12,99 zł
To zapis wyprawy jaką Ossendowski, wraz z żoną i znajomymi odbył w latach 1925-1926. Pisarz podróżował przez tereny dzisiejszej Gwinei, Mali, Burkina Faso i Wybrzeża Kości Słoniowej, a ówcześnie skolonizowane przez Francję. Relacje tego wybitnego globtrotera z podróży mają szczególny smak. Opisuje miejsca, które poznaje, afrykańskie krajobrazy, faunę i florę, piasek i słońce. Opisuje złoża historii, religii, legendy i mity, które oddziałują na siebie, dając wyjątkowy obraz innych światów i kultur egzotycznego Czarnego Lądu. Przytacza fascynujące anegdoty, opowiadane mu przez napotkanych ludzi. Najbardziej jednak interesują go tubylcy, ich pochodzenie, tradycje i wierzenia. Czytając tę pozycję, mamy bolesną świadomość tego, że to świat, którego już nie ma. Nie istnieją ani te plemiona, ani te miejsca, ani ci podróżnicy, ci dżentelmeni. Dzięki Antoniemu Ferdynandowi Ossendowskiemu Afryka nie pozostaje dłużej kontynentem obcym i nieprzeniknionym.
"Z Bordeaux do Dakaru nasz Kilstroom płynął dziesięć dni. Już po opuszczeniu Garonny Atlantyk zaczął dość nieprzyjaźnie kołysać czarnym kadłubem naładowanego po same uszy statku ..."
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 609
Antoni Ossendowski
SAGA Egmont
Niewolnicy słońca
Copyright © 1927, 2018 Antoni Ferdynand Ossendowski i SAGA
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788711662502
1. Wydanie w formie e-booka, 2018
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.
SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont
Pamięci dostojnej Doroty Tennant lady Stanleyz głęboką czciąksiążkę tę poświęca
Autor
Czcigodna lady Stanley!
Piszę do Ciebie, Pani, ostatni list, bo odeszłaś na zawsze…
Dziwnie i melancholijnie zakończyła się nasza przyjaźń.
Byłaś oddaną przyjaciółką i małżonką wielkiego Stanleya, znałaś i rozumiałaś jego myśli, troski, radości i wysiłki podróżnika.
Wyczułaś więc i w moich książkach włóczęgi po kuli ziemskiej utajone myśli, gorącą miłość do ludzi i głębokie współczucie dla miotających się dusz i serc, niezależnie od tego, czy kryją się one w białym, żółtym, czerwonym, czy czarnym ciele.
Obdarzyłaś mnie, Pani, swoją przyjaźnią aż do końca ziemskiego okresu naszego istnienia, gdyż w trzy tygodnie przed odejściem w zaświaty posłałaś mi pełen pogodnej rezygnacji wiersz Musseta.
W jednym ze swoich listów do mnie pisałaś, że uczony doktryner jest zawsze przeciwnikiem podróżnika i pod tym względem w dziwny sposób łączy się i idzie ramię w ramię z najciemniejszym analfabetą — wrogiem człowieka, mówiącego o czymś nowym i dotąd nieznanym.
Pisałaś, że śmierci Kolumba z jednakową podobno gorliwością żądali uczeni uniwersytetu w Salamance i tłum ulicznych przekupniów w Madrycie…
Radziłaś mi wtedy starać się zawsze o uspokojenie uczonych.
Idę za tymi wskazówkami i piszę tę przedmowę.
Po każdej mojej książce śród uczonych mojej ojczyzny zaczyna panować niepokój. Słyszę trwożne pytania: Skąd autor czerpie materiał dla swoich spostrzeżeń i wniosków? Czy opisuje fakty rzeczywiste, czy posługuje się fantazją pisarza?
Tym wstępem chcę wnieść ukojenie do wzburzonych umysłów uczonych różnych specjalności, przynajmniej w stosunku do tej mojej książki.
Oto najwięcej autentycznych dokumentów, wskazówek, niepodlegających krytyce i oryginalnych materiałów dostarczyły mi przeróżne żywe istoty.
Na pierwszym planie mój boj — czerwonoskóry ze szczepu Fulanów, mądry i zawsze tajemniczy Umaru Bari; czarny jak heban Malinke, podchorąży, dowodzący moją eskortą; tropiciel bawołów i słoni — Baoulé Konan; milutka, filigranowa blondyn neczka — pani Davesne; mały, biały, o przeźroczystej twarzyczce trzyletni chłopaczek, imieniem Jacquot, i inny — czarny łobuz, griot, baśniarz Delimané; czarownik Namara Diadiri; król Moro--Naba; urzędnicy kolonialni, plantatorzy, kupcy, gubernatorowie, lekarze, oficerowie, którzy napisali zadziwiające książki, wreszcie pewien sędziwy, mądry marabut; dziwaczny i zamyślony ptak kalao oraz mała szympansica Kaśka, której przodkowie przywędrowali do Afryki z wyklętej, spalonej i zatopionej przez bogów Lemurii i przechowali ukryte w milczeniu legendy i obyczaje dawnej ojczyzny.
Oni wszyscy byli moimi informatorami, oni wynaleźli w wielkiej księdze Natury rozdziały o prawdziwej Afryce, wcale niepodobnej do papierowej, chociaż opisywanej nieraz nader mądrze; oni z pobłażliwym uśmiechem oceniali dzieła uczonych — każde na swój sposób.
Źródła te wskazują, że moja książka nie jest pisana dla tych uczonych, którzy, siedząc w ciemnym gabinecie na północy, piszą mądrze o płomiennym słońcu równika, lub rozwodząc się nad równością wszystkich ras ludzkich, brzydzą się dotknięcia ręki swego służącego.
Jedynym źródłem dla moich wniosków jest życie, czyli porywający obraz ruchu, uczuć i myśli — obraz podziwiany przeze mnie na wszystkich lądach i morzach, a budzący odwagę wypowiadania własnych przekonań bez oglądania się na to, czy podobają się uczonym, możnym i niemożnym, czy przysporzą oklasków, orderów, majątku, honorów…
Czcigodna Pani! Idąc za Twoją radą, kreślę te kojące i pokojowe słowa, pełne pokory i skromności, gdyż zdzierają one ze mnie szaty zarozumiałego doktrynerstwa, imperializmu nauki, hinduskiej kastowości i nieomylnej wszechwiedzy.
Żegnam Cię, nieodżałowana Pani i Przyjaciółko!
A.F. Ossendowski
Trucizna
Biały człowiek odczuł nagle tchnienie Czarnego Lądu… Drgnął, podniósł głowę i ten mieszkaniec rojnych miast bezwiednie rozdął nozdrza. Zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Niczego nowego nie dojrzał. Już sześć dni płynął Atlantykiem z Bordeaux i w ciągu sześciu dni widział ciągle to samo. Niewysokie, ciężkie fale bruździły nieogarniętą okiem powierzchnię oceanu; ruchoma, załamująca się linia horyzontu, podnosząca się i opadająca, to prosta jak naciągnięta struna, to zębata lub falista od bałwanów rodzących się gdzieś daleko, dokąd nie sięgał wzrok; płynące lub miotające się w powietrzu czeredy mew; potargane przez nieustający ani na chwilę wicher, porwane na strzępy białe obłoki i wśród nich bezdenne wyrwy, pełne lazurowych i zielonych odcieni nieba.
Wszystko to biały człowiek ujrzał w chwili niepojętej trwogi czy może tajemniczego przeczucia. A jednak… Usłyszał prawie nieuchwytny szmer w powietrzu i wciągnął w płuca suchy, gorący powiew.
Budzący się nagle zwierzęcy instynkt zmusił go do zwrócenia się ku wschodowi… Stał tak, usiłując przebić wzrokiem przegrodę horyzontu ukrywającego tajemnicę przed nim — człowiekiem ulic wielkomiejskich, mrocznych biur, urzędów, hałaśliwych widowisk cywilizowanej rasy i niemej, zażartej walki jednego przeciwko wszystkim i wszystkich przeciwko jednemu. Długo stał i uporczywie się wpatrywał, zwróciwszy oczy ku wschodowi. Minęła cała godzina, może więcej, aż dojrzał bladożółte pasemko ziemi wyłaniającej się nad horyzontem.
— Afrykański brzeg! — krzyknął przebiegający marynarz, półnagi, o włochatej piersi i rękach zeszpeconych sprośnym tatuażem.
— Afrykański brzeg… — szeptem powtórzył biały człowiek, wpatrzony w żółte pasmo ziemi, nabierającej coraz bardziej czerwonej barwy. Oczy mu się zwęziły, szczęki zwarły mocniej, aż guzy mięśni poruszać mu się zaczęły koło uszu; nozdrza wciągnęły z rezygnacją czy z rozpaczą gorący dech nieznanej ziemi.
— Pani prosi pana do kabiny! — rozległ się głos stewardesy okrętowej.
Drgnął i pospiesznie opuścił pokład, zbiegając na dół, gdzie mieściły się kabiny pierwszej klasy.
Biały człowiek zastał w swojej kajucie lekarza okrętowego, co dzień odwiedzającego jego żonę cierpiącą na morską chorobę.
— Jakoś wcale nieźle trzymamy się dziś! — wygłosił lekarz frazes powtarzany w ciągu piętnastu lat przy wszelkich chorobach płynących statkiem pasażerów.
— Bardzo się cieszę! — zawołał biały człowiek. — A wiesz, Lucie, że już widziałem Afrykę? Ale nas haniebnie oszukano! Mówiono, że Afryka to Czarny Ląd. Tymczasem widziałem żółtą i czerwoną ziemię! — zaśmiał się, usiłując żartem rozweselić chorą.
Uśmiechnęła się do niego i podała mu bladą, wychudzoną rękę.
— Cóż, trudno! — odezwał się lekarz. — Mowa ludzi cywilizowanych stała się stekiem najbezczelniejszego kłamstwa i oszustwa. Na przykład często słyszymy zdanie, że „chrześcijaństwo stanowi impuls współczesnej cywilizacji”. Chrześcijaństwo! Nauka Chrystusa! Cha, cha, cha! Co za fałsz! Co za bezczelność! Nauka Nazarejczyka — to filozofia miłości niemal kosmicznej, a tymczasem chrześcijańska Europa, Ameryka, Australia i Azja — to arena cyrku rzymskiego, gdzie do podziemnych cystern sączy się krew, krwawy pot, krwawe łzy i zbierają się w wielkie jezioro zemsty. Biała Europa! A ja mówię: krwawa, czerwona Europa! Do diabła! Ludzka mowa to zbiornik niedorzecznych paradoksów.
Biały człowiek ze zdziwieniem spojrzał na lekarza. Eskulap okrętowy dotąd odznaczał się małomównością, wyjątkowo dobrym apetytem, umiejętnością wyboru wina, słabą wiedzą medyczną i zdawkowymi sentencjami, wytartymi jak zielone sukno klubowych stolików karcianych.
Teraz biały człowiek uważnie przyjrzał się lekarzowi i od razu dostrzegł zmęczone, zgasłe źrenice, pomarszczoną skórę koło oczu i ust, siwiejące włosy i cienkie, zacięte wargi. Wszyscy na statku wiedzieli, że lekarz pływa na nim od piętnastu lat.
„Ten już niczego nie spodziewa się od życia” — pomyślał biały człowiek i chciał o coś zapytać lekarza.
Lekarz zaś, nachylając się nad chorą, rzekł wesołym głosem:
— A więc, kochana pani, znowu lodek, cytrynka, zimne okłady na główkę i wmawianie w siebie, że pani nie płynie na naszym „Rekinie”, lecz tańczy walca, chwilami nieco zbyt zawrotnego!
Pani Lucie uśmiechnęła się z przymusem, jednocześnie przyciskając dłoń do czoła.
— A gdyby było gorzej, wtedy powtórzymy elektryzację nóżek… — niespodziewanie lekarz zaśmiał się głośno, uścisnął rękę mężowi i wyszedł.
Biały człowiek pozostał z żoną. Siedział na stołku u jej nóg, nieruchomo wyciągniętych na wąskim łóżku, i wpatrywał się w bladą twarz o zapadłych oczach, przykrytych ciężkimi niebieskawymi powiekami, w bezkrwiste, nieruchome wargi, w cienkie palce przyciśnięte do czoła.
— Biedaczka! — szepnął cicho. — Biedaczka moja kochana!
Lecz cierpiąca kobieta nie odpowiedziała, zapewne nie słyszała.
Wtedy biały człowiek podparł głowę rękoma i wpadł w głęboką zadumę, możliwą jedynie w miejscach ustronnych lub w chwilach przymusowej bezczynności.
Niby w panoramie budy jarmarcznej sunęła przed białym człowiekiem wstęga obrazów z jego życia.
Syn drobnego urzędnika podatkowego z trudem ukończył szkołę kolonialną. Dlaczego kolonialną, tego nikt, ani on sam, nie wiedział. Jechać do kolonii — co za głupstwo! Można przecież żyć i we Francji, gdzie dla wszystkich jest dość miejsca… Znalazł pracę w tym samym urzędzie podatkowym co ojciec — i istniał. Do czterdziestu lat pozostał kawalerem. Na własne potrzeby starczała mu skromna pensja urzędnicza. Bywało gorzej, bywało lepiej, lecz jakoś dawał sobie radę. Jednak nadszedł czas, gdy każdy człowiek, instynktem wiedziony, dąży do założenia własnego gniazda, kierowany nieuchwytnym prawem natury, rozkazującym przelanie krwi i ducha w istotę inną, mającą zastąpić go w szeregu ludzi nowego pokolenia. Był to przejaw instynktu, przejaw nieodparty, potężniejszy od rozumu i woli. Zaczął się rozglądać i rozważać. Najpierw musiał polepszyć swój stan majątkowy. Za stary już był, aby mieć nadzieję zrobienia kariery we Francji. W koloniach zawsze się odczuwa brak ludzi do objęcia posad. Miał jakie takie stosunki, a więc po paru miesiącach otrzymał propozycję małej placówki administracyjnej gdzieś w Gwinei Północnej. Z trudem odnalazł na mapie Afryki wskazane miejsce; ujrzał jakąś rzekę, jakieś góry, nazwę jakiegoś szczepu i nic więcej. Jednak posadę przyjął, bo gwarantowała mu potrójną pensję, w porównaniu z tym, co miał u siebie w Orleanie. Teraz mógł się ożenić. Z tym także poszło łatwo.
Zycie wytworzyło zastępy rodziców uważających za szczyt szczęścia dla swoich dzieci zamożnego męża lub posażną żonę. Takimi rodzicami byli państwo Anselmowie. Ich córka, panienka niespełna osiemnastoletnia, blada, słabowita Lucie, została wkrótce jego żoną. Gdy w kościele narzeczony przyglądał się bladej twarzyczce i smutnym piwnym oczom drobnej, nikłej dziewczyny, jej starannie ufryzowanym, lecz bardzo rzadkim szarozłocistym loczkom wyglądającym spod ślubnego wianuszka, cienkim, chudym palcom, trzymającym tradycyjny bukiet — jego, czterdziestoletniego mężczyznę, mimo woli ogarnęło zdumienie.
Co wspólnego może mieć to dziecko z nim, popychanym przez instynkt lub prawo natury, pytał go ktoś niewidzialny, a bardzo trzeźwo rozumujący.
Lecz było już po wszystkim. Powinszowania, życzenia, pocałunki, łzy, płaskie żarty…
Teraz biały człowiek razem z żoną dążył do Afryki, do tej Gwinei Północnej, do dalekiego, drobnego punkciku na kuli ziemskiej, gdzie płynie jakaś rzeka, piętrzą się jakieś góry i gdzie gnieżdżą się czarni ludzie należący do nieznanego szczepu o dziwacznej, obcej nazwie…
— Zobaczymy! — rzekł do siebie w duchu biały człowiek. — Zobaczymy! Kocham Lucie, a moja miłość przywiąże ją do mnie… Zobaczymy! Wszystko się ułoży. Będziemy mieli dobrobyt, a to grunt!
Tą myślą Europejczyk, człowiek biały, usiłował rozwiać niepokojące go zwątpienia…
Dopiero dziewiątego dnia statek zawinął do portu Konakry. Po wizycie u gubernatora i krótkim wypoczynku w hotelu pan Richard (takie bowiem nazwisko autor tej opowieści nadał białemu człowiekowi) wyruszył wraz z żoną na wyznaczoną placówkę. W czasie, gdy państwo Richardowie opuszczali stolicę kolonii, droga żelazna jeszcze nie przecinała Gwinei od oceanu aż do miasteczka Kankan, skąd Francuzi wytknęli przez dżunglę drogi kołowe w stronę Sudanu i malowniczego Wybrzeża Kości Słoniowej.
Kolei nie było, nowi przybysze więc, w towarzystwie czterdziestu pięciu czarnych tragarzy posuwali się wolno na wschód. Murzyni nieśli hamaki z pasażerami, a na głowach — bagaże. Od małej wioski Kindia karawana podróżników nagle zmieniła kierunek i pociągnęła na północ.
Ta podróż trwała dwadzieścia jeden dni. Zmieniali się czarni tragarze, zmieniały się krajobrazy, zmieniały się typy napotykanych mieszkańców i ich wiosek, lecz w hamakach pozostawali ci sami podróżnicy — coraz bledsi, coraz bardziej wyczerpani i chorzy. Słońce z niepohamowaną wściekłością wylewało na nich całe kaskady palących, morderczych promieni, żółtoczerwona ziemia, żółta, spalona przez skwar roślinność — nużyły wzrok i wywoływały ostre zapalenie oczu; czarne i czerwone mrówki w dzień i w nocy gryzły wściekle nowych przybyszów; na noclegach w brudnych chatach murzyńskich dokuczały boleśnie tnące moskity; w górach płomienne dni zmieniały się na zimne, niemal mroźne noce, a podróżnicy drżeli pod swymi cienkimi kocami; później, na równinie, noce stały się gorętsze i duszniejsze od dni; podczas przepraw przez rzeki biali ludzie nie mieli ani chwili spokoju, chmary bąków i much napadały ich i gryzły do krwi. Była to droga niewysłowionych mąk — droga krzyżowa.
Tym nowym ludziom nieraz wyrywało się rozpaczliwe pytanie:
— Po co biali przyjeżdżają do tego strasznego kraju, tak wrogiego i obcego?
Było to jednak pytanie czcze, niepotrzebne, gdyż państwo Richardowie wiedzieli dobrze, a gubernator w pożegnalnej mowie szczególnie to podkreślił, że Europie wkrótce zabraknie pożywienia i potrzebnych towarów, a wojna zażąda zastępów czarnych żołnierzy. Rządy wszystkich niemal państw wdzierają się więc głębiej i dalej w obce dla nich lądy, usiłują wszczepić kolorowym ludziom swoje myśli i plany i nakłonić ich do wspólnej pracy nad tym, czego dotąd czarne, żółte i czerwone szczepy pojąc nie zdołały.
Jednak podróżnicy śród cierpień ciała i ducha posuwali się coraz dalej i dalej na północ.
Wkrótce pozostały już za nimi ostatnie, najniższe uskoki łańcucha górskiego. Karawana szła drogą wyciętą w dżungli, zaczajonej i groźnej, czekającej na tę chwilę, gdy po pierwszej ulewie będzie mogła pochłonąć nagie pasmo ziemi jak bliznę po ranie zadanej ręką człowieka-wroga.
Pewnego dnia czarnoskóry przewodnik, mówiący trochę po francusku, wskazał na połyskującą w oddali wstęgę rzeki i zawołał:
— To Kolente! Teraz zaledwie dwa dni oddzielają nas od Joukounkounu!
Istotnie, pod koniec drugiego dnia karawana zbliżać się zaczęła ku wielkiej osadzie. Państwo Richardowie już z daleka spostrzegli flagę narodową powiewającą nad jednym z budynków, otoczonym wysokimi, ciemnymi drzewami.
— Rezydencja! — objaśnił usłużny przewodnik, wskazując ręką trójbarwną flagę.
Pan Richard zamierzał wypytać go o stan przyszłej swojej siedziby, lecz w tej chwili zjawił się na zakręcie drogi ogromny tłum mieszkańców osady z kroczącymi na czele miejscowym „królikiem” i tłumaczem, Murzynem urzędnikiem. Zaczęły się powitania, a później śpiewy, tańce, klaskanie w dłonie, muzyka, ogłuszająca i przerażająca. W obłokach kurzu i chaosie niespokojnie poruszających się ludzi, hałasie i szczekaniu psów, nowy administrator dotarł nareszcie do swojego domu.
— Niech ci tu będzie dobrze i szczęśliwie, Lucie! — zdążył tylko szepnąć do żony, gdyż tłumacz ciągnął go na werandę, gdzie ludność miała mu złożyć dary.
Po skończonej ceremonii pan Richard kazał tubylcom wracać do domów, zapowiedziawszy początek urzędowania na następny poranek, i wszedł do swej siedziby. Razem z żoną obeszli cały budynek. Nie był on duży, lecz wygodny i dobrze zacieniony. Pani Lucie natychmiast zaczęła urządzać nowe gniazdo z tą miłością, która jest cechą łagodnych, lecz skrycie czynnych natur. Najwięcej czasu zabrała jej uporczywa walka z gnieżdżącymi się pod kredensem termitami i z olbrzymimi, podobnymi do krabów pająkami. Noc, spędzona pod muślinową siatką zwisającą z sufitu nad łóżkiem, przeszła spokojnie.
Nazajutrz rozpoczęło się normalne życie białych ludzi i płynęło powolnie, jednostajnie, bez wrażeń, bez smutku i radości aż do dnia, gdy po roku pobytu w Joukounkounie do biura pana Richarda wbiegła czarna służebnica Melita i zatrzymała się przy progu.
Pan Richard spojrzał na nią. Tyle razy widział tę półnagą, zawsze tajemniczą, czarną jak agat, zgrabną jak kariatyda lub jak czarnoskóra niewolnica z obrazów przedstawiających życie Rzymu i Egiptu, lecz teraz dojrzał w jej czarnych oczach coś niezwykłego. Była w nich triumfująca radość, chociaż usta jak gdyby kurczyły się do płaczu.
— Co się stało, Melito? — zapytał administrator.
— O! O! O! — zaczęła jęczeć Murzynka. — Pani, nasza dobra pani umarła… O! O! O!
Pan Richard odepchnął dziewczynę i wpadł do pokoju żony. Krzyknął przerażony, ujrzawszy Lucie, bladą i nieruchomą, leżącą na wznak na podłodze. Ukląkł i schylił się nad nią. Wkrótce zrozumiał, że to omdlenie. Udało mu się przywrócić żonę do przytomności i przenieść na łóżko.
Lucie była bardzo słaba i długo nie mogła mówić. Nareszcie odezwała się:
— Co to może być, Ludwiku? Poczułam nagłą niemoc, zakręciło mi się w głowie, upadłam…
— Nie wiem! — szepnął mąż. — Musimy czekać na inne objawy.
Chora tego wieczoru zaczęła gorączkować, miotać się w malignie.
Pan Richard rozpoczął kurację żony.
Mieszkańcy miast europejskich nic nie wiedzą o życiu nosicieli cywilizacji chrześcijańskiej i kultury europejskiej w koloniach afrykańskich! Nic! A tymczasem pędzą oni na tej wrogiej ziemi, we wrogim, zabójczym klimacie życie godne podziwu i głębokiego współczucia.
Komendant Joukounkounu, pan Richard, był jednym z wielu takich kulturtregerów. Był, a przynajmniej musiał być tu wszystkim. Był sędzią, a sądził nie tylko według prawa francuskiego, lecz także według kanonów islamu, prawa obyczajowego otaczających go Murzynów z plemion: Badiaranke, Bassari, Konjagi, Tiape, Fulakunda i innych; wydawał rozporządzenia, by wtrącać ludzi do więzienia w Joukounkounie, a nawet wysyłać ich na galery; był też kierownikiem w sprawach rolnictwa, hodowli bydła, rzemiosła; był głównym łącznikiem pomiędzy życiem „dzikich” mieszkańców swego obwodu a wysoce kulturalnym społeczeństwem Europy; doradzał we wszystkich kwestiach życia czarnych szczepów; był władzą, żądającą ustalonych przez prawo podatków; był wreszcie lekarzem, a w tym celu rząd zaopatrzył go w stary poradnik medyczny i malutką apteczkę, gdzie oprócz chininy, gorzkiej soli, rycyny, jodyny, aspiryny i amoniaku prawie nic innego nie było, nie licząc naturalnie waty i bandaży.
Pan Richard chwilowo porzucił wszelkie sprawy biurowe, studiował poradnik medyczny i stosował te lub inne środki, walcząc z niezrozumiałą chorobą żony. Nic jednak nie pomagało, gdyż prawdopodobnie nie była to żadna określona choroba, lecz raczej konanie słodkowodnej ryby wrzuconej nagle do morskiej zatoki albo powolna śmierć wiotkiej sosny przeniesionej na płomienne równiny Gwinei.
Złotowłosa Lucie umierała dlatego, że żyć tu, w Joukounkounie, nie mogła, gdyż słońce i skwarne powietrze wypiło prawie całą jej krew, a resztki zatruły swym jadem moskity, bąki, pająki i nikomu nieznane drobne żyjątka gnieżdżące się w pokarmie i wodzie.
Komendant miotał się i szalał z rozpaczy i bólu, a nikomu nie mógł się zwierzyć ze swych obaw, nikogo się poradzić, bo dwa tygodnie straszliwej drogi oddzielały go od miejsca pobytu najbliższego lekarza. Murzyn tłumacz i czarna Melita milczeli i pytająco spoglądali na komendanta, wczytującego się bez końca w pożółkłe, pachnące wilgocią karty poradnika medycznego lub przez całe noce siedzącego przy łożu chorej kobiety i wpatrującego się w jej coraz bardziej blednącą twarz.
Pewnego razu pan Richard zawołał tłumacza i, podając mu kopertę, rzekł:
— Natychmiast posłać gońca do Koumbii po lekarza! Niech pędzi biegiem!
Rozkaz wykonano natychmiast.
Nazajutrz po odejściu gońca komendant usłyszał ruch w pokoju żony. Wszedł i ujrzał chorą, która jednostajnym ruchem podnosiła słabnące ręce do oczu i przesuwała je niżej, aż do piersi, niby zdejmując z siebie coś niewidzialnego i przykrego, gdyż ściągała usta i mocniej zaciskała powieki.
— Co ci jest, Lucie? — spytał Richard, schylając się nad boleśnie wykrzywioną twarzą chorej.
Lucie zrobiła wysiłek, chcąc otworzyć oczy lub coś powiedzieć, lecz był to już ostatni wysiłek w jej życiu. Drgnęła tylko, ręce znieruchomiały i od razu zesztywniały blade, żółte palce. Żona białego człowieka umarła.
Komendant jak gdyby tego nie rozumiał. Melita niepostrzeżenie wślizgnęła się do sypialni, ujrzała pana Richarda, z uśmiechem głaszczącego nieruchomą twarz żony. Murzynka od razu spostrzegła żółte cienie czające się wokół zapadłych oczu i w głębokich zmarszczkach na czole, sztywne, skurczone palce i zrozumiała, co znaczy ten dziwny spokój i powaga rozlana na twarzy leżącej kobiety.
Wysunęła się z pokoju i, wybiegłszy z domu, zaczęła powtarzać zaklęcia, trzymając w dłoni amulet zawieszony na piersi. Po chwili wbiegła do izby tłumacza i zawołała piskliwym głosem:
— Biała kobieta odeszła na zawsze! Już nigdy do komendanta nie powróci!
— Skąd wiesz? — rzucił krótkie pytanie Murzyn.
— Sama widziałam… — wyszeptała dziewczyna. — Duch jej już odleciał do drzewa przodków.
Murzyn wdział na siebie płócienny burnus i wyszedł z izby. Podszedł do werandy rezydencji i usiadł na stopniach schodów, nadsłuchując. Siedział długo, aż usłyszał głuchy, dziki ryk i ciężki upadek ciała na ziemię. Wszystko umilkło i tylko w wieczornym powietrzu rozlegały się przenikliwe cykania nietoperzy. Murzyn zdjął pantofle i zaczął się skradać ku drzwiom. Uchylił je bez szmeru i się cofnął.
Zbiegł na dół i krzyknął:
— Melito! Chodź!
Murzynka natychmiast ukazała się w drzwiach kuchni.
— Chodź! — powtórzył tłumacz.
Weszli do pokoju. Było już zupełnie ciemno, Murzyn więc zapalił lampę, stojącą na toaletce. Stali teraz oboje, przejęci zgrozą. Ujrzeli komendanta zemdlonego i zaciskającego w objęciach ciało umarłej żony. Z wielkim trudem oswobodzili ciało z nieruchomych ramion nieprzytomnego, przenieśli go na otomanę, a zmarłą złożyli z powrotem na łóżku.
Pan Richard wkrótce wrócił do przytomności. Był blady, lecz zupełnie spokojny. Usiadł znowu przy żonie i w milczeniu przyglądał się jej, oparłszy ręce na kolanach w pozie oczekiwania. Tak przesiedział całą noc i cały dzień następny, aż po zachodzie słońca zaczął rozmawiać z kimś niewidzialnym.
— Dobrze! Dobrze! — mówił komendant, napełniając przerażeniem dusze tłumacza i służącej. — Dobrze! Uczynię, jak chcesz, tylko nie porzucaj mnie i przychodź co dzień przed wschodem i po zachodzie słońca, gdy skwar jest mniejszy! Wtedy wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie po dawnemu… Dobrze! Dobrze! Idę już! — Komendant podniósł się i, spostrzegłszy tłumacza, zapytał: — Powiedz, gdzie macie narzędzia ciesielskie?
— W magazynie, skrzynia numer sześć — odpowiedział zdumiony i wciąż jeszcze przerażony Murzyn.
— Zaprowadź mnie! — rozkazał komendant.
W magazynie wyszukał piłę, hebel, świder, młotek, kilka dużych gwoździ i polecił tłumaczowi przynieść deski.
Pan Richard wziął się do ciężkiej, nieznanej mu w Orleanie pracy. Musiał zrobić trumnę dla żony. Pracował przez całą noc, pokaleczył sobie ręce, pot ściekał mu z czoła, lecz nad ranem nieforemne, koślawe pudło było już wykończone. Pozostawało jeszcze kilka czynności dodatkowych. Atramentem namalował na wieku duży krzyż, a na wąskim końcu trumny wypisał starannie imię i nazwisko zmarłej, rok urodzenia i zgonu; zieloną bibułą upiększył zrąb pudła, wyłożył je grubą warstwą suchej trawy, przykrył czystym prześcieradłem i umieścił małą poduszkę.
Skończywszy trumnę, rzekł do Melity:
— Pani nasza była dobra dla tubylców, Melito? Prawda?
— O tak, panie! — odparła drżąca ze strachu Murzynka.
— To dobrze, że tak mówisz, Melito! — uśmiechnął się pan Richard. — Chcę więc cię o coś poprosić! Idź do dżungli, narwij dużo świeżych, zielonych liści karité, pościnaj wszystkie róże w ogrodzie i zrób dużo, dużo wieńców dla pani. Pani bardzo lubi kwiaty!
Melita wybiegła z pokoju. Komendant pozostał sam przy zwłokach żony.
Nie patrzał na nią; usiadł w fotelu przy łóżku i zaczął się wpatrywać w lustro stojące na toaletce. Po chwili uśmiechnął się radośnie i głosem, drgającym wzruszeniem, zaczął szeptać:
— Przyszłaś! Więc nie opuścisz mnie? Nigdy? Nigdy? Zawsze tu… dwa razy dziennie? Wszystko zrobiłem, jak kazałaś… Będziesz miała róże i wieńce zielone, zupełnie wiosenne! Sam złożę ciało do trumny, sam grób wykopię i opuszczę do niego to, co przemija i co nie jest potrzebne dla szczęścia i życia. Ty jednak pozostaniesz ze mną na zawsze! — Nagle zaczął się śmiać cicho i przeciągle: — Cha, cha, cha! Teraz koniec! Jesteśmy nieśmiertelni! Ty i ja… Pozostaniemy razem do końca końców i nie będę miał poczucia śmierci, połączony z tobą za życia… Po prostu — zamiast widzieć cię w szkle lustra i słyszeć twój głos, podamy sobie ręce i pójdziemy razem ku wieczności, bo już nic nas z ziemią i ciałem wiązać nie będzie. Prawda? No, widzisz… widzisz!
Pan Richard długo rozmawiał z żoną, a o północy własnymi rękoma obmył i przystroił zwłoki, złożył je w umieszczonej na stole trumnie i, wziąwszy kilof i żelazny rydel, wyszedł do ogrodu, gdzie rosły wysokie drzewa mangowe i rozłożyste akacje.
Znowu pracował przez całą noc, przygotowując miejsce ostatniego spoczynku zmarłej. Gdy pierwsze błyski wschodzącego słońca zaróżowiły wysoko płynące obłoki, powrócił do domu, pośpiesznie umył się i przebrał. Gdy skończył, podszedł do lustra i pogodnie uśmiechając się, szepnął:
— Dzień dobry, Lucie! Już! Już! Bądź cierpliwa…
Z tymi słowy podniósł z niezwykłą siłą trumnę i, oparłszy ją na ramieniu, zaczął stąpać ostrożnie, kierując się ku wyjściu; powolnym krokiem zszedł ze schodów i poniósł zwłoki ku rozłożystym akacjom i ciemnozielonym drzewom mangowym.
Pan Richard długo mozolił się, opuszczając trumnę do wykopanego dołu. Obmyślił w tym celu cały plan manipulowania sznurami, a w chwili, gdy Joukounkoun i okoliczna dżungla zaczęły się pławić w powodzi słonecznej, Richard zaczął wrzucać róże do dołu, pokrywając nimi trumnę, a później bez żadnego wzruszenia zasypał mogiłę, przystroił ją wieńcami i postawił mały biały krzyż. Gdy wykonywał te smutne czynności, ani razu nie błysnęła mu myśl, że przecież na zawsze ukrył w ziemi to, co stanowiło widzialną istotę ukochanej kobiety. Myśl jego i jego zmysły, nowe i nie odczuwane w codziennym życiu, działały w tym czasie w innej, niedostępnej sferze.
Uśmiechnięty i spokojny wracał do domu. Na werandzie, tuż przy wejściu do wnętrza domu, spostrzegł Melitę. Zatrzymał się na chwilę i wzrok jego spoczął na Murzynce. Uczynił to bezwiednie, bo nigdy taką nie widział tej zwinnej, karnej i sprytnej dziewczyny. Siedziała zupełnie naga, a słońce lśniło i z jakąś namiętnością szalało na spiżowym, namaszczonym olejem i miodem ciele, zaglądało, wciskało się wszędzie, gdzie ukrywał się cień, jakby chciało zrzucić zasłonę z tajemnicy tego pięknego ciała. Melita siedziała nieruchoma jak piękny posążek agatowego fetysza gri-gri; ręce miała złożone na kolanach; strzeliste piersi, podobne do dojrzałego owocu, gotowego pęknąć pod naciskiem dojrzałych soków, namiętnie i bezczelnie wołały i groziły; spod na pół opuszczonych powiek, ubarwionych na niebiesko, patrzyły czarne, zamglone oczy; usta, rozchylone i roziskrzone henną, ukazywały szereg lśniących zębów drapieżnej kotki… Nie była podobna do żywej istoty, lecz raczej do cudnej wazy mającej kształt nagiej kobiety i uwieńczonej pękiem szkarłatnego kwiecia. Jak gdyby na wzmocnienie tego podobieństwa Melita owinęła sobie głowę szkarłatną płachtą, nadając jej fantastyczny, niepokojący, niemal nieskromny kształt.
Ta postać kobieca przypominała rzeźbę nieznanej bramińskiej dewadasi z Angkor Thom, jednak nie Apsarę niebiańską, lecz kochankę okrutnego, krwawego Śiwy-Niszczyciela, nimfę orgii i grzechu.
Komendant po chwili przeszedł koło Melity.
— Dziękuję ci za wieńce i róże! — rzucił półgłosem.
Nic mu nie odpowiedziała, lecz gdy wszedł do domu, błysnęła oczyma, zacisnęła pięści i zgrzytnęła zębami niby stalą po krysztale. Oddaliła się z ociąganiem, leniwa w ruchach, skąpana w złotej cieczy słońca.
Minęły zaledwie dwa dni, a komendant jak zwykle urzędował w swoim biurze, sądził, radził, pouczał i leczył, lecz poza godzinami służbowymi do nikogo się nie odzywał i nigdy na grób zmarłej nie chodził.
Raz jeden tylko, spotkawszy Melitę niosącą wieniec i pęk czerwonych kwiatów, zapytał:
— Dokąd idziesz?
— Chcę położyć te kwiaty na grobie dobrej pani… — odparła.
— Dziękuję ci! — rzekł, obejmując łagodnie ramiona dziewczyny.
— O! O! — wybuchnęła Melita, przyciskając się do niego całym ciałem.
— Idź już, idź! — szepnął Richard. — Dziękuję ci raz jeszcze!
Odszedł, nie oglądając się, zadumany, obojętny…
Codziennie dwa razy, o wschodzie słońca i tuż po zachodzie, tłumacz i Melita podsłuchiwali pod drzwiami. Zapatrzony w gładką powierzchnię lustra, komendant prowadził długie rozmowy ze zmarłą żoną, bo widział ją oczyma swojej duszy, żalił się przed nią, płakał lub naradzał się z nią, zwierzał się jej i nawet śmiał się wesoło jak rozbawione dziecko.
Miesiąc po śmierci pani Lucie przybył lekarz. Nie zdziwił się wcale, że chora umarła, bo, jak się wyraził:
— Szympansice i Murzynki umierają w Europie, białe kobiety czynią to samo w Afryce… — Zapaliwszy fajkę, lekarz rozparł się w fotelu i zaczął cedzić przez zęby: — Jestem głodny. Czy pan ma dobrą kuchnię? To jedyna tu pociecha. A wino mamy? To dobrze, to wyśmienicie! A koniak? I koniak, i whisky?! Ależ to będzie lukullusowa uczta! No, a jak pan komendant się czuje?
Richard opowiedział mu, że nie sypia po nocach, a w dzień chodzi jak nieprzytomny. Opowiedział o swoich rozmowach z żoną, wygłaszając nawet własny pogląd na zjawiska tego rodzaju.
— Jest to, doktorze, forma telepatycznej wizji, powiem więcej, materializacja telepatycznego wpływu… Powstaje to wyłącznie z wielkiej tęsknoty i z wielkiego wysiłku ludzkiego…
— Wysiłku? — powtórzył lekarz. — Wysiłku w jakim kierunku?
— W kierunku powstrzymania się od samobójstwa, doktorze! — spokojnym głosem odpowiedział komendant.
Doktor pomyślał przez chwilę i mruknął:
— Doprawdy, to nie takie głupie. Lecz… przepraszam pana, co właściwie wstrzymuje pana od samobójstwa?
Komendant opuścił głowę i oczy zaszły mu łzami.
— Ona tego nie chce i ja też, bo wtedy już nigdy się nie połączymy! — szepnął, niby powierzając tajemnicę.
— Dlaczego nigdy, jeżeli pan uważa, że w innym wypadku połączenie się jest możliwe? — dopytywał zaciekawiony doktor.
— Tak, nigdy, ponieważ samobójca, przerywając brutalnie jedną z nici życia wszechświata, zabija swoją duszę; zuchwale gasi iskierkę, po śmierci odlatującą do ogólnego ogniska: płomiennej, świetlnej duszy świata, gdzie się rodzą i dokąd powracają pierwiastki, a może i treść poszczególnych istnień. — Pan Richard wyraźnie się zmęczył, ujmując w słowa wyczuwaną od dawna myśl.
— Hmmm! — mruczał doktor. — Nie są to zwykłe brednie! Lecz nie radzę zagłębiać się w podobne zagadnienia! — Zaśmiał się z przymusem i zawołał: — Czy prędko będziemy jedli?
W tej chwili wszedł kucharz wraz z bojem i podali tacę z różnymi butelkami i glinianym dzbanem z zimną wodą.
— To lepsze od filozofii i telepatii! — zawołał doktor, robiąc zabawne miny.
W obecności białego, inteligentnego człowieka pan Richard czuł się znacznie lepiej. Mógł mówić, a ta namiastka odtwarzania myśli i uczuć koiła świeżą ranę jak balsam. Jakiś dawno nieodczuwany spokój wstępował do duszy i mózgu komendanta. Mówił i mówił bez końca o wszystkim, co było, co jest obecnie i co będzie w przyszłości. Mówił, pożerany głodem słów, ponieważ był pozbawiony tego prawa i tej ludzkiej potrzeby przez długi czas, nie mogąc rozmawiać ani z Murzynem tłumaczem, ani ze służbą tubylczą, ani z trzema czarnymi żołnierzami, bo ci nie mogli go zrozumieć.
Doktor, znawca ludzi kolonialnych, spokojnie słuchał i milczał, starannie dbając o to, aby szklanki nie pozostawały bez napoju. Dużo pili przy obiedzie i po obiedzie, przy czarnej kawie. Pili wieczorem przy kolacji i po kolacji, aż do północy. Pierwszy raz po śmierci żony pan Richard nie rozmawiał dziś z jej cieniem na powierzchni lustra, bo usnął twardym snem.
Po kolacji, popijając czarną kawę z koniakiem, doktor rzekł:
— A z pana to się wyrobi wieczny kolonista! Tak jak ja! Już my stąd nigdzie i nigdy się nie wyrwiemy! Basta!
— Dlaczego pan tak sądzi? — zapytał Richard.
— Uczynią to wielka tęsknota i wielki wysiłek ludzki, jak się pan trafnie wyraził — odparł doktor.
— Czy i pan doznał tej wielkiej tęsknoty?
Doktor zamyślił się, a później mruknął:
— Murzyni Bambara mówią, że „każdy najlepiej zna robactwo gnieżdżące się w jego posłaniu”, czyli każdy ma swego mola, który go gryzie.
— Tak… — westchnął pan Richard. — To prawda!
— A więc napijmy się koniaku! — zaproponował lekarz. — Nieraz jeszcze spotkamy się tu, w Afryce. Przerzucają mnie z jednego końca na drugi, będą przerzucali i pana, więc spotkamy się gdzieś niezawodnie!
— Podoba się doktorowi w koloniach? — zadał nagle pytanie komendant.
— A jakże! Zupełnie tak, jak płotkom wrzuconym do roztopionego masła na patelnię! — zaczął się śmiać lekarz, pykając fajką.
— Więc po cóż… — zaczął Richard.
— A po to, mój panie — zawołał doktor — że nie ma dla mnie innego miejsca na kuli ziemskiej! Dlatego, tylko dlatego! Bo gdzie znajdę taki zarobek, takie wygody, takiego kucharza, bojów, niewolników raczej, takie młode kochanki — pokorne i oddane, dopóki mogę im płacić, taki spokój i tak mało pracy za tyle dobrodziejstw? Gdzie znajdę to wszystko ja, doktor Olivier ze zniszczonymi płucami, zjedzoną przez malarię śledzioną, z obrzmiałą wątrobą, z chorym sercem, z całym arsenałem możliwych i niemożliwych chorób i z psychiką właściciela niewolników, z nawykami dzikiego Europejczyka, stokroć dzikszego od tutejszych ludożerców? Gdzie? Powiedz pan, gdzie?! — Zerwał się z fotelu i trząsł Richarda za ramię.
— Nie wiem! — odparł komendant, zdziwiony wybuchem.
— A ja wiem! — krzyknął przeraźliwie piszczącym głosem doktor Olivier. — Nigdzie! Słyszy pan? Nigdzie! I dlatego mam młode, czarne kochanki, które zmieniam co trzy miesiące, bo te czarne róże szybko się starzeją; dlatego palę opium i haszysz, dlatego piję dużo i stale, co podtrzymuje, według mego przekonania, moje słabnące serce i moje zgniłe płuca, śledzionę i wątrobę i wlewa życie do mego mózgu. Radzę panu, mój komendancie, w najbliższej przyszłości iść za moim przykładem, a teraz mknąć co prędzej do łóżka i spać… spać! Słyszy pan? Już gammiera rozpoczął swoją głupią i nudną piosenkę. To znaczy, że minęła północ, a z nią razem godzina zjaw i duchów, przychodzi natomiast czas miłosnych uniesień. A ta pańska Melita — piękny kąsek! Z agatu rzeźbiony narcyz grzechu… Chytry z pana chłop! Wyszukał sobie specjał! Fiu! Fiu! — Doktor trącił komendanta pięścią w bok i, mocno chwiejąc się na nogach, udał się do swego pokoju.
Z białym człowiekiem przybyły do samotnej rezydencji w Joukounkounie nawyki, obyczaje i żądze cywilizowanych ludzi; zupełnie tak, jak wraz z chorym na dżumę zjawiają się zarazki tej straszliwej choroby.
Pozostawszy sam, pan Richard wychylił kieliszek koniaku i z cygarem w zębach wszedł do sypialni. Przy jego posłaniu klęczała Melita i stroiła poduszkę w kwiaty. Komendant zdmuchnął lampę i szedł ku dziewczynie, szukając jej rękoma w ciemności… Melita przed wschodem słońca opuściła pokój swego pana, lecz przed wyjściem krzątała się po pokoju. Nagłe śpiący pan Richard drgnął, usłyszawszy brzęk stłuczonego szkła.
Uniósł ciężką głowę i zapytał:
— Co tam takiego, u diabła?
— Przepraszam, przepraszam dobrego pana! Niech dobry pan każe ukarać Melitę! Melita, niegodna dziewczyna, stłukła panu lustro i dwa flakony na toalecie! Melita zła! Melita powinna być ukarana!
— Idź już, idź! — rzekł Richard i znowu usnął.
W taki dziwny sposób szybko znikła pamięć o żonie, wielka tęsknota, wielki wysiłek ludzki i gorejąca w duszy pana Richarda płomienna iskierka wszechświata.
Pozostały wina, koniaki, likiery, cygara, czasem opium lub haszysz w te dni, gdy powracały jakieś niestłumione jeszcze mroczne myśli. Na pierwszym miejscu pozostawała Melita, zawsze pokornie namiętna, zawsze potulnie pożądliwa, wypijająca przez noc jak Meduza, do ostatniej kropli gorącą krew i płomienne, wzburzone myśli, odchodząca nad ranem, rzucając obojętne spojrzenie na bezwładne, wyczerpane, pijane od wina i szału ciało swego pana i kochanka. I tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc… Po tej Melicie przyszły inne, bo te czarne agatowe kwiaty więdły szybko, a zmieniać je na inne można z taką łatwością, z jaką się zmienia konie lub psy.
Jednak czarne kochanki dokonały swego dzieła. Pan Richard, który po kilku latach w afrykańskiej hierarchii urzędniczej zabrnął wysoko, stał się wiecznym kolonistą. W pewnych wypadkach urzędnicy tego typu, teraz już wymierającego, byli niezbędni i dla celów kolonialnych pożyteczni, na ogół jednak był to pierwiastek najbardziej szkodliwy i niebezpieczny dla wpływu i aureoli białej rasy w Afryce, ponieważ otaczała ich nienawiść i milcząca pogarda tubylców; bogaci królikowie murzyńscy i kupcy syryjscy podarunkami, pochlebstwem i pieniędzmi kierowali ich działalnością i w ten sposób walczyli nieraz bardzo umiejętnie z pełną godności narodowej i szlachetnej ideologii polityką władz centralnych.
W Joukounkounie zmieniło się już kilku komendantów, znikł biały krzyżyk nad grobem Lucie Richard, a zamiast niego rozłożysta akacja puściła nowe pędy, lecz komendant Richard istniał jeszcze długo, przenoszony z jednej kolonii do drugiej. Woził z sobą dwie czarne żony, dwie rodzone siostry, przebiegle, rozpustne Murzynki, cynicznie zdradzające go z bojami, tłumaczami i żołnierzami, schlebiające swemu staremu panu i narzucające mu myśli podsuwane przez „królików” i czarowników murzyńskich.
Tak żółtoczerwona ziemia czarnych ludzi zabija białych przybyszów. Jednym z nich ścina krew płomiennym jadem słońca lub niszczącą trucizną roślin i zarazków chorób podzwrotnikowych, drugim zabija duszę i wolę wybuchem najniższych instynktów, obudzonych i podniecanych przez ziemię, brzemienną żądzą i siłami rozrodczymi, przez szał namiętnych, wiotkich Melit, podobnych do czarnych, rzeźbionych z agatu, trujących narcyzów — kwiatów grzechu.
Tak zakończył swoje opowiadanie stary kupiec sudański, płynący z nami z Bordeaux do Dakaru, w chwili gdy z lewej burty holenderskiego statku „Kilstroom” po raz pierwszy ujrzeliśmy płaskie, żółtoczerwone wybrzeże Mauretanii, tuż za Przylądkiem Białym. Afryka tropikalna powitała nas ponurą i jadowitą opowieścią białego człowieka.
Co powie nam ta połać Czarnego Lądu, gdy nas ogarną chaszcze dżungli i jej mieszkańcy — tajemniczy, niezbadani?
Na atlantyku
Z Bordeaux do Dakaru nasz „Kilstroom” płynął dziesięć dni. Już po opuszczeniu Garonny Atlantyk zaczął dość nieprzyjaźnie kołysać czarnym kadłubem naładowanego po same uszy statku, a fale raz po raz wdzierały się na pokład, a nawet do hali maszyn. Gdy jednak minęliśmy brzegi Hiszpanii i Portugalii, i przepłynęliśmy szerokość Gibraltaru, Atlantyk się uspokoił, co nam jeszcze w Bordeaux uroczyście przyrzekł dzielny kapitan — Jan Soeters, komendant „Kilstrooma”.
Dni mijały kolejno, podobne jeden do drugiego jak paciorki różańca. Rozrywek i wrażeń było mało. Na razie wrażenia — melancholijne, bo ocean poczynał sobie z nami trochę zbyt energicznie, a także dlatego, że płynęły z nami nieostrożne lub awanturnicze ptaszki europejskie — makolągwa, wróbel i dwa szpaki. Biedactwa tak daleko zabrnęły, że już na powrót drogą powietrzną odważyć się nie mogły. Dopiero około hiszpańskiego brzegu zerwały się ptaszyny z radosnym świergotem z masztu „Kilstrooma” i odleciały. Wśród nich brakowało jednak wróbla. Widocznie zginął któregoś burzliwego dnia lub podczas nocnej wichury.
Od czasu do czasu spotykaliśmy statki handlowe i pasażerskie. Jedne płynęły z Afryki, inne do Ameryki Południowej lub do Stanów Zjednoczonych. Na horyzoncie nieraz dymiły szkunery rybackie ciągnące olbrzymie sieci. Ocean — martwy w dzień — ożywiał się dopiero w nocy, gdy wzdłuż burty naszego statku, tnącego wzburzoną powierzchnię morza, i na grzebieniach fal połyskiwały i płonęły drobne żyjątka (Noctiluca). W czarnej otchłani wyczuwaliśmy wówczas tętniące życie głębin oceanu. Widzieliśmy płynące i walczące o byt ryby. Nie, nie widzieliśmy ich, lecz śledziliśmy ich ruchy i ich pędy, bo chociaż same niedostrzegalne, pozostawiały po sobie widzialny, błyskotliwy, na jedno okamgnienie zapalający się ślad, pasma lub plamy fosforyzującej wody. Zupełnie jak ludzie! Niewidzialne drobnoustroje wszechświata, ludzie, mianujący się królami przyrody, wieńcem twórczej potęgi Boga lub Natury, pozostawiają po sobie takie błyski, takie tajemnicze iskierki w oceanie kosmosu…
Na statku, szczególnie w nocy, gdy zacichał gwar na pokładzie i ustawała bieganina majtków, gdy rozlegał się tylko miarowy stuk maszyny, plusk i syczenie fal, wycie wichru wśród lin i zwojów płótna żaglowego, człowiek mógł spokojnie oddawać się myślom. Pogłębiała się wrażliwość i ostrzejsza stawała się zdolność spostrzegania analogii.
Na przykład przyglądałem się kiedyś całemu stosowi naszych bagaży ekspedycyjnych, wszystkim tym ogromnym skrzyniom z materiałami fotograficznymi, zwojami taśmy filmowej, z namiotami, stołami, stołkami, łóżkami, stalowym kuferkom z bielizną, prowiantami, przyrządami do preparowania ptaków i skór zwierząt, a myśl biegła drogą porównań i podobieństw.
„Czyż życie nie jest podobne do bagaży podróżnych?” — myślałem wtedy gdzieś na szerokości Gibraltaru. — „Gdy wszystko mądrze ułożono i upakowano, wtedy ład i wszelka wygoda! Jeżeli w kuferkach przedmioty są rozmieszczone źle, wtedy wszystko do niczego! Niczego nie można znaleźć na czas i w razie potrzeby. Ręka trafia wciąż na rzeczy zbyteczne, krępujące, zawadzające. Czasem coś lepkiego lub gryzącego rozbije się i wyleje, ohydnie brudząc rzeczy potrzebne, dobre, czyste i niszcząc bagaże sąsiadów. W rezultacie powalanych rzeczy nie używa się, innych nigdy w tej mieszaninie przeróżnych przedmiotów się nie odnajdzie. Czyż nie to samo bywa i z życiem — tym kuferkiem z czynami, zasadami, nawykami i postawą wobec zjawisk i ludzi?”.
Te myśli nie miały oczywiście na widoku naszych bagaży, bo firmy polskie i francuskie spakowały je idealnie…
Za Gibraltarem, zwłaszcza gdy minęliśmy wielką latarnię morską, stojącą na daleko wysuniętym cyplu jednej z Wysp Kanaryjskich, morze nagle się uspokoiło i od razu dało nam nieprzerwaną nić wrażeń i rozrywek.
W dzień zabawiały nas stadka latających ryb; wyskakiwały one z wody i, rozpościerając długie, szerokie płetwy, przelatywały kilkanaście metrów, uderzając o grzbiety łagodnych płaskich fal. Na pierwszy rzut oka wydać się mogło, że są to zabawy, figle wdzięcznych mieszkanek morza. Jednak ich zbyt gwałtowne ruchy, nieraz wprost konwulsyjne, a szczególnie wybałuszone, ruchome, pełne przerażenia oczy świadczyły o tym, że coś groźnego ścigało je w głębinie oceanu. To coś zawsze prędzej czy później wynurzało się na powierzchnię morza. Były to duże i małe delfiny, a kilka razy, jak twierdzili marynarze, widzieliśmy wieloryby. O ile jednak mogłem dostrzec przez moją lornetkę Zeissa, myślę, że były to raczej grindwale należące do tej samej rodziny, a nieraz w zimie z Oceanu Lodowatego docierające do szerokości Gibraltaru, gdzie właśnie obserwowałem te piękne okazy.
Szczególnie zabawiały nas małe, pospolite delfiny o długich, zębatych dziobach. Doganiały i przeganiały nasz statek, przepływały pod nim, oddalały się szybko i jeszcze szybciej zawzięcie go ścigały. Wielokrotnie wyskakiwały z wody na wysokość dwóch metrów, a wtedy mogliśmy zauważyć, że tuż przy białym brzuchu samic płynęły małe delfinki wykonujące z zadziwiającą sprawnością te same ruchy, zwroty i skoki co ich matki.
Zawziętość i namiętność, z jaką delfiny ścigały płynące ławice ryb, pozwalały zgodzić się z możliwością wypadków zaobserwowanych przez niektórych podróżników, że w zapale szalonego pościgu te zwierzęta nieraz wpadały na mielizny lub rafy przybrzeżne, gdzie ginęły atakowane przez ludzi lub drapieżne ptaki. Szybkość, zwinność i wytrzymałość delfinów jest wprost zdumiewająca, a instynkt uczy je pewnych systemów polowania, bo najwyraźniej urządzają nagonkę i kierują płynące ławicami ryby w żądanym i zawczasu wytkniętym kierunku.
W godzinach południowych z ciemnej otchłani oceanu wynurzały się, dążąc ku słońcu, galaretowate, zielonkawe meduzy i barwne, do wspaniałych, bajecznych kwiatów podobne pęcherzyki fizalii, noszące bardzo trafną nazwę „galery portugalskiej”.
O zachodzie słońca widziałem nieraz potężne ryby wyskakujące wysoko nad wodę i z ciężkim pluskiem znikające w otchłani. Były to tuńczyki, tak bardzo poszukiwane na rynkach europejskich.
Nieraz tuż przy burcie przepływał bandyta morski — rekin, uważnie przyglądając się stojącym na pokładzie pasażerom, niby wybierając spośród nich najsmaczniejszego; czasem zjawiały się nieduże stada ryb młotów z rodziny rekinów, o potwornych głowach i żółtych, wściekłych oczach. Te złośliwe oczy, wyrwane potworowi i wysuszone na słońcu, stanowią amulety rybaków z wysp Zielonego Przylądka i podobno od dawnych czasów przechowuje się je jako dziedziczne talizmany w rodzinach rybaków portugalskich.
W powietrzu szybowały lub majestatycznie płynęły na rozpostartych, do sierpów podobnych skrzydłach szare i białe mewy i rybitwy, baczne na wszystko, a drapieżne. Ptaki te nagłe, wydawszy przenikliwy, skrzypiący krzyk, zaczynały się miotać i po chwili, podnosząc do góry skrzydła, spadały jak kamienie do wody i porywały zdobycz. Na powierzchnię oceanu wypływały często ofiary niewidzialnych walk odbywających się w mrocznych przepaściach wodnych. Były to trupy ryb, szczątki meduz, kalmarów lub białe pancerzyki sepii.
Ocean ze swym nigdy nieustającym ruchem, z furią fal, z potęgą podnoszących się i opadających płaszczyzn wodnych jest uosobieniem wiecznej walki. Nigdzie chyba tak, jak na morzu nie daje się odczuć owej wrzącej nieustannie walki, która stała się uznanym prawem istot żyjących z ciążącym nad nimi przekleństwem pierwszej krwi przelanej w mroku prawieków.
Potwór morski, ścigający słabe, płochliwe ryby, ginie od mniejszych, lecz niebezpieczniejszych napastników, nieraz prawie niedostrzegalnych, od różnych robaczków lub zjadliwych drobnych raczków wdzierających się we wnętrzności olbrzymów oceanu. Szczęśliwie unikające pogoni i zagłady ryby w jednej chwili zmieniają się w bandytów, aby szerzyć śmierć wśród mniejszej, bardziej bezbronnej braci. I tak coraz dalej i głębiej, aż do zamkniętych w obronnych skorupach muszli mięczaków, polipów, gąbek i najprostszych, najmniej skomplikowanych, dla oka nieuchwytnych żyjątek, wytrzymujących na swych ciałkach takie ciśnienia olbrzymich mas wody, które kruszą i gniotą na miazgę stalowe kadłuby zatopionych okrętów…
Walka wre tu wszędzie i zawsze. Jedne istoty zwyciężają w dzień, inne w nocy. Dla zwycięstwa i szczęścia doczesnego zabarwiają się one na kolor morza, na kolor głębokowodnych roślin, aby czyhać na zdobycz w zasadzce; przybierają radosne, słoneczne, do tęczy lub do kwiatów podobne odcienie, aby swoją urodą podstępnie zwabić ofiarę, zatruć ją, odurzyć, zabić; w nocnym mroku zapalają się błędnymi, mamiącymi ognikami i szerzą zniszczenie…
„Kilstroom” płynął po tej powierzchni, ruchomej i zdradliwej, ukrywającej w sobie krwawą, nieustającą walkę.
Pewnej nocy z daleka długo nam przyświecała latarnia morska Przylądka Białego, a kapitan Soeters twierdził, że widzimy ją z odległości 56 mil morskich. Zwykle latarnie morskie są widzialne na odległość do 18 mil, lecz wskutek fatamorgany latarnia z Przylądka Białego rzuca swoje promienie na znacznie większą odległość. Istotnie, płynęliśmy w świetle tej latarni prawie całą noc — aż do chwili, gdy marynarze holenderscy pokazali nam bijące w dalekie skały olbrzymie bałwany, wściekle wylatujące w powietrze niby walczące białe widma.
— Tragiczne to miejsce! — rzekł kapitan Soeters. — Tu niegdyś zginęła fregata francuska „Meduze”, rozbita podczas burzy na rafach. Załoga usiłowała się ratować, lecz pożarły ją rekiny. Ponura to karta dziejów morskiej żeglugi!
Jak gdyby potwierdzając te słowa, przy lewej burcie statku wynurzył trójkątną płetwę duży rekin i długo płynął obok.
Nagle przemówił do nas zwrotnik Raka. Tchnął swym gorącym oddechem, na nowo wzburzył ocean i w godzinę zachodu słońca jak pędzlem malarskim powlókł niebo delikatnymi różowymi, seledynowymi, turkusowymi, szmaragdowymi i pomarańczowymi tonami, a chwilę później zarzucił czarną nocną zasłonę z połyskującymi na niej gwiazdami, z płomienną Wenus tuż nad fokmasztem okrętu.
Dziesiątego dnia przepływaliśmy w pobliżu żółtoczerwonych brzegów Afryki, najeżonych poszarpanymi przez fale skałami, wysuniętymi daleko w morze. Podczas burzy ocean rzuca tu zastępy bałwanów na tamujący jego ruchy ląd, więc żeglarze prowadzą swoje okręty z dala od brzegu, obawiając się tych niebezpiecznych, rafami zapełnionych miejsc.
Wiedzieliśmy, że zbliżamy się do Zielonego Przylądka. Świadczyły o tym liczne stada delfinów lubiących tę część Atlantyku, ponieważ obfitowała w ryby przez nikogo tu nie płoszone. Nie spotkaliśmy żadnej feluki mauretańskiej ze skośnymi żaglami pozostałymi po dawnych wojowniczych korsarzach, żadnej pirogi murzyńskich rybaków.
Płyniemy przez tajemniczą część Atlantyku, bo ukrywa ona w swej ruchomej piersi drażniącą tajemnicę. Tam, na głębokości setek metrów, leżą być może resztki niedawno legendarnej, a obecnie prawie realnej Atlantydy. Tam, być może, porośnięte wodorostami, koloniami polipów, liliowcami i anemonami, w migotliwych błyskach świecących się żyjątek, przetrwały setki tysięcy lat ruiny wspaniałych grodów Atlantów, czerwonoskórych magów, bogów i synów słońca.
Gdy w roku 1924 błąkałem się w górach Atlasu Wysokiego, który miał być jednym z półwyspów pochłoniętej przez ocean Atlantydy, myśl moja mimo woli biegła do starej dzielnicy Pekinu, do małego, schludnego domku filozofa i historyka chińskiego, czcigodnego Ko-Hu-Mingab. Zapytałem go kiegdyś, jaki okres obejmuje historia Chin. Uczony odpowiedział z uśmiechem:
— Egipcjanie twierdzą, że zamieszkują dolinę Nilu czterysta tysięcy lat. Myślę, że Chińczycy nie krócej są panami ziemi między Huang-ho i Jangcy! Co zaś do naszej historii, to zaczynamy ją od epoki, gdy fale oceanu ostatecznie pochłonęły Atlantydę. Być może, że nasz pierwszy cesarz Ju był Atlantem przybyłym z zaginionego kontynentu, bo przyniósł nam wiedzę i prawo, bo był… bogiem.
Tajemnica? Legenda? Mit?
A jednak coś przemawia do serca! Nazwy wysp: Ruta, Dajtja i Posejdonia, opis stolicy Cerne, „grodu o złotych bramach”, stają się bliskie, zrozumiale… Lecz nasz „Kilstroom” rozproszył te myśli, hucząc przeraźliwie i długo.
Przepływamy właśnie w pobliżu wysokich laterytowych skal, pogryzionych, wyżłobionych, poszarpanych przez wciąż burzący się tu ocean. Jakieś dwie skały tworzą rodzaj szerokiej bramy wjazdowej. Wyżej wznosi się urwisty brzeg, pokryty roślinnością i grupami budynków. Trochę dalej — jedna po drugiej — dwie latarnie morskie. To z lewej burty statku, a z prawej — mała wysepka, zatłoczona murowanymi budowlami dziwnej, średniowiecznej architektury, otoczona wieńcem czubów spienionych fal, rozbijających się o kamienisty brzeg. Jest to wyspa Gorée.
Na lewo od okrętu, za czamobrunatnymi skałami, wystawiwszy na ciosy oceanu dumną, potężną pierś, wznosi się Zielony Przylądek. Obchodzimy go, mijamy Gorée i, zabrawszy na pokład pilota, od razu skręcamy na wschód i wchodzimy przez wrota mola do portu Dakar. Kilkadziesiąt statków przyczepiło się do kamiennych nadbrzeży otoczonych składami transportowymi; na środku portu stało kilka większych okrętów, a wśród nich amerykański statek bez masztów, czarny i opalony podczas pożaru, który wybuchnął na Oceanie Atlantyckim, niszcząc cały ładunek, maszyny i nawet kadłub parowca; sto metrów od niego kołysał się wesoło biały, czteromasztowy żaglowiec należący do belgijskiej szkoły morskich kadetów, odbywających podróż dokoła świata…
„Kilstroom” ryknął, drgnął i z turkotem maszyn oddał kotwicę tuż przy nabrzeżu portu. Pilot, stary wilk morski, okazał się kolegą szkolnym syna Eliséego Reclusa, i dużo opowiadał o znakomitym geografie, zabawiając nas do chwili, aż mogliśmy opuścić pokład i dotknąć stałego lądu.
Na wprost przystani całe góry orzechów ziemnych, tego bogactwa Senegalu, skąd już obecnie wywożą do Europy tyle tego produktu, że wydobywanym z niego olejem pokrywa się połowę zapotrzebowania przemysłu.
Wszędzie na zabezpieczających od piasku stosy towarów brezentach i na ziemi leży warstwa łupin arachidów. Mimo woli przypominam sobie pierwsze miesiące bolszewickiej rewolucji w Petersburgu, gdzie wszystkie ulice, place, publiczne lokale były na metr zasypane łupinami ziaren słonecznikowych i tych samych orzechów ziemnych, dostarczanych przeważnie z Chin. Rozbestwiony, zbałamucony tłum wałęsał się wtedy w krwawych oparach po stolicy Rosji i dla rozrywki, a po części i dla złagodzenia głodu pluł tymi łupinami na chodniki ulic i na posadzkę sal teatralnych, galerii obrazów, cesarskich pałaców i kościołów. Ktoś złośliwy nazwał je „orzechami rewolucji”.
Jakieś sto metrów od przystani stał dość malowniczy budynek dworca kolejki wąskotorowej, z kursującym raz na tydzień pociągiem z Dakaru, stolicy francuskiej Afryki Zachodniej, aż do Bamako, stolicy Sudanu.
Na wysokim płaskowyżu, otoczonym kilkoma palmami, rozplanowano duże, bogate, ruchliwe miasto z wznoszącym się nad nim pięknym i majestatycznym pałacem generalnego gubernatora.
Mamy bawić w Dakarze aż trzy doby, bo nasz „Kilstroom” wyładowuje prawie wszystko, co mieści jego wnętrze, nadspodziewanie obszerne i głębokie. Z przyjemnością przenosimy się na te trzy dni do hotelu, aby odpocząć trochę od ciągłego bujania na naszym miłym stateczku i zwiedzić miasto, złożywszy przedtem wizytę wielkorządcy Afryki Zachodniej.
Na progu afryki
Generalny gubernator, pan Jules Carde, przyjął mnie bardzo uprzejmie i zapewnił o daleko idącej pomocy podczas mojej podróży na rządzonym przez niego terytorium.
Pan Carde urodził się w Algierii, a więc na kontynencie afrykańskim, gdzie też przeszła cała jego kariera służbowa. Był gubernatorem prawie wszystkich kolonii, którymi obecnie kieruje, był na Madagaskarze, a teraz stał się mózgiem całej Afryki Zachodniej — olbrzymiego kraju, liczącego 3740 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni i około 13 milionów mieszkańców. Mając do pomocy gubernatorów stojących na czele poszczególnych kolonii, dość samodzielnych w swojej polityce lokalnej, generalny gubernator nadaje jednak wszystkim określony kierunek, mający na celu wykonanie wspólnego planu.
W obszernym, przewiewnym, zacienionym gabinecie z bajecznym widokiem na Ocean Atlantycki podobny do najpiękniejszej tafli lapis-lazuli pracowała myśl gubernatora Europejczyka nad tym, w jaki sposób do wielkiej i, niestety, niesfornej rodziny ludzkiej dołączyć nowych członków o czarnej skórze i duszy dziecka. Jakimi metodami wykorzystać bogatą, lecz dotąd jałową ziemię, o którą walczyły przez całe wieki setki szczepów i ludów, a niczego wielkiego dokonać nie potrafiły.
Tu, za tym dużym biurkiem z książkami, mapami i raportami, nadchodzącymi z Sahary, znad jeziora Czad i od Zatoki Gwinejskiej, myśl wielkorządcy z pewnością nieraz się zatrzymywała przed powstającym nagle zagadnieniem:
Biali niosą kulturę, cywilizację, zwycięstwo nad głodem i wymieraniem, lecz czy czarni pragną tego? Czy nie wolą oni śmierci w swoim zdradliwym buszu — dżungli, swoich czarowników, znachorów i swojego Allaha lub drewnianych gri-gri — od europejskich pługów, kolei, samochodów, lekarzy, podatków i bogactwa w postaci papierowych franków lub funtów szterlingów? Dlaczego czarni są obojętni w stosunku do białych i ich tu pracy? Czy nie odczuwają, że biali pchną ich tam, gdzie czyha na nich nagła zagłada, jak na przykład wojna, lub powolna jak porażka po porażce na polu współzawodnictwa, do którego czarny człowiek o dziecinnym układzie myśli stanie prawie bezbronny?
Ściany tego gabinetu, po tysiąc razy dotknięte okładki książek, wytarta obsadka pióra, kałamarz, myślące oczy i drobne zmarszczki strudzenia koło ust generalnego gubernatora bezdźwięcznym głosem mówiły mi o tych troskach.
Później, gdy zwiedzałem stolicę i wyspę Gorée, gdy ujrzałem szkołę dla nauczycieli, lekarzy, techników i biuralistów, zrozumiałem, że te myśli nieraz gnębiły i niepokoiły pana Carde’a, a on postanowił wytworzyć zastępy wykształconych we własnych szkołach Murzynów i dać im siłę i broń do wałki z głodem, śmiercią, zabobonem i wyzyskiem przez białych, aby jako równi z równymi w pewnym momencie historycznym sprawę postawili jasno i wyraźnie, idąc ręka w rękę z białymi lub odmawiając im zaufania i współpracy. A tymczasem został wytknięty taki kierunek: zniewalać Murzynów do powiększania przez pracę dobrobytu i życiowych zapotrzebowań i ściągać do szkół jak największą ilość najzdolniejszej młodzieży murzyńskiej, przysyłanej z innych kolonii tej grupy.
Gdy kilka miesięcy później zakończyłem swoją podróż i spotkałem pana Carde’a w Paryżu, nie chciałem mówić mu o tym, co myślałem i co myślę, nie dlatego jednak, żebym chciał krytykować politykę Francji. Przyczyna była inna. Uważam wielki wysiłek Francuzów za ogromny eksperyment, znacznie większy niż szlachetne poczynania Stanów Zjednoczonych zakończone w połowie XIX stulecia utworzeniem wolnego państwa murzyńskiego — Liberii znajdującej się w Afryce Zachodniej, między angielską kolonią Sierra Leone a francuskim Wybrzeżem Kości Słoniowej. Na sztandarze Liberii wypisano słowa: The Love of Liberty Brought Us Here!c Amerykański plan po 75 latach wykazuje cechy niepowodzenia. Pozostawieni samym sobie, Murzyni liberyjscy nie zrobili dotąd nic, co mogłoby świadczyć o ich cywilizacyjnym postępie, jak twierdzą Anglicy i Francuzi z sąsiednich kolonii, Harry Johnston w swojej pracy o Liberii oraz kapitanowie statków cudzoziemskich odwiedzających Monrowię — stolicę republiki murzyńskiej.
Francuski rząd poszedł inną drogą i gdyby zechciał obmyślić dla Murzynów swoich zachodnioafrykańskich kolonii hasło, to brzmiałoby ono tak: „Przez pracę, cywilizację i dobrobyt — do wolności!”.
Uważam więc kolonialną politykę Francuzów w znanej mi części Czarnego Lądu za eksperyment, potężne doświadczenie nad 13 milionami Murzynów. Z własnej praktyki życiowej wiem, jak ciężko i przykro pracować w wieku dojrzałym nad zagadnieniem, którego rozwiązanie nie jest pewne. Dlatego właśnie nie chciałem rozmawiać o tym z panem Carde’em.
Nowoczesna polityka kolonialna w państwach demokratycznych o szerzącej się ideologii socjalistycznej jest otoczona pewną niechęcią. Kolonizacja, bezprawne wdzieranie się do kraju z obcą, kulturalnie niższą, społecznie słabszą ludnością, eksploatacja cudzej ziemi i sił, podbój, bandytyzm, piractwo — to są nieraz synonimy.
Jeżeli jednak nie będziemy patrzyli na kolonizację wyłącznie z punktu widzenia obecnego momentu historycznego, lecz przez pryzmat przyszłych dziejów ludzkości, okaże się, że taki pogląd jest błędny. Pod kątem teraźniejszości dla zdobycia dzikiego, odważnego żołnierza, taniego i wytrwałego robotnika, setek tysięcy ton bawełny, cukru, ryżu, węgla lub nafty dzieją się w kolonialnej polityce białej rasy rzeczy istotnie nie zawsze zgodne z zasadami wysokiej cywilizacji i nauki Chrystusa. Lecz, jak już się wypowiedziałem w swoich książkach o Afryce Północnejd, nawet potępienia godne wdzieranie się białych do dzikich krajów, kierowane samorzutnie przez doskonalącego się tymczasem ducha pewnych ras, z białą na czele, daje na przestrzeni wieków rezultaty dobre; zapewniają one całej ludzkości coraz lepsze i bardziej sprawiedliwe formy istnienia i przyłączają wszystkie rasy i szczepy do wspólnej, wielkiej rodziny ludzkiej, dążącej, być może, do celu, tymczasem niewytkniętego jeszcze z powodu różnicy chwilowych interesów poszczególnych ludów, lecz wielkiego i, miejmy nadzieję — świetlanego.
Jest to moje głębokie przekonanie o kolonialnej polityce wszystkich państw współczesnych bez wyjątków. Bywają wypadki stosowania polityki twardej, nawet okrutnej ręki, zdarzają się okresy polityki serca, spotykają się systemy przystosowania się do psychologii ludności kolonizowanych terenów.
Myślę, że ten ostatni system najbardziej odpowiada charakterowi francuskiej polityki w zwiedzanej przeze mnie części Zachodniej Afryki Podzwrotnikowej.
Ludzie o sekciarskiej psychice lub w ogóle niepatrzący dalej niż na odległość dnia dzisiejszego z uporem powtarzają, stereotypowy frazes, że „kolorowi nie chcą mieć u siebie ani złych, ani dobrych białych kolonizatorów”.
Naturalnie, że kolonizowany kraj spoziera na kolonizatorów okiem nieprzychylnym. Lecz co powiedzieliby ci obrońcy ludów kolorowych, gdyby sami znaleźli się w kraju, chociażby w swoim własnym, nawiedzonym i dziesiątkowanym przez dżumę lub trąd, bez możliwości i środków walki z tymi epidemiami? Czy nie żądaliby pomocy od innych, bardziej zasobnych i zdolnych do walki narodów? Czyżby nie przeklinali ich w wypadku odmowy tak niezbędnej pomocy?
A czyż ciemnota, dziecinny stan umysłu i bezbronność niektórych kolorowych ludów wobec klęski głodu, kataklizmów, chorób, bezprawia i przelewu krwi nie jest epidemią? Czyż nie wymagają one pomocy tych ludów, które już przeżyły te klęski i zwalczać je umieją? Ze człowiek ciemny nie lubi człowieka oświeconego, przychodzącego doń nawet z najszlachetniejszymi zamiarami, to zjawisko pospolite.
Pamiętam okres grasowania cholery w Rosji nadwołżańskiej. Tam nawet, gdzie wznosiły się kościoły chrześcijańskie, gdzie istniały władze państwowe, ciemne chłopstwo zabijało lekarzy dezynfekujących zarażone studnie i robiących zastrzyki przeciwko cholerze. W okresie panowania arcypostępowych komunistów w Rosji, gdy rząd sowiecki rozkazał wszystkich niepiśmiennych przemocą sprowadzać do szkól na naukę, w guberniach jenisejskiej i tomskiej chłopi podnieśli bunt i zabili kilku nauczycieli, gdyż ci szerzyli „czarci wynalazek” — naukę!
Obskurantyzm średniowieczny chciał zgładzić Galileusza i Kolumba, a jednak prawda z biegiem wieków zwyciężyła. Angielscy koloniści wytępili dzikie szczepy czerwonoskórych Indian, lecz utworzyli rzeczpospolitą Stanów Zjednoczonych, która wydała Lincolna, Benjamina Franklina, Edisona i Wilsona, która stworzyła Liberię i otoczyła opieką pozostałych Indian, a te Stany Zjednoczone, wolne od zgubnych przesądów w sposobie myślenia i w polityce, w najbliższym czasie niezawodnie zaważą na losach świata, ogłaszając hasła porywające wszystkich.
Jestem przekonany, że pracę kolonizacyjną należy studiować, planować i oceniać wyłącznie pod kątem przyszłych dziejów całej ludzkości.
Te myśli nurtowały mnie podczas długich podróży po Azji, Afryce Północnej oraz podczas krótkich pobytów w Indiach, Indochinach i na Wyspach Sundajskich. Te same myśli ze zdwojoną siłą obudziły się w gabinecie pana Carde’a, gdzie się rozstrzygały losy jego olbrzymiego planu i milionów tubylców kierowanych na drogę postępu. Przez cały czas mojej podróży szukałem materiałów do ostatecznych wniosków.
Gdy zwiedzaliśmy Dakar, uderzył nas niezwykle ożywiony ruch panujący na ulicach, na placu przed głównym rynkiem, w sklepach i w porcie. Wiedziałem, że Dakar ma 35 tysięcy mieszkańców, lecz ruch był taki, że miasto liczące 200 tysięcy ludności mogłoby mu pozazdrościć. Dowodziło to oczywiście intensywnej pracy i ożywionych obrotów handlowych. Piękne gmachy rządowe i obszerne budynki prywatne były otoczone drzewami lub stały przy ulicach bulwarach. Ogrody publiczne cieszyły wzrok artystycznie rozmieszczonymi gazonami i klombami, pełnymi barwnych kwiatów. Pnące się, kwitnące rośliny zdobiły niektóre domy. Rynek, zatłoczony tubylcami, sprzedającymi i kupującymi, przedstawiał bardzo ponętny dla artysty obrazek z malowniczymi grupami senegalskich kobiet — wysokich, wiotkich, w ciemnofioletowych, granatowych lub zielonych płachtach, stanowiących spódnice, w białych ażurowych kaftanach przypominających komże duchownych i w misternie ułożonych na głowie barwnych zawojach o pięknych kokardach lub zawiłych, pełnych pomysłowości węzłach.
Zdziwiła nas stosunkowo mała ilość mężczyzn, wysokich, nieraz olbrzymów, wysmukłych jak palmy, o lekkim kroku górali. Nie wiem, dlaczego, gdy patrzyłem na nich, zdawało mi się, iż widzę przed sobą kaukaskich Gruzinów, Imeretynów lub Czeczeńców. A jednak tu nie ma gór. Są to mieszkańcy równin. Skąd więc ów lekki chód, niemal lot, charakterystyczny dla ludzi przepaścistych, niebotycznych gór?
Objaśniono nam, że wszyscy mężczyźni znajdują się obecnie na robotach polnych, zbierając urodzaj orzechów stanowiących bogactwo kraju.
Strojne, wiotkie kobiety miały leniwe, ociężałe, chociaż bardzo plastyczne ruchy. Uśmiechały się rzadko, lecz ich czarne, zamglone oczy znały dokładnie, do najgłębszych tajników, sekrety wymownych spojrzeń. Te leniwe pozy, ta ociężałość ruchów należą do dobrego tonu kobiet senegalskich, słynnych z urody i kokieterii.
Senegalskie kobiety są przedstawicielkami różnych szczepów murzyńskich, takich jak na przykład: Wolof, Serer, Peuhl, Tukuler, Diola, Lebu, Malinke, Sarakole i Bambara, lecz na nich odbiła się w znacznym stopniu metyzacja, krzyżowanie się z Maurami i szczególnie z Portugalczykami w XV stuleciu. Metysów murzyńsko-portugalskich odróżniają znawcy na pierwszy rzut oka, z łatwością wyszukując w tłumie kobiety portugaises.
Senegal, jako kraj sąsiadujący z muzułmańską Mauretanią, wyznaje przeważnie islam. Jednak pod wpływem pogaństwa nauka Proroka uległa tu wielkim zmianom. Kobiety nie ukrywają swoich twarzy, jak to czynią Arabki i Berberki, noszą na piersiach całe pęki amuletów, a na twarzy i ciele wytatuowane znaki, uszy mają ozdobione od góry do dołu złotymi i srebrnymi kółkami i, co najważniejsze i najdziwniejsze, nie są takimi bezbronnymi i pokornymi niewolnicami jak kobiety innych krajów muzułmańskich. Takiej niezależnej kobiety, jaką jest Senegalka, nigdzie więcej w Afryce Zachodniej nie spotykałem. Starałem się dociec przyczyny tego zjawiska i mam dla niego tylko jedno wytłumaczenie.
Z pewnością nigdzie na całym zachodnim brzegu Afryki nie można stwierdzić tak wysokiego procentu domieszki krwi europejskiej jak tu. Więc dumna, burząca się przeciwko niewolnictwu krew białej rasy wytworzyła w mrowisku murzyńskim senegalski typ niezależnej, pełnej godności kobiety!
Mimo woli budzi się w pamięci burzliwa historia tego kraju.
Marynarze i kupcy feniccy docierali na swoich galerach do ujścia rzeki Senegal, do miejsca, gdzie się znajduje obecnie miasto Saint-Louis, a stąd zagłębiali się we wnętrze kraju, uwodząc z sobą niewolników i niewolnice do Tyru i Kartaginy. Zdaje się, że i Rzymianie z zachodniego wybrzeża Maroka dopływali do Senegalu, a po nich przedsiębiorczy Arabowie, niosący z sobą islam i mord. Od XIV do początku XVIII stulecia Francuzi, Portugalczycy, Holendrzy, Anglicy i znowu Francuzi gospodarowali na tych obszarach sposobem konkwistadorów, pozostawiając po sobie krew, łzy i jeszcze coś, co przemawia do dnia dzisiejszego wymowniej od wszystkich kronik. Są to potomkowie białych ojców i czarnych matek, Metysi, w których żyłach płynęła krew dawniejszych najeźdźców fenickich, rzymskich i arabskich.
Być może Senegalczycy po mieszkańcach górskiej krainy Hedżas, Asir-el-Jemen i niebotycznego Atlasu odziedziczyli ten lekki krok i rażąco cienkie, lecz foremne i muskularne nogi górali; dumę zaś i niezależność swych kobiet od białej rasy, przybywającej z północnego wybrzeża Morza Śródziemnego.
Przebiegając Dakar, obojętnie mijałem wspaniałe gmachy, bruki, stacje elektryczne i samochody, gdyż każdym nerwem wyczuwałem dziejowe burze, szalejące pomiędzy rzeką Senegal a Cabo Verde.
Kto mi zaprzeczy, że na szczycie tego majestatycznego przylądka płonęło w pomroce wieków wielkie ognisko na cześć fenickiego boga, Baala-Melkarta, pana tańców bachicznych, pozostających do naszych czasów w postaci pewnych zagadkowych tam-tamów, czyli tańców afrykańskich? Być może na tym ognisku palono wołu lub barana na cześć Baala-Saphon, władcy wichrów morskich, lub składano w ofierze porwane czarne dzieci na przebłaganie okrutnego Molocha, aby dopomógł w wyprawie po niewolników, złoto, słoniową kość i pióra strusie.
Teraz stoją tam latarnie morskie, maszty telegrafu bez drutu i wysokie gmachy europejskie. Wszystko się na pozór zmieniło, lecz dotąd jeszcze można znaleźć u tubylców rzeźbione z kamienia fetysze, bardzo przypominające z profilu, uczesania i okrycia głowy fenickich żeglarzy lub figurki kartagińskiej Astarte; można obserwować dziwne tańce Wolof lub Malinke o charakterze bachicznym, a w tłumie wyszukać niejedną twarz tubylczą z rysów i wyrazu obcą środowisku murzyńskiemu, mimo czarnej, jak heban skóry.
Za stacją radiotelegrafu trafiamy do Médiny, dzielnicy tubylczej. Szerokie piaszczyste ulice, otoczone parkanami ze zwisającymi nad nimi gałęziami drzew, ukrywających w swym cieniu małe domki tubylcze lub trzcinowe chatki.
W tym labiryncie ulic Médiny, dzielnicy tubylczej. Szerokie piaszczyste ulice, otoczondiny dostrzegliśmy po raz pierwszy i ostatni w Afryce Zachodniej przejawy nieżyczliwości wobec białych ludzi. Kobiety i starcy patrzyli na nas ponuro, bez uśmiechu i na pytania nasze nie odpowiadali; kilka razy zdarzyło się, że bawiące się na ulicy dzieci rzucały na nas piaskiem i kamieniami; stare kobiety wygrażały nam pięściami i krzyczały chrapliwymi głosami coś, co nie mogło być ani pozdrowieniem, ani pochlebstwem. Brzmiało raczej jak przekleństwo, z pewnością bardzo dosadne i energiczne, bo inne kobiety, słysząc to, uśmiechały się złośliwie, wlepiając w nas ogromne, błyszczące oczy, jednocześnie zaplatając włosy w drobne, misterne warkoczyki.
