Tajemnica Talizmanu - Mateusz Tomczyk - ebook

Tajemnica Talizmanu ebook

Mateusz Tomczyk

0,0

Opis

Najwyższym dobrem we Wszechświecie jest prawda. Tylko czy warto oddać za nią życie?

Rok 2360. Ludzkość skolonizowała planety i księżyce Układu Słonecznego, ale przeszłość wciąż rzuca cień na nowy porządek świata. Gdy na skutej lodem Europie dochodzi do strzelaniny, starszy sierżant Tomasz rozpoczyna śledztwo, które szybko przeradza się w walkę o przetrwanie.

Podejrzany znika ze strzeżonej bazy, świadkowie milczą, a w sprawę włączają się agenci Międzyplanetarnego Biura Bezpieczeństwa. W ręce Tomasza trafia archaiczna dyskietka prowadząca do zapomnianej stacji w pobliżu Plutona i tajemniczego Mnicha.

Tymczasem na Ziemi archeolodzy odkrywają ślady sugerujące, że historia Wielkiej Wojny została sfałszowana. Wkrótce losy bohaterów splatają się wokół sekretu ukrywanego przed ludzkością od dziesięcioleci. Każdy kolejny trop przybliża ich do prawdy i pokazuje, że ktoś zrobi wszystko, by nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Kosmiczna intryga, polityczne manipulacje i pytanie, kto naprawdę napisał historię świata – oto początek podróży poza granice znanego Układu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 251

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mateusz Tomczyk

Tajemnica Talizmanu

Rozdział I

EUROPA

Europa, księżyc Jowisza

30 sierpnia 2360 roku,

godzina 13:00 czasu marsjańskiego

Przez małe okienko bojowego ścigacza roztaczał się ponury widok bezkresnego, lodowego pustkowia Europy. Lecąc z ponaddźwiękową prędkością, można było podziwiać szybko przemykające pod ścigaczem bruzdy i pęknięcia powierzchni lodowej krainy. Mroczny i zimny pejzaż przytłaczał oraz przerażał. Było w nim jednak też coś tajemniczego; coś, co przyciągało spragnionych przygód śmiałków.

Cały księżyc nie zachęcał swoim wyglądem, a pomimo tego rok w rok co odważniejsi odwiedzali ten zakątek kosmosu. Skuty lodem świat stanowił kolejny etap w ekspansji Planetarnego Układu Tysiąclecia. Niezmierzone ilości tego surowca były niezwykle cenne. Wśród mieszkańców istotnie wzrastało zapotrzebowanie na wodę, wykorzystywaną do różnych celów, zarówno przemysłowych, jak i konsumpcyjnych. Po przeprowadzeniu odpowiedniego procesu oczyszczania stawał się zdatna do picia. Dzięki temu można było wzbogacić się w zawrotnym tempie, organizując odwierty głębinowe i wydobywając najczystsze, nietknięte od milionów lat pokłady lodu. Dlatego też tysiące robotników, górników oraz spółek trudniących się przemysłem wodnym od lat ciągnęło na to pustkowie. Europa stanowiła również naukowe eldorado. Pod grubą warstwą lodu znajdowały się nieznane dotychczas ekstremofilne mikroorganizmy. Mało który biolog w Układzie Słonecznym nie chciałby skorzystać z okazji i przyjrzeć się z bliska choć jednemu z tych egzotycznych, bakteryjnych form życia. Dla ludzi był to jasny dowód na to, że poza rdzenną planetą Ziemią w przestrzeni kosmicznej może się też rozwijać życie. Niestety wciąż jako aktualne jawiło się pytanie, czy istniała gdzieś w oddali zaawansowana obca cywilizacja.

Jeżeli zaś chodzi o Europę, to jakkolwiek perspektywa zamieszkania tu na stałe i tak była na tyle przerażająca, że raczej mało kto przy zdrowych zmysłach wytrzymywał dłużej niż kilka lat. Jeszcze bardziej jednak napawała grozą myśl rozbicia się w tym miejscu i do tego w odległości tysięcy kilometrów od najbliższej ludzkiej osady. Właśnie z tą myślą bił się Tomasz, starszy sierżant Żandarmerii Sił Obronno-Porządkowych Zjednoczonego Układu Planetarnego. Zaledwie centymetr szyby oddzielał jego twarz od niezwykle rzadkiej atmosfery, a także zabójczego promieniowania i ekstremalnie niskiej temperatury. Młody żołnierz doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że warunki panujące na zewnątrz zdecydowanie przyczyniłyby się do jego szybkiego i bardzo bolesnego końca. Nie pocieszał go fakt, że miał skafander. Niby ostatniej generacji, lecz i tak obsługa naziemna zwykła żartować, że może uratować życie, o ile cudem udałoby się przetrwać upadek ścigacza. Potem ktoś musiałby znaleźć rozbitka w niespełna godzinę, co w tym miejscu graniczyło raczej z cudem. Starszy sierżant, lecąc teraz nad lodową powierzchnią, wolał zatem nie sprawdzać skuteczności własnego skafandra.

Sposobem na oderwanie się od mrocznych wizji rozbicia się o zamarzniętą ziemię była dla niego praca. Pośpiesznie wertował pliki przesłanych zdjęć i notatek służbowych, aby wchłonąć jak najwięcej informacji o powierzonej mu kolejnej misji. Kilka godziny temu, jeszcze w bazie Europa Pionier Sześć, otrzymał wezwanie do niezwłocznego stawiennictwa w kompleksie Europa Pionier Pięć, aby zabezpieczyć dowody mającego tam miejsce zdarzenia.

Zgodnie ze wstępnymi ustaleniami pełniący w tej osadzie służbę żołnierz dostał ataku szału. Biegając po korytarzach kompleksu, strzelał z karabinu szturmowego. Cudem nikogo nie pozbawił życia. Ochrona zdołała w porę obezwładnić sprawcę i osadzić w pomieszczeniu dla osób zatrzymanych, nie chciał jednak zeznawać. Z uwagi zaś na to, że na miejscu nie mieli dyżurnego dochodzeniowo-śledczego, trzeba było ściągnąć właśnie starszego sierżanta. Zgodnie z procedurą w takich przypadkach tylko on mógł podjąć stosowne czynności, w tym zabezpieczyć ślady i przesłuchać świadków do czasu, gdy przybędzie prokurator. A tego trzeba byłoby ściągać aż ze stacji orbitalnej, która krążyła nad powierzchnią księżyca na dużej wysokości, a na domiar złego akurat znajdowała się po jego drugiej stronie.

Tomasz, analizując dokumenty, utwierdził się jedynie w przekonaniu, że wszelkie testy psychologiczne, które rzekomo mają na celu weryfikować przysyłanych tutaj ludzi, są zawodne. Jego zdaniem w ogóle można było podać w wątpliwość to, czy ma miejsce jakakolwiek kontrola tych osób. Czy na podstawie jednej rozmowy oraz wyników kliku testów da się bowiem ustalić, co człowiekowi siedzi w głowie albo co może mu do niej wpaść w czasie pobytu na tym mrocznym odludziu Układu Słonecznego?

On na księżycu przebywał dopiero od trzech miesięcy, a już miał go stanowczo dosyć. Zgodnie z obowiązującymi wytycznymi, aby trafić na to odludzie w ramach służby, trzeba wykazać się odpowiednimi predyspozycjami fizycznymi i psychicznymi, a pobyt nie mógł trwać dłużej niż dwa lata. Dwa lata na tym księżycu Jowisza to jednak zbyt długo. I potem niestety tak to się kończy. Problem w tym, że o ile różni dziwacy z cywila przylatywali tutaj za pieniędzmi bądź ekscentrycznymi odkryciami, o tyle niewielu z zawodowych żołnierzy chciało być przenoszonych. Dlatego też kierowali tu każdego, kto z powodu braku doświadczenia zawodowego sam dobrowolnie się zgłosił. A jeśli takich wolontariuszy brakowało, to sztab wysyłał ich na podstawie rozkazu. I w taki właśnie sposób do lodowej krainy trafił właśnie starszy sierżant Tomasz.

W tym momencie pilot ścigacza wychylił głowę zza drzwiczek kabiny, czym oderwał starszego sierżanta od lektury nadesłanych dokumentów i rozmyślań nad losem rezydentów księżyca Europa.

– Panie sierżancie…

Starszy sierżancie – pomyślał Tomasz. Na porządku dziennym było degradowanie go o stopień niżej.

– Przepraszam, że przerywam, ale odebraliśmy automatyczny sygnał mayday z nadajnika jakiegoś transportera. Około dwustu kilometrów na wschód od nas – zakomunikował oschle pilot.

Tomasz doskonale wiedział, co oznacza ta informacja. Zgodnie z protokołem ratunkowym mieli obowiązek tam lecieć. Pilot nie musiał już nic dodawać. Starszy sierżant tylko westchnął i odparł:

– No dobrze. Proszę mnie tylko połączyć z piątką. Muszę niezwłocznie komuś wydać instrukcje, co mają robić do czasu mojego przybycia.

– Tak jest, panie sierżancie. Już łączę. – Pilot zasalutował i szybko znikł za drzwiczkami kokpitu.

Jeszcze nie dolecieli do bazy, a już zaczynały się problemy. Niezbyt dobrze się to wszystko zapowiadało. Jeszcze ten wszechobecny lód i zabójczy mróz… Na samą myśl o wyjściu na zewnątrz Tomaszowi zrobiło się niedobrze.

***

Z transportera zostały tylko roztrzaskane fragmenty blachy, kabli, elektryki, plastiku i wielu innych ruchomych elementów. Wszystko to było porozrzucane naokoło, w promieniu kilkudziesięciu metrów. Gdzieniegdzie skaczące płomienie topiły lód, a woda ściekała strużkami do podłużnego wyżłobienia, które powstało kiedy maszyna uderzyła o ziemię.

Badanie obszaru katastrofy, jak to Tomasz miał w zwyczaju, rozpoczął od najdalej wyrzuconego zauważalnego elementu. Był doświadczonym technikiem kryminalistyki, przeprowadził już wiele różnych oględzin i wiedział, że za każdym razem należy stosować stałe reguły postępowania. W przypadku miejsca znajdującego się na zewnątrz należy zidentyfikować najdalej wysunięty punkt odniesienia, którym powinien być przedmiot zazwyczaj mający związek z badanym zdarzeniem. Następnie trzeba maszerować powoli, okrążając obrany punkt centralny tak, aby stopniowo zbliżać się do środka.

I tak też w odruchu Tomasz, nauczony praktyką, zaczął kierować się do źródła katastrofy. Dzięki temu był w stanie uchwycić i szybko ocenić jak najwięcej szczegółów, które mogłyby zdradzić przyczyny bądź też dostarczyć informacji o przebiegu wypadku. Jego umysł od razu przestawił się na szybką ocenę i analizę obserwowanych przedmiotów. Z doświadczenia wiedział, że najczęściej najmniej podejrzany, niepozorny szczegół czy też rzecz może stanowić istotny dowód w sprawie.

Tomasz zdążył przejść jednak tylko kilka metrów, gdy dostrzegł porozrzucane ciała. Siła uderzenia cisnęła nimi w różne strony. Starszy sierżant wraz z pilotami pośpiesznie podbiegł do każdego z nich. Stan trzech wskazywał na nagłą śmierć w chwili upadku. Jeden jednak jeszcze żył. Tomasz bez namysłu zaczął grzebać przy jej skafandrze, aby ręcznie włączyć system resuscytacji. Wiedział, że skafandry ostatniej generacji mają automatyczny system kontroli tętna i oddechu, a w razie braku takowych winien się uruchomić wbudowany defibrylator oraz mechanizm respirujący.

Tym razem zabezpieczenia skafandra nie zadziałały, wobec tego Tomasz zaczął ciągnąć ocalałego w kierunku ścigacza, aby tam przeprowadzić starodawną resuscytację – ręcznie. W tym jednak momencie rozbitek ze wszystkich słabnących sił chwycił za kołnierz kombinezonu starszego sierżanta i przyciągnął go do siebie. Uczynił to tak dynamicznie, że pozłacane osłony twarzy obu mężczyzn zderzyły się ze sobą, wydając niebezpieczny brzęk. Wówczas wyszeptał już w agonii:

– Talizman i wrota istnieją… oni… wiedzą… oni… Wszyscy muszą się dowiedzieć… Prusinowski nas okłamał…! – W tej samej chwili wydał ostatni oddech.

– Panie sierżancie. Przynieść sprzęt do resuscytacji? – Tomasz usłyszał w słuchawkach interkomu pośpieszne pytanie pilota.

– Nie, już po fakcie, on nie żyje – odpowiedział automatycznie.

– Rozbitek coś mówił? – uzupełnił pytanie pilot.

– Nie, nie… jakieś majaczenia…

Tomasz zastanawiał się, o co chodziło temu człowiekowi. Talizman i wrota? Kto i o czym ma się dowiedzieć? Kompletnie nie zrozumiał też, o jakiego Prusinowskiego chodziło.

– Majaczył w agonii – powtórzył już bardziej stanowczym głosem.

Rozdział II

OBRONA

Hope of Phoenix

Mars

1 czerwca 2360 roku

1 czerwca 2360 roku w Hope of Phoenix na Marsie był dniem dość ciepłym. Temperatury o tej porze roku sięgały tu średnio dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, a park Planetarnego Uniwersytetu w Hope of Phoenix jak zwykle zachwycał intensywną zielenią. Powiewający wiatr lekko kołysał przy tym koronami drzew. Budynek wzniesiony z czerwonej cegły na wzór dziewiętnastowiecznej architektury klasycystycznej harmonijnie wkomponowywał się w zieleń otaczającego go parku. Zapewne żadnemu z architektów, którzy żyli w dziewiętnastym wieku, a o których można rzec, że byli ojcami stylu, w jakim wzniesiono budynek uniwersytetu, nie śniło się wówczas, że za kilka wieków ich koncepcje będą wiernie odwzorowywane na innej planecie.

Uniwersytet wzniesiono na cześć twórców sondy Phoenix, która wylądowała na powierzchni Marsa w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. Zresztą całe miasto Hope of Phoenix nawiązywało do historii tej sondy. Dla Tomasza zastanawiające jednak było, dlaczego miasto związało się akurat z tą maszyną. Jej lądowanie miało miejsce przecież w okolicach północnego bieguna Vastitas Borealis, a jest to miejsce oddalone o tysiące kilometrów na północ od prowincji Elysium, w której właśnie zlokalizowano miasto. Według teorii jego niektórych znajomych chodziło o to, że sonda jako pierwsza miała rzekomo odnaleźć poszlaki świadczące o tym, iż w przeszłości na Marsie była woda. A bez niej nie ma przecież życia. Wobec tego sonda Phoenix… symbol nadziei na stworzenie nowego, zdatnego do zasiedlenia świata. Stąd też nazwa miasta, w którym się wychował, a które ustanowiono jednocześnie stolicą Zjednoczonego Układu Planetarnego.

1 czerwca 2360 roku był dla większości obecnych na uniwersytecie normalnym dniem pracy lub nauki. Dla Tomasza okazał się jednak wyjątkowy, ponieważ dziś miał długo wyczekiwaną obronę doktoratu. Po kliku latach żmudnej pracy wreszcie nastąpiła ta chwila. Starszy sierżant Międzyplanetarnej Żandarmerii Sił Obronno-Porządkowych doktor w dziedzinie kryminalistyki. Dla niego brzmiało dumnie.

Ludzie naokoło gratulowali i zadawali Tomaszowi liczne pytania co do dalszych planów, urlopu, kariery, a nawet poruszono kwestię, czy nie czas zakładać rodzinę. Nie miał on jednak w planach jakiegokolwiek wypoczynku, już nie wspominając o kobiecie i dzieciach. Myślał jedynie o tym, by jak najprędzej wrócić do pracy, ponieważ tam było jego życie i z tym związał swoją pasję.

Starszy sierżant miał za sobą pięć lat żmudnych studiów prawniczych. Jego marzeniem nie było jednak trafić do wielkiej korporacji. Potrzebował przygody, i tak też zaczęła się jego kariera wojskowego i naukowca zarazem. Wstąpił do Zbrojnych Sił Porządkowo-Obronnych Zjednoczonego Układu Planetarnego i przez dwa następne lata odbywał obowiązkową musztrę w stacjonarnej bazie na orbicie Jowisza o nazwie SBOUP-Jowisz (Stacjonarna Baza Orbitalna Zjednoczonego Układu Planetarnego – Jowisz). Tam robił coś zupełnie innego. Czas wypełnił licznymi ćwiczeniami na desantowcach i rajdami w opuszczonych bazach kolonialnych, swobodnie dryfujących w przestrzeni kosmicznej Układu Słonecznego. Miał wiele innych mniej bądź bardziej ciekawych zadań i misji.

Po odbyciu zasadniczego przeszkolenia wstąpił do Międzyplanetarnej Żandarmerii Sił Obronno-Porządkowych, gdzie w ciągu sześciu lat zrobił zawrotną karierę w oddziałach dochodzeniowo-śledczych. Wprawdzie zarabiał mniej niż jego koledzy z wieloletnim doświadczeniem na rynku prawniczym, jednak nic nie mogło zastąpić ubóstwianych wręcz przez niego czynności związanych z wybraną profesją.

***

Tomasz zdecydował się spędzić wieczór 1 czerwca 2360 roku w małym domku na przedmieściach Hope of Phoenix. Za oknem rozpościerał się widok błękitno-różowego, bezchmurnego marsjańskiego nieba. W rezultacie trwającego całą pierwszą połowę dwudziestego drugiego wieku procesu terraformowania marsjańskiej atmosfery, poprzez emisję dużych ilości dwutlenku węgla i wyrównywanie składu powietrza, wieczorne niebo niczym nie różniło się od tego, jakie znali ludzie na Ziemi jeszcze w okresie przedkolonialnym. Jedynie Słońce ze względu na większy dystans od Marsa było mniejsze i słabsze. Marsjanie nie znali zatem upalnych i dusznych wieczorów. Latem kojarzyły się one raczej z przyjemnym, wczesnojesiennym okresem ziemskich spacerów. Ponadto wieczory i noce marsjańskie były przyozdabiane barwnymi zorzami polarnymi, tworzonymi przez strumienie zjonizowanych cząstek otulających atmosferę.

W trakcie kolonizacji Marsa zasadniczym problemem okazał się bowiem brak silnego pola magnetycznego, które zapewniłoby kolonistom ochronę przed śmiertelnym promieniowaniem słonecznym. Ziemia ma takie pole magnetyczne między innymi również dzięki naturalnemu satelicie. Dlatego też wielkim skokiem technologicznym był postęp i raptowna terraformacja kolonii marsjańskiej. Po wojnie totalnej niezależna od wcześniejszych i nieistniejących już państw ziemskich, postkolonialna wspólnota ludzka w całym Układzie Słonecznym utworzyła jeden wielki byt nowego narodu kosmicznej cywilizacji. Dzięki temu w zaledwie kilka lat, spychając wszelkie waśnie na tle etnicznym czy kulturowym, tworząc jednolitą strukturę społeczną, Marsjanie opracowali technologię, która pozwoliła na to, aby przy wykorzystaniu księżyców, Fobosa i Deimosa, wytworzyć dostateczną liczbę zjonizowanych cząsteczek, które następnie zaczęły go otulać.

Jeszcze przed wojną totalną Marsjanie, aby żyć na nowej planecie, musieli chronić się w podziemnych betonowo-stalowych strukturach. Dzięki otuleniu planety zjonizowanymi cząsteczkami mogła sie wytworzyć dostatecznie gruba i ciepła atmosfera. Uzyskali też w ten sposób odpowiednie ciśnienie, skład powietrza i temperaturę. Mars zaczął przypominać Ziemię.

***

Hope of Phoenix powoli szykowało się do snu. Dla starszego sierżanta wieczór skończył się na kanapie, na oglądaniu transmisji meczu. Rynek technologicznych nowinek oferował wiele sposobów na korzystanie z rozrywki multimedialnej. Ulubionym gadżetem Tomasza były specjalne gogle wirtualnej rzeczywistości. Poza wizualizacją świata 3D odpowiednie receptory wpływały na umysł i w pewnym sensie oszukiwały go, generując symulowane bodźce. Użytkownika wprowadzano w półsen i wyciszano bodźce z zewnątrz, tak aby nie zakłócić prawidłowej transmisji z symulacji. Urządzenia te wykorzystywano nie tylko do generowania wirtualnej rzeczywistości, w której człowiek mógł się wcielić dosłownie w każdego, w kogo chciał, czy też przenieść do dowolnie wykreowanego świata. Używano ich też do teleportowania ludzkich zmysłów.

Kibic zasadniczo mógł siedzieć wygodnie w domu, ponieważ dzięki transmisji na żywo gogle wraz ze słuchawkami przenosiły jego zmysły na oddalony nawet o setki i tysiące kilometrów stadion, przez co miał wrażenie, jakby był obecny na trybunach. Dla wielu nie mogło to w żaden sposób zastąpić prawdziwego, staromodnego chodzenia na mecze. Do grona tych osób zaliczał się także Tomasz. Tego wieczoru nie mógł już jednak zorganizować biletów, toteż zdecydował się na skorzystanie z gogli. Klub z prowincji Elysium rozgrywał mecz towarzyski z sąsiadującą prowincją Amazonis. Ulubiony zespół Tomasza, Elysium Hope of Phoenix, dostawał niestety łupnia, a sąsiad za ścianą nie omieszkał soczystym słownictwem o tym na bieżąco informować.

Niestety wynik meczu nie był dla Tomasza zadowalający. Zawodnicy Elysium tym razem się nie wykazali. Po rozczarowującej rozgrywce, mającej już ponad pięć wieków tradycji piłki nożnej, starszemu sierżantowi minęła ochota na oglądanie jeszcze czegokolwiek. Cisnął zatem gogle w kanapę na znak kibicowskiego protestu.

Wyszedłszy przed domek i usiadłszy na werandzie, zaczął się zastanawiać, czy jednak faktycznie nie przydałby mu się urlop. Kilka tygodni odpoczynku, gdzieś na łonie natury, w ciszy i spokoju. W rezultacie tych rozmyślań naszła go nawet refleksja, że może warto byłoby rozejrzeć się za jakąś miłą panią, zrobić gromadkę dzieci i kupić duży dom gdzieś na peryferiach Elysium. Znał nawet taką jedną sympatyczną blondynkę u siebie w sztabie. Młoda, zawsze uśmiechnięta. Swoim ciałem zwracała uwagę połowy dochodzeniówki. Tomasz próbował przypomnieć sobie jej imię.

Naraz poczuł nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś spontanicznego. Chciał się gdzieś wyrwać, jeszcze dziś, i to najlepiej z nią. Rzucił się do biurka, aby znaleźć jej numer. Był już zdecydowany, by wykonać szybko telefon, spojrzał jednak na zegarek. Godzina nie pozwalała mu dzwonić, zresztą gdzie miałby ją zabrać, co miałby jej powiedzieć? Wprawdzie widywał ją codziennie, ale nie przeszedł z nią na ty, a zwykłe „dzień dobry” wypowiadał z pełną oficjalnością. Zatem telefon do niej o tej porze byłby zdecydowanie nierozsądnym wygłupem.

Ostudzony późną wieczorową porą usiadł na kanapie i dalej rozmyślał o bardziej już realnym planie urlopowym. Tym razem jego myśli powędrowały ku Ziemi. Nigdy nie miał okazji, aby polecieć na tę planetę. Podobno są tam miejsca i rzeczy, które warto, a nawet i trzeba zobaczyć. Wprawdzie gdzieniegdzie wciąż utrzymywał się wysoki wskaźnik promieniowania, ale pozostawały jeszcze piękne lasy, oceany oraz zwierzęta, które wykształciły się i ewoluowały na przestrzeni milionów lat w sposób naturalny, niekontrolowany i spontaniczny. Atmosfera nieterraformowana dwutlenkiem węgla, brak masowego i kontrolowanego sadzenia roślin oraz rozmnażania zwierząt. To musiało być czymś pięknym. Tomasz zupełnie nie pojmował, jak ludzie mogli kiedyś tego nie doceniać, niszczyć i masowo skażać.

Ostatnia wojna pozostawiła największy odcisk niszczycielskiej działalności człowieka na Ziemi. Tomasz w sumie cieszył się, że dane mu było żyć w obecnej epoce, gdzie nie istniały już podziały na kraje i narody, w czasach wolnych od strachu przed masową i światową wojną, która niosłaby ze sobą globalne wyniszczenie i śmierć.

Z głową pełną rozmyślań powoli zaczął osuwać się na kanapie. Jego powieki zrobiły się ciężkie i senne. W tym jednak momencie usłyszał sygnał odebranej wiadomości. Wydał się on tak głośny, że podskakując, starszy sierżant rozlał na siebie całe piwo.

– Szlag! Kto może pisać do mnie o tej porze? – wymamrotał do siebie sennie.

Na wyświetlanym na blacie biurka interaktywnym rzucie klawiatury błyskawicznie wystukał odpowiednie komendy, po czym w tej samej chwili pojawił się hologram odebranej wiadomości.

– No tak, z dowództwa, jakżeby inaczej… Siedzą na stacji krążącej po orbicie Marsa, to nie czują, czy noc, czy dzień… echhh… – westchnął.

Wiadomość wydała mu się dziwnie oczywista. Jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że raczej nie będzie mu dane skorzystać z urlopu i nie pozwiedza zakątków starej planety.

Witam Pana Sierżanta!

Gratuluję obrony rozprawy doktorskiej!

Piszę jednak do Pana z informacją, iż otrzyma Pan niedługo rozkaz o przeniesieniu do czasowego, do pół roku, stacjonowania na jednym z księżyców Jowisza. Nie wiem jeszcze, na który dokładnie – Europę albo Ganimedes.

Wobec tego sugeruję, aby zaczął już Pan wyciszać obecnie prowadzone sprawy w sztabie. Pańscy przełożeni zostaną na dniach poinformowani o tym, aby nie dawać Panu nowych rozkazów. Te, które w tym miesiącu wyskoczyły lub z którymi się Pan nie wyrobi, zostaną przekazane kolegom.

Szacuję, że planowany termin przemieszczenia wypadnie już w tym tygodniu. Radziłbym zatem zabierać się do pracy i szykować do wyjazdu.

Dalsze informacje będą w rozkazie.

Pozdrawiam,

mł. chor. J Pozniakow

Specjalista ds. personalnych Międzyplanetarnej Żandarmerii Sił Obronno-Porządkowych

Oddział Elysium

Rozdział III

EUROPA PIONIER PIĘĆ

Europa, księżyc Jowisza

baza Europa Pionier Pięć

30 sierpnia 2360 roku

godzina 17:00 czasu marsjańskiego

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Tajemnica Talizmanu

ISBN: 978-83-8423-682-6

© Mateusz Tomczyk i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Anna Dworecka-Wroniewicz

OKŁADKA: Artur Rostocki

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek