Szkoła przy cmentarzu (19). W paszczy aligatora - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (19). W paszczy aligatora ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

[PK]

 

Czy wypada drażnić gada? 
Algie spędza wakacje poza domem u rodziny, którą widział w dzieciństwie. Na miejscu wydaje mu się, że coś krąży wokół domu. Kuzynka Louisa daje mu do zrozumienia, że towarzyszy im duch aligatora. 

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 19 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 74

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SZKOŁA PRZY CMENTARZU

*

*

W pasiciy aligatora

Dotychczas w serii ukazały się tomiki:

ZEMSTA DINOZAURÓW

JEZIORO SZLAMNO HORROR W STOŁÓWCE OBÓZ DRAKULA MÓJ MAŁY WILKOŁAK DUCH NA DESKOROLCE ROWERZYSTA BEZ GŁOWY OPERACJA „UPIÓR” ŚNIEŻNY POTWÓR NAWIEDZONA ŁAZIENKA ODDAJ MI MOJE CIAŁO! PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNA OPOWIEŚCI Z CIEMNEGO LASU AUTOBUS WIDMO PRZEKLĘTY MIKOŁAJ JAK POLUBIĆ MUMIĘ ZACHŁANNE PNĄCZE BASEBALL ZDECHLAKÓW

Tom B. Stone

SZKOŁA PRZY CMENTARZU

W paszczy aligatora

Przełożyła Maciejka Mazan

DC

Dl Gil©

Wydawnictwo Da Capo Warszawa

Tytuł oryginału THE GATOR ATE HER

Copyright © 1997 by Tom. B. Stone Cover art copyright © 1997 by Mark Nagata Ali right reserved. Published by arrangement with Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers, division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc. New York, New York, U.S.A.

Redaktor Mirosław Grabowski

graNzne okładki Sławomir Skryśkkwicz

Skfetfi^amanię

„Kolonel”

For the Polish translation

Copyright © 1999 by Wydawnictwo Da Capo

For the Polish edition

Copyright © 1999 by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie I

ISBN 83-7157-270-0

Druk: DRUKARNIA GS

Kraków, tel. (012) 65 65 902

Rozdział 1

- Mamo, tato... to naprawdę zły pomysł -oznajmił Algemon Green.

- Bzdura - rzekła pani Green.

- Nie bądź... - zaczął pan Green.

Chłopak nie miał wątpliwości, że ojciec chciał powiedzieć „śmieszny”, ale matka w porę dała mu szturchańca. Uśmiechnęła się do syna przez ramię.

Uwięziony na tylnym siedzeniu samochodu pomiędzy dwiema walizkami i plecakiem, Algie trwał z ponurą miną.

Matka uśmiechała się niewzruszenie.

- Trochę optymizmu. Kiedyś lubiłeś odwiedzać krewnych.

- Bagienny lud? - upewnił się Algie. -Niby kiedy lubiłem ich odwiedzać?

- Wołałabym, żebyś ich tak nie nazywał -upomniała go pani Green. - W końcu to także moi krewni.

- To ty z nimi siedź przez pół wakacji -mruknął chłopak pod nosem.

- Co powiedziałeś? - zareagował pan Green i rzucił ostre spojrzenie w lusterko wsteczne.

- Nic - wymamrotał Algie.

Odwrócił się do okna. Prawie dojechali na lotnisko. Tam rodzice mieli go powierzyć opiece stewardesy. Pomachają mu i pójdą sobie. Takim to dobrze.

Nie chodziło o to, że krewni byli aż tak paskudni. Ale lato poza domem oznaczało lato bez baseballa i tych paru groszy ekstra za rozwożenie gazet.

A także lato bez przyjaciół, spędzone w towarzystwie ludzi, których nie widział od dzieciństwa.

Minęło tyle lat, że pewnie ich nie pozna, kiedy stanie na płycie lotniska.

Płyta lotniska. Prawie jak płyta nagrobna. To w sam raz pasowało do jego wakacji.

Kiedy tylko wysiadł z samolotu, upał uderzył go niczym gorący, wilgotny ręcznik. Fale ukropu rozbijały mu się o nogi, a on brnął w stronę wyjścia.

- Alllgie, Alllgie! - rozległ się jakiś głos.

Algie skrzywił się niechętnie. Matka mówiła z takim samym miękkim akcentem. Ale jej głos mu się podobał.

Spojrzał. Stali tam wszyscy - rodzina Broussardów w komplecie - stłoczeni za bramką dla wychodzących. Machali mu jak wściekli. Całkiem jakby był gwiazdą rocka. Inni podróżni rozglądali się zaciekawieni, kto wywołuje taką sensację.

Algie ukradkiem uniósł rękę i pomachał szybko, czerwony jak burak.

Potem go otoczyli. Ogromny wujek Jim, młodszy brat mamy, poderwał go chyba ze dwa metry nad ziemię.

- Urosłeś, synu! - zagrzmiał. - Długośmy się nie widzieli!

„Zbyt krótko” - pomyślał Algie wściekły, bezradnie dyndając nogami wysoko nad podłogą. Kiedy wujek Jim go puścił, chłopak gruchnął na ziemię i zatoczył się do tyłu.

Ciocia Lib, bliska kuzynka mamy, chwyciła go w objęcia i wdusiła w potężne piersi. Potem odsunęła na odległość ramienia i zmierzyła świdrującym spojrzeniem.

- Co z tobą? - warknęła. - Nie cieszysz się, że nas widzisz?

- Eee, no pewnie - wykrztusił Algie. -Tylko... tego... podróż mnie zmęczyła.

- Podróż? Ha! A to dobre. - Ciocia Lib grzmotnęła go w ramię i roześmiała się tubalnie.

Ciocia Leesie, żona wujka Jima, odgarnęła rudy lok i delikatnie poklepała Algiego po drugim ramieniu.

- Witaj, Algemonie - odezwała się melodyjnym głosem. - Chodźmy po bagaże.

Algie uśmiechnął się do niej ze szczerą wdzięcznością, po czym odwrócił się, by stawić czoło kuzynom.

Gordon miał już szesnaście lat i wcale nie wyglądał inaczej niż wtedy, kiedy był w wieku Algiego. Kawał chłopa. Wrodził się w ojca, wujka Jima, od długich ciemnych włosów po ciemnopiwne oczy i śniadą cerę. Nawet w zwykłym ubraniu robił takie wrażenie, jakby był w stroju maskującym i lada chwila miał się wtopić pomiędzy drzewa.

Jego uśmiech mówił: „Spoko, mały”.

Algie pamiętał, że dla Gordona nie było żadnych trudnych spraw. Nic go nie martwiło. Nigdy się nie dziwił, nigdy nie był złośliwy ani podły.

Złośliwość i podłość opuściły go i wcieliły się w jego siostrę Louisę, o dwa lata młodszą od Gordona.

- Cześć, Algie - powiedziała i wyszczerzyła zęby.

Algie spojrzał w zielone przenikliwe oczy. Louisa była od niego wyższa i miała krótko obcięte, czarne jak węgiel włosy. Wyglądała przez to na starszą i groźniejszą.

Algie poczuł, że po plecach pełznie mu dreszcz. Już widywał takie uśmiechy - na przykład na twarzy dyrektorki z piekła rodem.

Ale uśmiech Louisy miał w sobie coś wyjątkowego. Wyjątkowo podłego. Wyjątkowo złośliwego. Wysokooktanowe niebezpieczeństwo.

Algie z wysiłkiem wyszczerzył zęby. Miał nadzieję, że wygląda przy tym, jakby mówił: „Nie boję się ciebie”. I modlił się, by nie poznała, że to kłamstwo.

- Cześć - wymamrotał, starając się przyjąć możliwie wesołą i beztroską postawę.

Louisa uśmiechała się sztywno.

- Ciągle nosisz okulary? - spytała.

Przez chwilę rozważał, czyby nie odpowiedzieć: „Tak, a ty ciągle nadajesz się tylko na żarcie dla psów”, ale szybko odrzucił ten pomysł. Nie trzeba chodzić do Szkoły przy Cmentarzu, by wiedzieć, że wszczęcie wojny z Louisą na samym początku wakacji to bardzo głupi krok.

Joe Mac (którego pełne imię i nazwisko brzmiały: Joseph Maximilian Broussard) wystąpił naprzód i uścisnął mu rękę. Algie z entuzjazmem odwzajemnił uścisk. Joe Mac był starszy od niego o niespełna rok i zawsze fajnie się razem bawili.

- Cześć - powiedział Joe Mac. - Witaj po latach.

- No, dzięki.

Dotarli do okienka, w którym wydawano bagaże. Lotnisko było tak maleńkie, że nawet nie miało pasa transmisyjnego, na którym wyjeżdżają walizki. Urzędniczka po prostu przenosiła je z wózka na kontuar.

- Są - odezwał się Algie i sięgnął po dwie odrapane walizki. Wziął jedną, a Joe Mac zajął się drugą.

- Dobra, nie będziemy tu stać przez cały dzień! - ryknęła ciocia Lib. - Zbierajmy się.

Chwyciła mocno wielką płócienną torbę w kwiaty i pognała ich przed sobą jak kierdel owiec wprost do gigantycznego samochodu wujka Jima.

Już po chwili mknęli autostradą. Algie pomyślał, że jazda samochodem wujka przypomina rejs. Niespecjalnie przepadał za statkami. Zawsze na nich dostawał choroby morskiej. Jak teraz.

Mocno zacisnął powieki.

Jakiś ostry łokieć wbił mu się między żebra.

- Będziesz lepiej widzieć, jak otworzysz oczy - powiedziała Louisa jadowicie. Pochyliła się nad nim i zniżyła głos. - Chyba że te okulary mają właściwości, o których nam nie mówiłeś.

Algie uniósł powieki. Louisa obserwowała go przenikliwie niczym pająk czekający na ofiarę.

- Nie mam żadnych właściwości, o których wam nie mówiłem. Ani te okulary.

Jechali przez płaskie pastwiska i pola trzciny cukrowej. Od czasu do czasu mijali młyny. Słońce paliło żywym ogniem.

- Nie zabiorę cię na wycieczkę - odezwał się wujek Jim. - Zostawimy to cioci Marii.

- Na wycieczkę? Cioci Marii? - powtórzył Algie jak echo.

- Cioci Marii LeBeau. Twojej ciotecznej babce. Ostatni raz ją widziałeś, kiedy byłeś bardzo mały, ponieważ wyprowadziła się na jakiś czas. Ale znów jest tutaj i mieszka na moczarach, niedaleko od nas. Tym zarabia na życie. Wycieczkami po bagnach.

- Pomagamy jej, kiedy ma dużo roboty.

- Wycieczki po bagnach? Poważnie?

Trudno było wyobrazić sobie szaleńca, który chciałby się pętać po bagnach, a w dodatku jeszcze za to płacić.

- Nazwała to Bagiennymi Eko-Objazda-mi. To skrót od „ekonomiczny” i „ekologiczny”, rozumiesz? - włączył się Gordon. -Teraz też nieźle zarabia, ale najlepszym okresem na oglądanie bagien jest wiosna. Wtedy wszystko kwitnie.

- Ludzie płacą, żeby przejechać się po bagnach? - uściślił Algie, niepewny, czy dobrze zrozumiał.

- Jasne. A ty możesz na tym zarobić -dodał Joe Mac. - Zakładam się, że jeśli poprosimy, ciocia Maria pozwoli, żebyś i ty jej pomagał.

W pierwszej chwili Algie zamierzał kategorycznie odmówić. Myśl o dobrowolnym spędzaniu wakacji na bagnach jakoś mu się nie spodobała. Ale potem przypomniał sobie utracony zarobek z roznoszenia gazet i zmienił zdanie. Poczeka i zorientuje się w sytuacji. Są gorsze sposoby zarabiania pieniędzy. Kto wie? A nuż będzie można się przy tym zabawić.

Wuj Jim skręcił w węższą drogę. W miejsce pól i wiejskich gospodarstw pojawiły się drzewa, często obrośnięte wielkimi zwisającymi brodami mchu. Potem droga zmieniła się w wąziutką jak wstążeczka ścieżkę, wijącą się pomiędzy papirusami, cyprysami i podłużnymi ciemnymi kałużami, które wyglądały jak czarne palce.

Bagno.

Algie przyjrzał mu się z bliska. „Nie wygląda aż tak źle” - pomyślał.

I wtedy Louisa powiedziała:

- Tak, w tym roku interes dobrze idzie. Zwłaszcza odkąd na Wyjących Bagnach zaczął się pojawiać duch aligatora.

Rozdział 2

- Du-du-du-duch? Na Wyjących Bagnach? Co to znaczy? - Algie zareagował, zanim zdołał się powstrzymać. Odwrócił się i wbił w kuzynkę wytrzeszczone oczy.

Była bardzo z siebie zadowolona.

- Dokładnie to, co powiedziałam.

- Nie wierzę w duchy - zastrzegł się Algie, co było kłamstwem.

- Jest ogromny - ciągnęła Louisa. - Pływa szybciej niż jakakolwiek łódź i biega szybciej niż człowiek. Ma zęby jak rzeźnickie noże i...

- No, no - przerwał jej ojciec. - Nie zaczynaj znowu.

- Wcale nie zaczynam. Tylko informuj^ go o tym, co widzieli różni ludzie. I co słyszeli.

- Chcesz powiedzieć, co widziała i słyszała ciocia Maria - poprawił ją Gordon. - Ona tak mówi tylko po to, żeby nastraszyć turystów. Dobrze o tym wiesz. Dzięki temu ma większe obroty.

- Nie wierzę w duchy - powtórzył Algie z uporem.

Ale wierzył. Już parę razy zdarzyło mu się stanąć twarzą w twarz z duchem.

Tak, ta wycieczka mogła mu popsuć lato, ale przynajmniej znalazł się w bezpiecznej odległości od Szkoły przy Cmentarzu i dzie-jących się w niej koszmarnych historii. W każdym razie tak mu się wydawało do tej pory.

- Nie wierzysz w duchy, a w aligatory? -naciskała Louisa. - Wielkie, potworne aligatory z takimi szczękami, że mogą cię przegryźć na pół jednym kłapnięciem. Kiedy duch aligatora się do ciebie dobierze, zostanie po tobie tylko smużka krwi na powierzchni wody.

I zarechotała.

- Siła sugestii - zaprotestował Gordon. -

Kiedy ludzie się nastawiają, że będą widzieli i słyszeli duchy, to z pewnością je zobaczą. Nigdy nie widziałem na bagnach ani ducha człowieka, ani ducha aligatora. I nie ujrzę. Bo się na to nie nastawiam.

Louisa uniosła brew. Zrobiła przemądrzałą minę, jakby wiedziała coś, o czym Gordon nie miał pojęcia.

- No i jesteśmy - oznajmiła ciocia Leesie. - Ostrokrzewowe Moczary!

Zjechali z wąskiej dróżki i wpadli z rozpędem na długi podjazd wysypany tłuczonymi muszelkami. Zatrzymali się na szerokiej polanie, za którą rozciągały się moczary.

Algie postanowił nie zwracać uwagi na Louisę.

- Ostrokrzewowe Moczary? Myślałem, że teraz mówi się na nie Wyjące Bagna.