Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
43 osoby interesują się tą książką
Mira lubi chodzić na cmentarz. Obserwuje odwiedzających i dekoruje groby nieznanych osób. Chyba zbyt często towarzyszy jej wstyd. Podejrzewa, że coś z nią nie tak. Pewnego dnia jej matka odkrywa coś dziwnego. Właściwie nie jest pewna, co zobaczyła w pokoju córki, niemniej zapada decyzja, że dziewczynę należy wysłać do szpitala psychiatrycznego. Niedługo później Mira trzyma w kieszeni swetra wymięte skierowanie na oddział zamknięty jak glejt, list żelazny mający ją ochronić. W drugiej kieszeni chowa szczęśliwe lata – pospiesznie zgarnięte dziecięce totemy i zdjęcie z rodzinnego domu. W szpitalu spotka osoby, które mają problemy, ale przynajmniej można się z nimi zaprzyjaźnić. Niektóre są bardzo dziwne, inne ciekawe. Część z nich nigdy nie wyjdzie na zewnątrz. W głębi korytarza miękko płyną dziew czyny z grupy A, bezgłośnie jak cień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Małgorzata Bargielska, 2026
Wydanie I
Warszawa 2026
Już jako dziecko wiedziałam, że swoją przyszłość mogłabym związać z umieraniem. Dzieciństwo spędzone w sąsiedztwie największej nekropolii w Europie uwrażliwiło mnie na potrzeby i pragnienia zmarłych. Po wieczorynce, leżąc w ulubionej piżamie w sarenki, wyobrażałam sobie pogrzeby kolegów z piaskownicy. W myślach zbierałam do pudełek po butach ich drobne ciała i pielęgnowałam je do czasu pochówku, pocieszałam strapione matki i mówiłam, że ich zmarłe dzieci z pewnością nie będą same w trumnie. Organizowałam dla małoletnich gości na stypie kartki na słodycze, o które w tamtym czasie było niezwykle trudno. Cmentarz znałam lepiej niż swoje podwórko. Jego topografię miałam w małym palcu. Wiedziałam, które stragany pod murem oferują najlepsze towary w najkorzystniejszych cenach. Umiałam nie tylko odróżnić miękką pańską skórkę od tej, która wyłamywała zęby, ale też wybrać chryzantemy, które nawet bez podlewania stały długo i sprężyście.
Pomimo skromnego doświadczenia w zakresie śmierci potrafiłam wykazać się zadziwiającym jak na mój wiek wyczuciem taktu, gdy trzeba było kogoś ładnie pożegnać. Mój talent jako pierwsze dostrzegły okutane czarnymi chustami stare baby, zbite w posępną grudę nad umierającym dziadkiem. Musiały przystawić mi taboret, bym dosięgła do jego ucha, a gdy na niego weszłam, widziałam tylko szeroko rozwarte błękitne oczy, które czepiały się wszystkiego, co jeszcze żywe. W tych ostatnich wypowiedzianych do dziadka słowach odbarczyłam jego sumienie, zapewniając, że zajmę się pomidorami za domem, choć o ogrodnictwie nie miałam pojęcia. Na moją deklarację baby zareagowały niemym potakiwaniem, które było najwyższą formą uznania z ich strony. Ta sytuacja nauczyła mnie, że rzeczywistość potrzebuje fikcji jak umierający szklanki wody. A ja potrzebowałam zdarzeń i historii, w których czułabym się potrzebna i mogłabym kogoś zadowolić. Dlatego dekorowałam obce groby nieodpłatnie i ochotniczo.
Groby, przy których spędzałam czas, tylko pozornie były przypadkowe. A wybór kwater był przeogromny: od sieci filigranowych mogiłek ofiar epidemii hiszpanki z tysiąc dziewięćset osiemnastego roku, przez ciąg szeregowców z lastryko, aż do niewielkiego osiedla cygańskich grobów. Nieprzyzwoitych, rozpasanych, rozbuchanych cygańskich grobów, których widok tak oburzał, że aż rozhuśtywał wiotkie policzki i podgardla spacerujących po cmentarzu staruszek. Niesmak wywoływały pozłacane barokowe kolumienki, fikuśne portyki, misternie wykute w czarnym marmurze wizerunki aut i pierwszych telefonów komórkowych, czyli wszystkie charakterystyczne cechy cygańskiego stylu i pewnej epoki na Cmentarzu Bródnowskim. Moim cmentarzu.
Mieszanka gównideł – bo tak zwykły nazywać ten styl babcie z drugiego bieguna cmentarza, które preferowały klasykę – przyciągała mnie bezwstydnością i śmiałymi środkami wyrazu. W czasach, w których pokazywanie na zdjęciu zębów wciąż było oznaką braku dojrzałości i przejawem niepoważnego podejścia do życia, swoboda celebrowania śmierci pociągała mnie jak kiedyś wnętrze Pewexu.
Najbardziej lubiłam do nich zachodzić w okolicach Święta Zmarłych. Groby spływały wtedy wódką, a na marmurach i granitach pieniło się piwo. Pod mosiężne baldachimy wjeżdżały tacki z grillowaną kiełbasą i chlebem. Dla dzieci Ptyś i Ptasie Mleczko. Siadałam w równoległej alejce, obserwowałam i odpinałam guzik od spodni. Kiedy oni jedli i radośnie świętowali, ja też jadłam. A kiedy oni kończyli, ja płakałam i jadłam dalej.
Choć od mojego bloku do zachodniej bramy cmentarza dzieliły mnie zaledwie dwa przystanki, to dojeżdżałam pod nią tramwajem. Nie mogłam sobie tego odmówić, bo kochałam je, te tramwaje znaczy, za to, że w przeciwieństwie do ludzi nie mogą w dowolnej chwili zmienić kierunku. Nie zrobią nagle wolty na Mokotów, tylko dadzą się pokornie prowadzić jedyną słuszną trasą do pętli. Ale było w nich coś, co niepokoiło, co wprawiało w drżenie bardziej niż łuna niebieskiego światła na zapleczu zamkniętego kiosku Ruchu. Drzwi. Te hydrauliczne drzwi, harmonijkowe, łamane. Bo skoro przy otwieraniu rozrywało je na boki z taką brutalnością i hukiem, to z podobną siłą musiały kruszyć to, co znajdowało się między nimi w trakcie zatrzaskiwania: dziecięce wózki, kości piszczelowe, laski niewidomych, tornistry, ciążowe brzuchy i wszystko, co nie zdążyło się w porę wycofać. Jestem pewna, że w zawiasach i gumowej izolacji tkwiły powyrywane włosy, krew i inne organiczne resztki tych wszystkich, którym zabrakło refleksu i życiowego sprytu przy wysiadaniu z tramwaju. W hydraulicznym uścisku ginęli ludzie, którzy w paleolicie nie zdążyliby uciec przed drapieżnikiem, a wśród nich dzieci, starcy, no i ci przegrywający z uzależnieniem i chorobami cywilizacyjnymi, jak cukrzyca na przykład. Na sam koniec, po akcie śmierci, ich wiotkie ciała trafiały prosto do zbiorowych mogił na największym cmentarzu w Europie. Moim cmentarzu. Tak to wtedy widziałam.
Bohaterami mojego dzieciństwa byli ci, którzy podróżowali nonszalancko oparci o tramwajowe drzwi i na każdym przystanku wyskakiwali na chodnik tylko po to, by na dźwięk rozgorączkowanego dzwonka w ostatnim możliwym momencie wskoczyć do wagonu. Potem przychodzili do nas na murek, a my ich witaliśmy jak prawdziwych kozaków wracających z frontu, ktoś donosił chłodną oranżadę, ktoś inny ustępował miejsca i słuchaliśmy, słuchaliśmy, jak opowiadali, że nie ma bardziej przyjemnego uczucia niż to, które pojawia się po przetrwaniu śmiertelnego zagrożenia.
– Nawet kichnięcie?
– Nawet – odpowiadali, po czym gasili o murek papierosy i biegli do mamy, która nawoływała z okna na dobranockę.
Nawet kichnięcie. Pewnie dlatego po wyskoczeniu z tramwaju było mi tak dobrze. Lęk przed żarłocznymi drzwiami ustępował i dzięki temu do domu wracałam z poczuciem ulgi. Chowałam ją pod swetrem jak pulsujące zawiniątko, jak ciepłego chomiczka znalezionego na podwórku, którego trzeba w tajemnicy przed rodzicami przemycić do pokoju. Karmiłam go sielskimi widokami z balkonu, z którego starodrzew za cmentarnym murem wyglądał jak z obrazów Canaletta i powtarzałam mu na głos, że wszystkie rzeczy, nawet te złe, chomiczku, mają swój kres, ale tylko te dobre kończą na największym cmentarzu w Europie. Moim cmentarzu. I ja też miałam prawo marzyć o tym, że znajdę na nim swoją tramwajową pętlę. A ta wizja, w której nie muszę się już męczyć i niczego bać, była jak ciepła, miękka dłoń gładząca czoło przed zaśnięciem. Jedz, chomiczku, jedz. Rośnij duży, okrąglutki.
Wolontariat dla zmarłych wciągnął mnie na tyle, że po kilku latach zaczął się odbijać na moim życiu licealistki. Owszem, codziennie wyruszałam do szkoły, ale i tak w drodze do niej zapodziewałam się na cmentarzu.
– Trzeba się najpierw zgubić, żeby potem móc się odnaleźć – pouczała mnie Megi.
Jezu, Megi. Taki banał z twoich ust, myślałam wtedy, ale słowa te zagryzałam bułką, by nie wydobyły się na zewnątrz.
Aż przyszedł w końcu dzień, w którym nie musiałam już iść do szkoły. To był wtorek. We wtorek wszyscy już wszystko wiedzieli. Nikt jednak nie powiedział niczego wprost. Megi twierdziła, że to circumire. Wstydziłam się bardzo, bo nie wiedziałam, co to słowo znaczy, ale było już za późno na schowanie braków wystających jak brudne nogi spod przykrótkiej sukienki.
– No więc circumire – wyjaśniła, przewracając oczami – to znaczy chodzić dookoła górki. A tą górką jesteś ty.
Górką jestem ja. W tej sprawie trudno było się z nią nie zgodzić.
W tamten wtorek, a wciąż pamiętam go dobrze, umówiłam się z Megi na przystanku pod główną bramą cmentarza i choć przyjechałam dziesięć minut po czasie, to i tak musiałam na nią czekać. Smutny i żałosny był to obrazek, oprawiony w stalowoszarą ramę wiaty przystankowej: ja nie tyle wypatrująca Megi, ile starająca się zakamuflować fakt, że bez tej drugiej osoby czuję się tylko martwym polem na mapie Warszawy, bezimiennym zaułkiem, do którego nikt zachodzić nie chce.
Czekałam, studiowałam zamontowany na ścianie przystanku rozkład jazdy i obgryzałam paznokcie. A gdy rozprawiłam się z ostatnim, odsłaniając tkliwą i miękką tkankę, która nigdy nie powinna zostać bez ochrony, zdecydowałam, że już dość tego czekania. Ssąc uszkodzony i bezbronny palec, przeszłam na przystanek po drugiej stronie torów.
Przejazd trasą z tego punktu do pętli i z powrotem trwał trzydzieści osiem minut, ale ja zamiast zegarkiem nauczyłam się go odmierzać dwoma bochenkami chleba, bo tylko to poza wódką, piwem i papierosami można było dostać w budzie obok cmentarza, tylko na dwa bochenki chleba było mnie stać. Zazwyczaj, gdy kończyłam je jeść, tramwaj wchodził w ostry zakręt tuż przy moim bloku. Wsiadłam do wagonu. Na dźwięk ostrzegawczego dzwonka odgryzłam przylepkę i ruszyliśmy.
Wyobrażenie o tym właśnie wtorku było zupełnie inne, wyróżniało się precyzją wykonania, długo je wcześniej projektowałam, modelowałam w myślach dla lepszego efektu końcowego, sklejałam warstwa po warstwie, aż nabrało pozorów czegoś, co da się przeżyć bez przeszkód. Teraz mogłam jedynie obserwować, jak pod naporem najświeższych faktów to wyobrażenie gniecie się i traci kształt. I raptem ogarnęła mnie pewność, że tam, dokąd miałam się udać następnego dnia, będę musiała zabrać ze sobą to uciążliwe, rozwijające się jak ból zęba poczucie winy, z którym pozostawiła mnie Megi. Bo musiałam coś zrobić źle, skoro nie przyszła, jakaś moja parszywa cecha, jakiś ludzki brudek zadecydował o tym, że zostałam sama w tramwaju na Annopol z dwoma bochenkami chleba.
Zresztą to wcale nie było szczególnie zaskakujące. W końcu ludzi, którzy mnie nienawidzą, którzy knują zawzięcie przeciw mojej osobie, którzy wobec tej osoby mają swoje teorie, jest wielu i jest to stale rozrastająca się społeczność. Zbierałam ich w wyobraźni wielokrotnie. Widziałam, jak spotykają się w szkolnej świetlicy, witają serdecznie, słychać wilgotne cmoknięcia i szuranie ustawianych w kółku krzeseł. W końcu ktoś daje znak, by usiąść. Ostatnia osoba przy stole z przekąskami przeprasza i w pośpiechu wyjmuje szczura z herbaty. Zapada cisza. Zaczynają. Rozbierają mnie na czynniki pierwsze, na drobne części, które można nazwać i poddać okrutnej analizie Wyraźnie czuję w ciele moment, w którym awersja do mnie zacieśnia więzy klubowiczów. Wspólna niechęć ich porządkuje i spaja, nadaje sens spotkaniu. Wiję się wtedy w pościeli jak robak na szkle mikroskopu, przekręcam się z boku na bok i zaciskam powieki jak w imadle. A oni śmieją się beze mnie ze mnie tak długo, aż komuś ciurka herbata nosem. I Megi jest już jedną z tych osób, które się śmieją.
Pięć przystanków od cmentarza wypatroszyłam pierwszy chleb. Dłoń aż po łokieć zagłębiła się w chrupiącej skorupie i wyskubywała resztki chlebowych bebechów. To był dobry chleb, nie zasługiwał na taki los. Ale nie miałam wyboru.
Gdy lepiłam kulki z ażurowego i wilgotnego miąższu, twarz pasażerki w jesionce, jak ściągnięta fastrygą, zmarszczyła się w grymasie obrzydzenia. A przecież starałam się jeść najdostojniej, jak to tylko było możliwe, tak aby nikt w moich ruchach nie odkrył wewnętrznej szamotaniny i łapczywości, żeby mi nawet ręka nie zadrżała, żeby żyłka na czoło nie wyszła. Spowalniałam każdy gest, każdy ruch, by zdążyć wygasić pożar, który na pewno miałam w oczach.Ulepiona z chlebowej tkanki kulka czekała w dłoni, aż otoczenie o niej zapomni, ale wzrok pasażerki prześlizgnął się po mnie jak język obleśnego typa i pociągnął za sobą spojrzenia innych ludzi w tramwaju. Teraz już patrzył na mnie cały wagon.
Czego chce ta suka? Czego oni wszyscy chcą?
Niech myślą, że nie mam biletu, że nie zapłaciłam, że okradam państwo, ich okradam, że właśnie to jest przyczyną mojego stanu. Niech tam sobie projektują na mój temat wszystkie możliwe scenariusze i warianty, niech mnie nawet nienawidzą. Ale niech już przestaną tak patrzeć. Nie chcę się rozpadać na ich oczach. Przecież nie robię tego specjalnie. Ja też sobie życzę, by problem zniknął. Pomyślałam o tym nie raz. Kreśliłam to w swoich planach. Rysowałam na wykresie krzywą wychodzenia z udręki. Dajcie, ludzie, zjeść w spokoju, pragnę tylko kawałka chleba bez waszych oczu. Znowu mam się chować w krzakach? Znowu mam być potarganym zwierzęciem? Tego właśnie chcecie? W niedzielne poranki, gdy wszyscy sunęli do kościoła, zawsze znalazł się jakiś szczyl, który z wyciągniętą rączką krzyczał „zobacz, mamo, tam chyba coś jest”. I wtedy się zaczynało. Matki pochylały się ze skrzywioną twarzą, jakby znalazły spleśniałą kanapkę w plecaku dziecka. Mrużyły oczy. Ojcowie zdejmowali marynarki i podwijali rękawy. Podchodzili. Oglądali mnie z różnych stron zaniepokojeni, na stojąco i w przykucu, rozważali zorganizowanie obławy. To był mój błąd, to ja go popełniłam – wybrałam miejsce obok placu zabaw. „Byle nie za blisko! Jezusmariabożeświęty,Marian, nie za blisko! Nie wiadomo, co to!”. Ale czym TO w zasadzie było, nikt powiedzieć nie umiał. Ja też nie umiałam zdecydować, czym się wtedy stawałam.
– Apetycik dopisuje, co? – Stojący nade mną mężczyzna z reklamówką uśmiechnął się, a jego sterczący brzuch niebezpiecznie zbliżył się do mojej twarzy.
Apetycik.
Było już po ostrzegawczym dzwonku, ale odepchnęłam wystający poza granicę zdrowia brzuch tego figlarza i w ostatnim możliwym momencie wybiegłam z tramwaju. Drzwi, te hydrauliczne drzwi, mordercze i łamane, kłapnęły zębami i złapały za rożek mojego płaszcza. Wyszarpałam go i opadłam bez sił na ławkę przystanku przy jazgocie odjeżdżającego tramwaju. Kropla potu załaskotała wzdłuż pleców, wyginając je w bolesny łuk. Przyłożyłam chleb do ust i pogłaskałam jak główkę lalki.
Za późno, by przerwać. Byłam na tych torach od dawna. Ile to już trwa? Rok? Dwa? I tak za długo. Ile już tak się męczę? Jak tramwaj nie mogę zmienić kierunku. Odbijam się tylko od pętli, nawrotka za nawrotką.
Nie odważyłam się wsiąść do kolejnego tramwaju. Do domu wracałam na piechotę – najpierw przez ogródki działkowe, gdzie nawet stróżujący u bramy pies nie chciał mnie obszczekać. Nie pachniałam już dla niego jak człowiek. Potem przez teren budowy kolejnego bloku z widokiem na cmentarz. Niosłam w sobie tajemnicę dwóch bochenków i poczucie bycia przegraną. Jesienne buty zakleszczały się co chwilę w głębokim błocie. Jakiś czas z nim walczyłam. Aż w końcu się poddałam.
Usiadłam w koleinie po przejeździe koparki. W tym dzikim miejskim krajobrazie. Jak żujące piętkę rozbebeszonego chleba potargane zwierzę.
Coś spływa mi po brodzie. Nie lubię tego uczucia. Nie dość, że łaskocze, to jeszcze czuję się przez nie jak brudna świnia. Zupa. Może to zupa spływa. Wytarłam rękawem.
Zimny wiatr. Włożyłam za krótki sweter. Wystarczy, że lekko się pochylę, a już mi plecy wystają. A teraz, gdy klęczę podparta na dłoniach, wyraźnie czuję, że mogłam ubrać się cieplej. Mama by mi dała burę i odesłała do domu po płaszcz. Już trudno. Zniosę i to zimno. Unoszę głowę, ale ostry blask nie pozwala mi otworzyć oczu. Przepycham się z promieniami, bo chcę zobaczyć, co jest przede mną. Przez szparkę między powiekami widzę dwie błyszczące równoległe linie zbiegające się w odległym punkcie na horyzoncie. Punkt styku wygląda jak niekończąca się eksplozja. Białe światło poraża i budzi grozę. A może daje nadzieję? Trochę jak bóg – nie do końca wiadomo, czego można się po nim spodziewać.
Coś ciepłego spływa po mojej brodzie. Nie lubię tego uczucia. Może to zupa spływa. Wytarłam rękawem. Odgłosy świata docierają do mnie stopniowo, jak wzbierająca fala. Były tu od samego początku, ale dopiero teraz mogę je odebrać. Zimny wiatr zarzuca włosy na moją twarz. Przyklejają się do brody, po której spływa coś ciepłego. No przecież wytarłam!
Co? Słucham? Nie rozumiem, nie słyszę. Nieznany mężczyzna krzyczy coś w moim kierunku i grozi pięścią. Gniew i pogarda pienią się na jego ustach. Próbuję mu odpowiedzieć, ale po otwarciu buzi zamiast słów wypada z niej coś śliskiego. Co się dzieje? Schylam się, żeby to podnieść, i wtedy czuję, że sweter, który włożyłam, jest za krótki. Wiatr natychmiast smaga mi dół pleców. Zamiast zebrać z ziemi to, co wypadło, naciągam sweter. Mama powtarzała, że nie ma nic gorszego od przewianych nerek. Nie pamiętam, bym jadła zupę. Więc to nie może być zupa. To coś na mojej brodzie. Nie mogę się skupić, gdy ten mężczyzna tak krzyczy. Ciszej, kurwa – ryczę w jego kierunku, ale mężczyzny już nie ma. Zamiast niego stoi tłum gapiów.
Światło na horyzoncie płonie białym blaskiem. Jest jednak piękne. A może groźne. Nie wiem. Ale to nie ono przykuwa uwagę. Patrzę na nie tylko ja. A tłum gapiów stoi nieruchomo i patrzy tylko na mnie. Kolorowe reklamówki dyndają smutno z dziesiątek dłoni.
Chcę odejść, ale nie mogę, bo cały czas klęczę, podpierając się dłońmi, coś ścieka mi po brodzie, a zimny wiatr wieje w plecy. Ludzie kochani, zostawcie mnie. Czego chcecie? Ale oni stoją dalej. Przychodzi w końcu i mama. Z czarnej torebki przewieszonej przez ramię wyciąga papierosy. Mówi do mnie na wydechu, wypuszczając dym i słowa. Słyszę ją, ale nie rozumiem. Coś ulewa się z moich ust i skapuje na brodę. Jest mi zimno już nie tylko w plecy, ale też w kolana, bo klęczę na bruku między torami. To prawda, że sweter jest za krótki, jednak wstydzę się nie z powodu odsłoniętego ciała.
Nie wiem, z jakiego powodu się wstydzę. Może dlatego, że coś ścieka mi po brodzie. Znowu czuję się jak brudna świnia. Brudna świnia – mówią gapie stojący przy mnie. To przez zupę na brodzie – odpowiadam im i na dowód wycieram ręką twarz. Widzicie? – mówię, podnosząc dłoń, która jest cała czerwona. Podchodzi mama. Z torebki wyciąga plik papierowych ręczników i wyciera mi rękę. Czuję ulgę. Chcę coś powiedzieć, ale mam pełne usta. Ważne słowa toną w lepkiej mazi. Próbuję raz jeszcze i wtedy coś wypada mi z buzi. Gdy się schylam, mama mówi, że jest zimny wiatr, a ja mam gołe nerki. A przecież nie ma nic gorszego od przewianych nerek. Dopala papierosa, a jego końcówkę rozciera na bruku między torami. Białe światło nad horyzontem nie jest ani zimne, ani ciepłe. Po prostu świeci. Zobacz, mówi mama, podnosząc coś z ziemi. Na białym papierowym ręczniku podaje mi zakrwawiony ludzki palec.
Tramwaj nie przestaje dzwonić. Ten dźwięk rozrywa mi głowę. Ciszej, kurwa – wrzeszczę, zatykając uszy. Krew dawno zastygła na dłoniach. Wrogi tłum gapiów jest już tylko krok ode mnie. Nie krzyczą „brudna świnia”. Nie muszą. Na zimnym bruku klęczę, brodzę ustami w tkance obcego ciała. Jest jeszcze ciepłe i miękkie, o metalicznym posmaku szyn. Mama patrzy w innym kierunku, jest niezadowolona. Zdradza ją wzburzona chmura papierosowego dymu. Próbuję przełknąć to, co mam w ustach, ale ciężko jest pogryźć ludzki palec. Ciepła krew znowu ścieka mi po brodzie i łaskocze. Nie lubię tego uczucia, ale to już nieważne, jest już mi wszystko jedno.
Rano mama zastukała w drzwi mojego pokoju i zbliżając usta do mlecznej szyby, przesylabizowała:
– Wsta-je-my.
Zsunęłam kołdrę i dopuściłam do siebie nieco światła. Odciśnięta na skórze pościel zostawiła wiadomość, którą odczytałam opuszkami palców. Ciało zapamiętało, że noc była niespokojna i burzliwa. Niedokończony sen uleciał szybko jak urodzinowy balonik. Chciałam przytrzymać go jeszcze przez chwilę, ale w jasności dnia trudno było się do niego dostać. Nakryłam twarz podniesionym z podłogi swetrem. W ciemności i cieple wspomnienie snu wyrastało powoli jak drożdżowe ciasto. Wiem, że pod powiekami uwięziłam znajome postaci i zdarzenia, ale nie potrafiłam ich nazwać ani odczytać. Całe znaczenie nocy wymykało się jak obraz z wyciągniętej na światło kliszy. Kolejny dzień zaczął się od niedosytu.
Leży?
Na szczęście wciąż leżało. Na szafce nocnej nieco wymięty skrawek papieru dociskała szklanka. Mój dowód, mój bilet kochany. Nie chciałam go nikomu oddać w obawie, że przepadnie. Nie dam, bo jeszcze mi zabiorą i anulują. Taki niewielki karteluszek, a ile nadziei się z nim wiązało. Wygładziłam brzegiem dłoni świstek papieru, jeszcze raz prześledziłam wzrokiem, wreszcie delikatnie odłożyłam na miejsce i wstałam.
Kucnęłam na podłodze i brodząc ręką w ciemnej strefie między podłogą a łóżkiem, rozpoczęłam poszukiwania walizki. Palce rozbijały się tylko na konturach wzburzonych i potarganych śmieci. W ogryzkach nadpsutych drożdżówek utkwiłam nawet wzrok. Chyba rozważałam. Po chwili ocknęłam się i wróciłam do szukania na oślep. Wygrzebałam walizkę i po kolei spakowałam przygotowane wcześniej stosy ubrań. Rozpłaszczony oddziaływaniem grawitacji w czasie welurowy pies z zepsutą piszczałką leżał na parapecie i zaczepiał mnie wzrokiem. Brać? Nie, lepiej nie. Co się będę wygłupiać. Nie jestem przecież dzieckiem.
– Halo! – Głos mamy zza drzwi uciął moje rozważania.
– Nie teraz, mamo.
– No ale wstałaś już? Jesteś spakowana?
Dlaczego po prostu nie wejdzie i nie sprawdzi? Drzwi przecież nie są zamknięte, nie stawiają oporu, nie bronią dostępu. Ale nie wejdzie. Boi się. Bała się, bo nie rozumiała, co się działo. A to, czego się nie rozumie, zawsze obrasta w zęby i pazury. Circumire. Nawet nie zbliży się do górki. Tylko krąży, zatacza łuki jak pies wokół potrąconego na drodze zwierzęcia.
To wszystko zaskoczyło ją jak sytuacja sprzed roku, kiedy tata zapraszającym gestem, niemal uprzejmie, pokazał jej zawartość mojej szafy. Początkowo nic nie powiedziała. Opierając się o ścianę, zasłoniła dłońmi usta. Najwyraźniej przeczuwała, że długo pozostaną nieme i otwarte. Ojciec, który znał się na elektronice, był specem w dziedzinie mechaniki samochodowej, stolarki i technologii drewna, który potrafił naprawić kran, wymienić zamek i zasadzić drzewo, powiedział, że nie wie, na co właściwie patrzą. I to było najuczciwsze zdanie tego dnia.
Potem moja wyobraźnia zamazuje obraz i wygłusza ich wypowiedzi. Nie potrafię i nie chcę uzmysłowić sobie, jak to dokładnie wyglądało. Jak długo stali. Kto pierwszy odwrócił wzrok. Zapewne zrodziły się tam wtedy pomysły, by wszystko oblać benzyną i rzucić na ten stos pochodnię. Ogień – oczyszczający i ostateczny. Albo może grube gumowe rękawice, wiadro detergentów i dużo plastikowych worków na śmieci, takich czarnych jak żałoba.
Nie, to też nie.
Żadne rozwiązanie nie wydawało się wystarczająco dobre, bo każde wymagało przyznania, że coś się wydarzyło naprawdę. Mama słusznie przypuszczała, że zawartość szafy będzie się odnawiać jak odrąbany ogon jaszczurki, ale stojąc tam, gdzie stała, nie potrafiła znaleźć odpowiedniego ruchu, właściwej reakcji. Jedyne, co mogła zrobić, to o tym zapomnieć. I zapomniała. Szybko i z determinacją. A zawartość mojej szafy zniknęła z jej głowy jak myśl o głodujących dzieciach w Afryce.
Tak było wtedy. Ale w tej scenie wychodzę na korytarz z walizką. W spoconej dłoni, w kieszeni swetra, trzymam wymięte skierowanie do szpitala psychiatrycznego, jak glejt, list żelazny, który ma mnie ochronić. Przed czym dokładnie, nie wiem. W drugiej kieszeni świat pierwszych i szczęśliwych lat – pospiesznie zgarnięte dziecięce totemy i zdjęcie z rodzinnego domu.
W przedpokoju tata grzeje klamkę niecierpliwą dłonią, drugą więzi w kieszeni kurtki, skąd słychać pobrzękiwanie kluczy. Kot z zaangażowaniem wylizuje sobie odbyt. Mama ubiera się przy lustrze i czyści z pyłków czarne wełniane palto. Nie spieszy się, o nie. Pyłki są galaktyką setek milionów kocich włosków, paproszków i drobinek, których nawet częściowa redukcja zajęłaby wiele godzin. Cierpliwie i sumiennie chwyta opuszkami palców jeden po drugim i chowa w białej muszli drugiej dłoni.
Mogliśmy, przyznaję po czasie, z konstelacji i wzajemnego położenia drobinek, z ich nietypowego układu na maminym płaszczu, odczytać zarys najbliższej przyszłości i jej wszystkie gwałtowne tąpnięcia, by móc właściwie ocenić zagrożenie, które tamta chwila ze sobą niosła. Ale my najwyraźniej lubiliśmy ryzyko i emocje wysokie jak górne rejestry głosu Violetty Villas, bo gdy los zamyka nas w ciasnym przedpokoju – z żalem na smyczy i ujadającymi pretensjami – żadne z nas nie interweniuje.
Zaczyna niepozornie ojciec, reprymendą o ubiór, bo mój sweter według niego to stanowczo za mało. Na dworze jest ciepło, odpowiadam i choć wiem, że zostanie uznane to za pyskowanie, to jednak podejmuję ryzyko i dodaję, że kurtki nie chcę. Cztery miesiące, grzmi tata, cztery będziesz siedzieć w szpitalu, a gdy wyjdziesz, zrobi się już zimno. Liczę szybko na palcach, fakt, ozdrowienie wypadnie na koniec stycznia i już chcę skapitulować i sięgam po kapotę, gdy niespodziewanie włącza się mama i przemawia do mnie tak, jak lubiła najbardziej, przemawia z dystansu pierwszej osoby liczby pojedynczej do tej trzeciej: o ile ją wypuszczą, Bogdan, o ile ją wypuszczą, nie zapominaj o tym, że nasza córka chce zostać wariatką.
Kot odrywa język od krocza i zastyga w pozycji rosyjskiej gimnastyczki. Ja też nieruchomieję, ale w niespodziewanym przypływie dojrzałości przypominam o upływającym czasie, na co mama niechętnie wypuszcza z dłoni szczyptę zebranych paproszków, a robi to, podsuwając swoją garść na wysokość moich oczu, patrzy w nie prowokująco, patrzy z miną: zobacz, no zobacz, co twoja pycha zrobiła z moimi paproszkami. Następnie paproszki lecą w dół, w stronę podłogi i nie musimy wcale widzieć tego w zwolnionym tempie – paproszki po prostu lubią leniwie ciągnąć do ziemi. Już takie są kompetencje paproszków. A kompetencją mamy jest rozlokowanie wokół siebie papierosów i zapalniczek w taki sposób, by zawsze był do nich łatwy i nieskrępowany dostęp, dlatego klepie się po kieszeniach palta i wyciąga z nich dwie, które po kolei, w ramach testu, odpala. No cholera, działają. Wyobrażenie żarzącego się papierosa odrobinę ją wycisza, współczynnik kortyzolu stopniowo opada, ale trzeba wciąż być czujnym, bo to jednak mama przesiąknięta adrenaliną, a ta jest wybuchową substancją.
Już prawie przekraczamy próg domu, gdy z przewieszonej przez bark torebki wyciąga rolkę papieru toaletowego i zaczyna wycierać za nami podłogę, na co tata reaguje nieśmiałym zdziwieniem, bo przecież wychodziliśmy z mieszkania, a zatem nie mogliśmy niczego pobrudzić, choć jak wiadomo, jesteśmy nieczyści od urodzenia. Zaciśnięta na papierowych listkach dłoń mamy coraz szybciej zatacza kręgi, wzbija w powietrze zdezorientowane paproszki, które dopiero co wylądowały na drewnianym parkiecie, niektóre wciąż jeszcze znajdują się w podróży do macierzystego portu. W końcu gniewna ręka dociera do kota, który zarzuca pielęgnację krocza i rolując w histerycznej ucieczce bordowy bieżnik, umyka w drugi kąt mieszkania.
O, widzę, doprawdy widzę, co robisz, mamo, jest to dla mnie całkowicie czytelne. Ta podłoga jest wszak czysta, a twoje sposoby, by odroczyć wyjście z domu, zostały właśnie odnotowane. Pewne sprawy nie rozejdą się po kościach. Twoja córka idzie właśnie do psychiatryka i nie ma takiej góry prania, która pomogłaby ci to zatrzymać. Ale ona nie odpuszcza, szoruje podłogę z zapalczywością rozrywającą papier na strzępy, wyciąga kolejne, jej zdaniem decydujące argumenty, aż kończy wywód zawieszonym w eterze pytaniem, które brzmi jak ostrzeżenie, jak ekstrakt ze wszystkich matczynych rad, bo czy ty zdajesz sobie sprawę, mówi do mnie, a właściwie syczy, czy ty w ogóle bierzesz pod uwagę to, w jaki sposób się patrzy na ludzi z żółtymi papierami? Droga mamo, odpowiadam w odruchu bezwarunkowym, na ludzi z żółtymi papierami czy na ich rodziców?
Jej ręka zamiera w niedokończonym geście. Ojciec przywiera do drzwi, starając się sobie przypomnieć zasłyszane w porannym paśmie edukacyjnym informacje o bilokacji. A mama szarpie torebkę, chcąc się z niej oswobodzić. Stojąc za nią, widzę drżące dłonie, widzę kosmyki ciemnych włosów, które stopniowo uwalniają się z ciasno upiętego koczka, widzę kobietę w szale i histerii. To właśnie moja matka i jej cała, nieujarzmiona siła. Uścisk szczęki dziesięć ton. Słowa, które wyrzuca z siebie, tylko w części są dla mnie zrozumiałe, ale na pewno wszystkie są bardzo przykre. Na podłogę wysypuje zawartość torebki, z której wybiera papierosy marki West. Masz w kieszeni, mówię, gdy bezradnie przeszukuje opróżnioną torebkę, zapalniczkę masz w kieszeni palta. Dygocząc, odpala papierosa. Popatrzy na mnie, dopiero gdy cały przedpokój nasyci toksycznymi oparami. Struga wydychanego dymu uderza w twarz tak mocno, aż zaczesuje mi grzywkę do tyłu.
No, odzywa się w końcu, to teraz załatwcie to sobie sami, po czym jeden z kącików jej ust nieznacznie się unosi.
– Windą?
Nie odpowiedział, po prostu do niej wszedł. W ostatnim momencie złapałam domykające się drzwi.
Tata z reguły nie czekał, przypuszczam, że kilka razy w życiu świadomie próbował mnie zgubić, co przeważnie kończyło się moim dławiącym płaczem na obco pachnących rękach. Zawsze trudno było za nim nadążyć, dlatego ze wszystkich reprezentacji taty najlepiej znałam tę tylną. Jego nastroje i humorki odczytywałam z linii pleców. Z kolei geometria karku i kąt odwodzenia od tułowia ramion zdradzały dalszą trasę, którą zamierzał podążać. Obecnie rewers taty sugerował, że ojciec znajduje się w stanie wzmożonego niezadowolenia i że drogę do szpitala pokonamy w rekordowym tempie. Milczał ciszą kamienną, surową i zimną, właśnie wtedy, gdy potrzebowałam, by się odezwał.
Niedobór słów, ten przykry, dojmujący niedostatek ojcowskiego komentarza, musiałam uzupełnić słowami obcych, dlatego w cuchnącej uryną kabinie windy z ledwo tlącą się żarówką ostatni raz przed szpitalem przeczytałam życiowe wskazówki mieszkańców Bródna: „jak kraść to tylko miliony, jak pieprzyć to tylko księżniczki”. Dobrze, zachowam to na kryzysową porę w szpitalu.
Przy wyjściu z klatki zamiatająca korytarz dozorczyni rozgoniła na nasz widok dym z trzymanego w ustach papierosa. Tak naprawdę nigdy nie widziałam jej twarzy pozbawionej tego rekwizytu, co nasuwało przypuszczenie, że papieros ten był jak wibrysy u kotów – pomagał zachować równowagę i lepiej orientować się w przestrzeni. A gdyby go z ust dozorczyni wyciągnąć, to zaczęłaby się przewracać i zderzać ze ścianą. Postawienie takiej tezy miało sens, biorąc pod uwagę zajścia w naszym mieszkaniu, gdzie mama dała pokaz niestabilności trwający aż do momentu, w którym włożony symetrycznie między dolną a górną wargę papieros jak banieczka w poziomicy zakomunikował przywrócenie utraconej równowagi.
Dozorczyni zręcznym ruchem wygimnastykowanego języka przerzuciła papierosa w kącik ust i szufelką pełną, jak mniemam, swoich własnych kiepów wskazała na moją walizkę, bo kto to widział tak cudować w październiku i czy my się wyprowadzamy, czy jedziemy jesienią na wakacje, czy co my właściwie robimy.
Ale ojciec nic nie powiedział, jedynie przegonił ją ręką, a gdyby ta ręka potrafiła mówić, to rzuciłaby „da pani spokój, szkoda gadać” oraz „źle, Bogdan, nóż trzymasz, krojąc warzywa”. Ponieważ jednak nie komunikowała się za pomocą słów, to tylko pchnęła drzwi od klatki, za którymi zniknęła wraz z resztą taty i pozostawiła dozorczynię bez odpowiedzi, osnutą dymnym woalem, z cierpkim niedosytem w ustach.
– Do psychiatryka jadę! – krzyknęłam do niej radośnie, zeskoczyłam z ostatniego schodka klatki i pobiegłam za ojcem.
Ciekawe, czy wypadł jej ten papieros. No i czy się przewróciła.
Tata odpalał już silnik. Biegłam, bo przecież przy moim ojcu trzeba mieć refleks. Inaczej zawiezie cię do szpitala, nie sprawdzając, czy jesteś w aucie. Zziajana usiadłam w fotelu pasażera z walizką pod nogami i zatrzasnęłam drzwi. Przez szybę w samochodzie żegnałam swój żelbetonowy blok, a w nim mamę podglądającą nas zza firanki. Nie przez byle jaką szybę, bo szyba była elektryczna, guziczkiem sterowana, a w latach dziewięćdziesiątych polonezy nie miały zbyt wielu guziczków. Nasz miał dwa, po jednym na każdą z szyb w przednich drzwiach. Uchyliłam jedną z nich i wpuściłam do środka nieco Bródna.
Wyrzuty sumienia po starciach z mamą – a jakże, miałam. Przetaczały się głucho po moim ciele i nigdy go nie opuszczały. Nie umiałyśmy się mądrze pogodzić. W ogóle nikt nas tego nie nauczył i teraz też pozostałyśmy obie na dwóch różnych brzegach rwącej rzeki – ona schowana za firanką w żelbetonowym bloku, a ja bawiąca się guziczkiem od szyby w polonezie.
Gdy podjechaliśmy pod szpital, tata zaciągnął ręczny, zgasił silnik i już tylko bujający się w stacyjce breloczek z kluczami zakłócał ciszę w aucie. Zatopiony w żywicy wizerunek fiata kołował jeszcze przez chwilę, aż w końcu zakreślił ostatnią elipsę i zamarł w powietrzu.
Ja czekałam, najwyraźniej czekał i tata, a przechodnie przesuwali się spokojnie przed maską poloneza, nie spodziewając się żadnego przełomu w jego wnętrzu. Cień szpitala jak rdza wgryzał się w karoserię auta, najpierw objął przedni zderzak, potem wpełzł na maskę i przesuwał się po niej powoli, a ja sobie obiecałam, że kiedy dojdzie do przedniej szyby, to coś zrobię, zrobię na pewno, bo przecież nie możemy tu tak siedzieć, gdy w tym budynku naprzeciwko wyglądają mnie i czekają na historię mojego nieszczęścia. Ojciec wciąż nieporuszony milczał, ale oddychał głośno, dlatego wiedziałam, że żyje, choć starał się to skubany ukryć, używając do oddychania jedynie przepony. Bałam się, że zupełnie bez słowa, co najwyżej z tabliczką zawieszoną u szyi, podrzuci mnie pod drzwiami oddziału, a potem znowu będę oglądać jego znikające za horyzontem plecy.
– Na co czekasz? – burknął wreszcie. – Prowadź.
Z trudem otworzyłam drzwi auta, które wiatr złośliwie przymykał, jakby chciał coś dorzucić na koniec albo wycofać mnie w kierunku Bródna. Kiedy ruszyłam w stronę głównego szpitalnego wejścia, zauważyłam, że w tacie nastąpiła zmiana tempa z presto na largo. Z domu wychodził szybkim, ucieczkowym krokiem, któremu ciężko było dorównać, ale tutaj zwolnił i całkowicie oddał mi inicjatywę. Szedł tylko kilka kroków za mną, ale nikt nie udowodniłby mu, że do szpitala psychiatrycznego przyjechaliśmy razem. Kiedy przystawałam, by przełożyć walizkę do drugiej ręki, też się zatrzymywał, czekając, aż znowu ruszę. O ile wiatr zepchnął mnie w jego stronę, o tyle on się odsunął. Taki wypracował sobie przez lata dystans ucieczki, na wypadek gdyby ktoś próbował się do niego zbliżyć.
W szerokim strumieniu schodów prowadzących do głównego bloku przepychaliśmy się z wiatrem. Ja znacznie bardziej niż tata, dla którego żłobiłam powietrzny korytarz, idąc z przodu. Przecierałam mu szlak. Z boku błysnęła biel czyichś majtek, które odsłoniła zadarta przez wiatr spódnica. Nie wiem dlaczego, ale obejrzałam się za nimi. Wiatr, a może bóg, w sumie to jeden pies, wykorzystał ten moment ludzkiej słabości i zadął ze zdwojoną siłą. Rozerwał mój sweter na boki, wyszarpując z kieszeni fotografię. Jeszcze próbowałam ratować sytuację dziwaczną nieporadną choreografią, jeszcze starałam się przydepnąć. Ale nie dałam rady. Silny nurt powietrza pochwycił zdjęcie momentalnie i porwał w dół schodów w stronę parkingu. A niech leci w pizdu.
Przez ten incydent do głównego szpitalnego holu wchodziłam w fatalnym nastroju, buty wytarłam w wycieraczkę ze złością, z pragnieniem zadania jej bólu, drzwi niemal wyszarpałam z zawiasów, bo chciałam, by zatrzasnęły się za mną z hukiem, by pękła w nich szyba, by rozbiły się na milion kawałeczków, których nawet najżmudniejsza praca tysiąca małych rączek z odległych azjatyckich krajów nie byłaby w stanie złożyć na nowo. By w tym właśnie miejscu pozostał po mnie, jak wygasły krater, rozpad, pamiątka mojego niezadowolenia. Ale cały impet gniewu, całą przemoc, którą wyraziłam przy wchodzeniu do szpitala, pochłonął tata i jego amortyzująca drzwi dłoń wielkości łopaty.
Złość podwinęła pod siebie ogon i zaczęła go sobie wygryzać. Byłam na granicy rezygnacji, ale się nie zatrzymałam. Szłam dalej siłą rozpędu, siłą „za daleko to zaszło” i „teraz głupio byłoby się wycofać”. Szłam, bo za mną szedł tata, a ja przecież miałam kierować. A może szłam, bo nie czułam się jeszcze jak w szpitalu. W końcu niewiele elementów zdradzało charakter tego miejsca. W holu było kameralnie. Zaraz za wejściem, po lewej stronie, stał automat z kawą, który pluł wszędzie dookoła, tylko nie do kubka. Potem dwa rzędy wytartych skórzanych foteli i ogromne drewniane donice. Rosnące w nich kaktusy wykarmiła zapewne ziemia z Czarnobyla, bo przybrały nienaturalne jak na siebie rozmiary dorosłego człowieka. I ja też byłam dzieckiem Czarnobyla. Mama powtarzała, że pamiętnego kwietnia wychodziła ze mną na wyjątkowo długie spacery – co było dziwne, bo nie pamiętałam ani jednego spaceru z mamą – a im bliżej było daty mojej hospitalizacji, tym częściej do tej historii wracała. Może od tego wszystko się zaczęło.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Projekt okładki: Agnieszka Prus
Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś
Redakcja: Aneta Miklas / d2d.pl
Korekta: Anna Hegman / d2d.pl, Beata Marzec / d2d.pl
ISBN 978-83-67121-98-9
Wydanie I
Warszawa 2026
Wydawnictwo Cyranka
Al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa
wydawnictwocyranka.pl
Redakcja: [email protected]
Sprzedaż: [email protected]
