Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Trzeba mieć mało wyobraźni, żeby pchać się śladem słodyczy coraz głębiej w ciemny, straszny las. Rozpoczynać wędrówkę, która mogła się naprawdę kiepsko skończyć. Przerażająca historia!
Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 13
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 137
Rok wydania: 1997
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opowieściz ciemnego lasu
Dotychczas w seriiukazały się tomiki:
ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNO
HORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULAMÓJ MAŁY WIKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNA
Tom B. Stone
Opowieściz ciemnego lasu
Przełożył
Janusz Ochab
Wydawnictwo Da CapoWarszawa
Tytuł oryginałuTALES TOO SCARYTO TELL AT CAMP
Copyright © 1996 by Tom B. StoneCover art copyright © 1996 by Cam De LeonAll rights reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Books for Young Readers,division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.New York, New York, U.S.A.
RedaktorMirosław Grabowski
For the Polish translationCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo
For the Polish editionCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo
Wydanie II
ISBN 83-7157-151-8
Druk:DRUKARNIA GS s.c.
Kraków, tel. (012) 65 65 902
W ciemnym, ciemnym lesie
Część I
Wiatr zawył w gałęziach drzew. Ciemne chmury zasnuły niebo.
Jeep Holmes szturchnął Marca pod żebro.
Jeep skrzywił się z niesmakiem, przypominając sobie wyprawę na pewien letni obóz. Ojciec zabłądził wtedy w lesie. Niestety, później odnalazł drogę i Jeep wylądował na... hm... nie całkiem ludzkich wakacjach. Szybko odsunął od siebie te wspomnienia.
„Teraz to co innego” - wmawiał sobie po cichu. Zupełnie co innego - nawet jeśli ta wyprawa także była pomysłem ojca.
Oczywiście okazało się, że większość dzieciaków ze Szkoły Podstawowej Grove Hill, znanej również jako Szkoła przy Cmentarzu (i to nie tylko ze względu na stary cmentarz, który rozciągał się na wzgórzu za budynkiem), ma już inne plany na lato. Te, które jednak wyjechały z Jeepem, tworzyły przedziwną mieszaninę charakterów i upodobań.
„Nie jest to wymarzone towarzystwo na wakacje” - myślą! teraz chłopak. I na pewno nie było to towarzystwo, z którym chciałby zgubić się w lesie.
„No cóż, przynajmniej tym razem to prawdziwi ludzie. Może trochę dziwni, ale ludzie”.
Jordie Flanders, którą Jeep nazywał w myślach Chodzącym Komputerem, stanęła na czele grupy, oparła dłonie na biodrach i wpatrywała się przez chwilę w mroczny las.
Terri wzruszyła ramionami, jakby wcale nie przejmowała się ciemną ścianą drzew, która otaczała ich ze wszystkich stron - ani zbliżającą się coraz szybciej nocą. Terri zresztą nigdy niczym się nie martwiła. I to właśnie najbardziej martwiło Marca.
„Kto tu jest tym diabelskim bliźniakiem?” - zastanawiał się często. - Ja czy ona?”
W pobliskich krzakach wrzasnęło jakieś zwierzę. Z góry dobiegł ich trzepot skrzydeł i Jeep odruchowo schował głowę w ramiona.
- Wiedziałem, że tak się to skończy. Gdybyśmy chociaż mieli mapę. - Jeep spojrzał znacząco na Marca. Ten odpowiedział mu równie chmurnym spojrzeniem.
Nie zwracając nań uwagi, Tyson odgarnął z czoła krótkie dredy, jakby to pozwoliło mu widzieć lepiej w gęstniejącym mroku.
Jako fanatyk piłki nożnej Tyson wierzył mocno, że stopy - i ich ślady - mogą rozwiązać wszelkie problemy. Ale wyimaginowane tropy nie mogły im teraz w niczym pomóc.
Tyson milczał. Oczywiście nie pozostawili najmniejszego znaku na grubej warstwie liści i na skalnym podłożu.
Nagle Szczęki pochylił się nisko i zaczął węszyć niczym pies szukający tropu. Odszedł kilka kroków od grupy. Potem jeszcze kilka. Węszył coraz intensywniej.
Tymczasem zagubieni obozowicze nie przestawali się spierać.
Szczęki oparł się dłońmi o kolana i pochylił jeszcze niżej. Pasek wżynał się coraz mocniej w jego pusty brzuch. Chłopiec czknął cicho, wyciągnął rękę i podniósł coś z ziemi. Wyprostował się i przybliżył znaleziony przedmiot do twarzy, obracając go bezustannie, jakby nie wierzył własnym oczom.
Wpatrując się w swą siostrę z niedowierzaniem, Marc zdecydował ostatecznie, że to właśnie ona jest diabelskim bliźniakiem. Diaboliczną, obłąkaną optymistką.
Gdy tylko rozległ się szelest rozrywanego opakowania, cała grupa jak na komendę odwróciła się w stronę chłopaka.
Wszyscy wpatrywali się w niego jak zaczarowani. Szczęki spokojnie przeżuwał kolejny kęs.
Chłopak wskazał ręką na ziemię.
Obozowicze otoczyli go niczym stado wygłodniałych psów. Jordie wyrwała ocalałą część smakołyka z dłoni chłopca. Szczęki przełknął czekoladę tak szybko, że omal się nie zakrztusił.
Jordie odsunęła się o krok i obejrzała dokładnie baton. Po chwili zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie.
Jordie pokręciła głową.
Tym razem wszyscy przyglądali mu się z uwagą. Kiedy schylił się niżej, by podnieść coś ze ściółki leśnej, Jeep błyskawicznie doskoczył do niego i wyrwał mu ów przedmiot z dłoni.
Jordie zaś dodała surowym tonem:
Szczęki odsuwał się powoli od swych przyjaciół. Zanim jednak sięgnął po paczkę twardych batonów, schowanych kilka kroków dalej pod warstwą liści, miał już za sobą całą grupę.
Marc przewrócił oczami, gdy Terri bez namysłu ruszyła naprzód.
Marc i Jordie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Zanim Jeep mógł im odpowiedzieć, oboje odwrócili się i ruszyli w ślady reszty grupy.
Jeep pozostał jednak na miejscu. Myślał. Zamyślił się głęboko. Nie podobało mu się to. Wcale a wcale. Nad całą tą sprawą unosił się jakiś podejrzany smrodek.
Z głębi lasu dobiegł go okrzyk Tysona:
„Otóż to - pomyślał Jeep, z ociąganiem ruszając w drogę. - Ptasie mleczko i ptasie móżdżki. Trzeba mieć naprawdę pusto w głowie, żeby pchać się śladem słodyczy coraz głębiej i głębiej w ciemny las”.
Odchodzić coraz dalej i dalej od obozu.
Rozpoczynać wędrówkę, która - Jeep czuł to już w kościach - mogła się dla nich wszystkich bardzo źle zakończyć.
Terri zatrzymała się na skraju łąki. Naciągnęła na głowę kaptur dresu i schowała dłonie do rękawów. Wraz z nocą nadchodził także przeraźliwy ziąb. Szczęki cały czas marudził, że jest głodny. Jordie nie pozwoliła mu zjeść ani jednego z batonów, które znaleźli po drodze, miał więc teraz nowy powód do narzekań.
Naprzeciwko grupy obozowiczów, po drugiej stronie polany, majaczyła sylwetka małego, zgrabnego domku.
Jednak Marc był szybszy.
Szczęki dreptał w miejscu, próbując rozgrzać zziębnięte stopy, i chuchał na zgrabiałe dłonie.
Wszyscy zamilkli i wpatrywali się w tajemniczy domek. Czy było to mieszkanie szaleńca, który nienawidzi wszystkich ludzi, a w szczególności dzieciaków? Maniaka, który spogląda teraz na nich przez okno i ostrzy już zęby?
Wygląd domu świadczył o czymś innym. Był to zadbany budynek zwieńczony stromym dachem i lekko przekrzywionym kominem z szarego kamienia. Drewniane gonty pokrywające dach miały kształt rombu, te zaś, które chroniły ściany, były owalne. Po obu stronach drzwi, zakończonych łagodnym lukiem, znajdowały się idealnie kwadratowe okna.
„Gdzie ja już widziałem taki dom? - myślał Jeep.
Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli. Wreszcie Tyson westchnął głęboko.
Jeep nie odrywał wzroku od dziwacznego domku. Po plecach przechodził mu zimny dreszcz, który wcale nie był wywołany chłodem zbliżającej się nocy. Dlaczego miał wrażenie, że ten dom przyczaił się tylko i cierpliwie na niego czekał? Jakby lada moment miał nań skoczyć i krzyknąć: „Mam cię!” Wszystkie jego zmysły i przeczucia wołały: „Zawróć! Uciekaj!”
Nagle zasłona w kwadratowym okienku poruszyła się lekko. Wąski strumyk światła przeciął na chwilę gęstniejący mrok, a w oknie pojawił się jakiś cień. Potem zasłona wróciła na swoje miejsce.
,Jeśli tam rzeczywiście jest jakiś telefon - pomyślał Jeep - to najpierw wykręcę 997”. Nagle zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili wstrzymuje oddech.
Drzwi domku otworzyły się nagle z trzaskiem.
Terri wyciągnęła rękę.
Tajemnicza postać w drzwiach zachichotała cicho. Jeep wytężył wzrok. Jednak światło wylewające się z wnętrza rozmazywało kontury i nie pozwalało dojrzeć twarzy gospodarza. Zresztą Terri i tak zasłaniała go niemal całkowicie. Jeep pomyślał, że właściciel domku musi być bardzo drobnym człowieczkiem.
Mroczna postać cofnęła się o krok i otworzyła szerzej drzwi.
„Tak” - pomyślał Jeep.
Właściciel domku roześmiał się cicho.
Co innego mogli zrobić?
Jeden po drugim wysuwali się z cienia i wchodzili do małego domku w środku lasu.
Znaleźli się w niskim, ciemnym pokoju o drewnianej podłodze i czarnych od dymu krokwiach. W kamiennym piecu, pod żelaznym garnkiem, płonął ogień.
Szczęki wciągnął głęboko powietrze.
Gospodarz odwrócił się do nich twarzą.
Jeep poczuł się nagle bardzo głupio.
To była najzwyczajniejsza w świecie kobieta. Drobna, lekko przygarbiona, o krótkich siwych włosach związanych w kucyk. Miała trójkątną twarz, która nie wyglądała ani młodo, ani staro, żywe brązowe oczy, ogorzałą, pomarszczoną skórę i brwi równie spiczaste jak dach jej domku. Kąciki wąskich ust delikatnie zwracały się ku dołowi. Wytarte dżinsy, stare buty i połatany sweter dopełniały obrazu przeciętności. Gdyby Jeep spotkał taką kobietę na ulicy, pewnie w ogóle by jej nie zauważył.
Gospodyni uśmiechnęła się, odsłaniając równy szereg dużych lśniących siekaczy.
Kobieta wzruszyła ramionami.
Wszyscy zaczęli się rozglądać i zrozumieli, że gospodyni mówi prawdę. Pokój oświetlały tylko świeczki, osadzone w kinkietach i świecznikach na stole, oraz ogień, który płonął wesoło w kamiennym piecu.
Kobieta pokręciła głową.
Jej spojrzenie znowu stało się czujne i przenikliwe.
„Niby mała i zwyczajna, ale szalona - pomyślał Jeep, czując, jak cierpnie mu skóra. Wiedział to, był tego pewien bardziej niż czegokolwiek w życiu.
Znowu dał się zwieść pozorom. Czyżby ostatni obóz nie nauczył go jeszcze niczego? Wyglądało na to, że nie.
„Nie można sądzić książki po okładce. Nie zawsze dostajesz to, co widzisz”.
A skoro mowa o dostawaniu, to w tej chwili pragnął jedynie wydostać się z tego miejsca. Głośno zaś powiedział:
Nie kończąc nawet zdania, odwrócił się i sięgnął do drzwi.
Klamka nawet nie drgnęła.
Jeep spróbował jeszcze raz, napierając z całych sił. Na próżno. Chłopak miał nawet wrażenie, że klamka wyrywa mu się z ręki, jakby była żywa. Szarpnął nią mocno i kopnął w drzwi.
Coś pochwyciło go za kciuk i wykręciło boleśnie.
Klamka chciała złamać mu kciuk. Ta wiedźma dobrze o tym wiedziała.
Jordie posłuchała dobrej rady. Powoli i ostrożnie cofnęła rękę, po czym spytała niepewnie:
Podeszła do pieca, podniosła pokrywkę, wzięła do ręki wielką srebrną łyżkę i zamieszała nią gotującą się
zupę. Nad garnkiem unosiły się kłęby pary i smakowite zapachy. Para zaczęła mienić się różnymi kolorami i krążyć wokół pomieszczenia. Jednak tym razem Szczęki nie powiedział: „Jestem głodny”.
Milczał.
Para syknęła cicho, a w tym tajemniczym dźwięku kryły się jakieś dziwne szepty i odległe głosy.
Gospodyni odłożyła pokrywkę na miejsce i odwróciła się twarzą do grupy obozowiczów.
