Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na pokładzie parowca Nan-Shan wszystko jest policzalne: kurs, ładunek, ciśnienie w barometrze, liczba węzłów. Kapitan MacWhirr wierzy w fakty i w rutynę – i właśnie dlatego, gdy na morzu rodzi się tajfun, nie ma w nim ani heroicznej pozy, ani wielkich słów. Jest upór, chłodna konsekwencja i praca, która musi zostać wykonana, choć świat zamienia się w huk, wodę i ciemność.
Conrad opowiada o żywiole bez romantycznej mgły: to nie „przygoda”, tylko próba charakteru, w której rozsądek bywa cienką deską ratunku. „Tajfun” jest krótką nowelą, ale działa jak pełnowymiarowe doświadczenie – człowiek kontra natura, i człowiek kontra własna wyobraźnia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 121
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fizjonomia kapitana MacWhirra z parowca Nan‑Shan stanowiła w sferze widzialnej wierne odbicie jego umysłu: nie zdradzała ani stanowczości, ani głupoty; nie miała żadnych cech szczególnych – była po prostu zwyczajna, chłodna i niewzruszona. Jego wygląd mógł czasem sugerować co najwyżej nieśmiałość, kiedy przesiadywał w różnych biurach na lądzie, ze słabym uśmiechem na opalonej twarzy i spuszczonymi oczami. Gdy je podnosił, było widać, że są błękitne i patrzą prosto na rozmówcę. Jasne, nadzwyczaj cienkie włosy obejmowały od skroni do skroni łysą kopułę czaszki niby kępa puszystego jedwabiu. Natomiast zarost twarzy, koloru płomiennej marchwi, wyglądał jak szczecina miedzianego drutu, przycięta krótko nad linią ust; i choćby nie wiadomo jak gładko się ogolił, kiedy tylko poruszył głową, ogniste, metaliczne błyski przebiegały mu po policzkach.
Był niższego niż średni wzrostu, o plecach lekko zaokrąglonych, a kończynach zbudowanych tak mocno, że ubrania wydawały się zazwyczaj odrobinę przyciasne na nogach i ramionach. Jakby niezdolny pojąć różnicy klimatów na rozmaitych szerokościach geograficznych, zawsze nosił brązowy melonik, brązowy garnitur i ciężkie czarne buty. Ten portowy strój nadawał jego krępej postaci wygląd sztywnej, niezdarnej elegancji. Cienki srebrny łańcuszek zegarka zwisał na kamizelce, a gdy schodził na ląd, nieodmiennie ściskał w potężnej, owłosionej ręce swój elegancki parasol z najlepszego gatunku, zazwyczaj jednak nierozłożony. Młody Jukes, pierwszy oficer, odprowadzając dowódcę do trapu, zdobywał się czasem na delikatną uwagę: „Pan pozwoli, panie kapitanie”, i wziąwszy z szacunkiem parasol, unosił drążek, potrząsał fałdami, w mgnieniu oka dokładnie je skręcał i oddawał kapitanowi; przy tym miał tak uroczystą minę, że pan Salomon Rout, pierwszy mechanik, paląc nad świetlikiem swoje poranne cygaro, odwracał głowę, aby ukryć uśmiech. „Tak! Ten przeklęty drapak… Dziękuję panu, dziękuję” – bąkał kapitan serdecznie, nie podnosząc oczu.
Mając tylko tyle wyobraźni, ile potrzeba na przeżycie każdego kolejnego dnia, był spokojny i pewny siebie; z tego samego powodu nie było w nim ani odrobiny zarozumiałości. Zwierzchnik obdarzony wyobraźnią bywa obraźliwy, wyniosły i trudno go zadowolić; każdy zaś statek dowodzony przez kapitana MacWhirra był pływającym siedliskiem zgody i spokoju. Prawdę mówiąc, kapitanowi równie trudno byłoby ulec jakiemuś wybrykowi fantazji, co zegarmistrzowi złożyć chronometr bez żadnych narzędzi prócz dwufuntowego młota i piły. A jednak nieciekawe życie ludzi całkowicie pochłoniętych sprawami bieżącej chwili ma również swoje tajemnice. Na przykład w przypadku kapitana MacWhirra nie można było w żaden sposób zrozumieć, co skłoniło do ucieczki na morze tego całkiem udanego syna drobnego sklepikarza z Belfastu. A przecież właśnie to zrobił, gdy miał piętnaście lat. Wystarczyło się nad tym zastanowić, by wyobrazić sobie jakąś olbrzymią, potężną, a niewidzialną rękę, która wsuwa się w ziemskie mrowisko, chwyta za ramiona, uderza głowami o głowy i pcha nieświadomych ludzi w kierunku niezrozumiałych celów, w strony, o których im się nawet nie śniło.
Ojciec nigdy mu w gruncie rzeczy nie wybaczył tego głupiego nieposłuszeństwa. „Moglibyśmy się bez niego obejść – mawiał później – ale mamy przecież sklep, a to nasz jedyny syn!” Po jego zniknięciu matka bardzo płakała. Ponieważ nie przyszło mu do głowy zostawić jakąś wiadomość o sobie, opłakiwano go jak zmarłego, dopóki po ośmiu miesiącach nie przyszedł pierwszy list z Talcahuano. Był krótki i zawierał stwierdzenie: „Mieliśmy bardzo ładną pogodę podczas rejsu”. Widocznie jednak w przekonaniu piszącego jedyną ważną wiadomość stanowił fakt, że tego samego dnia kapitan wpisał go na listę stałej załogi w stopniu zwykłego marynarza. „Bo umiem pracować” – wyjaśnił. Matka znowu zalała się łzami, a ojciec wyraził swoje uczucia słowami: „Tom jest osłem”. Był to zażywny mężczyzna, skłonny do żartobliwych kpin, które do końca życia uprawiał w stosunku do syna, traktując go z lekkim politowaniem, jak osobę niespełna rozumu.
Wizyty MacWhirra w domu były z konieczności rzadkie, ale w miarę jak mijały lata, wysyłał rodzicom kolejne listy, zawiadamiając ich o swoich awansach i podróżach po szerokim świecie. Były w tych listach takie zdania: „okropny jest tu upał” albo „w dzień Bożego Narodzenia o czwartej po południu napotkaliśmy góry lodowe”. Starzy rodzice poznali w ten sposób nazwy wielu statków, nazwiska kapitanów, którzy nimi dowodzili, nazwiska szkockich i angielskich armatorów, nazwy mórz, oceanów, cieśnin, przylądków, obce nazwy portów drzewnych, portów ryżowych, portów bawełnianych, nazwy wysp i – imię jego dziewczyny. Nazywała się Lucy. Nie wpadł na pomysł, by napisać, czy mu się to imię podoba. A potem starzy zmarli.
W odpowiednim czasie nadszedł wielki dzień ślubu MacWhirra, wkrótce po wielkim dniu, kiedy otrzymał swoje pierwsze dowództwo. Wszystko to wydarzyło się na wiele lat przed owym rankiem, kiedy w kabinie nawigacyjnej parowca Nan‑Shan stwierdził, że barometr, któremu nie miał powodu nie ufać, spada. Spadek barometru – biorąc pod uwagę precyzję instrumentu, porę roku i położenie statku na kuli ziemskiej – nie wróżył nic dobrego, ale czerwona twarz kapitana nie zdradzała wewnętrznego niepokoju. Wróżby dla niego nie istniały i nie pojmował ich treści, dopóki nie stanął oko w oko z przepowiedzianym faktem.
„Barometr spada, to nie ulega wątpliwości – pomyślał. – Widocznie gdzieś w okolicy tłucze się wyjątkowo paskudna pogoda”.
Nan‑Shan płynął z południa do wolnego portu Fuczou, wioząc towar w dolnych ładowniach i dwustu chińskich kulisów powracających po kilku latach pracy w rozmaitych podzwrotnikowych koloniach do swoich wiosek w prowincji Fokien. Ranek był piękny, oleiste morze falowało gładko, bez roziskrzeń, a na niebie widać było dziwną, białą, mglistą plamę podobną do słonecznej aureoli.
Przedni pokład był zapchany Chińczykami: ciemne ubrania, żółte twarze, warkoczyki, wszystko to poprzetykane nagością ramion, bo wiatru nie było i panował duszny upał. Kulisi wylegiwali się, gadali, palili albo stali, gapiąc się za burtę; niektórzy czerpali wodę z morza i oblewali się wzajemnie. Paru spało na pokrywach luków, a kilka grup po sześciu, przykucniętych na piętach, otaczało żelazne tace z ryżem i maleńkimi filiżankami herbaty; każdy zaś z tych obywateli Państwa Niebieskiego wiózł ze sobą wszystko, co posiadał na świecie. Drewniany kuferek z brzęczącym zamkiem i miedzianymi okuciami na rogach zawierał zdobycze pracy: parę szat ceremonialnych, kilka pałeczek kadzidła, może nieco opium, jakieś bezwartościowe drobiazgi i niewielki zapas srebrnych dolarów zarobionych w trudzie na barkach węglowych, zdobytych hazardem lub drobnym handlem, wydartych pazurami ziemi, wypoconych w kopalniach, na liniach kolejowych, w zabójczych dżunglach, pod ciężarem ładunków – nagromadzone cierpliwie, ukrywane starannie, strzeżone zawzięcie.
Około dziesiątej krzyżująca się martwa fala nadpłynęła od strony Cieśniny Formoskiej, nie wzbudzając zbytniego niepokoju wśród pasażerów, bo Nan‑Shan był bardzo szeroki, miał płaskie dno i boczne stępki przeciwprzechyłowe, a w ogóle znany był jako okręt wyjątkowo stateczny. Pan Jukes w chwilach wylewności na lądzie oświadczał, że „stara krypa jest tak samo solidna, jak i śliczna”.
Kapitanowi MacWhirrowi nawet do głowy by nie przyszło wyrażać głośno podobnie wyszukane pochwały. Statek był z pewnością dobry, a przy tym względnie nowy. Zbudowano go w Dumbarton przed trzema laty na zamówienie firmy handlowej w Syjamie, „Bracia Sigg i Syn”.
Kiedy unosił się już na wodzie, całkowicie wykończony i gotów do rozpoczęcia swoich życiowych zadań, właściciele stoczni przyglądali mu się z dumą.
– Sigg prosił, żebyśmy mu znaleźli odpowiedzialnego kapitana, który by zabrał stąd statek – odezwał się jeden ze wspólników.
Drugi zaś, po chwili zastanowienia, odpowiedział:
– Zdaje mi się, że MacWhirr jest właśnie na lądzie.
– Tak? To wyślij mu zaraz telegram. To akurat człowiek, jakiego nam potrzeba – bez chwili wahania oświadczył starszy.
Nazajutrz rano MacWhirr stanął przed nimi jak zwykle spokojny; przyjechał z Londynu nocnym ekspresem, pożegnawszy się z żoną na dworcu krótko i bez wylewności. Pani MacWhirr pochodziła z dobrej rodziny, której kiedyś wiodło się znacznie lepiej.
– Obejrzyjmy teraz statek, kapitanie – powiedział starszy wspólnik i trzej mężczyźni udali się na oględziny wszystkich doskonałości Nan-Shanu od dziobu do rufy i od dna ładowni po szczyty dwóch krępych masztów. Kapitan MacWhirr zaczął od zdjęcia palta, które powiesił na parowej windzie kotwicznej, wyposażonej we wszelkie najnowsze udoskonalenia.
– Wuj polecił pana wczoraj listownie naszym dobrym znajomym, wie pan – Braciom Sigg, i na pewno zatrzymają tam pana na stanowisku – powiedział młodszy wspólnik. – Będzie się pan mógł szczycić, panie kapitanie, dowodząc najbardziej sprawnym statkiem tej wielkości na wodach chińskich – dodał.
– Napisaliście, panowie? Dziękuję… – mruknął niewyraźnie MacWhirr, na którym odległa perspektywa takiej możliwości nie zrobiła większego wrażenia niż piękny, rozległy krajobraz na krótkowzrocznym turyście. Jego oczy spoczywały właśnie na zamku drzwi kabiny, do których podszedł zdecydowanym krokiem i, energicznie szarpiąc klamkę, powiedział swoim cichym, poważnym głosem:
– W dzisiejszych czasach rzemieślnikom nie można ufać. Nowiutki zamek, a nie działa. Zaciął się. Proszę. Proszę zobaczyć!
Kiedy wspólnicy zostali sami w swoim biurze po przeciwnej stronie stoczniowego placu, siostrzeniec zapytał z nutą pogardy w głosie:
– Chwaliłeś tego człowieka przed Siggiem, ale co ty właściwie w nim widzisz, wuju?
– Przyznaję, że nie ma w nim nic z romantycznego kapitana, jeśli o to ci chodzi – odpowiedział sucho starszy. – Czy jest tam gdzieś mistrz stolarski z Nan-Shanu?… Wejdźcie, Bates. Jak to się stało, że dopuściliście, by ludzie Taita wstawili wadliwy zamek do drzwi kabiny? Kapitan od razu to zauważył, ledwie spojrzał. Proszę natychmiast wymienić zamek. Drobiazgi, Bates, pamiętajcie o drobiazgach…
Zamek został wymieniony jak należy i parę dni później Nan-Shan wypłynął na Wschód. MacWhirr nie zgłaszał już żadnych uwag na temat wyposażenia i nie słychać też było, by powiedział choć słowo, które zdradzałoby dumę z okrętu, wdzięczność za nominację czy zadowolenie z widoków na przyszłość. Z usposobienia nie był ani gadatliwy, ani milczący, jednak rzadko dostrzegał powód, by się odzywać. Oczywiście istniały sprawy służbowe – uwagi, wskazówki, rozkazy i tym podobne – lecz jego zdaniem przeszłość była załatwiona, a przyszłość jeszcze nieobecna, zaś bardziej ogólne sprawy bieżące nie wymagały komentarzy, ponieważ fakty mogą mówić same za siebie z przytłaczającą precyzją.
Stary Sigg lubił ludzi małomównych i takich, „co do których można mieć pewność, że nie będą próbowali udoskonalać danych im instrukcji”. MacWhirr czynił zadość tym wymaganiom, został więc zatwierdzony na stanowisku kapitana i odtąd całkowicie poświęcił się ostrożnej nawigacji Nan-Shanem po wodach chińskich.
Początkowo statek był zarejestrowany jako brytyjski, lecz po pewnym czasie Bracia Sigg uznali za stosowne przenieść go pod banderę syjamską. Na wieść o planowanej zmianie Jukes poczuł się zaniepokojony, jakby było to dla niego osobistą obrazą. Chodził po pokładzie, mrucząc coś do siebie pod nosem i od czasu do czasu wybuchając pogardliwym śmiechem.
– Coś podobnego – jakiś idiotyczny słoń z Arki Noego na banderze statku – powiedział raz w drzwiach maszynowni. – Niech mnie diabli… jeśli to zniosę. Rzucę to wszystko. A pan? Panu się niedobrze nie robi?
Pierwszy mechanik chrząknął tylko z miną człowieka, który umie docenić dobrą posadę.
Pierwszego rana, kiedy nowa bandera powiewała na rufie Nan-Shanu, Jukes z niesmakiem przyglądał się jej z mostka. Przez chwilę walczył z własnymi uczuciami, a potem zauważył:
– Dziwnie pływać pod taką banderą, panie kapitanie.
– Czy coś nie tak, jak trzeba? – zapytał kapitan MacWhirr. – Wydaje mi się zupełnie w porządku.
Przeszedł na skrzydło mostka, żeby lepiej się jej przyjrzeć.
– Dla mnie jest dziwaczna – wybuchł Jukes i, wyprowadzony z równowagi, zbiegł z mostka.
Kapitan MacWhirr zdumiał się tym zachowaniem. Po chwili wszedł spokojnie do kabiny nawigacyjnej i otworzył swój Międzynarodowy kod sygnałowy w miejscu, gdzie w jaskrawych kolorach przedstawione są dokładnie flagi wszystkich narodów. Przesuwał po nich palcem i, natrafiwszy na Syjam, wpatrzył się z wielką uwagą w czerwone pole i białego słonia. Nic prostszego nie mogło być, ale dla pewności zabrał książkę na mostek, żeby porównać kolorowy rysunek z prawdziwą banderą na drzewcu flagowym na rufie.
Kiedy Jukes, który tego dnia spełniał swoje obowiązki z hamowaną wściekłością, pojawił się na mostku, kapitan zauważył:
– Nic tej banderze nie brakuje.
– Rzeczywiście? – wybąkał Jukes, klękając z rozmachem przed skrzynią, skąd z furią wyszarpnął zapasową linkę sondy.
– Tak. Sprawdziłem w książce. Dwa razy tak długa jak szeroka i słoń dokładnie pośrodku. Byłem pewien, że tutejsi ludzie potrafią zrobić banderę własnego kraju. To przecież jasne. Nie miał pan racji…
– Ale, panie kapitanie – zaczął Jukes, wstając podniecony – mogę tylko powiedzieć… – trzęsącymi rękami szukał w zwoju końca linki.
– Już dobrze, dobrze – uspokoił go kapitan MacWhirr, siadając ciężko na swoim ulubionym płóciennym składanym krześle. – Musi pan tylko pilnować, żeby nie wciągali słonia do góry nogami, zanim się nie przyzwyczają.
Jukes przerzucił nową linkę sondową na przedni pokład, wołając głośno:
– Macie ją, bosmanie – nie zapomnijcie dobrze jej zmoczyć!
Z gwałtowną stanowczością zwrócił się do dowódcy, ale kapitan MacWhirr rozparł się już wygodnie, opierając łokcie na poręczy skrzydła.
– Bo przypuszczam, że to mogłoby być zrozumiane jako sygnał wzywania pomocy – ciągnął. – Jak pan sądzi? Myślę, że ten słoń przedstawia coś w rodzaju Union Jacka na banderze…
– Czyżby? – wrzasnął Jukes tak, że wszystkie głowy na pokładach Nan-Shanu zwróciły się ku mostkowi. Potem westchnął i z nagłą rezygnacją w głosie dodał łagodnie: – Z pewnością to by okropnie wyglądało.
Później tego samego dnia zaczepił pierwszego mechanika, szepcząc poufnie:
– Słuchaj no. Opowiem ci ostatni wyczyn starego.
Pan Salomon Rout (często zwany Długim Salem, Starym Salem albo Papą Routem), jako że na wszystkich statkach bywał prawie zawsze najwyższym członkiem załogi, wyrobił w sobie postawę niefrasobliwej pobłażliwości. Włosy miał rzadkie, w kolorze piasku, blade, płaskie policzki, kościste przeguby i wąskie dłonie naukowca – również blade, jak gdyby całe życie spędził w cieniu.
Uśmiechnął się ze swoich wyżyn do Jukesa i dalej palił, rozglądając się spokojnie wokół, niby dobry wujaszek gotowy wysłuchać opowiadania podnieconego uczniaka. Potem, wielce ubawiony, choć bynajmniej nie wytrącony z równowagi, spytał:
– No i rzucił pan posadę?
– Nie – wyrzucił z siebie Jukes znużonym, zniechęconym głosem, usiłując przekrzyczeć przykry warkot wind ładunkowych Nan-Shanu.
Pracowały wszystkie pełną parą, porywając unosy towaru i wznosząc je wysoko aż do końca długich żurawi, jakby tylko po to, żeby je w biegu niedbale porzucać. Łańcuchy stropów zgrzytały na blokach, brzęczały na zrębnicach, obijały się łoskotem o burtę; cały statek dygotał, a jego długie, szare burty spowite były w kłęby pary.
– Nie – krzyknął Jukes – nie wymówiłem. Co by to dało? Równie dobrze mógłbym rzucić swoją dymisję o tę grodź. Nie wierzę, żeby taki człowiek mógł cokolwiek zrozumieć. On mnie po prostu wykańcza.
