaklęłam pod nosem. Zaraz potem się zreflektowałam, orientując się, że musiał mnie usłyszeć. Odchrząknęłam i przybrałam profesjonalny ton. – Za pięć minut się pojawię. Proszę poczekać.
Rozłączyłam się i wyskoczyłam z łóżka, uderzając gołymi stopami o zimną podłogę.
Za oknem było jeszcze dość szaro. Wiatr uderzał w szybę z takim uporem, jakby próbował dostać się do środka i przekonać mnie osobiście, że pozostanie pod kołdrą jest jedyną słuszną decyzją, jaką mogę podjąć tego dnia. Niestety teraz nie mogłam wziąć sobie tego ostrzeżenia do serca.
Zadrżałam z zimna, bo miałam na sobie jedynie koszulkę z krótkim rękawkiem i spodenki sięgające mi do połowy ud. Grzejnik był odkręcony na ful, ale najwyraźniej jego moce przerobowe nie były kompatybilne z moim cieplnym komfortem. Czym prędzej wskoczyłam więc w dresy i gruby sweter.
Stanęłam przed lustrem i ujarzmiłam nieco włosy, upinając je w niedbały kok. Przyjrzałam się sobie w odbiciu, stwierdzając, że wyglądałam dokładnie tak, jakby ktoś właśnie znienacka wyrwał mnie ze snu i od razu kazał wrzucić najwyższy bieg i zacząć codzienne funkcjonowanie na pełnej kurwie.
Jednym słowem prezentowałam się fatalnie.
– Trudno – mruknęłam do siebie. – On już i tak musi podejrzewać, że jestem szajbuską.
Wyszłam z mieszkania i mój wzrok od razu skierował się na drzwi naprzeciwko, które prowadziły do drugiego apartamentu. Przypomniało mi to, żeby jeszcze zgarnąć ze sobą klucze dla nowego lokatora. Przy okazji zerknęłam jeszcze szybko do środka, czy przypadkiem wszystko jest na swoim miejscu i czy przez kilka długich tygodni niekorzystania z tej przestrzeni nie wybuchła tam jakaś bomba.
W sezonie letnim właściwie nie nadążałam ze sprzątaniem tego mieszkania, mając jeszcze na głowie kawiarnię. Od czerwca do września praktycznie każdy weekend był zajęty. Ludzie przyjeżdżali odpocząć, najeść się gofrów, wylegiwać się na plaży, odgradzając się od reszty świata jebitnym parawanem, i udawać, że zimna woda w Bałtyku jest cudownym oczyszczającym doświadczeniem, a nie karą za grzechy popełnione w poprzednim wcieleniu.
Ale zimą?
Zima była tutaj całkowicie martwa. W tym okresie miasteczko wyglądało, jakby ktoś na szczycie władzy wcisnął odpowiedni guzik i usunął nas z powierzchni ziemi. Żaden turysta nie zapuszczał się wtedy do Pustki. Znajdowali się tu tylko mieszkańcy – ci, którzy nie uciekli do większych miast, ci, którzy mieli tu rodzinę lub interesy albo ci, którzy zwyczajnie nie potrafili wyobrazić sobie życia gdziekolwiek indziej.
Ja należałam do tej ostatniej kategorii – urodziłam się tutaj, dorastałam tutaj, złamano mi tutaj serce i najprawdopodobniej tutaj z tym złamaniem umrę.
Pośpiesznie zbiegłam wąskimi schodami. Na dole było osobne wyjście na dwór, które będę musiała pokazać temu turyście, oraz drzwi prowadzące do kawiarni, przez które teraz przeszłam.
Kawiarnia „Przystań tu” mieściła się przy głównej ulicy miasteczka, przy której znajdowały się tak naprawdę wszystkie inne lokale w Pustce. I była moim oczkiem w głowie. Stworzyli ją moi dziadkowie, później prowadziła ją moja mama, a teraz na polu bitwy pozostałam ja – i każdego dnia coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że będę ostatnią właścicielką tego pięknego lokalu, bo nie wydam na świat żadnego dziedzica, który kontynuowałby tradycję parzenia kawy i serwowania najsłodszych deserów.
W środku panowała w tym momencie zupełna cisza, ale gdy niedługo otworzę kawiarnię, jej wnętrze wypełni się lokalsami skuszonymi aromatem kofeiny i dawką codziennych plotek.
Skierowałam się w stronę drzwi wejściowych. Zza przeszklonej, dużej witryny widziałam, że dzień powoli budzi się do życia.
Pierwszy dzień grudnia. Najgorszy miesiąc w roku.
Nie rozumiałam ludzi, którzy twierdzili, że to magiczny czas. Magiczne to były na przykład wakacje. Lato, słońce, żar lejący się z nieba. Człowiek wychodził wtedy z domu bez konieczności zakładania na siebie czterech warstw ubrań, nie musiał skrobać samochodu i odśnieżać chodnika, a o szesnastej dzień tak naprawdę dopiero się zaczynał, a nie wyglądał, tak jakby świat nagle miał zwinąć manatki i zakończyć na tym łez padole swoją działalność.
I jeszcze do tego te diabelne święta!
Wszędzie porozwieszane światełka, w kółko puszczane kolędy, odmrażana Mariah Carey, elfy, renifery i mikołaje.
Aż się wzdrygnęłam na samą myśl, co mnie czeka w następnych tygodniach.
Przekręciłam zamek i uchyliłam frontowe drzwi, a do środka natychmiast wpadł lodowaty podmuch wiatru.
– Cudownie – mruknęłam.
Podniosłam wzrok na mężczyznę, który czekał przed wejściem i… znieruchomiałam. Najzwyczajniej w świecie wbiło mnie w podłogę.
Facet wyglądał jak pieprzony Jonathan Bailey z Bridgertonów. Nie żebym była jakąś namiętną miłośniczką romantycznych historii (od trzech lat byłam raczej ich namiętną antyfanką!), ale coś tam się orientowałam w temacie. A moja wysublimowana orientacja właśnie mierzyła wzrokiem najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
Z trudem przełknęłam ślinę, kiedy jego ciemne oczy zogniskowały swoją uwagę na mnie.
Twarz tak idealna, że musiała zostać wyharatana przez Michała Anioła. Kilkudniowy, gęsty zarost. Dłuższe, kruczoczarne włosy, które teraz delikatnie tarmosił wiatr. Jakieś metr osiemdziesiąt osiem wzrostu, bo przecież kobiece oko to synonim miarki, więc wiedziałam swoje. Elegancki, czarny płaszcz.
I to spojrzenie, przez które mój mózg przez dłuższą chwilę postanowił zrobić sobie przerwę.
Przez chwilę nawet się zastanawiałam, czy przypadkiem ekipa Netflixa nie przyjechała do Pustki, żeby kręcić nowy sezon serialu. Właściwie odkąd dowiedziałam się, że Tom Hardy został raperem, mało rzeczy mogło mnie już w życiu zdziwić, ale ekipa filmowa nie przyjechałaby nawet do pobliskiej Wisełki, w której psy dupami szczekały, a co dopiero mówić o naszej mieścinie.
Czym prędzej odrzuciłam te rozważania, kiedy nieznajomy się odezwał.
– Dzień dobry. Mam nadzieję, że pani nie obudziłem.
– Nie, skądże… – rzuciłam na wydechu, jakbym właśnie dobiegła do mety po szatańskim maratonie. – Już od godziny biegam po mieszkaniu, robię pompki i odhaczam zadania z codziennej listy rzeczy do zrobienia.
Między nami zapadła krótka cisza, choć nie odrywaliśmy od siebie spojrzenia.
Chyba pojął, że w moich słowach nie ma krztyny prawdy, bo jego usta wykrzywiły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.
No tak… Te usta też były niczego sobie…
Weź się w garść, Kaja, postaraj się być profesjonalistką. Wiem, że cię na to stać.
W końcu ten facet swoim pobytem tutaj miał opłacić moje rachunki za wodę, prąd i światło. A to ostatnie w tych ciemnych, mrocznych miesiącach będzie zapewne kolosalne. Byłabym skłonna przyznać, że doliczają tam światło słoneczne, światło w tunelu i światło wiekuiste.
Dlatego jakiekolwiek inne myślenie o tym mężczyźnie było surowo zabronione.
Chyba po prostu brakowało mi seksu.
Ale ten brak mógł być zaspokojony zabawką na baterie.
– Aleks Jadowski – przedstawił się, wyciągając w moją stronę dłoń.
Przełknęłam ślinę i w końcu uniosłam rękę, by go uścisnąć.
– Kaja Górka – powiedziałam, kiedy nasze dłonie się ze sobą zetknęły. Pomimo chłodu poranka jego skóra wydawała się wyjątkowo ciepła. Wydało mi się także, że mógł być kilka lat starszy ode mnie, możliwe, że jakiś czas temu przekroczył trzydziestkę, dlatego rzuciłam: – Nie jestem dobra w savoir vivre, więc nie wiem, kto powinien wyjść z tą inicjatywą, ale może przejdziemy na ty? Chyba tak będzie wygodniej.
Przecież miał tutaj spędzić ponad trzy tygodnie. A trzy tygodnie w Pustce podczas zimy to jak lata świetlne.
– Jasne – rzucił.
Coś nad jego ramieniem przykuło moją uwagę. Dostrzegłam, że w kilku oknach naprzeciwko pojawiły się głowy moich sąsiadów. Ciekawskich, wścibskich mieszkańców, którzy już wyłupiali na mnie i na mojego nowego lokatora swoje gały.
Westchnęłam ciężko i pokręciłam głową.
– Proszę wejść – powiedziałam, zapraszając Aleksa do środka.
– Zostawiłem bagaż w samochodzie.
Przeniosłam wzrok na wymuskanego, czarnego SUVa, którego wskazał dłonią i który był teraz zaparkowany przy chodniku.
– To możesz od razu przeparkować auto – odezwałam się. – Tutaj za rogiem jest wjazd na tyły kamienicy, gdzie będzie też twoje osobne wejście do budynku.
Zrobił tak, jak mu poleciłam i wkrótce spotkaliśmy się w wąskim korytarzu na parterze. Gdy stanął obok mnie ze swoją elegancką walizką, wyczułam zapach jego perfum.
– Tutaj jest wejście do kawiarni. – Wskazałam na odpowiednie drzwi. – Nieskromnie wspomnę, że mam najlepszą kawę w całym zachodniopomorskim, a dla lokatorów są przewidziane zniżki.
– Na pewno skorzystam. Dzień bez kilku filiżanek kofeiny uznaję za stracony.
Posłałam mu lekki uśmiech.
– To myślę, że się dogadamy – przyznałam. – A tutaj zapraszam do apartamentu. – Pokazałam schody prowadzące na piętro.
– Prowadź, Kaju.
Te dwa proste, krótkie słowa wypowiedział w tak kulturalny sposób, że przez kilka sekund znów zawiesiły się moje zdolności motoryczne.
Ten facet był przystojny, czarujący i uprzejmy.
A ja musiałam jak najszybciej wybić go sobie z głowy.
Nie po to przez ostatnie lata budowałam wokół siebie mur, żeby teraz jeden mężczyzna w czarnym płaszczu arystokraty zaczął burzyć całą tę misterną konstrukcję. Miałam dość płci męskiej. Naprawdę. Już przekonałam się, w spektakularny sposób, że te urokliwe osobniki mogą okazać się zdradzieckimi hienami i z łatwością rozszarpać ci wnętrzności.
Wtedy nauczyłam się jednej kluczowej rzeczy: co cię nie zabije, to rozpierdoli cię psychicznie.
A ja nie zamierzałam ponownie do tego dopuścić.
Ruszyłam schodami na piętro, a Aleks podążył za mną.
Aleks
Jedna z teorii życiowych, zapisana na ścianie w kawiarni „Przystań tu” w nadmorskiej miejscowości Pustka:
Najlepszą rzeczą w zimie jest to, że kiedyś ta masakra wreszcie się skończy.
Szedłem za Kają Górką po starych, skrzypiących, drewnianych schodach, a na moich ustach drgało rozbawienie.
Nie znałem tej kobiety, ale już wiedziałem, że to jedna z tych nieoczywistych – z jednej strony wydawała się konkretna, z drugiej była uroczą teorią chaosu. Bardzo niebezpieczna mieszanka.
– Przyjechałeś tutaj turystycznie czy służbowo? – spytała, nie obracając się za siebie.
– Można powiedzieć, że tak i tak.
– A jesteś pewien, że nawigacja odpowiednio cię poprowadziła? Nie pomyliłeś miast na mapie?
Uśmiechnąłem się pod nosem.
– Jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem być – zapewniłem ją.
Po drodze na piętro mijaliśmy obrazy wiszące na ścianie, w większości przedstawiające nadmorskie krajobrazy. Królowały na nich latarnie morskie, rozległe plaże albo porty rybackie. Zacząłem się zastanawiać, czy ta morska aura przyniesie mi upragnioną wenę i stworzę w tym miejscu coś godnego uwagi.
Pustka była zupełnie spontaniczną decyzją, choć już od dłuższego czasu czułem, jakby jakieś miasteczko mnie do siebie przywoływało. Traf chciał, że padło właśnie na tę mieścinę.
Wczoraj wieczorem, gdy siedziałem w gabinecie w swoim mieszkaniu na Saskiej Kępie i wpatrywałem się w pusty ekran laptopa, dotarło do mnie, że powinienem zmienić otoczenie. Inaczej żadne słowa, które później będę mógł ułożyć w zgrabne zdania, po prostu się nie pojawią. A pojawić się musiały.
I właśnie wtedy wszedłem na portal do rezerwacji pobytów, ustawiłem odpowiednie filtry, a chwilę później patrzyłem na ofertę, która aż krzyczała, bym kliknął „zarezerwuj”. Później spakowałem do walizki wszystko, co było mi potrzebne w ciągu tych kilku następnych tygodni, i ruszyłem w drogę.
Nigdy wcześniej nie byłem nad morzem w okresie zimowym, ale najprawdopodobniej wszędzie było teraz lepiej niż w Warszawie.
Stolica w grudniu była nie do zniesienia. Nienawidziłem grudnia…
Wszystkie witryny sklepowe biły po oczach nadchodzącymi świętami. Wszędzie pachniało cynamonem, kardamonem czy innym cholerstwem. Na każdym kroku grano kolędy albo zapętlone All I Want for Christmas Is You.
A tak się składało, że jedyne, czego potrzebowałem, to ciszy i świętego spokoju. Musiałem się skupić i napisać nową książkę. Nie tylko dlatego, że mój wydawca sapał mi nad uchem o terminach i dedlajnach, ale też dlatego, że pomysł na historię siedział mi w głowie już od dawna. Musiałem tylko odpowiednio go chwycić i powołać do życia nowych bohaterów, nim wszyscy dookoła sprawią, że do reszty oszaleję.
Jakiekolwiek rozpraszacze były niemile widziane.
Dotarliśmy na piętro, a ja skupiłem wzrok na Kai, która właśnie otworzyła przed nami jedne z drzwi.
– Oto twoje miejsce – powiedziała. – Ja mieszkam tutaj naprzeciwko. Gdybyś czegoś potrzebował, daj mi znać. – Wskazała na drzwi po drugiej stronie korytarza. Wyglądało więc na to, że będzie nas dzielić zaledwie kilka kroków.
Weszliśmy do apartamentu, a ja od razu zorientowałem się, że ta nazwa nijak ma się do rzeczywistości. I w żadnym wypadku mi to nie przeszkadzało. Widziałem wcześniej zdjęcia na stronie, więc nie brałem kota w worku.
Była to niewielka, schludna przestrzeń, na którą składał się salon z małym aneksem kuchennym. W kącie pomieszczenia stało pojedyncze łóżko. Dostrzegłem jedyne drzwi, które musiały prowadzić do łazienki.
Niczego więcej nie potrzebowałem.
Kaja mówiła o haśle do wifi, o świeżych ręcznikach w szafie i kilku innych rzeczach, a ja nie odrywałem od niej wzroku.
Kiedy wcześniej wzięła mnie za kuriera i kazała przeczytać swoje zasady, wydało mi się to całkowitym absurdem i oczyma wyobraźni zobaczyłem szaloną kobietę, która z nieznanych przyczyn okaże się moim utrapieniem.
Kaja Górka może i rzeczywiście była szaloną kobietą, ale była także piękna. A ja to piękno dostrzegłem w ciągu sekundy, gdy tylko ją zobaczyłem.
Miała na sobie poplamione dresy oraz gruby sweter z wyhaftowaną na przodzie palmą, a z upiętych od niechcenia na czubku głowy włosów wystawały blond pasma. Jej twarz nie była tknięta makijażem i wbrew temu, co mówiła o pompkach i wykonywaniu zadań, byłem wręcz przekonany, że mój telefon wyrwał ją z łóżka. Za co pewnie musiała mnie w myślach przeklinać.
A mimo całej tej niedbałej otoczki, skutecznie przyciągnęła moją uwagę.
Może to przez te duże, błękitne oczy. Albo pełne, różowe usta. A może przez tę cholerną, absurdalną palmę na swetrze.
Wiedziałem jedynie, że jej uroda była niebezpieczna i powinienem trzymać się od niej z daleka.
Była drobna i o wiele niższa ode mnie. Patrzyłem na nią z góry, gdy mówiła coś o tym, żebym włączył sobie grzejnik, bo inaczej zamarznę.
– Więc gdybyś jeszcze czegoś potrzebował, to będę albo u siebie, albo w kawiarni – odezwała się.
Kiwnąłem głową. Miałem coś odpowiedzieć, ale poczułem, że coś ociera się o moją nogę. Spojrzałem w dół i moim oczom ukazał się czarny niczym smoła kot. Wyglądał dość przerażająco i wgapiał się we mnie tak, jakby za moment miał zamiar na mnie skoczyć.
– Och, zapomniałam o tobie, maluchu – powiedziała Kaja i wzięła kocura na ręce, posyłając mu szczery uśmiech. – To Bandzior – oświadczyła mi. – Mam nadzieję, że nie jesteś uczulony na koty.
– Nie jestem – przyznałem. – Ale coś czuję, że on może mieć alergię na mnie.
Bandzior miał wzrok pieprzonego terrorysty i pewnie zastanawiał się, czy przypadkiem mnie nie odstrzelić.
– Nonsens – zaśmiała się, głaszcząc zwierzaka. – Jest łagodny jak baranek.
Na razie nie zamierzałem brać tych słów za pewnik. Jeśli przez następne tygodnie nie odgryzie mi palców, to zastanowię się nad ostatecznym werdyktem.
Kaja wypuściła kota z rąk, choć ten nie miał zamiaru wyjść z apartamentu, bo nagle wskoczył na małą kanapę i wygodnie się na niej usadowił.
– Jeśli wszystko sobie ustaliliśmy, to będę się zbierać – rzuciła. – Niedługo muszę otworzyć kawiarnię.
– W jakich godzinach jest czynna? – spytałem.
– To zależy. – Wzruszyła ramionami. – W wakacje staram się przestrzegać jakichś sztywnych godzin, ale poza sezonem otwieram w okolicach dziewiątej, w porywach do dziesiątej lub bliżej jedenastej. A zamykam o szesnastej, ale jeśli mieszkańcy jeszcze chcą posiedzieć i poplotkować, a ja mam na to siłę, to nawet o osiemnastej. Ale czasami się zdarza, że zamknę już w południe.
Wpatrywałem się w nią bez słowa, zastanawiając się, czy żartuje.
Ale była całkowicie poważna.
– Okej. – Kiwnąłem głową. – Myślę, że dobrym wyznacznikiem godzin otwarcia będzie po prostu zapach kawy i stłumione rozmowy mieszkańców.
Uśmiechnęła się.
– Dokładnie tak, Aleksie. – Zrobiła krok do tyłu, a później drugi. – Nie będę ci już przeszkadzać, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Miłego pobytu w Pustce.
– Na taki właśnie liczę – powiedziałem, odprowadzając ją wzrokiem, gdy wychodziła z mojego nowego apartamentu, by po chwili zamknąć za sobą drzwi od swojego mieszkania.
Westchnąłem głęboko i obróciłem się z zamiarem rozpakowania walizki, gdy moje spojrzenie natrafiło na Bandziora. Ciągle tutaj był i chyba nie miał zamiaru zostawić mnie samego. A przynajmniej nie bez wcześniejszego ostrzeżenia, bo odniosłem wrażenie, jakby mówił, że to on jest tutaj właścicielem, a ja wkroczyłem na jego teren bez pytania.
– Zawrzyjmy pakt, czarny terrorysto – odezwałem się. – Ja nie będę wchodził w drogę tobie, a ty mnie. Co ty na to?
Bandzior zmrużył oczy w szparki i miauknął przeciągle.
Przypominał trochę stukniętego kota z Sabriny, nastoletniej czarownicy (skąd mi się, do diabła, wzięło to porównanie?…). Miałem tylko nadzieję, że ten nie potrafi mówić, bo jeszcze chwila, a zacząłbym się zastanawiać, czy przypadkiem nie wylądowałem w miasteczku Salem zamiast w spokojnej, małej, nadmorskiej mieścinie.
Pokręciłem głową i podszedłem do okna.
Nie miałem stąd widoku na Bałtyk, choć doskonale wiedziałem, że morze jest niedaleko. Z tego, co zdążyłem się zorientować, studiując wczoraj mapę, w Pustce były dwa wydzielone zejścia na plażę. Najbliższe znajdowało się zaledwie dwieście metrów stąd.
Zatrzymałem się, przymknąłem powieki i wsłuchałem się w ciszę.
Naprawdę było cicho.
Nie słyszałem samochodów, tramwajów, klaksonów ani sąsiadów, prowadzących rozmowy przez telefon tak głośno, jakby ta druga osoba znajdowała się co najmniej po drugiej stronie kontynentu.
Pomyślałem o pustym dokumencie w laptopie, niecierpliwie czekającym, aby wypełnić go słowami. Pomyślałem o opowieści, która była na wyciągnięcie ręki. Pomyślałem o bohaterach, którzy domagali się, bym wreszcie skupił się na ich historii.
Byli już odarci z marzeń, cierpieli, krwawili i tylko czekali na to, aż takich sponiewieranych wrzucę w wir wydarzeń.
Właśnie tak zaczynały się moje najlepsze powieści – od zabrania postaciom wszystkiego, co najważniejsze.
Uśmiechnąłem się pod nosem i otworzyłem oczy, wpatrując się w krajobraz za oknem.
Ten wyjazd miał dać mi spokój i wytchnienie, bym mógł bez przeszkód zająć się pisaniem nowej książki.
Ale czy rzeczywiście odnajdę tutaj to, czego szukam?
Kaja
Jedna z teorii życiowych zapisana na ścianie w kawiarni „Przystań tu” w nadmorskiej miejscowości Pustka:
Kawa jest niezbędna do funkcjonowania. Dinozaury jej nie piły i spójrz, jak skończyły.
Około dziewiątej pachniało już kofeiną, a moja kawiarnia z każdego swojego kąta krzyczała o manifestację lata, choć zaczęła się dopiero zima. Jednak ja nie zamierzałam pozwolić tej diabelskiej sile wtargnąć w moje skromne progi.
Dlatego na ceglanych ścianach wisiały wakacyjne grafiki: panoramy słonecznych plaż, ludzie w strojach kąpielowych, deptaki pełne turystów. Na parapetach pięknie prezentowały się wielkie muszle, poduchy na fotelach miały poszewki w palmy, a nad ladą wisiała hawajska girlanda.
Był też Mikołaj zakuty w kajdanki, bo to prawdziwy psychopata, który aż się prosił o zamknięcie go w celi bez okien.
W przeszłości moja babcia, a później mama, gdy tylko rozpoczynał się grudzień, stroiły to miejsce tak, że każdy wchodzący klient od razu czuł nadchodzące święta. Wszędzie były światełka, choinki, zapach pomarańczy i goździków, jemioła i masa innych okropności. Ja od kilku lat toczyłam z bożonarodzeniową aurą krwawą wojnę. Z różnym skutkiem…
Usłyszałam otwierające się frontowe drzwi i uniosłam wzrok znad blaszki z ciastem. Kroiłam właśnie równe kawałki sernika na zimno, by ułożyć je w witrynce przy ladzie, tuż obok bezy z owocami.
– Już jestem! – rzuciła Marlena, wpadając jak burza do kawiarni.
Była studentką pierwszego roku, ale studiowała zaocznie i ciągle mieszkała w Pustce z rodzicami. W środku tygodnia od czasu do czasu mi pomagała, a ja odpalałam jej trochę kasy. W wakacje pracy było o wiele więcej – wtedy każdy biznes w naszym miasteczku wyciągał tyle, ile tylko mógł i zarabiał właściwie na kolejne suche miesiące. Jednak poza sezonem obroty nie urywały tyłka. Tak wyglądało życie nad morzem, a my zdołaliśmy się do niego przyzwyczaić.
– Spokojnie – rzuciłam do niej, gdy mijała kontuar, kierując się w stronę kuchennego zaplecza za barem. – Jeszcze robota mi się w rękach nie pali.
– Ale zaraz zacznie – zaśmiała się i przystanęła obok, patrząc na mnie porozumiewawczo.
Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.
– Powinnam o czymś wiedzieć? – Uniosłam brew.
– To ty mi powiedz, Kaja. Cała Pustka już wie, że przyjechał do ciebie jakiś wymuskany warszawiak.
Och, Chryste…
Westchnęłam ciężko, kręcąc głową.
Problem z małymi miasteczkami polegał na tym, że tutaj wieści rozchodziły się z prędkością światła. O ile nie szybciej. I bardzo często każdy znał inną wersję prawdy.
Ciekawe, co wymyślili, gdy zobaczyli SUV-a na warszawskich blachach.
– Rzeczywiście dzisiaj pojawił się tutaj turysta – rzuciłam. – Zostanie na kilka tygodni.
Marlenie szczęka opadła do samej podłogi.
– Turysta na kilka tygodni? – odezwała się. – Kwiatkowska mówiła, że to twój nowy chłopak i wreszcie przestałaś żyć w celibacie. Zabłocka uważa, że to agent nieruchomości, bo sprzedajesz kawiarnię, a Lubicki rozpowiada każdemu, kto chce go słuchać, że to mafioso ściągający haracz, bo pewnie zapożyczyłaś się u jakichś gangsterów.
Wzniosłam oczy do nieba, starając się nie wybuchnąć.
To oczywiste, że mieszkańcy zaczęli wymyślać najbardziej absurdalne scenariusze. W końcu nieludzko im się nudzi, a dobra plota nie jest zła. O ile nie dotyczy żadnego z nich.
Spojrzałam tylko na Marlenę i bezgłośnie dałam jej znać, że to wszystko bzdury. Ona się roześmiała, a ja wróciłam do układania ciasta.
Czułam, że czeka mnie ciekawy dzień i nie pomyliłam się. Kilka minut później do kawiarni zaczęli napływać pierwsi klienci, którzy od progu rzucili się na mnie z pytaniami o nieznajomego przybysza.
Uwijałam się przy ekspresie i parzyłam kawę, jednocześnie odpowiadając, że Aleks jest turystą i wybrał naszą cudowną, piękną mieścinę na swoje nowe wojaże.
Pewnie dla niektórych i tak pozostanie mafiosem…
Pan Roman, jeden ze stałych klientów, zamówił swoją zwyczajową czarną kawę oraz kawałek bezy, choć codziennie mówił, że ogranicza cukier.
– A więc w tym roku znów zero reniferów i choinki? – zapytał, gdy usiadł przy barze. Dla porządku kiwnęłam głową, bo w Pustce wszyscy wiedzieli o mojej upartej walce z zimą. – Może to już czas, żeby wyleczyć się z tamtego gnojka, Kaju?
To pytanie na moment zbiło mnie z tropu. Za chwilę jednak przywdziałam na twarz szeroki uśmiech i podałam mu filiżankę z parującą kawą.
– Jestem okazem zdrowia, panie Romanie – powiedziałam. – Z niczego nie muszę się leczyć.
Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że kantuję, a potem machnął ręką i zajął się bezą, którą przed nim postawiłam.
Chwilę później do kawiarni zawitało małżeństwo, które zawsze wybierało stolik przy oknie, potem listonosz, który wziął kawę na wynos, a chwilę później pojawiła się pani Ludmiła. Ta kobieta zawsze potrafiła wynaleźć problem tam, gdzie go nie było i praktycznie zawsze coś jej nie pasowało.
– A chciałam jeszcze zapytać… – zaczęła, kiedy złożyła już zamówienie na swoją zwyczajową poranną kawę, a ja właśnie nabijałam jej rachunek.
– Tak?
– Czy w tym roku będzie można zamówić normalne ciasta na święta?
Westchnęłam w duchu.
– Co to znaczy normalne? – spytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.
– No wiesz… makowiec, piernik… albo to korzenne, które zawsze robiła twoja mama.
– Absolutnie nie – rzuciłam. – Te pozycje w mojej kuchni są zakazane.
Ludmiła pokręciła głową i spojrzała na mnie wilkiem.
– Twoja babcia przewraca się pewnie w grobie, widząc, że za nic masz tradycje.
Wzniosłam oczy do nieba, bo to był jej standardowy tekst, do którego już dawno się przyzwyczaiłam.
– Moja babcia nie żyje już od tylu lat, że pewnie dawno zamieniła się w proch. Wątpię, by w tym stanie udało jej się przewrócić na drugi bok.
Ludmiła niemalże się zapowietrzyła. Szybko zgarnęła swoją kawę i podreptała do stolika na końcu lokalu, oddalając się ode mnie w takim tempie, jakbym była co najmniej szatanem.
– A gdzie się podział Bandzior? – odezwała się Marlena, trzymając w dłoni tacę z brudnymi filiżankami, które przed chwilą sprzątnęła ze stolików. – Jeszcze go dzisiaj nie widziałam.
– Gdy schodziłam na dół, czaił się na korytarzu – powiedziałam. – Chyba pilnuje nowego gościa.
– A czy twój turysta nie wystraszył się tego potwora?
– Ej! – obruszyłam się ze śmiechem. – Mój kot nie jest żadnym potworem. To urocze zwierzątko.
– Jasne. – Przewróciła oczami. – Wygląda, jakby planował czyjąś śmierć.
– To jego normalny wyraz twarzy.
– Wyraz twarzy z psychiatryka.
Już miałam odpowiedzieć na tę zniewagę, kiedy coś nagle otarło się o moją kostkę. Uśmiechnęłam się szeroko, biorąc na ręce mojego wiernego towarzysza.
– O wilku mowa – powiedziałam. – Albo raczej o kocurze.
– Co on ma na sobie, do diabła? – wyrzuciła z siebie Marlena, czym przykuła uwagę wszystkich znajdujących się w lokalu mieszkańców.
– Ubranko – odparłam nonszalancko. – Prezentuje się perfekcyjnie, prawda?
W tym roku postanowiłam pójść o krok dalej i na froncie przeciwko zimie stanąć wspólnie z Bandziorem. Dlatego ostatnio zamówiłam mu przez internet kilka wakacyjnych outfitów.
– On ma na sobie hawajską koszulę – zauważyła Marlena, śmiejąc się do rozpuku. – Skąd tyś to wytrzasnęła?
– Zdziwiłabyś się, jakie oferty ludzie potrafią wystawić na Allegro.
– Chyba zawędrowałaś w odmęty piekła.
Wzruszyłam ramionami i czule pogłaskałam kota po pysku.
– Te święta z nami nie wygrają, Bandziorku – mruknęłam.
Wypuściłam go na podłogę, by dalej przecierał swoje niezbadane szlaki. W tej samej chwili drzwi frontowe otworzyły się ponownie i zobaczyłam moją najlepszą przyjaciółkę.
Baśka miała minę prawdziwej bizneswoman, która tego dnia nie dostała jeszcze zastrzyku kofeiny, a widocznie bardzo tego potrzebowała. Natychmiast odpaliłam ekspres i podstawiłam pod dyszę kubek na wynos, bo wiedziałam, że nie zabawi tutaj długo.
– Kawy, kawy, kawy! – krzyknęła od progu i od razu skierowała się do lady.
Znałyśmy się całe życie. Byłyśmy powierniczkami swoich największych sekretów i najprawdopodobniej jedna za drugą skoczyłaby w ogień, choć raczej żadna z nas nie potrzebowała takich atrakcji.
Basia od kilku lat była szczęśliwą mężatką (jej Darek prowadził w Pustce warsztat samochodowy) i miała tutaj salon fryzjersko-kosmetyczny, więc – tak jak ja serwowałam całemu miasteczku kawę i ciasto – ona wszystkich mieszkańców strzygła i farbowała.
Usiadła na hokerze i utkwiła we mnie czujne spojrzenie. Mogłabym przysiąc, że z jej głowy bucha właśnie para, a ona sama się niecierpliwi.
– No gadaj – rzuciła do mnie. – Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności. Chcę wiedzieć wszystko z pierwszej ręki.
Przewróciłam oczami, choć na moich ustach drgało rozbawienie.
Nie musiała mówić, o co dokładnie jej chodzi. Doskonale to wiedziałam.
– Mamy nowego turystę – powiedziałam. – Zaklepał wczoraj wieczorem pobyt, a ja tego nie zauważyłam. Drań obudził mnie chwilę po siódmej.
– Po co tu przyjechał?
– Podobno turystycznie i służbowo.
– To może znaczyć właściwie wszystko.
– I pewnie znaczy – zgodziłam się. – Na razie nie dopytywałam. Może sam wkrótce powie więcej.
Baśka kiwnęła głową.
– Do kiedy zostaje?
– Wyjeżdża dzień przed wigilią.
– Ochujał?!
– A kto go tam wie. – Wyjęłam kubek spod dyszy i podałam go przyjaciółce, a ona zaczęła wrzucać do kawy tyle kostek cukru, że glukometr dostałby białej gorączki. – Może się pomylił. Zobaczy, że nie ma tu niczego ciekawego i pewnie wyjedzie szybciej.
– Przystojny jest? – spytała.
Przygryzłam lekko wargę i przez kilka dłuższych sekund nie odpowiadałam. To był z mojej strony cholerny błąd.
Baśka wyszczerzyła się jak upiorny Joker.
– Wiem, że jest – rzuciła.
– Niby skąd?
– Sara mówiła, że to ciacho.
Zmarszczyłam brwi.
– Skąd twoja pracownica o tym wie?
– Widziała go z okna, kiedy podjechał przed twoją kamienicę.
– Jej okna są jakieś pięćset metrów stąd.
– Może patrzyła przez lornetkę – zasugerowała. – Czort ją wie. Ta kobieta powinna pracować jako pieprzony snajper albo paparazzi.
Na moje oko to całe nasze miasteczko powinno zajmować się rządową inwigilacją… Ale co ja tam wiedziałam…
– Jeśli dobrze mu się przyjrzeć, to mieści się w odpowiednich standardach przystojności – rzuciłam. – A ty masz męża, więc się nie interesuj.
Baśka parsknęła śmiechem.
– Wyrafinowaną gadką mi oczu nie zamydlisz. Widzę w twoim spojrzeniu, że ci się spodobał.
– Wcale mi się…
– Ale to nie gadka na teraz – przerwała mi i spojrzała na zegarek, który nosiła na nadgarstku. – Muszę lecieć, bo za pięć minut mam klientkę. Chciałam ci jeszcze przypomnieć, że w mikołajki Katrina otwiera swój salon hipnozy i już nas umówiłam na sesję. To na pewno ci pomoże i odciągnie twoje myśli od szatańskiego szóstego grudnia.
Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
– Z całą pewnością słuchanie szamańskich bzdur w czymkolwiek mi pomoże – stwierdziłam z sarkazmem.
Katrina była naszą lokalną szamanką, tarocistką, wróżką, praktykującą joginką. Zresztą kogokolwiek podobnego dopisałoby się do tej listy po przecinku, ona na pewno była tą osobą.
Nie wierzyłam w takie rzeczy, ale wiedziałam, że i tak się ugnę i tam pójdę, bo w Pustce żyliśmy w symbiozie. Jeśli ktoś otwierał swój biznes, to się go wspierało i koniec tematu. Tak po prostu tutaj funkcjonowaliśmy. Gdybyśmy tego nie robili, nasze miasteczko już dawno zniknęłoby z powierzchni ziemi.
Byłam przekonana, że wielu mieszkańców mogło sobie zrobić kawę w domu. A jednak dzień w dzień przychodzili do mnie.
Dlatego ja mogłam się okazjonalnie poddać hipnozie. A co mi tam…
Pożegnałam się z przyjaciółką, która wybiegła z kawiarni, jakby się paliło, i pośpieszyła do swojego salonu. Niemalże zderzyła się w progu z moimi ulubionymi klientami.
Nieodłączne trio staruszków weszło do „Przystań tu”, a na moich ustach pojawił się radosny uśmiech.
Lilianna, Bogdan i Henryk – nierozłączna paczka przyjaciół, choć różnili się od siebie diametralnie. Znali się chyba od zawsze, a przynajmniej tak twierdzili. Wszyscy troje byli już na emeryturze, ale czasami zachowywali się tak, jakby mieli więcej spraw na głowie niż przeciętny człowiek prowadzący biznes. A te enigmatyczne biznesy prowadzili chyba z mojej kawiarni, bo gdy miałam otwarte, to przesiadywali w niej non stop – a ja to uwielbiałam.
Lila była wytworną damą, taką w stylu Beaty Tyszkiewicz – w eleganckich ubraniach, z perłami na szyi. Tak samo jak filmowa ikona, potrafiła również rzucić mięsem i było to zjawiskowe. Chyba nie musiałam dodawać, że gdy dorosnę, chciałabym być taka jak ona.
Boguś był mrukiem. Rzadko się odzywał, ale jeśli już to robił, jego słowa były dobitne i miały znaczenie. To taki typ człowieka, który czujnie i w skupieniu ocenia otoczenie. Kiedy na ciebie patrzył, można było się poczuć, jakby nagle zaczął grzebać ci w duszy.
Henio był duszą towarzystwa. Bajerant, ekstrawertyk, niepoprawny optymista. Jeśli ktoś znalazłby się w jego towarzystwie, pokochałby go w przeciągu sekundy. Ale ten uśmiechnięty i tryskający energią drań potrafił kantować w pokera jak zły. Coś o tym wiedziałam…
Cała trójka przywitała się ze mną i usiadła na swoich standardowych miejscach. Zabrałam się za szykowanie ich kaw i deserów. Ja nie musiałam pytać, czego sobie życzą, oni odpowiadać. Po tylu latach doskonale znałam ich upodobania.
Kilka minut później podeszłam do ich stolika z tacą wypełnioną po brzegi.
– No to opowiadaj, Kaja, co tam u ciebie słychać, nasze promienne słoneczko – odezwał się Henryk. Jego oczy wprost się do mnie śmiały.
– Chyba od wczoraj nic się nie zmieniło – powiedziałam. – A co u pana? Ciśnienie dzisiaj w porządku?
Roześmiał się głośno i serdecznie.
– Ty się moim ciśnieniem nie martw, dziecko. Powiedz lepiej, kogo tu nowego gościmy. Oczekujemy przedniej rozrywki.
– I odpowiedzi – dodała Lila. – Któż to przyjechał tym czarnym samochodem?
– Mafia – rzuciłam. – Z Pruszkowa albo Wołomina. Nie wiem dokładnie.
– Och, nie bajdurz, młoda damo! – zbeształa mnie, choć widziałam na jej ustach cień uśmiechu. – Jestem pewna, że nie wplątałabyś się w gangsterskie porachunki. Ojciec by ci na to nie pozwolił.
Parsknęłam śmiechem na tą uwagę. Mój tato był emerytowanym gliniarzem, więc miała ciut racji. Raczej stroniłam od gangsterów.
– Niejaki Aleks Jadowski – powiedziałam, nie trzymając ich już dłużej w niepewności, bo RODO w Pustce nie funkcjonowało. – Wynajął u mnie kwaterę i spędzi tu kilka tygodni.
Bogdan mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, a Henryk się roześmiał.
– Biedaczysko nie wie, na co się właśnie porwał – przyznał z rozbawieniem.
Uniosłam brew i spojrzałam na tę trójkę.
– Może tak dla odmiany skończycie ze wścibstwem i dacie mu spokój?
– A czemuż to? – spytała Lilianna, ujmując w dystyngowany sposób filiżankę.
– Bo ostatecznie ten facet mnie wystawi opinię na Googlach, a nie wam – oznajmiłam. – Nie chcę dostać baniaka i długiego elaboratu o tym, że to miejsce jest zaburzone, a wszyscy tutaj chorzy psychicznie.
– Nikt nie odważyłby się wystawić tobie takiej recenzji, słoneczko. – Henio spojrzał na mnie, jakbym upadła na głowę. – Jesteś wzorową gospodynią.
– Niech pan to powie gościowi z zeszłego roku, który napisał, że właścicielka zachowuje się jak po elektrowstrząsach.
– To był dziwak – wtrącił po raz pierwszy Bogdan.
Lila kiwnęła głową.
– Zgadzam się z Bodziem – oświadczyła. – To nie twoja wina, że na widok pająka wpadłaś w histerię. Fobie są rzeczą ludzką. A że akurat był tego świadkiem, to już jego problem, a nie twój.
– Dziękuję za waszą wyrozumiałość – powiedziałam, teatralnie przed nimi dygając, jakbym stała właśnie przed królem Anglii. – I mówię serio… – dodałam. – Dajcie temu turyście spokój.
– Oczywiście, Kajciu. – Henryk posłał mi swój popisowy uśmiech, ale ja nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo.
Ostatni raz powiodłam wzrokiem po twarzach całej trójki i byłam przekonana, że mój turysta odnajdzie tu wiele rzeczy.
Ale spokój nie będzie jedną z nich.
Z westchnieniem wróciłam za ladę i tym razem zrobiłam kawę sobie. Marlena krzątała się na zapleczu, przygotowując kruche ciasto na jutro, wszyscy goście mieli swoje zamówienia i spędzali czas przy stolikach. Zapanował lekki przestój i nikt niczego ode mnie nie chciał, więc oparłam się o bar i sięgnęłam po książkę, którą zaczęłam czytać kilka dni temu i podczytywałam sobie w wolnych chwilach.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kryminalne powieści Olka Toksyny były jedną z moich najlepszych rozrywek. To największy pisarski zwyrol, jakiego widział ten kraj, dlatego nie dziwiłam się, że pisał pod pseudonimem i nikt tak naprawdę nie wiedział, kim jest. Jego krwista historia była niczym miód na moje poturbowane, zgorzkniałe serce.
Gdybym mogła, nie robiłabym nic innego, tylko zagłębiła się w jego słowach na cały grudzień.
OKŁADKA
STRONA TYTUŁOWA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
