Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Grupa goszczących w Egipcie turystów odwiedza pewnego dnia grobowiec jednego ze starożytnych władców kraju. W pewnym momencie zaczynają mieć miejsce dziwne i niespotykane wydarzenia - w sarkofagu ożywa mumia faraona, wychodząc na spotkanie przerażonych przybyszów. Spokojny do tej pory pobyt gości zamienia się w horror.
Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 16
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 69
Rok wydania: 1997
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tom B. Stone
SZKOŁA PRZY CMENTARZU
Jak polubić mumię
Przełożyła
Ewa Mikina
Wydawnictwo Da Capo
Warszawa
Tytuł oryginału
DON’T TELL MUMMY
Copyright © 1997 by Tom B. Stone
Cover art copyright © 1997 by Mark Nagata
Ali rights reserved. Published by arrangement
with Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,
a division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.
New York, New York, U.S.A.
Redaktor
Mirosław Grabowski
For the Polish translation
Copyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo
For the Polish edition
Copyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo
Wydanie II
ISBN 83-7157-386-3
Druk i oprawa:
Drukarnia GS
Kraków, tel./fax (12) 65-65-902
Rozdział 1
Skip Wolfson wpatrywał się w drzwi żółtego autobusu stojącego przed Szkołą Podstawową Grove Hill.
– Wsiadaj, bo odjedzie bez ciebie – pogonił go Parker Addams.
– Spóźniłeś się – stwierdził Skip, nie zaszczycając kolegi spojrzeniem.
– Szafka mnie zaatakowała – wyjaśnił Park.
Skip zrobił wielkie oczy, pobladł, odwrócił się gwałtownie.
– Ona... ciebie... co...?
– Człowieku, spokojnie. Mówię tylko, że otworzyłem drzwiczki i spadły mi na łeb wszystkie książki. Już myślałem, że nie zdążę na autobus.
– Gorsze rzeczy się zdarzają – mruknął Skip, ciągle blady, i wrócił do oglądania wysłużonego pojazdu.
– Znowu masz niefartowny dzień autobusowy? Weź no się w garść albo nie pojedziesz na wycieczkę. Wiesz, co to znaczy?
Skip nie odpowiedział, co wcale nie zdziwiło Parka. Odkąd rodzina Wolfsonów zamieszkała za miastem i Skip zaczął dojeżdżać autobusem, miał obsesję na tym punkcie.
– Wiesz, co to znaczy? – powtórzył Park i sam udzielił odpowiedzi: – Dzień spędzony z panią Morthouse. Nie powiesz mi, że wolisz to niż jazdę autobusem.
Park nie zamierzał pozwolić Skipowi zwiać. Opodal stało dostojne grono i zawzięcie konferowało. Gdyby któryś z nauczycieli zauważył, że Skip dał nogę, zaczęłaby się awantura.
– Nie świruj. To nienormalne bać się autobusów. – Park z całych sił pchnął Skipa. – Wsiadaj!
– Spadaj – warknął Skip i oddał Parkowi.
– Chłopcy, co się tam dzieje?
Zły, że dostojne grono zauważyło, Park postanowił użyć łagodniejszej metody perswazji. Położył Skipowi rękę na ramieniu i uśmiechnął się niewinnie do wicedyrektora szkoły, pana Hannibala Lucre’a.
– Nic się nie dzieje – bąknął Skip i wgramolił się wreszcie do autobusu, zapominając o swoich lękach.
Pan Lucre, ubrany jak zwykle w brązowy garnitur, z obowiązkową muszką pod brodą, zatarł pulchne dłonie. Zaczesane przemyślnie resztki włosów nie były w stanie przysłonić łysiny, niemiłosiernie połyskującej w promieniach słońca.
– Jakieś problemy? – zapytał. Gdy mówił, muszka zabawnie podskakiwała na grdyce.
Park skrzywił się. Błyski idące od łysej czaszki skojarzyły mu się z metalicznym uśmiechem dyrektorki, pani Morthouse, która miała jakoby srebrny kieł.
Na myśl o pani Morthouse i jej kle rozejrzał się niespokojnie. Wolał się upewnić, czy nie ujrzy jej gdzieś w pobliżu. Nie. Dyrektorka rzadko jeździła na szkolne wycieczki, zdawała ów obowiązek na pana Lucre’a i nauczycieli.
– Nie, proszę pana, żadnych, panie Lucre... proszę pana... problemów. – Park zupełnie się zaplątał.
– Nie biliście się przypadkiem? – dociekał pan Lucre nieufnie.
– Biliśmy? Ja i Skip? Skąd, my się przyjaźnimy. Tak tylko się wygłupialiśmy, wie pan.
Widząc zdziwioną minę pana Lucre’a, Park uznał, że mówi do człowieka niezdolnego pojąć, co oznacza przyjaźnić się. Albo wygłupiać. Zrobił krok w tył i postawił stopę na stopniu autobusu. Wołał wsiąść, zanim pan Lucre postanowi wykluczyć go z wycieczki i odesłać na dywanik do pani Morthouse.
Pan Lucre jakby czytał w jego myślach.
– Wszczynanie bójek to nie najlepszy początek miłej wycieczki. Nie chcesz chyba spędzić dnia w gabinecie pani dyrektor, prawda?
– Nie! – Pewny, że nie przeżyłby dnia z panią Morthouse, Park oczami wyobraźni widział już własne zwłoki wynoszone z budynku.
Coś w jego głosie, ani chybi przerażenie, wywołało uśmiech na twarzy pana Lucre’a. Park wykorzystał okazję i zastosował pierwszą zasadę szkoły przeżycia, obowiązującą w Grove Hill: chcesz ratować życie, dawaj nogę.
Wskoczył do autobusu i zaczął przeciskać się między siedzeniami, byle najdalej od pana Lucre’a. Obejrzał się, dostrzegł brązowy garnitur w drzwiach, padł na fotel i osunął w dół.
– Uważaj – doszedł go czyjś grobowy głos.
– Ty uważaj – mruknął odruchowo i wychylił ostrożnie głowę, ciekaw rozwoju wypadków.
Pan Lucre mówił coś do nauczycielki siedzącej z przodu autobusu.
Jakaś dłoń chwyciła Parka za kurtkę. Uniosła z fotela. Odwrócił głowę i znalazł się oko w oko ze współpasażerką.
– Zachowuj się albo zginiesz – mruknęła z dziwnym akcentem.
Park zrobił wielkie oczy. Mało, że nie znał dziewczyny, to nigdy nie widział tak krótko ostrzyżonych włosów: wyjąwszy łysoli i ludzi produkujących się w MTV.
– Kto ty jesteś? – zażądał wyjaśnień.
Dziewczyna puściła go tak gwałtownie, że rąbnął o fotel.
– Morton. A ty?
– Morton – powtórzył.
– Też jesteś Morton? – zainteresowała się.
– Nie, nie jestem Morton.
– Szkoda.
– Park.
– Park? Masz na imię Park? Pakujemy koszyki piknikowe i idziemy do parku? Ciekawe – stwierdziła takim tonem, jakby chciała powiedzieć „dziwaczne”.
– Naprawdę to Parker, jak mój ojciec. Kto słyszał, żeby dziewczyna miała na imię Morton?
– Właśnie usłyszałeś. – Zaśmiała się równie grobowym głosem, jak mówiła.
Drzwi autobusu zamknęły się. Pan Lucre podniósł dłoń.
– Chłopcy i dziewczęta, koledzy wykładowcy. Zanim ruszymy na naszą doroczną wycieczkę klasy szóstej do muzeum, chciałbym przypomnieć kilka zasad, których należy przestrzegać: zapinamy pasy, nie wstajemy z miejsc, nie chodzimy po autobusie, w muzeum zachowujemy się spokojnie...
Póki pan Lucre mówił, Park czuł się bezpieczny. Usiadł wygodniej, odetchnął. Najpierw szafka, potem Skip ze swoim hoplem, wreszcie pan Lucre. Dzień zaczynał się pechowo.
Morton wpatrywała się w wicedyrektora, Park wpatrywał się w Morton. Strasznie silna jak na tak drobną osóbkę. Ubrana w wypłowiały dres, równie wypłowiały niebieski sweter i buty kowbojskie,na nosie miała okulary w drucianej oprawie. Ciemnobrązowe oczy wydawały się niemal czarne. Ciężkie, kołyszące się przy każdym ruchu głowy kolczyki dziwnie nie pasowały do reszty stroju.
Siostra Parka gotowa byłaby zabić, by móc nosić takie do szkoły. W ogóle nosić.
– Dziwny osobnik – stwierdziła Morton, ciągle wpatrzona w wicedyrektora.
– Pan Lucre? Całkiem normalny... jak na Szkołę przy Cmentarzu.
Zerknęła na Parka.
– Przy Cmentarzu? Myślałam, że to Szkoła Grove Hill.
– Grove Hill to nazwa oficjalna, ale wszyscy mówią Szkoła przy Cmentarzu.
– Dlaczego?
– No wiesz, chore rzeczy się tu wyprawiają. – Pomyślał o swoich przeżyciach w szkolnej stołówce, których starczyłoby na wstrząsającą książkę, i ścisnął mu się żołądek. – Poza tym zaraz za szkołą jest cmentarz. Nawiedzony przez duchy – dodał obojętnym tonem.
Morton uniosła brew.
– Nawiedzony? – zapytała z lekką wzgardą, jakby wiadomość nie wywarła na niej najmniejszego wrażenia.
Teraz Park uniósł brwi. Obydwie.
– Ejże, nie słyszałaś?
– Jakoś nie.
– Jesteś nowa? Nikt nie mówił, że do klasy ma przyjść ktoś nowy. – Grove Hill było małym miasteczkiem i żaden przybysz nie mógł ujść nie zauważony.
– Jestem tu od jakiegoś czasu – powiedziała niechętnie.
– Nie w mojej klasie – stwierdził Park stanowczo. Zamilkł. Myślał. „Nie nowa. Nie z szóstej klasy. Zagadka”. Było tylko jedno rozwiązanie. – Chodzisz do innej klasy, tak?
– No... tak – przyznała.
– Wiedziałem! – ucieszył się. – Wiedziałem. Chodzisz do piątej, prawda? Dlatego jesteś taka... – chciał powiedzieć „mała”, ale pomyślał, że może być uczulona na punkcie swojego wzrostu. – To dlatego cię nie znam – stwierdził triumfalnie i ciągnął dalej, nie dając jej czasu na odpowiedź: – Jak to się stało, że jedziesz na wycieczkę z szóstą klasą? Nie mogłaś zaczekać do przyszłego roku jak każdy normalny człowiek? – zapytał z przyganą.
– Nie jestem małym dzieckiem!
– Ale nie chodzisz do szóstej klasy – upierał się.
– Mam na pewno tyle lat co ty. Więcej.
– Chcesz powiedzieć, że zostałaś?
– Zostałam? Co to znaczy?
– Nic – stwierdził Park.
Morton posłała mu lodowate spojrzenie.
– Rodzice chcieli, żebym pojechała na wycieczkę do muzeum. Wystarczy?
– Łau! Twoi starzy to załatwili? Zwolnili cię z lekcji, żebyś mogła jechać do muzeum? – Parka wcisnęło w fotel. Niektórzy ludzie mają szczęście. Chciałby doczekać dnia, kiedy to jego rodzice zwolniliby go z lekcji.
Autobus szarpnął, prychnął i wytoczył się z parkingu.
Pan Lucre padł brzuchem na fotel, co wzbudziło powszechną radość. Czerwony na twarzy, z kosmykami włosów spadającymi na oczy, zaczął się mościć niezdarnie, usiłując zapiąć pas.
Park obserwował go przez chwilę z niesmakiem. Zdążył już wybaczyć Morton. W końcu był w szóstej klasie. W czerwcu na zawsze pożegna Szkołę przy Cmentarzu, a Morton będzie musiała się męczyć jeszcze rok.
Patrzył z ulgą, jak znika mu z oczu przebrzydły budynek. Muzeum Historii Naturalnej zapewne okaże się lamusem staroci, ale co z tego? Ważne, że jest daleko, bardzo daleko od szkoły.
To nic, że dzień zaczął się niefortunnie, przekonywał Park sam siebie. W końcu nawet nieudany dzień w muzeum jest lepszy niż dobry dzień w Szkole przy Cmentarzu.
Nie wiedział, jak bardzo, jak straszliwie się myli.
