Szkoła przy cmentarzu (15). Przeklęty Mikołaj - Tom B. Stone - ebook

Szkoła przy cmentarzu (15). Przeklęty Mikołaj ebook

Tom B. Stone

0,0

Opis

 

 

Kupowanie prezentów grozi nędzą. 
Christopher znał prawie wszystkie ceny, a jeśli nie wiedział, ile coś kosztuje, potrafił określić tę wartość w przybliżeniu. Szczególnie nie lubił wydatków bożonarodzeniowych. Podczas świąt ukazują mu się trzy zjawy, które pokazują mu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Książka nawiązuje do opowiadania "Opowieść wigilijna" Karola Dickensa. 

 

Cykl: Szkoła przy cmentarzu, t. 15 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 67

Rok wydania: 1997

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

PrzeklętyMikołaj

 

Dotychczas w seriiukazały się tomiki:

ZEMSTA DINOZAURÓWJEZIORO SZLAMNOHORROR W STOŁÓWCEOBÓZ DRAKULAMÓJ MAŁY WILKOŁAKDUCH NA DESKOROLCEROWERZYSTA BEZ GŁOWYOPERACJA „UPIÓR”ŚNIEŻNY POTWÓRNAWIEDZONA ŁAZIENKAODDAJ MI MOJE CIAŁO!PRZERAŻAJĄCA DRUŻYNAOPOWIEŚCI Z CIEMNEGO LASUAUTOBUS WIDMO

 

Tom B. Stone

PrzeklętyMikołaj

Przełożyła

Ewa Mikina

 

Wydawnictwo Da CapoWarszawa

 

Tytuł oryginału

THE FRIGHT BEFORE CHRISTMAS

 

Copyright © 1997 by Tom B. StoneCover art copyright © 1997 by Cam DeLeonAll rights reserved. Published by arrangementwith Bantam Doubleday Dell Books for Young Readers,a division of Bantam Doubleday Dell Publishing Group, Inc.New York, New York, U.S.A.

RedaktorMirosław Grabowski

For the Polish translationCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo For the Polish editionCopyright © 1997 by Wydawnictwo Da Capo

Wydanie II

ISBN 83-7157-288-3

Druk i oprawa:Drukarnia GSKraków, tel./fax (12) 65-65-902

Rozdział 1

Nauczyciel uśmiechnął się.

Klasa jęknęła.

- Przynajmniej nie ma kłów - mruknął Park Addams do Christophera Hamptona.
- Pewnie są drogie. Stać na nie tylko dyrektorki - odpowiedział Christopher z powagą.

Park parsknął.

Ale Christopher nie żartował. Znał chyba wszystkie ceny, a jeśli nie wiedział, ile coś kosztuje, potrafił określić wartość w przybliżeniu.

- Założę się, że pani Morthouse urodziła się już z tym kłem, mimo że jest srebrny - powiedział Park.

Pani Morthouse była dyrektorką Szkoły Podstawowej Grove Hill. Kiedy się uśmiechała, odsłaniała mnóstwo lśniących zębów, a z jej ust bił oślepiający srebrny błysk.

Kieł? Chyba tylko smarkacze w to wierzyli. Kieł czy nie kieł, uśmiech pani Morthouse sprawiał, że nawet pod szóstoklasistami uginały się nogi. Pierwszaki zaś uderzały w ryk.

Ich nauczyciel, pan Melon, miał zwykły nauczycielski uśmiech, wywołujący jęk szóstej klasy.

- Pora na trochę świątecznego nastroju, świątecznej zabawy - powiedział pan Melon.

Christopher jęknął.

- Nienawidzę Bożego Narodzenia. Na samą myśl mnie skręca - oznajmił na głos, nie adresując swojej sentencji do nikogo konkretnego.

Pan Melon, osobnik krągły jak jego nazwisko, ale dość ponury pomimo często słanych uśmiechów, założył ręce na piersi.

- Trochę zabawy - powtórzył.

Stacey Carter nachyliła się do siedzącego obok niej Parka.

- Zauważyłeś? Ilekroć nauczyciele mówią „zabawa”, naprawdę oznacza to robotę - szepnęła.

Nieskazitelna Polly Hannah: stopy razem, dłonie na blacie ławki - obejrzała się przez ramię.

- Nie słyszę pana - oświadczyła płaczliwie. - Niektórzy cały czas gadają.
- Głupota czuwa - syknął Park na tyle głośno, by Polly i część klasy usłyszała.

Polly zmrużyła groźnie oczy i potrząsnęła blond lokami.

Pan Melon przestał się uśmiechać. Zacisnął usta.

- Nauczyciel czuwa - szepnęła Stacey.

Pan Melon nasrożył się. Dopiero kiedy w klasie zapadła martwa cisza, wrócił do swej zwykłej miny i mówił dalej z przyklejonym do ust uśmiechem: - Jak pamiętacie, omawialiśmy różne obyczaje świąteczne: wywodzące się z tradycji afrykańskiej i afroamerykańskiej święto Kwanza oraz żydowską Chanukę. Dzisiaj będziemy mówić o Bożym Narodzeniu i jego europejskich korzeniach.

Christopher jęknął ponownie, tym razem głośniej. Święta, święta, ciągle święta. Obłęd zakupów. Mania zakupów. Lejące się z głośników kolędy.

Wyciekające z kieszeni pieniądze.

Nie z jego. Akurat! Jak tu się wymigać, kiedy człowiek ma dwie małe siostry. Ach, Lara i Kelli, i te ich listy bożonarodzeniowych prezentów. Nawet starsza siostra, Megan, która zjechała do domu z college’u, zachowuje się jak przygłup z ogólniaka.

Dlaczego jego rodzina musi być taka pokręcona?

Christopher odruchowo podzwaniał monetami w kieszeni. Ich obecność dodawała mu pewności. Rozpoznawał nominały dotykiem.

Boże Narodzenie to nie święta, tylko pęta. Miał ochotę szarpać się i wyć. Uciec. Schować się. Zrobić coś z saniami Świętego Mikołaja.

- W ramach zabawy - ciągnął pan Melon - udekorujemy w tym tygodniu drzewko, poczytamy Opowieść wigilijną Dickensa, która utrwaliła wiele naszych zwyczajów świątecznych, i... - przerwał, rozpromieniając się w niemal autentycznym uśmiechu - zrobimy sobie mikołajki!
- Mikołajki! - prychnęła oburzona do żywego Stacey. - To dobre dla dzieciaków. Ciężko pracuję, żeby mieć kasę. Nie będę wydawać pieniędzy na głup...

Osunęła się w ławce i założyła ręce na piersi. Stacey zarabiała wyprowadzaniem psów i opieką nad rozmaitymi domowymi zwierzakami. Bardzo ostrożnie gospodarowała groszem.

- Dokładnie, Stacey - poparł ją Christopher.

Stacey spojrzała na niego. Przez jej twarz przemknął niepokój.

- Zgadzasz się ze mną? - zapytała. - Ja się zgadzam z tobą?!

Christopher podniósł dłoń.

- Wszyscy musimy brać udział w tych całych mikołajkach? - zapytał.

Ku jego zaskoczeniu pan Melon pokręcił głową.

- Naturalnie, że nie. - Nasrożył się i zrobił jeszcze bardziej rozdrażnioną minę niż zwykle. - Powtarzam: to zabawa. Ci, którzy będą chcieli wziąć w niej udział, napiszą swoje nazwiska na kartkach. Kartki włożymy do pudełka i każdy da upominek temu, kogo wylosuje.
- A jeśli wylosuję kogoś, kogo nie lubię? - zainteresowała się Polly, podnosząc dłoń i wywijając palcami, które przypominały białe robaki. - Będę się mogła z kimś zamienić?
- Nie - powiedział pan Melon stanowczo. - Mikołajki albo, jak wolicie, świąteczne elfy to drobne, niedrogie prezenty, na przykład ręcznie robione kartki, paczka gumy do żucia, czasopismo, cukierki. Do końca tygodnia każdy powinien obdarować osobę, której nazwisko wylosował. W piątek urządzimy małą klasową imprezę i Mikołaje się ujawnią. Do tej chwili nie wolno zdradzać, kto kogo wylosował.

Palce Polly znowu zaczęły wić się jak robaki.

- Codziennie trzeba dawać jakiś prezent?
- Ależ nie, Polly. Ma się rozumieć, że nie. Dasz, co zechcesz i kiedy zechcesz. Chodzi przecież o zabawę.

Zabawa! Znowu to słowo. Christopher naburmuszył się.

- Nie jestem skąpa. O nie! I lubię święta - powiedziała Stacey do siebie.

Christopher odwrócił głowę. Stacey ciągle wpatrywała się w niego z ponurą miną. Zanim zdążył zareagować, pan Melon zaczął rozdawać karteczki.

Christopher podał je dalej, nie biorąc żadnej.

Stacey wzięła jedną i wreszcie przestała się gapić na Christophera. Wypisała swoje nazwisko.

- Wchodzisz w to? - zapytał z przekąsem. - Dziwię ci się, Stacey. Przed chwilą powiedziałaś, zdaje się, że mikołajki to dziecinada.

Stacey wzruszyła ramionami.

- Może tak, może nie - odparła.- Znam gorszy sposób obchodzenia świąt: nieobchodzenie ich w ogóle. - Posłała mu znaczące spojrzenie.
- Mnóstwo ludzi nie obchodzi świąt - powiedział Christopher.
- Wszyscy, na całym świecie, każda rasa i każda kultura, obchodzą jakieś święta - poinformowała go Stacey. - Ty, gdziekolwiek byś mieszkał, nie obchodziłbyś żadnych. Założę się.
- Co to ma znaczyć? - zapytał z godnością Christopher.
- Będzie zabawnie - oznajmił Park, pisząc swoje nazwisko.
- Jasne. Małpy mi będą wylatywać z uszu - przyświadczył Christopher.

Park wzruszył ramionami i wrzucił kartkę do krążącego po klasie pudełka. Kiedy już wszyscy wrzucili swoje, pan Melon ruszył między rzędami.

- Wyciągajcie karteczki. Po jednej.

Christopher z kwaśną miną obserwował ceremoniał. Ludzie śmiali się, jęczeli, parskali, czytając wylosowane nazwiska. Co w tym zabawnego? Wylosowana kartka oznaczała, że trzeba będzie wydać pieniądze, które można by zainwestować w rozsądniejszy sposób.

Parkowi mina się wydłużyła, kiedy przeczytał wylosowane nazwisko. Obruszył się.

- Proszę pana!
- Nie, Park - powiedział pan Melon, z góry ucinając dyskusję, którą Park najwyraźniej miał zamiar wszcząć. - Nie zamienisz tej kartki.

Park dramatycznym gestem uderzył się dłonią w czoło. Wpatrywał się z niemym przerażeniem w nazwisko na swojej kartce.

- Polly Hannah? - zapytała Stacey ze współczuciem.
- Gorzej - wysapał Park.

Christopher uśmiechnął się złośliwie. Park będzie miał nauczkę, że lepiej oszczędzać pieniądze niż wydawać je na kogoś, kogo się nawet nie lubi.

Odezwał się dzwonek. Nieco podniesiony na duchu, Christopher poderwał się z miejsca i chwycił plecak.

- Baw się dobrze, Mikołaju Addams - powiedział z satysfakcją i klepnął Parka w plecy.

Chłopak podniósł głowę.

- Ale kit - oznajmił.

Rozdział 2

Grubas w czerwonym kabacie uśmiechnął się szeroko do błękitnookiej blondyneczki z rozkosznymi dołeczkami w policzkach. Odpowiedziała uśmiechem, podskoczyła na jego kolanie, po czym pociągnęła grubasa za brodę.

- Auuu! - krzyknął Mikołaj. - Mała... - przerwał, gdy błysnął flesz aparatu. Odchrząknął. - Nie wolno ciągnąć Mikołaja za brodę - powiedział i dodał bez przekonania: - Ho, ho, ho.
- Ha, ha, ha - mruknął Christopher.

Za plecami słyszał wrzaski niemowlaków, szczebioty rodziców i milczenie ugrzecznionych dzieciaków czekających na spotkanie z Mikołajem. Kolejka do domku Mikołaja, chatki z papier mache oprószonej sztucznym śniegiem, ze sztucznymi soplami lodu pod dachem, wydłużała się coraz bardziej.

- Czyż Kelli nie wygląda słodziutko? - zachwyciła się starsza siostra Christophera, Megan, podnosząc aparat fotograficzny do oczu.

Christopher nie pofatygował się z odpowiedzią. Obserwował, jak jego czteroletnia siostrunia terroryzuje faceta w stroju Mikołaja.

- A ja? - niecierpliwiła się sześcioletnia Lara. - Też jestem słodka! - Nie doczekawszy się potwierdzenia ze strony Christophera, wyrwała mu się i wskoczyła Mikołajowi na kolana z takim impetem, że jego tron zachwiał się do tyłu.
- Auuu! - jęknął Mikołaj, kiedy rąbnęła go w brzuch.

Nie miał poduszki pod kaftanem. Brzuch był prawdziwy. Christophera ciekawiło, czy trzęsie się jak galareta, kiedy Mikołaj się śmieje, jak w tym wierszu o nocy wigilijnej.

Pewnie, że to nie Mikołaj, tylko facet wynajęty przez dom towarowy, przebrany w czerwony kaftan i pokrzykujący: „Ho, ho, ho”. Pomocnik Mikołaja, jak powiedzieli rodzice młodszym córkom.

- Słodka - zachwycała się Megan.
- Są ludzie, dla których nawet małe hienki są słodkie - mruknął Christopher. „Ciekawe, czy facet ma prawdziwą brodę” - zastanawiał się.

Jakby usłyszała myśli brata, Kelli chwyciła Mikołaja za wąsy i pociągnęła, wyrywając garść białych kłaczków.