Szkoła przy cmentarzu (17). Zachłanne pnącze - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (17). Zachłanne pnącze ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Otworzył usta, by zaczerpnąć powietrza - i zakrztusił się zimną wodą. Zakaszlał i instynktownie otworzył usta, połykając jeszcze więcej wody. Wypuścił pnącze i zatrzepotał w panice rękami. Ale nie spadł. Unosił się na powierzchni oceanu. Spojrzał w dół z rozpaczą. Ciemność. 
[Fragment]  

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 17 

 

/Szkoła przy cmentarzu. Zachłanne pnączeTom B. Stonecop. 1997 rok, ISBN 8371573733, wydanie II, Da Capo/ 

 

Książka dostępna w zasobach:  
Miejsko-Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (2) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Tomaszewskiego w Kościanie (2) 
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 70

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Zachłannepnącze

 

Dotychczas w seriiukazały się tomiki:

ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNO

HORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULA

MÓJ MAŁY WILKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNAOPOWIEŚCI Z CIEMNEGO LASUAUTOBUS WIDMOPRZEKLĘTY MIKOŁAJJAK POLUBIĆ MUMIĘ

 

Tom B. Stone

SZKOŁA PRZY CMENTARZU

Zachłannepnącze

Przełożyła

Maciejka Mazan

 

Wydawnictwo Da CapoWarszawa

 

Tytuł oryginałuJACKAND THE BEANSTALKER

Copyright © 1997 by Tom B. StoneCover art copyright © 1996 by Cam De LeonAli rights reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,a division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.New York, New York, U.S.A.

RedaktorMirosław Grabowski

Opracowanie graficzne okładkiSławomir Skryśkiewicz

Skład i łamanieMILANÓWEK

For the Polish translationCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo

For the Polish editionCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie II

ISBN 83-7157-373-3

Druk i oprawa:

DRUKARNIA GS

Kraków, tel. (012) 65 65 902

Rozdział 1

Zachodzące słońce zalśniło upiornym czerwonym blaskiem w szklanych oczach budynku. W każdej innej szkole okna wyglądałyby wówczas po prostu jak okna, w których odbija się zachód słońca.

Ale nie w Szkole przy Cmentarzu. Kiedy słońce stoczyło się jeszcze niżej, setki szeroko otwartych oczu zaczęły płakać krwawymi łzami.

Na boisku, na którym drużyna piłki nożnej kończyła właśnie nieoficjalny trening, nikt nie zwrócił na to uwagi. Tyson Walker odrzucił z czoła chmurę dredów i posiał fantastyczną piłkę w kierunku bramki.

- A masz! - wrzasnął triumfalnie. - Ha! Ha!

Spojrzał z satysfakcją, jak obrońca rzuca się w rozpaczliwą pogoń za piłką.

Przykucnięty w bramce Jackson Crowder, znany ogólnie jako Jax, wkroczył do akcji. Podskoczył i z całej siły grzmotnął piłkę obiema pięściami. Potem wyskoczył znowu.

Jax był niesamowicie dobry w skokach. A desperacja dodała mu jeszcze sil. Po raz trzeci wymierzył piłce potężny cios.

Odskoczyła od jego kostek i wyprysnęła w niebo. Wysoko, wysoko.

Tyson zatrzymał się jak wryty.

- Oż ty - powiedział zwięźle i ze zgrozą.

Jax ruszył pędem w stronę narożnika bramki, nie chcąc, by piłka odbiła się od słupka. On także się zatrzymał; mizerna figurka, niewiele szersza od słupka bramki.

Piłka weszła mniej więcej na orbitę okołoziemską. Zawisła w powietrzu jak czarno-biała źrenica, wściekle wirująca w czerwonej tęczówce słońca.

Jax osłonił oczy dłonią. Nie zwracał uwagi na drużynę, która stanęła bez ruchu za jego plecami. Poczuł, że po plecach pełznie mu zimny, powolny dreszcz.

Zacisnął zęby i wyprostował ramiona.

- Przyniosę ją - oznajmił z wymuszonym spokojem.

Piłka zniknęła z pola widzenia. Jax pobiegł tam, gdzie spodziewał się ją znaleźć.

Wydawało mu się, że wisiała w powietrzu znacznie dłużej, niż to było możliwe. A potem upadła. Ciężko jak kamień.

Jax wyciągnął po nią ręce, ale ona wymknęła się mu z palców i uderzyła w głowę.

Instynktownie się skulił i jeszcze raz wybił piłkę.

Wystrzeliła w górę i do przodu. Nakreśliła idealny łuk na tle czerwieniejącego nieba.

Z gardeł wszystkich graczy wyrwał się jeden zgodny krzyk.

- Nie!!

Jax osunął się na kolana w oniemiałym przerażeniu.

Piłka wpadła w jedno z okien Szkoły przy Cmentarzu. Uderzyła w nie niczym piorun.

Przez chwilę wszyscy zastygli w bezruchu. Jak zahipnotyzowani gapili się w dziurę w szybie. Wyglądała jak obrzydliwa paszcza, szczerząca ociekające krwią zęby.

Potem ktoś rzucił krótkie:

- Wiać!

I gracze rozbiegli się na wszystkie strony.

Został tylko Jax. Powoli podniósł się z klęczek.

- Moja piłka! - powiedział ze zgrozą. -To była moja piłka!

Ruszył przed siebie, ale w tej samej chwili coś uderzyło go w plecy. Zachwiał się i upadł na ziemię. Jakiś ciężar zwalił się na niego, więc zaczął się szarpać i wyrywać.

- Puszczaj!
- Zgłupiałeś? - wy dyszał Tyson. - Zjeżdżamy stąd, i to już!
- Ale to moja piłka. Moja. Ręcznie szyta, z autentycznym nadrukiem Pucharu...
- Zapomnij. Już jej nie ma. I nas też już nie powinno być.

Tyson wstał z ziemi i podniósł Jaxa. Ten usiłował mu się wyrwać.

- Ale ona jest wyjątkowa! Jest...
- Nie podpisana, mam nadzieję? Bez nazwiska, adresu, numeru telefonu? Nie trafią do ciebie?

Jax pokręcił głową w otępieniu.

- No to spadamy. - Tyson szarpnął go za ramię i powlókł w stronę bramy, byle jak najdalej od szkoły, jak najdalej od okna.

Jak najdalej od śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Jax zaparł się w miejscu. Strata ukochanej piłki wymiotła z jego głowy wszystkie inne myśli. Był zbyt zdenerwoway, by się bać.

Tyson zrozumiał z przerażeniem, że nieszczęście pozbawiło jego przyjaciela zdrowych zmysłów. Złapał go więc mocno za bluzę i zaczął ciągnąć niczym upartego muła.

Jax w końcu zrezygnował z walki i pozwolił się wlec. Jęczał tylko cicho i boleśnie.

Był wysoki i chudy, ale mięśnie miał dobrze rozwinięte i twarde jak kamień.

„Jaki on uparty - pomyślał Tyson ponuro. - Uparty głąb, głupi uparty muł. Beton”.

- Może mi pomożesz? - wydyszał. - Ja ci tu ratuję życie, zrozum to wreszcie!

Jak wiele czasu upłynęło od tamtej strasznej chwili? Wystarczająco wiele, by wszyscy pozostali gracze zniknęli w wieczornym mroku. Tyson dostrzegł jeszcze ostatnie postacie, które galopowały z rozwianym włosem drogą prowadzącą do miasta.

Słońce osunęło się jeszcze niżej; cienie u ich stóp zgęstniały. Jax był ślepy i głuchy na wszystko, ale Tyson miał wrażenie, jakby znalazł się nagle w zwolnionym filmie.

- Musimy się stąd wynosić! - rozkazał. - Jax! Obudź się! No!

Po raz pierwszy w oczach Jaxa błysnęła odrobina przytomności. Wyglądało na to, że wreszcie zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Obejrzał się na ponury masyw szkoły, wznoszący się za nimi jak nawiedzone zamczysko. Potem przeniósł wzrok na stary cmentarz z gąszczem nagrobków.

Wreszcie zaświtał mu prosty związek: albo uciekną, albo staną się mieszkańcami tego uroczego zakątka.

Poderwał się do biegu.

Tyson puścił go z ulgą i ruszył pełnym galopem.

Za ich plecami trzasnęły otwierane drzwi. Aż ziemia zadrżała im pod stopami.

- Gazu! - wrzasnął Tyson, bojąc się obejrzeć za siebie. - Dawaj!

Jax dodał gazu.

Zdążył zrobić jeszcze dwa ogromne susy i poczuł, że ziemia ciągle drży pod jego stopami.

Wiedział, że to nie kroki Tysona. Ten bowiem wiał jak oszalały, osiągając chyba prędkość światła. Prawie unosił się w powietrzu.

Nie były to również jego kroki. To nie pod jego stopami ziemia trzęsła się i jęczała głucho.

Wiedział, kto go goni.

Nie obejrzał się. Skoczył naprzód. Jeszcze jeden krok. I następny. Ucieknie. Właśnie, że mu ucieknie!

Nie da się wziąć żywcem...

Ogromna łapa chwyciła go za pasek szortów i uniosła w powietrze.

Rozdział 2

Oczka, które na niego spojrzały, były małe i zimne. I martwe jak oczy rekina. Właściwie oczy rekina wydawały się przy nich miłe i wesołe.

Jax, dyndający bezsilnie w powietrzu oko w oko z Piwnicznym Bartem, wrzasnął ze strachu.

Piwniczny Bart wyszczerzył zęby w upiornej parodii uśmiechu.

- Cześć, mały. Coś się tak uniósł? - spytał i wybuchnął bulgotliwym śmiechem.

Całe jego ciało, przypominające pień stuletniego dębu, zatrzęsło się. A Jax razem z nim; miotał się w górę i w dół niczym żywe jo-jo.

Poczuł, że robi mu się niedobrze. „Ciekawe - pomyślał. - Czy Bart mnie puści, jeśli na niego zwymiotuję?”

„Nie - uznał po namyśle. - Mało prawdopodobne”. W końcu szkolny woźny nie takie rzeczy widział już w życiu.

Piwniczny Bart miał na sobie zwykły strój: zieloną wojskową bluzę, spłowiały kombinezon i ogromne buciory. Poznaczone pasmami siwizny włosy ściągnął w kucyk, a na głowę nasadził sfatygowaną wojskową czapkę. W cieniu jej daszka złowrogo błyszczały małe oczka.

Przestał się śmiać. Rozejrzał się czujnie jak wielki niedźwiedź szukający łupu. Potem znowu skupił się na swojej ofierze.

- To ty wrzuciłeś piłkę przez moje okno?

Jax przełknął ślinę z wysiłkiem.

- Ja... - zaczął piskliwie.

Piwniczny Bart podniósł go wyżej.

Jax poczuł, że gumka szortów dziwnie się rozluźnia, i złapał się w panice za pasek. Jeszcze tego brakuje, żeby wylądował w samych majtkach u stóp Barta. Na samą myśl zrobiło mu się jeszcze gorzej.

- No? - ponaglił go pan Bartłomiej grzmiącym głosem.
- To niechcący - wykrztusił Jax.
- Niechcący? To znaczy, że nie zamierzałeś stłuc mojej szyby? Po prostu byłeś niedbały? Pozwoliłeś, żeby piłka rozbiła ją na tysiące maleńkich kawałeczków?
- Tak. Nie! To znaczy... Przepraszam. Nie chciałem...

Pan Bartłomiej wydał z siebie coś w rodzaju ponurego warkotu. Powieki opadły mu na oczy, zostawiając jedynie połyskujące zimno szparki.

Potem bez ostrzeżenia rozluźnił chwyt.

Jax plasnął o ziemię.

- Ooooo! - jęknął głucho.

Podniósł się chwiejnie. Nie dowierzał swojemu szczęściu. Czyżby pan Bartłomiej zamierzał go puścić wolno? Czyżby poczuł się wystarczająco usatysfakcjonowany jego przeprosinami?

A może szkolny woźny z piekła rodem bawił się z nim jak kot z myszą?

Jax odwrócił się.

Ciężka stopa przygniotła jego nowiutki trampek.

- Gdzieś się wybierasz? - zapytał Piwniczny Bart.
- Nie! - Jax szarpnął się w rozpaczliwej próbie ucieczki. Bez rezultatu.

Niespodziewanie pan Bartłomiej wyjął zza pleców drugą rękę. Na ogromnej dłoni kołysała się ukochana piłka Jaxa; nagle wydała mu się maleńka jak breloczek.

- Twoja?

Jax przytaknął w otępieniu. „Nie zwymiotuję na moją własną piłkę - przysiągł sobie. - Nie zwymiotuję. Żeby nie wiem co”.

Grube paluchy zacisnęły się na piłce. Wpiły się w czarno-białe łatki.

- Nie! - krzyknął Jax. - Ona pęknie!
- Moja szyba też pękła - przypomniał mu Piwniczny Bart.
- Nie. Proszę. - W głosie Jaxa pojawiły się błagalne tony.

Ucisk nieco zelżał. Zimne szparki zwęziły się jeszcze bardziej.

Jax spojrzał na okno. Przeniósł wzrok na woźnego, górującego nad nim jak wieża.

- Ja... Zapłacę za tę szybę - powiedział bohatersko.
- A. - Bucior uniósł się o parę milimetrów ze stopy Jaxa. - Kiedy?
-