Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
60 osób interesuje się tą książką
Jej życie wydaje się doskonałe. Ale pod powierzchnią perfekcji kryje się głód, którego nic nie potrafi zaspokoić.
Zjawiskowa powieść, którą The Guardian nazwał „debiutem przesyconym smakiem, klasą i ambicją”, The New Yorker – „zmysłowym portretem kobiecych pragnień i ambicji”, a Financial Times określił mianem „błyskotliwej krytyki społecznych oczekiwań wobec kobiet”.
Jennifer Weiner z The New York Times Book Review przyznała: „Gdybym miała własną księgarnię, polecałabym Świnkę każdemu czytelnikowi”.
“Świnka” ma wszystko: ukochanego z dobrej rodziny, wymarzony dom, karierę w wydawnictwie kulinarnym i plan na perfekcyjne wesele, ale trzynaście dni przed ceremonią narzeczony wyznaje, że ją zdradził – i cały misternie zaplanowany świat zaczyna się rozpadać. Pojawia się głód – nie jedzenia, lecz prawdy, której tak długo nie chciała dopuścić.
Świnka to błyskotliwa, niepokojąca i głęboko współczesna opowieść o ciele, pragnieniach i wstydzie. Lottie Hazell z wyjątkową wrażliwością opisuje świat, w którym jedzenie staje się językiem emocji, a perfekcja – formą głodu.
„Porywająca, niepokojąca i absolutnie wciągająca.” – Catherine Newman
„Przepysznie mroczna i pełna napięcia opowieść o żądzy i wstydzie.” – Daily Mail
„Błyskotliwa, mroczna i uzależniająca.” – Red Magazine
„Delikatna, przemyślana i niepokojąca – historia o tajemnicach, które pożerają od środka.” – Hello! Magazine
„Satyryczna i błyskotliwa – zmysłowa uczta o naszym kulinarnym snobizmie i kobiecej ambicji.” – Irish Independent
Opinie czytelników Goodreads:
★★★★★ Nie mogłem się oderwać – to książka, która boli, ale w najlepszy możliwy sposób.
★★★★★ Brutalnie szczera, pięknie napisana, trafia prosto w serce i żołądek.
★★★★★ Jakby Ottessa Moshfegh i Sally Rooney napisały razem powieść o kobiecym głodzie i perfekcji.
★★★★★ Nie mogłem się oderwać. Świnka jest czasem irytująca, czasem bolesna – ale zawsze prawdziwa.
★★★★★ Świnka jest jak lustro – każdy zobaczy w niej kawałek siebie.
★★★★★ Piękna, trudna i prawdziwa. Czytanie tej powieści to emocjonalna uczta.
Odważna i poruszająca historia o tym, jak trudno być sobą w świecie, który wciąż mówi, jacy mamy być.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojej trójki
Ludzie jedzą kolację, po prostu jedzą kolację,
a przez cały ten czas ich szczęście nabiera
kształtu albo rozpada im się życie.
– ANTON CZECHOW
Łatwiej jest komuś zaimponować,
niż sprawić przyjemność.
– NIGELLA LAWSON
Świnka się pociła, więc panujący w supermarkecie chłód przyjemnie rozchodził się po jej piersiach i plecach. W Waitrose roiło się od ludzi: błyszczące auta terenowe wypełniały parking, a sobotni klienci z torbami wielokrotnego użytku przepychali się w alejkach.
W Oksfordzie kończyła się fala upałów, rozgrzana słońcem skóra przestała już kogokolwiek cieszyć, a miasto pokryło się brudem nagromadzonym przez tygodnie bez choćby kropli deszczu. Na zewnątrz Świnka zza okularów przeciwsłonecznych obserwowała, jak przez otwarte okna samochodu mężczyzna i kobieta głośno kłócili się o miejsce parkingowe.
Nawet w chłodnym azylu supermarketu czuć było atmosferę rozdrażnienia. Kobieta w Birkenstockach i lnianej odzieży w kolorze écru wepchnęła się przed Świnkę, sięgając po pecorino.
Goście mieli zjawić się o szóstej, więc nie było czasu na awantury na dziale serowym. W czasie gdy Świnka robiła zakupy, jej narzeczony, Kit, rozpakowywał pudła w ich domu. Nie przyzwyczaiła się jeszcze do tych słów, podobnie jak do schodów, ogrodu i kredytu hipotecznego. Świnka schyliła się po kostkę fety i włożyła ją do koszyka.
To był jej pomysł – kameralna parapetówka dla sześciu osób – a Kit tak samo jak ona się cieszył, że będą mogli pochwalić się pustymi pokojami, białymi ścianami i przestrzenią.
– Możemy zaprosić Seba i Sophie – powiedział.
– I Margot z Sashą – dorzuciła Świnka.
Kit wzruszył ramionami.
Wiadomości zostały wysłane, a kartony z rondlami, półmiskami i przyprawami – odnalezione, otwarte i rozpakowane. Margot odpisała natychmiast: „Dopiero co się wprowadziliście, może zamówimy pizzę?”. Ale Świnka się uparła: „Sama coś ugotuję”.
Wzięła solone masło, gęsty jogurt grecki i śmietanę.
Menu nie było najskromniejsze. W koszyku miała już ziemniaki, świeże zioła i kurczaka z ekogospodarstwa.
Było zbyt gorąco na pieczonego kurczaka, ale Świnka pamiętała słowa Nigelli o tym, że mieszkanie staje się prawdziwym domem dopiero wtedy, gdy kurczak trafi do piekarnika. Poza tym planowała też podać sałaty: jedną posiekaną, z dodatkiem fety i sumaku, drugą liściastą z delikatnymi ziołami. Młode ziemniaki, ugotowane i skropione jasnym sosem salsa verde. Chleb i dwa rodzaje masła: z konfitowanym czosnkiem oraz z parmezanem i czarnym pieprzem. Będzie zimne wino i otwarte okna, drzwi na patio rozsunięte szeroko. Wszystko będzie wyglądać i smakować wyśmienicie.
W Derby też jadali pieczone kurczaki, ale przyrządzane przez matkę zawsze wychodziły anemicznie, miały związane nogi i były podlane sosem z proszku. Na deser – czy też, jak powiedziałby jej ojciec, na trzecie danie – była zwykle szarlotka z piekarni Morrisons lub rolada z mrożonki, w zależności od pory roku, zjadana na kanapie przed telewizorem. Pomiędzy kolejnymi kęsami rodzina Świnki – jej rodzice, siostra i ona sama – wykrzykiwali odpowiedzi na pytania w teleturniejach, skrobiąc łyżkami w miskach. Świnka wiedziała, że co niedziela rodzice nadal jedzą pieczonego kurczaka. W sobotę biorą chińszczyznę na wynos ze sklepu w mieście, a w piątek mają rybę. Bez względu na pogodę, bez względu na porę roku. Te rytuały, które niegdyś podtrzymywały ich rodzinne więzi, te niedzielne tradycje teraz sprawiały, że Świnka czuła ciarki żenady, dreszcz litości. Odkąd wyjechała z Derby, od rodziców, nauczyła się, że deser z działu mrożonek można podawać tylko ironicznie.
Podczas pierwszego spotkania rodzice Kita podali pieczeń wołową. Richard zajął się krojeniem, a poczerniałe sterczące kości trzęsły się z każdym ruchem noża. Cecelia nałożyła sobie mały plasterek mięsa i porcję cavolo nero na parze, a Świnka poszła za jej przykładem. Podczas kolacji rozmawiali o sztuce – wystawie Warhola w Ashmolean – a Świnka kiwała głową, uśmiechała się i wspomniała o puszkach zupy Campbella, co wywołało uśmiechy współczucia na twarzach słuchaczy. Kit i Richard nałożyli sobie dokładkę i zjedli ją palcami. Cecelia westchnęła i wygięła lekko wargi: „Chłopcy”.
Świnka planowała coś innego niż kolacje jej matki czy przyszłych teściów. Będzie muzyka jazzowa, papierosy palone na patio i deser przygotowany na podstawie przepisu z nowej książki kucharskiej, którą redagowała: espresso semifreddo z ciepłym sosem karmelowym i błyszczącymi kawałkami praliny. Istniały prostsze receptury – mogła też po prostu kupić coś gotowego na deser czy nawet pudding – ale nie zamierzała przepuścić okazji, by przywołać jednego ze swoich autorów z imienia i nazwiska, na wypadek gdyby ktoś poprosił o przepis.
W kolejce do kasy Świnka stała za kobietą z dwoma małymi chłopcami uwieszonymi na jej ramieniu. Malcy skomleli o słodycze, kołysząc się w przód i w tył, zerkali na innych klientów, po czym podnosili głos, nie odrywając wzroku od matki, która drugą ręką przekładała artykuły spożywcze z wózka na taśmę przy kasie. Świnka usiłowała złowić spojrzenie kasjerki: to przecież sklep sieci Waitrose!
Kobieta nie patrzyła na synków, tylko przekładała na taśmę chipsy w kolorowych opakowaniach. Płatki śniadaniowe, krojony biały chleb, lody. Świnka spojrzała na zakupy, a potem na dzieci. Zerknęła jeszcze raz na kasjerkę.
Zanim organiczny kurczak Świnki dotarł do kasy, chłopcy zdążyli się już uspokoić. Obaj dostali po jaskrawej torebce chrupków Nik Naks wyrwanej z wielopaku. Uśmiechali się do siebie, palce mieli pomarańczowe od chrupkowego pyłu, resztki przysmaku zaklejały im przestrzenie między zębami. Kobieta zapłaciła i wyszła, a Świnka ustawiła się w pozycji gotowości do przyjęcia zakupów i komplementów na temat wyboru jedzenia. Kasjerka spojrzała na nią z uśmiechem, przechyliła głowę na bok.
– Chłopcy – powiedziała, po czym przesunęła kurczaka ponad czytnikiem kasy.
– Nie zauważą, jeśli ubędzie kawałka skóry. – Kit, z oczami ciemnymi z pożądania, był nagi, nie licząc bokserek i pary żółtych gumowych rękawiczek.
Kurczak – długonogi okaz z udkami, do których wciąż przylegały piórka – został właśnie wyjęty z piekarnika, przez co kuchnia aż migotała od żaru. Pomieszczenie było puste, ściany białe, a w miejscu, gdzie docelowo miał stanąć stół, piętrzyły się kartony, z których wysypywały się naczynia Tupperware. Świnka, w samym fartuchu narzuconym na bieliznę, czuła na plecach bijące od Kita ciepło.
– Myślałam, że sprzątasz łazienki – powiedziała, przyglądając się badawczo ptakowi, a jej wygięte ciało przywarło do ciała mężczyzny.
– Już skończyłem – powiedział Kit. – Szybko poszło, nie były jeszcze używane. – Z ramionami wokół Świnki zaczął zdejmować rękawiczki, ściągając palec po palcu, aż wreszcie jego odkryte dłonie zbliżyły się do kurczaka i brązowej chrupiącej skórki. Świnka się odwróciła i popatrzyła na Kita.
– To nie dla ciebie – oznajmiła, po czym nachyliła się bliżej jego twarzy i delikatnie przygryzła jego wargę, smakując sól. Kit się uśmiechnął, a ona poczuła, jak jego usta się rozchylają i odsuwają od niej. – Ale mam tu coś specjalnie dla nas.
Świnka przyciągnęła do siebie prawie pusty okrągły, pomarańczowy garnek Le Creuset. Poskrobała łyżką po krawędzi, a następnie podniosła ją do ust Kita. Zmarszczył brwi i rozchylił wargi.
– Dobre, prawda? – odezwała się Świnka z uśmiechem, gdy Kit jęknął. – Krem kawowy do semifreddo.
Kit zdjął garnek z kuchenki i przytulił go do siebie jak dziecko, po czym podkulił nogi i opadł na podłogę pustej kuchni. Klepnął przestrzeń obok siebie i Świnka też usiadła. Kit zeskrobał z garnka kolejną łyżkę kremu i przyłożył ją do ust Świnki. Przełknęła – jak dziecko zażywające lekarstwo, jak wierna przyjmująca eucharystię.
– Czy to za późno, żeby odwołać zaproszenie? – zapytał.
– A wiesz co? Może nie.
Usiedli ze skrzyżowanymi nogami na posadzce, czując chłód płytek pod rozgrzanymi ciałami, podawali sobie naczynie z rąk do rąk, zapomnieli o porzuconej łyżce, uśmiechali się szeroko i wybierali krem lepkimi od słodyczy palcami.
Z ciemnych od wilgoci włosów Świnki woda skapywała kroplami na lnianą sukienkę i zostawiała ślady na tkaninie. Kit ją wcześniej wyprasował i rozłożył na materacu leżącym pośrodku sypialni, pustej, nie licząc piętrzących się kartonów i wypchanych po brzegi toreb, z których wystawały skarpetki i rękawy ciuchów. Sukienka, ażurowa, w kolorze kości słoniowej, kojarzyła się Śwince z latem, z wieczorami spędzanymi przy ouzo na Santorini. Zrzuciła z siebie ręcznik plażowy i wsunęła się między fałdy materiału. Len był lekki na jej nagiej skórze, a w cieple wczesnego wieczoru poczuła przypływ mocy w całym ciele: oto ona, silna i piękna, we własnym domu.
Na dole, przeglądając się w szybie drzwi na patio, Świnka zawiązała fartuch.
– I jak? – zawołała do Kita.
– Doskonale – odparł, dołączając do niej w zniekształconym odbiciu. – A ja?
Świnka się odwróciła, by go ocenić: przystojniak w koszuli z batystu i dopasowanych piaskowych spodniach, które razem wybrali. Wyciągnęła rękę i rozpięła trzeci guzik, a między fałdami kołnierzyka ukazało się zagłębienie na jego klatce piersiowej. Uniósł brew. Odwróciła się z powrotem do odbicia.
– Jest lato – powiedziała. – A to nasz dom.
Kręcili się, poprawiali rogi obrusów, wycierali błyszczące powierzchnie, aż wreszcie rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzeli po sobie z uśmiechem.
– Włącz muzykę – powiedziała Świnka. – I zapal świece.
– Gdzie zapałki? – zawołał za nią Kit.
– Nie wiem! – odkrzyknęła głosem wyższym niż zwykle, podekscytowana.
Goście przybyli jednocześnie: Margot i Sasha z butelką wódki przewiązaną czerwoną wstążką, Seb i Sophie z bukietem kwiatów i świeczką od Jo Malone. Świnka i Kit przywitali ich w drzwiach.
– Ależ wyglądacie! – zawołała Margot z podjazdu, a Świnka nie mogła się powstrzymać od dygnięcia.
– Wchodźcie, wchodźcie – zapraszał Kit, odsuwając się na bok. – Wszędzie są pudła, ale w lodówce czeka wino.
– Tam, gdzie jego miejsce – powiedziała Sasha i ucałowała Świnkę w oba policzki. – Próbowałyśmy wymyślić jakiś praktyczny prezent – dodała, wciskając wódkę w ręce gospodyni.
– No i co tam przewiduje menu? – zapytała Margot i oparła się o ladę, podczas gdy Świnka kroiła ogórka i zbierała wodniste pestki na kupkę.
Reszta towarzystwa zebrała się na dworze – z każdym kolejnym łykiem wina ich rozmowy przybierały na sile. Świnka słyszała skrzekliwy śmiech Sophie i głos Seba, donośny, zacinający się, gdy mówca radośnie docierał do puenty.
– Pieczony kurczak – odparła Świnka. Podniosła wzrok i złowiła spojrzenie Kita, dostrzegła jego delikatny uśmiech, po czym znów zajęła się krojeniem ogórka. – Nie mogłam się powstrzymać.
– A wegetarianie mogą się obejść smakiem – stwierdziła Margot.
– Przykro mi – powiedziała Świnka i podała Margot kawałek ogórka, który ta przyjęła i schrupała. – Ale mamy też pyszny chleb i masło z konfitowanym czosnkiem, sałatki, a na deser niesamowite espresso semifreddo z karmelem.
– Kupiłaś mnie już samym chlebem. – Margot odwróciła się do zlewu i powoli napełniła szklankę wodą. Od jakiegoś czasu przy każdym ruchu gładziła się po brzuchu, mimo że wypukłość wciąż pozostawała niewidoczna pod luźną lnianą koszulą z wysokim kołnierzykiem. – Reszta może dla mnie nie istnieć.
Świnka przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć, czuła, jak powietrze wokół niej ogromnieje z niepewności. Podobnie jak ciało jej przyjaciółki wszystko się już zmieniło, nawet jeśli na to nie wyglądało.
– Dla mnie też – powiedziała w końcu i zaczęła siekać plastry ogórka w idealne kostki.
Świnka nie wpuszczała gości do środka, dopóki stół – prowizoryczny stos kartonowych pudeł zsuniętych razem i przykrytych obrusem – nie został przygotowany. Lód pękał w karafce, gdy Margot napełniała ją wodą, a Świnka ustawiała naczynia z jedzeniem. Pośrodku umieściła kurczaka, najpierw sprawdziwszy dłońmi tekturę pod spodem. Po obu stronach postawiła misy z sałatkami, a przy nich – półmiski z ziemniakami. Obok, na każdym krańcu stołu, stanęły patery z pokrojonym chlebem na zakwasie i małe miseczki z ubitym masłem. Kompozycję po obu stronach wieńczyły drewniane, symetrycznie ułożone szczypce. Wszystko wyglądało tak, jak sobie wyobrażała.
Margot sięgnęła po kromkę chleba, a Świnka zamachała dłońmi. Przyjaciółka przewróciła oczami i usiadła, gotowa do jedzenia.
– Podano do stołu! – zawołała Margot w stronę patio. Świnka spojrzała na nią. – No co? – zapytała Margot. – Umieram z głodu.
– O rany! – wykrzyknął Seb. Policzki miał zaróżowione od wina i wieczornych promieni słońca.
Świnka się uśmiechnęła i zaprosiła gości, by usiedli.
– Wow – sapnęła Sophie, stając za krzesłem. – Dobry Boże, jakim cudem przygotowałaś taką ucztę, skoro dopiero co się wprowadziliście?
– Okropna jest, prawda? – odezwała się Margot, która ściskała w dłoni kawałek chleba. – Siadaj, Sophie, żebym wreszcie mogła zjeść bez obawy, że ktoś mnie upomni.
– Siadaj – powiedziała Świnka. – Gdzie tylko chcesz.
Patrzyła, jak jej przyjaciele zajmują miejsca dookoła niej, jak pochylają się do przodu i błyszczącymi oczami przyglądają się potrawom.
– Śmiało – powiedziała Świnka, wskazując na jedzenie, ale Kit uniósł dłoń.
– Zanim zaczniemy, chciałbym powiedzieć kilka słów.
Świnka usiadła, złożyła ręce na kolanach i spojrzała na Kita, który odsunął krzesło i wstał. Margot podniosła szklankę, odłożyła na chwilę chleb i postukała widelcem o szkło.
– Dzięki, Marg. – Kit się uśmiechnął, a ona skłoniła głowę. – Mały toast – powiedział, unosząc kieliszek.
Świnka patrzyła, jak miodowy płyn wiruje, a przez wino dostrzegła zarys zniekształconego uśmiechu narzeczonego. Pochyliła się do przodu, by lepiej go widzieć, skupiła wzrok na jego oczach.
– Za moje szczęście – mówił dalej, patrząc na Świnkę. Sasha parsknęła śmiechem, a Margot ją szturchnęła. – Tak, wiem – przyznał Kit, odwracając się w stronę Sashy. – Nie zasługuję na więcej szczęścia. Ale oto jestem w naszym nowym domu z serdecznymi przyjaciółmi i tą najwspanialszą kobietą, którą jakimś cudem udało mi się nakłonić do małżeństwa. – Kit skierował wzrok z powrotem na Świnkę i uniósł wysoko kieliszek.
Świnka opuściła głowę, świadoma, że wszyscy na nią patrzą, i uśmiechnęła się do siebie. Kiedy dorastała w Derby, nie potrafiła sobie nawet wyobrazić takiego życia i takiego mężczyzny.
– Tak czy owak, z winem w ręce chciałem powiedzieć, że jestem za to wszystko wdzięczny. – Uniósł wysoko kieliszek i zmarszczył czoło, zachęcając siedzących gości, by poszli w jego ślady. – A zatem za przyczynę wszystkiego, co dobre w moim życiu: za moją przyszłą żonę. Za Świnkę.
Świnka słuchała, jak przyjaciele wypowiadają jej imię, stukają się kieliszkami i śmieją.
– Kit, to było urocze – powiedziała Margot i wychyliła wodę ze szklanki – ale jesteście obrzydliwi.
– Jesteśmy. – Kit przytaknął i usiadł.
– Dlaczego ty nie umiesz wznosić takich toastów? – mruknęła Sophie do Seba, gdy sałatki wyciągano z misek drewnianymi łyżkami, a ziarenka kaszy bulgur rozsypywały się po obrusie.
Świnka nie spojrzała na nich, zamiast tego pochyliła się do przodu, głodnymi palcami chwyciła z półmiska kawałek kurczaka i włożyła go Kitowi do ust ponad stołem.
– W życiu nie jadłem nic lepszego – stwierdził z mięsem między zębami.
Jedzenie naprawdę smakowało wszystkim – Sophie wciąż to powtarzała, chociaż z drugiej strony była to osoba, która z wyboru jadała gotowane kurze piersi. Kiedy się poznali, a Świnka opisała, czym się zajmuje jako redaktorka pomocnicza w Fork House, Seb z przekonaniem stwierdził, że Sophie też uwielbia gotować i że co niedzielę razem przyrządzają wielką porcję chili z mielonego indyka.
– Ciągle nie umiem tak do ciebie mówić – odezwała się Sophie, po czym złożyła sztućce, pochyliła się nad prowizorycznym stołem i położyła dłoń na ręce Świnki.
Skończyli już jeść – w większości: Seb wciąż smarował skórki chleba ostatkami masła i wycierał resztki sosu z półmiska z kurczakiem – a rozmowa zeszła na umiejętności kulinarne Świnki. Pochwały przyjmowała z wdziękiem, a przynajmniej tak jej się wydawało. Uniosła lekko kąciki ust i spuściła wzrok, pozwalając, by komplementy wypełniły ją i ożywiły niczym espresso po kolacji.
– Wszyscy ją tak nazywają – stwierdziła Sasha z drugiego końca pudełkowego stołu, a Świnka zauważyła, że jej oczy zrobiły się mniejsze od wypitego alkoholu.
– Ja jej nie nazywam Świnką – powiedziała Margot, pochylając się nad żoną.
– Margot to dosłownie jedyna osoba, która używa mojego prawdziwego imienia. Kiedy je wypowiada, mam wrażenie, że jestem w tarapatach. Wszyscy zwracają się do mnie per Świnka. To zasługa moich rodziców.
– Nie dogadujesz się z nimi? – Sophie pochyliła się bliżej, ujęła dłoń Świnki i ścisnęła, a jej polakierowane paznokcie zalśniły.
– Czas na deser. – Świnka uwolniła rękę z uścisku Sophie i wstała, by wyjąć semifreddo z zamrażarki.
Kit stwierdzi później, jak to miło, kiedy ma się wśród znajomych zaprzyjaźnione pary, które się starają. Sophie zatopiła łyżkę w semifreddo, uśmiechnęła się ponad częściowo opróżnionymi miskami i odezwała słodkim tonem:
– Powinnaś wystartować w tym programie Ale ciacho.
Margot spojrzała na Świnkę, a ta musiała odwrócić wzrok; Sophie nie zdawała sobie sprawy, że to nie był komplement. Świnka i tak podziękowała.
– Wygrałabyś, bez dwóch zdań. – Seb się uśmiechnął, po czym zwrócił się do Sophie: – Ona sama zrobi swój tort weselny, coś francuskiego, mówiłem ci, pamiętasz?
Świnka się uśmiechnęła i patrzyła, jak Seb nakłada sobie kolejną porcję lodów, a jego muskularne ramiona napinają się pod koszulą od Ralpha Laurena.
– Croquembouche – potwierdziła Świnka.
– Właśnie tak. – Seb skinął głową i wsadził sobie do ust palec z roztopionym kremem espresso. – Niesamowita sprawa.
– To takie urocze – stwierdziła Sophie, marszcząc nos. – Szkoda, że nie mam czasu na tyle pieczenia.
Świnka wzruszyła ramionami.
– Chociaż kiedy jem takie rzeczy, swoją drogą przepyszne, dosłownie czuję, jak wypacam z siebie masło – ciągnęła Sophie.
– W lodach nie ma masła – odparła Świnka.
Nadszedł ten etap, kiedy talerze były puste, a atmosfera skwaśniała jak wyschnięty od wina język Świnki. Alkohol i rozmowa nie sprawiały już przyjemności, a zamiast tego przyprawiały ją o ból głowy. Zamknęła oczy, gdy odezwał się Kit, niezmęczony ani towarzystwem, ani alkoholem, ani późną porą.
– I co sądzisz, Sash? Czy nasz dom zyskał twoją aprobatę?
Świnka usłyszała skrzypienie krzesła, gdy Kit odchylił się do tyłu. Mogła go sobie wyobrazić: głowa przechylona na bok, rozstawione nogi. Wyobraziła sobie Sashę naprzeciwko niego: uniesione brwi, zaciśnięte usta.
We wczesnych dniach ich związku Świnka przedstawiła Kita Margot na jednym z występów Sashy. Pili czerwone wino, niczego nie jedli, a Kit i Sasha głośno się kłócili na temat zasadności wprowadzenia powszechnego dochodu podstawowego. Sasha zadedykowała Kitowi swój ostatni wiersz: Mam takiego jednego znajomego torysa. Świnka i Margot przez kolejne dni planowały, jak zaprowadzić pokój – uznały, że najlepszy będzie obiad w neutralnym miejscu, koniecznie bez alkoholu – po czym Kit zdradził, że on i Sasha już umówili się na spotkanie w następnym tygodniu: otwarty wykład na London School of Economics poświęcony ekonomii dla wspólnego dobra. W kolejnych latach nauczyli się kłócić tak, że obojgu sprawiało to przyjemność.
Świnka otworzyła oczy i zobaczyła, że Margot się w nią wpatruje. Przyjaciółka podniosła dwa palce do ust, jakby między wargami trzymała niewidzialnego papierosa. Świnka skinęła głową.
– To przepiękny dom, Kit – powiedziała Sasha.
– Muszę się przewietrzyć – usprawiedliwiła się Świnka, wstając.
Kit sięgnął ku niej, musnął ją w talii, ale wzrok miał wciąż skupiony na Sashy. Podniósł głos, wyraźnie podekscytowany:
– Czyli trochę cię to kusi? – zapytał prowokacyjnie. – A przecież podobno własność to kradzież?
Po drugiej stronie stołu Margot również wstała z rękami na brzuchu, tworząc krzywiznę na wysokości talii. Sasha uniosła palce w stronę żony, a jednocześnie odparła:
– Może dajmy sobie dziś z tym spokój; nie chcę cię edukować w twoim nowym domu.
Świnka pochyliła się po zapalniczkę i paczkę Marlboro Gold – pod folią widniało zdjęcie pociętej na kawałki jak stek tętnicy, z której sączyła się jogurtowa maź. Pchnęła tylne drzwi i przytrzymała je dla Margot, która wyszła za nią z kuchni.
Ogród był identyczny jak u sąsiadów po obu stronach, a także we wszystkich innych nowo wybudowanych domach: żółty pas płyt chodnikowych i kępki zielonej trawy. Świnka odchyliła się do tyłu i zsunęła po szybie, aż usiadła na patio. Margot dołączyła do niej.
– Czyżby nadszedł ten dzień? – zapytała Świnka i ruchem podbródka wskazała na Kita i Sashę.
– Kiedy w końcu się pozabijają? – Margot przechyliła głowę z boku na bok, jakby zastanawiała się nad różnymi wariantami. – Nie – zawyrokowała w końcu i wyciągnęła rękę po zapalniczkę. – Bo biedna Sophie bardzo by się zmartwiła.
Świnka parsknęła śmiechem.
– A tak w ogóle, to skąd ją wytrzasnęłaś? – zapytała Margot.
– Zaręczyli się z Sebem w Boże Narodzenie.
– Oklepane. – Margot pstryknęła zapalniczką, płomyk rozbłysł.
Świnka przyłożyła palec do ust, po czym skinęła głową. Wyciągnęła papierosa z paczki.
– Prawda? Ona mówi na nas peżety, „prawie żony”, a mnie to strasznie przygnębia. – Pochyliła się nad zapalniczką w ręce Margot, papieros się rozżarzył. – To brzmi jak choroba weneryczna.
Margot zadrżała, odchyliła głowę do tyłu i wzięła głęboki wdech.
– Boże, ale to fantastycznie pachnie.
– Co Sasha sobie pomyśli o twoim biernym paleniu?
– Dopóki to ja jestem w ciąży i mam rodzić, wygrywam wszystkie kłótnie.
– Przydatna rzecz.
– No ba.
Dym wzniósł się nad nimi w kierunku czystego ciemnego nieba, a Świnka poczuła, jak nikotyna łagodzi jej ból głowy. Odetchnęła głęboko.
– Widać gwiazdy – zauważyła.
Margot skinęła głową.
– Zadowolona z kolacji?
– Chyba tak. Chociaż mogliby się już wynieść z mojego domu. – Świnka odchyliła się do tyłu i uderzyła czubkiem głowy w szklane drzwi.
– „Z mojego domu” – powtórzyła jak echo Margot.
– Wiem, wiem – odparła Świnka, spoglądając w górę.
– Kiedy ty się tak zestarzałaś? Właścicielka domu i peżet.
– Trzydziestego października awansuję na samo żet – potwierdziła zdecydowanym głosem Świnka. – Dokładnie za dziewięćdziesiąt osiem dni.
– Odliczanie dni do jakiegoś wydarzenia sprawia, że to brzmi jak seryjny morderca.
Świnka się roześmiała, a z jej ust buchnęły kłęby dymu.
– Jesteś dorosła – stwierdziła Margot.
– Ty jesteś w ciąży!
– Nawet czternastolatka może zajść w ciążę. A ty się zaręczyłaś i masz dom.
Papieros wypalił się niemal do końca. Świnka wyrzuciła przez patio niedopałek, który rozjarzył się w ciemności.
– Dobra, faktycznie się starzeję – mruknęła i aż się wzdrygnęła. – Mam ochotę to podnieść i wrzucić do kosza.
Dochodziła pierwsza w nocy, gdy Świnka i Kit stanęli wreszcie na progu domu i pomachali gościom na pożegnanie. Wyjeżdżając z podjazdu zdezelowanym Fordem Focusem, Margot uniosła rękę, a siedząca obok niej Sasha wystawiła środkowy palec do Kita, który zrewanżował się, przesyłając jej pocałunek. Seb podziękował przez okno taksówki. Sophie nie podniosła wzroku znad telefonu.
– Ciekawe, co sąsiedzi pomyślą o nas i naszych głośnych znajomych. – Kit rozejrzał się na boki.
– Chyba nie mamy jeszcze żadnych sąsiadów – odparła Świnka. W identycznych domach, które stały po obu stronach, nie paliły się światła. Podjazdy były puste.
– W takim razie… – Kit objął ją, wciągnął z powrotem do środka i zamknął drzwi – …możemy robić tyle hałasu, ile nam się podoba.
W sypialni, w blasku księżyca, z odsłoniętymi oknami bez żaluzji, dokonali podsumowania.
– A więc sukces? – zapytała Świnka, gdy Kit rzucał ubrania na kartonowe pudło.
– Triumf – potwierdził i położył się na materacu. – Seb prosił o przepis na deser.
– Serio? – Świnka podniosła wzrok. – Co powiedział?
– Że w życiu nie jadł niczego równie dobrego. Powiedziałem mu, że to przepis z książki kucharskiej, którą redagujesz, i jeśli obieca, że nikomu go nie zdradzi, poproszę cię, żebyś przesłała mu go mailem.
Świnka skinęła głową i zsunęła ramiączka sukienki. Znieruchomiała na chwilę i uśmiechnęła się do siebie.
– I że jestem najwspanialszą kobietą na świecie? – dodała, gdy sukienka opadła z jej ciała i rozkwitła na podłodze wokół niej.
– Najwspanialszą – potwierdził Kit, opierając się na materacu i patrząc na nią. – Oczywiście.
Uśmiechnęła się. Nie czuła chłodu na nagiej skórze, a mimo późnej pory nie chciało jej się spać – opadła na niego, wygłodniała.
On powie jej to trzynaście dni przed ślubem,
a ona poczuje, jak jego słowa wbijają się
między jej żebra niczym odłamek kości.
Świnka leżała w ciemności i wsłuchiwała się w oddech Kita. Dochodziła siódma, a ich sypialnię wciąż spowijała cisza październikowego niedzielnego poranka. Zaraz po przeprowadzce – nim zamontowali rolety – słońce budziło ich, zanim jeszcze zdążyły to zrobić ich ciała: burczące żołądki, pełne pęcherze. Teraz: ciemność. Teraz: świszczący oddech Kita, suchy i ciężki. Świnka nie zobaczy światła słonecznego o tej porze aż do wiosny przyszłego roku, a wtedy będzie już mężatką. Na chwilę zamknęła oczy, odwróciła się do narzeczonego i zastanawiała się, czy nie zasnąć, ale potem wyszła z łóżka. Chciała znaleźć się w swojej kuchni.
Całą noc czekała na przebudzenie, jej ciało było w stanie gotowości i kiedy tylko otworzyła oczy, pomyślała o Margot i swojej obietnicy, że przygotuje przyjaciółce zapasy do zamrażarki. Tylko tyle miała do zaoferowania podczas rozmów na temat trzeciego trymestru ciąży. Kiedy Margot przytaczała anegdoty o zajęciach prenatalnych w ramach państwowej opieki zdrowotnej, gdzie porady były wprawdzie darmowe, ale parking kosztował dziesięć funtów, Świnka dzieliła się z nią pomysłami na menu. Kupiła pięćdziesiąt foliowych tacek.
Świnka zamknęła za sobą drzwi – jeśli nie narobi hałasu, Kit pośpi jeszcze godzinę – i włączyła lampkę w okapie. Przy kuchennym stole zajęła miejsce wśród bałaganu ich życia, przestawiła datę na ozdobnym drewnianym kalendarzu – dwadzieścia jeden dni, dwadzieścia dni – i sięgnęła po książkę kucharską. Przez chwilę rozkoszowała się półmrokiem kuchni i obrazem własnego ciała przygotowującego się do pracy, gdy wszyscy inni spali, po czym przeczytała przepis na wegetariańską zapiekankę, jednocześnie zastanawiając się, jak Margot opowie o swoich wysiłkach bezimiennym ciężarnym kobietom, z którymi popijała spienione mleko z bezkofeinowego cappuccino.
Stała nad garnkiem Le Creuset i patrzyła, jak marchewki, seler i cebula wiotczeją, a ich chrupkie krawędzie stają się miękkie i przyrumienione, gdy rozbłysły kuchenne lampy.
– Ciemno tu – stwierdził Kit, a Świnka się wzdrygnęła. Przysunął się do niej, pocałował ją w zagłębienie między kością policzkową a czołem, a ją ogarnęła ochota, by się odsunąć, zgasić górne światło i skulić się nad kuchenką plecami do Kita.
– Myślałam, że śpisz – powiedziała, nie patrząc na niego, nie umiejąc wyrazić tego, jak jego obecność zburzyła obraz jej pracowitości, prywatnej wydajności.
– Cebula – odparł i machnął ręką w stronę schodów.
Świnka zmarszczyła czoło, przykryła garnek okrągłą pomarańczową pokrywką i przykucnęła, by sięgnąć po worek ziemniaków.
– Dla Margot? – zapytał Kit nieświadom jej nastroju, po czym napełnił kawiarkę kawą i wodą i postawił ją na płycie obok mięknących warzyw Świnki.
Ona, z głową w szafce, mruknęła twierdząco, jednocześnie zastanawiając się, czy nie wpełznąć do środka.
– Czy twoi rodzice widzieli się z Margot, odkąd zaszła w ciążę? – zapytał, przechodząc przez kuchnię i opierając się o blat obok niej. Pogładził jej zgarbiony bark. Poczuła, jak jego palce układają się w dłoń na jej plecach, gdy przykucnął obok niej. – Tak przy okazji, mogę pomóc? – rzucił, a ona spojrzała na niego, na jego opuchnięte niebieskie oczy zmarszczone w uśmiechu. Wiedziała, że go obudziła, i miała ochotę musnąć wargami jego powieki. Wycofała się z rękami pełnymi ziemniaków. Potrząsnęła głową.
– Mama tak, kiedy kupowałyśmy sukienkę, ale nie zachowywała się jakoś dziwnie – odparła, domyślając się, skąd wzięło się to pytanie. Zabrała się do obierania ziemniaków, a jej dłonie pokryły się krochmalem, który zasychał na skórze.
– Nie – stwierdził Kit z namysłem. – Nie, nie wyobrażam sobie, żeby mogła się dziwnie zachowywać. – Obserwował, jak jej nóż wbija się w ziemniaki. Zmienił pozycję. – Ale potrafię sobie wyobrazić, że mój tata mógłby coś powiedzieć.
Świnka podniosła wzrok.
Richard zazwyczaj niewiele się odzywał. Jego konwersacyjny popęd wzbierał w weekendy, kiedy rozgrywano mecze rugby lub krykieta. To była jedyna niegustowna rzecz w domu w Summertown: nieustannie włączony telewizor i zbyt głośny dźwięk. Kiedy Świnka tam bywała, zawsze znała wynik spotkania Saracenów z Osami, Harlekinów z zespołem Worcester: mówił jej o tym telewizor albo Richard.
– Nie żeby umyślnie próbował ją obrazić, ale wyobrażam sobie, jak przy wszystkich pyta Margot o ojca dziecka. – Para bulgotała i syczała wokół krawędzi garnka.
– Pytać akurat można – odparła Świnka i wrzuciła ziemniaki do wrzątku.
– Cóż… – Kit zaczął, ale umilkł na chwilę. – Wydaje mi się, że będzie miał swoje zdanie i nie omieszka go wyrazić.
Ojcowie, jak wynikało z doświadczenia Świnki, byli przekonani, że mogą swobodnie wyrażać swoje opinie tak, jakby chodziło o fakty. Zarówno jej ojciec, jak i Richard nie wstydzili się głosić własnych przekonań bez skrępowania, podczas gdy jej matka i Cecelia potrafiły skutecznie ignorować wynurzenia mężów i wszelkie urazy, jakie wywoływały.
– A możesz dopilnować, żeby nie dzielił się nim z Margot? – zapytała Świnka.
– On nikomu nie szkodzi. – Kit wzruszył ramionami, stchórzył. Kawiarka na kuchence zaczęła gwizdać, z dziobka popłynęła para, a na kafelkach na ścianie osiadły skropliny. – Wiesz, jaki on jest. – Sięgnął po dzbanek, a Świnka podniosła pokrywkę garnka. Zderzyli się.
– Możesz mi zejść z drogi? – warknęła.
Spojrzał na nią spokojnym wzrokiem. Nie poruszyła się. Kit podniósł kawiarkę i postawił ją na podstawce.
– Dobrze – odparł cicho. Pochylił się do przodu i sięgnął po stojące przed Świnką kubki. – Przepraszam – powiedział.
Nie poruszyła się. Wyobraziła sobie, jak otwiera drzwiczki i roztrzaskuje mu je na twarzy.
– Przepraszam – powtórzył głośniej, a ona się odsunęła.
Kit ruszył na górę z kawą w ręku, a Świnka poczuła, jak adrenalina wywołana sprzeczką buzuje w jej żyłach: bezużytecznie. Spojrzała na kubek, który dla niej zostawił – z czarnego płynu unosiła się para. Nie wiedziała, jak pić tę kawę: jak kłócić się i przyjąć troskę, jak nienawidzić i jak kochać. Słońce już wstało. Zgasiła lampkę na okapie, przeszła przez kuchnię i wyłączyła górne światło.
Pod pokrywką garnka prażyło się sofrito.
Cebula, marchew, seler i czosnek pachniały jak wieczór dnia powszedniego: zaczątki gotowania dla dużej gromadki. Pomyślała o tym, jak Margot zajada się przygotowanym przez nią jedzeniem, jak jej zmęczone oczy rozjaśnia uśmiech, a Sasha trzyma bezkształtne dziecko. Margot wkrótce będzie miała własną gromadkę. Za nieco ponad dwa miesiące nie będzie już tylu suto zakrapianych przyjęć, zastąpią je bezalkoholowe napoje i pikniki w parku, a Świnka będzie odwracać wzrok od odsłoniętego ciemnego sutka Margot. Irytował ją Kit. Możliwe, że Margot też ją irytowała.
Nie byłby to jej pierwszy przypływ agresji, gdy życie przyjaciółki przybierało inny kształt niż jej własne. Kiedy Sasha została przedstawiona, przyprowadzona na jedną z ich piątkowych kolacji, zupełnie jakby ją zaproszono, obie przekomarzały się z Margot przy tofu, wymieniały anegdotami, konkurowały ze sobą przez harde uśmiechy. Gdy z talerzy zniknęły ostatnie kąski i kobiety ruszyły ku wyjściu ze splecionymi dłońmi, Margot wymruczała „dziękuję” ponad ramieniem Sashy, a Świnka poczuła się osamotniona: uwaga przyjaciółki odwróciła się od niej i skupiła na innym obiekcie.
Opłukała kilogram soczewicy i dodała ją do garnka wraz z puszką pomidorów, przyprawami i płatkami chili. Rozległ się syk: woda zetknęła się z oliwą i gorącym żelazem. Świnka zagotowała wrzątek w czajniku i rozpuściła marmite i kostkę rosołową w dzbanku, a następnie zaparzyła sobie miętową herbatę. Wyrzuty sumienia uciszyła racjonalnymi argumentami: i tak nie miała ochoty na kofeinę. Dodała bulion i soczewica wypłynęła na powierzchnię. Wylała kawę i zaczęła się zastanawiać, czy ona i Kit będą kiedyś gotowi na dziecko.
Margot nigdy nie wstydziła się tego, że pragnie dziecka.
Zanim pojawiła się Sasha, kiedy ich nocne zakrapiane winem rozmowy nabierały głębi – i po tym, jak omówiły kryzys klimatyczny, przemoc wobec kobiet oraz rasizm instytucjonalny – nieodmiennie zwracały się ku przyszłości.
„Zawsze chciałam mieć dziecko”, mówiła Margot z rozmarzonym uśmiechem na twarzy, jakby była na haju. Ta pewność nigdy je nie opuszczała.
Świnka wsunęła nóż w ziemniaki walczące ze sobą w głębokim garnku na tylnym palniku. Odcedziła je, a okna w kuchni na chwilę zaparowały.
Świnka się wtedy nie martwiła. Przecież ledwo skończyły dwadzieścia lat. Wciąż miały czas. Myślała, że wciąż ma czas.
Usłyszała soczewicę – wściekły, grzmiący syk czegoś, co zaczepia się o żeliwo. Zanurzone w gulaszu z pomidorów, bulionu i sofrito ziarna zaczynały podskakiwać. Bąbelki ciepła wydostawały się na powierzchnię. Świnka zmniejszyła płomień.
Były dla siebie nawzajem całym światem – wymieniły się nawet bransoletkami, co prawda ironicznie, ale potem pojawiła się Sasha, a niedługo później Świnka poznała Kita. Wciąż pozostawały ze sobą blisko – to oczywiste – ale rodzina Margot rozrastała się w kierunku coraz bardziej odległym od Świnki, tak jak Margot planowała, tak jak zawsze wiedziała, i było w tym wyborze coś bolesnego: Margot parła naprzód, jak zawsze pewna siebie, i tworzyła własną wspólnotę, zamiast czekać na Świnkę, zostawiając ją w tyle.
Świnka wrzuciła ziemniaki z powrotem do pustego rondla i dodała do nich mleko, dwie, trzy łyżki masła, sól i biały pieprz. Odetchnęła, gdy mgła w kuchni się rozwiała. Trzymała tłuczek w dłoni i słuchała rytmicznego bulgotania gulaszu. Zaraz się to połączy. Wszystko się połączy.
– Dlaczego ludzie ciągle przyrządzają mi coś z soczewicą? – wykrzyknęła Margot, gdy Świnka podała jej zapiekanki. – Daj mi makaron. Daj mi ser.
Kiedy Świnka dotarła do domu Margot i Sashy – fasada porośnięta bluszczem, ganek pokryty opadłymi liśćmi czerwonego klonu, farba łuszcząca się z niebieskich drzwi wejściowych – Margot zawołała od progu:
– Mam nadzieję, że to ciasteczka.
– Kto jeszcze robi ci potrawy z soczewicy? – zapytała Świnka z uśmiechem, gdy wkładała srebrne tace do lodówki Margot, odsuwając na bok słoiki z marynatami, talerze z resztkami i przejrzałego banana.
– Ty – odparła Margot, unosząc palec – i Sasha – dodała, unosząc drugi.
– Czyli ja i twoja żona?
– Niewdzięcznica z niej, prawda? – odezwała się Sasha, wchodząc do kuchni. – Cześć, Świ-świ.
– Sash, właśnie zaparzyłam ci herbaty. – Margot wskazała na trzy parujące kubki na stole przed nią. – Jak niby jestem niewdzięczna?
– Chyba mylisz wdzięczność ze zwykłą uprzejmością – stwierdziła Sasha i podniosła do ust jeden z kubków.
Świnka podążyła za Margot wąskim korytarzem o nierównych ścianach do salonu na tyłach domu. Pokój ten, który zawsze zaskakiwał ją jasnością, kontrastował z resztą ciemnego, nisko sklepionego domu. Na tylnej ścianie rozciągały się drzwi harmonijkowe, a w pochyłym suficie zainstalowano świetliki.
– Przepraszam za bałagan – powiedziała Margot, przekopując się przez stosy prania, książek i nieotwartych pudełek zawierających laktator, przewijak i łóżeczko. Gestem zaprosiła Świnkę, by usiadła, po czym sama opadła na fotel.
Obok brązowej skórzanej sofy leżała przygnieciona piłka porodowa.
– Nie usiądziesz na tym? – zapytała Świnka, wskazując na piłkę.
Margot potrząsnęła głową i poprawiła pozycję, trzymając rękę na wypukłości brzucha. Świnka przyciągnęła piłkę do siebie i przełożyła ją z jednej ręki do drugiej.
Spojrzała na przyjaciółkę, usadowioną na skraju fotela, i nie mogła się powstrzymać od skierowania wzroku na brzuch Margot. Wystawał teraz jak balon, niemal karykaturalnie. Za każdym razem, gdy się widziały, ciało Margot się zmieniało. Po pierwszym miesiącu widocznej ciąży Świnka zmusiła się do zaprzestania zadawania pytań. Margot odpowiadała, ale Świnka zawsze czuła się przy niej mała – dziewczęca i naiwna.
– Wiem – powiedziała Margot, podążając za wzrokiem Świnki. – Jestem wielka jak kaszalot.
– Nie jesteś – odparła Świnka.
Margot się roześmiała.
– W porządku. Noszę w sobie człowieka, nie przeszkadza mi, że jestem ogromna – stwierdziła.
Świnka klepnęła piłkę porodową, próbując ją odbić.
– Wyobraź sobie, jak będziesz wyglądać za miesiąc – powiedziała.
– Pewnie jak wańka-wstańka. Chociaż nie spodziewam się wstać po upadku.
Margot opuściła głowę i pogłaskała się po wydatnym brzuchu, uśmiechnięta, jakby przypominała sobie jakiś osobisty żart. Świnka czekała, aż Margot do niej wróci, a tymczasem sama osunęła się na piłkę porodową. Poczuła, jak jej miednica się przechyla, a kolana uginają.
Margot podniosła wzrok i roześmiała się na widok Świnki kręcącej biodrami.
– Pasuje ci – stwierdziła i puściła oko, na co Świnka prychnęła. – No a co u ciebie? I tak, pytam właśnie o ciebie. Będę naliczać jednego funta za każdą wzmiankę o weselu.
– Jest bardzo duża. – Świnka pochyliła się do przodu, podniosła szklankę z wodą gazowaną z podstawki na niskim stoliczku, po czym odwróciła się, by spojrzeć na Kita. – Ale w domu panuje bałagan. – Wypiła łyk, przesuwając palcami po miękkim, aksamitnym obiciu jasnoróżowej sofy.
W ciągu tych kilku miesięcy, odkąd tu zamieszkali, ich dom zmienił się nie do poznania. Salon był teraz czysty i starannie umeblowany. Nad sofą wisiała galeria zdjęć, przy drzwiach stała wysoka monstera, a w blasku telewizora błyszczał barek na kółkach.
– One nie są jakoś szczególnie zorganizowane, prawda? – odezwał się Kit z ustami pełnymi kiełków fasoli i zielonego mango. Nie odrywał wzroku od telewizora. – Nie to co my.
Świnka myślała o weselu, kiedy wstąpiła do nowej tajskiej knajpki w centrum miasta po pudełka z pad pakiem i sajgonkami na kolację. W głowie kłębiły jej się różne obrazy – ona i Kit roześmiani, objęci, pełni szczęścia; podziw gości, ich zazdrość; i jak zawsze: jej ciało, jej sukienka, zdjęcia, które staną na kominku jej rodziców. W restauracji wertowała menu, szukając dań warzywnych i słów, które potrafiłaby wymówić. Kit zakrzyknął radośnie, gdy weszła z papierowymi torbami na wynos w ręku, a Świnka miała nadzieję, że zrozumiał jej przeprosiny, przekazane między arkuszami półprzezroczystego papieru ryżowego.
– Nie wiem, jak sobie poradzą, gdy pojawi się dziecko – powiedział Kit i sięgnął po dwie grube sajgonki z pokrojonym ogórkiem, kiełkami fasoli i makaronem vermicelli, ze wstążkami świeżych ziół zamkniętych jak żyły pod skórą. Podał jedną Śwince. Papier ryżowy przykleił mu się do wilgotnych opuszek palców.
– Ja też nie – odparła i wsunęła dłoń na kolana, gdy usadowili się z powrotem na sofie, oblizując wargi.
Pewnych rzeczy nie wolno mówić przyjaciółkom.
Wiedziała, że raz wypowiedziana prawda ma moc
pozbawienia jej życia, które tak starannie budowała
i którym z takim zadowoleniem dumnie się dzieliła.
Świnka stała w salonie, skąpana w błękitnym świetle, a ciemność o piątej nad ranem rozjaśniał blask telewizora. Nie włączyła światła i zamiast tego szukała pilota, który jak wiedziała, leżał na stoliku do kawy. Miała na sobie sportowy stanik i buty treningowe, a cały dom był pogrążony w ciszy i bezruchu. Na piętrze spał Kit.
