Szkoła przy cmentarzu (13). Opowieści z ciemnego lasu - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (13). Opowieści z ciemnego lasu ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

 

 

Trzeba mieć mało wyobraźni, żeby pchać się śladem słodyczy coraz głębiej w ciemny, straszny las. Rozpoczynać wędrówkę, która mogła się naprawdę kiepsko skończyć. Przerażająca historia! 

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 13 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 137

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Opowieściz ciemnego lasu

 

Dotychczas w seriiukazały się tomiki:

ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNO

HORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULAMÓJ MAŁY WIKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNA

 

Tom B. Stone

Opowieściz ciemnego lasu

Przełożył

Janusz Ochab

 

Wydawnictwo Da CapoWarszawa

 

Tytuł oryginałuTALES TOO SCARYTO TELL AT CAMP

Copyright © 1996 by Tom B. StoneCover art copyright © 1996 by Cam De LeonAll rights reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Books for Young Readers,division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.New York, New York, U.S.A.

RedaktorMirosław Grabowski

For the Polish translationCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo

For the Polish editionCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie II

ISBN 83-7157-151-8

Druk:DRUKARNIA GS s.c.

Kraków, tel. (012) 65 65 902

Rozdział 1

W ciemnym, ciemnym lesie

Część I

- No i zgubiliśmy się - powiedział Marc Foster.

Wiatr zawył w gałęziach drzew. Ciemne chmury zasnuły niebo.

- I to na dobre - dodał.

Jeep Holmes szturchnął Marca pod żebro.

- Nie mów tak! Zupełnie jakbym słyszał mojego tatę.

Jeep skrzywił się z niesmakiem, przypominając sobie wyprawę na pewien letni obóz. Ojciec zabłądził wtedy w lesie. Niestety, później odnalazł drogę i Jeep wylądował na... hm... nie całkiem ludzkich wakacjach. Szybko odsunął od siebie te wspomnienia.

„Teraz to co innego” - wmawiał sobie po cichu. Zupełnie co innego - nawet jeśli ta wyprawa także była pomysłem ojca.

- Tym razem pojedziemy na prawdziwy obóz - oznajmił kiedyś z entuzjazmem pan Holmes. - Możesz zaprosić, kogo tylko chcesz.

Oczywiście okazało się, że większość dzieciaków ze Szkoły Podstawowej Grove Hill, znanej również jako Szkoła przy Cmentarzu (i to nie tylko ze względu na stary cmentarz, który rozciągał się na wzgórzu za budynkiem), ma już inne plany na lato. Te, które jednak wyjechały z Jeepem, tworzyły przedziwną mieszaninę charakterów i upodobań.

„Nie jest to wymarzone towarzystwo na wakacje” - myślą! teraz chłopak. I na pewno nie było to towarzystwo, z którym chciałby zgubić się w lesie.

„No cóż, przynajmniej tym razem to prawdziwi ludzie. Może trochę dziwni, ale ludzie”.

Jordie Flanders, którą Jeep nazywał w myślach Chodzącym Komputerem, stanęła na czele grupy, oparła dłonie na biodrach i wpatrywała się przez chwilę w mroczny las.

- Macie rację - oświadczyła wreszcie. - Według moich obliczeń powinniśmy byli wrócić do obozu godzinę temu. - Jordie była dziewczyną o niezwykle silnym charakterze i specyficznym poczuciu humoru, które Jeep określiłby jako „coraz bardziej pokręcone”. Zazwyczaj mówiła tak, jakby rozwiązywała skomplikowane równania. - Wynika z tego jasno, że zabłądziliśmy.
- Weźcie brak drogi, dodajcie las, pomyślcie chwilę: co czeka nas? - Śpiewała radośnie Terri, siostra bliźniaczka Marca. - Zgubieni! Zgubieni! Zgubieni!
- Cicho bądź! - warknął Marc. - To poważna sprawa.

Terri wzruszyła ramionami, jakby wcale nie przejmowała się ciemną ścianą drzew, która otaczała ich ze wszystkich stron - ani zbliżającą się coraz szybciej nocą. Terri zresztą nigdy niczym się nie martwiła. I to właśnie najbardziej martwiło Marca.

„Kto tu jest tym diabelskim bliźniakiem?” - zastanawiał się często. - Ja czy ona?”

W pobliskich krzakach wrzasnęło jakieś zwierzę. Z góry dobiegł ich trzepot skrzydeł i Jeep odruchowo schował głowę w ramiona.

- Wiedziałem, że tak się to skończy. Gdybyśmy chociaż mieli mapę. - Jeep spojrzał znacząco na Marca. Ten odpowiedział mu równie chmurnym spojrzeniem.

- Głodny jestem - odezwał się Szczęki Bennett.
- Nie teraz, Szczęki - jęknął Tyson Walker.
- Ale ja naprawdę jestem głodny - upierał się Szczęki.

Nie zwracając nań uwagi, Tyson odgarnął z czoła krótkie dredy, jakby to pozwoliło mu widzieć lepiej w gęstniejącym mroku.

- Moglibyśmy poszukać naszych śladów, no wiecie, i w ten sposób znaleźć drogę do obozu.

Jako fanatyk piłki nożnej Tyson wierzył mocno, że stopy - i ich ślady - mogą rozwiązać wszelkie problemy. Ale wyimaginowane tropy nie mogły im teraz w niczym pomóc.

- Jakie ślady? - spytała Jordie.

Tyson milczał. Oczywiście nie pozostawili najmniejszego znaku na grubej warstwie liści i na skalnym podłożu.

Nagle Szczęki pochylił się nisko i zaczął węszyć niczym pies szukający tropu. Odszedł kilka kroków od grupy. Potem jeszcze kilka. Węszył coraz intensywniej.

Tymczasem zagubieni obozowicze nie przestawali się spierać.

- To nie moja wina, że zgubiłem mapę - mówił Marc. - Zresztą mogłoby się to przydarzyć każdemu, kto spadłby z urwiska.
- To nie było żadne urwisko, tylko brzeg strumienia, w którym nie było nawet kropli wody - parsknął Jeep. - Gdybyś tylko patrzył trochę pod nogi...

Szczęki oparł się dłońmi o kolana i pochylił jeszcze niżej. Pasek wżynał się coraz mocniej w jego pusty brzuch. Chłopiec czknął cicho, wyciągnął rękę i podniósł coś z ziemi. Wyprostował się i przybliżył znaleziony przedmiot do twarzy, obracając go bezustannie, jakby nie wierzył własnym oczom.

- Przecież to nie ma żadnego znaczenia - powiedział Tyson, przerywając kłótnię Jeepa i Marca. - Ważne jest to, że nie mamy mapy. Zgubiliśmy się i jesteśmy zdani tylko na siebie.
- Będą się niepokoić, kiedy nie wrócimy na kolację, a wtedy zaczną nas szukać - oświadczyła z przekonaniem Terri.

Wpatrując się w swą siostrę z niedowierzaniem, Marc zdecydował ostatecznie, że to właśnie ona jest diabelskim bliźniakiem. Diaboliczną, obłąkaną optymistką.

- Tak, jasne, Terri - przemówił wreszcie. - A co będziemy robili do czasu, gdy nas odnajdą? Po prostu czekali? W tym lesie są niedźwiedzie!
- Brunatne niedźwiedzie - sprostowała Jordie. - Nie zrobią ci krzywdy, jeśli nie będziesz się zbliżał do ich młodych ani gwałtownie budził.
- Uspokoiłaś mnie - odparł Marc sarkastycznie.
- Myślę, że powinniśmy iść dalej. Może uda nam się znaleźć jakieś schronienie, zanim zrobi się całkiem ciemno - zaproponowała Jordie.
- Tak, hotel z basenem i sauną - drwił Tyson.
- Patrzcie! - zawołał nagle Szczęki. Kiedy nikt nie zwracał na niego uwagi, wzruszył ramionami, zerwał papier z batonika, który znalazł przed chwilą na ziemi, i zaczął go jeść.

Gdy tylko rozległ się szelest rozrywanego opakowania, cała grupa jak na komendę odwróciła się w stronę chłopaka.

- Szczęki, co ty tam jesz? - spytała Terri.

Wszyscy wpatrywali się w niego jak zaczarowani. Szczęki spokojnie przeżuwał kolejny kęs.

- Baaoon - odparł w końcu niewyraźnie i wyciągnął przed siebie na wpół zjedzony batonik.
- Gdzieś ty go... - zaczął Jeep.

Chłopak wskazał ręką na ziemię.

Obozowicze otoczyli go niczym stado wygłodniałych psów. Jordie wyrwała ocalałą część smakołyka z dłoni chłopca. Szczęki przełknął czekoladę tak szybko, że omal się nie zakrztusił.

- Au, au, hej! - krzyknął wreszcie. - Oddaj mi to! To moje, ja to znalazłem!
- Po prostu podniosłeś go z ziemi i zacząłeś jeść? Baton, który leżał nie wiadomo jak długo w środku lasu? O czym ty wtedy myślałeś, Szczęki? - spytała Jordie.
- Był zapakowany - odparł z oburzeniem chłopiec, wyciągając rękę po swój skarb.

Jordie odsunęła się o krok i obejrzała dokładnie baton. Po chwili zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie.

- Nigdy nie słyszałam o takim batonie. Są na nim jakieś dziwne napisy.
- Może to jakiś zagraniczny - podsunęła Terri. - Jak te francuskie czekoladki, które lubi moja mama.

Jordie pokręciła głową.

- Nie wydaje mi się, żeby to było po francusku.
- Oddaj mi mój baton... - Głos Szczęk przycichł nagle, a on sam znowu pochylił się nad ziemią, zaczął węszyć i ponownie odszedł od grupy.

Tym razem wszyscy przyglądali mu się z uwagą. Kiedy schylił się niżej, by podnieść coś ze ściółki leśnej, Jeep błyskawicznie doskoczył do niego i wyrwał mu ów przedmiot z dłoni.

- Hej! - krzyknął oburzony Szczęki.
- Nie powinieneś jeść rzeczy, które znalazłeś na ziemi - pouczył go Tyson.

Jordie zaś dodała surowym tonem:

- Wyobraź sobie tylko, że to jest zatrute. Może po lesie krąży maniak, który rozrzuca zatrute słodycze i czeka, aż jakiś dzieciak da się nabrać?
- Mówisz poważnie? - spytał Tyson, gapiąc się na Jordie.
- Różne rzeczy się zdarzają. - Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Tak, jeśli nazywasz się Grimm albo Andersen - odparował Marc.
- Tutaj jest taki sam napis - powiedział Jeep, podając im baton, by sami się o tym przekonali.

Szczęki odsuwał się powoli od swych przyjaciół. Zanim jednak sięgnął po paczkę twardych batonów, schowanych kilka kroków dalej pod warstwą liści, miał już za sobą całą grupę.

- Pewnie przechodził tędy jakiś obozowicz i upuścił zapasy - powiedział Jeep.
- Zostawia za sobą ślady - zgodził się Marc.
- Obozowicz albo obozowiczka - dodała Terri. - Możemy iść jej śladem i wydostać się z lasu... albo przynajmniej znaleźć jakieś schronienie. Wychodzi na to, że nie zgubiliśmy się tak całkiem.

Marc przewrócił oczami, gdy Terri bez namysłu ruszyła naprzód.

- Hej, zwolnij trochę! Nie możemy się rozdzielać.
- Tyson pospieszył za dziewczyną.
- Czekaj - zaprotestował Jeep. - A jeśli Jordie ma rację? Może ten baton rzeczywiście jest jakiś podejrzany?

Marc i Jordie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- No cóż, Szczęki zjadł kawałek i nie wygląda na to, żeby mu choć trochę zaszkodziło - powiedziała Jordie.
- No właśnie. A poza tym co innego mielibyśmy robić? - dodał Marc.

Zanim Jeep mógł im odpowiedzieć, oboje odwrócili się i ruszyli w ślady reszty grupy.

Jeep pozostał jednak na miejscu. Myślał. Zamyślił się głęboko. Nie podobało mu się to. Wcale a wcale. Nad całą tą sprawą unosił się jakiś podejrzany smrodek.

Z głębi lasu dobiegł go okrzyk Tysona:

- Patrzcie! Ptasie mleczko! Ptasie mleczko!

„Otóż to - pomyślał Jeep, z ociąganiem ruszając w drogę. - Ptasie mleczko i ptasie móżdżki. Trzeba mieć naprawdę pusto w głowie, żeby pchać się śladem słodyczy coraz głębiej i głębiej w ciemny las”.

Odchodzić coraz dalej i dalej od obozu.

Rozpoczynać wędrówkę, która - Jeep czuł to już w kościach - mogła się dla nich wszystkich bardzo źle zakończyć.

Terri zatrzymała się na skraju łąki. Naciągnęła na głowę kaptur dresu i schowała dłonie do rękawów. Wraz z nocą nadchodził także przeraźliwy ziąb. Szczęki cały czas marudził, że jest głodny. Jordie nie pozwoliła mu zjeść ani jednego z batonów, które znaleźli po drodze, miał więc teraz nowy powód do narzekań.

- Patrzcie! - zawołała Terri, wyciągając przed siebie okutaną w dres rękę.

Naprzeciwko grupy obozowiczów, po drugiej stronie polany, majaczyła sylwetka małego, zgrabnego domku.

- Chodźcie - zakomenderowała Terri i ruszyła naprzód.

Jednak Marc był szybszy.

- Hej! Zaczekaj! - krzyknął, chwytając ją za kaptur i odciągając do tyłu.

Szczęki dreptał w miejscu, próbując rozgrzać zziębnięte stopy, i chuchał na zgrabiałe dłonie.

- Dlaczego? Tam na pewno jest ciepło. Może dadzą nam jeść?
- A dlaczego ktoś zamieszkał właśnie tutaj, w środku takiej głuszy? - spytał Marc.
- A czemu nie? - odpowiedziała pytaniem Terri.
- Dom naszego wujka wcale nie jest bliżej innych domów, bo wujek nie lubi ludzi. Może ten facet też nikogo nie lubi.
- Albo się przed kimś ukrywa. Albo jest wariatem
- dodał Jeep.
- Czy to wygląda na dom szaleńca? - Terri wzruszyła ramionami. - Z pewnością nie.
- A skąd ty to możesz wiedzieć? - zirytował się jej brat.

Wszyscy zamilkli i wpatrywali się w tajemniczy domek. Czy było to mieszkanie szaleńca, który nienawidzi wszystkich ludzi, a w szczególności dzieciaków? Maniaka, który spogląda teraz na nich przez okno i ostrzy już zęby?

Wygląd domu świadczył o czymś innym. Był to zadbany budynek zwieńczony stromym dachem i lekko przekrzywionym kominem z szarego kamienia. Drewniane gonty pokrywające dach miały kształt rombu, te zaś, które chroniły ściany, były owalne. Po obu stronach drzwi, zakończonych łagodnym lukiem, znajdowały się idealnie kwadratowe okna.

„Gdzie ja już widziałem taki dom? - myślał Jeep.

- I dlaczego tak bardzo mi się nie podoba?”
- Nie wiem dlaczego, ale kiedy patrzę na ten domek, to od razu robię się głodny - powiedział Szczęki.

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli. Wreszcie Tyson westchnął głęboko.

- Słuchajcie, nie mamy innego wyboru. Nie możemy siedzieć w lesie przez całą noc. Oni na pewno pozwolą nam skorzystać z telefonu.

Jeep nie odrywał wzroku od dziwacznego domku. Po plecach przechodził mu zimny dreszcz, który wcale nie był wywołany chłodem zbliżającej się nocy. Dlaczego miał wrażenie, że ten dom przyczaił się tylko i cierpliwie na niego czekał? Jakby lada moment miał nań skoczyć i krzyknąć: „Mam cię!” Wszystkie jego zmysły i przeczucia wołały: „Zawróć! Uciekaj!”

Nagle zasłona w kwadratowym okienku poruszyła się lekko. Wąski strumyk światła przeciął na chwilę gęstniejący mrok, a w oknie pojawił się jakiś cień. Potem zasłona wróciła na swoje miejsce.

,Jeśli tam rzeczywiście jest jakiś telefon - pomyślał Jeep - to najpierw wykręcę 997”. Nagle zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili wstrzymuje oddech.

- Na co czekamy? - zawołała Terri.
- Ciii! - syknął Jeep.

Drzwi domku otworzyły się nagle z trzaskiem.

- Kto tam? - zapytał ktoś niskim, chrapliwym głosem.
- Cześć! - odpowiedziała Terri, bez namysłu ruszając do przodu.
- Terri! Zaczekaj! - syknął Marc.
- Aha - mruknął ktoś beznamiętnie, jakby spodziewał się ich już od dawna.

Terri wyciągnęła rękę.

- Dobry wieczór. Nazywam się Terri. Ja i moi przyjaciele wybraliśmy się na przechadzkę w pobliżu naszego obozu, no i zabłądziliśmy, a teraz szukamy jakiegoś schronienia.

Tajemnicza postać w drzwiach zachichotała cicho. Jeep wytężył wzrok. Jednak światło wylewające się z wnętrza rozmazywało kontury i nie pozwalało dojrzeć twarzy gospodarza. Zresztą Terri i tak zasłaniała go niemal całkowicie. Jeep pomyślał, że właściciel domku musi być bardzo drobnym człowieczkiem.

- Zabłądziliście? - powtórzył głos. Potem usłyszeli kolejną serię chichotów. -1 tak wygląda wasza opowieść? Niezbyt oryginalna. No i nie zgubiliście się tak całkiem, skoro znaleźliście drogę do tego miejsca.

Mroczna postać cofnęła się o krok i otworzyła szerzej drzwi.

- Wejdźcie proszę, wejdźcie! - zawołała, jakby każdy z nich, Jeep, Szczęki, Jordie, Tyson i Marc, był doskonale widoczny w ciemności nocy. - Zostawcie za sobą mrok i chłód.
- Nie - mruknął Jeep. - Zaczekajcie. Zaczekajcie.
- Hej, no chodźcie! Na co jeszcze czekacie? - dołączyła Terri. - Boicie się czy co?
- Nie! - odparł głośno Marc.

„Tak” - pomyślał Jeep.

Właściciel domku roześmiał się cicho.

- Chodźcie, śmiało - zapraszał.

Co innego mogli zrobić?

Jeden po drugim wysuwali się z cienia i wchodzili do małego domku w środku lasu.

Znaleźli się w niskim, ciemnym pokoju o drewnianej podłodze i czarnych od dymu krokwiach. W kamiennym piecu, pod żelaznym garnkiem, płonął ogień.

Szczęki wciągnął głęboko powietrze.

- Co tu się gotuje? - zapytał. - Pachnie bardzo przyjemnie.

Gospodarz odwrócił się do nich twarzą.

Jeep poczuł się nagle bardzo głupio.

To była najzwyczajniejsza w świecie kobieta. Drobna, lekko przygarbiona, o krótkich siwych włosach związanych w kucyk. Miała trójkątną twarz, która nie wyglądała ani młodo, ani staro, żywe brązowe oczy, ogorzałą, pomarszczoną skórę i brwi równie spiczaste jak dach jej domku. Kąciki wąskich ust delikatnie zwracały się ku dołowi. Wytarte dżinsy, stare buty i połatany sweter dopełniały obrazu przeciętności. Gdyby Jeep spotkał taką kobietę na ulicy, pewnie w ogóle by jej nie zauważył.

- Gotuję sobie trochę zupy - powiedziała z uśmiechem, który krył w sobie jakieś dziwne, tajemnicze szyderstwo. - Swego rodzaju alfabetyczną zupę. No i piekę, oczywiście. Pierniki.
- Uwielbiam pierniki - oznajmił z nadzieją Szczęki, po czym dodał: - Nie dali mi ani jednego batona, a to ja je pierwszy znalazłem!
- Och, prawda! - Jordie pogmerała w kieszeniach i wyjęła z nich dwie garście batonów, gum do żucia i ptasiego mleczka. - Znaleźliśmy to po drodze. Wydawało nam się, że gdzieś nas prowadzą, no i właśnie trafiliśmy do pani domu.
- Naprawdę? - Kobieta uniosła lekko brwi. - To rzeczywiście zdumiewające. - Nagle jej ręka wysunęła się szybko do przodu i smakołyki zniknęły z dłoni Jordie. - Zbyt wiele słodyczy pozbawi was apetytu. Zepsuje zęby.

Gospodyni uśmiechnęła się, odsłaniając równy szereg dużych lśniących siekaczy.

- Chcielibyśmy skorzystać z pani telefonu - powiedział Tyson. - Chcielibyśmy zadzwonić i zawiadomić naszych przyjaciół, gdzie jesteśmy.
- Nie mam telefonu.
- Nie ma pani telefonu? - Tyson był zszokowany.
- Nie. A dlaczego miałabym go mieć?
- W razie jakiegoś wypadku... - podsunęła Jordie, przerywając pełną zdumienia ciszę.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Telefon komórkowy? Krótkofalówka? - dopytywał się Tyson.
- Nie. W ogóle nie mam prądu.

Wszyscy zaczęli się rozglądać i zrozumieli, że gospodyni mówi prawdę. Pokój oświetlały tylko świeczki, osadzone w kinkietach i świecznikach na stole, oraz ogień, który płonął wesoło w kamiennym piecu.

- Bez telewizora? - Tyson nie mógł się otrząsnąć. - Bez wideo?

Kobieta pokręciła głową.

- Ani komputera? - wyszeptała Jordie.
- To co pani tutaj robi? - spytał Tyson, kiedy znów padła przecząca odpowiedź.
- Zawsze sama mogę sobie wymyślać różne historie
- odparła gospodyni. Przechyliła lekko głowę, jakby wsłuchując się w jakiś odległy głos. - Wyobraźnia może być potężna i niebezpieczna, jeśli tylko wiesz, jak się nią posługiwać.
- Czy pani jest jakimś dziwacznym... eee... to jest: czy pani pisze jakieś dziwne opowiadania?
- Lubię opowieści - odpowiedziała nieznajoma z rozmarzeniem. - Choć czasami bywam zmęczona wymyślaniem swoich własnych. Dlatego zawsze chętnie przyjmuję gości.

Jej spojrzenie znowu stało się czujne i przenikliwe.

- Właściwie, to my nie jesteśmy gośćmi - powiedziała Tern. - Zgubiliśmy się. Chcielibyśmy, żeby pomogła nam pani odnaleźć drogę do obozu.
- No tak, rzeczywiście. - Nieznajoma pokiwała głową.
- Rzeczywiście. - Położyła palec na brodzie i poruszała nim rytmicznie, zastanawiając się nad czymś.

„Niby mała i zwyczajna, ale szalona - pomyślał Jeep, czując, jak cierpnie mu skóra. Wiedział to, był tego pewien bardziej niż czegokolwiek w życiu.

Znowu dał się zwieść pozorom. Czyżby ostatni obóz nie nauczył go jeszcze niczego? Wyglądało na to, że nie.

„Nie można sądzić książki po okładce. Nie zawsze dostajesz to, co widzisz”.

A skoro mowa o dostawaniu, to w tej chwili pragnął jedynie wydostać się z tego miejsca. Głośno zaś powiedział:

- No cóż, skoro nie może nam pani pomóc, to może lepiej...

Nie kończąc nawet zdania, odwrócił się i sięgnął do drzwi.

Klamka nawet nie drgnęła.

Jeep spróbował jeszcze raz, napierając z całych sił. Na próżno. Chłopak miał nawet wrażenie, że klamka wyrywa mu się z ręki, jakby była żywa. Szarpnął nią mocno i kopnął w drzwi.

Coś pochwyciło go za kciuk i wykręciło boleśnie.

- Auuu! - Jeep odskoczył do tyłu.
- Nie powinieneś był ich kopać - powiedziała gospodyni i uśmiechnęła się do chłopca.
- To... pani... ja... - jąkał się Jeep, wpatrując się to w drzwi, to znów w kobietę.

Klamka chciała złamać mu kciuk. Ta wiedźma dobrze o tym wiedziała.

- Te drzwi są zamknięte? - Jordie odwróciła się na pięcie i sięgnęła do klamki.
- Nie robiłabym tego na twoim miejscu - poradziła gospodyni przerażająco słodkim tonem.

Jordie posłuchała dobrej rady. Powoli i ostrożnie cofnęła rękę, po czym spytała niepewnie:

- Jesteśmy zamknięci? Dlaczego?
- Dlaczego nie? - odparła kobieta i klasnęła w dłonie. - Zawsze zamykam za sobą drzwi. Wy robilibyście to samo. Jesteśmy przecież w środku lasu. Kto wie, co kryje się na zewnątrz? Zwłaszcza po zmierzchu - dodała ściszonym głosem.

Podeszła do pieca, podniosła pokrywkę, wzięła do ręki wielką srebrną łyżkę i zamieszała nią gotującą się

zupę. Nad garnkiem unosiły się kłęby pary i smakowite zapachy. Para zaczęła mienić się różnymi kolorami i krążyć wokół pomieszczenia. Jednak tym razem Szczęki nie powiedział: „Jestem głodny”.

Milczał.

Para syknęła cicho, a w tym tajemniczym dźwięku kryły się jakieś dziwne szepty i odległe głosy.

Gospodyni odłożyła pokrywkę na miejsce i odwróciła się twarzą do grupy obozowiczów.

-