Syndrom Kopciuszka - Małgorzata Lisińska - ebook

Syndrom Kopciuszka ebook

Gosia Lisińska

0,0

Opis

W pewnym księstwie, w którym rządzi wyjątkowo szpetny książę, krasnoludka czeka na swojego Pierwotnego. A że przy tym okrutnie się nudzi, wplątuje się w kolejną kabałę. Czy uda się jej zmienić los sieroty, nie tracąc przy tym wolności?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 28

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Syndrom Kopciuszka

Książę był szpetny. Oj, Beneria widziała już niejedno w swoim życiu, ale jakby miała wybierać, czy za męża brać swojego konia, co to na starość parchami począł się obsypywać, czy też owego paniczyka w stroju wielce barwnego ptaka przypominającym… No, jakby miała wybierać… Nie byłoby łatwo.

Tak ją ta przednia myśl rozbawiła, że aż uśmiechnęła się nieco. Stojący za nią Doru, zupełnie jakby w myślach czytał, parsknął niechętnie i trącił swoją panią nosem.

– No już, już – wyszeptała, klepiąc zwierzę z czułością. – Dyć wiesz, że nawet parchaty i z tym wyliniałym ogonem, to po moim Pierwotnym pierwszyś do serducha, co nie?

Koń parsknął ponownie, ale dziewczyna nie interesowała się już, czy to była gniewna reakcja na wyliniały ogon, czy też potaknięcie na miejsce w krasnoludzkim sercu. Książę bowiem właśnie wdrapał się na podest, a towarzyszący mu trębacze zadęli głośno, by uspokoić tłumy. Dźwięk był głośny, rozpaczliwy, a przy tym tak niezharmonizowany, że Beneria aż sapnęła. Osiągnął jednak zamierzony efekt. Zgromadzeni zamilkli.

Już się zdawało, że sam książę zechce do swoich poddanych usta otworzyć, gdy przed niego wysunął się niski, zażywny staruszek i potężnym głosem zawołał:

– Słuchajcie, słuchajcie! Z nakazu jaśnie wielmożnego pana naszego, dobrotliwego i najukochańszego, ogłaszamy co następuje: pan nasz dwudziestą wiosnę osiągnąwszy, zapragnął wybrać małżonkę. W temże celu, miast szukać po obcych krajach, coby księżniczki jakieś obcymi językami mówiące, a i bogom innym służące, do kraju naszego sprowadzać, pan nasz pragnie pojąć jakąś tutejszą, szlachetnie urodzoną panienkę. W temże celu – podkreślił owo powtórzenie z taką atencją, że Benerii podejrzanie powieka drgnęła – pan nasz, najmilejszy i najukochańszy panny wszelkie stanu wolnego – taaa, Beneria zacisnęła usta, by śmiechem nie wybuchnąć i jakiegoś nieszczęścia na się nie sprowadzić – na tańce dzisiejszego wieczora sprasza. Każda panna mile będzie widziana. Ino nie wdowa! – krzyknął łamiącym się nieco głosem. – Każda panna, ino niech się odzieje przednio, coby wstydu na zamku nie zrobiła. Pan nasz najukochańszy i najmilejszy spośród panien przyszłą naszą panią wybierze, co być może i zaraz jutrzejszego wieczora na tańcach oznajmić zechce.

Herold zamilkł i rozejrzał się po zebranych, by podziwiać efekt swoich słów. Beneria zrobiła to samo. I ze zdumieniem dojrzała ogólny zachwyt na wpatrzonych w księcia obliczach mieszczek. Fakt, większość z nich wiek młody… ba! nawet średni wspominać mogła z rozrzewnieniem. Mimo to jednak krasnoludka pojąć nie mogła, jak taki… ekhm… atrakcyjny inaczej mężczyzna mógł wzbudzać aż tak wielkie emocje.

Westchnęła i pokręciła głową. Ot, ludzie bywają dziwni. Nic jej do tego. Skoro jednak zabłądziła do tego królestwa, może i ona wybrałaby się na tańce? Wieki już się dobrze nie wytańcowała. Nawet z takim szpet… pięknym na duszy księciem by mogła. A co? Chłop to chłop. Przecie do łoża go brać nie zamierza, przez życie z nim też iść nie chce, coby musiała na niego dłużej niż przez jeden czy dwa tańce patrzeć. Jakby tak dobrze w sakwach poszukała, to odzienie bezwstydne… tfu, tfu! Takie, które wstydu na zamku nie przyniesie, by znalazła.

Eeech, cholera, jakby to takie łatwe było, Stroidara na bale namówić, nie?

***

Burmistrz drapał się po gęstej czuprynie, przyglądając krasnoludce.

– Znaczy, bo wiecie…

– Jak to pojechał?! – powtórzyła Beneria, unosząc się na ławie, na której burmistrzowa służka siąść jej nakazała. Nie po to wlokła się na biednym, starym Doru przez pół Krainy… dobra, niech będzie, że przez trzy księstwa, no ale zawsze, co nie? Dzień cały, no i część nocki, w drodze na wezwanie swojego Pierwotnego, które jej magicznymi glejtami wysłał, strawiła? Strawiła. A ten… niech no ona go w łapki dorwie… wziął i pojechał.