Tajemnica lorda Listerdale'a - Agata Christie - ebook + książka

Tajemnica lorda Listerdale'a ebook

Agata Christie

4,2

Opis

Zbiór krótkich utworów mistrzyni kryminału opublikowany w latach trzydziestych XX wieku. Wprawdzie opowiadania mają więcej wspólnego z powieścią awanturniczą niż z kryminałem, ale dla miłośników klasycznej „czarnej prozy” też coś się znajdzie. Choćby zmodernizowana wersja bajki o Sinobrodym.

Autorka umieszcza akcję większości opowiadań w tak zwanych wyższych sferach, do których jej stosunek trudno nazwać jednoznacznym.

Choć opowiadania są krótkie, czytelnik z niecierpliwością przewraca kartki, nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
The Listerdale Mystery
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki
ANNA DAMASIEWICZ
Fotografie na okładce
© Illia Uriadnikov/Depositphotos.com
© Denis Rudoj/Depositphotos.com
Redakcja
ANNA MATKOWSKA
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
The Listerdale Mystery Copyright © 1934 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature
are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK
and/or elsewhere. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMV, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5359-3
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Tajemnica lorda Listerdale’a

Pani St Vincent dodawała cyfry. Raz czy dwa westchnęła, odruchowo dotykając ręką bolącego czoła. Nigdy nie lubiła rachunków, a teraz, jak na złość, jej życie było niekończącym się pasmem obliczeń – ustawicznym sumowaniem drobnych domowych wydatków, którego wynik zresztą nigdy jej nie zdziwił ani nie zatrwożył.

Jeszcze by tego brakowało! Ponownie sprawdziła rachunki. Zrobiła drobny błąd w pensach, ale pozostałe cyfry się zgadzały.

Pani St Vincent znów westchnęła. Ból głowy wyraźnie się nasilił. Oderwała wzrok od papierów, gdy do pokoju weszła jej córka, Barbara.

Barbara St Vincent była bardzo ładną dziewczyną. Po matce odziedziczyła delikatne rysy i ten sam szlachetny kształt głowy, ale jej oczy nie były niebieskie, tylko ciemne, i miała inne usta – wydatne, niepozbawione powabu czerwone wargi.

– Och, mamo! – zawołała. – Stale ślęczysz nad tymi okropnymi rachunkami? Wrzuć je wszystkie do ognia.

– Musimy wiedzieć, na czym stoimy – zauważyła niepewnie pani St Vincent.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Jesteśmy niezmiennie w tej samej sytuacji – powiedziała sucho. – Diabelnie ciężkiej sytuacji finansowej. Jak zwykle spłukane do ostatniego pensa.

Pani St Vincent westchnęła.

– Chciałabym... – zaczęła, ale zaraz urwała.

– Muszę znaleźć jakąś pracę – powiedziała Barbara poważnym głosem. – I to szybko. Cóż z tego, że ukończyłam kurs stenotypii i maszynopisania! Podobnie uczyniło milion innych dziewczyn! „Ma pani jakieś doświadczenie?” „Nie, ale...” „Och, dziękuję, do widzenia. Zawiadomimy panią”. Oczywiście nigdy tego nie robią! Muszę znaleźć jakąś inną pracę – jakąkolwiek pracę.

– Jeszcze nie, kochanie – poprosiła ją matka. – Poczekaj trochę.

Barbara podeszła do okna i błądziła nieobecnym wzrokiem po ciemnych konturach domów naprzeciwko.

– Czasami żałuję – zaczęła wolno – że ostatniej zimy kuzynka Amy zabrała mnie ze sobą do Egiptu. Och! Wiem, że się rozerwałam – po raz pierwszy i być może ostatni w życiu. Bawiłam się, bawiłam wyśmienicie. To było jednak rozstrajające... Myślę o powrocie tutaj. – Powiodła ręką po pokoju.

Pani St Vincent rozejrzała się i wzdrygnęła. Był to typowy pokój skromnie umeblowanego, wynajętego mieszkania. Zakurzona aspidistra, przesadnie ozdobne meble, krzykliwe tapety z wyblakłymi plamami. Kilka drobiazgów jednak świadczyło o odmiennych gustach lokatorów: jedna czy dwie sztuki dobrej porcelany – co prawda potłuczone i posklejane, niestanowiące już większej wartości – haftowana makatka zarzucona na oparcie sofy, akwarelowy malunek przedstawiający młodą dziewczynę w stroju sprzed dwudziestu lat, którą w tak dużym stopniu jeszcze przypominała pani St Vincent, że trudno było się pomylić.

– To wszystko nie miałoby znaczenia – ciągnęła Barbara – gdybyśmy niczego innego nie zaznały. Kiedy się jednak pomyśli o Ansteys...

Urwała, w obawie przed własnymi słowami o jakże kochanym domu, od wieków należącym do rodziny St Vincent, który teraz był w obcych rękach.

– Gdyby tylko ojciec... nie spekulował... nie zapożyczył się...

– Moja droga – powiedziała pani St Vincent. – Twój ojciec nie był człowiekiem interesu w żadnym tego słowa znaczeniu.

Stwierdziła ten niepodważalny fakt z pewną pobłażliwością. Barbara podeszła do matki, pocałowała ją i szepnęła:

– Biedna mamusia. Nic już nie powiem.

Pani St Vincent wzięła pióro i pochyliła się nad biurkiem, Barbara zaś powróciła do okna. Wkrótce odezwała się znowu.

– Mamo, dziś rano dowiedziałam się... że Jim Masterton chce mnie odwiedzić.

Pani St Vincent odłożyła pióro i obrzuciła córkę badawczym spojrzeniem.

– Tutaj? – zawołała.

– Cóż, nie możemy zaprosić go na kolację do Ritza – odparła drwiąco.

Matka nie wyglądała na uszczęśliwioną. Barbara ponownie z nieukrywanym wstrętem rozejrzała się po pokoju.

– Masz rację – przyznała. – To okropne miejsce. Szlachetne ubóstwo! Kojarzy się dobrze: biały domek na wsi, podniszczone perkale w dobrym gatunku, wazony z różami, serwis Derby do herbaty, który pani domu własnoręcznie zmywa. Tak jest w książkach. A w rzeczywistości syn dopiero zaczynający karierę urzędniczą w Londynie, niechlujne gospodynie, brudne dzieciaki na schodach, na wpół zdeklasowani sąsiedzi, a na śniadanie dorsz, który nie jest całkiem... i tak dalej.

– Gdyby tylko to... – westchnęła pani St Vincent. – Zaczynam się jednak obawiać, że nie zdołamy utrzymać dłużej nawet tego mieszkania.

– A to oznacza wspólny pokój dla nas obu – powiedziała Barbara. – Okropność! I pokoik na poddaszu dla Ruperta. A kiedy przyjdzie Jim, przyjmę go na dole w tym strasznym salonie pełnym starych plotkarek, które będą robiły na drutach i bacznie się nam przyglądały, z ledwością powstrzymując śmiech.

Zapadło milczenie.

– Barbaro – odezwała się w końcu pani St Vincent. – Czy chcesz, to znaczy... chciałabyś...

– Nie musisz być taka subtelna, mamo – powiedziała Barbara. – Dzisiaj mówi się pewne rzeczy wprost. Masz na myśli, czy chcę poślubić Jima, tak? Zrobiłabym to błyskawicznie, gdyby tylko poprosił o moją rękę. Ale obawiam się, że on tego nie zrobi.

– Och, Barbaro, kochanie.

– Widzisz, to zupełnie co innego widzieć mnie tam z kuzynką Amy, kiedy obracałam się, jak to się czyta w powieściach, w najlepszym towarzystwie. Spodobałam mu się. A teraz przyjdzie i zobaczy mnie tutaj! Wiesz, z niego jest dziwny osobnik, wybredny i staroświecki. Za to właśnie go lubię. To mi przypomina Ansteys i wieś. Wszystko o sto lat przestarzałe, ale tak... tak... Och, sama nie wiem... Takie upajające jak zapach lawendy!

Roześmiała się, trochę zawstydzona ujawnieniem swych pragnień.

– Chciałabym, abyś poślubiła Jima Mastertona – szczerze wyznała pani St Vincent. – On jest... jednym z nas. Jednocześnie jest bardzo zamożny, ale na tym mi wcale nie zależy.

– Ale mnie zależy – powiedziała Barbara. – Mam już naprawdę dość naszego ciężkiego położenia.

– Ależ Barbaro, chyba...

– Chcesz powiedzieć, czy to jedyny powód? Nie. Naprawdę chcę wyjść za niego. Ja... Och, mamo, czyż nie widzisz, że chcę?

Pani St Vincent miała bardzo nieszczęśliwą minę.

– Chciałabym, żeby zobaczył cię w odpowiednim otoczeniu, kochanie – powiedziała z zadumą w głosie.

– Och – żachnęła się Barbara. – Dlaczego się zamartwiasz? Spróbujmy zachować dobry humor. Przepraszam, że tak zrzędziłam. Głowa do góry, mamusiu! – Pochyliła się nad matką, lekko pocałowała ją w czoło i wyszła z pokoju.

Pani St Vincent zaniechała dalszych wysiłków arytmetycznych i usiadła na niewygodnej kanapie. Myśli krążyły jej po głowie jak uwięzione w klatce wiewiórki.

„Można mówić, co się chce, ale mężczyźni wierzą pozorom, które często mylą. Zaręczyny zmieniłyby sytuację. Jim szybko by się zorientował, jaką słodką i kochaną dziewczyną jest Barbara. Młodzi ludzie zbyt łatwo ulegają wpływom otoczenia... Na przykład Rupert jest teraz całkiem inny niż kiedyś. Wcale bym nie chciała, żeby moje dzieci były zarozumiałe – co to, to nie. Ale nie byłabym zadowolona, gdyby Rupert zaręczył się z tą okropną dziewczyną z trafiki[1]. Co prawda, ona może okazać się bardzo miła, ale nie jest przecież jedną z nas. Och, wszystko jest takie trudne! Biedna mała Babs. Jeśli tylko mogłabym coś zrobić... cokolwiek. Skąd jednak wziąć pieniądze? Wyprzedaliśmy się ze wszystkiego, żeby dać Rupertowi możliwość startu. Doprawdy, nawet tego ciężaru nie jesteśmy w stanie podźwignąć”.

Aby odsunąć złe myśli, pani St Vincent wzięła do ręki „Morning Post” i przejrzała ogłoszenia na pierwszej stronie. Większość z nich znała na pamięć. Ludzie szukali kapitału albo też zamierzali go na własną rękę zainwestować; inni chcieli kupić zęby (zawsze zastanawiała się, po co), jeszcze inni oferowali do sprzedaży futra i suknie, żywiąc optymistyczne nadzieje na uzyskanie wysokiej ceny.

Nagle skupiła na czymś uwagę. Kilkakrotnie przeczytała wydrukowane słowa.

Wyłącznie dla dystyngowanych ludzi. Wytwornie umeblowany mały dom w Westminster oferujemy tym, którzy należycie o niego zadbają. Czynsz czysto symboliczny. Pośrednicy wykluczeni.

Zwyczajne ogłoszenie. Czytała wiele podobnych ogłoszeń. Symboliczny czynsz – w tym zwykle kryła się pułapka.

Mimo wszystko jednak, aby się uspokoić i oderwać od dręczących myśli, szybko założyła kapelusz i pojechała autobusem pod wskazany w ogłoszeniu adres.

Był to adres firmy pośrednictwa mieszkaniowego. Owa firma nie wyglądała na nową i prężną. Sprawiała wrażenie raczej podupadłej i dość staroświeckiej. Pani St Vincent nieśmiało pokazała wyrwane z gazety ogłoszenie i zapytała o szczegóły.

Siwowłosy dżentelmen, który ją obsługiwał, pogładził w zamyśleniu brodę.

– Doskonale. Tak, doskonale, proszę pani. Wspomniany w ogłoszeniu dom mieści się na Cheviot Place pod numerem siódmym. Czy chciałaby go pani wynająć?

– Najpierw chciałabym wiedzieć, ile wynosi czynsz – powiedziała pani St Vincent.

– Ach, czynsz! Dokładna kwota nie została ustalona, ale zapewniam panią, że będzie czysto symboliczna.

– Symboliczna cena może być różnie rozumiana – powiedziała pani St Vincent.

Stary dżentelmen pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Owszem. To stara i znana sztuczka. Daję pani jednak słowo, że w tym wypadku to nie ma miejsca. Prawdopodobnie dwie lub trzy gwinee tygodniowo, nie więcej.

Pani St Vincent postanowiła zainteresować się ofertą. Oczywiście nie sądziła, aby miała szansę utrzymać ten dom, mimo to chciała go choćby zobaczyć. Tak niska cena mogła przecież świadczyć o istnieniu jakichś poważnych niedogodności.

Serce zabiło jej lekko, kiedy ujrzała front domu numer siedem na Cheviot Place. Perła architektury – królowa Anna, i to w znakomitym stanie! Lokaj, który otworzył drzwi, miał siwe włosy i małe bokobrody. Na jego twarzy malował się kontemplacyjny biskupi spokój. Miły biskup, pomyślała pani St Vincent.

Lokaj z życzliwą miną zainteresował się potencjalną klientką.

– Oczywiście, proszę pani. Oprowadzę panią. Dom jest przygotowany do zamieszkania.

Szedł przed nią, otwierał kolejne drzwi i objaśniał:

– Salon, biały gabinet, a tu obok – buduar.

To był szczyt marzeń. Wszystkie meble z epoki, z oznakami pewnego zużycia, ale w doskonałym stanie; kilimy na ścianach w pięknych, stonowanych barwach; w każdym pokoju wazony ze świeżymi kwiatami. Tył domu wychodził na Green Park. Zewsząd emanował czar starego, minionego świata.

W oczach pani St Vincent pojawiły się łzy. Z trudem powstrzymywała się od płaczu. To przypominało Ansteys... Ansteys...

Zastanawiała się, czy lokaj zauważył jej wzruszenie. Nawet jeśli tak było, należał do zbyt doświadczonych służących, aby dać cokolwiek po sobie poznać. Lubiła takich starych kamerdynerów, czuła się przy nich bezpiecznie i swobodnie. Byli jak prawdziwi przyjaciele.

– Piękny dom – wyszeptała. – Bardzo piękny. Cieszę się, że go zobaczyłam.

– Czy ma pani zamiar wynająć go dla siebie samej?

– Dla siebie, córki i syna. Obawiam się jednak... – Urwała. Tak bardzo pragnęła tego domu, tak bardzo...

Instynktownie wyczuła, że lokaj ją rozumie. Nie patrząc na nią, powiedział obojętnym głosem:

– Przypadkowo wiadomo mi, proszę pani, że właścicielowi nade wszystko zależy na odpowiednich lokatorach. Pieniądze nie mają tu znaczenia. Chce, żeby nowi mieszkańcy należycie zadbali o dom.

– Uczyniłabym to – powiedziała cicho pani St Vincent i odwróciła się do wyjścia. – Dziękuję za oprowadzenie – dodała grzecznie.

– Nie ma za co, proszę pani.

Stał w drzwiach należycie wyprostowany, kiedy pani St Vincent oddalała się ulicą. Pomyślała sobie: „On wie. Żałuje mnie. Należy tak jak my do starej gwardii. Chciałby, żebym to ja wynajęła dom, a nie jakiś człowiek z gminu albo fabrykant guzików. Nasz gatunek wymiera, ale trzymamy się razem do końca”.

Postanowiła nie wracać do pośrednika. Co prawda, mogłaby podołać czynszowi, ale pozostawała kwestia służby. W takim domu jak ten utrzymywanie służby było konieczne.

Następnego dnia rano obok talerza pani St Vincent leżał list z biura pośrednictwa mieszkaniowego. Oferowano jej wynajem domu przy Cheviot Place na sześć miesięcy za dwie gwinee tygodniowo. W liście zaznaczono: Zapewne wzięła pani pod uwagę to, że służba pozostanie na utrzymaniu właściciela. To rzeczywiście wyjątkowa oferta.

Niewątpliwie oferta wyglądała na wyjątkową. Pani St Vincent była tak zaskoczona, że przeczytała list na głos. Zarzucona pytaniami, opowiedziała o wczorajszej wizycie.

– Ależ z mamusi konspiratorka! – zawołała Barbara. – Czy naprawdę ten dom jest taki uroczy?

Rupert odchrząknął i zawyrokował:

– Coś się za tym kryje. Moim zdaniem to jest podejrzane. Mocno podejrzane.

– Zupełnie jak moje jajko – powiedziała Barbara, kręcąc nosem. – Och, dlaczego coś miałoby się za tym kryć? To zupełnie w twoim stylu, Rupercie, zawsze i we wszystkim doszukiwać się tajemnic. To przez te okropne kryminały, które ciągle czytasz.

– Czynsz jest śmieszny – zauważył Rupert, po czym dodał, robiąc ważną minę: – Pracując w mieście, człowiek styka się z różnego rodzaju dziwnymi sprawami. Mówię wam, że w całej tej sprawie kryje się coś podejrzanego.

[...]

Przypisy
[1]