Szkoła przy cmentarzu (23). Niesamowita pisanka - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (23). Niesamowita pisanka ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

 

Co wykluwa się z jaj? Brrrr! 
Szkoła przy Cmentarzu organizuje poszukiwania jajek wielkanocnych. Richie znajduje na boisku tęczowe jajko. Ma nadzieję, że coś się z niego wykluje. David ma złe przeczucia. Nie pomylił się. Po pewnym czasie z jajka wykluwa się wielkanocny królik, który nie jest przyjaźnie nastawiony do ludzi. 

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 23 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 76

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Niesamowitapisanka

 

Dotychczas w seriiukazały się tomiki:

ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNO

HORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULAMÓJ MAŁY WILKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNAOPOWIEŚCI Z CIEMNEGO LASUAUTOBUS WIDMOPRZEKLĘTY MIKOŁAJJAK POLUBIĆ MUMIĘZACHŁANNE PNĄCZEBASEBALL ZDECHLAKÓWW PASZCZY ALIGATORANAUCZYCIELKA DRĘCZYCIELKAZEMSTA DUCHASYLWESTER Z DUCHAMI

 

Tom B. Stone

Niesamowitapisanka

Przełożył

Tomasz Wilusz

 

Wydawnictwo Da CapoWarszawa

 

Tytuł oryginału

THE EASTER EGG HAUNT

Copyright © 1998 by Tom B. StoneCover art copyright © 1998 by Mark NagataAli rights reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.

New York, New York, USA

Opracowanie graficzne okładkiSławomir Skryśkiewicz

Skład i łamanie

„Kolonel”

For the Poksh translation

Copyright © 2000 by Wydawnictwo Da Capo

For the Polish edition

Copyright © 2000 by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie I

ISBN 83-7157-592-0

DRUKARNIA GS

Kraków, tel. (012)65 65 902

Rozdział 1

- Chłopcy i dziewczęta, dziewczęta i chłopcy. - Hannibal Lucre, zastępca dyrektora Szkoły przy Cmentarzu, podniósł ręce i zaczął nimi wymachiwać nad głową, jakby próbował zatrzymać przelatujący samolot. - Czy wszyscy jesteśmy grzeczni? Czy zachowujemy się jak prawdziwe damy i dżentelmeni?
- I kto to mówi? - mruknął David Pike do Raula Ortiza. Obydwaj parsknęli śmiechem.
- Proszę o ciszę - powiedział pan Lucre.

Z boku sceny dobiegł głos, chrapliwy jak zgrzyt szkła przeciąganego po żwirze.

- Panie Lucre, pozwoli pan, że mu pomogę. - Doktor Morthouse, dyrektor szkoły podstawowej w Grove Hill, podeszła do podium, wyciągnęła kościstą rękę. Kiedy zacisnęła wargi w wąską kreskę, imitującą uśmiech, w jej ustach pojawił się błysk srebra.
- To wcale nie jest kieł - powiedział Raul, jakby chciał przekonać samego siebie, że to, co mówi, jest prawdą.

W audytorium zapadła głucha cisza; tylko jakiś pierwszoklasista z któregoś z przednich rzędów rozbeczał się ze strachu.

Doktor Morthouse powoli opuściła głowę. Jej oczy wpiły się w twarz przerażonego dziecka.

Łkanie natychmiast ucichło.

- Zaraz będą musieli wezwać pogotowie - mruknął Raul do Davida.

Ten nie odpowiedział. Osunął się na krześle i skrzyżował ramiona. Nie mógł się zdecydować, czy uznać takie zebrania jak to za pożyteczne, czy nie. Z jednej strony omijała go część lekcji. Z drugiej - zmuszony był przebywać niebezpiecznie blisko doktor Morthouse, która prawdopodobnie była dyrektorką nie tylko szkoły, ale i świata upiorów.

David tak naprawdę nie wierzył, że pani Morthouse ma srebrny kieł, śpi, zwisając z krokwi do góry nogami jak nietoperz, czy ucina sobie drzemki w specjalnej trumnie schowanej w piwnicy. Nie wierzył też jednak, że jest ona w stu procentach człowiekiem. Nawet siedząc w ostatnim rzędzie, uważał, że znajduje się za blisko doktor Morthouse. Ta kobieta uosabiała czyste zło.

- Chłopcy i dziewczęta - syknęła.

Przy ciszy, jaka zaległa w audytorium, nawet grób wydałby się hałaśliwy.

- Doooooskonale! - zawyła i machnęła ręką na pulchnego mężczyznę w brązowym garniturze, który niepewnie stał u jej boku. - Nasz szacowny wicedyrektor, pan Lucre, ma dla was krótkie ogłoszenie. Jestem pewna, że wysłuchacie go z uwagą.

Nikt nie drgnął. Nikt nie mrugnął. Nikt się nie odezwał. Uczniowie potrafili wyczuć, kiedy im się grozi. Nie bez kozery nazywali to miejsce „Szkołą przy Cmentarzu”. (Tylko ciemni dorośli używali jej oficjalnej nazwy: szkoła podstawowa w Grove Hill).

Pan Lucre wskoczył z powrotem na podium i obdarzył swoich znieruchomiałych ze strachu słuchaczy obrzydliwym uśmiechem. Był typem człowieka, który błyszczy od stóp do głów: błyszczące buty, błyszczący garnitur, błyszcząca twarz, trzy błyszczące ciemne kosmyki, zaczesane na łysinę.

- Dziękuję, doktor Morthouse - powiedział, zacierając dłonie. - Dziękuję, dziewczęta i chłopcy. Ach, cóż za przepiękny poranek, co za piękny dzień!
- Będzie piękny, jak skończą się lekcje - szepnęła Maria Medina do Stacey Carter. Siedziały przed Davidem i Raulem.

Chłopcy parsknęli śmiechem. Stacey zawtórowała im, a jej przyjaciółka spojrzała na nich przez ramię i uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Doktor Morthouse odwróciła głowę i powiodła zmrużonymi oczami po sali.

Maria zamarła. Uśmiech zastygł na jej twarzy, a z oczu wyzierał paniczny strach. Stacey zesztywniała. Raul i David osunęli się jeszcze niżej na krzesłach.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, świdrujące spojrzenie pani dyrektor powędrowało dalej.

Stacey, znana z tego, że nie traciła zimnej krwi prawie w żadnej sytuacji, odetchnęła z ulgą. Z twarzy Marii znikął uśmiech.

Wzrok Davida padł na okno. Z sali roztaczał się przerażający widok na stare cmentarzysko, rozciągające się na stoku wzgórza za szkołą. Wyszczerbione, omszałe nagrobki niepodzielnie królowały nad malowniczą okolicą.

A pewnie i nad szkołą. Lepiej było o tym nawet nie myśleć. David osobiście przeżył parę bliskich spotkań zabójczego stopnia. Może cmentarz nie był przyczyną wszystkich okropności w Szkole przy Cmentarzu, ale sporej ich części na pewno.

„Wystarczy trzymać się z dala od cmentarza, dyrektor Morthouse, kłopotów i dożyć ukończenia szkoły” - myślał David.

To wcale nie musiało być takie trudne. Wspominając ostatni rok, chyba najstraszniejszy w jego życiu, był przekonany, że najgorsze ma już za sobą.

Raul nachylił się do kolegi.

- Zauważyłeś, że niektóre z tych nagrobków wyglądają jak królicze uszy? - szepnął.

David zmrużył oczy. Rzeczywiście.

- Może to wcale nie są nagrobki - ciągnął Raul. - Może to ogromne kamienne króliki, zagrzebane w ziemi... - Nagle zamilkł i wyprostował się.

David nie musiał patrzeć w stronę podium, by wiedzieć, że znaleźli się na celowniku doktor Morthouse. Podniósł głowę i spojrzał niewidzącym wzrokiem na pana Lucre’a.

„Nie boję się jej - pomyślał z bijącym sercem. - Co może mi zrobić?”

Mimo woli zadrżał, gdy przyszło mu do głowy kilka przerażających odpowiedzi na to pytanie.

Z najwyższym wysiłkiem woli skupił się na słowach zastępcy dyrektora.

- ...przyjemnością ogłaszam, że zaplanowaliśmy dla uczniów szkoły w Grove Hill i ich rodzin niezwykłe atrakcje - kontynuował pan Lucre monotonnym głosem. Na chwilę zamilkł, jakby oczekiwał oklasków. Jednak zalęknieni uczniowie nie zdobyli się nawet na pomruk zadowolenia. Pan Lucre mówił więc dalej. - W tym roku nasza szkoła organizuje wielkanocne czy też, jak kto woli, wiosenne poszukiwania jajek wielkanocnych. Ponadto odbędą się konkursy na najładniejszy wielkanocny kostium, najładniejsze jajko oraz wiele innych zabaw z nagrodami.

Znów zawiesił głos.

W jednym z przednich rzędów rozległ się odgłos podejrzanie przypominający szloch.

Doktor Morthouse wychyliła się do przodu, obnażając zęby niczym rozjuszony wilk.

- Biedny dzieciak, nie doczeka drugiej klasy - szepnął Raul kącikiem ust.

Siedząca przed nim Polly Hannah odwróciła się. Zmrużyła bladoniebieskie oczy, doskonale naśladując doktor Morthouse.

- Ciiii! - syknęła.
- Bo co? - drażnił się z nią Raul. - Rzucisz mnie króliczkowi wielkanocnemu na pożarcie?

David nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Kolega mu zawtórował.

Po cichu.

Ostatnia część mowy pana Lucre’a była zbitkiem poleceń, zasad i obietnic nagród za udział w czymś, co dość szumnie nazwał „pierwszymi dorocznymi poszukiwaniami jajek wielkanocnych”. Nauczyciele zaczęli rozdawać uczniom informatory.

Zgromadzenie dobiegło końca.

Raul spojrzał na swój informator, złożył go w mały kwadracik, schował do kieszeni i potrząsnął głową.

- Nie ma mowy, żebym pozwolił własnej rodzinie bawić się w cokolwiek w tej szkole.
- A ja myślę, że to świetny pomysł - pisnęła Polly.

Raul spojrzał na nią kątem oka.

- Dla ciebie wyrywanie muchom skrzydełek to doskonała zabawa.
- Muchy! Fuj. Nigdy w życiu nie dotknęłabym muchy! - powiedziała dziewczyna jeszcze bardziej piskliwym głosem.
- Poważnie? A słyszałem, że co dzień jadasz je na śniadanie - palnął David.

Polly zaróżowiła się.

- Jesteś wstrętny. Wstrętny, wstrętny, wstrętny! - Odwróciła się i poszła korytarzem, mocno tupiąc nogami.

Obaj chłopcy odprowadzili ją wzrokiem. W różowo-żółtym stroju i różowych butach wyglądała jak jakiś obłąkany królik wielkanocny.

David i Raul wymienili zadowolone spojrzenia. Ten pierwszy potrząsnął głową.

- Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek, nawet ta niestrawna Polly, mógł chcieć spędzać tu wolny czas. Wierzysz w to, że istnieją inni ludzie tacy jak ona?
- Przy założeniu, że Polly ma ludzkie geny - powiedział David.
- Słuszna uwaga - zgodził się Raul. - W tej szkole nigdy nic nie wiadomo.

W tej chwili obok nich jak spod ziemi wyrósł młodszy brat Davida, Richie. Jego zazwyczaj blada twarz była rumiana z emocji.

- David! Raul! Cześć! - zawołał. - Słyszeliście, co powiedział pan Lucre? Poszukiwania jajek wielkanocnych! Super, co?

Raul uniósł brew.

- Nie. Wracaj do swojej klasy - powiedział David.

Richie oczywiście nawet nie drgnął.

- I nagrody! Mnóstwo wspaniałych nagród! Zdobędę którąś z nich, zobaczycie.
- Na twoim miejscu sprawdziłbym najpierw, co to za nagrody - rzekł Raul. - Zwłaszcza w tej szkole.
- Czemu? - spytał Richie.
- Daruj sobie - powiedział David. Jego brat był taki naiwny.

Richie, marszcząc czoło, przeniósł wzrok z Raula na Davida i z powrotem.

- Nabijacie się ze mnie - stwierdził.
- Nie! Ależ skąd! - odparł Raul.

Richie nachmurzył się jeszcze bardziej.

- Jeszcze pożałujecie - zapowiedział, odwrócił się i popędził przed siebie zygzakiem niczym żywa kula bilardowa.
- A propos braku ludzkich genów - wycedził Raul, patrząc na młodszego brata kolegi.
- Skąd ja to znam? - odparł David z głębokim westchnieniem.
- Jajka wielkanocne. - Raul potrząsnął głową. - No cóż. Nie brzmi to groźnie, jak na Szkołę przy Cmentarzu. W końcu co złego może się stać? Najwyżej stłuczemy parę jajek.

- Ale będą jaja - rzucił David i zaśmiał się ze swojego żartu.

Na cmentarzu dwa duże, wąskie nagrobki, przypominające zajęcze uszy, przez chwilę zdawały się czegoś nasłuchiwać.

A potem znów zapanował niezmącony spokój.

Rozdział 2

Pani Pike zatrzymała samochód.

- Bądź tak dobry i pójdź po Richiego - powiedziała do syna.

David westchnął ciężko, wysiadł z wozu i przeszedł przez opustoszały parking. Trener drużyny brata pomachała mu i wskazała palcem szczyt wzgórza, po czym dalej ładowała sprzęt do starego zdezelowanego volvo.

Do uszu Davida dobiegł szelest opuszczanej szyby.

- Przepraszamy za spóźnienie! - krzyknęła jego matka.
- Nic się nie stało! - odparła pani trener.

David ruszył w ślad za swoim cieniem pod górę, w kierunku boiska do gry w baseball. Jego zdaniem, znajdowało się zdecydowanie za blisko cmentarza. Wszystkie dzieci wiedziały, że organizowanie treningów w pobliżu szkoły to zły pomysł.

Tylko rodzice nie mieli o tym pojęcia. „To świetne miejsce”, powiedziała matka Davida, kiedy zapisała młodszego syna do dziecięcej drużyny baseballowej.

David przyłożył dłonie do ust.

- Richie! - krzyknął. - Richie, chodź już. Musimy wracać!

Omiótł spojrzeniem boisko. Ach, więc to tam się schował ten mały dziwak. Kucał za linią pierwszej bazy i wpatrywał się w coś w trawie.

- Richie! - krzyknął David