Szczegóły - Ia Genberg - ebook + audiobook
BESTSELLER

Szczegóły ebook i audiobook

Ia Genberg

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy ukochana osoba może całkowicie zniknąć? Kto jest prawdziwym przedmiotem portretu – osoba malowana czy ta trzymająca pędzel? Czy możemy w pełni stać się sobą tylko dzięki relacjom z innymi? W bestsellerowej powieści Ii Genberg wysoka gorączka nie pozwala bezimiennej narratorce wstać z łóżka. Co robić, kiedy życie na chwilę się zatrzymuje? Może przypomnieć sobie ważnych ludzi ze swojej przeszłości, wrócić do wspomnień, nawet jeśli sprawią, że temperatura ciała jeszcze wzrośnie? Wśród tych osób jest Johanna – była dziewczyna, obecnie gwiazda telewizji, Niki – przyjaciółka, która zniknęła wiele lat wcześniej i nie zostawiła numeru telefonu, adresu ani żadnego internetowego śladu, Alejandro – wpadający niczym burza w idealnym momencie, a także Brigitte, która jak wielu z nas ukrywa bolesną tajemnicę.

 

Nakreślone w najdrobniejszych szczegółach cztery portrety składają się na jedno życie. Wielokrotnie nagradzana szwedzka autorka zadaje czytelnikowi prowokacyjne pytania o prawdziwy charakter związków międzyludzkich i tego, jak opowiadamy nasze historie, poza tym jak wielką nostalgię może wzbudzić w nas literatura. To intymna, wnikliwa analiza, co to znaczy być człowiekiem.

 

 

„Prawdziwa gorączka, w której rozpoczyna się ta powieść, odzwierciedla rozgorączkowane początki i zakończenia ludzkich relacji, ale też gorączkę czytania – zmuszającą czytelnika do spojrzenia w głąb siebie, a potem zostawiającą niewidzialny, lecz trwały ślad. Wspaniała proza Genberg to również rodzaj gorączki, oszałamiającej i parzącej skórę.”

„The New York Times Book Review”

 

„Ta piękna, poruszająca książka rozwija się w cztery autonomiczne portrety, które po połączeniu tworzą wyrazisty, przejmujący obraz portrecistki. Historia zaciera granice oddzielające wspomnienia od fikcji literackiej, przeszłość od teraźniejszości oraz „ja” od „tego drugiego”, przypominając gwałtowny atak gorączki, podczas której została napisana. Ta fenomenalna powieść łączy się z naszymi osobistymi wspomnieniami i staje częścią nas.”

Hernan Diaz, autor powieści „W oddali” i „Zaufanie”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 55 min

Lektor: Anna Maria Buczek

Oceny
4,0 (129 ocen)
45
51
22
8
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
faustynkaa

Dobrze spędzony czas

3.75 ⭐ "Kto jest prawdziwym przedmiotem portretu- osoba malowana, czy ta trzymająca pędzel?" Główna bohaterka kreśląc portrety ważnych dla niej osób, opisuje w ten sposób nie tylko ich, również siebie samą. Zauważa, że jesteśmy pozostałością osób, o które się ocieramy. Uważam, że warto przeczytać książkę dla zawartych w niej myśli. Podobał mi się język autorki, często ciekawa gra słów. Przyjemny głos lektorki, której aż się chciało słuchać<3 Ogólnie książka fajna, może nie znajdzie się w moich ulubieńcach, ale cieszę się, że się z nią zapoznałam :)
30
romysvx

Nie oderwiesz się od lektury

Napisana pięknym językiem, bogata w szalenie celne spostrzeżenia i refleksje i trafne prawdy życiowe. Główna bohaterka w tak realistyczny sposób opowiada swoją historię, że obrazy same stają mi przed oczami. Dodatkowe to istna uczta dla wszystkich miłośników literatury! Gdyby wypisać wszystkie wspominane tu dzieła literackie i twórców to powstałaby długa na parę stron lista. Mój zachwyt nad „Szczegółami” w sporej mierze bierze się stąd, że bardzo rezonuje ze mną ta opowieść. Ale jednocześnie podejrzewam, że spora liczba kobiet może się w wielu elementach utożsamiać z główną bohaterką i jej historią. Ile z nas w wieku nastoletnim, po dwudziestce zaangażowało się w przyjaźnie, związki z osobami, które nam imponowały, fascynowały nas swoją oryginalnością, indywidualnością. Relacje warte poświęcenia wszystkiego innego i na całe życie - jak wtedy byłyśmy przekonane i których to złudnych prawd broniłyśmy przed sobą i innymi jak lwice. Podświadomie toksyczność, złą energię tych osób i związk...
10
Rainbowdash55

Dobrze spędzony czas

piękna i poruszająca!
10
Sandi98

Z braku laku…

Sięgnęłam po ten tytuł ze względu na dobre opinie i się zawiodłam. Krótka opowieść (3,5 h), ale wynudziła mnie tak, że odczułam to jak 9-10 godzin. Opisy wspomnień ze swojego życia i ludzi, ale w jakiś taki sposób, że nie zapamiętam tych historii. Nie była to moja książka na pewno, ale pewnie sporo osób odnajdzie w tym ukojenie. Trochę o tym, ile ludzi się przewija przez nasze życie i ile odchodzi.
00
slate222

Dobrze spędzony czas

świetna
00

Popularność




Tytuł oryginału Detaljerna

Przekład Dominika Górecka

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

DETALJERNA

Copyright © Ia Genberg 2022

Published by agreement with Salomonsson Agency.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Dominika Górecka, 2024

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2024

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Sara Mac Key

Przekład współfinansowany ze środków Swedish Arts Council.

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN 978-83-968888-8-4 (EPUB); 978-83-968888-8-4 (MOBI)

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2024

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

1JOHANNA

Po kilku dniach obecności wirusa w moim ciele dostaję gorączki i nachodzi mnie potrzeba, żeby sięgnąć raz jeszcze po pewną powieść, i dopiero gdy siadam na łóżku i ją otwieram, dociera do mnie dlaczego. Na stronie tytułowej widnieje spisana niebieskim długopisem dedykacja – od razu rozpoznaję charakter pisma:

29 maja 1996

Wracaj szybko do zdrowia.

W Fyra Knop mają francuskie naleśniki i cydr.

Nie mogę się doczekać, aż znów tam pójdziemy.

Całusy (choć wolałabym całować Cię w usta),

Johanna

Miałam wtedy malarię, którą złapałam kilka tygodni wcześniej po ugryzieniu przez wschodnioafrykańskiego komara w namiocie na obrzeżach Serengeti. Zachorowałam po naszym powrocie do domu i trafiłam do szpitala w Hudiksvall, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego moje wyniki tak nagle się pogorszyły, i gdy wreszcie została postawiona diagnoza, lekarze z całego szpitala ustawiali się do mnie w kolejce, żeby zobaczyć kobietę cierpiącą na to egzotyczne schorzenie. Moje czoło trawił ogień, każdego dnia budziłam się w szpitalu o świcie, wybudzona własnym sapaniem i bólem głowy, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Po powrocie z Afryki Wschodniej miałam jechać prosto do Hälsingland, by odwiedzić mojego umierającego dziadka, ale zamiast tego zachorowałam i sama o mało co nie umarłam. W szpitalu spędziłam ponad tydzień, a gdy Johanna podarowała mi książkę, leżałam zakopana w pościeli naszego łóżka w Hägersten, przywieziona tu karetką przez Uppsalę na biopsję wątroby. Nie pamiętam już, co takiego to badanie wykazało, w ogóle niewiele pamiętam z tamtego wczesnego lata, jednak naszego mieszkania nigdy nie zapomnę, nie zapomnę tej książki ani jej samej także nie zapomnę. Powieść rozmyła się pod wpływem gorączki i bólu głowy, złączyła z nimi, lecz gdzieś w tym wszystkim istnieje nić, która prowadzi aż tutaj, strumień emocji, naładowany gorączką i strachem, który tego popołudnia sprawia, że podchodzę do regału, żeby odszukać tę konkretną powieść. Nieustająca gorączka i uporczywy ból głowy, natłok niespokojnych myśli pod gałkami oczu, szum nadciągającego zagrożenia – rozpoznaję ten stan, bo już go kiedyś doświadczyłam. Na podłodze przy łóżku walają się opakowania po nieprzynoszącym ulgi paracetamolu i butelki wody gazowanej, którą piję, choć nie gasi mojego pragnienia. Gdy tylko zamknę oczy, pod powiekami zaczynają przewijać się obrazy: końskie kopyta na pustyni, wilgotne ciemne piwnice pełne milczących duchów, ciała pozbawione kształtów i granic, wielkie samogłoski krzyczące coś do mnie, czyli standardowy repertuar koszmarów nawiedzających mnie od dzieciństwa, teraz dodatkowo doprawionych śmiercią i spustoszeniem, które towarzyszą samej myśli o chorobie.

Literatura była naszą ulubioną grą, podsuwałyśmy sobie nawzajem autorów i tematy, epoki i obszary oraz wybrane utwory, starsze i współczesne, różne gatunki. Miałyśmy podobny gust, ale często różne opinie, tak więc nasze rozmowy nie były nudne. Co do niektórych kwestii byłyśmy zgodne (Oates, Bukowski), niektóre pozostawiały nas obojętnymi (Gordimer, fantasy), a resztę kochałyśmy w równym stopniu (Östergren, trylogia Krilon, Lessing). Potrafiłam się domyślić, co takiego Johanna sądzi o książce, na podstawie tempa, w jakim czytała. Gdy czytała szybko (Kundera, kryminały), wiedziałam, że jest znudzona i spieszy się, żeby jak najszybciej skończyć. Gdy czytała zbyt wolno (Blaszany bębenek, science fiction), była równie znudzona, lecz próbowała mimo wszystko dotrzeć do końca. Czytanie do ostatniej strony książek, które rozpoczęła, postrzegała jako swoją powinność – na tej samej zasadzie zaliczyła wszystkie kursy, prace semestralne i projekty. Nosiła głęboko zakorzenione poczucie obowiązku, coś w rodzaju szacunku wobec zadania, które miała do wykonania, bez względu na to, jak beznadziejne mogło się ono wydawać. Podejrzewam, że wyniosła to z domu, odziedziczyła po swoich przedsiębiorczych i nastawionych na osiąganie celów rodzicach. Powtarzała, że doprowadzanie spraw do końca pozwalało jej iść przez życie bez obciążeń, dysponować tym, co nazywała clean sheet. W świecie Johanny życie toczyło się w jednym kierunku: do przodu, zawsze do przodu. Pod tym względem różniłyśmy się od siebie – ja rzadko kiedy kończyłam duże projekty. Po roku pracy w kasie w Pressbyrån zapisałam się na kilka kursów na uniwersytecie, z których zrezygnowałam albo które odłożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość, żeby móc wreszcie zacząć pisać na poważnie. I nawet wtedy, kiedy postanowiłam, że spróbuję zostać pisarką na pełny etat, nie udało mi się podążać ścieżką, którą sama sobie wyznaczyłam. Zamiast tego spędzałam całe dnie na spacerach po Aspudden, Mälarhöjden, Midsommarkransen i Axelsberg. Działo się to jeszcze w czasach, gdy dzielnice położone stosunkowo blisko centrum były trochę „dzikie”, działały w nich kluby motocyklowe, studia tatuażu i pogrążone w mroku wypożyczalnie kaset wideo połączone z solarium. Stacje metra były wilgotne i brudne. Mieszkali tu przedstawiciele różnych grup społecznych: urzędnicy, którzy rano wychodzili z teczkami do pracy, artyści wynajmujący tanie pracownie w budynkach poprzemysłowych, narkomani zajmujący pustostany, na które policja robiła regularne naloty, spaleni słońcem staruszkowie przesiadujący na placu z butelkami piwa – wszyscy oni mieszkali obok siebie w ciągnących się wzdłuż głównych ulic dwupiętrowych budynkach, ze sklepami w ciasnych suterenach, w których można było kupić egzotyczne przyprawy, i z prostymi restauracjami w kolorach brązu, gdzie przesiadywałam popołudniami przed pustym talerzem na plastikowej tacy, dopijając cienkie piwo i przyglądając się pozostałym gościom. Przede mną na stole leżał notatnik ze starannie wybranym długopisem, ale rzadko robiłam z niego użytek. Być może sprawiałam wrażenie zaangażowanej, ale wcale taka nie byłam, a w stosie książek na szafce nocnej zawsze znajdowały się jeden lub dwa tytuły, których czytanie zarzuciłam w połowie. Najchętniej czytałam książki, które pochłaniały mnie tak mocno, że nie mogłam się od nich uwolnić. Dotyczyło to zresztą nie tylko książek, dlatego miałam w życiu tak mało obowiązków, być może zbyt mało. Prawdę mówiąc, nie było chyba takiego obowiązku, którego bym natychmiast nie porzuciła. Takie podejście nie sprzyjało zbytnio clean sheets i podejrzewam, że moje wrodzone lenistwo stanowiło dla Johanny wyzwanie samo w sobie. Było w jej zapale i entuzjazmie coś, co nadawało mi rozpęd, powodowało, że rzeczy się działy. Być może właśnie ta cecha jej osobowości sprawiała, że czułam się tak bezpiecznie w naszym związku. Rozpoczęła mnie i nie zamierzała się poddać. Nie odejdzie, nie ulegnie impulsowi, żeby mnie zostawić. Uspokajało mnie to, zanurzałam się w tym. Była tak skrupulatna, tak niestrudzona i lojalna. Czy ktoś taki byłby w ogóle w stanie zerwać? Nie, nigdy.

Książka, którą trzymam w ręku, to Trylogia nowojorska. Auster: hermetyczny, ale obrazowy, prosty, a jednocześnie pokręcony, paranoiczny i jednocześnie klarowny, z czystym niebem rozpościerającym się między słowami. Co do tego byłyśmy z Johanną zgodne, gdy więc po kilku tygodniach gorączka wreszcie ustąpiła, przeczytałam Trylogię ponownie z zamiarem znalezienia w niej wad, żeby sprawdzić, czy teraz potrafiłabym coś takiego odkryć, czy też by mnie znudziła, nie udało mi się jednak znaleźć ani jednego miejsca, w którym coś by mnie uwierało, a wkrótce potem przeczytałam Księżycowy pałac i znów całkiem przepadłam. Auster stał się jednym z moich punktów odniesienia, zarówno wtedy, kiedy czytałam, jak i wtedy, kiedy pisałam – a nawet wtedy, kiedy całkiem o nim zapomniałam i przestałam kupować jego kolejne książki. Połączenie precyzji i prostoty stało się moim ideałem i początkowo wiązało się z jego nazwiskiem, z czasem jednak się od niego odłączyło. Niektóre książki pozostają w szpiku kostnym jeszcze długo po tym, jak szczegóły i nazwiska zatrą się w pamięci, i gdy w końcu pierwszy raz odwiedziłam Brooklyn, bez chwili wahania postanowiłam odnaleźć jego adres. Było to już w nowym tysiącleciu, długo po tym, jak Johanna mnie porzuciła dla kogoś innego, nagle i bez ostrzeżenia, bez cienia emocji. Gdy stałam, wpatrując się w schody prowadzące do ceglanego budynku na Brooklynie, w którym Paul Auster i Siri Hustvedt wiedli życie i pisali książki, byłam już od dłuższego czasu w związku z mężczyzną, który właśnie jadł z moją córką naleśniki w pobliskiej kawiarni. Czas, w swojej wielowarstwowości, sprawił, że mogłam stać w Park Slope tak, jakbym stała tam razem z Johanną, słyszałam, jak ona mówi coś o przypadku, co zrozumiałam dopiero o wiele później, i obie miałyśmy wrażenie, że widziałyśmy, jakby za zasłoną na ostatnim piętrze coś się poruszyło.

Podobnie jak teraz gorączka, malaria spowodowała, że w moim ciele osadziło się coś w rodzaju nieskończoności, tak jakby choroba przeszła w stan przewlekły. Pojechałyśmy w odwiedziny do przyjaciół Johanny, którzy pracowali, jak się wtedy mówiło, „w pomocy humanitarnej”, co w zasadzie mogło oznaczać cokolwiek. Nawet po spędzeniu z nimi dwóch tygodni nadal nie rozumiałam, czym się zajmują. Pierwszy robił dla jakiejś organizacji film, który mógł być pokazany na konferencji, o ile do niej dojdzie – i o ile zostanie ukończony, a drugi sprawiał wrażenie, jakby nie robił nic poza noszeniem za tym pierwszym statywu do kamery. Zamierzali spędzić w ten sposób trzy miesiące, a potem jechać dalej na południe. Noc w namiocie na obrzeżach Serengeti była naszą ostatnią nocą w tym kraju i żadne z nas nie zauważyło komara, który mnie ukąsił, mimo że mieliśmy wspólną moskitierę, a w drodze powrotnej w samolocie poczułam trzy swędzące ukąszenia na łokciu. Johannie nic podobnego się nie przydarzyło. Gorączka trwała dwa lub trzy tygodnie, najwyżej cztery, ale miałam wrażenie, jakbym leżała przykuta do łóżka całymi miesiącami. Johanna ocierała mi czoło, kupowała ciastka w cukierni przy placu, niewielkie, w sam raz na mój ograniczony apetyt. Niepokoiły ją moje wystające kości biodrowe, choć podejrzewałam, że skrycie równie mocno ją fascynowały. Robiła zupy zabielane śmietaną i opiekała w piekarniku kromki chleba, które następnie smarowała grubą warstwą masła. Byłam wdzięczna za to wszystko, za jedzenie i prezenty, za książki w miękkich okładkach z poetyckimi dedykacjami. Pochodziła z kochającej się rodziny z wyższej klasy średniej osiadłej w Täby, tak właśnie dawało się prezenty w jej domu, z okazji, ale także bez okazji, elegancko zapakowane i z ozdobnymi karteczkami wsuniętymi pod wstążkę. Obdarowywanie miało w sobie coś uroczystego, nawet jeśli był to jakiś drobiazg przesunięty po stole podczas lunchu. O wartości prezentu nie decydowała jedynie zawartość i opakowanie, w jej świecie równie istotny był element zaskoczenia, odpowiednio wybrany moment i nawiązanie do przeszłości lub potencjalnej przyszłości. Każdy prezent był wpleciony w sieć odniesień, mrugnięć okiem i niedopowiedzianych treści. Z czasem nagromadzona masa tych prezentów stała się dla mnie ciężarem, powoli traciłam rachubę. Prezenty były zbyt liczne, zbyt drogie i zbyt pełne obietnic, a mnie brakowało jej poczucia piękna. Potrafiła znaleźć idealny zegarek w sklepiku muzealnym, a w kinie, któremu groziło zamknięcie – tacę z nadrukiem plakatu filmowego. Do dziś mam jedno i drugie. Moje dzieci pytały, kim była Monika i kto spędził z nią czarno-białe lato, zegarek leży popsuty, bez paska, w kosmetyczce, ale nigdy nie znalazłam równie ładnego. Brutalność, z jaką ze mną zerwała, sprawiła, że wyrzuciłam niektóre podarunki, część z nich schowałam jednak w gabinecie na strychu z zamiarem powrotu do nich, gdy już uczucia ostygną. O wartości prezentu nie decydowała nigdy jego cena. Nigdy nie rozmawiałyśmy o sprawach finansowych. Nie miała kredytu studenckiego tak jak reszta z nas (poznałyśmy się na kursie dziennikarskim na uniwersytecie), miała za to kartę Visa połączoną z jakimś kontem, na które jej rodzice regularnie przelewali pieniądze. Z kolei ja wyprowadziłam się z domu i zaczęłam samodzielnie się utrzymywać w wieku szesnastu lat. Wielokrotnie porzucałam studia, dlatego każdy wydatek wymagał poświęcenia w innym miejscu mojego budżetu. Poza książkami wątpię, by zachowała cokolwiek z tego, co podarowałam jej w czasach, gdy byłyśmy z sobą: kieszonkowy aparat, szlafrok z imitacji jedwabiu, oprawione w ramki rysunki jakiegoś artysty komiksowego, który był wtedy popularny, lecz o którym dzisiaj nikt już nie pamięta. Prezenty, którymi ją obdarowałam, sam akt ich dawania, pozostawiały mnie z uczuciem niedosytu, ponieważ wbrew mojej woli bardzo dobrze pamiętałam, ile kosztowały, a i tak było ich stosunkowo niewiele. W porównaniu z nią byłam nieporadna, boleśnie świadoma wartości pieniędzy i tego, co oznacza brak tak zwanego wrodzonego poczucia piękna. Wszystko to istniało jedynie w poszyciu naszego wspólnego życia, nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Być może w sposobie, w jaki mnie obdarowywała, było też coś z przemocy, triumfalna supremacja potwierdzana za każdym razem, gdy przesuwała po stole prostokątne pudełko (naszyjnik z nieregularnym srebrnym wisiorkiem), stawiała wielką paczkę na środku salonu (łyżwy długodystansowe razem z butami i kolcami asekuracyjnymi), kładła na mojej poduszce owiniętą w papier nowość wydawniczą (Gondola żałobna Tranströmera) albo wracała do domu z cukierni Gunnarsons, machając mi przed oczami kartonikiem, a potem stawiała go na stole między filiżankami. Była to swego rodzaju hojność, która nic jej nie kosztowała, ale która dawała jej sekretną przewagę, gdyż bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie będę w stanie jej dorównać. Gdy kończyły mi się pieniądze, to ona uzupełniała lodówkę i spiżarnię, kupowała ser na wagę w hali targowej, świeżo wyciskany sok i zmieloną kawę w brązowych torebkach z kawiarni na Linnégatan. Pamiętam, że kiedyś, prawdopodobnie zaraz po tym, jak wszystko się między nami skończyło, pomyślałam: czy nie tak właśnie wygląda przemoc strukturalna, kiedy nieświadomie uczymy kogoś, czym jest prezent, gdzie powinien być kupiony i w jaki sposób przekazany? I że nie powinno się kupować najtańszych spodni, najtańszego pesto, komputera czy patelni, tak jak to robiłam do tej pory, lecz wyłącznie rzeczy najwyższej jakości? Kilka lat później dotarło do mnie, że wszystkie te myśli o ukrytej przemocy prezentów były wytworami mojej wyobraźni, mającymi źródło w doświadczeniu bycia porzuconą, skonstruowanymi po czasie przez umysł przepełniony poczuciem krzywdy. Przecież Johanna podarowała mi Trylogię nowojorską z czystej życzliwości, a całusy, o których pisze w dedykacji (choć wolałaby całować mnie w usta), były tak prawdziwe, jak tylko mogą być całusy spisane niebieskim długopisem na stronie tytułowej książki.

Czytanie w czasie gorączki ma w sobie coś z loterii: treść albo się rozpłynie, albo wniknie głęboko w pęknięcia, przypadkiem ujawnione przez wysoką temperaturę ciała. Dlatego właśnie Trylogia nowojorska poruszyła mnie w sposób, którego do dziś nie umiem wyjaśnić, i dlatego sięgam po nią teraz, niemal dwadzieścia pięć lat później, z całkiem inną gorączką pod powiekami. „Całkiem inną gorączką” – piszę, choć przecież gorączka to po prostu gorączka. Towarzyszą jej te same koszmary, ten sam niepokój. Czas zapętla się, jak to często bywa w takim stanie, i nagle staję obok siebie, tej sprzed dwudziestu czterech lat. Granica szaleństwa biegnie na poziomie trzydziestu dziewięciu stopni, ale tuż poniżej, około trzydziestu ośmiu, znajduje się wyraźnie wyczuwalne zagłębienie, w którym na spokojnie mogłabym spędzić kolejne dni. Przy tej temperaturze opada garda i ujawniają się postacie z przeszłości, które nie sprawiają wrażenia duchów. Trzydzieści osiem stopni to temperatura, przy której zdolność ciała do podtrzymywania życia pozostaje nienaruszona, ale potrzeba, żeby być na bieżąco z otaczającym światem, znacznie słabnie, i dla kogoś, kto potrafi wytrzymać z tym, że przeszłość otacza go niczym stado psów, takie zagłębienie zapewnia przyjemne uczucie znużenia. Pamiętam napady gorączki z okresu dzieciństwa, te wszystkie gorączki sprzed czasów bezdotykowych termometrów, kiedy sprawdzenie temperatury wymagało wazeliny i wytrwałości, pamiętam moją matkę obserwującą niebieski słupek rtęci, aby potwierdzić to, co i tak już czułam całym swoim ciałem: trzydzieści osiem stopni, przede mną dzień w ospałym rozmyciu, spędzony za cienkimi ścianami oddzielającymi mnie od reszty świata. Przy trzydziestu ośmiu stopniach nie ma we mnie nic, co szeptałoby „naprzód”, czyli tego, co stanowi esencję świata, co sprawia, że wszystko chodzi jak w zegarku. Do przodu, zawsze do przodu.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Szczegóły to siedemdziesiąta pierwsza książka

Wydawnictwa Pauza.

Wcześniej ukazały się:

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

2023

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann