Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
W czasie podróży do obozu „Nigdy Więcej” Alex wraz z ojcem błądzą. Gdy chłopiec w końcu dociera do obozu, wszystkie opowieści o duchach stają się prawdziwe. Obozowicze przeżywają nieziemskie przygody.
Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 24
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 92
Rok wydania: 2001
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Obóz strachempodszyty
Dotychczas w seriiukazały się tomiki:
ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNO
HORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULA
MÓJ MAŁY WILKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNAOPOWIEŚCI Z CIEMNEGO LASUAUTOBUS WIDMO
PRZEKLĘTY MIKOŁAJJAK POLUBIĆ MUMIĘZACHŁANNE PNĄCZEBASEBALL ZDECHLAKÓWW PASZCZY ALIGATORANAUCZ YCIELKA-DRĘCZYCIELKAZEMSTA DUCHASYLWESTER Z DUCHAMINIESAMOWITA PISANKA
Tom B. Stone
Obóz strachempodszyty
Przełożył
Paweł Korombel
Wydawnictwo Da CapoWarszawa
Tytuł oryginału
SCREAMS AROUND THE FIRE
Copyright © 1998 by Tom B. StoneCo ver art copyright © 1998 by Mark NagataAll right reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,a diviasion of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.
Opracowanic graficzne okładkiSławomir Skryśkiewicz
Skład i łamanie
„Kolonel”
For the Polish tianslation
Copyright © 2001 by Wydawnictwo Da Capo
For the Polish edition
Copyright © 2001 by Wydawnictwo Da Capo
Wydanie 1
1SBN 83-7157-483-5
DRUKARNIA GS: Kraków, tel. (012) 65 65 902
Był tak wielki, że jego cień zasłonił księżyc. Wyglądał na człowieka... no, przynajmniej częściowo. Chłopiec wrzasnął...
Pan Lee gwałtownie skręcił. Coś wielkiego przesłoniło snopy świateł samochodu.
Aleksowi zaparło dech. Dojrzał zarys szczeciny. Lśniące kły. Ślepia.
Samochód turlał się poboczem mrocznej bezludnej drogi, aż wreszcie się zatrzymał.
Pan Lee wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby.
Ojciec nie wziął sobie do serca kwaśnego humoru syna. Przekręcił kluczyk w stacyjce.
Silnik zajęczał, zasapał, zastękał.
I zdechł.
Ale kiedy spojrzał na ojca, zdał sobie z czegoś sprawę. Z tego, że ojciec stracił ochotę do żartów.
Alex wziął głęboki oddech.
Pan Lee rozejrzał się, jakby szukał tabliczki z nazwą ulicy albo sympatycznego gliniarza z drogówki, który wytłumaczyłby mu, jak ma jechać.
Ojciec włączył latarkę, nie przestając pogwizdywać. Rzucała oślepiające światło. Chłopiec skrzywił się i odwrócił głowę. Nagle zdał sobie sprawę, że za szybami samochodu jest niesamowita ciemność.
Ciemność i pustka. Zresztą... oby naprawdę pustka.
Nagle przypomniał sobie stwora, który przebiegł im drogę.
Niespokojny, obrócił się twarzą do ojca. Ten z wielkim ceremoniałem i wciąż pogwizdując, biedził się z mapą.
Udało mu się ją rozłożyć. Oczywiście do góry nogami. Odwrócił ją. Przechylił głowę i uważnie badał plątaninę kolorowych plamek i literek.
Ojciec uniósł pytająco brew. Chłopiec odpowiedział mu wściekłym spojrzeniem.
Ojciec wybuchnął śmiechem.
Ojciec udał, że tego nie słyszy.
- Jestem za minutkę - powiedział z poczciwym, pokrzepiającym uśmiechem. A potem zrobił w tył zwrot i pomaszerował drogą, którą przyjechali, świecąc sobie latarką.
Alex odwrócił się i wytężając oczy, patrzył przez tylną szybę. Strumień światła latarki unosił się i opadał. Chłopiec nie odrywał od niego wzroku. Od światła i od zarysu sylwetki ojca. Malała. Malała.
A potem tato znikł. Ot, tak. Jakby winny był temu Alex, który akurat zamrugał.
Chłopiec znalazł się sam.
Patrzył w to miejsce, w którym widział ojca po raz ostatni. Zaczął szukać na wyczucie radia.
Ale kiedy wymacał wreszcie pokrętło, przypomniał sobie o stanie akumulatora. Nie mógł włączyć radia. Załatwiłby akumulator na amen.
Skrzyżował ramiona na piersi, usiadł wygodnie i ziewnął. Obrócił głowę w bok i patrzył przez szybę.
Widział pustkę.
Zamknął oczy. Może się zdrzemnąć?
Zdrzemnąć się? Samotnie w samochodzie, w ciemności, w środku pustkowia?
Otworzył oczy.
Wydało mu się, że dostrzega niewyraźne kształty. „To drzewa” - powiedział sobie w duchu. Jego wzrok przyzwyczajał się do ciemności.
„Fantastycznie - pomyślał. - Zanim ojciec w końcu wróci, zamienię się w jedno z tych jaskiniowych zwierząt, widzących tylko po ciemku”.
Rozważał to przez chwilę. Zdolność widzenia w ciemności to byłoby coś. Mogłaby mu się nawet przydać po powrocie do szkoły. Jak się dobrze nad tym zastanowić, to w Szkole przy Cmentarzu byłaby jak znalazł.
Eeech, szkoła. Podczas wakacji nie będzie o niej myślał.
Wytężając oczy, zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy w życiu nie widział tak jasnych gwiazd. „W ciemne noce gwiazdy stają się jasne” - pomyślał.
Okno było na wpół uchylone. Po chwili wysunął przez nie głowę i popatrzył w górę.
Smuga światła rozcięła czarne niebo.
- Spadająca gwiazda - zamruczał. - Super.
Wiedział, że tak naprawdę to nie gwiazda, ale kawałki meteorytu, płonące w chwili zetknięcia z atmosferą ziemską.
Wpatrywał się w niebo. Miał nadzieję, że wielki, naprawdę wielki meteoryt wpadnie w atmosferę i wyląduje gdzieś niedaleko. To by rozjaśniło okolicę.
Ale jego marzenie nie spełniło się. Gwiazdy mrugały na swoich miejscach.
Alex opuścił wzrok i pilnie przyglądał się horyzontowi. Jeśli obóz Nigdy Więcej znajdował się niedaleko, czemu nie widać było żadnych świateł? Przecież w noc tak mroczną, że gwiazdy wydawały się płonąć, światła obozu powinny być widoczne na horyzoncie.
Czy warta nie powinna podsycać ogniska obozowego?
Ale gdziekolwiek Alex patrzył, widział tylko zarysy drzew. Łagodnie kołysały się w letnim wietrzyku.
Westchnął i opadł na siedzenie. „Ten obóz to naprawdę śmierdząca sprawa” - pomyślał. Nie chciał jechać, ale rodzice się uparli.
Michael popatrzył na niego z nienawiścią i wściekłością.
Alex odpowiedział mu spojrzeniem pełnym nienawiści.
Minęła chwila.
Odgłos za oknem przywrócił Aleksa do teraźniejszości - mrocznej i samotnej.
„Michael wcale nie powiedział, co niby stało się tamtemu chłopcu” - przypomniał sobie.
Trzasnęła sucha gałązka. Równocześnie jakiś ptak wrzasnął i poderwał się z drzewa rosnącego nieopodal samochodu. Alex wyprostował się jak struna.
Czy jakieś zwierzę - a może coś innego - nastąpiło na gałązkę i wystraszyło ptaka?
Chłopiec zacisnął dłonie w pięści. Serce biło mu jak oszalałe. Wytężał oczy, próbując odzyskać spokój.
„Wilki - przyszło mu do głowy. - Wilki krążą wokół samochodu, gotowe rozedrzeć na strzępy siedzącego w środku pasażera”.
„Przestań! - rozkazał sobie w myślach. - Nawet gdyby w górach Adirondack żyły wilki (a już sama taka myśl jest paranoją!), to nie zamierzają zrobić mi krzywdy. Wilki bardziej boją się ludzi niż ludzie wilków. W gruncie rzeczy, ile wilków zastrzeliło ludzi i powiesiło sobie ich skóry w wilczych salonach nad wilczymi kominkami? Oczywiście, mogę wejść do historii jako pierwszy człowiek zastrzelony przez wilki”.
Natychmiast przywołał się do porządku. „Jestem w samochodzie - powiedział sobie. - Co wilk może mi zrobić? Przegryźć opony samochodowe?”
„Pewnie, że może - odezwał się w nim jakiś głosik. - Gdyby to był jakiś obłąkany wilk mutant, większy od niedźwiedzia, to...
„Przestań! - pomyślał Alex. - Weź się w garść”.
Rozluźnił się siłą woli.
Czekał.
Na drzewach siedziały żabki i rechotały po swojemu. Wiatr zaszumiał, umilkł i znów się odezwał. Alex usłyszał odległe UHUU-UHUUUU i uznał, że to sowa.
„Wszystko w porządku - powiedział sobie. - Tu nie ma czego się bać”.
Podświetlił tarczę zegarka i sprawdził czas. Od odejścia taty minęła prawie godzina.
Westchnął. Miał dość samotnego siedzenia w ciemnościach.
Nagle przypomniał sobie o latarce, spoczywającej na dnie plecaka, który z kolei był w bagażniku. Wystarczy wziąć latarkę i co prawda nadal będzie sam, ale przynajmniej nie w ciemnościach. Wahał się przez chwilę, ale wreszcie wyjął kluczyki ze stacyjki.
Otworzył drzwi i zamarł, nasłuchując jakichś niepokojących dźwięków.
Żabki darły się głośno i rytmicznie. Sowy hukały. Wiaterek szeptał hipnotycznie między drzewami.
„Gdyby to był horror - pomyślał - coś złapałoby mnie za ramię, kiedy uchyliłem drzwi. Więc nic mi nie grozi”.
Wysiadł. Zostawił drzwi otwarte, na wypadek gdyby był zmuszony do szybkiego odwrotu. Przeszedł wzdłuż samochodu, jedną ręką opierając się o karoserię. W drugiej ściskał kluczyki.
Dotarł do bagażnika. Minęła chyba wieczność, zanim znalazł właściwy klucz.
Wreszcie mu się udało.
Bagażnik rozwarł się gwałtownie, mało nie rozbijając Aleksowi nosa. Odchylił się odruchowo. Zatoczył rękąłuk, gubiąc kluczyki. Pofrunęły w ciemność. Dzwoniły szyderczo, aż wreszcie gdzieś wylądowały.
Odwrócił się jak fryga. Gdzie kluczyki? Gdzie wylądowały?
Ledwo udało mu się powstrzymać, żeby nie rzucić się za nimi.
„Najpierw wyjmij latarkę - powiedział sobie. - Z nią łatwiej znajdziesz kluczki”.
Odwrócił się i zaczął macać w bagażniku. W ciemnościach był strasznie nieporadny. Znalezienie i otwarcie plecaka ciągnęło się w nieskończoność. Dotykał przedmiotów, które nagle stały się nieznane, obce. Wzdrygnął się, czując zimny metal. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to właśnie to, czego szuka. Latarka.
Wyjął ją, zapalił i oślepł na chwilę.
Zamrugał, cofnął się i zamknął bagażnik. Odwrócił się i zatoczył krąg latarką. Szukał kluczyków.
Coś zamigotało w świetle.
Kluczyki.
Alex podszedł do nich. Pochylił się i wyciągnął rękę.
Kosmata stopa niewiarygodnych rozmiarów weszła w krąg światła.
Cały świat zastygł.
Alex zaczął wrzeszczeć.
- Aaaaaa! - wył, odskakując do tyłu.
Druga stopa dołączyła do pierwszej. W podrygującym snopie światła wyrósł niewyraźny zarys ciemnego futra. Niewiarygodnie wysoko zamigotały ślepia.
Alex
