Oszukany czas #1 - Kinga Tatkowska - ebook
NOWOŚĆ

Oszukany czas #1 ebook

Kinga Tatkowska

5,0

117 osób interesuje się tą książką

Opis

Marta Dobrzańska to blogerka kulinarna, która ostatnie osiem lat spędziła głównie na leczeniu złamanego serca. Jej ucieczką od rozpamiętywania przeszłości jest rzucenie się w wir pracy oraz ułożenie sobie życia u boku starszego od niej biznesmena.

 

Jednak gdy ta przeszłość pojawi się nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, jej świat znów zadrży w posadach.

 

Kiedyś Kamil Wilczyński był wszystkim, czego potrzebowała. Obiecywał jej wspólne życie i gwarantował bezpieczeństwo. Ale później wyjechał na misję do Afganistanu i ich kontakt zupełnie się urwał.

 

Teraz mężczyzna, o którym nie potrafiła zapomnieć, wraca – zdeterminowany, by odzyskać dawną ukochaną i… żeby nawiązać podejrzaną biznesową współpracę z jej obecnym partnerem.

 

Czy dwoje ludzi, którzy przed laty kochali się bez pamięci, będzie w stanie odbudować łączące ich uczucie?

 

Czy tajemnice, które wyjdą na światło dzienne, nie przekreślą wszystkiego?

 

Czy dla dobra miłości można oszukać czas?

 

Dowiecie się tego z pierwszego tomu emocjonującej trylogii, w której pierwsze skrzypce grają sekrety, namiętność oraz mafijne powiązania.

 

Motywy:

- spotkanie po latach

- mafijne powiązania

- pierwsza część trylogii

- druga szansa

- romans

- tajemnice

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 286

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mater0pocztaonetpl

Nie oderwiesz się od lektury

Super emocje
10
Viki94

Nie oderwiesz się od lektury

❤️❤️❤️🔥🔥🔥
10



PROLOG

Ludzie mówią, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia.

Ja zakochałam się od pierwszej kłótni. W chłopaku z siódmego bloku, na jednym z warszawskich osiedli.

Wydarzyło się to pewnego wrześniowego dnia, tuż po deszczu, kiedy ubytki w chodniku napełniają się wodą, tworząc niekształtne kałuże, a dzieci czym prędzej wybiegają z mieszkań, mając na nogach kalosze i chcąc skakać po mokrych plamach, nie zważając na konsekwencje.

Dzieci nie znają słowa konsekwencje. Nie wiedzą na przykład, że tarzanie się w błocie sprawi, że mama podczas następnego prania stanie przed nie lada wyzwaniem. Nie wiedzą, że zwisanie z trzepaka do góry nogami może skończyć się upadkiem i kilkoma fioletowymi kształtami na ciele. Nie wiedzą, że niewinne pocałunki w domku zbudowanym z siana i suchych patyków mogą doprowadzić do pierwszej miłości i na zawsze złamanego już serca.

Ludzie mówią, że można się odkochać.

Ja, mimo wszystkich tych lat, nie potrafię.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Leżałam na wielkim łóżku z prawdziwego ciemnego drewna w nowocześnie urządzonej sypialni, jakby wyjętej prosto z katalogu Westwing, w ogromnym piętrowym domu na warszawskim Wilanowie. Była godzina szósta dwadzieścia jeden i wiedziałam, że o szóstej trzydzieści zadzwonić miał budzik należący do mężczyzny, który spał tuż obok mnie, a ja przeczesywałam teraz delikatnie jego włosy, dostrzegając, że niektóre z nich były już siwe, ale on, jak na swoje pięćdziesiąt jeden lat, nie musiał się tym przejmować. Był niczym George Clooney – im starszy, tym lepszy. Właśnie tak, jak czerwone wino, którego z pewnością piłam zbyt dużo.

Nie mieszkałam tutaj na stałe. Moim azylem było mieszkanie w nadgryzionej zębem czasu kamienicy na Pradze-Północ, które odziedziczyłam po śmierci babci. Kiedy wszystko się waliło i paliło, mogłam się tam zamknąć na klucz i czekać, aż wszelkie problemy znikną. Zazwyczaj znikały, choć wiedziałam, że to była tylko pozorna ucieczka. Tak naprawdę nadal czaiły się w kącie i tylko czekały na odpowiedni moment, by znów mnie odwiedzić.

Kiedy zadzwonił budzik, Robert sięgnął po swoją komórkę i wkrótce monotonny głośny dźwięk nie rozprzestrzeniał się już po pokoju.

– Dzień dobry, kochanie – powiedział, obracając się z uśmiechem w moją stronę.

Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy w tym samym łóżku spoglądał na mnie rano, pierwszym słowem, jakie do mnie wypowiadał, było zostałaś. Mówił to z nieskrywanym zdziwieniem i radością w głosie, bo doskonale wiedział, że nie zawsze zostawałam. Czasami kiedy się kochaliśmy, on potem zasypiał, a ja wychodziłam z łóżka, ubierałam się i jechałam do swojego mieszkania. Jednak nie robiłam tego już od dawna. Obiecałam mu, że kiedy położymy się tutaj razem, wstaniemy także razem. Wolałam mu to przyrzec niż wprowadzić się do niego na stałe, o czym co jakiś czas nie omieszkał wspomnieć. Robert chciał, żebym z nim zamieszkała i w ogóle tego nie ukrywał. Mówił o tym otwarcie, snuł plany na przyszłość, zarzekał się, że chciałby spędzić ze mną resztę życia. Nie owijał niczego w bawełnę. Nie musiał. A ja byłam pewna, że za którymś razem powiem w końcu tak.

– Dzień dobry – szepnęłam.

Zbliżyłam się i pocałowałam go w usta, a on od razu ten pocałunek odwzajemnił.

Lubiłam te nasze wspólne poranki. Łatwo było mi się do nich przyzwyczaić, ponieważ wydawały się bezpieczne. Bezpieczne i nieskomplikowane. Właśnie takimi słowami mogłabym opisać swoje życie z Robertem, jak i samego Roberta. Chociaż tak naprawdę wykreśliłabym słowo nieskomplikowane, ponieważ żaden facet nie był nieskomplikowany. Oni wszyscy mieli w sobie jakąś rysę komplikacji, choć Robert jeszcze swojej nie ujawnił.

Kiedy przeszedł do garderoby przylegającej do sypialni, żeby się przygotować do kolejnego dnia prezesowania w swojej firmie, wyszłam z łóżka i podeszłam do olbrzymiego okna, które rozciągało się na całą jedną ścianę pokoju i było z niego wyjście na taras. Od urodzenia mieszkałam w Warszawie i nie wyobrażałam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej, a stąd był idealny widok na majaczące w oddali wieżowce, na czele z Varso Tower, który nieznacznie nad wszystkimi górował. Teraz ostatnie metry jego iglicy były zakryte przez poranną mgłę.

Po chwili włożyłam wczorajsze ubrania, prócz bielizny, bo tę miałam świeżą w jednej z szuflad. Najpierw pojawiły się kosmetyki, potem bielizna, a niedługo miał nadejść czas na dalszą część garderoby. Tak to sobie powtarzałam.

Zeszliśmy razem na dół, do kuchni, gdzie przy dużej kwadratowej wyspie siedział Rafał, dwudziestotrzyletni syn Roberta. Mieszkał tutaj i szczerze mnie nienawidził, czego nie starał się ukrywać. Być może właśnie dlatego jeszcze się tutaj nie wprowadziłam. Według Rafała byłam z jego ojcem wyłącznie dla pieniędzy, bo niby jaki inny cel mógł przyświecać dwudziestosiedmiolatce będącej z mężczyzną prawie dwa razy od siebie starszym.

Prawda była taka, że kochałam Roberta. Dodatkowo jeszcze uratowałam mu życie.

– Cześć, Rafał – przywitałam się.

Nie doczekałam się odpowiedzi, a jedynie spojrzenia mówiącego, jak bardzo nie podoba mu się moja obecność tutaj. Między nami były zaledwie cztery lata różnicy, a mimo to dzieląca nas przepaść zdawała się nie do pokonania.

– Jedziesz ze mną do firmy? – zapytał Robert syna.

– Dzisiaj nie mogę. Mam ważny egzamin.

Robert, jak na prawdziwego biznesmena przystało, kiedy tylko mógł, wprowadzał swojego jedynaka w tajniki działania Urbaniak Company, jednej z wiodących firm na warszawskim rynku nieruchomości, i chciał, żeby Rafał przejął jego obowiązki, gdy tylko przyjdzie na to czas. Nie zauważyłam, żeby Rafał jakkolwiek się przed tym wzbraniał. Jedynym warunkiem, jaki Robert mu postawił, było skończenie studiów.

Nalałam sobie mocnej czarnej kawy i usiadłam przy wyspie.

– Jak idzie ci na uczelni? – zagadnęłam.

– Na pewno nie tak dobrze jak tobie w łóżku z moim ojcem, mamusiu.

Gdyby ktoś z zewnątrz usłyszał takie słowa, mógłby się oburzyć, ale ja byłam już do nich przyzwyczajona. Na początku takie teksty z jego ust były dla mnie szokiem, ale w końcu doszłam do wniosku, że pewnych rzeczy po prostu nie sposób przeskoczyć.

– Jeszcze jedno słowo, Rafał, a przysięgam, że szybko poszukasz sobie własnego mieszkania, a ja nie dołożę do tego ani grosza – rzucił Robert podniesionym głosem. Choć mówił tak już kilka razy, jego syn nic sobie z tego nie robił.

Robert posłał mi przepraszające spojrzenie, a ja tylko wzruszyłam ramionami.

Gdy dopiliśmy swoje kawy, zgarnęłam torebkę i wyszliśmy z domu wprost na majowe ciepłe powietrze. Skierowałam się do swojej wysłużonej czarnej yariski, która na tle nowego land rovera Roberta prezentowała się niczym chihuahua przy buldogu, ale dla mnie ten samochód był najwspanialszy na świecie i nie planowałam w najbliższej przyszłości wymieniać go na lepszy model.

Wsiadłam do środka i rzuciłam torbę na siedzenie obok.

– Przyjedziesz dziś? – spytał Robert, nachylając się i patrząc na mnie przez uchyloną szybę.

– Może ty przyjedź do mnie?

Spojrzał tylko błagalnym wzrokiem, a ja się zaś­miałam.

– Martuś…

Nie skończył, a ja dokładnie wiedziałam, co chciał powiedzieć, bo już w przeszłości słyszałam to niejednokrotnie. Martuś, nie mogę tam spać, bo czuję, jakbym się dusił. Nie było nic dziwnego w tym, że dusił się na niecałych pięćdziesięciu metrach kwadratowych, skoro na co dzień miał ponad dwieście. I to był kolejny powód, żebym czym prędzej się do niego wprowadziła.

– Okej – szepnęłam.

– Wiesz, że cię kocham?

– Nie wiem – odparłam, uśmiechając się do niego. – Musisz mi to udowodnić.

Zbliżył się jeszcze bardziej i mnie pocałował.

– Na pewno ci to udowodnię – przyznał po chwili i oddalił się do swojego samochodu.

W lusterku obserwowałam jego powolne ruchy i to, w jaki sposób układał się na nim idealnie skrojony garnitur. Robert Urbaniak był panem swojego życia. To się widziało i czuło już od pierwszej chwili. Ja także zrozumiałam to już wtedy, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, ponad rok temu, w kawiarni z widokiem na Kolumnę Zygmunta. Była mroźna zima, więc siedzieliśmy w środku, gdzie można było ogrzać się gorącą kawą. Gdy go tylko zobaczyłam, wiedziałam, że mam do czynienia z mężczyzną, z którym nigdy wcześniej nie miałam styczności. Onieśmielał mnie i fascynował. Słuchając go, czułam się jakoś tak… spokojnie. Jakbym zyskała pewność, że przy nim nic strasznego nie mogło mi się przydarzyć, a wtedy chyba pragnęłam takiego poczucia.

Do łóżka poszliśmy po trzecim spotkaniu, choć nawet teraz miałam wrażenie, że po pierwszej wizycie w kawiarni mogliśmy się tam znaleźć.

Dopuściłam go do siebie tak blisko, jak tylko zdołałam, ale wiedziałam, że nawet on nie był w stanie przebić się przez mur, który ktoś już wcześniej, jeszcze przed nim, postawił. Ktoś, kto…

Nie, Marta, nie zapędzaj się tam, bo nie warto.

Westchnęłam głęboko, odpaliłam silnik i ruszyłam prosto przed siebie wzdłuż podjazdu.

*

Kiedy przeszłam przez próg mieszkania, pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam na oścież drzwi wychodzące na niewielki balkon. Spojrzałam na uschnięte kwiaty w donicach i zakodowałam sobie w głowie, że w weekend powinnam wybrać się po jakieś nowe rośliny. Uwielbiałam ich widok oraz zapach, ale za nic w świecie nie potrafiłam utrzymać ich przy życiu zbyt długo.

Wkroiłam do szklanki plaster cytryny, dodałam kilka listków mięty, zalałam wodą i przeszłam na ciemnobordową kanapę w salonie, którą kupiłam kiedyś na targu staroci za niecałe trzy stówy. Moje mieszkanie praktycznie całe urządzone było w stylu retro, z przedmiotów i mebli z pozoru w ogóle do siebie niepasujących, ale całość, jak dla mnie, prezentowała się idealnie. A najpiękniejszy z tego wszystkiego był drewniany parkiet w jodełkę, który pamiętał jeszcze pewnie lata młodości mojej babci.

Włączyłam laptopa i weszłam na swojego bloga kulinarnego, którego z powodzeniem prowadziłam już od kilku lat. Przejrzałam post, na razie zapisany w wersji roboczej, naniosłam kilka drobnych poprawek i udostępniłam go. Działałam też na Instagramie, a od pewnego czasu również na TikToku, co z początku wydawało mi się czarną magią, ale gdy tylko załapałam, o co w tym wszystkim chodzi, dostrzegałam już same plusy. Miałam ponad pięćdziesiąt tysięcy obserwatorów, co w tym świecie oznaczało pewnego rodzaju sukces.

Przejrzałam maile i odpowiedziałam na nowe zapytania w sprawie warsztatów i propozycji współpracy. Często godziłam się na takie gościnne występy, bo po pierwsze, z tego właśnie głównie się utrzymywałam, a po drugie, na takie warsztaty przychodziło mnóstwo pozytywnych ludzi, z którymi mogłam dzielić swoją pasję. Dla mnie wolny zawód był idealną opcją, ponieważ nie musiałam się na nikogo oglądać ani od nikogo uzależniać. A gotować lubiłam od zawsze, więc ta praca dawała mi sporo satysfakcji.

Mój telefon zaczął dzwonić, a na ekranie pojawiło się zdjęcie Roberta.

– Już się za mną stęskniłeś? – zapytałam.

– Bardzo – przyznał. – Ale dzwonię do ciebie z prośbą. Zupełnie zapomniałem o wieczornym spotkaniu biznesowym. Wybierzesz się dziś ze mną na kolację?

– Z tobą i z innymi facetami w drogich garniturach jako twoja dama do towarzystwa? – domyśliłam się, a on się roześmiał, ale nic więcej nie powiedział.

Często zabierał mnie na takie spotkania. Czułam się wtedy trochę jak Vivian z Pretty Woman, choć tak naprawdę było to przeraźliwie nudne. Zupełnie nie miałam pojęcia, o czym na tych kolacjach rozmawiali ani co uzgadniali. Jedynym pozytywnym akcentem było jedzenie – zawsze przepyszne – i wino, którego było pod dostatkiem.

– Dobrze – zgodziłam się. – Mam włożyć coś specjalnego?

– We wszystkim wyglądasz bosko, kochanie, więc to nie ma żadnego znaczenia.

– W takim razie założę komplet czerwonej, koronkowej bielizny.

– Tylko jeszcze coś na to narzuć, żeby ci faceci potrafili się przy tobie wysłowić.

– A po co? – zaczęłam się droczyć. – Jeśli nie będą w stanie się wysłowić, podsuniesz im dokumenty do podpisania i twój deal zostanie szybko zakończony.

– Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? – zaśmiał się.

– To już nie jest pytanie do mnie, kochanie – rzuciłam. – Więc o której mam być gotowa?

– Zaraz wszystko ci prześlę.

Rozłączyłam się, a on po chwili wysłał mi wiadomość z informacją, o której i gdzie mamy się spotkać. Była dopiero dziewiąta rano, więc do wieczora pozostało jeszcze mnóstwo czasu. Poszłam do kuchni i w końcu zabrałam się do przygotowania porządnego śniadania.

*

Przed restaurację na Koszykowej, jedną z tych, w których muzyka gra na żywo, podjechałam Uberem, ponieważ nie wyobrażałam sobie tego wieczoru bez procentów, a poza tym później miałam wrócić z Robertem do niego jego samochodem. Mój facet już czekał przed wejściem i kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko.

– Czy pod tym materiałem znajdę tę czerwoną koronkę?

Włożyłam dziś czarny opinający kombinezon do kostek z dekoltem w serek, który zamówiłam niedawno przez Internet. Teraz w końcu nadeszła okazja, żeby go wypróbować.

– Jeśli się dobrze postarasz.

Uśmiechnęłam się, kiedy mnie pocałował.

– Wyglądasz pięknie – oznajmił, lustrując mój strój. – Może rzeczywiście podsuniemy im tylko papiery do podpisu i stąd wyjdziemy.

– Nie ma takiej opcji. Mam zamiar sprawdzić, co szef kuchni ma tutaj do zaoferowania.

Gdy skierowaliśmy się do wnętrza restauracji, zapytałam Roberta, czego dokładnie dotyczyć ma dzisiejsze spotkanie. Powiedział, że umówieni jesteśmy z człowiekiem, który ma dla niego propozycję zainwestowania w budowę nowoczesnego hotelu w centrum Warszawy.

– Ty się zajmujesz takimi rzeczami? – spytałam.

Czasami było mi wstyd, że tak mało wiedziałam o jego pracy, ale te całe nieruchomości, spółki, zarządy i Bóg wie co jeszcze niekoniecznie mnie interesowały. Oboje z Robertem nie wnikaliśmy wzajemnie w swoje zawody i to nam raczej odpowiadało.

– Ja zajmuję się wieloma rzeczami, Martuś – odpowiedział i zapytał kelnera o naszą rezerwację.

Poszliśmy za nim do stolika, przy którym siedziało już dwóch mężczyzn. Na swoje nieszczęście jednego z nich znałam. Nie widziałam go osiem lat i przez cały ten czas rosła we mnie nienawiść do niego za to, co mi zrobił. Ta nienawiść przyćmiewała jeszcze inne uczucie, którego nie byłam w stanie się pozbyć. A niech mnie diabli, próbowałam. Wiele razy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kamil Wilczyński był największą pomyłką mojego życia. Przez ostatnie lata powtarzałam sobie to zdanie niczym mantrę, żebym sama mogła w nie uwierzyć. Złamał każdą swoją obietnicę. Rozdeptał wszystkie marzenia małej dziewczynki o wspólnej przyszłości ze swoim księciem. Odszedł i nigdy nie spojrzał za siebie. Nie zadzwonił. Nie napisał. Nie zrobił zupełnie nic.

A teraz siedział naprzeciwko mnie. I miał robić interesy z Robertem.

No szło się wkurwić.

Wiele razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie, ale w żadnym ze scenariuszy, które wymyślałam, nie przydarzyła się taka katastrofa. Starałam się nie okazać szoku, który zniewolił teraz całe moje ciało, jednak przychodziło mi to z trudem.

On tutaj był. Kamil naprawdę tutaj był.

Serce łomotało mi jak oszalałe. Ręce zaczęły drżeć. Mogłam przysiąc, że byłam blada jak ściana.

Kiedy kelner przyszedł przyjąć nasze zamówienie, od razu poprosiłam o lampkę czerwonego wina i pieczonego łososia na szparagach. Co do wina byłam pewna, że na jednym kieliszku ten wieczór nie ma prawa się zakończyć.

Czułam na sobie intensywne spojrzenie, pod wpływem którego całe moje ciało się paliło. Nie chciałam patrzeć na Kamila, więc znalazłam sobie inny obiekt zainteresowań – sztućce równo ułożone na pięknej beżowej serwecie. Spoglądałam na nie beznamiętnym wzrokiem do czasu, aż kelner przyniósł nasze napoje.

Chwyciłam za kieliszek i upiłam dwa łyki alkoholu, który miał opanować moje nerwy.

Mężczyźni zaczęli rozmawiać o swoich sprawach, a ja nawet nie próbowałam udawać, że cokolwiek z tego rozumiem. Słyszałam jedynie jego głos, który wydawał się pewny i męski. Kiedyś też taki był, ale teraz miał w sobie coś jeszcze. Emanowała z niego jakaś taka siła i determinacja, które musiał nabyć przez te lata, gdy się nie widzieliśmy.

– Przepraszam na moment – powiedziałam, nie mogąc wytrzymać, i wstałam od stołu.

Zupełnie nie zwracając na nich uwagi, poszłam w stronę toalety.

Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i próbowałam wyłapać, co się we mnie zmieniło przez te osiem lat. Czarne, gęste włosy były teraz może odrobinę krótsze, bo ledwie sięgały do łopatek. Miałam też grzywkę, do której nie mogłam się przyzwyczaić i tylko czekałam, aż w końcu z powrotem urośnie. Dalej nosiłam delikatny makijaż, choć wprost zakochałam się w czerwonej szmince, którą teraz wymalowane miałam usta.

Ale to wszystko było niczym.

Najbardziej zmieniły się moje oczy.

Ostatnio usłyszałam od mamy, że mam oczy starej kobiety, zbyt dojrzałej jak na swój wiek. Nie chciałam się z nią zgodzić i powiedziałam, że opowiada bzdury, ale może rzeczywiście miała rację? Może stałam się starą kobietą w ciele dwudziestosiedmiolatki?

Jeśli faktycznie tak było, to jedynym winowajcą był mężczyzna siedzący teraz przy stoliku, do którego najchętniej bym już nie wracała.

Poprawiłam szminkę, głęboko westchnęłam i wyszłam z toalety. Tuż za drzwiami, oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, stał Kamil.

Przystanęłam przed nim i odważyłam się spojrzeć mu prosto w oczy. Ostatni raz widziałam go na lotnisku, gdy żegnaliśmy się przed bramkami. Wtedy trzymał mnie w swoich objęciach i obiecywał, że nawet nie zdążę nic zauważyć, bo niedługo do mnie wróci.

Rzeczywiście, nawet nie zauważyłam, jak te osiem lat zleciało. Normalnie minęło mi to jak jeden pieprzony dzień, ty cholerny sukinsynu!

Nim się zorientowałam, co robię, moja ręka zaczęła się unosić i po chwili go spoliczkowałam. Musiałam zrobić to dość mocno, bo wnętrze dłoni zaczęło szczypać.

Nieznacznie poruszył szczęką, a potem pokiwał głową.

– Zasłużyłem sobie na to – przyznał.

– Nie – zaprzeczyłam. – Zasłużyłeś sobie na o wiele więcej.

Nic już nie mówił, tylko patrzył na mnie, a ja doskonale wiedziałam, że nikt inny nie potrafił tak patrzeć. Nikt nie potrafił samym spojrzeniem sprawić, aby mrowiło mnie całe ciało, żeby przechodziły przez nie dreszcze. Aura tajemniczości, która unosiła się wokół niego, zawsze mnie pociągała. Jego wysportowane i umięśnione ciało, z którym miałam kiedyś bliską styczność, pozostało w tej samej, albo i jeszcze lepszej kondycji. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam go w takim eleganckim garniturze, bo nawet na swoją studniówkę przyszedł w dżinsach i marynarce, i musiałam szczerze przed sobą przyznać, że teraz wyglądał doskonale. Był jeszcze bardziej przystojny niż wtedy, nie miałam się co oszukiwać. Ale był też draniem, który mnie skrzywdził i nie dało się tego naprawić ładną buzią.

Nie dało się oszukać czasu.

– Wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytałam.

– Nie wiedziałem.

– Kłamiesz – wytknęłam, a on się krótko zaśmiał.

– Dlaczego tak trudno jest ci w to uwierzyć?

– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – wycedziłam. – I, jak powinieneś się domyślić, mam powód.

– Marti… – zaczął i podszedł bliżej, ale natychmiast się odsunęłam.

– Nie mów tak do mnie.

Przystanął, westchnął przeciągle i zaczął jeszcze raz.

– Dlaczego z nim jesteś?

Patrzyłam na niego osłupiała, aż w końcu parsknęłam śmiechem.

– Masz tupet. Naprawdę. Spośród wszystkich rzeczy, które mógłbyś mi powiedzieć po tych latach, wybrałeś właśnie to.

Odwróciłam się z zamiarem powrotu do stolika, ale złapał mnie za rękę i zatrzymał.

Spojrzałam na niego.

– Przepraszam – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.

Gdybym go nie znała, mogłabym uznać, że kłamał. Ale wiedziałam, że mówił szczerze. Tylko co mi teraz dawały jego przeprosiny?

– Puść mnie albo spoliczkuję cię kolejny raz.

Byłam tak nabuzowana, że naprawdę mogłabym to zrobić. Mogłabym także w tym momencie się rozpłakać albo – co najgorsze – pocałować go. W tej chwili nie ufałam za bardzo swoim emocjom, więc byłam właściwie zdolna do wszystkiego.

Kiedy rozluźnił uchwyt, wysunęłam rękę z jego dłoni i spojrzałam na niego ostatni raz. Widziałam, że chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Odwróciłam się i wróciłam do stolika.

– Wszystko dobrze? – zapytał z troską Robert, gdy usiadłam obok niego.

– Oczywiście. Wszystko w porządku – skłamałam i zabrałam się do dania, które już na mnie czekało.

Po chwili do stolika dołączył Kamil, a ja między jednym kęsem a drugim zastanawiałam się, czy powiedzieć o nim Robertowi, czy dalej udawać, że się nie znamy.

Jedyne, co teraz wiedziałam na pewno, to to, że łosoś był przyrządzony idealnie.

*

Spotkanie nareszcie dobiegało końca i nie marzyłam już o niczym innym jak tylko o tym, by znaleźć się daleko stąd. Towarzysz Kamila, Daniel, przekazał Robertowi jakieś foldery i powiedział, że dodatkowe informacje prześle mu mailem. Miałam nadzieję, że swoje biznesy załatwią najszybciej, jak się tylko da, i nie będę musiała już więcej się z nimi spotykać. A także więcej oglądać Kamila, który żegnając się ze mną właśnie przed restauracją, ujął moją dłoń i ją pocałował, doskonale wiedząc, że w tym momencie się mu nie wyrwę. Posłałam mu jedno z najgorszych spojrzeń, na jakie było mnie stać, i dostrzegłam, że kąciki jego ust uniosły się w ledwie zauważalnym uśmiechu.

Nienawidzę cię.

Może gdybym powtarzała sobie to zdanie co kilka minut, w końcu bym w nie uwierzyła.

Nareszcie znaleźliśmy się sami w samochodzie Roberta, choć ja ciągle nie doszłam do siebie.

– I jak oceniasz spotkanie? – zapytałam jak gdyby nigdy nic.

– Ten Wilczyński ma łeb na karku – przyznał. – Jego propozycja wydaje się całkiem korzystna.

Odpalił silnik i zaczął wyjeżdżać z parkingu.

– Wszystko dogadaliście?

Roześmiał się, spoglądając na mnie z pobłażaniem.

– To nie dzieje się tak szybko, Martuś. Jeszcze wiele negocjacji przed nami.

Jęknęłam w duchu na jego słowa. To oznaczało, że na jednym spotkaniu nie miało prawa się zakończyć.

– A ile mogą trwać takie negocjacje? – drążyłam, starając się nie wyglądać na zbyt zainteresowaną.

– Nie zajmuję się tylko tym jednym projektem, więc to może potrwać nawet kilka miesięcy, nim każda ze stron będzie usatysfakcjonowana.

Kilka miesięcy. To z pewnością nie była odpowiedź, która mnie zadowalała.

– Znałam Kamila już wcześniej – poinformowałam w końcu, bo uznałam, że Robert jednak powinien o tym wiedzieć.

Spojrzał na mnie zdezorientowany, a po chwili znów skierował wzrok na jezdnię.

– Co to znaczy, że go znałaś?

– Wychowywaliśmy się na jednym osiedlu – wyjaśniłam. – Znam go z dzieciństwa.

Była to szczera prawda, ale również jedynie namiastka całej naszej historii.

– Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś?

– Bo wydało mi się to trochę… nieprofesjonalne – odparłam głupio. – Te spotkania zawsze są takie sztywne, dlatego wolę się nie odzywać, żeby ten kij w dupie mi się nie udzielił.

Zerknęłam na Roberta, a on po chwili parsknął śmiechem.

– Gdybyś tylko znalazła się na posiedzeniu zarządu.

– Oby nie – mruknęłam.

Odwróciłam wzrok i zaczęłam spoglądać przez szybę na nocną Warszawę. Właśnie taka była dla mnie najpiękniejsza. Migocząca. Pełna blasku. I wciąż tak bardzo nieodkryta. Mieszkałam tutaj od urodzenia i byłam pewna, że to miasto kryło przede mną jeszcze sporo niespodzianek.

Przejechaliśmy szybko przez Sobieskiego i skręciliśmy w Aleję Wilanowską, nieubłaganie zbliżaliśmy się do domu Roberta.

– Marta?

– Tak?

– Mam się obawiać konkurencji?

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

– O co ci chodzi?

– O Kamila Wilczyńskiego. Nie każ mi być zazdrosnym.

Powiedział to tonem, którego wcześniej ani razu u niego nie słyszałam. Nie był to rozkaz, ale słowa również nie zostały wypowiedziane delikatnie. Robert nigdy nie był o mnie zazdrosny. Nigdy nie miał powodu.

– Ty nie masz żadnej konkurencji, kochanie – stwierdziłam.

Starałam się go o tym przekonać, kiedy pół godziny później w sypialni rozbierał mnie ze wszystkiego, co miałam na sobie, kiedy kładł mnie na swoim wielkim łóżku, kiedy kochał się ze mną.

Ze wszystkich sił próbowałam nie myśleć wtedy o Kamilu, którego przez cały czas miałam przed oczami.

ROZDZIAŁ TRZECI

Chodziłyśmy z mamą długimi alejkami wzdłuż rzędów giełdy kwiatowej w Broniszach pod Warszawą. Było wcześnie rano, ale tutaj handel powoli już się kończył.

– Tobie przydałyby się kaktusy – stwierdziła z rozbawieniem. – Może one by ci nie uschły.

– Bardzo zabawne – skwitowałam, choć się nie uśmiechnęłam. – Zawsze wszystkie kwiaty podlewam według wytycznych. To nie moja wina, że padają.

– Może gdybyś do nich mówiła, to by nie padały.

– Jeszcze tak bardzo nie zwariowałam, żeby rozmawiać z roślinami.

Moja mama czasami mnie irytowała i doprowadzała do wściekłości, ale wciąż była najlepszą kobietą, jaką znałam. Zostały jej ostatnie lata pracy w księgowości przed emeryturą, na którą już nie mogła się doczekać. Najbardziej ekscytowały ją przyszłe wyjazdy do sanatoriów i zapisanie się na uniwersytet trzeciego wieku, na co kręciłam głową z niedowierzaniem. Wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby nawet wystąpiła w czymś w stylu Sanatorium miłości, choć wtedy pewnie bym się jej wyrzekła. Była kolorowym ptakiem i nie potrafiłam pojąć, jakim cudem wytrzymała całe życie za biurkiem.

Kiedy umarł mój ojciec, a miałam wtedy czternaście lat, nie pozwoliła, żebym zobaczyła, jak bardzo ją to załamało. Nie była świadoma, że widziałam, jak chowała się w swojej sypialni i płakała w ukryciu. Chciała mnie chronić. Była najsilniejszą kobietą w moim życiu i podziwiałam ją za to.

– Może przyjdziecie z Robertem jutro na obiad? – zapytała.

Gdy pierwszy raz ich sobie przedstawiałam, byłam niewyobrażalnie zestresowana. Bałam się, że mama go nie zaakceptuje ze względu na sporą różnicę wieku między nami, ale ona kolejny raz mnie zaskoczyła i przyjęła nasz związek, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie. W tamtym okresie miałam nawet wrażenie, że bardziej cieszyła się z niego niż ja sama.

– Nie mamy innych planów, więc możemy wpaść.

– Jak on się czuje?

– Bardzo dobrze.

– Nic mu się tam nie… – zaczęła, ale jej przerwałam.

– Mamo, chodzi regularnie na badania i wszystko jest w porządku. Lekarze są pewni, że nie ma się już czym przejmować.

Chciałam ją uspokoić, bo taka była prawda. Przeszczep się przecież przyjął i teraz już nie pojawiały się żadne komplikacje. Nie musieliśmy się tym martwić.

Kiwnęła głową i przyjęła to do wiadomości.

– Te są ładne – oznajmiła po chwili, pokazując dłonią na doniczkową roślinę z wielkimi zielonymi liśćmi. – Co to za kwiat? – zwróciła się do sprzedawcy.

– Monstera dziurawa – odparł.

Spojrzałam na tę monsterę i rzeczywiście ładnie się prezentowała. Mogłabym ją postawić w salonie.

– Dobra – zgodziłam się. – Wezmę ją i proszę jeszcze polecić coś mało wymagającego na balkon.

Kilka minut później zapłaciłam i poszłyśmy do samochodu z kwiatami w rękach. Ułożyłam wszystko na tylnym siedzeniu, uważając, żeby żadna doniczka się nie przewróciła, i po chwili ruszyłam z parkingu.

Skierowałam się w stronę Woli, żeby odwieźć mamę do domu. Po drodze nie mogłam jednak już dłużej wytrzymać.

– Kamil wrócił – wyrzuciłam z siebie.

– Wiem o tym – przyznała spokojnie.

Spojrzałam na nią zszokowana.

– Słucham?! Jak to wiesz o tym?

– Odwiedził mnie wczoraj, napiliśmy się kawy i pogadaliśmy.

Powiedziała to takim tonem, jakby mówiła o spotkaniu ze swoją najlepszą przyjaciółką.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– I niby kiedy zamierzałaś mnie o tym poinfor­mować?

– Czekałam, aż zrobisz to pierwsza.

Zatrzymałam się gwałtownie na czerwonym świetle i zaczęłam stukać paznokciami o kierownicę.

– O czym rozmawialiście?

– Głównie o tobie.

– O, świetnie, mamo! – wypaliłam. – Czyli wie już o wszystkim, co się u mnie działo przez ostatnie lata, prawda?

Spojrzałam na nią wyzywająco, czekając, aż mi cokolwiek odpowie, ale ona jedynie wzruszyła ramionami.

Nie mogłam pojąć, że wpuściła go do swojego mieszkania i – jak gdyby nigdy nic – zwyczajnie sobie o mnie rozmawiali. W głowie mi się to wszystko nie mieściło.

– Jedź, masz zielone, córeczko.

Inni kierowcy już zaczęli na mnie trąbić, więc szybko ruszyłam.

– Powinnaś z nim na spokojnie porozmawiać – dodała po chwili.

– Nie jestem mu nic winna.

– Jemu też nie było łatwo – zauważyła. – Pomyśl o tym, co musiał tam przeżyć i…

– Po czyjej ty jesteś stronie, mamo?

Zachowywała się tak, jakby to wszystko, co się wydarzyło, było moją winą. A moim jedynym błędem było tylko to, że wierzyłam Kamilowi jak jakaś naiwna idiotka.

– Zawsze po twojej – przyznała i westchnęła głęboko. – Ale traktowałam go kiedyś jak syna i uważam, że powinniście wszystko sobie wyjaśnić.

Gdyby to wszystko było teraz takie proste jak wtedy, gdy traktowała go jak syna.

– Wiesz, że on wchodzi w jakieś interesy z Robertem? – zapytałam.

– Coś tam wspominał.

– Mówiłaś mu o chorobie?

Nie musiała odpowiadać, bo tylko zerknęłam na nią i już wiedziałam, że wyśpiewała wszystko, co tylko Kamil chciał wiedzieć. On poznał wszystkie najważniejsze fakty z życia, które prowadziłam po jego odejściu, a co ja dostałam w zamian? Oczywiście nic.

Przez resztę drogi nie odezwałam się już słowem.

Podjechałam na osiedle, na którym spędziłam najlepsze lata swojego życia. To tutaj poznałam Kamila – i od tamtej pory wszystko miało już zupełnie inne barwy. To właśnie tutaj poczułam, co to znaczyło być naprawdę szczęśliwą.

– Mieszka tutaj? – zapytałam.

Spojrzałam w górę, w stronę jego mieszkania z dzieciństwa. Wychowywała go ciotka, bo rodzice Kamila zginęli w wypadku. Był wtedy zaledwie dwuletnim chłopcem. Nawet ich nie pamiętał. Gdy ciocia zmarła trzy lata temu, ten drań nawet nie przyjechał na jej pogrzeb.

– Nie, mieszkanie cały czas stoi puste, a on wynajął coś w centrum – odpowiedziała mama. – Wejdziesz na górę?

Pokręciłam głową.

– Nie, muszę się zbierać. Ale wpadniemy do ciebie jutro na obiad z Robertem.

Kiedy wyszła z samochodu, spojrzałam jeszcze raz w górę i mogłabym dać słowo, że firanka w oknie mieszkania ciotki Kamila się poruszyła.

*

Godzinę zajęło mi układanie w środku i na balkonie nowych kwiatów, aż w końcu finalny efekt mnie zadowolił. Zrobiłam zdjęcie z pewnej odległości, tak aby w kadrze złapać jeszcze stylowe meble, i po chwili fotka wylądowała na Instagramie. Obserwatorzy lubili, gdy oprócz jedzenia dodawałam czasami też coś innego, jakieś skrawki ze swojego prywatnego życia, na przykład czytaną przeze mnie książkę czy zdjęcie ze spaceru po Bulwarach Wiślanych, a ja nie miałam nic przeciwko, żeby się tym dzielić.

Wysłałam wiadomość do Roberta, że na jutro jesteśmy zaproszeni do mamy na obiad, zrobiłam sobie kawę z ekspresu i po chwili położyłam się na kanapie, włączając w telewizji powtórkę najnowszego odcinka Kuchennych rewolucji.

Gdy Magda Gessler rzucała talerzami, zadzwonił mój telefon.

– Cześć, kochanie – przywitałam się.

– No, cześć. Dopiero przeczytałem twoją wiadomość, ale jutro nie dam rady. Właśnie zbieram się do Krakowa, bo mam tam pewne sprawy do załatwienia.

– Nic mi nie mówiłeś o wyjeździe – zdziwiłam się.

– To wyszło dosłownie w ostatniej chwili – powiedział Robert. – Jadę tam na dwa dni. Może chcesz wybrać się ze mną?

– Ten wyjazd to będą ciągłe spotkania i dyskutowanie o rzeczach, o których nie mam bladego pojęcia? – spytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.

– Właśnie tak.

– Więc przykro mi, ale spasuję – odpowiedziałam od razu, a on się zaśmiał.

– Tak myślałem, ale chciałem być dżentelmenem i zapytać.

Teraz to ja się roześmiałam.

– Ty zawsze jesteś dżentelmenem.

– Nie zawsze, ale cieszę się, że tak myślisz. Najwidoczniej robię bardzo dobre wrażenie.

– Czyli wychodzi na to, że mam cały weekend wolny od ciebie? – spytałam, już planując dzisiejszy wieczór.

– Tylko nie zachłyśnij się tą wolnością.

Spis treści

OKŁADKA

STRONA TYTUŁOWA

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI