Syreni śpiew - Małgorzata Lisińska - ebook

Syreni śpiew ebook

Gosia Lisińska

4,0

Opis

Kiedy dobrzy bogowie obdarowali cie magicznym głosem, musisz uważać, co i komu obiecujesz. Miko i Idar boleśnie się o tym przekonują, gdy czarodziej śpiewu obiecuje syreniemu królowi uratować córkę.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 33

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Syreni śpiew

Mimo wczesnego poranka słońce prażyło niemiłosiernie. Idar otarł pot cieknący z czoła, zakasał rękawy i po raz kolejny zastanowił się, czy ojciec obdarłby ze skóry swego pierworodnego, gdyby ten ogolił gęstą rudą brodę. Nie, zapewne nie. Matka jednak mogła to :zrobić. Nie było bowiem dla Benerii świętszej rzeczy niż duma z własnego pochodzenia. A co jak co, krasnolud musiał mieć brodę. Najlepiej długą i gęstą…

– I grzejącą jak najgłębsze piekielne czeluście – wymamrotał pod nosem pierworodny syn księcia de Gra Yudherthardere. Kolejny raz otarł pot z czoła, wściekle spoglądając na czyste błękitne niebo rozciągnięte nad spokojną taflą morza i zamarłym w bezruchu statkiem. Żagle potężnej łodzi zwisały bezwładnie, bo wiatr, zapewne zmęczony upałem, uciekł gdzieś, pozostawiając podróżujących samych sobie. Marynarze pochowali się pod pokładem. Tylko sternik, niemal wisząc na wysłużonym kole sterowym, został na posterunku. Idar patrzył na niego przez chwilę z odrobiną zazdrości, oglądając ogoloną brodę i niemal łysą łepetynę mężczyzny.

– Nad czym tak rozmyślasz, przyjacielu? – wyszeptał Miko do ucha krasnoluda.

Idar przesunął ponurym spojrzeniem po półnagiej, smukłej sylwetce Miko, a dotarłszy do wiecznie uśmiechniętego oblicza towarzysza, skrzywił się gwałtownie.

– A tobie co tak wesoło? Gorąco jak w czeluściach Ryghede, wiatru na lekarstwo, drugi dzień tkwimy w bezruchu. Za chwilę zapasy szlag trafi… Z czego tu się, cholera, śmiać?

Młodzieniec wzruszył ramionami.

– Mamusia mi mówiła, że jak nic nie możesz na coś poradzić…

– Ty mi przestań z tą twoją mamusią – przerwał mu rozeźlony Idar. – Nie mam nastroju wysłuchiwać tych jej mądrości, kiedy mi się nabiał, cholera, gotuje!

– Bo i ściągnąłbyś te skórzane gatki i koszulę. Ubranyś jak na wizytę na książęcym dworze, a nie pływanie łajbą w samym środku lata.

– Nie pamiętasz, że to ofi… Co ty robisz?! – Krasnolud szarpnął gwałtownie głową, ale niezrażony Miko dalej splatał jego brodę.

– Nie wyrywaj się. O, już. Będzie ci chłodniej.

– Taaaa i będę wyglądał jak jeden z ulubieńców króla Ynko! – złościł się Idar, daremnie próbując rozplątać misterny warkocz.

– Akurat ciebie nikt o namiętność do chłopców podejrzewać nie będzie. – Młodzieniec przewrócił oczyma, trzepnąwszy krasnoluda po łapach. – Nie po tym, coś w lupanarze U Jędrnej Myrteh wyprawiał.

– Ty mi tu uszu nie słódź wspominkami. – Idar uśmiechnął się mimowolnie. – I koafiury sobie daruj!

– Upartyś jak ten osieł, co się do nas w porcie przyczepił…

Byliby dalej tak dyskutowali, gdyby gwałtowny ruch okrętu nie rzucił ich na burtę. Uderzyli w twarde deski. Zaraz jednak, chociaż mocno zaskoczeni, wstali, na próżno próbując złapać równowagę na szarpanym wiatrem statku.

– Co się dzieje? – zapytał Miko, podnosząc głos.

Pogoda zmieniła się raptownie. Żagle wypełniła nawałnica. Ciężkie chmury, mroczne, niemal czarne, napłynęły znikąd i zasłoniły niebo. Wichura przetaczała się z wyciem, rzucając żaglowcem. Potężne fale, wysokie i spienione, przelewały się przez burty. Przerażona załoga wybiegła spod pokładu, ale ich krzyki zagłuszała wichura.

Idar skoczył do lin, by przywiązać się do burty. Miko ledwie zdążył pójść w ślady przyjaciela, gdy kolejne uderzenie morskiego szału przetoczyło się przez pokład, zmywając kilku marynarzy, którzy zapomnieli o ostrożności.

Krasnolud rozejrzał się bezsilnie. Tropiciel wył tuż pod jego skórą, podrażniony potężną magią. De Gra zaciskał paluchy na grubym sznurze, ocierając je do krwi, ale nie zdołał zagłuszyć bólu, jaki sprawiało mu magiczne alter ego. Wreszcie, z trudem łapiąc oddech, wrzasnął:

– Śpiewaj, Miko!

– Co?!

– Śpiewaj, do jasnej cholery!!! To czar morskiego pana. Zaśpiewaj mu!

Młody bajarz skinął głową. Przez chwilę próbował się wyprostować. Bez skutku. Wreszcie dał za wygraną. Wsparł dłonie o burtę, uniósł głowę, przymknął oczy, bo zacinający deszcz oślepiał, odetchnął głęboko i zaśpiewał:

Witaj, o mórz przepotężny panie

Nie spieniaj wód na nasze spotkanie

Uspokój tonie, o władco boski

Pozwól ukoić potworne troski

Ucisz wichury straszliwe pienia

Co dzień tak cudny w ciemność zamienia

Miękki, magiczny głos wibrował w powietrzu. Zdołał przebić się przez wycie wiatru i uderzenia fal. Z każdym kolejnym słowem Miko, z każdą nutą, sztorm tracił na sile. Młodzieniec wstał, uniósł ramiona i śpiewał dalej. Podmuchy szarpały długimi włosami bajarza, deszcz spływał po barkach i nieosłoniętej piersi, ale magiczna pieśń trwała.

Jeden z przebiegających majtków zatrzymał się gwałtownie, urzeczony czarem melodii. Pchnięta uderzeniem wiatru lina obaliła marynarza, ale ten nawet nie jęknął. Podniósł tylko głowę, rozwarł usta i gapił się w absolutnym zachwycie na śpiewającego młodzieńca.

Przynieś więc ulgę swym morskim sługom

Drogę do ciebie przebyli długą

By po kres wielbić siłę twą, panie