Opis

To najbardziej nietypowa z moich książek. Zawsze chciałem przedstawić historię polskich świąt zupełnie inaczej niż to dotychczas robili historycy czy antropologowie kultury. Oddaję do Państwa rąk tom opowiadający o całym roku polskich świąt – od Pasterki do Pasterki.

Nikt wcześniej nie opisał wydarzeń historycznych, jakie miały miejsce podczas naszych świąt, a nie zawsze były to wydarzenia chlubne. Uznałem, że warto się tymi odkryciami podzielić z Czytelnikami. Zebrany zestaw faktów może czasem szokować – wiem, bo sam byłem mocno zaskoczony kompletując materiał do książki.

Kto bowiem pamięta, że choinka, tak bardzo Polski symbol świąt Bożego Narodzenia ma luterański rodowód? Albo, że karp na każdym stole, dzisiejszy symbol wieczerzy wigilijnej był pomysłem PRL-owskiego aparatczyka?

Zebrałem też opis wydarzeń historycznych, które rozegrały się w święta, a którymi choć nie do końca chcielibyśmy się szczycić, to jednak z naszej historii trudno je wymazać. Nasze piękne, kolorowe, spokojne i rodzinne święta dla niektórych stały się dekoracjami wielkich zbrodni. Zbrodni, które rozegrały się ”wśród nocnej ciszy…”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 274

Popularność

lub

Projekt okłdki i stron tytułowychFahrenheit 451

Materiał graficzny wykorzystany w publikacji pochodzi z wolnych zasobów Internetu i ma charakter ilustracyjny, dlatego nie został podpisany

Redakcja i korektaKatarzyna Litwińczuk

Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz

ISBN 9788380794917

Copyright © Sławomir Koper 2019Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

WydawcaFronda PL, Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 3202-220 Warszawa Tel. 22 836 54 44, 877 37 35 Faks 22 877 37 34e-mail: [email protected]

www.wydawnictwofronda.plwww.facebook.com/FrondaWydawnictwowww.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Monika Lipiec

Od autora

Nie ukrywam, że zawsze interesowałem się symboliką i dziejami polskich świąt, ale robiłem to w sposób inny niż większość historyków. Badacze bowiem na ogół koncentrują się na obrzędowości, ewentualnie opisach tradycji ludowych, rzadko wiążąc te tematy ze sobą. Natomiast mnie pasjonowało pochodzenie najważniejszych polskich świąt, a także zachodzące przez stulecia przemiany w ich celebrowaniu. Pojawiały się nowe elementy obrzędowości, inne z kolei zanikały, zdarzało się również, że z pewnych względów niektóre obchody zostały przesunięte na zupełnie inne terminy. Do tego zawsze fascynowało mnie przenikanie tradycji ludowej o pogańskim charakterze do świąt kościelnych, a przy okazji pojawianie się nowych zwyczajów, czasami o bardzo nieodległym rodowodzie. Przecież karp jako król polskiego stołu wigilijnego – choć obecny w naszym menu od dawna – tak naprawdę na stałe zagościł masowo w jadłospisie świątecznym dopiero w PRL-u, a dzisiaj nikt już nie wyobraża sobie bez niego Bożego Narodzenia.

Z drugiej strony zawsze dziwiło mnie, że tak dużo pisało się o tradycjach świątecznych, a nigdy nie pojawiła się książka, która opisywałaby wydarzenia historyczne, jakie miały miejsce właśnie w tych konkretnych dniach. Przecież w ponadtysiącletnich dziejach naszego kraju nie brakowało chwil świątecznej chwały, ale także spraw trudnych, a czasami wręcz wstydliwych, które przez historyków bywały skrzętnie pomijane. Ja jednak nigdy nie obawiałem się pisania prawdy, dlatego ta książka ma właśnie taki, a nie inny kształt.

Nie ukrywam zresztą, że pozycja ta powstawała bardzo długo, zacząłem ją bowiem pisać ponad dwa lata temu. Otrzymałem wówczas zamówienie od jednego z większych wydawnictw w kraju, książka miała pierwotnie nosić tytuł Historia polskich świąt i mieć zupełnie inny charakter, niż ostatecznie otrzymała. W połowie pracy zorientowałem się jednak, że powstaje zupełnie inna pozycja – właśnie Święta po polsku – i stąd wynikła zwłoka w pracy nad nią. Gdy przedstawiłem wydawnictwu mniej więcej połowę tekstu, nie ukrywano zaskoczenia, co wydało mi się raczej dziwne. Przecież powszechnie znane są moje zainteresowania i trudno było się spodziewać, że napiszę typową książkę do czytania pod choinką. Dlatego też obecnie pozycję tę wydaje inne wydawnictwo, a książka utrzymała charakter, jaki jej nadałem.

Mimo wszystko jest to być może najbardziej nietypowa pozycja mojego autorstwa. Lecz czy pisarz powinien zamykać się w granicach jednej czy dwóch konwencji? Jeżeli bowiem czuje się prawdziwym historykiem i autorem, na pewno nie może się ograniczać. Dlatego opisałem polskie święta w taki sposób, jakiego w naszej literaturze jeszcze nie było.

Sławomir Koper

Część I.Najpiękniejsze ze świąt

Rozdział 1Tradycja i współczesność Bożego Narodzenia

Słońce Niezwyciężone

Zapewne niewiele osób zdaje sobie sprawę, że data dzienna Bożego Narodzenia została przyjęta przez Kościół dopiero 300 lat po śmierci Chrystusa. Ewangeliści nie podali bowiem dnia, w którym Jezus się narodził (data roczna także jest sporna), zatem początkowo obchodzono Boże Narodzenie w różnych terminach (6 stycznia, 19 kwietnia, 20 maja, 17 listopada). Inna sprawa, że pierwsi chrześcijanie znacznie większą rolę przykładali do męczeńskiej śmierci i zmartwychwstania Zbawiciela niż do jego narodzin.

25 grudnia był natomiast uważany za dzień urodzin Mitry, indoirańskiego bóstwa słońca, którego kult w II wieku naszej ery rozpowszechnił się w basenie Morza Śródziemnego. Rzymianie przejawiali synkretyzm religijny, adaptowali lokalne kulty do swoich potrzeb, w efekcie wschodnia religia stopiła się z kultem Apollona i Heliosa. Dzięki temu powstało nowe bóstwo – Słońce Niezwyciężone (Sol Invictus), a jego czcicielami stali się niebawem rzymscy władcy.

Pierwszym znanym cesarzem, który został wyznawcą bóstwa, był Kommodus (przedstawiony w filmie Gladiator), a kult Słońca Niezwyciężonego zyskał takie znaczenie, że w 274 roku cesarz Aurelian oficjalnie ustanowił święto narodzin bóstwa na dzień 25 grudnia i rzymskim obyczajem zarządził, by właśnie tego dnia odbywały się igrzyska dla ludu. Oczywiście znacznie podniosło to atrakcyjność święta wśród mieszkańców imperium.

Kult ten stał się szczególnie silny w szeregach armii, a jego gorliwym wyznawcą przez długie lata był także Konstantyn Wielki. To właśnie na jego polecenie w 321 roku wprowadzono Dzień Słońca, czyli dzisiejszą niedzielę. Pozostałości cesarskiego ustawodawstwa są do dzisiaj obecne w wielu językach europejskich (niemieckie Sonntag, angielskie Sunday).

Mitraizm i chrześcijaństwo rywalizowały ze sobą o wpływy na terenie imperium rzymskiego, jednak z upływem czasu zwycięstwo zaczęło się przechylać na stronę wyznawców Jezusa. Dlatego też władze kościelne wykorzystały fakt, że 25 grudnia od wielu lat był uważany za dzień świąteczny, i ogłosiły go datą narodzin Chrystusa. Oficjalnie włączono ten dzień do kalendarza liturgicznego, a konkurencja ze strony czcicieli Słońca Niezwyciężonego stosunkowo szybko zniknęła, szczególnie że za panowania cesarza Teodozjusza (392 rok) chrześcijaństwo stało się religią państwową.

Słowiańskie Gody

Z bardzo różnych powodów o wierzeniach i zwyczajach naszych przodków wiemy znacznie mniej niż o kultach antycznych. W efekcie skazani jesteśmy wyłącznie na przekazy kronikarzy chrześcijańskich (niechętnych pogańskim obyczajom) oraz na badania etnograficzne i archeologiczne. Na szczęście wiele dawnych obrzędów zachowało się przez stulecia, a niektóre przetrwały do dnia dzisiejszego, dzięki czemu możemy wnioskować o obyczajach dawnych Słowian.

Jednym z najważniejszych świąt naszych przodków był dzień przesilenia zimowego. Po najdłuższej nocy w roku ponownie przybywało dnia, co stanowiło jasny sygnał, że rozpoczynał się nowy rok wegetacyjny, gdyż Słońce odzyskiwało władzę nad światem. A zatem był to czas Godów – okres radości i beztroski.

Wprawdzie pojawiają się teorie, że Nowy Rok Słowianie świętowali wiosną, ale nie wydaje się to prawdą. Słowo „gody” oznaczało bowiem dosłownie rok i właśnie pod tą nazwą do dzisiaj funkcjonuje w różnych językach (rosyjskie – god, chorwackie – godine, serbskie i bułgarskie – godina). Zresztą „gody” – jako określenie przełomu grudnia i stycznia – przez długi czas utrzymywało się w języku polskim, zanikło ostatecznie dopiero za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Święto trwało od kilku do kilkunastu dni, w tym czasie rezygnowano z wszelkiej pracy fizycznej i poświęcano się bujnemu życiu towarzyskiemu. Wspólnie ucztowano, obdarowywano się prezentami, śpiewano tradycyjne pieśni. W niektórych regionach kraju (głównie na Śląsku) istniał zwyczaj dekorowania suszonymi owocami ostatniego snopa zżętego żyta, który następnie przechowywano do kolejnego siewu. Rozpoczynano go garścią nasion właśnie z tego snopa, co miało symbolizować ciągłość wegetacji roślin.

Na innych terenach kultywowano z kolei zwyczaj dekorowania gałęzi świerku, jodły lub sosny, którą zawieszano u powały domostwa. Z czasem gałąź (zwaną podłaźniczką, a także połaźnikiem lub podłaźnikiem) oraz snop stawiany w kącie zastąpiła niemiecka choinka, którą początkowo też zresztą zawieszano pod sufitem. Do dzisiaj przetrwał natomiast słowiański obyczaj wkładania źdźbeł słomy lub siana pod obrus, co miało zapewnić urodzaj w przyszłym roku.

Rodzimą proweniencję ma również turoń, a jego pierwowzorem był zapewne tur [wymarły przodek bydła domowego – red.]. Świąteczna maszkara, obchodząc domostwa wraz innymi uczestnikami zabawy, zwykle padała na progu i należało ją ocucić alkoholem, co symbolizowało odradzanie się życia. Jednak tradycja pojenia turonia wódką (gorzałką) mogła się pojawić dopiero w XVII wieku, gdy trunek ten rozpowszechnił się w Europie. W czasach przedchrześcijańskich nie znano jeszcze procesu jego destylacji, zatem maszkarę częstowano zapewne piwem lub syconym miodem. Wino – jako trunek importowany i zbyt drogi – nie wchodziło raczej w rachubę.

Pogańskie pochodzenie ma także gwiazda betlejemska używana przez dzisiejszych kolędników. Zapewne ewoluowała z dawnego symbolu odradzającego się słońca, nabierając z czasem chrześcijańskiej treści.

Natomiast dość nietypowym elementem obrzędowości słowiańskich Godów było powiązanie święta ze wspomnieniem o zmarłych. Właśnie stąd pochodzi zwyczaj utrzymywania ognia w paleniskach domowych przez cały dzień oraz rozniecania ognisk na dworze. Wierzono, że dusze bliskich zmarłych mogą się dzięki temu ogrzać, zostawiano też dla nich wolne miejsce przy stole. Z czasem przyjęło to formę dodatkowego nakrycia dla niespodziewanego gościa – wędrowca, który nie zdążył na Wigilię do własnego domu…

Wigilijne toasty i polowania

Określenie „wigilia”, czyli dosłownie „czuwanie”, oznacza w Kościele katolickim rozpoczęcie święta o zmierzchu dnia poprzedniego. Jest to bezpośrednie przeniesienie tradycji żydowskiej, według której dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca. Jednak w przypadku Bożego Narodzenia początek wigilii połączono z pojawieniem się na niebie pierwszych gwiazd, co było nawiązaniem do gwiazdy betlejemskiej informującej mędrców ze Wschodu o miejscu narodzin Mesjasza.

Polska Wigilia jest wyjątkowym świętem, nie ma swoich odpowiedników w większości krajów katolickiej Europy. Nad Wisłą powszechną tradycją jest post, podczas gdy na przykład Francuzi jadają tego dnia drób, szczególnie indyka, natomiast Niemcy – sałatkę z ziemniaków z parówkami. Jednak pewne odstępstwa zdarzają się nawet w naszym kraju: gdy na Kielecczyźnie Wigilia wypadała w niedzielę (dzień ten znosi post), przesuwano ją na sobotę, a święta trwały trzy dni.

Niezwykle obecnie popularne w firmach i korporacjach przedświąteczne imprezy przy śledziku miały swój pierwowzór w środowisku dziennikarskim Warszawy przełomu XIX i XX stulecia. Obyczajem ówczesnych publicystów były bowiem spotkania w lokalach, gdzie raczono się postnymi potrawami (szczególnie rybami na zimno) i wznoszono liczne toasty. Imprezy zaczynały się rankiem, z reguły jednak znacznie się przeciągały, co dla żonatych żurnalistów wiązało się z pewnymi problemami na gruncie rodzinnym. Z tego powodu zaczęto je organizować dzień przed Wigilią, co okazało się jeszcze gorszym pomysłem. Biesiadnicy – wiedząc bowiem, że nie są związani terminami – dawali folgę krasomówstwu i upodobaniu do trunków. Po północy spożywano już wyłącznie ryby, a uczestnicy śledziowej libacji najczęściej pojawiali się w domach w stanie znacznie gorszym niż poprzednio. W efekcie zwyczaj ten zanikł, a w zamian zaczęto urządzać spotkania w okresie Wielkiego Tygodnia, gdy czasu na odzyskanie formy było trochę więcej. Coś z tego przeniknęło jednak do nazewnictwa, gdyż libacje urządzane przed Wielkanocą określano jako „rybki”, a nie – jak obecnie – „jajeczka”…

Gdy stołeczni żurnaliści raczyli się alkoholem i wysłuchiwali wzajemnych toastów, ziemianie we wczesnych godzinach Wigilii oddawali się polowaniom. Do dobrego tonu należało bowiem zaopatrzyć spiżarnie domowe w świeże mięso, poza tym udane polowanie miało zapewnić szczęście w kolejnym roku.

„Na Podolu lasów było mało – wspominał pisarz Antoni Kuśniewicz – toteż przeważnie polowano na polach, w kotłach. Zwykle na łagodnym zboczu. Spod małego grabowego lasku ku niskim łąkom na dole. Myśliwych ustawiano plecami do zagajnika (…) od dołu, od potoku w łąkach posuwała się powoli nagonka”1.

Polowanie nie mogło się obyć bez tradycyjnej przekąski. Oczywiście zachowywano post, zatem jedzono śledzie z razowym chlebem, pieczone ziemniaki, barszcz i kapustę z grzybami. Towarzyszyła temu wódka na rozgrzewkę, co miało podkreślić męski charakter spotkania.

Podobieństwa i różnice

Tradycji wigilijnych w naszym kraju zachowało się tak wiele, że można by o nich napisać oddzielną książkę. W poszczególnych regionach obowiązywał odmienny jadłospis, inaczej też świętowano ten najpiękniejszy dla większości wieczór w roku. Właściwie wspólna była tylko zasada postu, dzielenia się opłatkiem oraz składania sobie życzeń.

Liczba potraw wigilijnych również była bardzo zróżnicowana – wahała się od pięciu do dwunastu, chociaż najczęściej serwowano nieparzystą ich liczbę (dziewięć lub jedenaście). Na Śląsku nie wyobrażano sobie wigilijnego stołu bez moczki [piernik i suszone owoce moczone w ciemnym piwie – red.] i makówki [rodzaj deseru – red.], natomiast we wschodnich regionach kraju – bez kutii. Bardzo popularne były pierogi z kapustą i grzybami, chociaż na Podlasiu tradycją był farsz z soczewicy. Niemal w całym kraju chętnie przyrządzano kompot z suszonych owoców, a często podawano też opartą na nich zupę. Obecnie wydawać by się mogło, że nie ma polskiej Wigilii bez tradycyjnego barszczu z uszkami, jednak równie popularne były postny żur na zakwasie czy zupa rybna. Dopiero migracje ludności po II wojnie światowej oraz rozwój współczesnych środków masowego przekazu spowodowały pewne ujednolicenie wigilijnego jadłospisu. Do dzisiaj znajdą się jednak zwolennicy postnej kapusty z grochem czy też fasoli z suszonymi śliwkami.

Wigilia była dniem, gdy częściowo zanikały podziały klasowe, a ziemianie okazywali poddanym szacunek. Dlatego też dzielono się z nimi opłatkiem, zanim uczyniono to z rodziną czy z zaproszonymi gośćmi.

„(…) Ojciec brał talerz, na którym leżały opłatki – wspominała Maria Dąbrowska – i wszyscy szliśmy do kuchni. Na wielkim stole były porozstawiane miski, na nich piętrzyły się jabłka, orzechy, pierniki. Musiała być porcja dla każdego i z dworskiej kuchni, i z czeladnej. Wszyscy się cisnęli, by przełamać się opłatkiem. Potem dostawali ogromny kielich wódki, a ojciec do nich przepijał. Przychodzili też włodarze, stelmach i ogrodnik, ale ci tylko opłatkiem się dzielili i życzenia składali”2.

Podobnie działo się w arystokratycznych pałacach, tym bardziej że często usługiwały tam całe rodziny. Lojalność podwładnych miała kluczowe znaczenie, arystokraci doskonale wiedzieli, że bez tego ich majątki nie będą mogły sprawnie funkcjonować.

„W wigilię Bożego Narodzenia – opowiadała Anna z Branickich Wolska – rodzice szli zawsze z nami do garderoby, gdzie stał ogromny stół urządzony dla całej służby. Tam siedział kucharz w białej czapie, gospodyni, wszyscy kuchcikowie i ogrodnicy, wszystkie dziewczęta służące i furmani. Tam łamaliśmy się opłatkiem. Do każdego podchodziło się osobno, bo to wszystko byli ludzie bardzo nam bliscy. Dla nas oni stanowili nasz dom. Ja zawsze uważałam, że to jest ich dom, tak samo jak i mój. To byli ludzie, którzy często przez parę pokoleń pracowali w Wilanowie”3.

Karp a sprawa polska

Trudno sobie wyobrazić wigilijny stół w Polsce bez karpia. Choć zarówno liczba jego wielbicieli, jak i przeciwników jest zbliżona, ten gatunek ryby mimo wszystko króluje jednak w świątecznym jadłospisie. I nawet ci, którzy uważają, że jego mięso cuchnie szlamem, z reguły nie odmawiają skosztowania niewielkiej porcji, by tradycji stało się jednak zadość.

Wbrew ugruntowanej opinii karp wcale nie pojawił się na wigilijnym stole w Polsce dopiero po II wojnie światowej jako komunistyczny substytut szlachetnych gatunków ryb niedostępnych wówczas na rynku. Potrawy z karpia były już bowiem bardzo popularne w okresie międzywojennym – inna sprawa, że z reguły na inteligenckich czy robotniczych stołach. Ziemiaństwo preferowało jednak szlachetniejsze gatunki ryb. „Karp był ulubionym przysmakiem polskich domów” w miastach, do tego – w mniej zamożnych. Rywalizował zresztą z bałtyckim śledziem.

„Z »rybką« tradycyjną będzie nie też tak obficie – narzekał reporter tygodnika »Światowid« w grudniu 1931 roku – jak u przodków naszych. Ciężkie czasy. Te grubsze ryby oglądnie sobie [człowiek] z daleka, przez szybkę wystawową albo w ministerstwach i radach nadzorczych. I to w wielu wypadkach musi wystarczyć. Za to gremialnie poprzemy naszego polskiego śledzia bałtyckiego. Tańszy – a więc dostępny nawet dla urzędnika z okrojoną aż do ostatniego obrąbeczka pensją – i swój. Całkiem swój, ze swego morza, złowiony przez swojego rybaka”4.

Śledź rywalizował więc z karpiem. Inna sprawa, że redakcja „Expresu Zagłębia” z Sosnowca miała chyba niewielkie pojęcie o środowisku, w jakim żyła ta ryba. Na Boże Narodzenie 1927 roku zamieszczono bowiem na łamach gazety zdjęcie rybaka z dorodną sztuką, wyjaśniając, iż „okazały karp z głębin dalekiego morza znajdzie się dzisiaj na niejednym wigilijnym stole”5…

Oczywiście w sprzedaży dominowały karpie pochodzące z hodowli, a nie „z głębokiego morza” czy nawet jezior lub rzek. Zresztą ryba ta zaczynała być coraz bardziej popularna na terenie całego kraju, a jej hodowla szybko się rozwijała.

„W byłej Kongresówce są to przeważnie karpie złote – pisała Elżbieta Kiewnarska na łamach »Życia Praktycznego« – królewskie, o ładnych, w deseń poukładanych łuskach. Ostatnimi czasy coraz częściej spotykamy w handlu karpie białe lub szaroniebieskie, zwane karpiami węgierskimi. Nie wszystkie one jednak z Węgier pochodzą. Na Śląsku i na Polesiu niektóre hodowle ryb sprowadziły sobie kroczki [młoda ryba, otrzymywana w drugim roku hodowli – red.] tego gatunku z Węgier i dochowały się ładnych egzemplarzy. Karp ten jest bardzo tłusty, ma mięso równie delikatne, jak królewski, i mniejszą od niego główkę, czyli więcej użytecznego mięsa”6.

Przed Bożym Narodzeniem w wielu gazetach można było znaleźć – dzisiaj już zapomniane – przepisy na potrawy z karpia. Popularny był karp po francusku (z winnym octem, cebulą i goździkami) oraz po polsku (z octem, ciemnym piwem i warzywami). Jednak rekordy popularności bił przepis na rybę w szarym sosie, którą uznawano za tradycyjną potrawę wigilijną. Ugotowany we włoszczyźnie karp był następnie duszony w sosie z mąki, rodzynek, migdałów, masła (lub oliwy), soku z cytryny i czerwonego wina. Oczywiście swoich wielbicieli miała także ryba smażona lub pieczona, a także jej wersja na zimno – w galarecie.

Jednak masowa popularność tego gatunku w naszym kraju rozpoczęła się dopiero po II wojnie światowej. Nie było szans, by jak przed wojną wśród wigilijnych potraw ponownie dominował szczupak, a brak floty rybackiej uniemożliwiał zaopatrzenie sklepów w ryby morskie. Centralnie sterowana gospodarka nie była w stanie zapewnić zaopatrzenia rynku i w tej sytuacji minister przemysłu i handlu Hilary Minc rzucił hasło „karp na każdym wigilijnym stole”. Aparatczyk był pochodzenia żydowskiego, zatem z rodzinnego domu doskonale znał smak tej ryby, gdzie od pokoleń była popularna, szczególnie w wersji faszerowanej i z dodatkiem słodkiej galarety.

Minc doskonale wiedział, że jest to gatunek stosunkowo łatwy w hodowli i na jego polecenie rozpoczęto masową akcję zarybiania stawów. Niebawem karp faktycznie zagościł na stołach Polaków, a wpływ na to miały także jego przystępna cena oraz dystrybucja ryb poprzez zakłady pracy.

Karp szybko stał się popularny – inna sprawa, że konsumenci nie mieli właściwie alternatywy. Nie oznaczało to jednak, że każdy bez problemów mógł nabyć karpia na Wigilię. Ci, którzy nie mieli okazji kupić przydziałowej ryby, musieli stać w tasiemcowych kolejkach bez żadnej gwarancji, że akurat danego dnia uda się zdobyć towar. Dlatego też polowanie na karpia rozpoczynano już na kilka, a nawet kilkanaście dni przed Wigilią.

Ryby przywożono do sklepów żywe, takie też sprzedawano klientom – wówczas nikt jeszcze nie słyszał o patroszeniu czy też mrożeniu karpia. Z konieczności narodził się zwyczaj przechowywania żywych ryb w domowych wannach, co znacznie utrudniało codzienną higienę. Inna sprawa, że chlorowana woda specjalnie karpiom nie szkodziła, a byli też tacy, którzy twierdzili, że właśnie dzięki temu ich mięso pozbywa się błotnistego posmaku. Karpie zabijano najczęściej w Wigilię rano – zapewne właśnie tego dnia odbywała się największa rzeź w dziejach gatunku. Przy okazji pojawił się obyczaj wkładania do portfela łusek zabitej ryby, by zapewnić sobie pomyślność finansową na przyszły rok.

Wprawdzie obecnie wiele się zmieniło w dystrybucji ryb na świąteczne stoły, jednak karp wciąż uważany jest za jedno z głównych dań wigilijnych. Obecnie jednak już mało kto kupuje żywego karpia, a zapewne jeszcze mniej osób przetrzymuje go w domowej wannie…

Pozostałości dawnego zwyczaju pobrzmiewają w corocznej piosence autorstwa dziennikarzy radiowej Trójki. Kolejne wersje specjalnego utworu (Przyjaciele karpia) nagranego po raz pierwszy przed Bożym Narodzeniem w 2000 roku zawsze cieszą się ogromnym powodzeniem. Tym bardziej że dochód z ich sprzedaży przeznaczany jest na cele charytatywne.

Inną dziwną tradycją świąteczną epoki PRL-u było oczekiwanie na owoce cytrusowe, których dostawy pojawiały się w sklepach akurat tuż przed Bożym Narodzeniem. W tamtych latach zaopatrzenie w żywność było sprawą polityczną, a na co dzień powiew egzotyki zapewniały grejpfruty uważane za owoce pośledniejszego gatunku. Wielkim przeciwnikiem cytrusów był jednak Władysław Gomułka, który uważał, że zapotrzebowanie na witaminę C w zupełności pokrywa kiszona kapusta. Zmienił zdanie, gdy na polecenie premiera Józefa Cyrankiewicza podano mu herbatę wraz ze spodkiem wypełnionym kapustą…

Mimo to pomarańcze, cytryny, banany czy mandarynki były w czasach PRL-u dobrem luksusowym. Przed Bożym Narodzeniem do portu w Gdyni zmierzał statek handlowy (jeden!) z ładunkiem cytrusów, a krajowe media podawały informacje o jego rejsie jako jedną z najważniejszych wiadomości. Gdy wreszcie ogłaszano, że jednostka dotarła do celu, a portowcy rozpoczęli rozładunek, w większości polskich domów atmosfera robiła się wyjątkowo gorąca. Wprawdzie owoce niebawem miały trafić do sklepów w całym kraju, ale wiadomo było, że nie wystarczy ich dla wszystkich, nawet jeżeli przy jednorazowym zakupie obowiązywały ograniczenia ilościowe. Czujność obywatelska wzrastała – i gdy nagle tworzyła się nadprogramowa kolejka, natychmiast należało się do niej przyłączyć. Nie bez powodu przez wiele lat symbolem luksusowych owoców były w naszym kraju właśnie banany…

Choinka

Jednym z najbardziej charakterystycznych symboli świąt Bożego Narodzenia jest choinka, chociaż przystrajanie świerka lub jodły to obyczaj stosunkowo młody. Tradycja pochodzi bowiem z Alzacji i związana jest z kulturą protestancką. Wielkim admiratorem choinki był Marcin Luter, dzięki czemu obyczaj ten przyjął się w ewangelickich częściach Niemiec. Do Polski przynieśli go w czasach zaborów osadnicy z zachodu i początkowo zyskał popularność wyłącznie w miastach. Z czasem jednak pojawił się także na wsi, wypierając snopy żyta czy wspomniane już podłaźniczki. Tym bardziej że ozdabianie choinki połączono z podkładaniem pod drzewkiem prezentów dla domowników. A zatem z tym, co dzieci (i nie tylko) najbardziej lubią w tradycji świąt Bożego Narodzenia.

 Początkowo choinkę przystrajano ozdobami wykonanymi w domu, do tego dochodziły cukierki, owoce czy pierniki. Ważnym elementem były świeczki mające odstraszyć złe moce (przy okazji były też najbardziej niebezpiecznym elementem wystroju drzewka). W drugiej połowie XIX stulecia pojawiły się szklane bombki choinkowe, natomiast na elektryczne światełka trzeba było jeszcze długo czekać.

W ziemiańskich dworach z reguły przestrzegano zasady, by choinka nie stała w tym samym pomieszczeniu, gdzie spożywano kolację wigilijną. Wiadomo było bowiem, że leżące pod nią prezenty będą rozpraszać najmłodszych uczestników uroczystości. Jednak wreszcie nadchodziła właściwa chwila.

„Tata otwierał drzwi – wspominał ziemianin Jan Tyszkiewicz – wpadaliśmy do środka i co roku ten sam widok zapierał nam dech w piersiach – cudowna, piękna, ogromna choinka migotała tysiącem świec, przystrojona kolorowymi bombkami i zabawkami. Wyglądała jak z bajki”7.

Choinka stała się wspólnym elementem europejskiej świątecznej tradycji łączącym różne wyznania chrześcijańskie. Dlatego też Staś Tarkowski i Nel Rawlison mogli w dalekim Egipcie wspólnie szukać prezentów pod drzewkiem, aczkolwiek ze względów klimatycznych nie przystrajano tam świerka ani jodły.

„(…) wieczorem w Wigilię, gdy na niebie pokazała się pierwsza gwiazda, w namiocie pana Rawlisona zajaśniało setkami świeczek drzewko przeznaczone dla Nel. Choinkę zastępowała wprawdzie tuja wycięta w jednym z ogrodów El-Medine, niemniej jednak Nel znalazła między jej gałązkami mnóstwo łakoci i wspaniałą lalkę, którą ojciec sprowadził dla niej z Kairu, a Staś swój upragniony sztucer angielski. Od ojca dostał przy tym ładunki, rozmaite przybory myśliwskie i siodło do konnej jazdy. Nel nie posiadała się ze szczęścia, a Staś lubo sądził, że kto posiada prawdziwy sztucer, powinien posiadać i odpowiednią powagę, nie mógł jednak wytrzymać – i wybrawszy chwilę, w której koło namiotu było pusto – obszedł go wokoło na rękach. Sztukę tę, uprawianą mocno w szkole w Port-Saidzie, posiadał w zadziwiającym stopniu i nieraz bawił nią Nel, która zresztą zazdrościła mu jej szczerze”8.

Chociaż choinka stała się uniwersalnym symbolem Bożego Narodzenia, to w poszczególnych regionach Polski różnie nazywano postać przynoszącą prezenty. Najbardziej popularny był oczywiście Święty Mikołaj, ale na Górnym Śląsku podarunki przynosiło Dzieciątko, natomiast na Podkarpaciu – Aniołek. Na dawnych terenach zaboru pruskiego (Wielkopolska, Pomorze, Kujawy) domowników zaopatrywał Gwiazdor – postać o twarzy pokrytej sadzą, w futrzanej czapie, a czasami z rózgą dla niegrzecznych dzieci. Oczywiście w czasach PRL-u usiłowano wprowadzić świecką tradycję i prezenty miał rozdawać Dziadek Mróz. Mimo natrętnej propagandy nie przyniosło to efektów, chociaż trzeba przyznać, że władze próbowały zadziwiających metod, by z bożonarodzeniowych obyczajów wykorzenić katolickie treści.

„W »Twórczości« w numerze grudniowym – notowała ze zgrozą Maria Dąbrowska – drukowana jest epopeja o Stalinie jakiegoś gruzińskiego poety, wzorowana zupełnie na kantyczkach i kolędach o narodzeniu Chrystusa. Jest i »święta rodzina« (dla odmiany – szewców) i ludzie śpiewający z darami etc. W ogóle ze wszystkich stron widzi się tendencje do wprowadzania kultu Stalina na miejsce kultu Chrystusa. I jeśli dalej ta koszmarna inscenizacja się uda – śmierć Lenina i narodzenie Stalina będą świętowane zamiast Bożego Narodzenia”9.

Na szczęście w naszym kraju nigdy do tego nie doszło…

Pasterka

Większość wiernych nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia bez pasterki – uroczystego nabożeństwa celebrowanego w Wigilię o północy. Upamiętnia ono modlitwy i oczekiwanie pasterzy na przyjście na świat Zbawiciela, jest także pierwszą Mszą Świętą odprawianą w Boże Narodzenie.

W liturgii chrześcijańskiej pasterka pojawiła się na Bliskim Wschodzie w VI wieku. Niebawem włączono ją także do obchodów świątecznych w Rzymie, tradycją stało się, że w Wiecznym Mieście mógł ją celebrować wyłącznie papież. Nie kończyło się zresztą na jednym nabożeństwie – rankiem zwierzchnicy Kościoła odprawiali kolejne, a w ciągu dnia jeszcze jedno. Symbolizować to miało potrójne narodziny Zbawiciela (zrodzonego z Ojca, Marii Panny i w sercach wiernych) oraz hołd oddany przez aniołów, pasterzy i Trzech Króli.

W Polsce pasterka stała się popularna już w średniowieczu. Być może pewien wpływ miał na to fakt, że uczestnictwo w tym dłuższym niż inne nabożeństwie zwalniało z wizyty w kościele następnego dnia. Ponadto dla niektórych smakoszy kusząca była okazja, by po powrocie do domu ostatecznie zakończyć post. Zatem ponownie zasiadano do biesiady, ale tym razem już z potrawami mięsnymi…

Chyba najpiękniejszy opis pasterki w literaturze polskiej wyszedł spod pióra Władysława Reymonta. Powieść „Chłopi” – pomijając sensacyjno-skandaliczne dodatki w postaci rodzącego się (a właściwie odnawianego) romansu pomiędzy Jagną i Antkiem – zawiera fantastyczny zapis obyczaju wsi polskiej schyłku XIX stulecia.

„Kto był żyw, do kościoła ciągnął, ostały ino po chałupach całkiem stare, chore albo kaleki.

Już z daleka widniały rozgorzałe okna kościelne i główne drzwi na rozcież wywarte, a światłem buchające, naród zaś płynął przez nie i płynął jak woda, z wolna zapełniając wnętrze przystrojone w jodły i świerki, że jakby gęsty bór wyrósł w kościele, tulił się do białych ścian, obrastał ołtarze, z ław się wynosił i prawie sięgał czubami sklepień, a chwiał się i kołysał pod naporem tej żywej fali i przysłaniał mgłą, parami oddechów, zza których ledwie migotały jarzące światła ołtarzów.

A naród wciąż jeszcze nadchodził i płynął bez końca... (…)

Kościół był zapchany do cna, aż do tego ostatniego miejsca w kruchcie, że którzy byli ostatni, to już na mrozie pod drzwiami pacierz mówili.

Ksiądz wyszedł ze mszą pierwszą, organy zagrały, a naród się zakołysał, pochylił i na kolana padł przed majestatem Pańskim.

I już cicho było, nikt nie śpiewał, a modlił się każdy wpatrzony w księdza i w tę świeczkę, co płonęła wysoko nad ołtarzem, organy huczały przyciszoną a tak tkliwą nutą, że mróz szedł przez kości, czasem ksiądz się odwrócił, rozkładał ręce, powiadał w głos łacińskie święte słowo, to naród wyciągał ramiona, wzdychał głęboko, pochylał się w skrusze pobożnej, bił się w piersi i modlił żarliwie.

Potem zaś, gdy się msza skończyła, ksiądz wlazł na ambonę i prawił długo, nauczał o tym dniu świętym, przestrzegał przed złem, gromił, rękami wytrząchał i grzmiał tym słowem palącym, że jaki taki westchnął ciężko, kto się bił w piersi, kto się w sumieniu z win kajał, kto się zamedytował, któren znów co miętszy, a kobiety zwłaszcza, płakał – bo ksiądz mówił gorąco, a tak mądrze, że każdemu to szło prosto do serca i do rozumu, juści, że tym ino, co słuchali, bo wiela było takich, których śpik morzył z gorąca.

A dopiero przed drugą mszą, kiej już naród skruszał nieco modleniem się, huknęły znowu organy i ksiądz zaśpiewał:

W żłobie leży, któż pobieży.

Naród się zakołysał, powstał z klęczek, wraz też pochwycił nutę i pełnymi piersiami, a z mocą ryknął jednym głosem:

Kolędować małemu!

Zatrzęsły się drzewa i zadygotały światła od tej serdecznej wichury głosów.

I już, tak się zwarli duszami, wiarą i głosami, że jakby jeden głos śpiewał i bił pieśnią ogromną, ze wszystkich serc rwiącą, aż pod te święte nóżeczki Dzieciątka.

Gdy już i drugą mszę wysłuchali, organista jął wycinać kolędy na taką skoczną nutę, że ustoić było trudno, to się kręcili, przedeptywali, odwracali do chóru i wesoło pokrzykiwali kolędy za organami”.

Dzień pierwszy i dzień drugi

Boże Narodzenie zawsze było uznawane za najbardziej rodzinne ze świąt, dlatego też jego pierwszy dzień obchodzono w najbliższym gronie. Pewnym wyjątkiem były dwory ziemiańskie, gdzie ze względu na duże odległości goście czasami zjeżdżali już przed Wigilią i zostawali na dłuższy czas. Szczególnie gdy śnieżyce i mrozy uniemożliwiały wyjazd.

Rodzinny charakter nie przeszkadzał w prawdziwie polskim rozmachu kulinarnym, a dwudniowa uczta zaczynała się już rano. Wprawdzie najczęściej podawano wtedy potrawy na zimno, ale w dużej liczbie, a do tego bardzo urozmaicone. Różnego rodzaju gatunki kiełbas (zarówno wędzonych, jak i parzonych), pieczenie, pasztety i rolady w towarzystwie wielu gatunków pieczywa. Śniadania znacznie się przeciągały, gdyż posiłek ten nie miał oficjalnego charakteru, a domownicy i goście schodzili się do jadalni o różnych godzinach. W tym czasie ci, którzy pojawili się jako pierwsi, często bywali już głodni, dlatego przygotowywano dla nich bufet z przekąskami i mrożoną wódką.

Obiad był już wspólny dla wszystkich, a jego uczestnicy dobrze wiedzieli, czego mogą się spodziewać na stole. Tradycja była rzeczą świętą, a kucharze rzadko zmieniali się w ziemiańskich dworach.

„Menu obiadowe co roku to samo – relacjonował ziemianin Antoni Kieniewicz. – Kiełbasy i kaszanki (bez czosnku!) z surową kwaszoną kapustą. Bulion klarowny z pasztecikami paru gatunków. Pieczeń (…) polędwica lub rostbef czy też pieczeń cielęca. Następnie indyki z kasztanami, obowiązkowo jakaś jarzyna i lody. Po obiedzie podawano w salonie czarną kawę, herbatę, moc bakalii, owoce własne oraz sprowadzane: pomarańcze i mandarynki. Klosze z bakaliami przez całe popołudnie stały w salonie i gryzło się ze słodyczami bez przerwy. Wieczorem kolacja z dwóch dań: potrawa mięsna i słodka”10.

Inna sprawa, że na kresowych dworach nie brakowało też wielbicieli kuchni typowo chłopskiej. Bez wątpienia nie była ona specjalnie wykwintna, lecz w zamian – wyjątkowo smaczna i niezwykle kaloryczna.

„(…) »abraduki« – kluski z grubej mąki w słoninie – wspominał litewskie specjały Melchior Wańkowicz – »skrydle« – z takiejże mąki placki ociekające tłuszczem i twarde jak skóra, »szpekuchy« – pierogi, których cienką powłokę rozdymała masa gorącej słoniny, »szwilpiki« – placki z gotowanych kartofli, pieczone w piecu »kekory« – takież placki nadziewane różnym nadzieniem z mięsa, warzyw i sera – wszystko to pływające w roztopionej słoninie lub zalane sosem, zwanym »mizgutia« (słonina z podśmietaniem); wreszcie nie wiem czemu z polska zwany „maćkiem”, ale piekielnie litewski wymysł – łój barani zakrzepły między dwiema warstwami ciasta”11.

Następny dzień miał charakter zdecydowanie bardziej rozrywkowy. Nie zapominano oczywiście o przyjemnościach podniebienia, ale organizowano także wesołe kuligi, chętnie objeżdżano sąsiadów z niezapowiedzianymi wizytami. Nastawał czas beztroski i zabawy, a wizyta w sąsiednim dworze czasami mogła się przeciągnąć do kilku czy nawet kilkunastu dni.

„(…) szedł jeden ciąg festynów aż do Nowego Roku – kontynuował Wańkowicz. – Każde z nas przywoziło przynajmniej po dwóch kolegów lub koleżanki. Korepetytorzy, którzy latem z nami dukali, też przyjeżdżali i zwozili kolegów. Do nauczycielek też zjeżdżały jakieś przyjaciółki – stare panny – przyjeżdżały z matkami i ciotkami dawne nauczycielki i bony, z którymi zachowywały się serdeczne stosunki; namykały się dawne rezydentki, zamienione ongiś z sąsiednimi dworami po jakichś awanturach do czasu na inne, ściągali z rodzinami wszyscy »klienci domu« ksiądz, adwokat, doktór (…)”12.

Szaleli młodzi i starzy – wielką popularnością cieszyły się różne gry w karty, organizowane były wieczorki taneczne, prześcigano się w robieniu sobie wzajemnie dowcipów. Szczególnie dla młodych panien był to specyficzny czas – zgodnie z zasadą, że lęk jest „nieodłącznym atrybutem kokieterii i kobiecości”, straszono je niemal zawsze i wszędzie: znajdowały więc na swych łóżkach „manekiny imitujące trupy”, na strychu „brzękano łańcuchami”, urządzano seanse wycia pod oknami, a wyimaginowana zjawa ukazywała się dziewczętom „szarą godziną w bieli prześcieradła”.

„Taki oto we dworze całym – podsumowywał Wańkowicz – od Bożego Narodzenia do Nowego Roku gwałt panował a skweres; następowała mobilizacja służby domowej, to znaczy dziopy wiejskie odrabiały dniówki robocizny, tłukąc talerze i szklanki, a nad tym całym rozedrganym harmiderem rozpięte było pytanie: »Gdzie się ich wszystkich położy?«”13.

Zupełnie inne obyczaje panowały w dużych miastach z Warszawą na czele. Tamtejsze atrakcje wydawały się znacznie skromniejsze, co szczególnie było widoczne w domach warszawskiej inteligencji.

„(…) Boże Narodzenie, które jest przede wszystkim świętem dzieci – potwierdzał stołeczny dziennikarz, Tadeusz Hiż – dużo się spotyka ludzi, odwiedza się znajomych i rodzinę, przyjmuje gości w domu, ale jest to okres wizyt krótkich, zamienienia paru słów, przynoszenia z miasta lub przywożenia z sąsiedztwa plotek, i na tym koniec.

Toastów poza ucztą wigilijną nie wygłasza się, bo nie ma odpowiedniej okazji. Same święta Bożego Narodzenia nie mają w sobie tego patosu, co Wielkanoc, i poza choinką i kolędami nie utrwaliły się w naszym obyczaju miejskim – niczym osobliwszym. Poza tym można by zauważyć, że oprócz samej Wigilii, która w każdym kraju chrześcijańskim jest obchodzona o innej godzinie i w innym stylu, następne dni świąt są pozbawione zabarwienia lokalnego”14.

Najwyraźniej Hiż dołożył własny głos do odwiecznej dyskusji na temat wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy i dla niego wiosenne uroczystości okazywały się mieć większe znaczenie…

Przypisy do części I.

1 Za: M. Łozińska, W ziemiańskim dworze: codzienność, obyczaje, święta, zabawy, Warszawa 2010, s. 27

2 Za: M. Łozińska, op. cit., s. 42

3 Za: M. Miller, Arystokracja, Warszawa bdw, s. 54

4 J. Chełmirski, Z opłatkiem, szopką i rybką, „Światowid” 52/1931

5 „Expres Zagłębia”, 25.12.1927

6 E. Kiewnarska, Potrawy z ryb, „Życie Praktyczne” 54/1929

7 Za: M. Łozińska, op. cit., s. 46

8 H. Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy, WolneLektury.pl/katalog/lektura/w-pustyni-i-w-puszczy.html

9 M. Dąbrowska, Dzienniki, t. 7, 1950, s. 18-19

10 Za: M. Łozińska, op. cit., s. 50

11 M. Wańkowicz, Szczenięce lata, Warszawa 2014, audiobook

12 Za: ibidem

13Ibidem

14 T. Hiż, Talent, dziwactwo i coś jeszcze, Warszawa 1937, s. 23