Szkoła przy cmentarzu (18). Baseball zdechlaków - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (18). Baseball zdechlaków ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

 

Jedynym, który zareagował w jakikolwiek sposób, wydawał się Algie. Park kątem oka dostrzegł, jak odwraca głowę i spogląda z uśmiechem w jego stronę. Nie potrzebował tłumacza, by wiedzieć, co oznacza ten uśmiech. Macie nauczkę - powiadał - Teraz twoja kolej. 

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 18 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna i Dom Kultury Gminy Zduny 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 81

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tom B. Stone

SZKOŁA PRZY CMENTARZU

Baseball zdechlaków

Przełożyła

Ewa Mikina

Wydawnictwo Da Capo

Warszawa

Tytuł oryginału

THE DEAD SOX

Copyright ©1997 by Tom B. Stone

Cover art copyrith © 1997 by Mark Nagata

Ali rights reserved. Published by arrangement

with Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,

division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.

New York, New York, USA

Redaktor

Mirosław Grabowski

Tłumaczka dziękuje Fundacji

Polska Mała Liga Baseballowa

za pomoc w przekładzie

Opracowanie graficzne okładki

Sławomir Skryśkiewicz

Skład i łamanie

„Kolonel”

For the Polish translation

Copyright © by Wydawnictwo Da Capo

For the Polish edition

Copyright © by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie I

ISBN 83-7157-246-8

DRUKARNIA GS: Kraków, tel. (012) 65 65 902

Rozdział 1

– Tak umrzeć to rozumiem – wysapał Park Addams, biegnąc w kierunku ciała Algernona Greena, miotacza najlepszej drużyny baseballowej w Grove Hill. Za Parkiem pędziła reszta graczy.

Przeskoczył płot starego cmentarza leżącego na wzgórzu za szkołą. Ku swemu zdumieniu ujrzał szeroko otwarte, wlepione w niebo oczy Algiego; prawa ręka była nienaturalnie odgięta do tyłu, lewa dotykała porosłej mchem płyty nagrobnej. Dłoń, która ciągle tkwiła w rękawicy, ściskała piłkę baseballową.

Algiemu udało się ją przejąć!

„Wspaniała śmierć” – pomyślał Park, pochylił się z szacunkiem nad ciałem i wrzasnął.

– Co jest? Nie żyje?! – zawołał łącznik, Skip Wolfson, biegnąc w stronę Parka.

– Nie – odpowiedział Park i zwrócił się do Algiego: – Ty żyjesz?

– Nie wygłupiaj się – burknął Algie, ale dalej trwał w bezruchu, gapiąc się w niebo.

Koło chłopaka uklęknął trener Garcia.

– Nic ci nie jest, Algemon? Ile palców widzisz?

Algie zerknął.

– Trzy. Za mgłą – odparł z wysiłkiem.

– Pewnie. Zgubiłeś okulary, kiedy się rzuciłeś na piłkę – prychnął Jeep Holmes, drugi bazowy. – Masz gdzieś zapasowe?

Krótkowzroczny Algie posiadał całą kolekcję okularów. Jedne, w drucianej oprawie, nosił w szkole, drugich, w czarnej plastikowej, używał w czasie treningów i rozwożenia gazet, trzecie, stare brązowe, trzymał na wszelki wypadek.

– Tu są. – Park podniósł szkła z błota, rad, że ich wcześniej nie rozdeptał, otarł o nogawkę spodenek i podał Algiemu.

– Dzięki – bąknął Algie i włożył je niezdarnie.

Zamrugał.

– Możesz się ruszać? Boli cię coś? Nie połamałeś się? – dopytywał się trener, który cierpiał na słowotok.

– Nie, chyba nie – odparł Algie powoli, co stanowiło niezwykły kontrast z gadulstwem trenera Garcii. – Prawdę mówiąc, miałem miękkie lądowanie.

Szczęki Bennett, łapacz Błyskawic, znany z tego, że może zjeść dosłownie wszystko, nawet rozjechaną przez samochód żabę, przestał na moment żuć gumę.

– Popatrz, jaki zostawiłeś ślad – powiedział.

Algie odwrócił się. Rzeczywiście, obok porośniętego mchem nagrobka widniał głęboki, wyraźny odcisk jego ciała.

„Jak to możliwe?” – zastanawiał się Park. Lato było upalne i suche, a ziemia twarda jak beton. Upadek, który pozostawił takie wgłębienie, powinien zabić Algiego. Park kopnął ziemię czubkiem buta. Jak skała.

A jednak w miejscu, gdzie upadł Algie, widniał malowniczy odcisk ciała.

Okulary wpadły w błoto.

Park postąpił krok i sprawdził krawędź wgłębienia. Czubek buta wszedł w nią niby nóż w masło. Chłopak odskoczył zaszokowany. Przez moment mu się wydawało, że ziemia chce go połknąć. Stał na jednej nodze, z pochyloną głową, i nie wierzył własnym uszom. Nie mógł przecież usłyszeć wygłodniałego mlaśnięcia, jednak słyszał wyraźnie.

– Kurczę – mruknął.

– Słucham? – zapytał Marc Foster, środkowopolowy.

Park spojrzał na Algiego. Na odcisk ciała obok starego nagrobka. Na własną stopę.

Postawił ją w końcu na ziemi. Nikt poza nim nie słyszał, że ziemia chciała pochłonąć go żywcem.

– Zauważyłeś coś śmiesznego? – zapytał Park cicho.

– Przecież to cmentarz. Tylko że ja się nie śmieję. Ja wieję.

Reszta graczy też uświadomiła sobie wreszcie, gdzie się znaleźli. Cała drużyna pospiesznie zaczęła się wycofywać.

Trener Garcia pomógł wstać Algiemu i odprowadził go na dziedziniec szkolny. Park został. Bardzo, bardzo powoli zbliżył się raz jeszcze do grobu. Nachylił się, aby obejrzeć omszały, zatarty z wiekiem i niemal już nieczytelny napis. Miał wrażenie, że widzi słowo LOS i WIECZNY, a może WIEK. Nazwiska ani dat nie mógł odczytać, ale w tym nie było nic nadzwyczajnego.

Ponownie wysunął stopę. Grunt zamknął się wokół czubka buta niczym zaciśnięta dłoń. Tak szybko, że Park nie zdążył nawet krzyknąć. Z całych sił szarpnął się do tyłu. Przez jedną straszną chwilę miał wrażenie, że już się nie uwolni.

Szarpnął raz jeszcze. Grób puścił.

Park poleciał do tyłu, uderzył o płot, zachwiał się... i zamarł.

Wgłębienie w miejscu, gdzie wetknął czubek buta, zamknęło się niby usta. Albo pułapka.

Wtem odcisk ciała Algiego zaczął znikać.

Parkowi zakręciło się w głowie. „Za długo byłem na słońcu” – powiedział sobie w duchu i cofnął się o krok, usiłując nie myśleć o gęsiej skórce na karku.

Odcisk ciała Algiego zniknął bez śladu. Ziemia uniosła się na moment, jakby wydawała pełne zadowolenia westchnienie.

Uszu Parka doszedł ledwie, ledwie słyszalny złowieszczy śmiech, niosący się po zboczu wzgórza z chłodnym powiewem wiatru.

Chłopak odwrócił się i uciekł.

Rozdział 2

Drużyna Błyskawic trenowała zwykle na błoniu w parku miejskim, ale w tym roku przeniosła się na boisko szkoły Grove Hill, znanej także jako Szkoła przy Cmentarzu.

Wszyscy wiedzieli, że Szkoła przy Cmentarzu to nie szkoła, lecz strefa śmierci, a Algie wylądował w samym centrum tej strefy, ulokowanym między opuszczonym cmentarzem a szkołą, na ziemi niczyjej, gdzie hulały duchy i zjawy, które posuwały się do rzeczy znacznie straszniejszych niż niewinne pohukiwanie po nocach.

Tylko baseball i troska o przyjaciela (który był przy tym doskonałym miotaczem) pchnęły Parka na ten zaklęty obszar, gdzie lęgły się wszystkie okropności, jakie przydarzały się niemal codziennie w szkole: znikający uczniowie, przepadający bez śladu nauczyciele, eksplozje w toaletach... by nie wspomnieć o koszmarnych szkolnych obiadach serwowanych nic nie podejrzewającym głodomorom.

Czy źródło tych koszmarów rzeczywiście biło na cmentarzu?

Park nie wiedział i nie miał ochoty się dowiadywać.

Jeśli dorośli udawali, że nic nie widzą, dlaczego on miałby pchać palce między drzwi. Jak niemal wszyscy w szkole, dawno zrezygnował z wszczynania alarmów. Wołał wsadzić nos w książki.

Chciał czym prędzej skończyć Szkołę przy Cmentarzu.

Żywy.

– Gotów do gry?! – zawołał trener Garcia, gdy Park zajął pozycję na pierwszej mecie.

– Tak – wychrypiał Park.

„Uspokój się, człowieku – powiedział sobie. – Co się może stać? Jest lato. Nie chodzisz do szkoły. Wokół masz ludzi z drużyny. Z dobrej drużyny”.

Tak właśnie powinien postępować. Skupić się na tym, co w życiu najważniejsze. Na letnich rozgrywkach baseballowych. Co z tego, że park miejski został zamknięty na lato, bo należało w nim przeprowadzić prace porządkowe? Co z tego, że musieli grać na upiornym boisku? Dzień spędzony w pobliżu szkoły był i tak o niebo lepszy od dnia spędzonego w szkole. Nawet jeśli pierwsza meta znajdowała się zbyt blisko cmentarnego płotu.

Byle tylko grać tak, żeby Algie nie musiał znowu biec za piłką gdzie diabeł mówi dobranoc. Park nie chciał być odpowiedzialny za nieszczęście, które mogłoby się przydarzyć najlepszemu miotaczowi w drużynie.

Algie zdjął właśnie okulary i wytarł je starannie w koszulkę.

– Dobrze, że nie nadział się na sztachetę – powiedział Skip Wolfson, nie kierując tych słów do nikogo w szczególności.

Miał rację. Płot oddzielający cmentarz od szkoły zbity był ze sztachet o końcówkach ostrych niczym zęby rekina. Algiemu nic się nie stało, ale Park, pełen złych przeczuć, wolał się upewnić.

– Na pewno nic ci nie jest? – zapytał.

– Piłkę złapałem – odpowiedział Algie.

Nieco podniesiony na duchu, Park wsunął dłoń w rękawicę i skinął głową. Algie się skupił. Skupiony miotacz to wygrywający miotacz.

– Byłeś świetny, Algemon – rozległ się głos trenera – naprawdę świetny! Chciałbym, żeby wszyscy okazywali taki zapał, jaki zademonstrował nam Algie. Zapamiętać, drużyna, trening czyni grę! Zaczynamy, drużyna!

Algie grał jak szatan. Rzucał same strajki. Alex Lee, drugi miotacz Błyskawic, nie mógł się z nim równać. Parkowi zrobiło się go nawet żal, ale ambicja Alexa najwidoczniej nie poniosła uszczerbku.

– Dobra robota – rzucił pod adresem Algiego, gdy kolejny raz zmieniali się na górce.

Algie posłał Alexowi pełne wyższości spojrzenie.

– Jasne – mruknął od niechcenia.

Park obserwował, jak Algie chwyta kij i posyła piłkę daleko za trzecią bazę.

„Niesamowite” – pomyślał z satysfakcją, zapominając o swoich lękach. Czymże jest jakiś dziwny epizod na cmentarzu w porównaniu z doskonałym treningiem?

Od którego doskonalszy może być tylko mecz.

„Będziemy mieli zabójczy sezon – pomyślał. – Inne drużyny mogą wypchać się sianem”.

Oczami duszy widział już, jak odbiera puchar za zdobycie pierwszego miejsca w rozgrywkach ligowych, gdy gwizdek trenera Garcii oznajmił koniec treningu.

Park zszedł z mety: razem z Davidem Pikiem i Algiem usiedli na trawie, by zmienić korki na zwykłe buty.

– Dobry trening – zaczął David.

– Aha – przytaknął Park.

– Masz potencjał, Algie. Tak przesadziłeś płot, że mógłbyś być środkowym napastnikiem – wtrącił siedzący opodal Tyson Walker. Tyson nieszczególnie lubił baseball, pasjonowała go gra w nogę.

Algie nie odpowiedział. Zawiązał buty, zarzucił torbę na ramię. Park podniósł na niego wzrok.

– Wszystko w porządku, Alg? – zapytał.

Algie odwrócił powoli głowę i spojrzał na Parka tak, jakby go widział pierwszy raz w życiu.

– W porządku. Niby dlaczego?

Park wzruszył ramionami.

– Nie wiem.

– W porządku – powtórzył Algie. – Cześć – rzucił na odchodnym i ruszył w stronę stojaka na rowery.

– Poczekaj, pojedziemy razem! – zawołał za nim Park.

Algie nie zareagował.

– Ej! – krzyknął ponownie Park.

Algie przyspieszył. Szedł rytmicznie, jak we śnie.

Wsiadł na rower i tyle go było widać.

– Pewnie nie miał ochoty na twoje towarzystwo – zauważył Jeep.

– Nie rozumiem – odparł Park. Algie mieszkał blisko niego i zazwyczaj po treningu razem wracali do domu.

– Może pojechał rozwozić gazety? – podsunął Jason Dunbar, trzeci bazowy, najbardziej czupurny zawodnik Błyskawic.

– Stacey go zastępuje, kiedy mamy trening – odrzekł Park.

Stacey Carter ceniła sobie, podobnie jak Algie, finansową niezależność i nie lubiła liczyć wyłącznie na kieszonkowe wydzielane przez rodziców. Zarabiała wyprowadzaniem psów i opieką nad domowymi zwierzakami; interes kwitł latem, a pieniądze z rozwożenia gazet dodatkowo zasilały jej kasę.

– To dopiero prawdziwa namiętność: rezygnować z zarobku dla treningów – rzekł Tyson, po czym dodał po chwili namysłu: – Ja dla nogi zrobiłbym to samo.

Park skinął głową, ale myślami był gdzie indziej.

Zarzucił torbę na ramię i podszedł do roweru. Kładł już stopę na pedał, gdy usłyszał ciche uderzenie kija i jakby okrzyki kibiców.

Poderwał głowę. To odgłosy gry.

A przecież na boisku nie było nikogo.

Kilku graczy kręciło się po parkingu, czekając na rodziców.