Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna Tom I - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Opis

Piękna Dalmacja Południowa, malowniczy Półwysep Pelješac, trzy siostry, trzy historie, trzy miłości.

Czy można zapomnieć o zdradzie i niespełnionych obietnicach? Mówi się, że każdy zasługuje na drugą szansę, ale czy takim dobrodziejstwem Zuzanna obdarzy Roberta? Nie tak łatwo przecież zamknąć karty przeszłości i napisać nową opowieść o wspólnym życiu.

Zuzanna to pierwszy tom historii trzech kobiet w gorących chorwackich klimatach. Opowieść o tym, jak łatwo i szybko można zniszczyć wszystko, co w życiu najcenniejsze i jak trudno potem to odzyskać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 197

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Od Autorki

 

 

 

 

Pomysł na napisanie tej książki, a właściwie całej serii, narodził się w sierpniu 2013 podczas pobytu na półwyspie Pelješac. Wraz z rodziną i przyjaciółmi spędziliśmy wspaniały urlop w miejscowości Trpanj, gdzie na plaży Luka powstawały konspekty pierwszych rozdziałów. W tym tomie poznacie, drodzy Czytelnicy, losy najstarszej z sióstr. Historia Zuzanny otwiera trylogię zwaną przeze mnie chorwacką. Tom drugi przyniesie tajemnicę szalonej miłości Zofii, a w ostatnim – zamykającym – znowu wrócimy na Pelješac, aby w końcu dowiedzieć się, co zaszło pomiędzy najmłodszą z sióstr – Gabrysią i przystojnym Ivo.

Przy okazji dziękuję Tomisławowi za pomoc w napisaniu sceny „programistycznej”. Jeśli coś się nie zgadza, to tylko moja wielka wina.

Dajcie się porwać emocjom i urzec pięknym krajobrazom południowej Dalmacji. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta pełna uczuć wycieczka na chorwacki półwysep.

Miłej lektury!

Prolog

Szedłem w dół, kierując się w stronę morza i małego wzgórza, które czarowało prawdziwą feerią barw. Dalej, idąc tropem drzew piniowych, znalazłem się wśród niskich i aromatycznych krzewów lawendy. Ten zapach chyba zawsze będzie mnie prześladował. Czy można sobie wyobrazić zapach? Dla mnie zawsze będzie miał jej twarz. Bladą, lekko piegowatą, otoczoną kręconymi rudymi włosami. I te oczy… niepowtarzalne. Te oczy, w których utonąłem, i które stały się moim przekleństwem. Te oczy, o których nigdy nie byłem w stanie zapomnieć. Jej spojrzenie, które wyryło w mojej duszy bolesne wyznanie. Wyznanie miłości. Takie samo, jakie ona mogła widzieć w moich oczach. Dlaczego więc się pogubiliśmy? Kiedy straciliśmy to wszystko? Za dużo niedopowiedzeń, za mało rozmów i zaufania. Długo nie mogłem tego zrozumieć i sobie wybaczyć.

A teraz wróciłem tu. Do tego kraju na południu, gdzie lawenda kwitnie, oszałamiając zapachem, gdzie szczyty odbijają się w krystalicznej, lazurowej wodzie, a ja ponownie odzyskałem i straciłem część swojego serca.

Gdy minąłem niebieskie niskie krzewy, zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że ona jest tuż obok mnie. Często tak robiłem, katowałem się obrazami, wizualizowałem sobie jej postać, niemal czułem gładkość jej skóry pod opuszkami palców.

A teraz musiałem… Po prostu musiałem spróbować ją znaleźć. Nie istniałem bez niej.

Dlatego wciąż szukałem. Szukałem jej wśród lawendy.

Rozdział 1System of a Down „Lonely Day”

Zuza znowu nie miała gdzie zaparkować. Obiecywała sobie, że zacznie jeździć komunikacją miejską, jednak nie było to takie proste – musiałaby wstawać godzinę wcześniej. A co miała poradzić na to, że uwielbiała spać? Była typem sowy, mogła siedzieć długo w nocy, ale za to najchętniej spałaby do południa. Jednak to możliwe było jedynie w weekend, natomiast w tygodniu jej wewnętrzny zegar głośno protestował, gdy komórka oznajmiała, że to już szósta i czas zacząć dzień. Ustawiła sobie jako dzwonek kawałek System of a Down Lonely Day, który idealnie nastrajał ją do kolejnej walki o swoje. Zuzanna była dyrektorem sprzedaży w dużym koncernie farmaceutycznym, gdzie pracowała od skończenia studiów, czyli od ośmiu lat. Kiedyś, gdy została dumną studentką pierwszego roku farmacji, miała plany, widziała siebie w laboratorium, szukającą antidotum na bolesne ludzkie dolegliwości. Pragnęła naprawiać niedoskonałości świata, nieść pomoc, dawać wiarę, uzdrawiać. Myślała, że to takie proste, że wystarczy tylko chcieć. Ona chciała, nawet bardzo, lecz czegoś zabrakło. Chęci? Determinacji? A może znajomości, układów, poleceń? Stało się tak, że wylądowała w dużej korporacji i powoli pięła się po szczeblach kariery w dziale sprzedaży. A że zawsze miała smykałkę do przekonywania ludzi, szybko odnosiła coraz większe sukcesy, aż w końcu trzy lata temu, zaraz po przekroczeniu trzydziestki została dyrektorem generalnym. Na pewno pomogła jej znajomość dwóch języków: angielskiego i rosyjskiego, ale także obowiązkowość, sumienność i niewątpliwa chęć rywalizacji. Praca była dla niej wszystkim, dziewczyna żyła nią, żyła firmą. Wiedziała, jak mówią o niej podwładni – Żyleta. Taką miała ksywkę i wcale nie uważała tego określenia za obraźliwe. Taka właśnie była: ostra, bezkompromisowa i zawsze lojalna. Korpozwierzę. To ona, Zuzanna Skotnicka.

Gdy weszła do biura, kiwnęła w stronę asystentki, która natychmiast poderwała się ze swojego miejsca i ruszyła za szefową do jej gabinetu.

– Umów mnie z działem prawnym na jedenastą, mam pilną umowę do domknięcia, potem idę na lunch, po powrocie chcę rozmawiać z kierownikami działów. Czy przedstawiciele już są?

Zuzanna rozbierała się, jednocześnie klikając coś w laptopie, odbierając maile i logując się do aplikacji sprzedażowej.

Marta pilnie wszystko notowała, w międzyczasie uruchomiła ekspres. Wiedziała bowiem, że szefowa w pierwszej kolejności musi napić się kawy. Dziewczyna pracowała na tym stanowisku od półtora roku i była chyba jedyną asystentką dyrektor Skotnickiej, która wytrzymała tak długo. Tylko ona potrafiła dogadać się z tą wyniosłą rudowłosą kobietą. Bo Zuzanna miała charakter równie ognisty, jak kolor włosów. W ogóle była kobietą pełną apetycznych kształtów. Umiejętnie maskowała to, co było do ukrycia, i w sposób elegancki, z klasą pokazywała swoje walory, czyli piękne kręcone, rude włosy, pełne piersi i zgrabne nogi.

– Wszystko zanotowałam, przedstawiciele już czekają, nie ma tylko Andrzeja Markowskiego.

Zuzanna spytała obojętnym tonem:

– Dlaczego?

– Coś z dzieckiem, dzwonił, że się spóźni.

Rudowłosa utkwiła surowy wzrok w asystentce. Ta na szczęście przywykła już do takich spojrzeń, w innym wypadku musiałaby długo leczyć rany po ostrych sztyletach rzucanych przez dziwne oczy szefowej. Uodporniła się i wiedziała, że Skotnicka zdaje sobie z tego sprawę. Czasami nawet dostrzegała w jej spojrzeniu coś na kształt szacunku i uznania.

– Powiedział, że za dwadzieścia minut będzie – Marta dodała szybko, zanim pani dyrektor zdążyła rzucić jakąś uszczypliwą uwagę.

– Wyniki za wczoraj? – Zuzanna, wpatrując się w pocztę mailową, która zapełniała się wiadomościami w zastraszającym tempie, wyciągnęła rękę w kierunku stojącej asystentki.

– Wszystko jest w teczce – powiedziała Marta i podała czarną skórzaną tekę, którą codziennie zapełniała zaktualizowanymi z samego rana danymi sprzedażowymi za dzień poprzedni. Wiedziała, że w firmie liczą się tylko rosnące słupki z wynikami, a szefowa trzyma to wszystko w ostrych ryzach i może dlatego spółka funkcjonuje tak dobrze.

– Dziękuję, to wszystko.

Marta kiwnęła i wyszła z gabinetu przełożonej. Martwiła się jedynie o spóźnionego Andrzeja, który miał małe dziecko i próbował godzić obowiązki świeżo upieczonego ojca z wciąż rosnącymi wymaganiami ze strony firmy i przełożonej.

Zuzanna zebrała wszystkie potrzebne dokumenty i udała się do sali konferencyjnej, gdzie czekali na nią przedstawiciele handlowi, którymi od jakiegoś czasu kierowała. Oprócz swoich obowiązków związanych z globalnym zarządzaniem sprzedażą, wzięła na siebie także zadanie zwiększenia obrotów na Dolnym Śląsku, gdyż poprzedni kierownik regionalny nie sprawdził się i macierzysty oddział ich firmy wykazywał najgorsze wyniki w całej Polsce. Miała też nadzieję, że z grupy przedstawicieli uda się wyodrębnić przyszłego menadżera, który przejąłby od niej sprawnie funkcjonującą sekcję sprzedażową i, mówiąc kolokwialnie, pociągnął to dalej. Nie ukrywała, że duże nadzieje pokładała właśnie w Andrzeju Markowskim. A ten wycinał jej taki numer. I to już drugi raz w ciągu dwóch tygodni. Wiedziała, że mężczyzna ma małe dziecko, no ale praca też jest ważna. Przynajmniej powinna być, szczególnie w sytuacji, kiedy jego żona nie pracowała, a kredyt raczej nie miał szansy spłacić się sam. Zuzanna nie rozumiała, jak można być tak nieodpowiedzialnym. Często rozmawiała o tym ze swoją siostrą bliźniaczką, Zośką, która miała całkiem inne życie niż ona sama. Była żoną Adama, który od lat prowadził dobrze prosperującą firmę programistyczną. Miała także dwoje dzieci: czternastoletniego Jacka i trzynastoletnią Agatkę. Zuzanna ubóstwiała siostrzeńców, oczywiście z wzajemnością. Traktowała parkę jak swoje dzieci, często zabierała je na wspólne wypady na Mazury, gdzie od lat wynajmowała ten sam domek w Rucianem-Nidzie. Ostatnio jednak praca tak bardzo ją absorbowała, że od dwóch już lat nie pojawiła się na północy Polski, a Jacka i Agatę widziała ostatnio w czasie świąt Bożego Narodzenia. A wracając do Zofii – bliźniaczka często krytykowała styl życia Zuzki. Nie rozumiała, jak można pracować od świtu do wieczora, nie mając ani chwili dla siebie.

– Chyba że cieszysz się tylko z wciąż rosnących zer na koncie – powiedziała jej kiedyś, gdy po raz kolejny Zuzka nie przyjechała na urodziny siostrzeńca. Skotnicka ze wstydem uświadamiała sobie, że nie tylko nie ma czasu dla siostry i jej dzieciaków – w końcu osiedlili się w Warszawie, więc mogła czasami wymówić się odległością – ale często też zapominała odwiedzić rodziców, którzy, tak jak ona, mieszkali we Wrocławiu.

Ale Zośce łatwo było mówić, skoro sama nie pracowała, zajmowała się domem, a w wolnych chwilach parała się rękodziełem. Robiła śliczne zawieszki do łańcuszków, bransoletki, kolczyki, szyła torby, portfeliki, a także piękne zakładki do książek. Część sprzedawała przez Internet, ale większą ilość przekazywała na różnego rodzaju aukcje charytatywne, z których dochód zawsze był przeznaczany na bezdomne zwierzęta. Zuza była dumna z siostry, sama nie miała czasu ani na zwierzaka, ani na dzieci. Do tego ostatniego zresztą chyba potrzebny był facet, a z tym ewidentnie było jej nie po drodze. Kilka nieudanych związków, jeszcze bardziej nieudanych randek, flirty w sieci, szybki i mało satysfakcjonujący seks – to wszystko sprawiło, że teraz, w wieku trzydziestu trzech lat mogła śmiało spojrzeć w swoje odbicie w lustrze i jednoznacznie stwierdzić, że nie wszystkim pisane jest mieć rodzinę i ukochanego mężczyznę przy boku. Trzeba się z tym pogodzić i bez sentymentalnych refleksji robić swoje, realizować się zawodowo, a ewentualną potrzebę rodzicielstwa przelać na dzieci siostry. Bo jeśli chodzi o jakieś porywy serca, to Zuzanna nie była oderwaną od rzeczywistości marzycielką i wiedziała, że takie coś po prostu nie istnieje. Kiedyś, dawno temu, w świecie sprzed lat przeżyła coś takiego. Przez chwilę, przez moment wydawało się jej, że naprawdę czuła. Wtedy, przy nim… Jednak wkrótce okazało się, że było to tylko fałszem, nic nie wartą ułudą, bo on po prostu nie zasługiwał na to, aby jej młode serce zaczęło choć przez moment bić mocniej tylko dla niego. Gdy siedziała sama w domu, słuchając muzyki, pijąc wino w samotności, przypominała sobie te krótkie ulotne chwile, kiedy była z nim, kiedy spacerowali w mrozie po parku Szczytnickim, kiedy przytulał ją do siebie, całował, rozgrzewał. Minęło szesnaście lat, a ona ciągle go pamiętała, ciągle go czuła. I była taka zła, taka wściekła, że nieustannie gdzieś w niej tkwił, a to przecież niemożliwe, chore, idiotyczne wręcz. A jednak. Najgorsze było to, że w nielicznych związkach, w których była, ciągle szukała tej iskry, tego ognia, tego powalającego uczucia, które ogarniało ją za każdym razem, gdy była przy nim. Na próżno. On w jej życiu był jak nikły płomyk – rozgrzał na chwilę, by potem zniknąć, zgasnąć. Złamał ją. Nie tylko jej serce, ale także wiarę w czystość, szczerość, wiarę w potęgę uczucia, w przekonanie, że istnieje coś takiego jak miłość. Może dlatego nie była w stanie się przemóc, otworzyć na drugiego człowieka, nie umiała być po prostu sobą, zawsze grała jedną z wielu ról, jakie narzuciło jej życie. Tu zapewne tkwiła przyczyna tego, że mężczyźni uciekali od niej. Bo jak można być z kimś, kto tylko udaje, nie jest sobą, kto ciągle szuka w drugim człowieku kłamstwa, fałszu, podejrzliwie mu się przypatrując i analizując każdy ruch?

Gdy weszła do sali konferencyjnej, poczuła na sobie wzrok dziewięciu mężczyzn, którzy mimo początkowych trudności w końcu pogodzili się z tym, że zarządza nimi kobieta. Zuzanna potrafiła budować sobie szacunek, była naprawdę dobra w tym, co robiła. A poza tym bardzo pracowita, konsekwentna i niesamowicie wymagająca. Zarówno wobec siebie, jak i w stosunku do pracowników. Kto nie wytrzymywał napięcia – odpadał. Takie prawo rynku, takie życie.

– Witam, mamy mało czasu. Wyniki są na tablicy za mną. Największą sprzedaż miał Andrzej, ale niestety nie ma go dzisiaj.

– Spóźni się. – Jeden z kolegów próbował usprawiedliwić nieobecnego handlowca.

– Mam nadzieję, że pan Markowski nie spóźnia się tak na spotkania z ważnymi klientami.

– Nie, no… – Obrońca zamilkł, czując na sobie ostry wzrok szefowej. Potrafiła dosłownie wbić sztylet samym spojrzeniem. I jeszcze te jej dziwne oczy…

– Jest coraz lepiej, staracie się, idziecie w górę. Nie jesteście już w ogonie i to mnie bardzo cieszy. Za dwa miesiące pojawi się na rynku nasz nowy lek.

– Protazol.

– Tak – Zuzanna kiwnęła głową. – Wiecie, że to nasz priorytet. Chciałabym, aby chociaż raz Dolny Śląsk wysunął się na prowadzenie. Macie szansę, naprawdę.

Dalsza część spotkania upłynęła na krótkim podsumowaniu, rozdaniu planów na kolejny tydzień i innych sprawach organizacyjnych. Zuzanna podziękowała za zebranie i ruszyła w stronę gabinetu. W tym momencie na korytarzu prawie zderzyła się ze spóźnionym Andrzejem, który z zaczerwienioną twarzą wpadł do firmy jak burza.

– Bardzo przepraszam, ale…

– Wiem. I rozumiem – Zuzanna patrzyła na niego surowo.

– Tak? – Andrzej zamrugał nieco zdziwiony.

– Ależ oczywiście. Dziecko jest najważniejsze. Mam jednak nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że przyszły kierownik regionalny musi liczyć się z olbrzymim zaangażowaniem czasu własnego. Nie wiem, czy będziesz w stanie to pogodzić z obowiązkami ojca. Zastanów się nad tym.

Gdy Zuzanna zamknęła drzwi od swojego gabinetu, Andrzej stał jeszcze przed chwilę w korytarzu, po czym zacisnął zęby i poszedł do swojego pokoju.

Dzień pracy minął niepostrzeżenie, spotkania, lunch, analizy, setki maili, telefonów, i zanim się zorientowała, była dziewiętnasta. A tyle razy obiecywała sobie, że będzie wychodzić z firmy najpóźniej o osiemnastej. Próżne to były nadzieje, jeszcze nigdy nie udało jej się być w domu przed wieczorynką, której, nawiasem mówiąc, nie było w programie telewizyjnym, bo podobno nikt już nie oglądał bajek. Tak, życie szło do przodu, a dzieci robiły się coraz starsze. Nawet pięciolatkowie byli starsi od swoich rówieśników sprzed kilkunastu lat. Zuzanna często prowadziła dialogi sama ze sobą, bo tak naprawdę oprócz pracy niewiele miała okazji do spotykania się z innymi ludźmi. Jej przyjaciółka Kaśka wyjechała do Krakowa, wyszła tam za mąż, urodziła syna i wiadomo, że spotykały się tylko okazjonalnie. O wiele częściej rozmawiały przez telefon lub przez skype’a. Tak samo jak z siostrami, Zośką i Gabrysią, młodszą od niej i Zofii o trzy lata. Gabi związała się z Ivem, Chorwatem, którego poznała podczas pracy w jednym z centrów rehabilitacyjnych we Włoszech. Była utalentowaną masażystką i teraz mieszkała na odległym półwyspie Pelješac w południowej Dalmacji. Z Ivem nigdy nie wzięła ślubu, ale miała z nim pięcioletniego syna, Daria. Zuza wiedziała, że to, co wybuchło pomiędzy przystojnym Chorwatem a Gabrysią, było niesamowitym zaskoczeniem dla wszystkich, ale jeszcze bardziej zadziwił koniec związku, który rozpadł się z zupełnie niezrozumiałych względów. O tym jednak młodsza siostra nie chciała rozmawiać. Teraz mieszkała setki kilometrów od rodzinnego domu, prowadziła w hotelu w Orebiću salon masażu i sama wychowywała Daria. Oczywiście Ivo pomagał jej finansowo, spotykał się z synem tak często, jak mógł, jednak mieszkał w Toskanii i tam prowadził swój biznes związany z przewozami i transportem. Zuzanna czasami miała mu za złe, że zawrócił siostrze w głowie i przez to dziewczyna żyła teraz tak daleko od domu, od bliskich. Ale z drugiej strony Gabi była niezwykle silną kobietą, która świetnie sobie radziła. Prowadziła jednoosobową firmę i, jak mówiła, ponad wszystko kocha ciepłe morze i brak zimy. Zuza była kilka razy w jej domu w Trpanj i nie potrafiła nie docenić spokojnego, pozbawionego pędu i szaleństwa życia. Teraz Gabrysia także wielokrotnie zapraszała starszą bliźniaczkę (bo Zuza była starsza od Zosi o niecałą minutę) do siebie na wyciszenie, odpoczynek i pyszne wino, ale Zuzka notorycznie odmawiała. Po prostu nie miała czasu. Nie wyobrażała sobie, że zostawi firmę, rozgrzebane sprawy, panoszących się samopas przedstawicieli i wyjedzie na południe Europy, aby kąpać się w ciepłym Adriatyku, jeść oliwki, spacerować wśród skalistych ścieżek pełnych fioletowo-niebieskich kwiatów lawendy, pić wino, a w nocy słuchać wycia szakali, które zamieszkiwały okoliczne wzgórza. Nie mogła sobie teraz na to pozwolić. Nie tylko teraz. Nigdy?

Gdy wsiadła do samochodu, spojrzała na zegarek. Dochodziło wpół do ósmej wieczorem. Stwierdziła, że i tak nie ma żadnych planów na końcówkę dnia (a kiedy je miała ostatnio?), postanowiła więc pojechać na basen. Zaparkowała przed wrocławskim aquaparkiem. Widziała wiele takich jak ona, elegancko ubranych nowoczesnych kobiet pracujących, które w swych szpilkach od Manolo Blahnika udawały się do saun, jacuzzi, na baseny, aby oczyścić się z trudów dnia minionego i spróbować udowodnić sobie i innym, że są szczęśliwe, niezależne i samowystarczalne. Czy to było kłamstwo? Nie, przecież czuła się szczęśliwa. Chyba.

Pływała jak szalona, młóciła rękami wodę i parła do przodu jak maszyna. Tak samo robiła w życiu zawodowym – przed siebie, po wynik, na szczyt, na samą górę. Była nieustępliwa, cholernie ambitna, zdolna i pracowita. Nikt nie mógł jej zarzucić, że dotarła tak wysoko dzięki znajomościom, koneksjom albo przez wchodzenie do łóżek swoich mocodawców. Wszyscy wiedzieli, że Skotnicka daleka jest od takich rzeczy, niektórzy nawet posądzali ją o skłonności homoseksualne, bo facetów traktowała wyłącznie jak kumpli, a ewentualne zaloty dusiła w zarodku. Jasne, ostatnie, co jej było potrzebne, to romans w pracy. Nigdy. Zresztą słowo romans było takie… zabawne. Szybki numerek w wynajętym pokoju hotelowym albo podczas wyjazdu integracyjnego nie był tym, w imię czego warto było ryzykować swoje dobre imię i budowany od lat szacunek. Poza tym ciągle żyła przeszłością i w perspektywie dawnych przeżyć i doświadczeń wszystko inne miało nieco wyblakłe kolory.

Gdy dotarła do domu, było przed dwudziestą drugą. Napiła się soku marchewkowego i usiadła w salonie na skórzanej kanapie. Jej wzrok padł na kaktusa stojącego na parapecie. Na uschniętego kaktusa, dodajmy. Świetnie, nie potrafiła nawet zadbać o sukulenta, który wymagał podlewania raz na tydzień albo i rzadziej. Do jakiego stopnia stała się pracoholiczką, że zapomniała o kwiatku, który dostała od Jacka i Agaty?

– Ciociu, mamy dla ciebie kaktusika, nazwaliśmy go Jerzy. Nie musisz się martwić, że uschnie, bo wystarczy, jak podlejesz go raz na tydzień.

Przetarła zmęczone oczy i wyciągnęła komórkę. Gdy szła na basen, wyciszyła ją, aby nie dzwoniła w szafce w przebieralni, i teraz zobaczyła, że ma cztery nieodebrane połączenia od Zośki. Zaniepokoiła się i czym prędzej wybrała numer do bliźniaczki. Ta odebrała niemal natychmiast i pełnym radości tonem oświadczyła:

– Mam dla ciebie propozycję nie od odrzucenia!

Rozdział 2Afromental „It’s my life”

Zofia rozejrzała się po swoim zagraconym mieszkaniu. Jej dzieci, Jacek i Agata, wyjeżdżały na cały tydzień na zieloną szkołę do Karpacza. W związku z tym kończyło się właśnie wielkie pakowanie.

– Nie będę brać tej kurtki! – Agata siedziała naburmuszona, rzucając czerwoną ocieplaną kurtałą, w sam raz w góry.

– Tam może być chłodno, chcesz po górach chodzić w skórze? – Zofia starała się zachować spokój.

– Ona jest wieśniacka, poza tym wcześniej chodził w niej Jacek.

– Głupia jesteś, byłem w niej tylko raz na wycieczce. – Starszy o rok brat grał na playstation i nie odrywał wzroku od ekranu, na którym trwał właśnie mecz o puchar świata.

– Sam jesteś głupi!

– A ty ruda!

– A ty ślinisz się do tej durnej Aśki!

– A ty do Darka, myślisz, że jest ślepy?!

– Zamknij się, ty…

– Spokój! – Zofia wreszcie musiała zareagować. Jak zawsze do niej należały wszelkie mediacje i łagodzenie sporów pomiędzy dwójką dzieci. Adam, jej mąż, był z reguły nieobecny, bo albo pracował w firmie, albo pracował w domu. Od szesnastu lat prowadził firmę informatyczno-programistyczną, która z dnia na dzień rozwijała się, a teraz przeżywała prawdziwy rozkwit. Zaczęli od projektowania stron www, później robili softy dla firm zarządzających flotą samochodową. Niedawno do ich zespołu dołączył dawny kolega Adama, Robert, który jako spec od grafik 3D oraz systemów Android i iOS rozkręcał sekcję do spraw aplikacji mobilnych. Dlatego szanowny małżonek spędzał wiele godzin w firmie, co oczywiście Zosia rozumiała i doceniała. Czasami jednak oczekiwała od niego chociaż minimalnego zaangażowania w sprawy domu. Adam jednak poświęcał im sto procent swojego czasu tylko podczas urlopów, natomiast w ciągu reszty roku zawodowego jego uwaga była skierowana tylko w stronę firmy. Zofia zdawała sobie sprawę, że dzięki jego pracy mogą sobie pozwolić na bezpieczne życie, a ona cały wolny czas mogła poświęcić dzieciom, swoim pasjom i nie martwiła się o comiesięczne płatności, ale… Właśnie, zawsze jest jakieś ale. Może jednak wolałaby mieć więcej trosk, ale i więcej męża na co dzień? Czasami się nad tym zastanawiała i sama nie wiedziała, co byłoby lepsze. Ale w dni, takie jak ten, kiedy czas gonił, a dzieci stawały okoniem, czuła, że coś jej ucieka i może czasami warto byłoby także w tygodniu stać się rodziną.

– Gdzie moje okulary przeciwsłoneczne? – Wysoki szczupły blondyn wpadł do salonu, rozglądając się wokół z szaleństwem w oczach.

– Tam, gdzie je zostawiłeś – Zosia westchnęła, szturchając jednocześnie syna i gestem wskazując mu polecenie wyłączenia gry.

– Ale jeszcze mam godzinę – zaburczał chłopak, wpatrując się w ekran.

– A jakbym wzięła tę twoją fioletową? W tej czerwonej wyglądam grubo. – Agata patrzyła prosząco na matkę.

– Myślisz, że fiolet coś zmieni? – Jacek parsknął.

– Spadaj, debilu!

– Agata, nie mów tak do brata, Jacek, w tej sekundzie to wyłącz, Adam, okulary są w futerale na stoliku koło kominka, tam, gdzie ostatnio czytałeś swoje komputerowe coś – Zosia nie przerywając pakowania, w jednej sekundzie zaprowadziła porządek w salonie.

Adam złapał futerał, cmoknął żonę w policzek, pożegnał się z dziećmi i już go nie było. Zosia wiedziała, że dzisiaj ma zebranie w sprawie imprezy rocznicowej firmy, bo właśnie mijało szesnaście lat od założenia „Ad-Softu” i pan prezes Adam Faber zamierzał w bardzo huczny sposób obchodzić ten znamienity jubileusz.

– Muszę docenić chłopaków, należy im się to.

– Jasne, kochanie.

– A Robert, kurczę, ten to ma łeb, cieszę się, że mam go w zespole.

– Wy chyba znaliście się wcześniej?

– Tak, chodziliśmy razem do liceum, a potem razem studiowaliśmy. Chłopak dał ciała, wmanewrował się w głupi związek, ale teraz prostuje swoje życie.

– No tak, bywa.

Zosia łapała się często na tym, że mechanicznie odpowiada Adamowi, jej głowę zaprzątało milion innych rzeczy, takich na przykład jak wyprawienie dwójki dzieciaków na zieloną szkołę. Poza tym rozmowa o związkach i błędach przeszłości nie należała do jej ulubionych tematów.

Gdy w końcu udało się jej zapakować Jacka i Agatę do autokaru, pomachała im na pożegnanie i poczuła, że teraz wreszcie będzie miała chwilę dla siebie. Zamierzała wziąć aromatyczną kąpiel, nałożyć maseczkę, zrobić manikiur, może pójść do fryzjera. Jednak gdy weszła do mieszkania, najpierw zajęła się sprzątaniem bałaganu, który zostawili jej bliscy, wyrzucając sobie, że przecież takiego rozrzucania rzeczy ich wszystkich nauczyła. Bo zawsze po nich sprzątała, więc zarówno mąż, jak i dzieci nie widzieli powodu, aby nie rozrzucać swoich ciuchów, książek, gazet i gier gdziekolwiek. Od początku tak było: Adam pracował, a Zosia natomiast widziała siebie w roli matki i żony, a jej siostry, Zuzka i Gabi kompletnie tego nie rozumiały.

– Dzieciaki są już duże, przecież skończyłaś plastyka, zrobiłaś kurs grafiki komputerowej. Adam ma mnóstwo kontaktów w tej branży, niech cię gdzieś poleci, będziesz robić, nie wiem, okładki do książek! – Zuza niemal zgrzytała zębami, nie mogąc zrozumieć, że nie każdy musi spełniać się w pracy zawodowej.

– Zuzka ma trochę racji, ślicznie rysujesz, projektujesz, mogłabyś też na tym zarabiać. – Gabrysia była mniej obcesowa, ale też nie umiała zrozumieć, dlaczego Zosia samowolnie skazała się na bycie kurzyskiem, jak złośliwie nazywała ją starsza bliźniaczka.

– Ja kurzysko, ty korposzczur, widać nasza rodzina przeżywa zezwierzęcenie.

– A ja? – Gabrysia się upomniała.

– Ty? Ty jesteś ten szakal z półwyspu!

Zosia z rozrzewnieniem wspominała liczne siostrzane kłótnie, wiedząc, że oddałaby wszystko, aby znowu spotkać się ze złośliwą Zuzką i zwariowaną Gabrysią i poczuć się młodo i beztrosko, jak zawsze czuła się w towarzystwie dziewczyn.

Gdy zanosiła brudne ubrania Jacka do łazienki, zerknęła w lustro. Blada twarz upstrzona piegami, rude kręcone włosy, zielone oczy. Identyczna Zuzka, może oprócz tych oczu, bo u starszej bliźniaczki wystąpiła chyba jakaś mutacja.

– Jesteś mutant, z kosmosu.

– Jasne. Zaraz powalę cię spojrzeniem – Zuzka szczerzyła się, jeszcze gdy były małe, i obie piszczały, a przestraszona Gabrysia płakała.

Zofia uśmiechnęła się do wspomnień, dojrzała w odbiciu kurze łapki w kącikach oczu.

– Chyba naprawdę jestem kurzysko domowe – westchnęła i przystąpiła do dalszego sprzątania.

Po południu usiadła przy swoim biureczku i zaczęła szykować nową dostawę koralików, kolczyków i zakładek na kolejną aukcję na rzecz zwierzaków. Z lubością się temu oddawała, wierząc, że chociaż w niewielki sposób przyczyni się do pomocy potrzebującym czworonogom.

– Och, ty altruistko – uśmiechał się Adam, całował ją mechanicznie w czoło i wracał do swoich developów, macierzy i innych branchów.

Zosia nauczyła się być sama, nauczyła się organizować czas sobie i dzieciom, a jednak ciągle, nieprzerwanie, nieustannie czuła, że coś jej ucieka. Im coś ucieka. Gdzie te chwile namiętności, gdzie to szaleństwo, nieokiełznane pragnienie? Jasne, jeśli sądziła, że motyle w brzuchu będą wiecznie, to chyba była ostatnią naiwną. Ale co miała poradzić na to, że tak bardzo pragnęła romantyczności, a tymczasem miała w domu pragmatyka, który wszystko potrafił racjonalnie wytłumaczyć.

Przypominała sobie