Czarny Czarownik - Antoni Ossendowski - ebook

Czarny Czarownik ebook

Antoni Ossendowski

4,0
7,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na niniejszy tom składają się teksty zawarte w dwóch książkach Czarny Czarownik i Po szerokim świecie. Są one pokłosiem podróży, które autor odbył po Afryce Północnej i Środkowej, Hiszpanii oraz Stanach Zjednoczonych. Zawierają ciekawe obserwacje i refleksje na temat ówczesnego świata francuskich kolonii, północnoafrykańskiego islamu, amerykańskiego ducha rozwoju, a także nowele i szkice dotyczące tych części ziemskiego globu, nierzadko widzianych poprzez pryzmat miejscowej tradycji, potęgi dzikiej przyrody i umiłowania do polowań na "grubego zwierza", nie tylko ze sztucerem, ale i z aparatem fotograficznym w ręku.

"W Senegalu i w północnym Sudanie spotkać można, i spotkałem istotnie, ślady konkwistadorów z Kartaginy. Nazwali oni tę ziemie - tchnącą śmiercią. Wrażliwy na przejawy natury, skłonny do mistycyzmu i poetyckiego ujęcia rzeczy lud o krwi azjatyckiej tymi kilku słowami określił Afrykę podzwrotnikową. Cały zachodni brzeg tego kontynentu, hen od Sale i Rabatu aż do Kotonu i Duali, groźnie i niegościnnie wita przybyszów ..."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 168

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
19Pawel82

Nie oderwiesz się od lektury




Antoni Ossendowski

Czarny Czarownik

SAGA Egmont

Czarny Czarownik

Copyright © 1926, 2018 Antoni Ferdynand Ossendowski i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662427

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Przedmowa

Zakończyłem drugą część swojej długiej wyprawy do Afryki.

Duża połać czarnego kontynentu, a mianowicie – Maroko, Algier i Tunis – opisane w dwóch tomach pod tytułem Płomienna północ i Pod smaganiem Samumu, z taką starannością i artyzmem wydane przez Wydawnictwo Polskie w Poznaniu, oraz cały obszar podzwrotnikowej zachodniej Afryki zawarty w łęku Nigru i Senegalu pozostały już poza mną, zbadane przeze mnie i moich towarzyszy podróży w zakresie moich literackich i naukowych zadań.

Ponieważ społeczeństwo polskie dało dowody żywego zainteresowania się losami mojej wyprawy, uważam wprost za swój obowiązek jako literat i podróżnik polski przed wydaniem wyczerpującego opisu naszych prac i przygód dać krótkie sprawozdanie.

Na razie nie wiedziałem jeszcze, gdzie i kiedy będę mógł to uczynić, gdy właśnie otrzymałem zaproszenie od Wydawnictwa Rój na wypowiedzenie się w formie zwięzłej o dokonanej podróży.

Za możliwość uczynienia tego wyrażam swoją wdzięczność Wydawnictwu Rój.

Ferdynand Antoni Ossendowski

Warszawa, czerwiec 1926 roku

Czarny Czarownik

relacje z wyprawy do Afryki 1926 r.

I. Wroga ziemia

Gdy w roku 1924 podróżowaliśmy z moją żoną po północy Afryki, widziałem w Kartaginie nagrobek dawnych obywateli tego potężnego południa, przełożony na język francuski przez archeologów, a brzmiący:

„Zrozpaczona rodzina złożyła tu zwłoki szlachetnego Sabała Garka, który dwakroć zapuszczał się w tchnące śmiercią lasy dalekiego południa, gdzie żyją czarni, o długich ogonach ludzie, walczący zatrutymi strzałami …”.

Dalekie południe?

Sahara niemal do martwego Tanezruftu – tej pustyni pragnienia i rozpaczy; Ifni, przytulona do zachodnich, zanurzających się w oceanie odnóg Wielkiego Atlasu; Sfaks, Gabes i Duirat, gdzie kwitły handlowe faktorie fenickie – nie były „dalekim południem” dla przedsiębiorczych i odważnych potomków królowej Dido i mężnych rycerskich Barkidów. Nie mogli też kupcy i awanturnicy kartagińscy spotykać w tych krajach „czarnych o długich ogonach ludzi”.

Nie! To była Afryka podzwrotnikowa!

W Senegalu i w północnym Sudanie spotkać można, i spotkałem istotnie, ślady konkwistadorów z Kartaginy.

Nazwali oni tę ziemie – „tchnącą śmiercią”.

Wrażliwy na przejawy natury, skłonny do mistycyzmu i poetyckiego ujęcia rzeczy lud o krwi azjatyckiej tymi kilku słowami określił Afrykę podzwrotnikową.

Cały zachodni brzeg tego kontynentu, hen od Sale i Rabatu aż do Kotonu i Duali, groźnie i niegościnnie wita przybyszów.

Daleko na oceanie spotykają się stada żarłocznych rekinów i zastępy śliskich, parzących niby kipiącym kwasem meduz i barwnych fizalii o jadowitych mackach, niby wstęgi jaskrawe zwisających w szmaragdowym przezroczu głębi morskiej.

Im bliżej do brzegu, tym groźniejszą staje się niegościnna ziemia afrykańska.

Najeżonych czarnymi, poszarpanymi przez falę skałami, daleko wysuniętymi mieliznami pokrytymi grubą warstwą muszel mięczaków, hufcami białogrzywiastych bałwanów osłania się Afryka przed najazdem obcych ludzi.

A gdy biały człowiek, ten wiekuisty włóczęga, co ze swej prakolebki powędrował na wszystkie strony świata, przezwycięży wszystko, ziemia ta ciśnie nań zastępy nowych wrogich sił.

Znam je wszystkie, bo walczyłem z nimi przez długie miesiące.

Wylądowywaliśmy dwa razy – w Senegalu i w Gwinei, a wszędzie Afryka spotykała nas z zaciekłą nienawiścią – nie ludzie, lecz natura sama – potężna, zdradliwa, nielitościwa.

Niby nieprzebrana kaskada rozpalonego i roztopionego do białości złota, leje słońce skądś z bliska swoje zabójcze promienie, które, zda się, nie wysuszają, lecz rozkładają krew, nużą mózg, drażnią nerwy.

Czarni ludzie należący do niezliczonych ras murzyńskich, do tych wszystkich nieraz zupełnie zagadkowych szczepów, noszą w mózgu i we krwi wszelkie oznaki zatrucia „gorącym światłem”, jak nazywają słońce, tego swego wroga, którego za boga nigdy nie mieli.

Powolni w ruchach, o ostrym, choć znękanym wzroku, z niechęcią do wysiłku, obojętni dla polepszenia swego bytu, żyjący wyłącznie dniem dzisiejszym, marzący o tym, co już od dawna minęło, niezaglądający w przyszłość, bo ona nic dobrego i nowego im przynieść nie może czarni ludzie żyją z dnia na dzień, czekając na chwilę wytchnienia, chociażby miało to być ostatnim spoczynkiem w rozpalonej ziemi, w cieniu rozpaczliwie łamiącego ręce-gałęzie potwornego, pokoślawionego baobabu, podobnego do olbrzymiej kolumny, rodzącej szkaradne, ohydne w swych splotach węże, tworzące szaroróżową, nagą koronę drzewa.

Nigdy prawie nie da się tu słyszeć głośnej mowy, gwałtownych ruchów, kłótni lub bójki. Mężczyźni, leniwie rozparci, leżą w cieniu drzew mangowych lub w hamakach zawieszonych pod niskimi okapami słomianych strzech ciemnych chat; kobiety półnagie lub malowniczo udrapowane w kawałki tkanin o szlachetnych barwach, w pięknie upiętych turbanach, idą chwiejnym, tanecznym krokiem, poruszając zgrabnymi kibiciami, strzelistymi piersiami i wąskimi biodrami. Wydać może się, że oto upadnie za chwilę znużona i wyczerpana i uśnie, rozkosznie rozchyliwszy usta i opuściwszy niebiesko umalowane powieki na zawsze żądne, pałające oczy.

Biali koloniści i urzędnicy francuscy i angielscy w swych białych strojach i kaskach wyglądają jak widma o bladych, prawie przezroczystych twarzach, o oczach zapadłych i podkutych, o drżących ustach i rękach.

Te blade istoty poruszają się żywo i energicznie, lecz w tej żywości wyczuć się daje wysiłek niemal nadludzki i gorączkowy pośpiech, aby pracę zakończyć przed chwilą najgroźniejszego niebezpieczeństwa. Jest nim południe, gdy pionowe promienie słońca przebijają jak strzały podwójne płótno namiotów i ubrań, wciskają się w najmniejszy otwór w kaskach, wyrywają się szalonym potokiem przez szczeliny w dachach, ścianach i żaluzjach, trując ludzi jadem wytwarzanym w ich własnej krwi.

Gdy miną trzy godziny największej spiekoty, rozpoczyna się na nowo gwałtowna praca z myślą, aby zakończyć ją przed zachodem słońca, spożyć obiad i ukryć się należycie przed wrogami nocnymi, licznymi a niebezpiecznymi. Wieczorem bowiem, gdy słońce zgaśnie nagle, niby zalany wodą rozpalony, szalejący stos słomy, rzucają się na ludzi niewidzialne prawie, gryzące, wpełzające do nosa, oczu i uszu muszki, niosące febrę moskity, ohydne taranty-jaszczurki palące ciało wyrzucaną z siebie cieczą; jadowite pająki, skolopendry, czarne i czerwone stonogi, żarłoczne mrówki i latające dookoła z przeraźliwym piskiem nietoperzewampiry. Inne hufce wrogów niszczą dobytek białych ludzi. Są to myszy i szczury, krwiożercze wiwery i dzikie koty, jadowite węże i olbrzymie pytony, duszące krowy i konie, jakieś podobne do kulek pajęczyny owady, w ciągu jednej nocy pożerające odzież i bieliznę; tajemnicze termity burzące drewniane domy, meble, obuwie, bo nic, oprócz metalu, oprzeć im się nie zdoła …

Duszna, gorąca noc przechodzi miotającemu się bezładnie Europejczykowi pod gęstą siatką, zwisającą z sufitu nad jego łożem, w strumieniach potu, bez nadziei, że noc przyniesie mu kilka godzin wytchnienia i spokoju.

W podróży białemu człowiekowi grożą inne plagi. Zarażona śpiączką, dotkliwie tnąca mucha tse-tse, ogromne bąki, tak zwane „bawole muchy”, wnoszące do krwi ludzkiej nieznane zarazki, bakterie różnych chorób naskórnych i żołądkowych, porażenie słoneczne; w wodzie rzek i potoków czyhają na Europejczyka krokodyle i gorszy od nich robak gwinejski, mnożący się ze straszliwą szybkością pod skórą ludzi; z drzew spadają na podróżnego duże kleszcze wpijające się w ciało i jadowite pająki.

Ciągłe memento mori wisi nad podróżnikiem w postaci dużego sępa, tego sanitariusza Afryki, szarpiącego i zjadającego wszelkie trupy, czy to człowieka, czy stratowanej kołami samochodu lub kopytami konia – myszy.

Na tle tej wrogiej przyrody wre zacięta, zażarta walka o byt.

Walka bezwzględna i krwawa. W głębi oceanu i Zatoki Gwinejskiej za latającymi rybami i młodymi tuńczykami uganiają się zębate dorady i delfiny ścigane przez rekiny.

W kniei leśnej, w gąszczu krzaków i trzcin wre walka bezlitosna.

Nie obawiają się jej tylko słonie, lecz ich pewność siebie rozpraszają pułapki zastawiane przez Murzynów i niszczące kule białych myśliwych.

Antylopy i bawoły ostrożnie się skradają do brzegu rzek na wodopój i podszedłszy, nagle uskakują na bok, słuchają i patrzą z trwogą, gdyż nie wiedzą, czy nie czai się czasem gdzieś w pobliżu podstępna pantera i mocarny, bezgrzywiasty lew. Gepardy, serwale, dzikie koty i krwiożercze wiwery krążą w chaszczach i biada antylopie, dzikowi lub zającowi, jeśli nie zwęszy wroga, bo wtedy zaledwie kości i strzępki skóry pozostają na miejscu tragicznego spotkania.

Na ciałach zabitych przez nas hipopotamów znaleźliśmy straszliwe pasożyty, żywcem zjadające te olbrzymy wodne, a bawoły są wprost pożerane przez duże, szaro-żółte kleszcze i straszliwe muchy.

Podczas jednego z polowań miał miejsce następujący wypadek. Myśliwy Murzyn zaczął naśladować głos małej czarnej antylopy – samicy. Na te podstępne wołania zjawił się i padł od kuli samiec, lecz na to żałosne beczenie zjawili się inni mieszkańcy dżungli – pantera, długi na pięć metrów pyton, a nad tym wszystkim krążył duży, czarny orzeł.

Tuż przy samej ziemi wre inna walka. Tam biją się o pożywienie miliardy mrówek i termitów, z ich zawiłą organizacją i z ich robotnikami, królami i wojownikami. Tam się wznoszą potężne zamki obronne i budują się genialnie pomyślane podziemne labirynty, a wokoło nich staczane są bitwy termitów z mrówkami czerwonymi, czarnymi, małymi i dużymi, z mrówkami-włóczęgami, z termitami innych gatunków i okolic.

Całe obszerne połacie ziemi stają się nieraz terenami zaciętych walk. Widziałem w lasach Dolnej Gwinei setki, tysiące gniazd termitów, gniazd różnych form architektonicznych, które sobie od tych owadów zapożyczają Murzyni, a te gniazda były atakowane i oblegane przez „mrówki-trupy”, gatunek wydzielający nieznośny fetor padliny, zmuszający termity do opuszczania swych grodów, zamków i gniazd.

Widziałem w Gwinei, a najpóźniej na Wybrzeżu Kości Słoniowej pochód mrówek nazywanych tu „manjan”.

Mrówki te periodycznie porzucają zajęte przez się tereny i odbywają dalekie wyprawy po pożywienie lub w poszukiwaniu nowych miejsc zamieszkania.

Miliony tych drobnych istot suną przez lasy i sawannę, bronione z boków przez oddziały walecznych i pełnych poświęcenia wojowników. Wszystko, nawet biali koloniści, pierzchają przed najściem „manjan”, porzucają domy, wsie, uprowadzając ze sobą bydło i unosząc dobytek. Biada człowiekowi lub zwierzęciu, jeżeli pozostanie na drodze pochodu tych drobnych istotek. Gdy byliśmy na górzystych wyspach Los, pokazywano nam celę, w której „manjan” pożarły zamkniętego w niej furiata i pozostawiwszy tylko szkielet, powędrowały dalej, ku im tylko znanemu celowi.

Przed dwoma miesiącami w dziewiczym lesie, otaczającym brzegi rzeki Bandama, widziałem ten straszliwy pochód i popłoch, który sprawia on wśród ludzi miejscowych. Była to czarna wstęga, długa niemal na kilometr i szeroka na kilkanaście metrów. Gdy Szedłem na tyłach tej armii „manjan”, zrozumiałem zbiorową siłę masy. Bielejące kości różnych zwierząt – kretów, myszy, palmowych wiewiórek, dzikich kotów i jakiegoś większego zwierza znaczyły drogę tego straszliwego pochodu.

Gniazda innych mrówek i termitów pustoszały po przejściu „manjan”, część ich mieszkańców uciekała, reszta ginęła w nierównej walce. Spotykałem drzewa, na których nigdy nie siadają ptaki i motyle, bo drzewa te należą niepodzielnie do owego gatunku termitów, mających gniazda swoje pod korą, którą pokrywają cienką warstwą czerwonawej ziemi, przeciętej niewidzialnymi korytarzami z sunącymi w nich hufcami obrońców gniazda.

Straszny jest kontynent Afryki, straszny i wrogi istnieniu na nim człowieka!

Może dlatego tak trudno znaleźć tu ślady pierwotnych mieszkańców, bo wszystkie te szczepy murzyńskie nie pochodzą z tych samych geograficznych szerokości, lecz przyszły tu skądś, pomieszały się między sobą, wchłonęły w siebie krew arabską, berberyjską, semicką z żył Fenicjan kartagińskich, wreszcie krew białej rasy – mając za dalekich przodków Metysów portugalskich, hiszpańskich, francuskich, angielskich, coraz bardziej zanikających w czarnym środowisku murzyńskim.

Natura usiłuje tu włożyć w każdy żyjący organizm pierwiastek zaniku i śmierci. Wymierają, karłowacieją, degenerują się poszczególne szczepy. Fauna drobnoustrojów: bakcyle febry, śpiączki, dezynterii, woli, hipertrofii kości i mięśni i setki innych, nieraz nieznanych lekarzom chorób, dziesiątkuje ludność, zabijając w niej radość życia, chęć bytowania na tej wrogiej, przeklętej ziemi.

Wspaniale zwierzęta puszczy afrykańskiej, których prawie się nie ima najpotężniejsza kula karabinowa, gdy ugodzone śmiertelnie padną nareszcie – w ciągu kilku minut są już rozkładającym się trupem, a barwne motyle i koniki polne z ran zabitego zwierza żarłocznie wysysają krew.

Śmierć tu czai się nie tylko w nieprzebytych chaszczach dżungli, lecz i w pięknych, wspaniałych, nieraz potężnych ciałach jej mieszkańców i w ich gorącej krwi.

Tu śmierć ma swoje gniazdo i niemal w mgnieniu oka zamienia ona żywą istotę w ohydny, gnijący trup.

II. Dżungla afrykańska

„Dżungla” jest to zawsze pojęcie bardzo rozciągłe i nieokreślone.

Przecięliśmy dżunglę gwinejską, sudańską i Wybrzeża Kości Słoniowej, a każda z nich miała odrębny charakter.

W Gwinei, oprócz obszarów grzbietu Futa Dżalon, dżungla przedstawia sobą las podzwrotnikowy, niedostępny zupełnie w dolnej, nadmorskiej Gwinei, gdzie napowietrzne korzenie fikusów i innych drzew tworzą sieć nie do przebycia; bardziej dostępną jest dżungla w środkowej i wschodniej części kolonii, ponieważ las tam nie jest zbyt gęsty, lecz zarośnięty od dołu krzakami, wysoką trawą i bambusami.

Tę dżunglę, czyli brussę, Murzyni zaczynają od grudnia wypalać. Znikają wtedy bez śladu trzciny, trawa i drobne zarośla krzaków i pozostają tylko drzewa. Są to drzewa karite, kopok, baobaby, palmy olejne i kokosowe, rafia i kilka innych gatunków.

Polowaliśmy w tej dżungli wtedy, gdyjeszcze jej nie tknął ogień.

Byliśmy zmuszeni przedzierać się z nożami w ręku, rozumiejąc doskonale, że nawet największe zwierzę, jak słoń lub bawół, mogłoby w tych chaszczach z łatwością ujść naszej uwagi. W każdym zaś razie, słysząc nawet uciekające przez dżunglę zwierzę, strzelać tu nie można, bo celu się nie widzi. Zrozumiałe też jest, że w takiej dżungli nietrudno o przygodę, jeśliby jakiś drapieżnik zechciał myśliwego zaatakować. Na szczęście dzikie zwierzęta nigdy nie atakują bez poprzedniego napadu na nie ze strony człowieka. Atakują tylko drobne istoty, jak: mrówki, termity, komary, bąki i pająki.

W porze, gdy dżungla jest już wypalona, podróżowanie przez nią pozostaje jednak rzeczą trudną, ponieważ cała przestrzeń dżungli gwinejskiej jest pokryta mniejszymi i większymi odłamkami skał laterytowych oraz olbrzymimi koloniami termitów. Marsz dzienny, a szczególnie nocny, związany jest z poważnymi trudnościami, a nawet niebezpieczeństwem. Ileż to razy prawie łamaliśmy i skręcaliśmy sobie nogi, ileż to razy padaliśmy na ostre kamienie, potknąwszy się o zdradliwe, ukryte w spalonej trawie termitiery!

Dżungla w dolinach i na szczytach Futa Dżalon przedstawia sobą zarośla wysokiej, ostrej, kolczastej trawy i trzcin ukrywających w swoim gąszczu te same kamienie i kopce termitów. Tylko na brzegach większych rzek, jak na przykład Baffing, i potoków spotykaliśmy knieję skłębioną, ciemną, niedostępną, gdzie się kryją małpy, szczególnie zaś szympansy, i ich odwieczni wrogowie – węże pytony.

Dżungla sudańska jest to morze trawy i trzcin z wyspami gajów lub oddzielnych drzew, bez większych przestrzeni leśnych, gdyż wszystkie rzeki, oprócz Nigru i Czarnej Wolty, w periodzie zasuszonym znikają.

Za to całkiem inaczej wygląda dżungla Wybrzeża Kości Słoniowej, tego najpiękniejszego w całej Afryce Zachodniej kraju.

Północną część tej kolonii stanowi sawanna, wspaniała równina pokryta niewysoką soczystą trawą i ozdobiona bukietami wiecznie zielonych gajów. Tu dążą ze wszech stron i dążyły z pewnością sprzed wieków różne zwierzęta w tym okresie, gdy wysychała i umierała Sahara. Niezliczone stada antylop, od dużego jak koń Bubalis major do drobnej antylopy Maxwella, bawoły dwóch gatunków, słonie, lwy i pantery wiodą tu życie i prowadzą walki; tysiączne rodzaje ptactwa gnieżdżą się w trawie i gąszczu drzew.

Wszędzie tu szemrzą mniejsze i większe potoki i strumyki, a cała sieć rzek, wpadających po części do Czarnej Wolty, częściowo zaś do oceanu, przecina ten bogaty nad wyraz kraj.

Bliżej do morza sawanna znika, urywając się prawie nagle przed czarną ścianą dziewiczych lasów, skąd biali przybysze zaczynają z każdym rokiem wydzierać złoto w postaci mahoniu, drzewa palmowego i innych cennych gatunków drzew.

W tej dżungli leśnej ukrywają się i mnożą stada słoni i małp. Ich niczym niezmącony dotąd spokój, zakłócony jest obecnie stukiem siekier, trzaskiem padających olbrzymów leśnych, warkotem parowej piły i budzącym niepokój turkotem samochodowych motorów i kół wagonów kolejowych, ponieważ droga żelazna już przecięła knieję od oceanu do Bouaké i stąd ciągnie już długą macką na północ, aby przebiec Wysoką Woltę i Sudan i dotrzeć do nurtów Nigru. Dziewicze lasy wybrzeży Zatoki Gwinejskiej przechodzą na zachodzie w granice wolnej republiki murzyńskiej – Liberii, na wschodzie zaś – do angielskiej kolonii Złotego Brzegu.

Jeszcze tymczasem dość jest miejsca w tej leśnej kniei nie tylko dla dzikich zwierząt, lecz i dla licznych szczepów, prowadzących niemal do ostatniego czasu zupełnie pierwotny tryb życia, uprawiając ludożerstwo i nekrofagię1; lecz ze smutkiem mogłem stwierdzić fakt, że „polityka penetracji”, ta pokojowa, cywilizacyjna polityka Francji, postępuje szybko i z zawrotnym powodzeniem naprzód, że zbliża się już czas, gdy te niezmierzone obszary leśnej kniei potną koleje i drogi automobilowe na tak małe kwadraty, że myśliwy będzie mógł bez trudu przejść je w ciągu jednego dnia; wtedy znikną słonie i szympansy, znikną lwy i pantery, przetrwają tylko, pozostając pod opieką władz, antylopy i – koniec polowaniom, gdzie się teraz wymaga nie tylko celnego oka, lecz silnego i wytrenowanego ciała, sprytu i przedsiębiorczości myśliwego.

Zawsze powtarzam w takich wypadkach, że nie chciałbym dożyć chwili, kiedy zostanie zabity ostatni słoń, hipopotam, lew i tygrys i gdy biali sędziowie skażą na śmierć ostatniego hunhuza – bandytę chińskiego lub lubującego się w najazdach i zbrojnej grabieży jeźdźca turkmeńskiego czy berberyjskiego. Nie chciałbym żyć wtedy, gdyż byłby to okres bez zdrowego, bujnego i barwnego romantyzmu w życiu ludzkości. Nie bardzo bowiem lubię oglądać zwierzęta w klatkach, Arabów w lakierkach, Chińczyków w smokingach, Murzynów w sztywnych kołnierzykach i pstrych krawatach …

Wiem, że jest to niekulturalny pogląd na postęp cywilizacji, lecz cóż ja na to poradzę? Przepadam za sposobnością skradania się do dzikiego bawołu, do szukania w nocy iskrzących się oczu pantery, do rozmowy z ludożercą Guro lub z chińskim hunhuzem, uzbrojonym w potężny, długi na trzy metry falkonet. Może właśnie dlatego chiński marszałek Dżang Dzo-lin, którego w roku 1904 znałem jako hetmana bandyckiego, dużo stracił w mojej opinii, gdy wciągnął na swoją drobną, nerwową, sprężystą figurę za bardzo wygalonowany mundur marszałkowski, kepi z białą kitą i pałasz marszałkowski, którym się z pewnością władać nie nauczył.

W roku 1904 był on dla mnie romantyczną osobistością, chociaż pewnego razu jego zbóje dobrze mnie pokiereszowali; w roku 1921, gdy rozmawiałem z nim jako z marszałkiem i wicekrólem Mandżurii, nie mogłem bez smutku w sercu patrzeć na niego …

Taki już mam dziwaczny i niekulturalny pogląd na rozwój ludzkości! Myślę prawdopodobnie bardzo niepostępowo, że uczciwy, mądry, odważny, chociaż goły jak święty turecki, Murzyn więcej wart moralnie niż sprytny, arogancki, tchórzliwy i inteligentny spekulant giełdowy w rękawiczkach, lakierkach i monoklu …

Właśnie tak myślałem tam, w lasach Wybrzeża Kości Słoniowej, gdy przebiegałem tę knieję razem z sympatycznym panem Marcelem Burgerem, najlepszym myśliwym i najprawdziwszym poetą łowów i natury w Afryce Zachodniej.

Pocieszam się jednak nadzieją, że do roku 1927-1928 cywilizacja pozostawi jeszcze dla mnie, gdy po raz drugi przyjadę do tego kraju, chociażby parę drobnych, starych słoni, ze trzy bawoły i małe stadko hipopotamów w rzece Bandama.

Cały ocean dżungli zamknięty jest od wschodu i od północy prądem potężnego Nigru i Senegalu, osłaniających go od nacierającej od północy Sahary, z jej wichrami i chmurami gorącego, martwego piasku. Te dwie olbrzymie rzeki zachowują przy życiu i żywią całą prawie zachodnią Afrykę. Są to potężne zbiorniki wody. Aby dać o tym wyraźne pojęcie, dość zaznaczyć, że środkowy Niger na zachód od Tombuktu w rejonie jeziora Fagebin podczas pory deszczowej ma do dwustu czterdziestu kilometrów szerokości.

Szczepy Bambara, Malanke i Peul zamieszkują brzegi Nigru od jego źródeł prawie do Tombuktu, tej Jerozolimy środkowoafrykańskiego islamu. Wszystkie wioski, położone na brzegach Nigru, zaludnione są przez wspaniałych rybaków, o których można pisać tomy całe, bo życie ich jest pełne przygód, romantyzmu i przejawów zdrowego ciała i odważnego ducha.

W swoich łodziach – pirogach, pędzonych dwoma tuzinami wioseł, śmigających w mocnych dłoniach nagich rybaków, miarowo i sprawnie naginających i prostujących muskularne ciała, tną ci hebanowi ludzie wartki prąd Nigru i zanurzają w jego nurty nieskończenie długie sieci, przegradzając nimi bieg rzeki od brzegu do brzegu.

Rybacy, uzbrojeni w długie lance z trzema ostrzami na końcu, długimi i krótkimi harpunami, wpatrują się w pędzącą wodę i od czasu do czasu ciskają błyskawicznym ruchem swoją broń, wyciągając ją z trzepoczącą się na jej ostrzu rybą.

Są to ryby przeważnie z rodzaju karpiowych i jeszcze inne, a wśród nich te same, które widziałem na Saharze, gdzie je wyrzucają nieraz artezyjskie studnie, połączone z głębokimi podziemnymi basenami.

Dziwna to ryba! Arabowie i Peul nazywają ją bahr, należy zaś ona podług określeń angielskich i francuskich ichtiologów do rodzaju Chromidae (Chromis Zillii, Chromis Desfontanei, Hemichromis i tak dalej). Jest to nader tragiczny rodzaj ryb, może nawet bardziej tragiczny od pospolitego węgorza, który na gody małżeńskie podróżuje z naszych rzek i jezior przez cały Bałtyk i Atlantyk aż do Morza Sargassa, skąd ich potomstwo odbywa nową tułaczkę do rzek europejskich.

Niegdyś Saharę przecinały i ożywiały dość liczne rzeki, o czym teraz mówią tylko wyschłe uedy, czyli łożyska usiane, niby kośćmi, białymi, okrągłymi kamieniami. W tych rzekach roiło się niegdyś od chromid. Lecz znikły te rzeki, a chromidy ukryły się przed słońcem w głębokich podziemnych kanałach, prowadzących do jeziora Czad lub do Nigru.

Tam, w tych ciemnych nurtach pozostały chromidy i chociaż istnienie ich nie jest przyjemne, nie opuszczają rodzinnych potoków, razem z nimi odbywając wędrówki do Nigru i zawsze powracając, aż hen, w okolice Algieru i Luguatu, gdzie je widziałem w chwili, gdy wiercono studnię artezyjską, a wyrywająca się spod ziemi fontanna, wyrzuciła kilka wiernych ojczystym nurtom chromid, zupełnie takich, jakie łapią w swe sieci rybacy Malanke.

Malanke to najwspanialsi rybacy na świecie, bo chyba żaden inny naród lub szczep nie posiada rybaków, którzy z harpunem w ręku ścigają w wodzie ryby, uganiając się za nimi.

Tymczasem jest to zwykły proceder Malanke.

W wartkich prądach odnóg Nigru spotykają się rybacy z krokodylami, hipopotamami i poszukiwanym przez smakoszów murzyńskich lamantynem, a nic się nie ustoi przed ciosami harpunów i lanc odważnych nurków.

Hipopotamy i lamantyny coraz bardziej opuszczają Niger, obawiając się sąsiedztwa z Malanke, i uchodzą w boczne dopływy tej olbrzymiej arterii afrykańskiej, ukrywają się nawet w innych basenach wodnych, należących już do systemu Zatoki Gwinejskiej, lecz i tam ścigają je przedsiębiorczy Malanke i Bambara

Na brzegu Czarnej Wolty i Bandama, a więc już na Wybrzeżu Kości Słoniowej, spotykałem tych kłusowników wodnych, zapuszczających się aż tu w pogoni za hipopotamami.