Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Siedmioro przyjaciół, jedna stadnina. I czas, który może zmienić wszystko.
Każdy inny, każdy z własnymi problemami - znajdują miejsce, które jest dla nich schronieniem. "Pod Siodłem" to stadnina, w której odkrywają siebie.
Ale czy uda im się ocalić to miejsce? Czy będą mieli w sobie wystarczająco determinacji?
To historia o przyjaźni, pierwszych miłościach i dorastaniu - pena emocji opowieść o tym, jak odkryć w sobie siłę.
Bo czasami, żeby walczyć o to, co kochamy, najpierw trzeba zawalczyć o siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 521
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TEN CZAS
Pod Siodłem
Wydawnictwo „Wilki Trzy i Kot”
Tytuł: Ten czas – Pod Siodłem
Autorka tekstu: Ewa Jach
Redakcja i korekta: Agnieszka Witek, Tomasz Wilk
Skład i łamanie: Tomasz Wilk
Projekt okładki: Ewa Jach
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
© Ewa Jach, 2025
© Wydawnictwo „Wilki Trzy i Kot”, 2025
Email: [email protected]
www.wilkitrzyikot.pl
Wydanie I, Lubliniec 2025
ISBN 9788397475717
Dla Ciebie, bo to Twój czas!
Podziękowania
Dziękuję Karolinie Adamskiej – bez niej nie wzięłabym udziału w najlepszym kursie pisania książek (nie tylko dla dzieci) Jakuba Skworza. Dziękuję Kubie za świetny kurs i za to, że dzięki niemu poznałam Natalię Lublińską, Elę HossaLenglain i Julię Burzyńską. Dziewczyny – bez Was ta książka nie byłaby taka sama!
Dziękuję również Izie Piorun za poświęcenie czasu mojej historii i za odpowiedzi na każde moje pytanie dotyczące wydawania książek.
Paweł – dzięki! Wspierasz mnie jak nikt inny!
I ostatnie, ale nie mniej ważne: dziękuję Tomaszowi Wilkowi – za bycie najlepszym wydawcą, jakiego mogłam sobie wymarzyć, oraz wydawnictwu Wilki Trzy i Kot – za uwierzenie w tę historię.
Ewa
1.
Michał Adach potrzebował kawy bardziej niż czegokolwiek innego. Ledwo zamknął oczy, a budzik już wyrwał go ze snu. Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły. Wakacje dobiegły końca, a poranne pobudki znów miały stać się normą. Nie był na to gotowy. Zwłaszcza że całą noc grał w Load the Gun.
To przez tę grę był niewyspany i prawie zasnął na apelu z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Ale nie żałował. Nabił nowego skilla. W końcu! Walczył o to od dobrego tygodnia i poprzedniego wieczoru, a w zasadzie nocy, trafił na najlepszy team z możliwych. Nie było szans, żeby nie wskoczył na wyższy level.
– Michał, twoja kawa – powiedziała Kaśka, podchodząc do niego z papierowym kubkiem.
Katarzyna Rostek, w porównaniu do niego, wyglądała promiennie. Jasne włosy, zazwyczaj proste, dzisiaj lekko pofalowała, zatrzymując jeszcze na chwilę wakacyjny vibe. Pierścionek ze srebrnym słońcem, który błyszczał na jej palcu, tylko to potwierdzał.
W życiu można mieć różnych znajomych, ale tych, którzy kupują ci kawę po zarwanej nocy, gdy osiągnąłeś upragniony poziom w grze, trzeba cenić szczególnie. Michał wyciągnął rękę po kubek, ale spudłował. Potrącił go i cały napój wylał się na białą koszulę dziewczyny. Nie tak miało wyglądać to „docenienie”.
– Gorące! – krzyknęła, odskakując.
Pomimo jej słów Michała dosłownie zmroziło. Co teraz? Jego mózg działał w zwolnionym tempie. W końcu jeszcze nie zdążył napić się kawy. Koszulę Kaśki zdobiła ogromna, brązowa plama, która zaczęła skapywać na granatową spódnicę. Nie wyglądało to dobrze.
– Ej, nie wygląda tak źle – rzucił, choć oboje wiedzieli, że kłamie.
Nie miał przy sobie chusteczek. Teraz to już nawet nie miał kawy.
– Serio? – Nie uwierzyła mu.
– Na szczęście jest gorąco. Zaraz wyschnie – uśmiechnął się szeroko. – Zresztą i tak miałaś się zaraz rozebrać, prawda?
Był nawet trochę z siebie dumny – wywnioskował to z wystającego spod jej ubrania czarnego stroju kąpielowego, zawiązanego na szyi. Było ciepło, a oni byli nad rzeką. Z pewnością miała zamiar ściągnąć koszulę. Kto w taki dzień nie marzy o schłodzeniu się w wodzie? On marzył i wyglądało na to, że reszta szkoły również, bo na plaży po zakończonym apelu zebrali się chyba wszyscy uczniowie, więc dlaczego Kaśka miałaby być wyjątkiem?
– Dachówa! – warknęła, zaciskając dłonie w pięści.
Oderwała koszulę od ciała i lekko ją uniosła. Skóra pod spodem zrobiła się czerwona, ale nie było widać pęcherzy. Nie była poparzona. Miała ochotę wylać swoją kawę na Michała. Powinna to zrobić. Lubiła to ubranie. Kupiła je w zeszłym roku i używała tylko na szkolne święta, dlatego do dziś wyglądało jak nowe. Miała nadzieję, że po praniu nie będzie śladu po kawie. To nie było takie proste znaleźć koszulę z krótkim rękawem, która będzie wyglądała dobrze na kimś, kto w ogóle nie ma biustu. Zaczęła rozpinać guziki. Na całe szczęście, pod spodem miała strój kąpielowy. Ten rok był wyjątkowo gorący.
W ich stronę szła Marta Janczara. Jej długie włosy już lekko przeschły po kąpieli w rzece, a na różowy strój, który uwydatniał jej i tak już obfity biust, narzuciła zwiewną, półprzeźroczystą sukienkę, która odgrywała rolę lekkiej narzuty na plaży i jednocześnie pozwoliła jej wejść do sklepu spożywczego.
– Mam lody – oznajmiła, podnosząc reklamówkę. – Nie wyglądasz najlepiej – zwróciła się do przyjaciółki, kiedy zauważyła brudne ubranie.
Michał stwierdził, że uwielbia Martę. Zwykle. Ale akurat dzisiaj mogła pobyć w sklepie trochę dłużej i zostać tam ze swoją szczerością. Przecież udało mu się udobruchać Kaśkę. Bo udało mu się, prawda?
– Serio? – Kaśka spytała głosem ociekającym ironią i ściągnęła koszulę.
– Nie denerwuj się – próbował ją zmiękczyć Michał. – Bez niej wyglądasz jeszcze piękniej.
Dziewczyna rzuciła mu tylko krótkie spojrzenie. Bez komentarza. Rozłożyła koszulę na pobliskiej ławce, żeby szybciej wyschła.
– Daj mi tego loda. Potrzebuje go – zwróciła się do Marty.
Nie czekała na reakcję przyjaciółki. Sama wzięła z jej rąk reklamówkę i wyjęła rożka. Śmietankowy z polewą czekoladową. Był już trochę rozpuszczony, ale w ogóle jej to nie przeszkadzało. Szybko zjadła całego. Należało jej się. To nie tak, że nie dbała o figurę. Dbała o nią aż nadto. Taki rożek miał z trzysta kalorii, nie musiała nawet tego sprawdzać. Ale czasami i ona potrzebowała takiej przyjemności od życia. Szczególnie w dniu, kiedy ulubiona koszula została zalana kawą, a wakacje właśnie się skończyły. Wieczorem pójdzie na półgodzinną przebieżkę, do tego zrobi kilka brzuszków w domu i powinno być w porządku.
– Jestem pod wrażeniem – powiedziała Marta, kiedy Kaśka skończyła słodycz. Ona dopiero zaczęła rozpakowywać swojego loda. – To jakieś wyścigi?
Michał też sięgnął po rożka. Jak nie kawa, to może chociaż trochę cukru doda mu energii. Nie zdążył jednak wyciągnąć słodyczy z opakowania, kiedy roztopiony lód skapnął mu na dżinsy i białe adidasy. Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
– Karma, przyjacielu – rzuciła Kaśka.
Dachówa machnął ręką na znak bezsilności. Ani kawa, ani lód. Co jeszcze dziś pójdzie nie tak? Zdjął z siebie ubranie i buty, zostając w pomarańczowych szortach do kąpieli. Miał nadzieję, że chociaż chłodna woda w rzece go orzeźwi.
– Byłam wczoraj w stajni u pani Janiny – zaczęła Marta. – Ten sezon był najgorszy. Wyprzedaje konie i zamyka szkółkę. Mówi, że nie ma pieniędzy na remont, a wszystko się sypie.
Rzuciła to mimochodem, ale dla niej to nie była błahostka. To tam znalazła swoją oazę. To było jej miejsce ucieczki od świata. Nie mogła uwierzyć, że zniknie z jej życia.
– W takim razie może my zrobimy ten remont? – zażartował Michał, nieświadomy konsekwencji swoich słów.
– Świetny pomysł – podskoczyła podekscytowana dziewczyna. – Jest nas siódemka – powiedziała, mając na myśli całą ich paczkę. – Jak rozłożymy to w czasie, to powinno pójść całkiem sprawnie. I, Michał! – krzyknęła, nagle zdając sobie sprawę z jednej rzeczy. – Zaliczą ci to jako praktyki – powiedziała, nawiązując do technikum budowlanego, do którego uczęszczał chłopak.
– Mam już zaliczone praktyki – wymamrotał.
– Nie jestem pewna… – Kaśka chciała powiedzieć o swoich obawach, ale przyjaciółka jej przerwała.
– Jesteście super! Nie mogę się doczekać, aż powiemy o tym reszcie. Piszecie się na to? – spytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Pogadam z panią Janiną. Jesteście cudowni – uśmiechnęła się szeroko.
Po chwili opowiadała reszcie przyjaciół o pomyśle renowacji, nie dając nikomu szansy na rezygnację. Pomysł był spontaniczny i trzeba było go naprawdę dobrze przemyśleć, ale wierzyła w nich. W jej głowie to wydawało się takie proste, a należała do osób, które twardo stąpają po ziemi. Jak każdy zrobi coś małego, to wspólnie mogą zrobić coś naprawdę dużego. Teraz, gdy zasadzono w niej ziarenko nadziei na odratowanie stadniny, zrobi wszystko, żeby przekonać przyjaciół do tego projektu. Kochała to miejsce i nie mogła pozwolić, żeby zniknęło z jej życia.
2.
– Aśka! Mydlana! – krzyczała Dorota, biegnąc do przyjaciółki. – Wrzeszczę za tobą od mojej klatki – wyrzuciła z siebie, gdy ją dopadła.
Brązowe włosy, którym udało się uciec z krótkiej kitki, zaczesała za uszy. Były już pod minimarketem. Mama Doroty, Karolina Gajdek, postanowiła na kolację zrobić pizzę. Kupienie potrzebnych składników spadło na barki starszej córki, ale ta nie zamierzała marudzić. Uwielbiała pizzę swojej mamy.
– O, Dorota… – powiedziała zamyślona dziewczyna. – Nie słyszałam cię.
Aśka Bańko była ubrana w zwykłą, białą koszulkę i przylegające, seledynowe spodenki. Zielone końcówki jej włosów tańczyły wokół twarzy, a na nadgarstkach dzwoniło tuzin bransoletek. Jedne metalowe, inne zaplecione z samego rzemienia, a jeszcze inne z koralikami – wszystkie kolorowe.
Weszły razem do sklepu. Dorota sięgnęła po mały koszyk na zakupy, a Mydlana poszła za nią.
– Co ci siedzi w tej głowie? – podpytała, nawiązując do zamyślenia sprzed chwili.
– Nic – skłamała. – Już zaczęłam szkicować wstępny projekt muralu – powiedziała, a widząc zdziwioną minę koleżanki, wytłumaczyła: – Wiesz, do stadniny.
Dwa dni wcześniej Marta przedstawiła im zwariowany pomysł remontu „Pod Siodłem”. Co tu było dużo mówić? Obie były na tak, szczególnie że w trakcie rozmowy Dorota zaproponowała namalowanie muralu, a Aśka od razu zapaliła się do tego pomysłu.
– Nie śpiesz się z tym. Marta jeszcze nawet nie poszła do pani Janiny.
Aśka Bańko miała duszę artystki. Odnajdowała w tym radość i spokój, a mural w stadninie był dla niej wielką szansą.
Jeszcze nigdy nie pracowała nad tak dużym projektem, dlatego też od razu podekscytowała się tym pomysłem. Nawet wspomniała o tym tacie, ale on nie podzielał jej entuzjazmu. Wątpił w powodzenie remontu, tym bardziej że Aśka nawet nie wiedziała, co dokładnie mieliby tam robić. Ale nie dała się zniechęcić. Ostatnie dni spędziła nad kartką, szkicując kwiaty, dzieci i konie. Zastanawiała się, co by było najlepszym rozwiązaniem. Bardzo chciała to zrobić.
Dotychczas zajmowała się tylko przerysowywaniem bajkowych postaci w dziecięcych pokojach. Mural na elewacji byłby z pewnością wielkim krokiem naprzód w jej artystycznej karierze. Szukanie pomysłu na ścianę okazało się dobrym rozwiązaniem z jeszcze jednego powodu. Pozwoliło jej choć na chwilę odepchnąć niechciane myśli na dalszy plan. Ale nie mogła ich odpychać w nieskończoność.
– Dorota, podoba mi się dziewczyna – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Stała przed półką z dżemami i wpatrywała się w nią niewidzącym wzrokiem. Zrobiła to! Powiedziała to na głos. Nie było odwrotu.
– Dziewczyna? – Dorota była zszokowana.
– Ciszej! – syknęła.
Wciąż były w sklepie. Nie chciała, żeby ktoś podsłuchał ich rozmowę. Sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Zaskoczyło ją, że uczucia do nowej koleżanki z klasy są takie same jak te, które odczuwała zwykle do chłopców, w których się podkochiwała. Próbowała sobie sama poradzić z sytuacją, ale nie wychodziło jej to do tego stopnia, że spędzała godziny, szkicując nowe pomysły muralu, żeby tylko nie myśleć o nowym odkryciu. Chciała zapomnieć, przeczekać, ale utrudniała to Anna, którą codziennie spotykała. Co więcej, siedziała z nią na niektórych lekcjach w ławce, co niczego nie ułatwiało. Potrzebowała porozmawiać. Poradzić się. Kogoś, kto nie będzie oceniał.
– Nie wiedziałam, że podobają ci się dziewczyny – odparła Dorota po dłuższej chwili. Była lekko oszołomiona. Nie spodziewała się takiej informacji w czwartkowy wieczór. Aśkę znała od lat i nigdy nie zauważyła, żeby wzdychała do jakiejś dziewczyny. Przecież jeszcze na początku wakacji mówiła o tym, że podoba jej się pewien chłopak, którego poznały nad rzeką. Co prawda nic z tego nie wyszło, bo jemu spodobała się Kaśka, ale jednak to zawsze chłopak.
– Ja też nie wiedziałam – wzruszyła ramionami. – Wezmę truskawkowy – wskazała na dżem, próbując zmienić temat. Niepotrzebnie cokolwiek powiedziała. Ale się wygłupiła! Powinna poczekać, aż samo przejdzie, skupić się na szkole, na nauce, a nie gadać głupoty!
– No to która to? Opowiadaj! – powiedziała nagle Dorota, bo prawda była taka, że kompletnie nie miało znaczenia, kto podoba się Mydlanej. Kochała ją za bycie Aśką, a ta informacja nie miała żadnego wpływu na tę miłość.
Panna Bańko przez chwilę stała skonfundowana. Musiała przetworzyć słowa przyjaciółki. Nie była pewna, czy dobrze usłyszała, ale tak – Dorota przyjęła to bez wahania. Więc dobrze zrobiła. Wiedziała, że jeżeli ma z kimś pogadać o swoich uczuciach, to tylko z Dorotą. Przytuliła przyjaciółkę. Mocno. A łzy pociekły jej po policzkach. Poczuła ulgę. Wielką ulgę.
– Hej, hej, co to za płacz? – spytała Dorota.
– Nawet nie wiesz, jak mi było ciężko to powiedzieć – zaszlochała, mocząc rękaw dziewczyny.
– Aśka, dzieciaku. Już powiedziałaś. Wszystko jest w porządku.
To było to, czego potrzebowała. Dorota była od niej starsza o trzy lata, ale różnica wieku nigdy nie była dla nich problemem. To ona była przyjaciółką, której zawsze się zwierzała i u niej szukała rozwiązań swoich problemów. Jeżeli miała z kimś porozmawiać o tym, że pewna dziewczyna zawróciła jej w głowie, to tylko z Dorotą.
– Sama nie wiem, co się ze mną dzieje – przyznała. – Jest taka dziewczyna. Anna.
– Masz ochotę na pizzę? – spytała nagle Dorota, a widząc zdezorientowanie na twarzy dziewczyny, dodała: – Moja mama robi. Pogadamy na spokojnie u mnie w domu, a nie w sklepie – skinęła głową w stronę obcego blondyna, dając tym samym znać, że jej pokój będzie lepszym miejscem do rozmów sercowych niż sklep z nieznajomymi.
Wieczór spędziły u Doroty. Rozmawiały i śmiały się. Ten czas utwierdził Aśkę w przekonaniu, że cokolwiek się stanie to przyjaciółka będzie tutaj dla niej, bez oceniania.
3.
Pani Janina postawiła szklankę z parującą herbatą przed Martą i usiadła do stołu naprzeciwko dziewczyny. Dzisiaj kobieta miała włosy zebrane w małego koczka zaraz nad karkiem i granatową marynarkę jeździecką. Albo już dzisiaj jeździła na koniach, albo dopiero zamierzała to zrobić. Nie przeszkodziło jej to jednak w upieczeniu pysznie wyglądającego ciasta drożdżowego z kruszonką i lukrem, które stało na paterze przed dziewczyną, ale teraz Marta czuła, że jej żołądek się ściska i nie da rady nic zjeść. Zastanawiała się, jak zacząć rozmowę o remoncie stajni. Stresowało ją to bardziej, niż mogłaby się spodziewać. Miała obawy przed tym, że kobieta się nie zgodzi, a ona już zaczęła wierzyć w powodzenie tego remontu i w odratowanie „Pod Siodłem”. Z której strony powinna ugryźć ten temat? Przecież nie mogła rzucić informacją, że razem z przyjaciółmi zajmie się wszelkimi naprawami. Musiała najpierw dobrze wybadać teren i nie miała pojęcia, jak do tego podejść.
Ze ściany spoglądało na nią mnóstwo par końskich oczu. Nie pomagały. Było ich tam kilkanaście. Niektóre wydrukowane, a niektóre namalowane. Obrazy wisiały, zajmując całą ścianę na pomarańczowozielonej tapecie w kwiaty. Nad obrazami wisiała półka. Była cała zapełniona pucharami i medalami. Wszystkie należały do pani Janiny. Zdobyła je podczas wyścigów konnych jeszcze przed czasami swojej stadniny. Stały tam tylko złote, te zdobyte za pierwsze miejsca. Reszta schowana była w pawlaczu w przedpokoju. Kilka lat temu Marcie, udało się namówić panią Janinę na pokazanie wszystkich nagród. Było ich od groma. Kobieta kochała konie i kochała wyścigi. Musiała z nich jednak zrezygnować po wypadku samochodowym. Uszkodziła nogę w kolanie w takim stopniu, że intensywniejsze treningi sprawiały jej niemiłosierny ból i mogły doprowadzić do pogorszenia się schorzenia. Za namową lekarza oraz swojego męża, Kazika, zrezygnowała z wyścigów na rzecz własnej stadniny. Postanowiła, że to dobry czas, żeby uczyć i pokazywać innym, jak cudowne są konie. Pokochała swoją nową pracę, ale w pewnym momencie jej uczniowie zaczęli dorastać. Mieli więcej obowiązków w domu, w szkole, zaczęli wyjeżdżać na studia, do pracy i w stadninie pojawiało się coraz mniej nowych kursantów. Okazało się, że teraz całe swoje pieniądze wkłada w stadninę, a tych pieniędzy zaczynało brakować. Kochała konie, ale to był czas, żeby się wycofać.
Marta podniosła do ust kubek.
– Uważaj, gorące! – ostrzegła ją kobieta.
Odłożyła go z powrotem na stół. Zamyślona niemal poparzyła sobie język. Nie może dłużej przeciągać rozpoczęcia tematu zamknięcia „Pod Siodłem”, bo okaże się, że wyjdzie od kobiety i nawet nie poruszy tego wątku.
– To już ostateczne? To zamknięcie stadniny? – zagadnęła panią Janinę.
Nie należała do najbardziej elokwentnych osób. Powinna tutaj przyjść z Dorotą albo Aśką, a nie sama. Tamte miały gadane. Już dawno by przekonały kobietę.
– Niestety tak. Znalazłam już kupców na Kasztana i Bydlaka – przyznała, wspominając swoje konie.
– A może by tak się wstrzymać? – powiedziała nieśmiało Marta. Nie przygotowała się do tego, nawet nie wiedziała, jak to zrobić. Idąc w odwiedziny, układała sobie różne scenariusze rozmowy, ale nagle wszystkie wymyślone argumenty, które miała powiedzieć, uleciały jej z głowy. Chyba jeszcze nigdy się tak nie stresowała, a brała udział w niejednej olimpiadzie szkolnej.
– Oj, Martusia, myślałam o tym całe lato. Dałam sobie ostatnią szansę. Mnie też jest, drogie dziecko, szkoda tego wszystkiego. Ciężko na to pracowałam, ale pieniądze się kończą. Klientów więcej nie ma, a bądźmy szczere – bez klientów nie ma pieniędzy. Ledwo starczyło mi na weterynarza w tym miesiącu, a muszę jeszcze opłacić trenerów. Bramki do boksów już się psują. Całe drzwi do stajni są do wymiany, bo spróchniały i boję się, że nie wytrzymają jesiennych wiatrów. Mogłabym jeszcze tak wymieniać i wymieniać. To nie są trudne rzeczy do naprawy, ale jest ich sporo. Ja nie dam rady, a nie mam za co wynająć kogoś do napraw. W te wakacje zapisało się czterdzieści procent mniej dzieci niż w poprzednim roku, a już rok wcześniej było ich mało. Kocham moje konie, ale czasami miłość to za mało.
Kobieta posmutniała. Marcie zrobiło się głupio. Wiedziała, że powinna przejść do sedna jak najszybciej, a nie przeciągać tę bolesną chwilę. Wiedziała, jak bardzo pani Janina kocha konie. Ją również nauczyła tej miłości i powinna móc wciąż jej uczyć.
– A gdybym miała rozwiązanie?
– Jeżeli nie dasz mi wygranego kuponu w lotka, to nie wiem, jakie inne rozwiązanie mogłoby się znaleźć.
– Ja to zrobię. To znaczy ja i moi przyjaciele.
Pani Janina zaśmiała się.
– Martuś, głupot nie gadaj. Bierz ciasto. Dzisiaj rano robiłam. Jest świeżutkie.
To nie były żarty. Marta poważnie podeszła do tematu. Co prawda jeszcze nie wszystko dokładnie przemyślała, bo o remontach nie za wiele wiedziała, a szczególnie remontach stajni, ale kochała te konie, kochała to miejsce i kochała tę kobietę. Kiedy jest się w pojedynkę, to może i miłość to za mało, ale jeżeli razem z tobą jest kilkoro ludzi, którzy też będą potrafili włożyć w coś serce, to miłość jest wystarczająca. A wierzyła w siebie i swoich przyjaciół.
– To nie głupoty. Wszystko przemyślane, pani Janinko. Rozmawialiśmy o tym. Mój kolega jest w technikum budowlanym, zna się na tym. Zresztą teraz to w Internecie jest wszystko. – A kiedy Marta zauważyła, że pani Janina kręci głową i chce coś powiedzieć, z pewnością zaprzeczyć, szybko dodała: – A co pani traci? Robimy to za darmo. Jak nie damy rady, to nie damy – powiedziała filozoficznie. – A tak, pani Janino, da pani zajęcie młodym ludziom, które ich czegoś nauczy. Jak nie wyjdzie mi na weterynarii, to w wykończeniówce będę mogła pracować. – Kobieta się roześmiała, a Marta kontynuowała: – Niczym pani nie ryzykuje. Proszę się zgodzić. Nie mogę pozwolić, żeby tego miejsca zabrakło – w jej oczach pojawiły się łzy.
Nie była gotowa na odmowę. Rozbeczy się jak nic, jeżeli kobieta nie wyrazi zgody. Już nastawiła się, że tchną w to miejsce nowe życie. Marta wiedziała, że pani Janina też nie chciałaby pozwolić na zamknięcie „Pod Siodłem”. Kobieta milczała chwilę. Marta z nerwów siorbnęła trochę herbaty. Wciąż była gorąca, ale nie aż tak, żeby się poparzyć. Nie wiedziała, co mogłaby jeszcze dopowiedzieć.
– Dobrze – powiedziała w końcu pani Janina.
– Naprawdę? – Marta nie mogła uwierzyć. – To znaczy, super. Nie zawiedziemy pani.
Miała ochotę skakać. Czuła, jakby unosiła się nad ziemią ze szczęścia. Jej serce wypełniło ciepło i to wcale nie była zasługa gorącej herbaty.
– Nic się nie stanie jak jeszcze przeczekam do następnego sezonu. Jak wam się nie uda, to przed sezonem będzie mi łatwiej wszystko sprzedać.
– Uda nam się! Zobaczy pani! Uda nam się! – Marta naprawdę wierzyła w to, co mówiła.
4.
Michał siedział właśnie na historii i bazgrał niezidentyfikowane stworki na ostatniej stronie zeszytu. Nudziło mu się, potwornie nudziło. Nie potrafił skupić się na tym, co mówiła nauczycielka. Było mu wszystko jedno, czy omawiają właśnie pierwszą, czy drugą wojnę światową. Mogła nawet mówić o rycerzach w zbrojach, jeżdżących po polu bitwy. Nudziła go. Ziewnął i oparł głowę o ścianę. Z chęcią by się przespał. Wczoraj wieczorem znowu za długo grał. Skończył po pierwszej w nocy, a o siódmej już musiał wstawać.
Michał Adach miał prosty cel w życiu. Chciał jak najszybciej skończyć szkołę. Tego jednego był pewien. Uważał, że marnuje się tutaj. Co prawda nie miał większych planów na siebie, ale ostatecznie mógłby siedzieć w domu i grać w LTG. W tym był naprawdę dobry.
– Masz może długopis? – Dziewczyna siedząca przed nim odwróciła się. – Mój się wypisał.
Miała na imię Malwina i Michał uważał, że wyglądała dokładnie tak, jak wyglądają anioły. Jej długie, proste, blond włosy sięgały niemal do pasa. Zawsze nosiła je rozpuszczone. Wydawały się miękkie i Michał nie raz miał ochotę ich dotknąć, ale oczywiście nigdy tego nie zrobił. Jej cera była nieskazitelna i delikatna. Patrzyła na niego błękitnymi oczami, które na myśl przywoływały mu bezchmurne niebo w gorący dzień lata. Była jak nimfa, która kusi piratów. A uznanie jej za piękną, to było za mało.
– Jasne – skłamał i oddał jej długopis, którym właśnie bazgrał. Jedyny, jaki miał.
5.
Kaśka szła z Dorotą i Aśką do „Pod Siodłem”. Nie mówiła tego na głos, ale nie wierzyła, że ta renowacja się uda. Co ciekawego może być w remontowaniu? Chyba tylko tyle, że później szuka się skutecznych środków do prania, żeby doprać ubrania, a i to szczególnie jej nie interesowało.
Dorota natomiast była tym zafascynowana. Jeszcze nie wiedziała, co będą mieli robić, a już obejrzała kilkanaście filmików instruktażowych w Internecie. Aśka zresztą też załapała bakcyla. Opowiadała o swoich pomysłach na mural, choć nie wiedziała nawet, czy będzie go malować. Kaśka milczała. Wolałaby teraz siedzieć w domu i oglądać któryś z seriali na Netflixie albo siedzieć na ławce przed blokiem i wgapiać się w trawę. Cokolwiek, byle nie zajmować się stajnią.
Doszły. Kaśka była tutaj pierwszy raz. Nigdy szczególnie nie interesowała się jazdą konną, a same zwierzęta wywoływały w niej pewne uczucie lęku. Od razu wyczuła specyficzny zapach końskich odchodów. To zniechęciło ją jeszcze bardziej.
Wielki budynek z cegły, przy samym wjeździe, nie wyglądał źle. Zwykły obiekt z wieloma odcieniami czerwieni na każdej cegle. Dachu nie widziała z tej strony, ale chyba nikt nie będzie oczekiwał od nich, że wejdą na niego i będą łatać jakiekolwiek dziury. Tego na pewno nie zrobi. Po drugiej stronie wjazdu stał parterowy budynek. Też wyglądał całkiem normalnie. Nie powiedziałaby, że trzeba coś naprawiać. Jasne, może odmalować elewację, ale poza tym przypominał standardowy kilkunastoletni obiekt. Kaśka się nie znała, ale nie wydawało jej się, żeby cokolwiek miało się tutaj zawalić.
– Ale ten teren jest ogromny! – zdumiała się Aśka. – Patrzcie, tam są konie! – wskazała na wybieg i podbiegła w tamtym kierunku.
Na zewnątrz, za dość zniszczonym płotem, stało kilka koni. Niektóre deski były połamane i trzeba było uważać na drzazgi. Zwierzętom to jednak nie przeszkadzało. Jedne skubały trawę, inne machały ogonami, a jeden, dumny, przechadzał się po padoku. Kaśka musiała przyznać, że z daleka wyglądały pięknie, ale nie chciała dowiadywać się, jak wyglądają z bliska. Lubiła zwierzęta, ale te małe. Takie, które można wziąć na ręce.
– Wszystko tu stoi i wygląda dobrze. Co niby mielibyśmy tu robić? – zagadnęła Dorotę, wciąż szukając sposobu na zniechęcenie dziewczyny. Chciała już stąd wracać.
Dorota Gajdek była przyjaciółką Kaśki, odkąd ta pamiętała. Razem bawiły się w piaskownicy, razem poszły do szkoły. Razem spędzały mnóstwo czasu i Kaśka obawiała się jednego. Dorota tak łatwo nie odpuści.
– O, przyszli Robert i Kamil – zignorowała jej słowa i podeszła do przyjaciół się przywitać.
Robert Falecki jak zwykle wyglądał dobrze. Czarna koszulka opinała się na jego umięśnionym ciele, przeciwsłoneczne okulary dodawały mu pewności siebie. To właśnie w nim Kaśka zobaczyła nadzieję. Nie był zachwycony pomysłem remontu. Wciąż powtarzał, że to nie takie proste i że za miesiąc wraca na studia. Dorota go przekonała, choć w zasadzie nie za wiele musiała mówić. Mrugnęła do niego dwa razy zalotnie, ale może właśnie tutaj był haczyk? Może jak Robert jeszcze raz to przemyśli, to jemu i Kaśce uda się odwieść Dorotę od tego pomysłu? We dwoje będzie im prościej. Na Kamila Iskrę nie miała co liczyć. On od razu uznał renowację za dobry pomysł i uznałby za taki każdy, o którym wspomniałaby Marta. Nawet teraz szukał jej wzrokiem i nie musiał robić tego za długo. Dziewczyna szła w ich stronę z panią Janiną. Kobieta miała na sobie eleganckie czarne spodnie i brązową garsonkę. Wyglądała szykownie. Czarne włosy z siwymi pasemkami miała spięte z tyłu głowy i nie wyglądała jak ktoś, kto miałby zamiar się pobrudzić i grzebać w łajnie. Zdumiało to Kaśkę. Po kimś, kto pracuje przy koniach, spodziewała się raczej rozciągniętych i pobrudzonych ubrań.
– Bardzo wzruszył mnie wasz gest – przywitała się kobieta. – Jestem wam niezmiernie wdzięczna.
– Wdzięczna nam pani będzie, jak skończymy – zaśmiała się Aśka. – Konie są cudowne.
– To prawda. Wazyl to ten, który stoi przy płocie i na nas patrzy – wskazała wybieg. – Można podejść i go pogłaskać. Jest najbardziej towarzyski ze wszystkich.
– Myślałam, że każdy koń jest sympatyczny – powiedziała Kaśka. Skoro jeden był towarzyski, to inne niekoniecznie. Nie spodobała jej się ta informacja. Wcale nie zmniejszyła jej lęku.
– Och, konie są jak ludzie. Każdy ma swój charakterek. Są niegroźne, ale najpierw trzeba się z nimi poznać. Andzia, Bydlak i Królewna potrafią mieć humorki, ale wtedy przekupuję je marchewkami.
– Bydlak? – Kaśka głośno przełknęła ślinę. To imię należało do zwierzęcia, z którym nie chciała się spotkać.
– Oprowadzę was – powiedziała kobieta i ruszyła w stronę stajni.
W środku były dwa konie, więc Kaśka postanowiła zostać na zewnątrz. Innym razem tam wejdzie – albo wcale.
Pani Janina pokazała grupie przyjaciół boksy, w których mieszkały zwierzęta. Drzwiczki w każdym z nich były do naprawy. Nie tylko trzeba było wyregulować zawiasy, ale niektóre również wymienić. Deski były do wyszlifowania i ponownego zabejcowania, a kilka z nich trzeba było wymieniać na nowe, bo nadgryzł je ząb czasu. Pani Janina pokazała im też całe osprzętowanie potrzebne do jazdy konnej oraz do dbania o zwierzęta, takie jak siodła, buty, szczotki. Niektóre były już kompletnie zniszczone i nadawały się do wyrzucenia.
– Trzeba je przepatrzeć – powiedziała kobieta, nawiązując do przedmiotów, które właśnie pokazywała. – Niestety nie mam pieniędzy na nowy sprzęt, a przydałby się – przyznała. – Muszę radzić sobie z tym co mam.
– Ja to zrobię – zgłosiła się na ochotnika Marta. Jako jedyna z przyjaciół znała się na koniach. – Przejrzę wszystko i powyrzucam to co już się do niczego nie nada.
– Pomogę ci – uśmiechnął się szeroko Kamil, wykorzystując okazję. – Możemy to zrobić jeszcze w tym tygodniu albo w następnym. Później wyjeżdżam – powiedział, przypominając, że w październiku zaczyna studia.
– Dobra. – Dorota wyjęła ze skórzanego plecaka zielony, gruby zeszyt na spirali. Otworzyła na pierwszej stronie i zaczęła skrupulatnie notować w nim wszystko, czego właśnie się dowiedziała. Nie chciała, żeby coś im umknęło. – To zapisuję, że wy to zrobicie – dodała po chwili, nie przestając sporządzać notatek.
– A to, moi drodzy… – Pani Janina uśmiechnęła się podchodząc do kolejnych boksów. – To są Igraszek i Witka – powiedziała, głaszcząc gniadego konia.
– Spóźniłem się – powiedział Michał, podchodząc do Kaśki.
Dziewczyna, widząc przyjaciela, schowała do torby telefon, w którym z nudów sprawdzała promocje na swoje ulubione tusze do rzęs.
– Nic nie straciłeś – przyznała.
– A gdzie są wszyscy?
– W środku – wskazała na stajnię.
– A czemu cię tam nie ma?
– To chyba nie jest mój konik – zaśmiała się ze swojego żartu.
Michał przez chwilę wahał się, czy wejść, ale stwierdził, że i tak jak już się spóźnił godzinę, to nie ma sensu. Postoi chwilę z Kaśką.
– Będziemy później szli coś zjeść? – spytał. – Umieram z głodu.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Dla niej to mogli iść gdziekolwiek, byle tylko już stąd poszli. Wciąż nie przyzwyczaiła się do niemiłego zapachu panującego w „Pod Siodłem”.
Michał po drodze zjadł drożdżówkę i popił ją Fantą z puszki, ale to nie było dla niego wystarczające. Po lekcjach od razu usiadł do LTG. Zagrał kilka rozgrywek, ale w końcu przy trzeciej odpuścił, bo gra zaczęła łapać lagi i tracił za dużo żyć. Spojrzał wtedy na zegarek i przypomniało mu się, że miał dzisiaj spotkać się ze znajomymi w stadninie. Wyszedł i nagle zdał sobie sprawę, że nie jadł od kiedy wrócił ze szkoły. Poczuł niemiłe łaskotanie w brzuchu, więc zaszedł jeszcze do osiedlowego sklepu. Postanowił, że teraz coś szybko przegryzie, a później namówi wszystkich na pizzę.
Wielkie drzwi stajni otworzyły się, robiąc przy tym wiele hałasu. Skrzypiały i z pewnością potrzebowały co najmniej naoliwienia zawiasów. Ze środka wyszli jego przyjaciele. W takim razie przyszedł w odpowiednim czasie, teraz mogli iść coś zjeść.
– O, Michał! – Dorota szeroko uśmiechnęła się na jego widok. – Pani Janino, to nasza perełka. Zna się na wszystkim.
– Dzień dobry – przywitał się spłoszony. Dziewczyna lekko przesadziła z tą prezentacją. Nie określiłby siebie w ten sposób. Co więcej, jego nauczyciel od zajęć praktycznych, z pewnością też by go tak nie nazwał.
– Witam! – odpowiedziała kobieta ciepło i kontynuowała: – Tam jest budynek socjalny. Nic wielkiego. Kilka pomieszczeń. W jednym pokoju są jakieś szafki i krzesła. Możecie tam zostawiać swoje rzeczy, żeby było wam wygodniej. Tam też jest toaleta, ale proszę uważajcie, bo dwie pierwsze są zepsute. Działa tylko trzecia.
– A to? – spytała Dorota, wskazując na wiaty, które stały kilkanaście metrów od nich. Były zniszczone. I to bardzo. Nie nadawały się do używania, a przynajmniej nie takiego, do jakiego zostały przeznaczone. Było niemożliwością posiedzieć tam i coś zjeść. W niektórych nie było nawet ławek do siedzenia. Deski były połamane i spróchniałe, a całość nie prezentowała się dobrze.
– To jest do zlikwidowania – powiedziała pani Janina. – Stare, bardziej niebezpieczne niż pożyteczne, ale usunięcie ich to dodatkowy koszt, na który nie mogę sobie teraz pozwolić.
Dorota zanotowała w swoim zeszycie, że muszą się tym zająć. I niekoniecznie pozbycie się konstrukcji miała na myśli. Miała w planach zrobić tutaj nowe centrum spotkań. Nie wszyscy muszą przyjeżdżać na konie. To idealne miejsce na rodzinne grillowanie. Te wiaty jeszcze będą się do tego nadawać, jak tylko się tym zajmie, ale najpierw musi poczytać o drewnie i renowacji w Internecie.
– To nie jest dużo roboty – kontynuowała kobieta. – Ale ja nie dam rady tego zrobić. To już nie te lata, kiedy miałam pełno sił i energii.
– Ze wszystkim damy radę – uśmiechnęła się szeroko Marta. Czuła przypływ pozytywnej energii. Już teraz mogła zacząć działać.
– Udało mi się też wyłuskać trochę grosza – powiedziała pani Janina – więc będzie można kupić nowe zawiasy, bejcę, może starczy też na nowe deski do boksów.
– Super – ucieszyła się Dorota.
– Zawsze możecie do mnie podejść, jak będziecie czegoś potrzebować. – Pani Janina uśmiechnęła się szeroko, po czym postanowiła ich również ostrzec. Mieli pracować przy zwierzętach, żywych organizmach, więc musieli podejść do tego delikatnie. W dzień stadnina była otwarta, kręcili się tutaj instruktorzy i kursanci, którym nie mogli przeszkadzać. Kobieta obiecała im przekazać grafik zajęć, żeby w prosty sposób zaplanowali swoje prace. Konie w ciepłe i słoneczne dni spędzały dużo czasu na zewnątrz, ale mogło się zdarzyć, że któryś z nich będzie w boksie. Nie mogli wtedy go płoszyć i musieli zachowywać się ostrożnie, na pewno nie głośno ani gwałtownie. Pani Janina obiecała, że zrobi co w jej mocy, żeby umożliwiać im pracę i tym miłym akcentem się pożegnali. Przyjaciele opuścili teren stajni.
Michał od razu przeszedł do sedna. Pizza, nad którą myślał ostatnią godzinę, wciąż krążyła mu po głowie, więc wybrali się paczką do rodzinnej restauracji na ich osiedlu. Kaśka nie chciała jeść, bo było już po dziewiętnastej, a jedzenie o późnej porze źle wpływało na jej sylwetkę. Aśka zwinęła się szybko, bo w tygodniu musiała wracać do domu o dwudziestej, a Marta nawet nie doszła do pizzerii, bo chciała przed jutrzejszym dniem powtórzyć sobie historię. Ostatecznie wszyscy zamówili sok albo wodę, a tylko Michał jadł. Nie przeszkadzało mu to. Zamówił sobie średnią wiejską i najważniejsze dla niego było to, że w końcu mógł zabić głód.
6.
Nauczycielka matematyki przyszła zaraz po dzwonku. Aśka Bańko posłusznie weszła do klasy razem z grupą uczniów i zajęła swoje miejsce w ostatniej ławce pod ścianą. Sięgnęła do plecaka po podręcznik. Nie odrobiła zadania domowego i miała nadzieję, że nauczycielka nie będzie tego sprawdzać. Po wczorajszym powrocie ze stadniny nie miała już na to ani sił, ani ochoty. Matematyka nie była jej ulubionym przedmiotem. Położyła książkę na ławkę i zaraz potem wyjęła z plecaka swój „brudnopis”. Na lekko brzoskwiniowych kartkach rysowała pierwsze szkice swoich pomysłów. Obecnie była skupiona na muralu dla stadniny. Konie, które tworzyła, zajmowały już cztery strony, a wciąż nie była usatysfakcjonowana ich wyglądem. Cały czas czuła, że czegoś im brakuje.
– Jakie ładne! – usłyszała nad sobą słodki głos.
Koło niej usiadła, delikatnie spóźniona, Anna Pastuła – dziewczyna, na której widok szybciej biło jej serce. Miała krótko ścięte włosy, co tylko uwydatniało jej kości policzkowe i podkreślało urodę. Na chrząstce lewego ucha Aśka doliczyła się pięciu drobnych kuleczek, a w płatkach ucha dziewczyna miała zawieszone ogromne, srebrne koła. Wpatrywała się w Mydlaną intensywnie swoimi miodowymi oczami, a ta zaczęła czuć, że ręce jej się pocą. Jak to możliwe, że w drugim tygodniu szkoły objawy wcale nie osłabły? A do tych wszystkich uczuć związanych z zakochaniem dochodził ogromny stres. Podobała jej się dziewczyna. Jak to było możliwe? Dorota poradziła jej, żeby zaryzykowała i sprawdziła, co działo się w jej sercu. Może miała rację? Może właśnie to powinna zrobić? Ale nie teraz, na pewno nie powinna otwierać się na uczucia podczas lekcji matematyki.
– Dzięki. – Aśka uśmiechnęła się przyjaźnie.
Anna położyła powoli ręce na ławce i zaczęła bawić się pierścionkiem z ogromnym niebieskim kamieniem, który miała na środkowym palcu lewej dłoni. Do takiej biżuterii założyła najzwyklejszą czarną bluzę z kapturem i Mydlana stwierdziła, że tylko Anna może wyglądać tak wystrzałowo w tym komplecie. Tak jakby jej uroda pozwalała na więcej zabawy z modą. Aśka miała na sobie zwykłe dżinsy i białą bluzę w bohomazy kwiatów w kolorach pastelowych i nie spodziewała się, by swoim wyglądem łamała cudze serca. Nie zdążyła dzisiaj nawet zrobić makijażu, ledwo co pociągnęła rzęsy tuszem, żeby nie spóźnić się do szkoły. Anna standardowo na swoich powiekach namalowała grubą, czarną kreskę, która tylko podkreślała jej czarujące oczy.
– Pokażesz coś więcej? – szepnęła Anna, wpatrując się w Mydlaną. Nie w jej zeszyt, tylko w nią, a wzrok miała elektryzujący.
Aśka często spoglądała na dziewczyny czy kobiety i doceniała ich wygląd. Robiło tak wiele jej koleżanek, ale pierwszy raz w życiu osobiście poznała dziewczynę, która była dla niej cudowna w inny sposób. I to nie tak, że zakochała się w samym wyglądzie Anny, mimo że ta wyróżniała się z tłumu. Była piękna, choć nie była w kanonie, ale jej zachowanie też intrygowało. Już w pierwszych chwilach ich znajomości, nad rzeką, kiedy integrowały się z nową klasą, Anna zwróciła na siebie uwagę. Nie tylko Aśki, ale chyba wszystkich. Była głośna, bezpośrednia, a mimo to od razu nabierało się do niej sympatii. I wychodziło na to, że Mydlana nabrała tej sympatii trochę za dużo.
Anna lekko odchrząknęła w oczekiwaniu na odpowiedź. Aśka zwykle nie pokazywała swoich wstępnych szkiców. To nie była praca, przez pryzmat której chciałaby być oceniana, a mimo to otworzyła kolejną stronę.
– To konie. Projektuję mural dla stadniny – wyjaśniła. – To dopiero pierwsze maźnięcia ołówkiem – tłumaczyła się – dlatego tak wyglądają. Jeszcze szukam lepszej wizji.
– Tak wyglądają, to znaczy jak? – zapytała Anna. – Są mega! – powiedziała ciut za głośno. – Poważnie – dodała już przyciszonym głosem. Bądź co bądź, wciąż były na lekcji.
Aśka poczuła jak palą ją policzki. Taki komplement, od takiej osoby. I w tym momencie nie obchodziło jej, że Anna nie jest krytykiem sztuki. Miała ochotę pokazać jej więcej swoich prac, tylko tym razem tych bardziej dopracowanych.
– Dzięki – szepnęła lekko zawstydzona.
– Bańko, Pastuła, możecie skończyć już rozmowy – odezwała się nauczycielka, wskazując na Annę. – Przerwa się skończyła. – Surowa twarz matematyczki była skierowana wprost na nie, a z wielkich oczu, schowanych za czarnymi okularami, Aśka niemal widziała miotające pociski.
Dziewczyny na chwilę zamilkły, ale tylko na chwilę.
– Będziesz malowała ten mural, czy tylko projektujesz? – wyszeptała Anna.
– Będę malowała – przyznała Mydlana. Zwykle nie lubiła się chwalić takimi projektami przed zrobieniem ich, ale chciała czymś zaimponować, zwłaszcza że koleżanka wydawała się zainteresowana tematem.
– Możecie też się do końca rozpakować. – Nagle, nie wiadomo skąd, nauczycielka matematyki pojawiła się przy ich ławce. Położyła rękę na ramieniu Anny, dając znać, że to była uwaga do niej.
Dziewczyna wyciągnęła potrzebny zeszyt i książkę, po czym zamilkła. Kobieta stała jeszcze dobre dziesięć minut przy ich ławce, tłumacząc, czym są pierwiastki. Aśka nie była zbytnio zainteresowana, ale z braku wyjścia słuchała. Miała ochotę jeszcze porozmawiać z koleżanką, jednak towarzystwo nauczycielki uniemożliwiało im jakiekolwiek pogaduchy.
7.
Michał Adach wszedł na teren szkółki jeździeckiej. Dorota ustaliła termin spotkania na dzisiaj na piętnastą, więc przyszedł od razu po lekcjach. Tym razem się nie spóźnił, ale poważnie rozważał, czy się pojawić. Swoją nieobecność mógł usprawiedliwić dodatkowym zadaniem w szkole. Nikt by się nawet nie zorientował, że kłamie. Z drugiej strony dzień był całkiem ładny i ciepły. Może posiedzieć trochę na trawie i pogadać ze znajomymi. Miał nadzieję, że Dorota nie wepchnie mu dzisiaj w ręce szlifierki. Kiedy mówiła mu o spotkaniu, zaznaczyła, że jest tylko organizacyjne.
Robert Falecki opierał się o niepewną konstrukcję wiaty, jednocześnie bawiąc się źdźbłem trawy, które raz po raz prostował pomiędzy kciukiem, a wskazującym palcem prawej ręki. Ubrał zwykłe, granatowe spodenki i białą koszulkę. To był dobry znak dla Dachówy. Wyglądał za dobrze, żeby bawić się w remonty.
– Siema – przywitał się Michał, podając rękę kumplowi. – Jesteś tylko ty?
– Dorota zmusiła mnie, żebym po nią przyjechał. – Robert wyrzucił trawę i uścisnął wystawioną dłoń chłopaka. – Mówiła, że nie ufa mi, że tu przyjdę.
– Bo byś nie przyszedł. – Dziewczyna pojawiła się nagle na ścieżce, która prowadziła pomiędzy bujnymi krzakami. Przedarła się przez zarośla. Strzepała kilka drobnych liści, które zostały na jej czarnych spodniach i szeroko się uśmiechnęła. Była u pani Janiny zameldować, że dzisiaj zrobią jedynie krótkie spotkanie. – Zamieniłbyś trochę ciężarów na fizyczną pracę, wyszłoby ci to na dobre – powiedziała, nawiązując do regularnych wizyt chłopaka na siłowni.
– To nie to samo.
– Kaśka nie przyjdzie. Mają dzisiaj spotkanie w sprawie studniówki – oznajmiła dziewczyna i po chwili dodała: – Masz zamiar z kimś iść? – zwróciła się do Michała.
Miał zamiar iść z Malwiną. Żadna inna dziewczyna nie zajmowała miejsca w jego głowie. Problem był tylko taki, że Malwina miała chłopaka i to pewnie z nim pójdzie na studniówkę.
– Na razie o nikim szczególnym nie myślałem – skłamał.
Dorota, zanim się odezwała, przesunęła ręką po swojej kitce i przerzuciła ciężar ciała z lewej nogi na prawą.
– Może umówimy się tak, że pójdziemy razem, jak nikogo nie znajdziemy? – zaproponowała nieśmiało.
– Do studniówki jeszcze pół roku – zauważył Robert.
– Wiem – powiedziała szybko i zaraz dodała już spokojniej – to tylko wariant, jak nikogo nie uda nam się znaleźć. Jak Dachówa – wskazała ręką na Michała – znajdzie kogoś innego, z kim by chciał iść, to przecież nie pogniewam się, a jak nie znajdzie, to już będzie miał partnerkę – uśmiechnęła się szeroko.
– A jak ty kogoś znajdziesz? – Robert przysunął się o krok do dziewczyny i pociągnął ją delikatnie za końcówki włosów.
– Przestań. – Odepchnęła łagodnie jego ręce. – Jeżeli dotychczas nie znalazłam nikogo, wątpię, żeby teraz to się udało.
– Myślałem, żeby nie iść na studniówkę – powiedział Michał, przerywając im to subtelne przekomarzanie się.
– Nie możesz nie iść. Lepiej pójść i żałować, że się było, niż nie pójść i żałować, że się nie było – powtórzyła słowa Kaśki, kiedy razem rozmawiały na ten sam temat, a Dorota miała te same przemyślenia co Dachówa.
– Filozoficznie, Dorotka – zaśmiał się Robert.
– Możemy się tak umówić. – Michał zaakceptował studniówkowy układ.
– Hej! – Aśka biegła do nich od strony furtki wejściowej. – Mam już szkic muralu – powiedziała na wstępie. Zrzuciła plecak na trawę i mówiąc, że musi im go pokazać, zaczęła w nim grzebać.
Z plecaka wyjęła swój bazgrownik – czarny zeszyt z mnóstwem naklejek na okładce. Niektóre przedstawiały skład ulubionego zespołu rockowego dziewczyny, inne ich znak rozpoznawczy, jakim była dłoń z bluszczem nawiniętym na środkowy palec, a jeszcze inne były słodkimi postaciami z bajek Disneya. Spory kontrast, ale Mydlana po prostu twierdziła, że uwielbia muzykę Black Drakes i jednocześnie urocze zwierzątka. W środku znajdowała się ilustracja z bajkowymi końmi, biegającymi pośród stokrotek. Przeważały kolory brązowe i zielone, a całość prezentowała się rewelacyjnie. Był to dość prosty, schematyczny rysunek. Żadnego cieniowania kolorami, jedynie kontury i jednolite barwy, a mimo to wyglądał naprawdę dobrze. Jedyne w czym był problem, to to, że Aśka jeszcze nie do końca czuła ten projekt. Wiedziała, że czegoś tutaj brakowało, ale po kilku dniach szukania niedociągnięć uznała, że może powinna pokazać wstępny szkic przyjaciołom i oni pomogą jej odnaleźć te elementy.
– Mydlana, to wygląda świetnie – przyznał Robert, tylko na chwilę rzucając okiem na kartkę. – Dasz radę to namalować na elewacji? To będzie kilkadziesiąt razy większe.
No tak, czego więcej mogła się spodziewać po Faleckim? Nawet się nie przyjrzał, żeby dostrzec jakiekolwiek szczegóły. On na pewno jej nie pomoże.
– Dam – powiedziała pewnie. – Kto inny, jak nie ja? – Jego komentarz jednak jej nie zniechęcił.
Da radę. Wiedziała, że da radę. To była jej życiowa szansa. Coś, czym będzie mogła poszczycić się w swoim portfolio. Metodą małych kroczków chciała dojść do punktu, w którym będzie miała swoją pracownię – miejsce, gdzie będzie mogła się zamknąć i malować. Tworzyć dzieła, które w danym momencie będą w jej duszy. To było jej marzenie.
– Hej! – Ścieżką od furtki szła Marta z Kamilem Iskrą.
– Dobra, nie ma na co czekać – powiedziała Dorota i wyciągnęła swój zielony kajet z torby, która leżała na czymś, co kiedyś służyło za drewniany stół na zewnątrz. – Wszyscy są, trzeba ustalić, co będziemy robić. Dobry plan to połowa sukcesu.
I tymi słowami Dorota zaczęła swój monolog. Na początku skupiła się na kwestiach spotkaniowych. Ustaliła, że organizacyjnie najlepszym rozwiązaniem będzie, jak będą tutaj przychodzić w małych grupach albo parach. To było wręcz niemożliwe, żeby za każdym razem spotykali się wszyscy. Dwa dni wcześniej, razem z Robertem, zdążyli zrobić szybki przegląd stanu stadniny. Dorota, na potwierdzenie, wszystko sprawdzała w Internecie, a chłopak denerwował się, że nie wierzy w jego wiedzę. Chodziło w końcu tylko o jakieś zawiasy, śrubki czy kwestię narzędzi do ścierania drewna. I to nie tak, że Robert był alfą i omegą w tym temacie, ale co nieco w życiu budował. Dotychczas jego największą konstrukcją była drewniana altana, którą postawił na podwórku dla swojej mamy. Takie majsterkowanie wpływało na niego relaksacyjnie. Dzięki temu miał wiertarkowkrętarkę, którą oczywiście zgodził się udostępnić na czas trwania renowacji. Nie miał natomiast szlifierki. Jeżeli brał się za szlifowanie drewna, robił to ręcznie, ale jeszcze nigdy nie był to taki kaliber, jak ilość desek do wyszlifowania w stajni. Zamęczą się przy tym. Szlifierka była im potrzebna.
– Jestem pod wrażeniem – skomentował Michał, kiedy zamilkła, bo zdała sobie sprawę, że musi jeszcze zapisać w swoim zeszycie sprawdzenie, ile desek drewnianych nadaje się do wymiany. – Nieźle się przygotowałaś!
– Dzięki, Dachówa – uśmiechnęła się. To miło, że ktoś ją docenił. Spędziła nad tą pracą kilka dni, delikatnie zaniedbując zadania domowe. – Marta i Kamil – nie pozwoliła wybić się z rytmu organizacyjnego. Przejęła rolę przewodniczącego, ale wszystkim to odpowiadało, bo nikt inny się do tego nie rwał. – Zajmiecie się sortowaniem rzeczy dla koni? Kiedy pasuje wam przyjść? – spytała, przewracając kilka kartek w zeszycie, aż doszła do tabeli, odręcznie narysowanej niebieskim długopisem.
– Ja mogę nawet jutro! – odpowiedziała dziewczyna, a Kamil przytaknął głową, że też mu pasuje.
– Super! Zapisuję was w takim razie na jutro, będziecie odpowiedzialni za akcesoria dla koni – zanotowała ich nazwiska w swoim zeszycie.
Spotkanie potrwało dłużej, niż na początku przypuszczali. Musieli ustalić jakiś sensowny plan prac i terminy spotkań, a kiedy udało im się dojść do ładu, postanowili, że pójdą na kebaba. Nikt nie zdążył zjeść obiadu i chyba wszyscy byli głodni. Usiedli na deptaku, zajmując jedną z ławek w słońcu na rynku. Aśka znów wyciągnęła swój bazgrownik i pokazała przyjaciołom szkic muralu. Wszyscy byli zachwyceni i nikt nie wiedział, czego może jej w nim brakować. Nie byli pomocni w żadnym stopniu, ale nie chciała tego roztrząsać, bo zanim się spostrzegła, minęła dwudziesta. Na dworze było już ciemno, a ona była spóźniona do domu. Zerwała się z ławki, wpychając swój zeszyt do plecaka i mówiąc „na razie”, pobiegła w stronę domu.
Nie była z niej najlepsza biegaczka, więc już po chwili, zziajana, trzymając się za biodro, szła w miarę szybkim krokiem, a przynajmniej na tyle szybkim, na ile pozwalała jej kolka z prawej strony brzucha. Do domu dotarła dwadzieścia minut później.
– Joanna. – Jej ojciec wszedł do przedpokoju przywitać ją, aczkolwiek jego ton nie brzmiał miło.
Jacek Bańko. Jej tata. Kochany ojczulek patrzył teraz na nią z góry surowym wzrokiem schowanym za okularami. Musiał właśnie czytać jedną ze swoich kryminalnych książek. Chyba nie za bardzo przejął się jej spóźnieniem, choć jego ton na to nie wskazywał.
– Wiem, spóźniłam się – przyznała od razu. – Siedziałam ze znajomymi i ten czas sam zleciał – powiedziała zgodnie z prawdą, ale po zmarszczkach na czole mężczyzny stwierdziła, że to wcale nie jest dobre usprawiedliwienie.
– Wiesz, że to nie jest wytłumaczenie. Telefon masz? Dzwoniłem.
– Mam. – Wyjęła komórkę z kieszeni. W drodze powrotnej widziała, że dzwoni jej tata, ale wolała nie odbierać, tylko przyspieszyć kroku. Jedna rozmowa z przyganą po powrocie jest lepsza niż jeszcze dodatkowa przez telefon. – Byliśmy w „Pod Siodłem” – powiedziała szybko, żeby ułagodzić ojca. W końcu to był szczytny cel. – Opowiadałam ci o tym – dodała szybko, kiedy zmarszczki na czole mężczyzny pogłębiły się, ale tym razem z niezrozumienia. – Te konie, nad którymi męczyłam się kilka dni – wyjaśniła. – Rysuję to dla tej stadniny.
– I rysowałaś je po ciemku w stadninie, tak?
– Nie – pokręciła głową, nie była pewna, czy jest na dobrej drodze do usprawiedliwienia się. Jej ojciec żartował czy raczej był sarkastyczny? Nie potrafiła ocenić. – Zrobiliśmy spotkanie, żeby wszystko przegadać i tak jakoś ten czas zleciał – nagięła prawdę. Wolała nie wspominać, że poszli jeszcze na rynek. – Przepraszam, tato – dodała – ale to naprawdę duża rzecz. To dla mnie ogromna szansa. Kto inny pozwoli mi malować po elewacji? – Znowu minęła się z prawdą. Nie miała pojęcia, czy pani Janina zgodzi się, żeby cokolwiek malowała na ścianach budynku. Dorota i Marta najpierw poradziły jej zrobić projekt, żeby z gotowym pójść do kobiety, tak aby nie mogła odmówić.
Zmarszczki na czole mężczyzny zaczęły się wygładzać, a z jego twarzy zniknęła surowość.
– Naprawdę chcecie zająć się tą stadniną sami?
– Tak, Michał jest w budowlance, coś tam wie – wyjaśniła. – Dorota przeczytała chyba całe Internety – powiedziała już bardziej luźniejszym językiem, czując, że udało jej się udobruchać ojca. – Robert też coś tam potrafi. To nie są jakieś wielkie rzeczy. Po prostu musimy ponaprawiać kilka zawiasów i przykręcić kilka śrubek. Nie stawiamy całego domu od nowa – zaśmiała się. Zła atmosfera odchodziła.
– Czyli będziecie remontować coś, bazując na Internecie?
– Wiem, jak to brzmi – przyznała, – ale na YouTubie jest multum filmików instruktażowych. Zobacz – powiedziała, wybierając odpowiednią aplikację na telefonie.
Jacek pokręcił głową z dezaprobatą. Wiedziała, że jej tata nie chce oglądać żadnych filmików. Aśka schowała smartfona do kieszeni i zaczęła myśleć o jakimś innym sposobie złagodzenia sytuacji. Choć, swoją drogą, dlaczego w ogóle chciała tłumaczyć się z tego remontu? Co więcej, dlaczego jej własny ojciec nie mógł w nich bardziej wierzyć?
– Pokazać ci szkic, który zrobiłam? – Zdjęła swój sztruksowy plecak, który zadzwonił mnóstwem zawieszek, jakie miała tam poprzypinane i zaczęła szukać swojego bazgrownika. – Muszę go jeszcze dopracować, ale już zmierzam w dobrym kierunku – powiedziała, wyciągając zeszyt.
Mężczyzna patrzył chwilę na obrazek, zanim się odezwał.
– Asia, to wygląda bardzo ładnie. Włożyłaś w to dużo pracy. – Na te słowa uśmiechnęła się szeroko. Szła w dobrym kierunku. Czuła to.
– To prawda – przerwała mu. – Naprawdę mi na tym zależy, tato. Na tym malunku – doprecyzowała – i żeby pomóc tej kobiecie. To dwie pieczenie na jednym ogniu. To dla mnie duża szansa i jednocześnie pomożemy komuś, kto wkładał całe serce w tę stadninę.
– Asia – zawahał się Jacek. – Pomogę wam – oznajmił w końcu.
Tego dziewczyna się nie spodziewała. Jej ojciec chce im pomóc. Więc tak bardzo w nich nie wierzył, że aż chciał tam być razem z nimi. Ale może miał rację? Może przyda im się ktoś, kto trochę więcej wie o renowacji? Jej tata z doskoku, pomagał znajomym przy remontach, a sam kilkadziesiąt lat wcześniej wyremontował mieszkanie, w którym teraz żyli. Przyda im się ktoś z doświadczeniem i to nie takim dachówowym, wyniesionym z praktyk, gdzie dostaje się najgorszą robotę.
– A masz szlifierkę? – spytała.
– Wiem, kto ma i nam pożyczy.
– W takim razie jesteś w drużynie – uśmiechnęła się szeroko, nie konsultując tego pomysłu z nikim. Ale czy ktoś mógł mieć jej to za złe? Nie mogła znaleźć w głowie żadnych minusów udziału jej ojca w tym przedsięwzięciu. – Dzięki, tato.
Jej ojciec był ekstra. Potrafił się z nią pokłócić o za późny powrót do domu, a jednocześnie potrafił wesprzeć ją w jej drodze po marzenia.
8.
– Już przygotowałam wstępnie wszystko, żeby było nam prościej. – Marta Janczara przywitała Kamila, który właśnie wszedł do jednego z pomieszczeń budynku socjalnego. Zdążyła się tutaj już rozgościć.
Zdecydowała, że po szkole przyjdzie prosto do stadniny i już zacznie robić, co jest do zrobienia. Wybrała pokój z kanapą i stołem, żeby było im wygodniej. Rzuciła plecak w kąt i zaplotła włosy w długiego warkocza. Dopiero wtedy uznała, że jest gotowa do działania. Na stole rozłożyła wszystkie akcesoria potrzebne do jazdy konnej, a pod stołem w pudłach czekały rzeczy do pielęgnacji zwierząt.
– Długo już jesteś? – spytał chłopak.
Kamil Iskra był osobą, która niewiele wiedziała o koniach, a jeszcze mniej o samej jeździe na nich. Niemniej wiedział wiele o Marcie, a co więcej czuł, że praca z dziewczyną może przynieść im wiele przyjemności.
– Nie, może godzinę, ale byłam u pani Janiny – wyjaśniła i od razu przeszła do meritum: – Poczytałam trochę o siodłach. Znalazłam w Internecie faceta, który zajmuje się ich renowacją. Wychodzi taniej niż kupno nowego. Może przy większej liczbie będzie można się z nim dogadać na jeszcze niższą cenę?
– Można spróbować – zgodził się z dziewczyną.
– W ten karton wkładam takie, którym trzeba poświęcić więcej uwagi – wskazała pudeło położone przy kanapie – a tutaj te, które są okej – pokazała na karton przy stole.
Pomieszczenie nie było wielkie. Ogromny stół, który stał na środku, zajmował prawie całą powierzchnię. W rogu była jeszcze stara kanapa, z drewnianymi, lakierowanymi podłokietnikami po dwóch stronach i narzuconym na nią szarym kocem. Koński osprzęt zajmował tyle miejsca, że w pokoju praktycznie nie można było się ruszyć. Kamil przeskoczył kilka kartonów i zrobił jeden duży krok nad kolejnym, żeby znaleźć się przy Marcie.
– Nie wiem, czy zdążymy dzisiaj wszystko zrobić. Lepiej zacznijmy od razu – powiedziała.
Wśród zapachu skórzanych akcesoriów wyczuła delikatny zapach chłopaka. Pachniał owocowym mydłem i wiatrem. Orzeźwiająco. Podobało jej się.
– Okej – zgodził się Kamil i podciągnął rękawy zielonej bluzy. Sięgnął po jedno z siodeł. Zaczął mu się przyglądać i sprawdzać materiał, ale nie miał nawet pojęcia, gdzie jest przód, a gdzie tył. Spojrzał na sprzączki. Oczka były trochę rozciągnięte, ale chyba wszystko było z nimi w porządku. Nie wiedział nawet, do czego służą. Zaczął się przyglądać metalowym elementom, ale nie miał pojęcia, jak powinno wyglądać strzemię. Nie był najlepszą osobą do tego zadania, a szczerze chciał pomóc. Ale tylko po części. Po drugiej części, tej większej, zgodził się na to tylko ze względu na dziewczynę, która stała obok niego. Marta Janczara przygryzała wargę i zapisywała coś na kartce, jednocześnie przyglądając się jednemu z siodeł. Wyglądała uroczo. Wiedział, że nie powinien tak myśleć. Za dwa tygodnie wyjeżdżał na studia. Posiadanie dziewczyny w ogóle nie było mu potrzebne. Komplikowałoby wszystko, a on chciał się bawić jak prawdziwy student. W nocy imprezować, w dzień chodzić na zajęcia. Marta podobała mu się od dłuższego czasu, ale naprawdę ciężko było poderwać dziewczynę, którą znało się od małego. Pamiętał, jak biegała po dworze w różowej sukience i wykopywała mu piłkę, żeby musiał po nią chodzić. Robiła to tylko dlatego, że pociągnął ją za jedną z dwóch kitek, w które była uczesana. Ile mieli wtedy lat? Może sześć albo siedem. A teraz? Marta nosiła długie włosy, które były niemal czarne i zdawała się nie być już tą samą małą dziewczynką. Teraz była kobietą, która ubierała bardzo dopasowane koszulki. Może nawet za bardzo dopasowane, bo dokładnie znał wzór jej biustonosza, który miała dzisiaj na sobie. Nie chciał się przyglądać, ale samo tak wyszło. Nie, wpakowanie się w jakiekolwiek związki nie jest dla niego teraz dobre.
Dziewczyna zauważyła jego bezradność, bo w końcu przestała robić notatki i odwróciła się do niego.
– Zróbmy tak – powiedziała, zabierając mu siodło z rąk – ja zajmę się tym, a ty sprawdź szczotki dla koni.
Chłopak z ulgą wypuścił powietrze z płuc.
– To na pewno lepsze rozwiązanie.
– Włosie nie może być za rzadkie ani nie powinno być wygięte – poinstruowała go. – Wszystkie szczotki powinny być gęste i mieć proste, równe włosie. Obiecałam też pani Janinie, że je umyjemy. Dała mi do tego jakiś płyn. Są naturalne. Trzeba o nie bardziej dbać. Później poszukamy miski i się to zrobi.
Chłopak zaczął szukać wzrokiem kartonu, w którym były końskie szczotki. Marta stwierdziła, że ta nieporadność dodaje mu uroku. Zwykle był pewny siebie, zabawny, czarujący, ale dzisiaj kompletnie nie miał pojęcia, co robi, a mimo wszystko się starał. To było słodkie, choć nigdy by mu tego nie powiedziała. Kamil był atrakcyjny, przystojny, męski, ale na pewno pogniewałby się za określenie „słodki”.
Uwielbiała jego oczy. Zielone, pod wachlarzem gęstych, czarnych rzęs. Pod lewym okiem znajdował się mały, uroczy pieprzyk, który dodawał mu wyjątkowości. Był kropką nad i, jeżeli chodziło o jego wygląd. Miał ciało jak grecki bóg, a na brzuchu sześciopak. Najprawdziwszy. Codziennie wstawał o szóstej rano, żeby pobiegać. Czasami też chodził na siłownię z Robertem. Był przystojny, dobrze zbudowany i Marcie wydawało się, że właśnie to dawało mu możliwość złamania wielu damskich serc. Nie chciała, żeby jedno z nich należało do niej. Dziewczyna nie miała pojęcia, kiedy Kamil zaczął się jej podobać, ale wzbraniała się przed tym uczuciem cały czas, a szczególnie teraz, kiedy chłopak wyjeżdżał na studia, a ona musiała całą swoją uwagę skupić na nauce. W tym roku walczyła o stypendium burmistrza. To była jej jedyna przepustka na studia weterynaryjne, o których marzyła. Bez tych pieniędzy nie ma szans, żeby tam poszła. Zdobycie stypendium było proste. Trzeba było mieć najwyższą średnią w szkole i najlepsze wyniki na maturze. Wystarczyło tylko dobrze do tego przysiąść, a te pieniądze miała w kieszeni. Nie, stanowcze nie dla chłopaka. Skomplikowałby jej tylko ten plan.
– Są, w którymś kartonie pod stołem – podpowiedziała mu, kiedy się nie ruszał.
Kamil się schylił i zaczął przeszukiwać pudła.
– Tu jest kompletny burdel – powiedział spod stołu.
Dziewczyna chciała mu pomóc. Schyliła się w tym samym czasie, w którym on postanowił się wyprostować. Zderzyli się. Kamil poleciał do tyłu, a na niego spadła Marta, która straciła równowagę. Znajdowała się pomiędzy jego nogami, które mocno ścisnął, żeby ją przytrzymać. Zabolała ją skroń, którą uderzyła o stół. Dotknęła lekko tego miejsca, żeby wyczuć, czy nie ma tam rany.
– Robi się czerwone – powiedział chłopak.
– Zostanie ślad, czuję to – uśmiechnęła się delikatnie.
Była tak blisko niego. Bardzo, za bardzo. Czuł jej ciepłe ciało, za ciepłe. Miał ochotę odsunąć te kilka kosmyków włosów, które opadły jej na twarz. Była stanowczo za blisko. Nie chciał związków. Nie teraz, kiedy lada moment wyjeżdża na studia i to na tym życiu chce się skupić.
Marta przygryzła wargę. Był pewien, że zrobiła to nieświadomie. Miała smakowite, pełne usta. Nie powinien jej teraz całować, wiedział, że to nie jest dobry pomysł.
Wzięła głęboki wdech. Jej klatka piersiowa uniosła się i jego wzrok skupił się na jej biuście. Wolałby, żeby nie miała teraz na sobie koszulki. Nie! Stop! Jego myśli wędrują za daleko.
– Powinniśmy wstać – powiedziała cicho, zauważając, gdzie powędrował wzrok chłopaka.
Uśmiechnęła się szeroko i podparła o podłogę, gdzieś pod jego udami, żeby się podnieść. Byli w dotychczasowej pozycji już za długo. Za długo i za blisko.
To nie był czas na amory.
Kamil położył dłoń na jej karku, a gdy uniosła głowę, szybko ją pocałował. Na początku była zdezorientowana, ale tylko przez chwilę. Mocniej naparła na niego. Chłopak znów stracił równowagę i poleciał na karton za nim, który na szczęście jedynie się przesunął. To otrzeźwiło dziewczynę.
– To nie jest dobry pomysł – powiedziała i szybko wstała.
Musiała przypomnieć sobie wszystkie argumenty, które przemawiały za tym, że to rzeczywiście nie jest dobry pomysł. Przecież nie zrobili nic złego. Kamil podobał jej się od dawna. Stop! Chodzi o skupienie się na nauce i jej życie oraz nowe, studenckie życie Kamila. Nie. Powinni zapomnieć o tej sytuacji, żeby nic nie komplikować.
– Nie jest – przytaknął i z ociąganiem podniósł się z ziemi. Już tęsknił za miękkimi ustami dziewczyny.
Nie musiał długo czekać. Wspięła się szybko na palce, podpierając się o jego klatkę piersiową i przyciągnęła go do siebie, łapiąc bluzę na jego torsie. Pocałowała go szybciej, niż się zorientował, co zamierza zrobić. Złapał ją pod tyłkiem i uniósł. Jedną ręką podtrzymywał dziewczynę, a drugą przesunął siodła, które były na stole. Kilka z nich spadło. Posadził ją. Zdarzało mu się śnić o tym, jak całuje Martę, ale sen nie równał się rzeczywistości. Nie chciał tego przerywać. W tym momencie żadne argumenty nie mogły go zatrzymać.
Marta odsunęła się nieznacznie, przerywając pieszczotę. Zanim zdążył zareagować, przygryzła napęczniałą wargę i zaczęła ściągać z siebie koszulkę. Wyglądała tak uwodzicielsko, jak jeszcze nigdy. Zrobiło mu się gorąco. Wiedział, do czego to zmierza i zanim znów pocałował dziewczynę, zarejestrował, że jej biustonosz wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał.
9.
Michał z Kaśką byli na samym końcu stajni. Siedzieli na stercie siana i po trochu ukrywali się przed Dorotą, która chodziła i sprawdzała wszystkie drzwi do boksów, włącznie z zawiasami. Spisywała, co będzie jej potrzebne ze sklepu do naprawy konstrukcji. Była w takim amoku, że nie zauważyła nawet, że jej przyjaciele nie pomagają. Tak pochłaniała ją praca.
Kaśka Rostek wgapiała się w swój telefon i żuła gumę. Nie była zainteresowana robotą w stadninie, dokładnie tak jak Michał. Chłopak, zmęczony, osunął się na sianie. Wygodnie się umościł i zamknął oczy. Było miękko, a jemu chciało się spać. Do trzeciej w nocy grał w LTG. Miał skończyć wcześniej, ale Rasel005 namówił go jeszcze na kilka rozgrywek, a że dobrze im szło, to rozegrali ich sześć.
Na szczęście dla Kaśki stajnia była pusta. Dzisiejszy dzień był słoneczny i pani Janina wyprowadziła konie na trawę, żeby przyjaciele mogli pracować w spokoju.
– Michał, mógłbyś mi pomóc? – spytała Dorota, rozkręcając pierwsze drzwiczki.
Chłopak się nie ruszył. Wpadał już w objęcia Morfeusza i było mu za błogo, żeby to przerywać.
Natomiast Dorota, nie czekając na reakcję chłopaka, kontynuowała pracę. Pech chciał, że źle podeszła do tego zadania. Skupiła się na wykręcaniu śrubek, kiedy obluzowane drzwi spadły na jej nogę. Zdążyła jeszcze odłożyć wiertarkę na ziemię, zanim poczuła ból.
– Kurwa! – syknęła, siadając na brudnej ziemi i łapiąc się za piszczel.
– Co jest? – Kaśka dopadła do niej.
– Nic – powiedziała rozeźlona dziewczyna. Zabrała rękę z nogi, żeby zobaczyć, jakie szkody sobie poczyniła. Nie widziała krwi, więc chyba będzie dobrze, ale nogawka jej starych dżinsów, które ubrała dzisiaj do pracy, była rozerwana. Odchyliła materiał, żeby ocenić stan swojej nogi. Na szczęście obyło się bez większej rany, ale naskórek był zdrapany, a noga mocno bolała. Miejsce, po którym przejechała deska, było czerwone, ale Dorota wiedziała, że może spodziewać się ogromnego siniaka.
– Jesteś cała? – spytała Kaśka, stojąc metr dalej. Przypatrywała się z dystansu, bo na widok krwi robiło jej się słabo.
– Jestem cała – przytaknęła dziewczyna, powoli wstając z ziemi.
Na jej błękitnych spodniach, teraz podartych, zostały dwie mokre plamy na tyłku, do których przykleiło się trochę siana z ziemi. Dorota próbowała strzepać je ręką, ale nic nie mogła poradzić na ubłocony materiał.
– Może jednak usiądziesz? – Kaśce zaczęło robić się słabo. Zaczesała nerwowo dłuższą grzywkę za uszy. – Potrzebny ci plaster? – dopytywała się, wciąż trzymając dystans i jednocześnie nie mając pojęcia, jak wygląda poszkodowana noga przyjaciółki.
– Nic mi nie będzie – próbowała ją uspokoić, nie do końca przejmując się zaniepokojoną dziewczyną. Kaśka taka była. Lekka panikara, co nawet Dorotę śmieszyło. – Możesz mi pomóc – dodała podchodząc do drzwiczek, które leżały teraz rozkręcone na ziemi. Obejrzała je dokładnie. Musiały upaść na dolny kant, bo tam drewno delikatnie odprysło, ujawniając jasny kolor, który znajdował się pod dębową bejcą.
Kaśka się martwiła, a Dorota wykorzystała sytuację i zagoniła ją do pracy. Co mogła zrobić? Podwinęła rękawy swojego zielonego sweterka nad łokcie i złapała drzwiczki z jednej strony, z drugiej to samo zrobiła Dorota. Podniosły je i oparły o ścianę. Kaśka nie była dzisiaj gotowa na jakąkolwiek pracę. Liczyła, że uda jej się wykręcić z tych robót i nie kłopotała się nawet wzięciem ubrań na zmianę. Miała tylko nadzieję, że nie zniszczy swoich dżinsów. To były jej ulubione spodnie. W nich jej tyłek wyglądał jak milion dolców, a patrząc teraz na dżinsy przyjaciółki, nie miała zamiaru skończyć jak ona.
Drzwi do stajni zaskrzeczały i ktoś otworzył je szeroko. Kaśka spojrzała w tamtą stronę. Przez chwilę nie mogła zidentyfikować drobnej istoty, która – z koczkiem na czubku głowy – była cała czarna w jasnym świetle z zewnątrz. Po chwili jej wzrok rozpoznał Aśkę ubraną w stare dresy, a jeszcze chwilę później dostrzegła mnóstwo plam od farb na jej ciuchach. Wyglądało na to, że tylko ona ubrała się nieodpowiednio. Ale może dzięki temu nie zaprzęgną jej do pracy? Będzie im towarzyszyć! W tym miejscu to była idealna praca dla niej. Będzie wspierać ich duchowo.
– Dzień dobry. – Zaraz za Aśką do stajni wszedł pan Jacek Bańko. Był ubrany w bawełnianą koszulę, starte dżinsy i lekką kurtkę, którą pewnie zamierzał zdjąć. Podniszczone ubranie mężczyzny tylko dało Kaśce do zrozumienia, że rzeczywiście wystroiła się nadmiernie, jeśli można było tak określić zwykłe dżinsy i nowy, zielony sweterek, którego w żadnej mierze nie chciała zniszczyć.
– Dzień dobry – przywitały się zgodnie z Dorotą.
– Widzę, że już zabrałyście się do pracy – zauważył mężczyzna.
Kaśka nie chciała go poprawiać, że w zasadzie ona nie za wiele zrobiła. Wiedziała, że ojciec Aśki dzisiaj się zjawi. Mydlana jeszcze tego samego wieczoru, kiedy to zaproponował, napisała do wszystkich z pytaniem, czy nie mają nic przeciwko. Nikt nie miał, a Dorota była wręcz zachwycona. Kaśka poznała to od razu po pierwszej wiadomości wysłanej przez dziewczynę. „Uff… nie będę musiała czytać wszystkich możliwych blogów”. I w tym „uff” Kaśka wyczuła prawdziwą ulgę.
– Odkręciłam już drzwiczki. – Dorota wskazała na konstrukcję opartą o ścianę. Miała zamiar rozkręcić je na części pierwsze. Na trzech blogach przeczytała, jak się bejcuje drewno i na wszystkich było napisane to samo. Zdrapać starą powłokę, odkurzyć pył, nałożyć bejcę, zeszlifować uniesione włoski, ponownie odkurzyć materiał obróbki i jeszcze raz nałożyć emulsję. To zdawało się być proste, ale czasochłonne, bo bejca musiała jeszcze mieć czas wyschnąć, ale dziewczyna mogła wrócić tu też jutro.
– Jest ładny dzień, zróbmy to na zewnątrz – zarządził pan Jacek. – Asia, rozłóż stare prześcieradła z domu – zwrócił się do córki. – Dorota, masz przedłużacze?
Dziewczyna wskazała metr dalej na torbę, w której znajdowały się kable. Mężczyzna wyciągnął ze szmacianej torby szlifierkę i potrzebne papiery ścierne. Rozdysponował zadania i sam złapał wiertarkę w ręce, żeby rozkręcić wszystkie elementy drzwiczek, a dziewczyny zajęły się wynoszeniem z budynku socjalnego starego stołu, który miał ułatwić im pracę.
Kiedy wszystko było już gotowe, Aśka podekscytowana powtarzała, że ona chce pierwsza szlifować i to jej tata dał szlifierkę do ręki. Wziął ze sobą jakąś starą deskę, na której miały ćwiczyć. Okazało się, że to wcale nie taka prosta sprawa. Szlifierka była głośna, szybko robiła wyrwy w drewnie, a przynajmniej Aśka nie potrafiła naciskać na nią z jednolitą siłą. Ale potrzebowała tylko chwili, żeby w końcu wyczuć sprzęt. Nie miała pojęcia, że to takie fascynujące.
– Witam – powiedziała pani Janina, kiedy szlifierka na chwilę umilkła, bo Aśka zamierzała przekazać ją Dorocie, żeby teraz ona spróbowała swoich sił. W tym całym hałasie i entuzjazmie nikt nie zauważył kobiety, która do nich podeszła. – Słyszałam, że pomoże pan mojej stajni. Bardzo dziękuję, jestem niezmiernie wdzięczna.
– Dzięki temu, będę mógł spędzić więcej czasu z córką – uśmiechnął się przyjaźnie. – Wie pani jak to jest z nastolatkami, nigdy nie ma ich w domu.
