9,99 zł
Na ziemi skolonizowanej przez białych ludzi z rodzi się miłość. Zupełnie niewinna i obca wobec dramatycznej rzeczywistości.
Do szkoły kolonijnej przybywa córka generała i gubernatora Miguela Floridablanca – Liza. Dziewczynka budzi powszechne uznanie i fascynację wśród czarnoskórych dzieci, dla których mulat i najlepszy uczeń Enriko Kastellar jest równocześnie bękartem. Dla wszystkich poza Lizą.
Lata płyną, a przyjaźń tej dwójki zamienia się w uczucie, które, aby przetrwać, musi się ukrywać. Pewnego dnia nastoletni już Enriko ma zostać wysłany na wyższe studia w Madrycie. Jeżeli wyjdzie, nigdy więcej nie zobaczy Lizy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 226
Antoni Ferdynand Ossendowski
POWIEŚĆ
Warszawa, 1935
Saga
Tajemnica płonącego samolotuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1935, 2020 Antoni Ferdynand Ossendowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711662472
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Epilog zamiast wstępu.
Statek „Infant“ płynął z ładunkiem „mięsa armatniego“. Biały człowiek, zagarnąwszy ziemię czarnych ludzi i rządząc nimi z pomocą pałek tęgich policjantów i karabinów wojsk kolonjalnych, zażądał od wszystkich swoich kolorowych poddanych ofiary życia dla „wspólnej ojczyzny“. W tym celu dwa tysiące murzynów ubrano w mundury wojskowe, nauczono ich poruszać się sprawnie na gromką komendę, dano im do rąk broń i wbito do głowy i gardzieli tony hymnu narodowego.
„Infant“ wiózł właśnie wojska kolonjalne na daleki, nieznany front. Tam czarni żołnierze mieli zwyciężać, albo inaczej — zabijać lub być zabitymi. Potrafiono jednak obudzić w twardych, kędzierzawych głowach mglistą myśl o sławnem zwycięstwie i żądzę bezkarnego morderstwa.
O śmierci zatem nikt na „Infancie“ nie myślał, więc czarni obrońcy świetnej cywilizacji europejskiej bez przerwy ryczeli hymn narodowy, błyskali zębami i białkami oczu.
Chorowali też potrosze, gdyż Atlantyk w lutym burzył się i pienił. Murzyni przywykli wszakże dość prędko do tych „igraszek wielkiej, słonej wody“, jedli więc, śpiewali i śmieli się ochrypłemi, dzikiemi głosami.
Wkońcu nudzić się zaczęli i pomrukiwać, że to djablo daleko do miejsca, gdzie można swobodnie rozpruwać brzuchy i podcinać gardziele „białym“.
Oficer, dowodzący transportem, zmuszony był rozpocząć wcześniej, niż obliczał, wydawanie porcji alkoholu, — cuchnącego, mętnego alkoholu z sorga 1 .
Pewnego mglistego popołudnia, gdy raz po raz zaczynał siec gęsty deszcz i chwilami przechodził w ulewę, przyszli bohaterowie stłoczyli się pod pokładem. Ciasno tam było, ciemno, gorąco i duszno.
W niejednej głowie poczęła świtać gorzka, niepokojąca myśl, a raczej tęsknota za bambusową chatką, czterema żonami, kupą dzieciaków, dżunglą i polem manjoki. Szczególnie — za polem, bo był to właśnie czas orki i siewu.
— Czy kobiety same dadzą sobie radę? — judziła myśl trwożna. — Na Tengę! 2 Wytrzebić nowe pędy palm i krzaków, wypalić stare pnie drzew, zorać, zasiać i obronić przed ptactwem i stadami małp! Czy potrafią?
Już nie cieszyła ich nadzieja zwycięstwa „umiłowanej ojczyzny“, wysyłającej do kolonji swoich policjantów, urzędników i wojsko dla bezwzględnego utrzymania ładu, już mniej jakoś pociągała rozkosz bezkarnego mordu...
Zgnębienie szybko szerzyło się w stłoczonej, bezczynnej ciżbie ludzkiej. Chwiejne, słabe dusze zapadały w ciężki, ponury bezwład.
I nagle...
Wszystko, co żyło, wartkim, skłębionym potokiem pomknęło na pokład. Biegli nawet palacze i mechanicy, wypadając z niedostępnych głębi rozedrganego kadłuba okrętu.
Dwa tysiące ludzi wyległo na oba pokłady i w milczeniu wbiło oczy w daleki brzeg.
Widowisko było istotnie wspaniałe, groźne i niezwykłe.
Z poza ściany dżungli nadbrzeżnej wznosiły się czarne słupy i obłoki dymu; tam i sam miotały się krwawe płachty płomieni, a łuna pląsała, to rozpalając się, to przygasając na nisko zwisających chmurach.
Od strony dalekiego pożaru, niby gorąca żagiew, ciśnięta potężną dłonią olbrzyma, mknęło ku okrętowi płonące widmo. Pozostawiając poza sobą długą smugę dymu, śmignęło nad masztami, wionęło żarem ognia, smagnęło porywczym, skwarnym powiewem, wstrząsnęło sykiem i urywanym warkotem. Zakreślając ognisty łuk i roniąc objęte płomieniami odłamki, groźna zjawa znikała w parnej mgle, aż runęła do morza, z hukiem wyrzuciwszy słup wody i pary.
— Samolot... samolot! — krzyczeli oficerowie z mostku.
— Ster na prawą burtę! — rozległa się komenda.
„Infant“ długo krążył po oceanie, lecz próżno szukano resztek płonącego płatowca. Fale niosły na grzbietach pienne czuby i grzywy, ale nie wynurzał się z nich najdrobniejszy nawet odłamek drewna...
Statek wziął dawny kierunek, na północ, ku „polom sławy“ i śmierci.
Murzyni nie rozchodzili się i słuchali opowiadania sierżanta.
Starali się wniknąć w znaczenie dziwnych, nigdy niesłyszanych słów:
— Aeroplan... awiator... pilot... bitwa powietrzna... katastrofa...
Nie rozumieli jednak. To, co przed chwilą przemknęło nad nimi, ziejąc ogniem i przerażając straszliwym łomotem, pozostało dla nich zagadką.
Nikt zresztą na całym statku nie mógł zgłębić ponurego znaczenia zjawiska. A był to epilog tragedji — tragedji jednego z setek tysięcy nieznanych, poniżonych braci, napojonych rozpaczą i nienawiścią.
Tam, nad pustynnym Atlantykiem zagasło wraz z płomieniem nieznane życie, zatrute niewiarą w prawdę i miłość, ogarnięte ogniem męki ponad siły.
Przed szkołą kolonjalną panował niezwykły ruch. Czarne chłopaki i dziewczęta otoczyły kilku białych kolegów i słuchały z zapartym oddechem.
— Do szkoły przybędzie sam gubernator!... — zawołał piegowaty, blady wyrostek o powichrzonych włosach i złych bezbarwnych oczach. — Słyszałem od ojca, że gubernator oddaje swoją córkę do naszej szkoły.
— Czy będzie się uczyła razem z nami, Pedro? — spytał mały, wiotki mulat, o pięknej bronzowej twarzy.
— A cóż ty sobie myślisz, „Cętkowany“, że dla zabawy tylko? — odparł Pedro i roześmiał się brutalnie. — Będziesz musiał odstąpić jej pierwsze miejsce w klasie, inaczej...
— Inaczej — co?... — spytał znowu mulat, a w płomiennych oczach jego, zasnutych mgiełką zadumy, zjawił się nagle wyraz uporu i gniewu.
— Ba! — zaśmiał się stojący obok mulata opasły, zawadjacki chłopak. — Inaczej — wyrzucą cię na zbity łeb! Pamiętaj o tem, Enriko, i wbij to sobie do łepetyny!
To mówiąc, uderzył dłonią w czoło kolegi.
Ten zacisnął pięści i mruknął:
— Nigdy... przenigdy!
Odszedł od gromadki dzieci i obejrzał się.
Wszystko wydało mu się nagle jakieś obce.
Lekki drewniany budynek szkoły o połyskującym dachu blaszanym, wysokie, rozłożyste drzewa mangowe i żółty, rozpalony piasek, po którym snuły się ciemne, fioletowe cienie słupów gimnastycznych, biało-niebieskie słońce, zawieszone na bladem niebie tuż — nad ziemią, wszystko pozostawało napozór, jak dawniej, jak codzień, lecz coś się jakgdyby w tem wszystkiem zmieniło... Chłopak z trudem uświadomił sobie, że zmiana zaszła w nim samym. Zgasła w nim odrazu radość, pierzchnął spokój. Coś nowego i groźnego skradało się z nieznanej dali. Musiał się mieć na baczności i przygotować do obrony.
Spostrzegł przełożonego — „Białego Brata“, ojca Roberta. Podbiegł do niego i, całując mnicha w rękaw habitu, szepnął:
— Czy nie mogę już być pierwszym uczniem w klasie?
— Nie rozumiem — odparł prefekt. — O czem ty mówisz, mały Enriko?
— Córka gubernatora ma wstąpić do naszej szkoły, więc teraz ona podobno musi być pierwszą — objaśnił mulat, ponuro patrząc przed siebie.
„Biały Brat“ zaśmiał się cicho.
— Któż ci to powiedział?
— Koledzy...
Zakonnik położył dłoń na głowie chłopaka i rzekł:
— Uspokój się, Enriko! Pozostaniesz pierwszym, jeżeli zasłużysz na to!
Mały mulat zaśmiał się triumfująco.
— A zatem pozostanę pierwszym i nikomu swego miejsca nie ustąpię! — zawołał.
— Nie bądź pyszny i zarozumiały, bo to obraża Boga! — upomniał go prefekt.
— Nie jestem pyszny! — zaprzeczył chłopak. — Przysiągłem przed Chrystusem, że będę zawsze pierwszym, i wszystko zrobię, aby przysięgi dotrzymać! Gdy inni chłopcy grają w piłkę lub w tennisa, ja się uczę, czytam i... myślę.
— Dlaczegóż to zamierzasz być pierwszym? — spytał „Biały Brat“, zaglądając mu w oczy.
— Dlatego, żeby nikt nigdy nie ważył się nazwać mnie „Cętkowanym“! — syknął mały mulat, zaciskając wargi i pięści.
Mnich nachmurzył czoło i, pochylając się nad wychowankiem, szepnął:
— Czy wiesz, chłopcze, dlaczego źli ludzie dali ci to przezwisko?
Mulat w milczeniu skinął głową.
Prefekt westchnął i, przytuliwszy do siebie chłopca, rzekł poważnym głosem:
— Nie obawiaj się niczego, pracuj, ucz się, a dojdziesz do celu. Idź teraz do klasy, Enriko, bo słyszę, że brat Ambroży dzwoni już!
Zakonni bracia w odświętnych habitach i jeszcze wilgotnych po wyczyszczeniu kredą białych hełmach obchodzili wszystkie klasy, doprowadzali do porządku potargane włosy i ubrania chłopców i dziewczynek, dając im wskazówki, jak należy witać gubernatora i rozmawiać z nim.
Murzyniątka, szczerząc białe zęby i wytrzeszczając łobuzerskie, pełne ciekawości oczęta, co chwila wskakiwały i zaglądały w okno. Ich biali koledzy mieli nieco niepewne, zmieszane miny.
Po chwili na obszernym dziedzińcu szkolnym ryknął samochód i, miękko zgrzytnąwszy kołami na piasku, stanął przed domem.
W korytarzu rozległy się głosy „Białych Braci“, witających gubernatora, kroki kilku ludzi i na progu drugiej klasy zjawił się wysoki, barczysty generał w mundurze, ze wstążkami orderowemi na piersi.
— Dzieńdobry, dzieci! — rzekł gubernator, przechodząc przed ławkami.
— Witamy waszą ekscelencję, panie gubernatorze! — chórem odpowiedziała dziatwa.
Tuż za gubernatorem weszła wysoka, zgrabna dziewczynka lat dwunastu. Smagłą twarzyczkę jej otaczały obfite sploty kruczych loków. Szafirowe oczy patrzyły śmiało i figlarnie.
Podano dwa krzesła, na których usiedli gubernator z córeczką, za nimi stanęli „Biali Bracia“ i przybyły wraz z generałem adjutant.
Prefekt podniósł rękę i klasa odśpiewała hymn narodowy.
Wszyscy wysłuchali go, stojąc.
— Siadajcie! — rzekł gubernator. — Proszę księdza prefekta rozpocząć lekcję!
Na katedrze stanął brat Ambroży, profesor geografji.
— Enriko Kastellar, opowiedz nam o Wielkiej Brytanji! — rzekł zakonnik.
Mały mulat wstał i wyprostował się. Spokojnym, pewnym głosem rzucał zdanie po zdaniu:
— Imperjum Brytyjskie składa się ze zjednoczonego królestwa, dominjów — Kanady, Australji, Nowej Zelandji... Indyj... Kolonji Nigerji... Południowej i Wschodniej Afryki... Główne miasta... porty... rzeki... Mówił długo, coraz bardziej się zapalając i błyskając pięknemi oczami; gorący rumieniec okrył mu oliwkową, ściągłą twarz. Bez wahania odpowiedział na kilka dodatkowych pytań gubernatora, a gdy potem usiadł na miejsce, wpatrzył się w uśmiechniętą twarzyczkę dziewczynki, myśląc:
— Czy też ona wie to wszystko, równie dobrze, jak ja?
Potem odpowiadali inni uczniowie. Głos im drżał i załamywał się co chwila, słowa się plątały. Odpowiedzi były zagmatwane, niepewne. Wreszcie generał powstał i rzekł donośnym głosem:
— Oddaję do szkoły waszej moją córkę Lizę! Spodziewam się, że będziecie dla niej dobrymi kolegami! Bądźcie zdrowe, dzieci!
Gubernator, pożegnawszy prefekta i profesorów, odszedł w towarzystwie adjutanta. Dziewczynka pozostała w klasie.
Dzieci odprowadzały dostojnego gościa wiwatami, a gdy wsiadł do samochodu, odśpiewały raz jeszcze hymn narodowy.
Profesor wskazał Lizie wolne miejsce na ławce szkolnej.
Usiadła i zaczęła się rozglądać. Na prawo od niej siedziała mała, chuda murzynka Betty, o dużej, kędzierzawej głowie i wywiniętych wargach. Utkwiła oczy w kajet i nie śmiała spojrzeć na nową sąsiadkę. Z drugiej strony służalczo uśmiechał się do Lizy piegowaty Pedro Jago. Znała go, widując na poczcie, gdzie urzędował ojciec chłopaka.
Obejrzawszy się poza siebie, spostrzegła, że mały mulat siedzi tuż za nią, poważny i zamyślony.
Zajrzała przelotnie w jego oczy, pełne płomieni i zadumy zarazem, a nieznaczny uśmiech przemknął po jej smagłej twarzyczce. Po chwili uspokoiła się i słuchała wykładu brata Ambrożego, który opowiadał właśnie o ostatniej podróży Kolumba.
W przerwie Liza zwróciła się do mulata:
— Nazywasz się Enriko Kastellar? — spytała.
— Tak — odparł.
— Czy to znakomity generał Kastellar jest twoim ojcem?
Ciemny rumieniec okrył twarz chłopca.
— Nazywam się Kastellar, lecz nie znam swego ojca... — szepnął.
Pedro, posłyszawszy odpowiedź kolegi, zaśmiał się szyderczo i zawołał:
— „Cętkowany“ nie zna swego ojca! Cętkowane bękarty nigdy nie znają swoich ojców! Cha-cha-cha...
Piegowaty chłopak urwał nagle swój śmiech, gdyż mulat skoczył ku niemu i, uderzywszy go w twarz, schwycił za gardło.
Starszy i silniejszy Jago odtrącił napastnika i ciosem pięści pomiędzy oczy obalił go na podłogę. Enriko nie dał jednak za wygraną i znowu się rzucił na Pedra. W tej samej chwili wszedł do klasy prefekt.
Ze zdumieniem spojrzał na walczących i krzyknął zgorszony:
— Enriko Kastellar, Pedro Jago, na miejsca!
Chłopcy przerwali bójkę i stali zmieszani, obciągając na sobie bluzy.
— O co poszło? — spytał prefekt.
Chłopcy milczeli, patrząc w ziemię i ciężko oddychając.
— Co tu zaszło, Betty? — zwrócił się zakonnik do małej, wystraszonej murzynki.
W oczach dziewczynki błysnęły łzy. Usta jej drgnęły.
— Lizo, opowiedz mi, co się tu dzieje? — zadał pytanie prefekt, podchodząc do smagłej dziewczynki o szafirowych, rozognionych oczach.
— Nie zrozumiałam, proszę ojca-prefekta, — odparła wzruszonym głosem. — Zdaje mi się, że Pedro Jago obraził Enriko, nazwawszy go „cętkowanym... bękartem“!... Nie wiem, co znaczą te słowa, lecz Enriko natychmiast rzucił się na Pedro.
— Ach, tak?... — mruknął mnich. — Pedro Jago, ja nie mogę wytłumaczyć dzieciom znaczenia obraźliwego słowa, którego użyłeś. Jednak ty, widocznie, rozumiesz je, a więc powiem ci, że nie hańbi ono wcale Enriko, zato jakąż czarną plamą kładzie się na sumienie białych ludzi, rządzących tym krajem! Za swój niedobry czyn otrzymasz zasłużoną karę!
Enriko podniósł głowę i odezwał się twardym głosem:
— Bardzo proszę ojca-prefekta nie karać Jago! On powtarza to, co tak często mówią dorośli. Obraził mnie, lecz to — moja sprawa...
— Cóż to? — spytał mnich. — Chcesz się zemścić na nim, odpłacić złem za zło?
— Nie wiem... — mruknął mulat. — Jeszcze nie wiem...
— Siadajcie! — urwał nagle prefekt i podszedł do katedry.
Po lekcji religji dzieci miały przerwę obiadową.
Liza podeszła do ponuro milczącego mulata i, wyciągając do niego rękę, powiedziała:
— Odprowadź mnie do pałacu. Mam ci coś do powiedzenia!
Chłopiec skinął głową. Wyszli razem za bramę szkoły.
— Enriko! — zaczęła dziewczynka. — Wczoraj był u nas ojciec-prefekt i opowiadał nam, że jesteś najlepszym i najzdolniejszym chłopcem w szkole. Dziś przekonałam się o tem sama, bo jesteś odważny, wszystko umiesz i mówisz pięknie...
— Pracuję dużo i ciągle... — mruknął, wzruszając ramionami.
— Tak, zapewne... — odpowiedziała. — Jednak, dziś się pobiłeś z tym brzydkim nicponiem, a on zwyciężył. Pedro mocniejszy jest od ciebie...
— Mocniejszy... — zgodził się chłopak, ponuro patrząc przed siebie. — Gdyby nie był mocniejszym, nie śmiałby nazywać mnie... bękartem!
— Co to znaczy — „bękart“? — zapytała z zaciekawieniem.
— Jest to dziecko murzynki i białego — odparł cicho.
— To każdy mulat jest bękartem? — zadała nowe pytanie.
— Nie! — potrząsnął głową chłopak. — Tylko wtedy...
Umilkł nagle i, spojrzawszy na Lizę, rzucił krótko i stanowczo:
— Sama się dowiesz o tem kiedyś...
Dziewczynka spochmurniała i zmarszczyła brwi.
— Rozumiem, że to coś bardzo złego... — szepnęła, rumieniąc się nagle, lecz po chwili dźwięcznym i gorącym głosem dodała: — Musisz się stać silniejszym od Pedro Jago, aby on nie śmiał nigdy zadzierać z tobą!... Rozumiesz?
— Rozumiem — odpowiedział nieco zdziwiony. — Ale jak to zrobić?
— Musisz się gimnastykować, uprawiać sporty! — zawołała, dotykając dłonią ramienia mulata. — O, widzisz? Masz słabe muskuły, a to źle! Mężczyzna powinien być nietylko mądry, lecz i silny! Czytałam o tem w pięknej powiastce „The life’s way“ miss Elly Rolls. Dam ci ją do przeczytania! No, jestem już w domu. Dowidzenia, Enriko!
— Dowidzenia! — odpowiedział chłopak, nieśmiało potrząsając ręką dziewczynki.
Szybkim krokiem powracał do szkoły.
Takie to było pierwsze spotkanie córki wszechmożnego gubernatora kolonji, generała Miguela Floridablanca z wychowankiem szkoły, kierowanej przez „Białych Braci“ — małym Enriko Kastellar. Wywarło ono wielki wpływ na całe życie mulata.
Odtąd widziano go często na boisku piłki nożnej i na korcie tennisowym, a pewnego razu ojciec-prefekt przyłapał swego bronzowego pupila na czemś zgoła nieoczekiwanem.
Idąc do portu, gdzie wyglądano rychłego przybycia okrętu z pocztą i pasażerami, zakonnik ujrzał Enriko, siedzącego na trzcinowem krześle przed szynkiem. Trzymał w ręku książkę i był pogrążony w czytaniu.
— Co tu robisz, mały? — spytał zdumiony mnich. — Nie zamówiłeś sobie chyba szklanki xeresu lub soda-whisky?
Chłopiec zerwał się na równe nogi i stał zmieszany. Po chwili wybełkotał:
— Przychodzę tu codzień na... trening...
— Cóż to znów nowego?
— Przynoszę dobre książki i czytam na głos marynarzom, a oni... oni...
— Mów już wszystko! — ośmielił go prefekt.
— Oni uczą mnie... boksu.
— Poco ci boks?
— Chcę być silniejszym od innych, aby nikt nie śmiał obrazić mnie — szepnął mały mulat, a w głosie jego zadrżały łzy.
Zakonnik milczał. Po spokojnej, poważnej twarzy jego błąkały się jakieś myśli. Wreszcie poklepał chłopca i rzekł z uśmiechem:
— Może masz słuszność, mój mały! Lepiej być uzbrojonym i spokojnym, niż napewno pobitym i mściwym... Ucz się tej pięściowej nauki, obyś tylko potem nie rozbijał nosów na prawo i na lewo...
— O, nie! — odparł chłopak, potrząsając energicznie głową. — Mój znajomy murzyn, palacz Joe Fibs, jest najsilniejszym bokserem, a nigdy się nie bije!
— Dlaczegóż to twój Fibs jest takiem jagnięciem? — zaśmiał się prefekt.
— Bo wszyscy wiedzą, że obali każdego w pierwszej rundzie! — zawołał Enriko.
Mnich uśmiechnął się nieznacznie i, machnąwszy ręką, odszedł.
— A nie spóźnij się na nieszpory, pięściarzu... — krzyknął zdaleka.
W szkole, w parę miesięcy po zjawieniu się Lizy zaszedł ważny wypadek.
Podczas przerwy dzieci bawiły się na dziedzińcu. Chłopcy uganiali się, kopiąc dużą piłkę, inni grali w tennisa. Dziewczynki poszły do ogrodu. Usiadły w cieniu palm kokosowych, tuż przy parkanie, i słuchały Lizy. Opowiadała im o dużych, ludnych miastach — Madrycie, Lizbonie, Londynie i Paryżu, o życiu, tętniącem w nich, o nieskończonych szeregach samochodów, o kinach, teatrach, pięknych parkach, zatłoczonych gromadami dzieci, o ogrodach zoologicznych, gdzie można oglądać ptaki i zwierzęta, zebrane z całego świata.
Nagle rozległ się dziki krzyk. Ogromny murzyn w pasiastej koszulce marynarskiej przeskoczył przez płot i rzucił się na siedzące dziewczynki, rycząc coś pijanym głosem i śmiejąc się nieprzytomnie.
Krzyk przerażonych dziewczynek zwabił chłopców i dwóch zakonników.
Na widok mężczyzn pijany majtek podniósł z ziemi duży kamień i mruczał groźnie.
— Porozwalam łby, do stu tysięcy połamanych kotwic!
Zaklął ohydnie, błyskając oczyma i podnosząc kamień nad głową.
„Biali Bracia“ nie wiedzieli, co mają robić z awanturnikiem.
Murzyn, spostrzegłszy zamieszanie, schwycił Lizę za ramię i szarpnął ku sobie.
Z gromadki wystraszonych chłopców z przeraźliwym krzykiem wybiegł Enriko Kastellar i w mgnieniu oka runął na majtka.
Pijak nie zdążył nawet puścić dziewczynki i cisnąć kamienia, gdy już potoczył się na ziemię, ugodzony pięścią w brzuch i szczękę.
Zakonnicy rzucili się natychmiast na leżącego awanturnika i obezwładnili go.
Nad powalonym murzynem stał z zaciśniętemi pięściami Enriko, gotowy do nowego ataku. Nogi wparł mocno w ziemię, pochylił się i naprężył wszystkie mięśnie.
Nadbiegł policjant, założył majtkowi kajdanki i, poganiając pałką, poprowadził do komisarza.
Wszyscy otoczyli małego mulata i z podziwem patrzyli na niego.
Enriko wyprostował się i podniósł głowę.
— Widzieliście? — spytał. — Znam się na boksie lepiej od wszystkich chłopców w szkole. Nie radzę nikomu obrazić mnie!
Powiedział to spokojnym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna pogróżka.
— Dziękuję ci, Enriko! — zawołała Liza. — Stanąłeś dzielnie w mojej obronie, a temu pijakowi dałeś dobrą nauczkę!
Wyciągnęła do chłopca rączkę, którą chłopak uścisnął z uśmiechem dumnym i radosnym.
Od tego wypadku Enriko Kastellar spędzał każdą niedzielę w pałacu gubernatora. Szedł tam z bijącem sercem, powracał — ze łzami w oczach. Nie spał potem przez całą noc i wyglądał świtu. Gdy pierwsze promienie słońca przebijały podwójne maty, zawieszone na oknach sypialni szkolnej, szeptał radośnie:
— Nowy dzień!... Znowu ujrzę Lizę... Będę patrzał na nią, słuchał jej głosu...
Chłopak tak zręcznie manewrował, że udało mu się niepostrzeżenie ustąpić czarnowłosej dziewczynce pierwszego miejsca w klasie, nauczył się podpowiadać jej, gdy zaskoczona nieoczekiwanem i trudnem pytaniem profesora nie umiała wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, śledził każdy jej krok, z rozpaczą żegnał odchodzącą i przyciskał rękę do kołaczącego serca, kiedy wchodziła do klasy.
Bez namysłu dałby się porąbać dla niej na kawałki, skoczyłby w ogień na pierwsze jej żądanie, bo stała się dla niego wszystkiem w życiu — mocą, radością i celem.
Nie wiedział jeszcze, że jest to miłość — ta najpiękniejsza, najpotężniejsza i najbardziej groźna — pierwsza i ostatnia.
Tak trwało przez dwa lata, aż do ukończenia szkoły.
Enriko miał już 16 lat, wyrósł, wybujał i zmężniał. Jego wiotka, zwinna postać zdradzała siłę. Uduchowiona i piękna twarz, rozświetlona ognistemi, rozmarzonemi oczami, tchnęła stanowczością i męstwem. Zachowywał się zawsze spokojnie, z wrodzonem poczuciem honoru, zyskując ogólny szacunek i przyjaźń.
Pewnej niedzieli, grając z Lizą w tennisa, posłyszał głos służącego:
— Tan gubernator woła Enriko do gabinetu!
Dziewczynka uśmiechnęła się tajemniczo.
— Biegnij! — szepnęła, kładąc rakietę na ławce. — Ojciec chce pomówić z tobą.
— Idę! — odparł i poszedł sprężystym krokiem, podniósłszy głowę wysoko i dumnie.
Liza usiadła, splotła ręce na kolanach i patrzyła wślad za nim.
Gdy zniknął w ciemnym holu, westchnęła cicho. Zagadkowy uśmiech rozchylił świeże, purpurowe usta dziewczynki. Roziskrzone, szafirowe oczy przygasły nagle. Znowu westchnęła...
W zacisznym, dobrze zacienionym gabinecie gubernatora Enriko nie znalazł nikogo. Podszedł więc do szerokiego, naoścież otwartego okna. Wychodziło na morze, lazurowe, lśniące. Jakieś łagodne, leniwe fale niebieskiego półzmroku przelewały się przez parapet okna i napełniały obszerną salę, o posadzce i murach z surowego marmuru. Lekkie, drewniane, na jasno polerowane meble widniały tu i owdzie; koło dużego biurka, przywalonego książkami i plikami papierów, stały stalugi z mapą kolonji i jakiemiś wykresami.
Drewniany fotel, okryty kawałkiem safjanu, szafa z książkami oraz portrety króla i królowej dopełniały umeblowania gabinetu, gdzie decydowały się losy miljona czarnych mieszkańców kolonji.
Enriko Kastellar znał tę uroczystą, trochę pustą, nieprzytulną salę — tajemnicze miejsce urzędowania gubernatora. Zakradali się tu nieraz z Lizą.
Lubili przychodzić tu. Siadali na marmurowej płycie okna i patrzyli na roztaczający się przed nimi krajobraz.
Obszerny gazon przed pałacem — duma administracji kolonjalnej — pociągał zielenią z mozołem utrzymywanych trawników i barwnemi plamami klombów, gdzie nieustannie kręcili się murzyni, polewając murawę i kwiaty lub zmiatając naniesiony przez wiatr słony piasek morski.
Rosły tu wysokie palmy kokosowe i rozłożyste areki; żywopłot z gęstych, kwitnących krzaków i sztywnych „dumm“ przylegał do żelaznych sztachet ze złoconemi herbami Hiszpanji.
Dalej biegła lśniąca wstęga szosy asfaltowanej, a niżej — pasmo żółtego, gorącego piasku, na który wbiegały z lekkim pluskiem łagodne, skrzące się fale ciepłego oceanu. Wieczorem obraz się zmieniał. Drzewa i krzaki ciemniały, stawały się czarne, niby wycięte z okopconej blachy. Piasek nabierał czerwonych i liljowych odcieni, ale wkrótce okrywały go niespokojne, rozpasane fale, nadbiegające długiemi rzędami i z hukiem bijące w molo nadbrzeżne. Wtedy z łoskotem wylatywały ponad cementowe bloki muru wściekłe potwory, siwe od piany, i rozpryskiwały się bez śladu.
Mulat stał przed oknem i bezwiednie ogarniał wzrokiem piaszczysty brzeg, połyskliwą szosę, okryty lasem palmowym przylądek, daleko wcinający się w morze, jarzącą się miljonami ogników taflę oceanu, gazon i pracujących na nim ludzi w białych „bubu“ murzyńskich. Myśli jego były w tej chwili na korcie, gdzie pozostawił Lizę.
Przypomniał sobie gniew dziewczyny, gdy przegrała do niego trzy sety zrzędu. Uśmiechnął się. Była prześliczna i zabawna! Potrząsała grzywą miękkich, czarnych włosów, błyskała szafirowemi oczami i ukazywała drobne, lśniące ząbki...
Jakiś ostry niepokój ogarnął go nagle. Coś zimnego, jakgdyby przeczucie zbliżającego się nieszczęścia, zakradło mu się do duszy. Przymknął powieki i zacisnął wargi.
— Ach, już jesteś tu, Enriko? — posłyszał głos generała. — Siadaj, proszę!
Mulat usiadł i czekał na rozpoczęcie rozmowy.
— Mój drogi — rzekł gubernator — masz już 16 lat i świetnie skończyłeś szkołę. Muszę zakomunikować ci przyjemną nowinę. Po naradzie z prefektem postanowiliśmy wysłać cię do Madrytu na wyższe studja. Myślę, że byłoby najlepiej, abyś wstąpił do szkoły kolonjalnej. Zdobywszy dyplom, będziesz miał zabezpieczoną posadę w swojem środowisku.
Enriko Kastellar milczał. Zrozumiał, że przeczucie nie zawiodło go. Będzie musiał rozstać się wkrótce z Lizą.
— Czyż nie jesteś zadowolony z tak zaszczytnej nagrody? — spytał generał, ze zdziwieniem patrząc na milczącego młodzieńca.
— Dziękuję, panie gubernatorze! — odparł Enriko smutnym, zgaszonym głosem.
— No, to się bardzo cieszę! — zawołał gubernator i zdjął okulary. — Chcę cię jednak uprzedzić o pewnych warunkach, które będziesz musiał podpisać w mojej kancelarji.
Mulat podniósł oczy na mówiącego.
— Warunki?... — szepnął.
— Tak! Mamy taki przepis, wykonywany we wszystkich podobnych wypadkach — odparł gubernator. — Hm... hm... Ta rozmowa może ci sprawić przykrość, Enriko, lecz trudno — musimy ją doprowadzić do końca...
Młodzieniec milczał, w oczach jego zaczaiła się nieufność.
— Nie wątpię, że nie znasz swego pochodzenia, Enriko... — rozpoczął generał, przygotowując się do rozwinięcia swej myśli.
Mulat powstał nagle i podszedł do gubernatora.
— Wiem o wszystkiem... — rzekł zniżonym, groźnym głosem.
— Wiesz? — szepnął generał.
Coś porwało nagle mulata. Wysoko podniósł głowę i oczyma, pałającemi oburzeniem i gniewem, patrzył na siedzącego przed nim don Floridablanca.
— O, tak! Wiem... — powtórzył. — Dowiedziałem się o wszystkiem, gdy po raz pierwszy rzucono mi w twarz ohydne przezwisko... „cętkowany bękart“... Zapytałem o to matki, która wtenczas mieszkała jeszcze wpobliżu koszar, w trzcinowej chacie nad Elaro... Nie wiedziała, co znaczy to słowo i nie mogła wytłumaczyć mi, dlaczego wszyscy chłopcy śmieją się i potrącają łokciami, gdy ktoś powie — „cętkowany bękart“...
Umilknął na chwilę i usiadł.
— Któż wtajemniczył cię w te przykre sprawy? — spytał don Miguel.
— O, to były nietylko przykre sprawy! — z nagłą namiętnością zaprzeczył młodzieniec. — To było morderstwo... morderstwo duszy mojej! Od tej chwili przestałem być dzieckiem i powziąłem postanowienia....
— Nieszczęśliwy chłopcze! — rzekł gubernator, z zaciekawieniem i współczuciem patrząc na Enriko. — Jakżeż to się stało?
Mulat odpowiedział po namyśle. Odpowiedź ta była dziwna i nieoczekiwana, bo zawierała w sobie zuchwałe niemal pytanie:
— Czy pan gubernator może dać mi słowo honoru, że, wysłuchawszy mojej opowieści, wyjaśni mi jedną, dręczącą wątpliwość?
Don Miguel skinął głową i, zapaliwszy zgasłe cygaro, słuchał z zajęciem.
— Kilka razy słyszałem od chłopców na przedmieściu, że jestem „cętkowanym bękartem“, a jeden z nich dodał, że każdy może kopnąć mnie, jak psa! — mówił Enriko, ponuro patrząc przed siebie. — Niedaleko od miasta w wiosce Doroja, mieszka stary czarownik... Odwiedzał on czasem naszą chatkę. Postanowiłem prosić go o wyjaśnienie... Staruszek, posłyszawszy, o co mi chodzi, narzucił na plecy „bubu“, wziął kij i poszedł ze mną do miasta... Zaczailiśmy się w zaroślach na brzegu Elaro i czekaliśmy, aż słońce zacznie opadać za lasem... Wtedy podsunęliśmy się pod ścianę naszej chaty, a czarownik szepnął do mnie: „Przyłóż oczy do szpary i patrz, patrz!“
Mulat wstał i przeszedł się po pokoju, usiłując zdławić ogarniające go wzruszenie. Usiadł znowu i załamującym się co chwila głosem ciągnął:
— Zobaczyłem matkę moją. Młoda była wtedy i piękna. Siedziała naga, a jej czarna, lśniąca skóra miała połysk ciemnego bronzu posągów, które widziałem na rycinach z albumu Prado. Szkarłatnym barwnikiem malowała sobie usta, różowała policzki, niebieskim proszkiem „fino“ przyciemniała powieki, nakładała czarną, tłustą pomadę na rzęsy. Skończywszy z tem, okryła głowę żółtą chustą jedwabną, zawiązała ją dużym węzłem, o końcach, spadających na czarne, kształtne ramiona, na ręce i nogi nałożyła srebrne obręcze, a uszy ozdobiła długiemi, połyskującemi kolczykami. Przyglądała się sobie w lustrze, uśmiechała się i szeptała coś, czego nie mogłem posłyszeć... „Ukryj się!“ — mruknął do mnie czarownik. Wślizgnąłem się do gąszczu i ujrzałem dumnego oficera, wchodzącego do chaty. Żołnierz wniósł za nim kosz z butelkami, owocami i blaszankami konserw. O świcie widziałem, jak matka moja odprowadzała białego kochanka. Gdy odjechał, leniwie kołysząc biodrami, powróciła do chaty i jęła liczyć srebrne pesety... uśmiechała się, poruszała wargami, na których nie pozostało już ani śladu barwnika.
Mulat ze świstem wciągnął powietrze i zakończył opowiadanie.
— Czarownik powiedział mi, że matka moja od kilku lat jest kochanką oficera, a ja... ja — jego synem... Powiedział mi jeszcze coś, ale to było już wyłącznie dla mnie, don Miguel, dla — „cętkowanego bękarta“! Wyśledziłem potem oficera i przyszedłem do niego. Mieszkał w białym domku przy placu koszarowym... Rozmawiałem z nim.
— Cóżeś mu powiedział? — zapytał z ciekawością gubernator.
— Powiedziałem mu wszystko, co zatruwało moje serce — szepnął mulat.
— No, i cóż dalej?
— Oficer zbił mnie aż do nieprzytomności i kazał wyrzucić za parkan dzielnicy wojskowej... Tam znalazł mnie ojciec Robert i, dowiedziawszy się o wszystkiem, zabrał do przytułku „Białych Braci“...
Zapanowało milczenie...
Wreszcie generał zapytał:
— Nie znasz swego prawdziwego nazwiska, Enriko?
Młodzieniec podniósł głowę i odparł:
— Nazywam się Enriko Kastellar, lecz nazwisko tego, który mnie zbił i okrył hańbą „bękarta“, brzmi inaczej, wspanialej — Dominiko Kastellar hrabia de l’Alkudia... Obecnie jest generałem gwardji królewskiej!
— Tak! — mruknął gubernator. — Właśnie o tem chciałem pomówić z tobą, Enriko.
— Poza tem chciałbym jeszcze o coś zapytać pana, don Miguel... — przerwał mu mulat.
— Pytaj!
— Czy prawo ściga Hiszpanów za zbrodnie, dokonywane na murzynkach i bękartach? — spytał Enriko, wbijając surowy wzrok w twarz generała.
— Nie! — padła krótka odpowiedź.
— Dziękuję! — szepnął Enriko. — Słucham pana teraz!
Don Miguel Floridablanca długo nie mógł wydobyć z siebie głosu. Coś go ściskało za gardło, a ostry wstyd zmuszał do spuszczania oczu pod badawczem spojrzeniem mulata. Wreszcie zaczął mówić:
— Zrozum, że bywają ciężkie, przykre przepisy prawne, lecz cóż robić?... Prawo jest prawem. „Dura lex — sed lex“! Będziesz musiał, Enriko, podpisać papier, stwierdzający, że nigdy nie zechcesz dochodzić uznania siebie za prawego syna hrabiego de l’Alkudia i że zrzekasz się wszelkiej spuścizny po nim.
Młody Kastellar milczał. Po chwili rzekł spokojnie i stanowczo:
— Zgadzam się!
Don Miguel wyciągnął do niego ręce.
